Miesięczne archiwum: Sierpień 2019

Nowości na blogu

Mam nadzieję, że Ilsa się na mnie nie obrazi, ponieważ tworzę ten wpis za jej plecami.  Pragnę jednak z niecierpliwością podzielić się nowościami, jakie dla was przygotowałem na Biblii Horroru.

Nie znacie mnie, ale to ja głównie odpowiadam za obecny kształt bloga. Dużo pracy wykonał również Tomek, któremu zawdzięczamy listy. Kiedy na jednym z portali przeczytałem wiadomość o zamknięciu Bloxa, od razu zmartwił mnie los Biblii Horroru, mimo że ostatnimi czasy coraz zadziej na nią zaglądałem. Mam jednak do tego bloga ogromny sentyment, bo pojawił się w dosyć trudnym okresie mojego życia i odmienił je robiąc ze mnie miłośnika kina grozy. Dlatego nie mogłem nie skorzystać z okazji opublikowania tu własnego wpisu 😉 To dla mnie równie ważna chwila, jak napisanie tu pierwszego komentarza

Ci z was, którzy regularnie śledzą bloga na Facebooku (jeśli jeszcze tego nie zrobiliście to go polubcie, dobijmy razem do 1000 fanów!) pewnie wiedzą o problemach, jakie Ilsa miała z publikowaniem linków do strony. Po wielu stoczonych bojach postanowiliśmy w końcu pójść na rękę p. Zuckerbergowi i zmienić adres bloga. Od dziś Biblia Horroru jest dostępna pod adresem www.bibliahorroru.ga.  Poprzednia domena, jak i wszystkie oparte o nią linki są automatycznie przekierowywane pod nowy adres. Nie musicie więc zmieniać adresu bloga w zakładkach, choć do tego zachęcam.

Przygotowałem dziś dla was jeszcze jedną dużą nowość. Na samym dole panelu bocznego z prawej stronie znajduje się “Panel subskrypcji”. Zamieszczone tam linki pozwalają  wam śledzić wpisy bloga na trzy różne sposoby: przez RSS w czytniku (polecam Feedly), powiadomienia przeglądarki

(w ten sposób śledzi Biblię Horroru już 82 czytelników!)

i najnowszy sposób – Newsletter. Tak, teraz możecie dostawać najnowsze wpisy Ilsy wprost na swoją skrzynkę e-mail! Zachęcam do skorzystania z tych opcji, bo jak pokazały ostatnie wydarzenia, Facebook nie jest idealnym narzędziem do śledzenia blogów.

Jeśli macie uwagi odnośnie działania bloga, lub wpadł wam w oko jakiś błąd, zawsze możecie dać mi znać w komentarzach lub napiszcie na adres rafal7@int.pl.

Życzę wszystkim przyjemnego weekendu oraz słodkich koszmarów 😉

Błagam, Ilsa, nie rzucaj na mnie klątwy…

 

Przecież znacie te balety, wszak w nich złego nie ma nic

Ma (2019)

Nastoletnia Maggie przeprowadza się wraz z matką, Ericą do miasteczka, gdzie jej rodzicielka miała okazję dorastać. Tu Erica podejmuje pracę kelnerki, a jej córka zaczyna naukę w liceum. Maggie szybko nawiązuje znajomość z grupą młodych wyluzowanych i zostaje zaproszona na pierwszą imprezę w nowym miejscu. Gdy prywatka zostaje odwołana niezmordowani nastolatkowie postanawiają uderzyć w plener. O ile uda im się zakupić stosowny prowiant. Tu z pomocą pojawia się Sue Ann. Pracująca w gabinecie weterynaryjnym kobieta w średnim wieku nie tylko zapewnia młodzieży napoje wyskokowe, ale i gościnę.

Młodzi zamelinowani w jej piwnicy doskonale się bawią i wkrótce poszerzają grono lokatorów swojej dobrodziejki o kolejne osoby. Sue Ann zostaje nazwana „Ma”, jako że stanowi dla nich rodzaj ultra wyluzowanej mamuśki. Jednak jaki cel może mieć dorosła kobieta zabawiająca się z bandą wyrostków?

„Ma” jest jednym z głośniejszych tegorocznych projektów filmowych jeśli idzie o tematykę grozy. Stosownie zareklamowany, wysoko budżetowy obraz wzbudził nie małe oczekiwania. Został nakręcony przez twórcę hitu „Służące”, który na podstawie wygrzebanego scenariusza postanowił zrobić swój pierwszy horror.

W obsadzie zobaczymy, nie inaczej, a właśnie gwiazdę „Służących”, charyzmatyczną Olivię Spencer.  Resztę obsady mogłabym w zasadzie pominąć, bo wszyscy jak jeden mąż giną przygnieceni ciężarem talentu Olivii. To ona robi ten film. Jej postać z pewnością już na poziomie pomysły odznacza się potencjałem, ale babka przeszła przez plan jak torpeda i nie wzięła jeńców.

Czym jest „Ma”? O czym jest „Ma”? Ten z pozoru oryginalny pomysł, jest w gruncie rzeczy usnuty na starym jak świat schemacie emocjonalnych konsekwencji licealnych porażek towarzyskich. Bo co też nasza Ma urządza w swojej piwnicy? Mekkę nastolatków, dla których jest niekwestionowaną królową ubawu. Początkowo tylko kupuje im alko, początkowo tylko udostępnia kanciapę. W końcu zaczyna uczestniczyć w imprezach, ba nawet je organizuje i im przewodzi.

Jej zachowanie od początku powinno zaalarmować widza, ale nie naszych rozbawionych bohaterów – urąganie na naiwność nastolatków mija się z celem – jaki jest koń każdy widzi;). Drobnych sygnałów świadczących o niepoczytalności Ma jest coraz więcej, a scenariusz nie jest ukierunkowany na kamuflowanie tego faktu. Tu właśnie mamy do czynienia z pełną klasą aktorstwa Olivii. Kocham jej mimikę.

Bardzo ciekawy wydał mi się wątek córki głównej antybohaterki, ale nie skupiano się na nim szczególnie. Główna rozgrywka dotyczyła Maggie i jej znajomych. Muszę przyznać, że jakoś szczególnie im nie kibicowałam. Niby bogu ducha winne dzieciaki, ale to postać Sue Ann miała w sobie więcej tragizmu. To chyba największy sukces tego filmu: stworzył antybohaterkę, do której ciężko nastawić się ‚anty’. Ma budzi zgrozę, ale nie budzi nienawiści, raczej politowanie.

Warstwa dramatyczna jest więc okej, ale co z horrorem? Mówiąc szczerze nie wygląda mi to na horror, choć tak kategoryzują go internety. Jest to thriller z domieszką horroru i to tylko w końcowej partii epickiego rozbłysku obłędu głównej bohaterki. Można go podciągnąć po teen slasher, ale nie wiem czy to właściwa droga.Ogląda się go przyjemnie, ale tak jak wspomniałam, głównie za sprawą tytułowej postaci i jej aktorskiej kreacji, cała reszta jest cokolwiek przeciętna.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

to coś:6

61/ 100

W skali brutalności:2/10

Idealna nuta

The Perfection/ Perfekcja (2018)

Charlotte jest utalentowaną wiolonczelistką, niestety opieka nad chorą matką zmusiła ją do zrezygnowania z nauki i uniemożliwiła karierę.

Teraz, gdy matka zmarła, Charlotte postanawia wrócić do muzyki. W tym celu odnawia znajomość ze swoim nauczycielem Antonem w czasie prestiżowego konkursu muzycznego w Azji. Tam poznaje inną uczennice mistrza, Lizzie, która w przeciwieństwie do niej znajduje się na szczycie.

Mimo dzielących je różnić kobiety nawiązują dość intensywną znajomość i wkrótce wyruszają we wspólną podróż, której celem jednak nie jest zacieśnianie więzi, a coś zupełnie innego.

Cóż za dziwny twór! Netflix zdążył mnie przyzwyczaić do różnych treści serwowanych na platformie i nie rzadko trafiam tam na produkcje… wyróżniające się. Czy pozytywnie, czy negatywnie, to już inna kwestia, w każdym razie dalekie od tego co proponuje repertuar kin.  Nie inaczej jest z „Perfekcją”.

Richard Shepard odpowiadający zarówno za scenariusz jak i za reżyserie znany jest głównie z produkcji seriali. Ma na swoim koncie „Salem„, „Criminal minds”, ale i lżejsze historie. Mogę przypuszczać, że właśnie  serialowe doświadczenia miały znaczny wpływ na wielowątkowość „Perfekcji”, która przez cały tok akcji wykonuje dwa na tyle wielkie przeskoki, jakbyśmy mieli do czynienia z dwoma osobnymi historiami. Jednakże wątki splecione są na tyle sprawnie, że tworzą cokolwiek dziwną, a jednak integralną całość.

Wszytko zaczyna się od przedstawienia sylwetki Charlotte. Utalentowana dziewczyna, która jednak nie mogła rozwijać talentu spotyka kogoś kto, można rzecz wykorzystał szansę, którą jej odebrano. No, tu mili państwo szykuje się intryga. Osobiście podejrzewałam Charlotte o najgorsze intencje, ba, był w filmie taki etap, że prawie jej potwierdzono, ale tu znowu zwrot.

Wycieczka dziewcząt po Szanghaju, jej przebieg, sprawił, że całkowicie zarzuciłam swoje podejrzenia. No, kurczę, ja tu rozkminiam toxic relationship, a szykuje się historia o epidemii jakiejś dżumy, czy innego zombizmu. To jak rozwiązano tę kwestie wprawiło mnie w niemałe osłupienie, ale to jeszcze nie koniec. Osłupień. Moich.

Tak, im dalej w las tym więcej grzybów, robi się z tego dobrze porąbana opowieść. Może trochę nazbyt porąbana? No, to musicie ocenić sami. Mnie trochę męczyło wrażenie, że twórca chciał przekazać w tym filmie więcej niż mógł. No, taśmy nie stykło. Przez co pojawia się tu sporo momentów niejasności, przykrej konsternacji. Narracja jest mocno poszarpana, co może utrudniać odbiór.

Technicznie film jest bardzo dobry. Zdjęcia szczególnie w końcowym hymmm…. akcie zwracają dużą uwagę. Położono nacisk na artyzm i nastrój, a i obsada wypada bardzo dobrze. Z pewnością „Perfekcja” jest warta sprawdzenia, a czy się spodoba, to już kwestia bardzo indywidualna.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:6

Zaskoczenie:9

Zabawa:7

Walory techniczne: 8

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:7

68/100

W skali brutalności:2/10

 

Złodziej dusz, porywacz ciał

Lifechanger/ Złodziej dusz (2018)

Drew nie wie kim tak naprawdę jest. Od lata wciela się w kolejnych ludzi, bo tylko regularna wymiana ciała może mu zapewnić przetrwanie. Jego jedynym celem wydaje się zbliżenie się do pewnej kobiety, która każdego wieczoru przesiaduje samotnie nad kieliszkiem.

Dziwny film. Niby można go zaliczyć do kategorii vampire movies, ale jego bohater klasycznym wampirem nie jest. Posiada nadnaturalny talent, który pozwala mu na ‚przejmowanie żyć’. Sam proces owego przejęcia kojarzyć się może z czymś z kategorii sci-fi, ale to też nie jest do końca to. Utrudnia to nieco odbiór filmu, bo ciężko powiedzieć o czym tak naprawdę mówi, a jego finał ani myśli nam to wyjaśnić.

Fabuła ogranicza się do metafizycznych rozważań naszego dość anonimowego bohatera towarzyszącym kolejnym morderstwom.

Można powiedzieć, że nasz Drew ma coś z Hrabiego Draculi, który nie bacząc na nic dąży do połączenia z ukochaną. Jedynym co spędza mu sen z powiek to pytanie, czy gdy wyjawi jej swoje prawdziwe oblicze, ta zdoła go zaakceptować?

Swoją egzystencję ogranicza do walki o przetrwanie i tak też o nim mówi. To właśnie chęć przetrwania, właściwa wszystkim żywym organizmom stanowi usprawiedliwienie dla jego czynów.

Czy taka historia może się podobać? Jest w stanie zainteresować? Jeśli lubicie opowieści oparte na monologu głównego bohatera, to ten tym narracji może Wam przypaść do gustu, jednak nie wiem, czy sam pomysł wyjściowy jest wystarczająco atrakcyjny, żeby do siebie przekonać.

Zdecydowanie odradzam film wielbicielom wartkiej i efektownej akcji, komu zaś mogę polecić? Być może tym, którzy chcą spojrzeć na problematykę wampiryzmu od bardziej analitycznej strony aniżeli zażyć rozrywki.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa: 6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:5

52/100

W skali brutalności:1/10

Historie niegodziwe

The world of Lore. Niegodziwi śmiertelnicy – Aaron Mahnke

 

„Lore. Niegodziwi śmiertelnicy” to kolejny po „Lore. Potwornych istotach” zbiór rozpraw dotyczących… No właśnie, czego? W przypadku „Potwornych istot” Mahneke skupiał się na bohaterach, czy też raczej antybohaterach, o paranormalnym rodowodzie, zaś w przypadku „Niegodziwych śmiertelników” mamy do czynienia ze zwykłymi ludźmi. No dobrze, może nie tak znowu zwykłymi. Zwykłymi ludźmi, którzy byli bohaterami, sprawcami czy też ofiarami niezwykłych zdarzeń.

Mamy tu do czynienia z całą plejadą okrutników. Począwszy od nawiedzonych inkwizytorów topiących bogu ducha winne kobiety, po najsłynniejszych seryjnych zabójców, jak H. H. Holmes, do sylwetki którego autor odwołuje się parokrotnie. Nie, nie ma tu Mansona, czy Gein’a. Mahnke skupia się raczej na postaciach mniej spopularyzowanych, tych działających w pierwszej połowie XX wieku, czy jeszcze starszych, bardziej zapomnianych.

Dzięki temu mogłam zapoznać się w wieloma ‚smaczkami’, o których nie miałam pojęcia. Z resztą, nawet jeśli autor przywołuje bardziej znaną historyjkę robi to w taki sposób, że dopiero w jej finale dowiadujemy się o kogo chodzi. Przykładem może być rozdział poświęcony ‚złym sobowtórom’ i … Abrahamowi Lincolnowi. 

Gawędziarki styl rozprawy i duża dawka czarnego humoru, mimo braku typowej, książkowej fabuły sprawia, że czyta się ją wyśmienicie i bardzo szybko.

Najbardziej jednak przyciągają owe ciekawostki. Dzięki lekturze „Lore…” poznałam chociażby genezę powstania „Doktora Jekylla i Mr. Hyde’a”, a i o poecie Shelley’u mężu autorki „Frankensteina” dowiedziałam się interesujących rzeczy. A jeśli już jesteśmy w okolicy „Frankensteina” warto wspomnieć o rozdziale poświęconym ‚cmentarnym hienom’, albo raczej ‚złodziejom w służbie nauki’….

Ale dość już tych wyliczeń, bo prawda jest taka, że w każdym z rozdziałów znajdziemy coś wartego uwagi – oczywiście pod warunkiem, że takie ciemne sprawki leżą w kręgu Waszych zainteresowań. A leżą, prawda? Inaczej by Was tu nie było 😉 Książkę oczywiście gorąco polecam.

Moja ocena: 9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i -ska

Gdzie jest wilk

Wilkołak (2018)

Polska, rok 1945. Grupa dzieci pod opieką najstarszej z nich, Hani, przybywa do prowizorycznego sierocińca zorganizowanego w zrujnowanej posiadłości pośrodku lasu, gdzieś w górach. Tam po wyzwoleniu z obozu Gross -Rosen mogą cieszyć się namiastką wolności. Jednak ta wolność naznaczona jest obozową traumą i głodem, który doskwiera dzieciom w zasadzie pozostawionym samym sobie. Czekając na pomoc ze strony Rosjan zostają otoczeni przez błąkające się w okolicy esesmańskie psy, szkolone do zabijania uciekających więźniów.

Nie uronię żadnej okazji by poobcować z polskim kinem grozy, choćby miało to być najchujowsze kinowe doświadczenie sezonu ;D Oczywiście liczyłam się z tym zasiadając do seansu z „Wilkołakiem”, ale miałam też nadzieję na coś… bo ja wiem? Super?

Nie mogę powiedzieć by film zawiódł nadzieje, ale obeszło się też bez fajerwerków.

Czy ma szanse spodobać się szerszej publiczności? Myślę, że tak. Wojenne klimaty jeśli chodzi o polskie kino nadal są na topie, jednak nie jest to dzieło spod znaku opowieści o bohaterskich powstańcach przepełnionych ideałami, czy dzieło bardzo polityczne. Dzieciakom z filmu Panka bliżej do bohaterów z „Władcy much” niż z „Kamieni na szaniec”.

Mimo, że nie jest to typowy horror w mainstreamowym rozumieniu, może przysporzyć przykrych skojarzeń. Jeśli chodzi o mnie, największe wrażenie zrobił na mnie niezwykle naturalistyczny obraz dziecięcej natury wypaczonej i naznaczonej obozowym piekłem.

Te dzieci, z których znaczna część całe swoje dzieciństwo spędziła w pasiastych pidżamach bardziej przypomina zdziczałe zwierzątka niż istoty ludzkie. Jedna z dziewczynek nie nauczyła się nawet mówić, czy to z powodu braku możliwości rozwoju czy z problemów natury psychologicznej. Ich jedynym celem jest przetrwanie, zaspokojenie najniższych potrzeb. Ich rzedkie zabawy są odzwierciedleniem  tego czym przesiąkły: przemoc, destrukcja, tresura. Na dziecięcych aktorach spoczywa cały ciężar filmu i one ten ciężar podźwignęły za co im chwała.

Punktem kulminacyjnym jest pojawienie się psów, niemieckich owczarków, jawiących się niczym wilki, które wyszły z lasu na polowanie. Jednak czy to one są rzeczywistymi antybohaterami? Chyba dość szybko zmienicie zdanie:)

Tytułowy wilkołak, to nie postać z legend, obrośnięty sierścią człowiek wyjący do księżyca, a raczej metafora pewnej transformacji, transformacji w swojego własnego wroga. Z resztą takich metafor jest tu więcej, przemycane są nawet w … ubraniach, co przydaje całej historii pewnej baśniowości, podobnie jak obsadzenie na pierwszym planie dzieci.

Klimat filmu jest dość klaustrofobiczny z racji ograniczonej przestrzeni na jakiej się rozgrywa, a dodajmy jeszcze do tego późniejsze uwięzienie z powodu wroga czającego się u drzwi. Świetne wrażenie robi też sama posiadłość wybrana na miejsce akcji. Stary pałacyk, który mimo że lata świetności ma już dawno za sobą nadal jest wielkopańskim pałacem, do którego grupa zdziczałych dzieci pasuje jak Karolak do roli amanta.

Podsumowując, wrażenia bardzo pozytywne, jednakże nadal czekam na pełny rozkwit polskiego kina grozy i może, może się kiedyś doczekam;)

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:7

65/100

W skali brutalności:1/10

Czego boją się dzieci?

Bunny Lake is missing/ Bunny Lake zaginęła (1965)

Anglia, lata ’60 XX wieku. Anne Lake, młoda, samotna matka czteroletniej córki przeprowadza się wraz ze swoim bratem Stevenem do Londynu. Tu posyła swoją córkę Felicje do miejscowego przedszkola.

Pierwszego dnia w związku z ferworem  przeprowadzki pozostawia swoją córkę pod opieką przedszkolnej kucharki, zbyt spiesząc się by czekać na nauczycielkę. Po południu odkrywa, że Bunny, bo tak matka zwykła nazywać małą Felicję, przepadła bez wieści. Co więcej okazało się, że nikt w placówce nie odnotował jej obecności.

Miałam już poważne obawy, że zdążyłam już wygrzebać wszystkie dobre, stare filmy grozy i już nic ciekawego mi się w tej materii nie trafi. Zupełnie przypadkiem trafiłam jednak na „Bunny Lake zaginęła” i nawet zanikające łącze internetu nie było w stanie oderwać mnie od seansu;)

Historie osób zaginionych, szczególnie dzieci zwykle przebiegają wg. pewnego schematu, jednak są to opowieści nacechowane taką dawką dramatyzmu, że nikt nie śmie oczekiwać od nich jeszcze większych sensacji. Myślałam, że podobnie będzie w przypadku opowieści o zniknięciu małej Bunny.

Owszem, początek nie zwiastuje większej złożoności sprawy, ale już sam klimat- czarno białe kadry, muzyka, obsada ze złotej ery Hollywood, wystarczają by zachęcić do obcowania z filmem. Dalej jest tylko lepiej.

Fabułą rozgałęzia się na kolejne tropy, kolejne podejrzenia. Co się stało z Bunny?

Pierwszy większy skok pojawia się w momencie wprowadzenia na arenę postaci sędziwej matki założycielki przedszkola. Kobiecie bez wątpienia brak piątej klepki, a lubość z jaką przysłuchuje się taśmom, na których dziecięce głosiki opowiadają o swoich lękach może zbudzić co najmniej niepokój.

Idziemy dalej i spotykamy policjanta – świetna kreacja Laurence’a Oliviera – który podchodzi do sprawy od… innej strony. Pojawia się kolejne pytanie, czy Bunny w ogóle istnieje? W końcu nikt, włącznie z widzem nie widział małej…  Tu na arenę wkraczają psychoanalityczne dywagacje, które z każdym krokiem nabierają mocny. Jednak na tym wcale się nie kończy. Dwóch potencjalnych szaleńców to stanowczo za mało.

W takich chwilach można tylko bić pokłony. W czasach, w których nie można było wyłgać się spektakularnymi efektami, a i świecenie golizną przed rewolucją seksualną nie było mile widziane filmowcy wypełniali przestrzeń dobrymi rozwiązaniami fabularnymi, przemyślanymi scenariuszami, inteligentnymi dialogami.

„Bunny Lake zaginęła” to film rangi Hitchcockowskiej, z suspensem, obłędem i tajemnicą. Bierzcie i oglądajcie wszyscy, ja zapuszczam się w czeluście internetu szukać innych filmowych dokonań Otto Premingera.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:9

Klimat:9

Napięcie:8

Zabawa:9

Zaskoczenie:8

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność:8

To coś:9

80/100

W skali brutalności:1/10

Lepiej rządzić w piekle niż służyć w niebie

Adwokat diabła – Andrew Neiderman

Kevin Taylor, młody adwokat wygrywa kolejną sprawę. Sumienie podpowiada mu, że tym razem powinien przegrać, jednak wola zwycięstwa jest silniejsza niż poczucie przyzwoitości. Tym samym zwraca na siebie uwagę przedstawiciela kancelarii Milton i wspólnicy z Nowego Jorku i już wkrótce wraz z żoną Miriam przeprowadza się do luksusowego apartamentu należącego do jego nowego chlebodawcy.

Początkowe zachłyśnięcie się dobrobytem szybko mu ustępuje. Kevin nabiera podejrzeń względem swojego szefa i działalności jego firmy.

Tytuł „Adwokat diabła” kojarzy się Wam za pewne z filmem z ’97 roku, który odniósł nie mały sukces. W moich oczach również jest dziełem bardzo udanym i gdybym miała w tym momencie decydować, czy książka, czy film miałabym nie mały problem.

Wcale nie dlatego, że film tak wiernie oddaje książkową historię. Obie fabuły różnią się dość zasadniczo, choć zgadza się ogólny zarys. Jednakże obie wariacje tej historii uważam za bardzo ciekawe.

O kwestii różnić na zasadzie imiona, nazwiska, miejsca nie ma co dyskutować. Namieszano za to z postaciami. Na ten przykład w filmie nie pojawia się wątek samobójstwa poprzednika Kevina z kancelarii Miltona, nie pojawia się obłąkana Helen – małżonka innego z adwokatów, której postać podsuwa podejrzenia książkowemu Kevinowi. Natomiast jej zachowania odpowiadają poniekąd zachowaniom filmowej żonie głównego bohatera.  W książce nie ma też rudowłosej damy, która kusi Kevina, jest za to wątek psychiatry-okultysty. Różnią się też niektóre elementy poszczególnych procesów sądowych, w których bierze udział nasz bohater. Tak więc próbując porównać obie historie uzyskujemy niezły misz masz.

Podstawowe pytanie: Czy książka może okazać się atrakcyjna dla kogoś kto zna i lubi film? Chyba jestem dobrym przykładem, że może.

Jeśli chodzi o te walory pod względem, których oryginał wygrywa to chyba jest to większa doza grozy. Umówmy się, Al Pacino nie jest zbyt upiorny w roli diabła, jest trochę przerysowany i w tym tkwi jego urok. Natomiast książkowego Miltona okrywa większa tajemniczość, jest bardziej surowy, momentami złowrogi.

Fakt, że w przypadku książki Kevin nie daje się mu tak łatwo uwieść, rozpoczyna swoje własne dochodzenie sprawia, że sytuacja przeradza się w paranoid thriller z dużo większym impetem niż w przypadku gdy najsłabszym ogniwem okazuje się żona- jak to dzieje się w przypadku filmu.

W książce mamy więc więcej tajemnicy, mistycyzmu przez co sprawę odbieramy bardziej serio. Problem mam jednak z finałem. Czy aby jego filmowe wersja nie jest lepsza? Bardziej przewrotna? A może jednak wygrywa bardziej dramatyczny książkowy epilog? Warto byście ocenili sami.

Moja ocena:8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Vesper