Miesięczne archiwum: Lipiec 2019

Wyniki konkursu

Musicie darować mi spóźnienie, ale aura sprzyjała przedłużeniu wyjazdu i gdyby nie to, że w poniedziałek znowu wyjeżdżam i muszę parę rzeczy przed tym ogarnąć wcale bym nie wróciła:)

A więc, wyniki. Trzy egzemplarze książki “Lore. Okrutni śmiertelnicy”, którą BTW prawie już skończyłam czytać- jest świetna – trafią do: Agi, która pragnie wakacje spędzić w jaskini z “Zejścia”, Rafała7, który wybrał hotel Panorama z “Lśnienia” oraz do ewe, która stawia na “Lęk wysokości” w Alpach i pojedynek z matką naturą w Promontory National Park w czasie “Długiego weekendu”.

Laureatów proszę o przesłanie danych do wysyłki nagród na adres: biblia_horroru@o2.pl

Z uwagi na mój kolejny wyjazd wyślę je najwcześniej 4 sierpnia. W razie gdyby wylosowani  laureaci nie zgłosili się do tego czasu, nagrody trafią kogoś innego, kto również brał udział w konkursie.

Diabeł na uwięzi

I Trapped the Devil/ Uwięziłem diabła (2019)

Małżonkowie Matt i Karen przyjeżdżają z nieoczekiwaną wizytą do swojego krewnego, który mieszka samotnie. Brat Matta nie wita ich jednak z otwartymi ramionami i nalega by opuścili jego dom, gdy ci nie ustępują zdradza im powód dla którego nie mogą u niego zostać. Otóż więzi w domu diabła.

Nie ukrywam, że do seansu zachęcił mnie tytuł filmu. Taki, prosty a konkretny. Plakat promujący też niczego sobie, kazał mi podejrzewać, że będę tu mieć do czynienia z produkcją posługującą się estetyką horrorów starego typu. Mogę powiedzieć, że się nie pomyliłam, bo “Uwięziłem diabła” w żaden sposób nie trafia we współczesny mainstream. Opieram ten wniosek głównie na wrażeniach wizualnych. Chodzi głównie o scenografię, sposób w jaki urządzony jest dom  Steve’a – jakby czas się w nim zatrzymał. Rodzaj oświetlenia wnętrz, a także różne drobne rekwizyty. Sam Steve też wydaje się … retro. Tak więc klimat fajny.

A historia? Cóż… Wszystko skupia się na Stevie i jego więźniu. Kiedy ten decyduje się zdradzić bratu i szwagierce swoją tajemnice możecie się spodziewać, że w niedługim czasie nastąpi też obszerne przedstawienie argumentacji dowodzącej słuszności jego zachowania. Cóż, tu nie pada nic odkrywczego, ale w mojej ocenie źle nie jest.

Głównym przedmiotem rozważać potencjalnego widza będzie to, czy Steve cierpi na paranoję, czy też faktycznie więzi w swoim domu ucieleśnienie zła. Jeśli zdołacie się zaangażować w ten spór może się on wydać dość zajmujący, jednak jeśli film nie przykuje Waszej uwagi, a na to są szanse to sprawa jest przegrana.

Nie jest to na pewno film dla każdego, a jego odbiór w dużej mierze może zależeć od Waszego aktualnego nastroju czy nastawienia. Pewne jest, że miłośnicy bardziej rozrywkowego kina powinni go sobie darować.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:5

52/100

W skali brutalności:1/10

Utopię Twoje dzieci

The Curse of La Llorona/ Topielisko. Klątwa La Llorony (2019)

Los Angeles, lata ’70 XX wieku. Wdowa po policjancie, Anna Tate Garcia samotnie wychowuje dwoje dzieci i pracuje w opiece społecznej. W czasie jednego ze zleceń odkrywa, że podopieczna opieki społecznej Patricia Avlwarez od dłuższego czasu więzi swoich dwóch synów. Po jej interwencji, wbrew agresywnemu sprzeciwowi ich matki, chłopcy zostają zabrani z domu. Wkrótce po tym obydwaj zostają utopieni w pobliskiej rzece przez nieznanego sprawcę.

Wtedy w głowie Anny po raz pierwszy świta myśl, że być może pani Alvarez chroniła przed czymś synów, nie zaś ich więziła. Na refleksje jest jednak zdecydowanie za późno bowiem przyjdzie jej na własnej skórze przekonać się z czym musiała mierzyć się Patricia Alvarez.

Odziana w biel kobieta z niemowlęciem na ręku – La Llorona, czyli płaczka jest bohaterką legend szczególnie popularnych wśród Latynoamerykanów. Jej korzenie sięgają jeszcze czasów Azteków i odnoszą się do bogini Cihuacóatl.

Współcześnie płaczka jest patronką kobiet zmarłych w czasie połogu. Symbolizuje najgorsze nowiny i stanowi zwiastun nieszczęścia. Jeśli chodzi o jej ‘ludzkie’ pochodzenie jest kilka wersji i żadna Moi Drodzy nie jest dokładnie tą, którą przywołuje film Michaela Chavesa. Są moim zdaniem mocniejsze, ale że Hollywood czuje się szczególnie zobowiązany zachować pewną poprawność idąc w masowego odbiorce nie jestem zdziwiona takim przedstawieniem sprawy. Ba, gdyby “Topielisko” nie było dziełem czysto komercyjnym i typowo mainstreamowym mogłabym się chyba spodziewać znacznie lepszego wykorzystania potencjału tkwiącego w postaci antybohaterki. Jest jednak jak jest.

A jest standardowo. Pewnie niektórzy z Was połapali się, że film próbuje chwytać się najsłynniejszych obecnie motywów wyciągniętych z opowieści Warrenów. Jakąś okrężną drogą przypisano go bowiem do uniwersum Obecności” stąd migawka z lalką Annabelle i znajomy ksiądz Perez. Mimo, że jakąś wielką fanką “Obecności” nie jestem, to mocno mnie zniesmacza ta tendencja taśmowego produkowania miernych acz wysokobudżetowych straszaków, które jedyne co mogą robić to grzać się w blasku sławy James’a Wana i naciągać naiwną gawiedź liczącą na poziom, do którego te produkcje nie mają szans się zbliżyć.

“Topielisko” może nie przynosi takiego ogromu rozczarowania jak zrobiła to “Zakonnica“, czy pierwsza odsłona “Annabelle, ale wcale nie jest za dobrze.

Przede wszystkim jest to film na wskroś na wylot komercyjny. Ma być efektownie, ma być dynamicznie, pal licho nastrój, napięcie, czy jakieś inne archaiczne przymioty horroru. Tak jak “Obecność” plusowała u mnie fajnie oddanym klimatem lat ’70 to w przypadku “Topieliska” jest on zupełnie nie odczuwalny. Gdyby nie napis na ekranie “Los Angeles 1973” i stary telewizor w salonie  prawdopodobnie zapomniałabym, że akcja została osadzona w tamtych latach.

Straszenie w filmie ogranicza się tylko i wyłącznie do nagłych emanacji komputerowo wygenerowanej antybohaterki i tylko w przypadku jednej, czy dwóch scen poświecono kawałeczek taśmy na uprzednie zbudowanie maleńkiego wstępu.

A efekty moi drodzy, na bogato. Komputerowa zmora gości na ekranie bardzo często. Na tyle często, że można do niej szybko przywyknąć i przestaje robić jakiekolwiek wrażenie. Jej historia, jak wspomniałam na początku, robi marne wrażenie. Jak na bohaterkę tak tragiczną, psychologia jej postaci trąci nie małym zaniedbaniem. Aktorstwo nie najgorsze, ale żeby się czymś szczególnie zachwycić to też nie bardzo jest czym.

Są jednak spore szanse, że nie przyśniecie w czasie seansu z filmem, bo dzieje się dużo i szybko. No to, tak się sprawy mają.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:4

Napięcie: 5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne: 6

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:4

49/100

W skali brutalności:1/10

 

Zostaniemy w domu

We Have always lived in the castle/ Zawsze mieszkałyśmy na zamku (2018)

Siostry Blackwood, Constance i Merricat mieszkają w rodzinnej posiadłości sprawując opiekę nad kalekim wujem jako jedynym krewnym. Żyją odcięte od świata zewnętrznego naznaczone piętnem rodziny, która zwykłą wymordowywać swoich członków. Ich względny spokój zostaje zakłócony intruzem, dalszym krewnym, który postanawia z nimi zamieszkać.

I w tym miejscu jestem wygrana, bo mam już za sobą lekturę książki na podstawie, której powstał film. I cieszę się bardzo, bo nie jestem przekonana by ta ekranizacja mnie do niej zachęciła. Nie wiem nawet czy to wina sposobu realizacji filmu, czy raczej kwestia tego, że książka jest dość trudna do przełożenia na język filmu. W fabule nie ma większej dynamiki, nie buduje napięcia, a jej sens ukryty jest pod powierzchnią.

Książkę czytałam dość dawno, a i tak odczułam bolesny brak głębi, a to co w książce wydawało się oczywiste tu wydało się wręcz łopatologicznie wyłożone.

Tak więc film zdecydowanie nie jest najbardziej pożądanym sposobem na zapoznanie się z tą historią, którą, no przecież, byłam zachwycona, czytając. Nie mogę przyczepić się do aktorstwa, bo obsada została dobrana całkiem zgrabnie.  Nie bardzo pasował mi natomiast wystrój tytułowego zamku. Nie zgodny z moim wyobrażeniem, jakiś taki… mało mroczny, mało zapuszczony.

Cóż więcej mogę powiedzieć? Ciężko mi szczerze zachęcać do seansu z filmem, choć nie jest znowu ‘taki ostatni’, za to mogę potwierdzić raz jeszcze: przeczytajcie książkę Shirley Jackson.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

to coś:5

53/100

W skali brutalności:1/10

KONKURS

Z okazji 8 urodzin bloga mam dla Was konkurs. Waszym zadaniem jest napisanie w komentarzu, tu na blogu lub jego fanpage: W jakim miejscu z horroru chcielibyście spędzić upiorne wakacje?

Spośród wszystkich odpowiedzi rozlosuje 3 zwycięzców, do których trafią egzemplarze książki “Lore: Niegodziwi śmiertelnicy”. Wyniki ogłoszę przed moim, miejmy nadzieję nie upiornym urlopem, czyli 25 lipca.