Miesięczne archiwum: Lipiec 2019

Wyniki konkursu

Musicie darować mi spóźnienie, ale aura sprzyjała przedłużeniu wyjazdu i gdyby nie to, że w poniedziałek znowu wyjeżdżam i muszę parę rzeczy przed tym ogarnąć wcale bym nie wróciła:)

A więc, wyniki. Trzy egzemplarze książki “Lore. Okrutni śmiertelnicy”, którą BTW prawie już skończyłam czytać- jest świetna – trafią do: Agi, która pragnie wakacje spędzić w jaskini z “Zejścia”, Rafała7, który wybrał hotel Panorama z “Lśnienia” oraz do ewe, która stawia na “Lęk wysokości” w Alpach i pojedynek z matką naturą w Promontory National Park w czasie “Długiego weekendu”.

Laureatów proszę o przesłanie danych do wysyłki nagród na adres: biblia_horroru@o2.pl

Z uwagi na mój kolejny wyjazd wyślę je najwcześniej 4 sierpnia. W razie gdyby wylosowani  laureaci nie zgłosili się do tego czasu, nagrody trafią kogoś innego, kto również brał udział w konkursie.

Diabeł na uwięzi

I Trapped the Devil/ Uwięziłem diabła (2019)

Małżonkowie Matt i Karen przyjeżdżają z nieoczekiwaną wizytą do swojego krewnego, który mieszka samotnie. Brat Matta nie wita ich jednak z otwartymi ramionami i nalega by opuścili jego dom, gdy ci nie ustępują zdradza im powód dla którego nie mogą u niego zostać. Otóż więzi w domu diabła.

Nie ukrywam, że do seansu zachęcił mnie tytuł filmu. Taki, prosty a konkretny. Plakat promujący też niczego sobie, kazał mi podejrzewać, że będę tu mieć do czynienia z produkcją posługującą się estetyką horrorów starego typu. Mogę powiedzieć, że się nie pomyliłam, bo “Uwięziłem diabła” w żaden sposób nie trafia we współczesny mainstream. Opieram ten wniosek głównie na wrażeniach wizualnych. Chodzi głównie o scenografię, sposób w jaki urządzony jest dom  Steve’a – jakby czas się w nim zatrzymał. Rodzaj oświetlenia wnętrz, a także różne drobne rekwizyty. Sam Steve też wydaje się … retro. Tak więc klimat fajny.

A historia? Cóż… Wszystko skupia się na Stevie i jego więźniu. Kiedy ten decyduje się zdradzić bratu i szwagierce swoją tajemnice możecie się spodziewać, że w niedługim czasie nastąpi też obszerne przedstawienie argumentacji dowodzącej słuszności jego zachowania. Cóż, tu nie pada nic odkrywczego, ale w mojej ocenie źle nie jest.

Głównym przedmiotem rozważać potencjalnego widza będzie to, czy Steve cierpi na paranoję, czy też faktycznie więzi w swoim domu ucieleśnienie zła. Jeśli zdołacie się zaangażować w ten spór może się on wydać dość zajmujący, jednak jeśli film nie przykuje Waszej uwagi, a na to są szanse to sprawa jest przegrana.

Nie jest to na pewno film dla każdego, a jego odbiór w dużej mierze może zależeć od Waszego aktualnego nastroju czy nastawienia. Pewne jest, że miłośnicy bardziej rozrywkowego kina powinni go sobie darować.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:5

52/100

W skali brutalności:1/10

Utopię Twoje dzieci

The Curse of La Llorona/ Topielisko. Klątwa La Llorony (2019)

Los Angeles, lata ’70 XX wieku. Wdowa po policjancie, Anna Tate Garcia samotnie wychowuje dwoje dzieci i pracuje w opiece społecznej. W czasie jednego ze zleceń odkrywa, że podopieczna opieki społecznej Patricia Avlwarez od dłuższego czasu więzi swoich dwóch synów. Po jej interwencji, wbrew agresywnemu sprzeciwowi ich matki, chłopcy zostają zabrani z domu. Wkrótce po tym obydwaj zostają utopieni w pobliskiej rzece przez nieznanego sprawcę.

Wtedy w głowie Anny po raz pierwszy świta myśl, że być może pani Alvarez chroniła przed czymś synów, nie zaś ich więziła. Na refleksje jest jednak zdecydowanie za późno bowiem przyjdzie jej na własnej skórze przekonać się z czym musiała mierzyć się Patricia Alvarez.

Odziana w biel kobieta z niemowlęciem na ręku – La Llorona, czyli płaczka jest bohaterką legend szczególnie popularnych wśród Latynoamerykanów. Jej korzenie sięgają jeszcze czasów Azteków i odnoszą się do bogini Cihuacóatl.

Współcześnie płaczka jest patronką kobiet zmarłych w czasie połogu. Symbolizuje najgorsze nowiny i stanowi zwiastun nieszczęścia. Jeśli chodzi o jej ‘ludzkie’ pochodzenie jest kilka wersji i żadna Moi Drodzy nie jest dokładnie tą, którą przywołuje film Michaela Chavesa. Są moim zdaniem mocniejsze, ale że Hollywood czuje się szczególnie zobowiązany zachować pewną poprawność idąc w masowego odbiorce nie jestem zdziwiona takim przedstawieniem sprawy. Ba, gdyby “Topielisko” nie było dziełem czysto komercyjnym i typowo mainstreamowym mogłabym się chyba spodziewać znacznie lepszego wykorzystania potencjału tkwiącego w postaci antybohaterki. Jest jednak jak jest.

A jest standardowo. Pewnie niektórzy z Was połapali się, że film próbuje chwytać się najsłynniejszych obecnie motywów wyciągniętych z opowieści Warrenów. Jakąś okrężną drogą przypisano go bowiem do uniwersum Obecności” stąd migawka z lalką Annabelle i znajomy ksiądz Perez. Mimo, że jakąś wielką fanką “Obecności” nie jestem, to mocno mnie zniesmacza ta tendencja taśmowego produkowania miernych acz wysokobudżetowych straszaków, które jedyne co mogą robić to grzać się w blasku sławy James’a Wana i naciągać naiwną gawiedź liczącą na poziom, do którego te produkcje nie mają szans się zbliżyć.

“Topielisko” może nie przynosi takiego ogromu rozczarowania jak zrobiła to “Zakonnica“, czy pierwsza odsłona “Annabelle, ale wcale nie jest za dobrze.

Przede wszystkim jest to film na wskroś na wylot komercyjny. Ma być efektownie, ma być dynamicznie, pal licho nastrój, napięcie, czy jakieś inne archaiczne przymioty horroru. Tak jak “Obecność” plusowała u mnie fajnie oddanym klimatem lat ’70 to w przypadku “Topieliska” jest on zupełnie nie odczuwalny. Gdyby nie napis na ekranie “Los Angeles 1973” i stary telewizor w salonie  prawdopodobnie zapomniałabym, że akcja została osadzona w tamtych latach.

Straszenie w filmie ogranicza się tylko i wyłącznie do nagłych emanacji komputerowo wygenerowanej antybohaterki i tylko w przypadku jednej, czy dwóch scen poświecono kawałeczek taśmy na uprzednie zbudowanie maleńkiego wstępu.

A efekty moi drodzy, na bogato. Komputerowa zmora gości na ekranie bardzo często. Na tyle często, że można do niej szybko przywyknąć i przestaje robić jakiekolwiek wrażenie. Jej historia, jak wspomniałam na początku, robi marne wrażenie. Jak na bohaterkę tak tragiczną, psychologia jej postaci trąci nie małym zaniedbaniem. Aktorstwo nie najgorsze, ale żeby się czymś szczególnie zachwycić to też nie bardzo jest czym.

Są jednak spore szanse, że nie przyśniecie w czasie seansu z filmem, bo dzieje się dużo i szybko. No to, tak się sprawy mają.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:4

Napięcie: 5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne: 6

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:4

49/100

W skali brutalności:1/10

 

Zostaniemy w domu

We Have always lived in the castle/ Zawsze mieszkałyśmy na zamku (2018)

Siostry Blackwood, Constance i Merricat mieszkają w rodzinnej posiadłości sprawując opiekę nad kalekim wujem jako jedynym krewnym. Żyją odcięte od świata zewnętrznego naznaczone piętnem rodziny, która zwykłą wymordowywać swoich członków. Ich względny spokój zostaje zakłócony intruzem, dalszym krewnym, który postanawia z nimi zamieszkać.

I w tym miejscu jestem wygrana, bo mam już za sobą lekturę książki na podstawie, której powstał film. I cieszę się bardzo, bo nie jestem przekonana by ta ekranizacja mnie do niej zachęciła. Nie wiem nawet czy to wina sposobu realizacji filmu, czy raczej kwestia tego, że książka jest dość trudna do przełożenia na język filmu. W fabule nie ma większej dynamiki, nie buduje napięcia, a jej sens ukryty jest pod powierzchnią.

Książkę czytałam dość dawno, a i tak odczułam bolesny brak głębi, a to co w książce wydawało się oczywiste tu wydało się wręcz łopatologicznie wyłożone.

Tak więc film zdecydowanie nie jest najbardziej pożądanym sposobem na zapoznanie się z tą historią, którą, no przecież, byłam zachwycona, czytając. Nie mogę przyczepić się do aktorstwa, bo obsada została dobrana całkiem zgrabnie.  Nie bardzo pasował mi natomiast wystrój tytułowego zamku. Nie zgodny z moim wyobrażeniem, jakiś taki… mało mroczny, mało zapuszczony.

Cóż więcej mogę powiedzieć? Ciężko mi szczerze zachęcać do seansu z filmem, choć nie jest znowu ‘taki ostatni’, za to mogę potwierdzić raz jeszcze: przeczytajcie książkę Shirley Jackson.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

to coś:5

53/100

W skali brutalności:1/10

KONKURS

Z okazji 8 urodzin bloga mam dla Was konkurs. Waszym zadaniem jest napisanie w komentarzu, tu na blogu lub jego fanpage: W jakim miejscu z horroru chcielibyście spędzić upiorne wakacje?

Spośród wszystkich odpowiedzi rozlosuje 3 zwycięzców, do których trafią egzemplarze książki “Lore: Niegodziwi śmiertelnicy”. Wyniki ogłoszę przed moim, miejmy nadzieję nie upiornym urlopem, czyli 25 lipca.

Pani Jeziora

Rusalka: Ozero myortvykh/ Rusałka: Jezioro umarłych (2018)

Roma i Marina mają wkrótce wziąć ślub. W związku z tym zdarzeniem młody narzeczony uczestniczy w wieczorze kawalerskim, który zostaje zorganizowany w domu nad jeziorem. Ów dom jest w posiadaniu jego rodziny, jednak ta dawno go już opuściła. Roma i Marina mają otrzymać posiadłość w prezencie ślubnym. Narzeczona pragnie zobaczyć dom nim zgodnie z wolą ojca Romy zostanie on spieniężony. Właśnie tam Roma spotyka tajemniczą dziewczynę. Całuje ją i od tej chwili jego los jest już przesądzony.

Cieszyłam się na seans z tą całą “Rusałką”. Jeśli czytacie też recenzje książek, o których piszę, to zauważyliście pewną prawidłowość: poluje na te z wątkami słowiańskiego folkloru. I czekam, aż ktoś robi piękny horror w oparciu o słowiańską mitologię.

“Rusałka”, która dotarła do nas z Rosji rozbudziła moją nadzieję, że może, może… to właśnie to?

Widziałam trzy dobre rosyjskie horrory “Julenkę” , “III” i  “Martwe córki“. Nie dociera ich do nas wiele, więc jest to całkiem niezły wynik.

Niestety “Rusałka” została nakręcona całkowicie na modę amerykańską. Przypomina konwencjonalne teen horrory z motywem nadprzyrodzonego zagrożenia, które próbuje wyeliminować młodych bohaterów.

Motywacja tytułowej antybohaterki jest dość oczywista a i z jej historią się nie wysilono. Nie wydaje mi się żeby należycie wykorzystano tkwiący w niej potencjał.

Film niezbyt angażuje, niezbyt ciekawi, ale jest miły dla oka i może stanowić jakąś rozrywkę, szczególnie dla miłośników mainstreamu. Daję plusa za ładną buzię Mariny i za wybór pleneru do kręcenia filmu. I to chyba na tyle:)

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:5

51/100

w skali brutalności:1/10

Śniły mi się wrony

Złodziej snów – Andrzej Syska – Szafrański

Fryderyk Zaruski mieszka z mamą, pieszczotliwie nazywaną przez niego Duńcią w jednej z Warszawskich kamienic. Odkąd porzucił krawiectwo jego głównym zajęciem jest upijanie się w “Czardaszce” i sprzątanie podwórek.

Pewnego dnia po pijaku  Fryderyk rozbija szkatułkę matki, która wnosząc po jej reakcji miała dla niej wielką wartość.  W środku znajduje zdjęcie przedstawiające nieznanych mu ludzi w towarzystwie swojej rodzicielki. Wkrótce Ci ludzi zaczynają do niego przychodzić we śnie… pod postaciami ptaków. Gadających ptaków, które chcą mu zdradzić największy sekret jego matki.

Tytuł powieści może Wam się wydać rażąco banalny, bo mnie takim się wydał, zwłaszcza po zakończeniu lektury książki. W powieści znajdziemy masę motywów onirycznych, to właśnie sny zdradzają przed bohaterem głęboko skrywane tajemnice i to pod wpływem snów podejmuje swoje decyzje. Ale kto w takim razie jest tym złodziejem? Może matka, której zdaniem Fryderyka najbardziej zależy na tym by przestał śnić swoje koszmary? Ale zostawmy tytuł w spokoju.

Książka przypadła mi do gustu z kilku powodów. Chociażby ze względu na klimat. Myślę, że akcja rozgrywa się w Warszawie, w końcówce XX wieku, ale przywoływanymi wydarzeniami sięga jeszcze dalej w przeszłość. Sami bohaterzy wydają się niejako reliktami zamierzchłych czasów i wywołuje to bardzie fajne wrażenie.

Co się tyczy fabuły, to bez dwóch zdań jest intrygująca. Tak na dobrą sprawę nie wiadomo, czy mamy do czynienia z opisem delirum tremens, które dopadło w końcu Fryderyka, czy też faktycznie…. a nie powiem Wam co.  Dość, że zdarzę, że historia przedstawiona przez  nawiedzające bohatera wrony jest mocno zaskakująca.

Sam Fryderyk mimo swoich oczywistych wad da się lubić, a i innych równie barwnych postaci nie zabraknie na kartach powieści. Napisana jest całkiem sprawnie i jej styl niczym nie urąga. Spokojnie mogę polecić na wakacyjną lekturę.

Moja ocena: 6/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Novae Res

 

Pokój u Baby Jane

Room for rent/ Pokój do wynajęcia (2019)

Nagła śmierć męża i zaciągnięte przez niego długi, które trzeba spłacić zmuszają Joyce do znalezienia sposobu zarobkowania.

Tak starsza kobieta wpada na pomysł otworzenia w swoim domu mini pensjonatu z pokojem do wynajęcia.

Jej pierwszymi lokatorami są aspirująca pisarka Sarah i jej mąż. Kobiety zaprzyjaźniają się, jednak Sara musi wkrótce wyjechać. Wtedy do Joyce wprowadza się Bob, młody mężczyzna, który jak liczy Joyce zapełni pustkę w jej życiu.

“Room for rent” to niskobudżetowy thriller, który być może umknąłby uwadze większości widzów, także i mojej, gdyby nie  udział w nim pierwszej babci horroru Lin Shaye. Aktorska nie tylko wciela się w główną postać, ale jest również jednym z producentów filmu. Widać pomysł na film bardzo przypadł jej do gustu.

Muszę Wam powiedzieć, że nie jest to w zasadzie kino grozy, bardziej przypomina psychologiczny dramat z nutką thrillera niż straszak w jakich zwykła występować odtwórczyni roli Joyce.

A zagrała tu świetnie. Cały ciężar filmu spoczywa na jej postaci. Osobiście byłam pozytywnie zaskoczona, mimo że zwykła grywać ekscentryczki to tu jednak miała większe pole manewru i zagarnęła je w całości dla siebie. Nie wiem jak Wy, ale ja miałam odczucia, że jej bohaterka wzorowana jest nieco na postaci Baby Jane Hudson z pamiętnego thrillera z Bette Davis.

Głównym zadaniem scenariusza jest ukazanie rodzącego się w samotnej staruszce szaleństwa, aż do jego eskalacji w finale.

Nie jest to proces przebiegający w oczywisty sposób i to jest w tym najbardziej godne uwagi. Joyce budzi ogrom współczucia, politowania, ale i obawę. Z jednej strony potrafi racjonalnie podchodzić do relacji międzyludzkich i trafnie ocenić chociażby położenie Sary, z drugiej jej chęć zaklęcia rzeczywistości jest tak duża, że z impetem brnie w ułudę, którą sama tworzy.

Taki portret psychologiczny postaci nie jest rzeczą. którą możemy cieszyć się w kinie mainstreamowym, dlatego zalecam przymknięcie oka na pewne niedoróbki realizacyjne i zapoznanie się z historią Joyce.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:6

Aktorstwo:9

Oryginalność:7

To coś:7

63/100

W skali brutalności:1/10

Przystojny, czarujący, uwodzicielski

Extremely wicked, shockingly evil and vile/ Podły, okrutny, zły (2019)

Liz, samotnie wychowująca córkę młoda kobieta poznaje w studenckiej knajpie przyszłego prawnika Ted’a Bundy’ego. Młodzi zakochują się w sobie i wkrótce tworzą już zgraną rodzinę. Sielanka trwa do chwili gdy  ukochany Liz zostaje oskarżony o porwanie  z zamiarem gwałtu na Carol DaRoch.

Liz chce wierzyć w niewinność Ted’a, ale gdy zaczynają pojawiać się kolejne oskarżenia pod jego adresem kobieta zmuszona jest skonfrontować się z całkiem nowym obrazem ukochanego mężczyzny.

“Podły, okrutny i zły” to kolejny film sławiący zbrodniczą karierę  najgłośniejszego seryjnego zabójcy Ameryki.  Chociaż nie. W zasadzie nie tyle jest to film o Bundy’m, co o jego dziewczynie. Liz Kendall napisała książkę “The Phantom Price – My life with Ted Bundy”, w której opisała jego historię ze swojej perspektywy. To właśnie ona w dużej mierze inspirowała scenarzystę tego filmu.

Nikogo nie zaskoczę stwierdzając, że o seryjnych mordercach opowiedziano już wszystko. Rozłożono ich na czynniki pierwsze, ba, nie tylko ich, ale także osoby, które odpowiadały za ich wychowanie, przez wielu postrzegane jako współodpowiedzialne. Ale co z życiowymi partnerami tych zwyrodnialców? Ci zwykle trzymają się w cieniu, może z powodu wstydu, może z poczucia winy. Często to właśnie partnerki morderców były najbliżej zbrodni w momencie jej popełniania. Tym bardziej ich spojrzenie na sprawę ciekawi.

Oglądałam zarówno filmy dokumentalne, jak i te fabularyzowane dotyczące Budny’ego i tu muszę stwierdzić, że gdyby zebrać to wszytko razem znajdą się takie, które wzajemnie sobie przeczą.

O ile dobrze pamiętam to w jednym z takowych pokazano, że Bundy nie był normalnym kochankiem i lubił gdy jego dziewczyna udawałą w łóżku zwłoki. W przypadku “Podły, okrutny, zły” nie ma o tym mowy. Tu Bundy jest ideałem. Żadnych wątpliwości aż tu nagle… bum. Dlatego też uważam, że perspektywa Liz jest tu dominując.

Ona naprawdę widziała w nim ideał, tymczasem był on psychopatą niezdolnym do miłości. Bundy, którego widzimy na ekranie ma twarz Zac’ka Efron’a, którego kariera zaczęła się od ról wymuskanych przystojniaków ze szkolnej drużyny.

Ten cały czar, wszystkich postaci, w  które wcielał się aktor jakby spłynął na jego kreację Ted’a. Filmowy Ted prezentuje się tu jako typowe ciacho, do tego elokwentny i niezwykle pewny siebie. Taki co to każda Niunia jego. Naprawdę idzie się nabrać. Nawet w chwilach gdy filmowy Ted występuje w sądzie, nawet gdy z premedytacją kłamie. Idzie mu uwierzyć. To chyba dowodzi sukcesowi filmu w kwestii sportretowania jego sylwetki w takim kształcie jak mogło odpierać go społeczeństwo nie świadome jego czynów.

“Podły, okrutny, zły” dobrze sprawdza się jako filmowy dramat, ale osoby, które oczekiwały wizualizacji gwałtów i mordów mogą być rozczarowane. Widzimy tu to co widziała Liz Kendall, a ona widziała fantomowego księcia.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:9

Oryginalność:6

to coś:6

62/100

W skali brutalności:0/10

 

Zwykła zabawka

Child’s Play/ Laleczka Chucky (1988) & Child’s Play/Laleczka (2019)

Remake, remake, wszędzie remake. Reamke’a doczekała się też pierwsza odsłona “Laleczki Chucky”, na którą jakimś sposobem trafiłam do kina. Z uwagi na to, że fabularnie filmy zasadniczo się różnią, zmuszona jestem niejako rozbić, przynajmniej opisową część wpisu, na dwie części. Zacznę od klasyka:

Ścigany przez policję przestępca Charles Lee Rey z pomocą czarnej magii w chwili swojej śmierci importuje swoją złą duszę do interaktywnej zabawki “Good boy”.

Ten konkretny egzemplarz trafia w ręce małego chłopca, Andy’ego wychowywanego przez samotną, zapracowaną mamę, Karen. Lalka, która miała być prezentem staje się przekleństwem ściągającym ofiary śmiertelne i chcącą przejąć ciało chłopca.

Klasyczna “Laleczka Chucky” nakręcona przez Toma Hollanda stworzyła ikonę popkultury w osobie rudej, wrednej lalki. Mimo, że pomysł na uczynienie z przedmiotu dziecięcej zabawy antybohatera pojawił się już wcześniej, chociażby w nakręconym rok wcześniej “Dolls” to właśnie Chucky stał się nieśmiertelny w swojej sławie.

Teraz pomysł z przestępcą parającym się Voodoo i zaklinającym lalkę może wydawać się śmieszny nawet jak na standardy kina rozrywkowego. Być może właśnie dlatego twórca remake postarał się o inną genezę Chucky’ego.

Oryginał doczekał się aż sześciu sequeli, z czego każdy kolejny coraz bardziej skręcał w stronę groteski. Ta groteska, w odpowiedniej porcji była też obecna w pierwszej odsłonie “Laleczki Chucky” jednak nie skończyło się to źle dla projektu, wręcz przeciwnie.

Może właśnie dzięki unikaniu patosu, film nie naraził się na niebezpieczną śmieszność. Pierwszy Chucky, bawi i straszy. Jest w tym dość skuteczny, choć sama nie uważam się za wielką fankę tego bohatera.

Porównując obecnie starszą wersję i jej remake muszę jednak przyznać, że film nie zestarzał się tak bardzo, jak to bywało w przypadku niektórych formatów. O dziwo, dotyczy to nawet scen śmierci, które nadal można oglądać z przyjemnością – jakkolwiek to brzmi;)

Nowa “Laleczka” to już nie “Laleczka Chucky”, lecz tylko “Laleczka”, choć tytuł oryginalny pozostawiono bez zmian.

Spokojnie, nadal ma na imię Chucky, jest podły i rudy:) W jego powstanie nie jest wplątana magia Voodoo, a magia technologii, dokładnie sztuczna inteligencja.

Produkt pod nazwą “Buddy” trafia do setek samotnych dzieciaków chcących mieć własnego przyjaciela. Andy’emu, na oko jedenastoletniemu chłopaczkowi trafia się jednak egzemplarz wybrakowany. Klątwą jaka spada na lalkę są tym razem zdjęte zabezpieczenia, które działając prawidłowo uniemożliwiają małemu robocikowi sianie zniszczenia. Jednak Chucky Andy’ego jest rozhamowany pod każdym względem i mimo najlepszych intencji krzywdzi ludzi i …. chlip, chip… kotki.

Swoją misję bycia najlepszym przyjacielem traktuje nader serio i nie cofnie się przed niczym by uszczęśliwić swojego właściciela. Szczegółów Wam nie zdradzę, ale trup ściele się gęsto, a scena z kosiarką mm… midzio. Właśnie w ten sposób wyobrażałam sobie scenę z “Misery” Kinga, scenę obecną tylko w książce.

Nie da się ukryć, że remake poszedł z duchem czasu. Jest to nowa “Laleczka” dla nowego pokolenia. Ja będąc niejako pomiędzy, ze swoją oceną też pozostanę pomiędzy. Być może część widzów będzie rozżalona, że nadprzyrodzony rodowód Chucky, zastąpiono czymś bardziej przyziemnym, ale czy przez to jest mniej straszny?

Mnie, ku mojemu zaskoczeniu nowa wersja historii spodobała się. Zarówno na poziomie pomysłu, jak i wykonania. Dużego plusa daję odtwórcy roli nowego Andy’ego, ale zaminusowali u mnie tym kotem cholernie.

Podsumowując, jeśli macie chęć wybrać się do kina na nową wersję “Laleczki” możecie to spokojnie uczynić, myślę, że nie będzie zawodu. Starszej wersji, kłaniam się nisko, nadal z nabożnym szacunkiem, ale bez zachwytu.

Moja ocena:

Laleczka Chucky (1988) – 7/10

W skali brutalności:2/10

Laleczka (2019)- 7+/10

W skali brutalności:3/10