Miesięczne archiwum: Czerwiec 2019

Druga matka

Greta (2018)

 

Młoda amerykanka, Frances, pracuje jako kelnerka w jednej w Nowojorskich restauracji i mieszka z przyjaciółką Ericą. W drodze powrotnej z pracy Fraces znajduje w metrze damską torebkę. Sprawdziwszy jej zawartość postanawia odnaleźć jej właścicielkę i zwrócić jej zgubę. Tak dziewczyna poznaje Gretę Hideg, starszą kobietę, z którą szybko się zaprzyjaźnia. Współlokatorka, Erica, która jest sceptycznie nastawiona do tej znajomości ostrzega Frances, jednak dziewczyna musi przekonać się na własnej skórze kim właściwie jest Greta i jakie ma wobec niej zamiary.

“Greta” to nowy thriller twórcy wielu docenianych jak i kasowych produkcji Neil’a Jordana. Niestety nie mogę powiedzieć by jego najnowszy twór przystawał poziomem do chociażby “Wywiadu z wampirem“, który również nakręcił. Owszem, film może poszczycić się dobrą realizacją, czy gwiazdorską obsadą. Niestety zabrakło tu pierwiastka, który wyróżniłby produkcję spośród innych typowo mainstreamowych psycho thrillerów.

Z założenia scenariusz miał zaskoczyć widza proponując nam antybohatera będącego klasycznym wilkiem w owczej skórze. Niestety sprawa od początku jest przewidywalna, a widz dostaje tyle czytelnych sygnałów świadczących o typowości tej zrywki, że nie możemy sobie pozwolić na najmniejsze złudzenia w kwestii jej finału.

Portrety psychologiczne postaci są toporne, biją po oczach przewidywalnością i schematem. Kogo my tu mamy? Osieroconą przez matkę młodziutką dziewczynę, która w przypadkowej kobiecie odnajduje substytut matki. Mamy bystrą przyjaciółkę, która od początku wietrzy podstęp i w jednym zdaniu trafnie diagnozuje problem naszej głównej bohaterki. Wreszcie antagonistka, która wzbudza podejrzenia od pierwszych minut gdy pojawia się na ekranie, a bliższe jej poznanie – opowieści o córce- szybko zdradzają jej intencje wobec ofiary.

Nie jest to z pewnością produkcja, która zadowoli bardziej wymagającego widza. Owszem, ogląda się ją całkiem przyjemnie, ale nie budzi szczególnych emocji, ani nie zapada w pamięć.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś: 5

54/100

W skali brutalności/1/10

Kolejna guwernantka w kleszczach lęku

The Turn the Scerw/ Tajemnica guwernantki (1992)

Nieśmiała i lękliwa Jenny zostaje zatrudniona jako guwernantka dwójki dzieci mieszkających pod opieką wuja w okazałej posiadłości. Na miejscu szybko ocenia, że zdrowie i życie dzieci jest zagrożone. Owym zagrożeniem mają być duchy zamieszkujące dom.

“W kleszczach lęku” Henry’ego Jamesa jest jedną z popularniejszych książek z gatunku grozy. Powieść parokrotnie była przekładana na język filmu, bądź służyła scenarzystom jako przedmiot fabularnych wariacji i źródło inspiracji.

W przypadku filmu Rusty’ego Lemorade mamy do czynienia z dość wierną adaptacją. Polski dystrybutor pozwolił sobie na zmianę tytułu, dlatego mimo wcześniejszych poszukiwań wszelkich możliwych filmowych wersji tej historii jakoś na tą akurat nie trafiłam. Czy straciłam wiele? Raczej nie. W porównaniu z pierwszą ekranizacją z roku 1961 wypada bardzo bladziutko. Natomiast co do tej 2009… Nie bardzo ją pamiętam:) Ale za to mogę rzecz, że jest lepsza od ‘wariacji’ pt. “Głosy w ciemności”.

Wierzę, że sama historia jest Wam znana, wszystkie niuanse z nią związane, i te z pod znaku horroru i te z pod znaku thrillera psychologicznego. W tej akurat wersji ich potencjał nie został w pełni wykorzystany. To ogólnie produkcja raczej niższych lotów jeśli chodzi o realizację.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

50/100

W skali brutalności:1/10

To zła energia

The House of Pine Street (2015)

Jennifer i jej małżonek Luke za radą apodyktycznej matki kobiety, opuszczają Chicago i wracają do jej rodzinnego miasteczka w Kansas. Wprowadzają się do nowego domu i tam oczekują narodzin pierwszego dziecka.

Jennifer traktuje przeprowadzkę jako stan przejściowy i wyczekuje powrotu do miasta. Jej mąż i matka gorąco wierzą, że zmiana miejsca dobrze zrobi Jennifer, której stan psychiczny drastycznie pogorszył się gdy zaszła w ciążę.

Wszyscy szybko przekonują się, że jest wręcz odwrotnie, bo Jen uważa, że w domu gnieździ się zła energia.

“House of Pine Street” to horror braci Keeling, dosyć anonimowych w filmowym świecie. Wspomniana produkcja nie przysporzyła im popularności, bo  choć krytycy chwalili obraz to ma rażąco niskie oceny jeśli chodzi o zwykłych widzów. Właściwie szczerze się temu dziwię. Widziałam nie jedno i z całą pewnością mogę powiedzieć, że widziałam dużo gorsze straszaki. Mogę wręcz stwierdzić, że film mi się podobał.

Nie mam żadnych zarzutów względem wykonania filmu. Technicznie stoi na całkiem przyzwoitym poziomie, aktorstwo jest okej a sam pomysł… Cóż. Jest to dość typowy film o nawiedzonym domu.

Zgodnie z mainstreamowym przykazem mamy tu młode małżeństwo z problemami, które pchnęły ich do zmiany miejsca zamieszkania. Owe problemy wiążą się ze stanem psychicznym ciężarnej kobiety coby sceptyczny widz mógł przypisać wszelkie nadprzyrodzone wydarzenia błędnej interpretacji splątanego umysłu kobiety.

Co więc przypadło mi do gustu? Po pierwsze scenariusz nie jest tak boleśnie schematyczny jak otaczającego go ramy. W wielu miejscach obraz ma odwagę wykroczyć poza nie.

Nasz bohaterka nie jest typowa. Nie wiem czy zauważyliście, ale większość ciężarnych kobiet w horrorach to radosne pingwiny, nawet jeśli dopada je huśtawka nastroju to żadna z nich o ile dobrze pamiętam nie traktowała ciąży jako niewygodnej wpadki (przecież wszystkie kobiety o tym marzą), a przeprowadzka do nowego domu to dla niej kara za to, że nie ma ochoty wejść w nową rolę.

Jej mąż siedzi pod pantoflem teściowej, co tez nie jest popularnym motywem.

W sąsiedztwie mamy tajemniczą kobietę, która jednak wcale nie gada jak nawiedzona, ale przykuwa uwagę ze smutkiem opowiadając o przypadłości swoich córek. No, córki też robią wrażenie. Nagle okazało się, że można straszyć innym zaburzeniem rozwojowym u dzieci niż autyzm;)

Pojawia się też wątek medium/jasnowidza, jak zwał tak zwał i tu też mamy odstępstwo. Żadnych egzorcyzmów, okadzania szałwią, mówienia językami etc. Pan medium urzekł mnie swoją pokorą w podejściu do tematu, a także świeżą jego interpretacją. No, dobra, Ameryki nie odkrył, ale obeszło się bez wyciągania z czeliści piekieł błyszczącego nowością demona;)

Brak słodko pierdzącego finału, jak i uniknięcie pokazowego dramatu też zasługuje na pewne wyróżnienie.

Podejrzewam, że w za sprawą imponującej fali bardziej rozreklamowanych filmów i Wam mógł umknąć ten tytuł. Z tego miejsca, mogę go polecić.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Aktorstwo:7

Walory techniczne:7

Oryginalność:6

To coś:7

63/100

W skali brutalności:1/10

To nigdy nie jest ich wina

A Vigilante/ Strażniczka (2018)

Sadie uczęszcza na spotkania grupy wsparcia dla kobiet doświadczających przemocy domowej. To w czasie jednego z nich postanawia wykorzystać to, czego nauczyła się walcząc z mężem, by pomóc najsłabszym przedstawicielkom własnej płci. Jej metody w walce z mężczyznami tyranizującymi kobiety mogą wydać się kontrowersyjne, ale na pewno nie można im odmówić skuteczności. Z każdego kolejnego zadania Sadie wywiązuje się brawurowo, żaden męski odpad nie jest jej straszny. Żaden, po za jej własnym mężem…

“Strażniczka” to debiutancki thriller Sary Daggar- Nickson na podstawie jej własnego scenariusza, do udziału w którym zaangażowała charyzmatyczną Olivie Wilde.

Aktorka wciela się tu w postać kobiety mścicielki bezlitośnie wymierzającej sprawiedliwość damskim bokserom. Jej celem może nie tyle jest chęć odegrania się na tego rodzaju typach, co pomoc dla ich ofiar. Każdy z nich dostaje solidny wpierdol po czym ma opuścić dom, w którym do tej pory siał terror, stosownie zabezpieczając swoją niedawną ofiarę finansowo.

Na zmianę obserwujemy silną i niezłomną bohaterkę i jej załamaną nerwowo wersję, gdy zostaje sama w czterech ścianach motelu. Ładunek emocjonalny towarzyszący obserwacji obydwu wersji Sadie jest dość silny. Jeśli chodzi o mnie o to największe wrażenie, mające jednoznacznie negatywne konotacje, wywarła na mnie realizacja zlecenia u pewnej kobiety, matki dwóch chłopców – tak kobiety też mogą być sprawczyniami przemocy domowej. Aż się we mnie zagotowało. Chyba to po prostu kwestia stereotypu – facet sadysta jakoś nikogo już nie szokuje, ale żeby kobieta…matka. W każdym razie wydarzenia tu przedstawione mogą zrobić wrażenie, szczególnie na co bardziej wrażliwych widzach.

Przez dłuższy czas trwania filmu nie wiemy co doprowadziło Sadie to punktu, w którym obecnie się znalazła. Widzimy tylko jej blizny, te na ciele i te na duszy.

Kto był w stanie sponiewierać kobietę tak silną, tak waleczną? Albo inaczej: Co doprowadziło do tego, że taką właśnie się stała? Kim była wcześniej? Kim był jej oprawca?

W końcu poznamy Nemezis Sadie, jej męża. Jeśli tu spodziewacie się klasycznego dupka to Was powinien zaskoczyć. Z klasycznymi dupkami łączy go oczywiście powtarzane niczym mantra przerzucenie winy na kobietę: Widzisz do czego mnie zmusiłaś, suko ty? Całą reszta to wyższy poziom pojebania.

“Strażniczka” sprawdzi się jako dramat, szczególnie w pierwszej fazie rozwoju tej historii, ale i jako thriller gdy w końcu dojdzie do konfrontacji Sadie z wrogiem jej życia.

Przekonała mnie ta opowieść, jej formie też nie mam nic do zarzucenia. Film w sam raz żeby się podobać.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:6

60/100

W skali brutalności:2/10