Miesięczne archiwum: Wrzesień 2019

Opowiem Wam o zbrodni

Helter Skelter. Prawdziwa historia morderstw, które wstrząsnęły Hollywood” – Vincent Bugilossi, Curt Gentry

9 sierpnia 1969 roku w domu przy Cielo Drive w Los Angeles zostały znalezione ciała żony Romana Polańskiego, Sharon Tate i trójki jej przyjaciół,  Jay’a Sebringa, Wojtka Frykowskiego i Abigail Folger. Jeszcze tej samej nocy w innym domu w Los Angeles został zamordowany biznesmen Leno La Bianca wraz z żoną. Minęły miesiące nim policja i prokuratura połączyły te dwie zbrodnie za sprawą osoby Charlesa Mansona.

Kolejna pozycja, tym razem książkowa, dotycząca morderstw z przed 50 lat. Tegoroczna, równa rocznica sprzyja przywoływaniu tych niekoniecznie przyjemnych wspomnień, stąd za pewne pojawienie się polskiego wydania książki, która za oceanem ukazała się już w 1974.

Bugilossi, pierwszy z wymienionych autorów, to prokurator zajmujący się sprawą Mansona i Rodziny. To on był jednym z oskarżycieli w sądzie, a także osobą gromadzącą dowody w śledztwie i punktującą wszystkie potknięcia policji. To on dokonał analizy czynów Mansona, poznając jego szokujący tok rozumowania.

Drugi z autorów, to już pisarz, który za pewne w głównej mierze odpowiada za walory stricte literackie.

Za oceanem książka odniosła niebywały sukces. Nie wiem jednak, czy aby na pewno wynika to z jej wysokiej jakości, czy raczej chodliwości tematu.

Ta publikacja to wyzwanie. Liczy sobie ponad 600 stron i są to strony zapisane drobnym maczkiem. Dopiero przekroczywszy stronę 150 natrafimy na wzmiankę o Charlesie Mansonie.

Jest to niezwykle szczegółowa relacja z wydarzeń zaczynająca się w  momencie znalezienia ciał w domu Polańskiego. Jest tu przywoływana niemal każda rozmowa mająca jakiekolwiek znaczenie w przebiegu śledztwa, relacje świadków, analiza miejsca zbrodni, dowody… No, wszytko. Dosłownie jakbyśmy czytali akta, a nie literaturę.  To jednoczenie największa zaleta jak i wada tej publikacji.

Przez książkę brnęłam z mozołem. Musicie naprawdę złapać rytm, żeby się w nią wkręcić. To nie jest książka z rodzaju tych, które można czytać z doskoku. Musicie wejść w tą historię i ją poczuć, a gdy tak się stanie przepadniecie bez reszty.

Jak już wspomniałam w innym wpisie, nie należę do grona osób jakoś szczególnie rozmiłowanych w badaniu sprawy Mansona, może właśnie przez jej popularyzacje i fakt medialnej szopki. A mimo to byłam w stanie wkręcić się w czytanie.

“Helter…” podzielony jest na siedem chronologicznych części dzięki temu odtwarzamy wszystkie wydarzenia zgodnie z ich przebiegiem jak na literaturę faktu przystało. Jeśli więc chcecie poczuć, że bierzecie udział w jednej z najbardziej sensacyjnych spraw w historii kryminalnej “Helter…” jest pozycją, której nie wolno Wam ominąć.

Moja ocena: 9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

Annabelle w domu Warrenów

Annabelle comes home/ Annabelle wraca do domu (2019)

Ed i Lorriane Warrenowie, małżeństwo demonologów i ekspertów od zjawisk nadprzyrodzonych wyrusza na kolejny wyjazd służbowy. Swoją córkę Judy pozostawiają pod opieką zaufanej babysitterki Mary Ellen, która ma opiekować się dziewczynką w ich domu.

Tak też się dzieje, jednak do Judy i Mary Ellen dołącza przyjaciółka tej drugiej Daniela, nastolatka, która w tragicznych okolicznościach straciła ojca. Daniela bardzo interesuje się pracą Warrenów i wierzy, że w zamkniętym pomieszczeniu w ich domu znajdzie coś co pomoże jej nawiązać kontakt ze zmarłym. I znajduje, lalkę będącą katalizatorem zjawisk nadprzyrodzonych – Annabelle.

Wszystko zaczęło się od Jamesa Wana i jego “Obecności“. To tu po raz pierwszy pojawiają się postaci demonologów, Eda i Loriane, bohaterów autentycznych, których prace mogą zainspirować nie jednego twórcę horrorów. I inspirują. Hollywood wyciąga ile może z historii zapoczątkowanej przez Wan’a, tworząc swoiste universum, w którym każdy duch, czy demon może doczekać się własnej historii z swoim imieniem na plakacie filmowym.

Demoniczna lalka “Annabelle pojawiła się zaraz po pierwszej odsłonie “Obecności”. Wyszedł z tego marny film, który jednak kontynuowano.

I dalej kręci się ta karuzela. Kolejne nazwiska reżyserów, kolejne historie, które łączą się ze sobą, ale w niekoniecznie klarowny sposób.

“Annabelle wraca do domu” wg. chronologii wydarzeń rozgrywa się przed wydarzeniami z “Obecności”  i jej sequelu a po wydarzeniach z “Annabelle” i “Annabelle 2“. Właśnie wszytko sobie porządkowałam w głowie gdy dostrzegłam, że w piwnicy Warrenów poza nieszczęsną Annabelle znajdziemy też przedmioty wyniesione z domów bohaterów “Obecności” i Obecności 2″, tak więc zbaraniałam i postanowiłam odpuścić zagłębianie się w chronologie. Wam radzę to samo.

Zastanawiałam się też co oznacza tytuł “Wraca do domu”. To znaczy, że jej pierwotnym miejscem zamieszkania był dom Warrenów? A może “comes” powinniśmy traktować jako “przybyć”? Miałoby to więcej logiki: Annabelle wreszcie dociera tam gdzie jej miejsce.

Ale dobra, zostawmy te czcze rozważania i do rzeczy: Czy “Annabelle wraca do domu” jest dobrym horrorem? To zależy. Jeśli porównać ją z innymi franczyznami, typu Zakonnica“, czy nawet pierwsza część “Annabelle” nie jest najgorzej. Nie ma tu za dużo efektów – jak na standardy universum – a te, które są nie są najgorsze, historia też jest znośna choć nazwanie ją intrygującą byłoby znacznym przegięciem.

Co jest pewnym novum, scenariusz dużą uwagę poświęca rodzinnie Warrenów. Może nie tyle Ed’owi i Lorianne bezpośrednio, ale wchodzimy w ich świat, do ich domu do ich rodziny, a główną bohaterką jest ich córka. To osobiście odnotowuję na plus.

Ale czy to wystarczy by film w szczególny sposób wyróżnić? Nie. Osobiście jestem już zmęczona wątkami z “Obecności” i kolejnymi produkcjami robionymi trochę na siłę. Zaczyna to przypominać wietnamski bazar, nikt nic nie rozumie, połowa się zgubiła, ale wszyscy kupują.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:5

52/100

W skali brutalności:1/10

Diabeł interesuje się słabymi

Gwen (2018)

XIX wieczna Walia. Na nieprzyjaznych terenach Snowdonii leży farma należąca do rodziny nastoletniej Gwen. Od chwili wyruszenia ojca na wojnę Gwen wraz z matką i młodszą siostrą muszą borykać się same z trudami codziennego życia. Owy trud bynajmniej nie procentuje, a problemów z jakimi muszą mierzyć się kobiety jest coraz więcej. W sąsiedztwie umierają ludzie i zwierzęta gospodarcze, w końcu i matka Gwen zaczyna chorować. Otoczona górami farma zaczyna się jawić jako miejsce przeklęte i opuszczone przez boga.

“Gwen” to kolejny miły memu sercu horror kostiumowy wykorzystujący elementy folkloru. Jego akcja rozgrywa się w XIX wieku na terenach obecnego parku narodowego Snowdonii na północy wysp Brytyjskich. Nie zabraknie tu pięknych krajobrazów, które mogą sprawiać agorafobiczne wrażenie. Nieustannie świszczący wiatr, rozległe przestrzenie pokryte głównie kamieniami, trawą i błotem. Niewielka zaniedbana farma i niewielu bohaterów.

Na ich czele stoi Gwen, która może Wam się kojarzyć z Tomasine z “Czarownicy”. Jest to kolejna dorastająca dziewczyna, która dźwiga brzemię opieki nad bliskimi przy jednoczesnym wykluczeniu z gromady. Gdy matka dziewczyny zaczyna chorować ta nie może liczyć na pomoc. Atak, którego doświadcza w czasie nabożeństwa w lokalnym kościele staje się przyczyną ostracyzmu ze strony ludzi, widzących w tym dzieło diabelskie.

Kto jest tu antybohaterem musicie ocenić sami. Bez wątpienia na farmie dzieje się coś niepokojącego, ale co to jest? Czy przyczyną jest załamanie nerwowe matki, czy coś nadnaturalnego? A może to wszytko dzieło ludzi i ich okrucieństwa i pazerności? Mam na ten temat swoje zdanie, ale nie chcę Wam nic narzucać.

Obraz ma wspaniały klimat, w którym groza może w pełni rozkwitać. Ma też dobrze zbudowaną warstwę dramatyczną, historycznie uzasadnione tło społeczne, które stanowi doskonałą przestrzeń do budowania historii wcale nie paranormalnej tylko zwyczajnie po ludzku tragicznej. Ta gatunkowa uniwersalność jeśli chodzi o mój odbiór działa zdecydowanie na plus, choć dla miłośników czystości gatunkowej i bardziej ewidentnie horrowych rozwiązań może stanowić problem.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:8

70/100

W skali brutalności:2/10

Agorafobia i dziewczyna

Big Sky (2015)

Hazel cierpi na agorafobię. Jej życie rozgrywa się na ograniczonej przestrzeni własnego pokoju do czasu, gdy ojciec dziewczyny postanawia wysłać ją na leczenie do specjalistycznego ośrodka. Pod groźbą braku środków do życia Hazel wyrusza w podróż.

Jest przewożona w specjalnym schowku busa gdyż jej lęk jest zbyt duży by mogła podróżować normalnie. Ta kryjówka ratuje jej życie w momencie, gdy dwóch zamaskowanych sprawców napada na samochód i zabija większość pasażerów.

Hazel musi przejść dziesięć kilometrów na otwartej przestrzeni by otrzymać pomoc dla siebie i rannej matki pozostawionej na miejscu zdarzenia.

Czyż nie sądzicie, że z samego opisu film zapowiada się całkiem ciekawie? Mmmm, też się dałam zwieść obietnicy dobrego survivalu okraszonego wątkiem psychicznej przypadłości czyniącej spacer przez pustynie jeszcze trudniejszym.

Niestety. Może Bella Thorne- odtwórczyni głównej roli – jest jakaś przeklęta? Oglądałam parę horrorów z jej udziałem i średni to najlepsza ocena jaką mogłabym przyznać któremukolwiek z nich. Aktorka o urodzie gwiazdy porno – ktoś tak napisał na FW i mi się spodobało, choć nie znam się na urodzie gwiazd porno:) – zdecydowanie nie jest najlepszą aktorką, ale nie wydaje mi się, by odpowiadała za marność tej produkcji.

Tak jak wspomniałam, sam pomysł  wydał mi się całkiem smaczny, jednakże to co zaplanował scenarzysta zdusiło potencjał pomysłu w zarodku.

Film jest generalnie niedorzeczny. Nie wiem, czy te niedorzeczności miały rozbawić, czy poświadczyć na rzecz oryginalności filmu, ale dla mnie pozostały tylko niedorzecznościami. Ten koleś od Huxley’a i jego motor? WTF.

Najbardziej jednak ubolewam nad bardzo marnie zaprezentowanym motywie choroby głównej bohaterki. Był bezpłciowy i niekonsekwentny. A i survivalu tu tyle co kot napłakał.

Mamy więc obiecujący pomysł i słaby film.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:4

Klimat:4

Napięcie:4

Zabawa:4

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:5

Aktorstwo:5

Oryginalność:5

To coś:3

39/100

W skali brutalności:1/10

Kto ma sześć palców

Savaha: The Sixt Finger aka  Sa-ba-ha (2019)

Pastor Park zajmuje się demaskowaniem podejrzanych grup religijnych i ich ciemnych spraw. Jego uwagę przykuwa zgromadzenie o nazwie “Jelenie wzgórze”, z guru nazywanym generałem na jego czele.

Kiedy Park wraz ze swoim współpracownikiem postanawia przyjrzeć się sprawie okazuje się, że nie on jeden zainteresował się ową sektą. Kapitan policji Hwang obsadził w roli głównego podejrzanego w sprawie o morderstwo właśnie jednego z członków “Deer Mount”

“Svaha: The sixt finger” to kolejny koreański horror, który ku mej uciesze wylądował na Netflixie.

Jego twórca dał mi się poznać jako wielbiciel motywów religijnych w kinie grozy toteż nie dziwi mnie, że jego kolejny film obraca się znowuż wokół wątków wierzeń. Jego “Priests” na tyle zaskarbiło sobie moją sympatię, że do seansu z “Svaha…” podeszłam z dużym entuzjazmem. Oczywiście jeśli jeszcze nie widzieliście wspomnianej produkcji gorąco Was do tego zachęcam.

Film zaczynamy od… poznania głównego antagonisty. Gdzieś w Korei przyszły na świat bliźnięta. Jedno z nich nie jest jednak człowiekiem. Następnie zapoznajemy się z sylwetką naszego zakręconego Pastora i jego współpracownika, pełniącego rolę kogoś w rodzaju detektywa.

Pastor Park zaczyna się interesować Jelenim Wzgórzem”, zaś Jelenie Wzgórze interesuje się demonem, który ukrywa się w ciele człowieka w nieznanym miejscu. Z kolei sposób w jaki się nim… hym… interesuje, skłania policję do interwencji. Tak to mniej więcej wygląda.

Jednakże jako, że jest to horror koreański nie hollywoodzki próżno tu o proste ścieżki i łatwe rozwiązania. Obserwowanie zarówno policyjnego śledztwo jak i działań podejmowane przez Park’a stanowią dla widza rozrywkę, w której nie obejdzie się bez myślenia;) Intryga prezentuje się ciekawie, jej założenia są solidne i nawet jak na horror z wątkami paranormalnymi nie brakuje tu logicznego zamysłu. I chyba za to tak lubię koreańskie kino grozy.

Oczywiście polecam, bo nie mogę zrobić inaczej:)

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:7

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:7

70/100

W skali brutalności:1/10