Miesięczne archiwum: Grudzień 2019

Noc cudów

Próba sił – T. S. Tomson

Małe miasteczko Tensas w Luizjanie w przeddzień świąt Bożego Narodzenia mierzy się z zimą stulecia. Rose, niepełnosprawną staruszkę nawiedzają koszmarne sny, jej sąsiad niespodziewanie popełnia samobójstwo, a na wnuczkę napada wataha wilków. Nikt z mieszkańców nie wie, że do miasta zbliża się coś jeszcze, coś z czym wybrani będą zmuszeni zmierzyć się podejmując największą w swoim życiu próbę sił.

“To noc interesów szanowny Panie, noc interesów”

Ilekroć na polskiej scenie wydawniczej pojawia się pisarz, który podejmuje tematykę grozy machina promocji uporczywie zapewnia czytelników, że oto będą tu mieli do czynienia z polskim Stephenem Kingiem.

Ilu już takich polskich Kingów przeczytałam, nie zliczę, ale zapewnić Was mogę, że żaden z nich nawet w 30% nie zbliżył się do stylu mistrza z za oceanu. Nie twierdzę, ze powinni, ale po prostu nie odmiennie bawią mnie takie porównania z dupy. Jeśli więc teraz powiem Wam, że pojawił się u nas autor, który faktycznie pełnymi garściami czerpie z Kinga i odtwarza klimat jego powieści, to dacie mi wiarę? Pewnie nie, ale liczę, że przynajmniej zwróciłam Waszą uwagę.

Pod pseudonimem T.S. Tomson kryje się polak. Dlaczego pisze pod zagranicznym pseudonimem, dlaczego umieścił akcję powieści za oceanem, możecie dowiedzieć się z lektury wywiadu z nim. W każdym razie autor na tyle przesiąkł Kingiem, że w swojej książce mówi jego głosem, może niebrzmi to oryginalnie, ale myślę, że miłośnikom Stephena przypadnie to do gustu.

Mamy tu podobnie gawędziarski styl opowieści. Właśnie te fragmenty poświęcone przywoływanym historiom z przeszłości poszczególnych bohaterów uważam za najbardziej udane. A gdzie dobra historia, tam i ciekawy bohater. Tych tu nie zabraknie, a moją faworytką jest Rose. Rose i jej koszmary to najintensywniejsze horrorwe motywy w powieści. Bardzo żywe, wbijające się w głowę.

“Próba sił” jest przebogata w wątki, dlatego znajdziecie tu wiele niepozornych wstawek, które może nie odgrywają kluczowej roli w życiu głównych bohaterów, ale dla czytelnika będą przepysznym smaczkiem. Tu mam szczególnie na myśli wątek latarni zwanej migotką, czy pewnego amatora dzieci. Swoją drogą, spotkanie tego człowieka z pewnym wyjątkowym chłopcem uważam za najmocniejszy i najlepszy fragment dialogowy w książce. Jeśli już jesteśmy przy dialogach, muszę być uczciwa, bo to Tomsonowi zbytnio nie poszło – za wyjątkiem rozmowy pedofila z chłopcem – to była miazga.  Autor dużo lepiej radzi sobie z mową zależną, gdzie może spuścić ze smyczy swoją tendencję do rozbudowanych form językowych. Myślę, że trochę pokonała go tu ilość bohaterów, bo każda kolejna postać to swoisty styl wypowiedzi, konieczność przystosowania języka do postaci, podtrzymanie dynamiki rozmowy etc. Ciężka to sprawa kiedy do Tensas ściągają ludzie z różnych warstw społecznych o kompletnie różnych charakterach;)

Jeśli chodzi o temat przewodni książki podobał mi się. Mamy tu poniekąd watek religijny, ale tylko poniekąd. Tomson nie przegiął i nie jest zbyt biblijnie jak na mój prób tolerancji. Podobał mi się finał tej rozgrywki.

Najmocniejszym elementem książki jest chyba jej klimat. Zimny i mroczny, tak jak tygryski lubią najbardziej. Wiem, że w powieści są błędy nie wyłapane na etapie korekty, ale cóż, taka wola wydawcy by korektę robić po swojemu. A kto by się tam szczególnie pochylał nad debiutantem;) Dlatego ja na błędy litościwie oko przymykam, bo w kontekście całościowego potencjału książki nie są tak istotne.

A potencjał jest. I w pomyśle i w wykonaniu. Jak na debiut styl i język też wygląda wręcz podejrzanie dojrzale. King chyba byłby dumny z takiego wychowanka;) Powiem Wam jeszcze, że autor nadal pisze i pisze bardzo ciekawe rzeczy, więc być może “Próba sił” jest tylko próbą sił?

Moja ocena: 7+/10

Za książkę dziękuję autorowi i wydawnictwu Novae Res

*Książka objęta patronatem Biblii Horroru

Gdy Ci źle zadzwoń do Jill i zabij się

Radio silence/ Cisza na antenie (2019)

Jill Peterman jest psychologiem zajmującym się udzielaniem konsultacji słuchaczom na antenie radia. Jej audycja cieszy się dużym powodzeniem, a sama Jill jest uważana za kompetentną mimo, że jej rady ograniczają się zwykle do krótkich i dość agresywnych komend w stylu: rzuć faceta i weź się w garść.

W czasie jednej z takich rozmów słuchaczka Alexis nader dosłownie odbiera radę doktor Jill i popełnia samobójstwo. Po usłyszeniu huku wystrzału pani psycholog na pewien czas zawiesza audycję, gdy jednak decyduje się powrócić wraz z nią powraca Alexis, a przynajmniej ktoś kto się za nią podaje. Jill jest prześladowana nie tylko na antenie ale i poza nią. Zaczynają ginąć osoby z jej otoczenia.

“Cisza na antenie” to jedna z wielu produkcji telewizyjnych nakręcona przez Phelippe’a Gagona.

Jak większość tego typu filmów nie wyróżnia się wysokim poziomem. Scenariusz to dość gładka papka, która jednak gatunkowo ociera się o thriller.

Główną zagadką jest to kto prześladuje radiową gwiazdę. Scenarzysta bardzo stara się o to byśmy dali wiarę teorii, że Alexis wcale się nie zabiła i przez dłuższy czas kurczowo trzyma się tej wersji. Dla mnie ta teoria była dupna od samego początku i ani przez moment nie dałam się nabrać. Myślę, że z Wami będzie podobnie, dlatego mówię o tym otwarcie.

To co w filmie może zaskoczyć to chyba tylko fakt, jak bardzo ta sprawa została naciągnięta, bo główna niespodzianka sprowadza się do stwierdzenia: jaki ten świat mały.

Jeśli nie macie nic ciekawszego do obejrzenia- ja akurat nie miałam – to możecie sobie zerknąć na ten oto film, ale nie liczcie na nic powyżej niższej średniej.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:4

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:5

Aktorstwo:5

Oryginalność:4

To coś:4

42/100

W skali brutalności:1/10

Obcy, wersja książkowa

Obcy: 8 Pasażer Nostromo – Alan Dean Foster

Siedmioosobowa załoga kosmicznego statku handlowego Nostromo po zakończonej misji ma wracać na Ziemię, gdy zostają zaalarmowani przez system o pochodzącym z planety LV-426 sygnale SOS. Chcąc nie chcąc, muszą zbadać pochodzenie wezwania. Tak trafiają na planetę i obcy statek. Na miejscu w czasie misji badawczej odkrywają żywy organizm. Nie wiedzą z jak niebezpieczną formą życia mają do czynienia.

Może zacznę od samobiczowania, bo chyba wypada. Jako ogromna fanka filmowej serii “Obcego” dopuściłam się haniebnego wręcz zaniedbania i jak dotąd nie napisał recenzji z żadnej z czterech – jedynych słusznych, moim zdaniem – części antologii. Shame on me.

Ale za to przybywam do Was z książką, bo wiecie, albo nie wiecie, ale “Obcy” istnieje też pod tą postacią. W tym roku wydawnictwo Vesper postanowiło o tym fakcie przypomnieć polskim czytelnikom.

Książka, o której mowa powstała nie tyle w oparciu o film co o jego scenariusz, dlatego ku mojemu zaskoczeniu mamy tu pewne nieścisłości względem tego co możecie zobaczyć na ekranie. Zmiany te nie wpływają jakoś znacząco na odbiór tej historii, ale dzięki lekturze książki możecie przekonać się co zostało wycięte z filmu. Może nie jest tego dużo, ale jeśli ogląda się “Obcego” z równie maniakalną częstotliwością jak czynię to ja rozbieżności mocno rzucają się w oczy.

Choć chciałabym Was przekonać do lektury książki, bo książki trzeba czytać, no, bo poszerzamy zakres słownictwa i co tam jeszcze, to muszę oddać palmę pierwszeństwa filmowi.

Autor książki, który zawodowo zajmuje się ‘pisarstwem filmowym’ posiada pewną manierę biegania na skróty. Mimo, że papier to nie taśma filmowa, trochę na niego żydził.

Zabrakło mi większego stopniowania napięcia, rozszerzenia opisów zdarzeń. Co prawda w czasie lektury Obcy nie stanął przed oczami mojej wyobraźni jak żywy, ale ostatecznie nie było też najgorzej.

Plusem jest z pewnością to, że dzięki możliwości zapoznania się z ‘wyciętymi’ fragmentami trochę lepiej poznajemy bohaterów, na co nie starczyło czasu w wersji filmowej.

Dobrą robotę robią ilustrację autorstwa Macieja Kamudy. W polskim wydaniu znajdziemy też posłowie autorstwa Piotra Goćka.

Moi Drodzy, jeśli więc należycie do grona fanów filmowego “Obcego”, to do zapoznania się z książką chyba nie muszę Was jakość szczególnie zachęcać, prawda?

Moja ocena: 8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Vesper

Kto bogatemu zabroni

Ready or not/ Zabawa w pochowanego (2019)

Grace wychodzi za mąż za Alexa tym samym wstępując do możnej rodziny Le Domas. W noc zaślubin rodzinna tradycja nakazuje młodym wziąć udział w rodzinnej grze. Grace jako nowa członkini rodu ma zaszczyt wylosować ją z pomocą tajemniczej skrzyni, która jest w rodzinie od pokoleń i stanowi dla nich swoiste sacrum. Los wskazuje, że familia ma się podjąć rozgrywki w chowanego.

Le Domas’i bardzo poważnie podchodzą do tradycji, a w tym momencie ni mniej ni więcej owa tradycja nakazuje im uzbroić się i… zabić Grace. Pod warunkiem, że uda im się ją znaleźć przed świtem. W przeciwnym razie cały ród przepadnie, zgodnie ze słowami niejakiego pana LeBaila, który ową skrzynką obdarował przodka rodu tym samym sprowadzając na niego bogactwo i powinność kultywowania tradycji.

Nie wiem jak wy, ale osobiście nie lubię weselnych gier. Nie mniej jednak to, co serwują La Domasi to szczyt groteski w tym zakresie. O ile arystokracja ma swoje dziwne zwyczaje o tyle polowania na pannę młodą w noc zaślubin to chyba jedna z oryginalniejszych rozrywek. Właśnie na kanwie tego stereotypu bogatych dziwaków zbudowany jest pomysł “Zabawy w pochowanego”. Muszę przyznać, że tym razem polska wersja tytułu całkiem się udała;)

Film kategoryzowany jest jako horror/ czarna komedia i myślę, że spełnia założenia obojga gatunków.

Elementów czarnego humoru zobaczymy tu co nie miara i myślę, że jest to humor raczej z tych zgrabnych. Zamysł trąci groteską, ale jest to groteska z rodzaju tych upiorniejszych.

Obsada doskonale wczuła się w swoje rolę – choć uważam, że Samara Weaving w kolejnym już filmie pokazuje to samo – i stanowią ciekawy pochód porąbańców.

Akcji nie brakuje dynamiki i to kolejny plus. Fabuła skupia się na pościgu za panną młodą, która z wdziękiem walczy o przetrwanie, szukając sprzymierzeńców wśród mieszkańców posiadłości. Los nikogo tu nie oszczędza więc będzie całkiem krwawo.

Najmocniejszą stroną filmu jest jego wartość rozrywkowa. Nie wiem, czy ktoś się na nim szczególnie przestraszy, ale scenariusz przynajmniej stara się trzymać w napięciu. Dla mnie całkiem niezły.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:6

60/100

W skali brutalności:2/10

Zła June

June (2015)

Dziewięcioletnia June trafia do rodziny zastępczej w osobach pary średnio zaangażowanej w wychowanie własnych, a co dopiero cudzych dzieci. Opiekun socjalny dziewczynki obiecuje jej, że wkrótce znajdzie dla niej lepszy dom, jednak w przypadku dziewczynki żadne miejsce nie jest bezpieczne. Największym zagrożeniem dla June jest bowiem ona sama, a raczej drzemiące w niej mroczne alter ego.

Oto kolejny już w ostatnim czasie film z cyklu: nie wiem po co to oglądałam. Serio, mam ostatnio jakiegoś pecha i każdy odpalony horror okazuje się rozczarowaniem – dodam, że jest to raczej delikatnie ujęte 😉 A później dziw, że na blogu coraz więcej recenzji książek, a coraz mniej filmów, ale co ja Wam mogę o tego typu produkcji napisać?

Obraz stworzony przez debiutanta, który – nie zanosi się by kontynuował pracę twórczą. Może to i lepiej.

W “June” zabrakło wszystkiego, włącznie z dobrym pomysłem na fabułę. Bo co tu mamy? Ano mamy kolejną historię ocierającą się o paranormal horror, w którym głównym zjawiskiem paranormalnym jest osoba dziecka. Wątki religijne, dziwny kult, którego oblicze widzimy w migawkach i ich dążenia do… no, do tego do czego zwykle dążą tego typu wykolejeńcy.

Nasza mała bohaterka, June, to trochę takie Damien Thorn w sukience, albo Kingowska Carrie w miniaturze. W dziewczynce drzemie siła, nad którą nikt nie jest w stanie zapanować, włącznie z nią samą.

Takie dziecko z pewnością przyciągnęłoby uwagę i na to z pewnością liczył pomysłodawca ino problem w tym, że ktoś jeszcze wpadł na taki pomysł… około kilkunastu ktosiów… Tak więc, nie mamy tu nic nowatorskiego, a propozycja podania tego wyjałowionego już do gruntu zamysłu nie nadrabia wykonaniem.

W zasadzie jedynym światełkiem w tunelu jest tu mała odtwórczyni tytułowej roli. Dziecko serio gra nieźle, a swoją aparycją przypomina Elle Fanning i chyba to mnie zmyliło, żem po ten film sięgnęła. Mojego czasu spędzonego z tym filmem nikt mi nie odda, ale Wy jeszcze możecie go wykorzystać i zróbcie to darując sobie ten tytuł.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:4

Klimat:5

Napięcie:4

Zabawa:4

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:5

Aktorstwo:6

Oryginalność:3

To coś:3

39/100

W skali brutalności:1/10