Miesięczne archiwum: Styczeń 2020

Podwodny berek

47 Meters Down: Uncaged/ Podwodna pułapka: Labirynt śmierci (2019)

Nastoletnia Mia, jej przyszywana siostra Sasha i dwie koleżanki odkrywają zatoczkę, z której mogą dostać się do zatopionego starożytnego miasta. Wystarczy trochę zanurkować… Dziewczyny zgarniają sprzęt przeznaczony dla zawodowców mających zbadać zbadać znalezisko i schodzą pod wodę gdzie rozciąga się podwodny labirynt. Niestety zatopione miasto ma swoich lokatorów i nie chodzi wcale o starożytne duchy, ale o kilka rekinów.

Jak to bywa z sequelami niezłych filmów, większość widzów się na to łapie. Ja dałam się złowić, zwłaszcza, że za kolejną odsłonę  “47 meters down” odpowiadają ci sami twórcy. W takich przypadkach istnieje nadzieja na podtrzymanie poziomu oryginału bardziej niż wówczas, gdy dochodzi do sytuacji, że twórcy wcale nie mają chęci na kontynuowanie wątku, a pomysł chwyta ktoś kto chce po prostu zarobić.

Wątek dwóch uwięzionych pod wodą dziewcząt, które poznaliśmy w 2016 roku w przypadku sequelu został podkręcony. Tam mieliśmy dwie bohaterki, tu mamy cztery.  Tam mieliśmy jednego żarłacza białego, tu kilka rekinów. Tam dziewczyny były uwięzione na bardzo niewielkiej, zamkniętej  przestrzeni, tu mają do dyspozycji cały tytułowy labirynt, po którym mogą się ganiać z rekinami. Czeka też na nie więcej niebezpieczeństw, więc kwestia ograniczonych zapasów tlenu, które była największym zmartwieniem w oryginalne, schodzi na dalszy plan. Może tlenu też mają pod dostatkiem?

Z tego wynika, że wszystkiego jest więcej i wszystko jest bardziej. Emocje towarzyszące obserwacji podwodnego survivalu też powinny być większe, bo i nastoletnie bohaterki są bardziej skłonne do paniki.

Niestety. O ile w pierwszej “Podwodnej pułapce”, coś jednak zobaczyłam, o tyle w przypadku kontynuacji kompletnie nic. Chyba zostałam sensorycznie zbombardowana przez ten cały nadmiar, bo innego wytłumaczenia nie widzę.

Mogłabym powiedzieć, że druga część jest mniej prawdopodobna od jedynki, ale kto się dopatruje w tego typu filmach realizmu? No, nie ja. W każdym razie jedyną rozrywką dla mnie w czasie seansu było odgadywanie dalszych kroków scenarzysty. “No, a teraz ojciec ginie”, “Azjatka nie żyje, to teraz musi odnaleźć się siostra”. Dobrze, że chociaż miałam do kogo pokomentować, bo tak to fiasko całkowite. Mamy wartką akcję, nie powiem, że nie, ale całkowicie przewidywalną przez co nie można mówić o napięciu jakie powinna przecież wzbudzać obserwacja czyjejś walki o przetrwanie. Technicznie jest nieźle, jest ładnie, ale to wszytko co jestem skłonna pochwalić.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:4

46/100

W skali brutalności: 2/10

Co jest, Doktorku?

Doctor Sleep/ Doktor Sen (2019)

Mały Danny Torrance, nie jest już małym Dannym. Jest facetem w średnim wieku i wszystkie znaki na niebie i ziemi pokazują, że równia pochyła po której lata temu stoczył się jego ojciec, szalony Jack Torrance, będzie też jego udziałem.

Ze szponów alkoholowego nałogu dużego Danny’ego wyrywa pewne wydarzenie. Można powiedzieć, że doszedł do ściany, albo osiągnął dno. Zmierzając przed siebie spotyka człowieka, który wyciąga do niego pomocną dłoń. Danny się ogarnia, zaczyna pracę w hospicjum. Wtedy w jego życie wkracza lśniące dziecko. Dorastająca Abra wzywa na oślep pomocy. Do jej domu zbliżają się ludzie-nieludzie, chcący nakarmić się jej lśnieniem, tak jak zrobili to z innym dzieckiem i robili od wielu, wielu lat.

literacką wersją kontynuacji “Lśnienia” Stephena Kinga miałam do czynienia już ładnych parę lat temu. Ku mojemu zaskoczeniu dość mi się spodobała, choć może nie jestem miłośniczką sequeli, czy filmowych czy książkowych, tą uznałam za w jakiś sposób uzasadnioną. Widać, że King miał w tej materii coś jeszcze do powiedzenia i nie chodziło tylko zarobek.

Wkrótce po ukazaniu się powieści “Doktor sen” rozpoczęto pierwsze przymiarki do ekranizacji. Napisano scenariusz, wytypowano reżysera. Ostatecznie film powstał jednak na podstawie pomysłu i w reżyserskim wykonaniu bardzo solidnego Mike Flanagana. Tak, jest to jeden z niewielu współczesnych reżyserów, który trzyma się na topie i zachowuje poziom, jeśli chcecie znać moje zdanie.

Każdy kto wie, jak poważnie konfliktowa okazała się filmowa wersja “Lśnienia”, której dokonał Stanley Kubrick zdaje sobie pewnie sprawę z tego, że przełożenie na ekran kontynuacji tej historii będzie zadaniem karkołomnym. Stephen King jeszcze nad grobem Kubricka ciosał nad nim kołki za to, jak przedstawił w swoim filmie jego autorską historię.

Jeśli czytaliście “Doktora…” z pewnością zwróciliście uwagę nad przedmowę od autora, w której dobitnie podkreśla, że pisze kontynuację “Lśnienia” w swojej i tylko w swojej wersji. Mike Flanagan musiał jednak podejść do sprawy kompleksowo. I powiem Wam, że wybrnął z tej kałabanii po mistrzowsku. Ukłonił się ładnie mistrzowi grozy i wykorzystał sympatię widzów do ekranizacji Kubricka.

Jak więc nakręcić kontynuacje jednocześnie dwóch utworów, których zakończenia zasadniczo się różnią? SPOILER: Finał filmowego “Doktora…” rozgrywa się w hotelu Panorama- tak tym samym, który poszedł z dymem w książkowej wersji “Lśnienia”. Ocalał jednak w wizji Kubricka. Dlatego też filmowy Dan robi to co w książkowej wersji zrobił jego ojciec- puszcza Panoramę z dymem. Prawda, że sprytnie? KONIEC SPOILERA. Reżyser “Doktora…” uszanował wersję Kubricka dzięki czemu mógł z niej czerpać pełnymi garściami zarzucając widza retrospekcjami. Zrobił też to, czego Kubrick nie zrobił i może dzięki temu trochę obłaskawił Kinga?

Retrospekcje z udziałem starego Jacka Torrance’a- z nowym aktorem- nie do końca ukazują go w takim świetle w jakim widział go Kubrick. Jest bardziej złamanym życiem człowiekiem, który był łakomym kąskiem dla duchów Panoramy niż szalonym pijakiem- czyli Flangan ukazał go w tych fragmentach tak jak chciał King.

Czy mi jako, powiedzmy, zatwardziałej zwolenniczce team Kubrick to przeszkadzało? Zupełnie nie. Pamiętajmy, że dla małego przerażonego  Danny’ego jakim był w “Lśnieniu” ojciec faktycznie mógł jawić się w ten sposób – jako okrutnik, monstrum, po latach zaś gdy poniekąd podzielił jego los, przeszedł się w jego butach, wpadł w to samo gówno, mógł go widzieć zupełnie inaczej – tak jak chciał King. Koło się zamyka. Ten chwyt tylko dowodzi zmyślności reżysera “Doktora…”

Lecimy dalej. Pomijając kwestię finału scenariusz filmu dość mocno trzyma się książki, wiadomo, że na taśmie filmowej nie udało się upchnąć wszystkiego, ale w przypadku ekranizacji chyba nie ma co traktować skrótów jako rażących zmian. Jeśli komuś podobała się więc książka film też powinien skonsumować ze smakiem.

Aktorstwo jest dobre, choć jakbym miała być upierdliwa to wcielająca się w postać Abry młoda aktorka trochę raziła mnie sztywnością ruchów, natomiast bardzo dobre wrażenie zrobiła na mnie filmowa Rose. W książce wyobrażałam ją sobie całkiem inaczej, ale jest to zmiana na plus. No i Evan McGregor, który przyznam – gdy zobaczyłam go na trailerze zupełnie nie pasował mi na Danny’ego – zrobił dobrą robotę. W swojej kreacji skupił się na ukazaniu dramatyzmu sytuacji postaci. Widział ten ciężar na jego barkach i dzięki temu angażowałam się w jego rozterki.

Technicznie film też wypada bardzo dobrze, ale nie ma co się dziwić patrząc na budżet. Bardzo podobały mi się na nowo nakręcone sceny ze starego “Lśnienia” to jak silnie obraz starał się odtworzyć klimat. Efekty, choć nie był ich znowu tak wiele, uderzały w te same tony. Nie mogę jednak odżałować,  że nie pojawiły się znienawidzone przez Kinga rzeki krwi;)

Reasumując, film przyjemny, ale raczej dla wąskiej grupy odbiorców- fanów Kinga. Choć z drugiej strony, czy ta grupa jest wąska? Miłośnicy grozy w pełnej klasie mogą być nieco rozczarowani, bo nie ma tu zbyt wiele typowo horrorowych zagrań, narracja jest raczej nieśpieszna i mocno obyczajowa.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie;6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:6

62/100

W skali brutalności:1/10

Urodzeni włamywacze

The Villains (2019)

Mickey i Jules napadają na stację benzynową. Zgarnęli gotówkę, ale o paliwie do auta już nie pomyśleli. Nie mogąc się dostać na wymarzoną Florydę utknęli w środku leśnej drogi. Niczym oaza na pustyni przed ich oczyma ukazuje się … skrzynka pocztowa co oznacza, że gdzieś w najbliższej okolicy musi stać dom. Para zakochanych złodziei włamuje się do pustego domu. Przeszukując go w poszukiwaniu kluczyków do auta właścicieli, a w końcu benzyny trafiają do piwnicy, gdzie dokonują szczególnego odkrycia.

“Villains” to film duetu twórców, którzy sami stworzyli do niego scenariusz. Pomysł na film opiera się na archetypie obrazów pokroju “Boni i Clyde’a”. Ich bohaterami są młodzi, zakochani i zdemoralizowani. Tak też jawi nam się Jules i Mickey, choć napad w dziecięcych maskach nie jest może szczytem deprawacji i zgrozy.

Młodzi są więc antybohaterami do chwili gdy poznajemy właściwych antybohaterów. To przewrotny chwyt, który jednak był już stosowany, ukazuje nam on starą, złota zasadę, że na każdego cwaniaka znajdzie się większy cwaniak. Włamywacze okazują się bowiem całkiem niewinni w konfrontacji z właścicielami domu. Gdy ci nieoczekiwanie powracają nakrywając na miejscu Mickey’a i Jules, widzimy małżonków w średnim wieku. Uprzejmą panią domu i stanowczego acz spokojnego pana domu. Jednak pamiętajcie o piwnicy. Młodzi włamywacze znaleźli tam coś co zadaje kłam wizerunkowi uczciwych domowników.

Tak więc sytuacja się odwraca i Ci, których mogliśmy typować na wykolejonych i złych stają się ofiarami jeszcze bardziej wykolejonych i złych. Jules okazuje się nie tylko ładna i szalona, ale też troskliwa i współczująca. Micke’a też jakoś łatwiej rozgrzeszyć.A tak BTW rolę dziewczyny wciela się znana z “Coś za mną chodzi” Maika Monroe, za to Mickey to nikt inny jak Pennyvise:) Tak moi drodzy, to ten sam aktor.

Film utrzymany jest w klimacie czarnej komedii, bardziej aniżeli thrilleru jako takiego. Oczywiście cechy tego drugiego są tu jak najbardziej obecne, ale wszystkie wydarzenia, kreacje bohaterów mają jednak silnie komediowe zabarwienie, które rzuca się w oczy bardziej niż maleńki pierwiastek grozy całej sytuacji. Co więcej jest to humor udany, więc nawet jeśli główny szkielet fabularny nie zrobi na Was szczególnego wrażenia to i tak macie szansę zakończyć seans z zadowoloną miną.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:9

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

to coś:7

63/100

W skali brutalności:2/10

Nie umrzesz

Don’t Let go (2019)

Jack pracuje w policji i nie ma rodziny. Jego najbliższymi krewnymi są brat i bratanica. Z nastoletnią Ashley jest blisko związany i traktuje ją jak własną córkę. Kiedy w domu jego brata dochodzi do masakry w której giną wszyscy z Ashley włącznie Jack marzy tylko o tym by cofnąć czas i zapobiec tragedii. Wtedy jego komórka zaczyna dzwonić. Ni mniej ni więcej dzwoni do niego jego bratanica.

“Don’t let go” ma na FW dziwne kategorie gatunkowe. Sama mogę stwierdzić, że mnie osobiście przestaje do thrillera z elementami sc-fi i tego się będę trzymać. Jego twórca zasłynął całkiem dobrym “Mean Creek” i popłuczynami po “Ring”, czyli  “Rings”. Nie mogę więc powiedzieć, że miałam wyraźne  i konkretne oczekiwania względem jego nowej produkcji.

“Don’t let go” okazał się jednak klawym filmem. Jak na porządny thriller przystało mamy tu zagadkę i nie chodzi tylko o tę czysto kryminalną- kto zabił Ashley, ale i o to jakim cudem martwa dziewczynka wydzwania do swojego wujka?

Szczęśliwie  na głupka nie trafiło, Jack jest detektywem i nie spocznie do póki nie wyprostuje wszystkich supełków. Kreacja aktorska młodej Storm Reid w roli Ahsley przydaje sprawie nieco sentymentalnego dramatyzmu, który procentuje tym, że los bohaterki nie jest nam obojętny.

Sprawa nie jest ani prosta ani oczywista. Mamy tropy, błędne tropy, twisty i niespodzianki. Akcja jest wartka, ciśnienie może podskoczyć, kolejne wydarzenia trzymają widza w napięciu. Nie ma nudy, więc film punktuje w kategorii rozrywkowej, a że nie jest też głupi to tym bardziej warto na niego zerknąć.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:9

Zaskoczenie:8

Zabawa:8

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:7

70/100

W skali brutalności:1/10

Pokój życzeń

The Room/ Pokój (2019)

Matt i Kate kupują stary dom do remontu za miastem. Wprowadzają się do niego i wkrótce odkrywają niezwykłe właściwości jednego z pomieszczeń. Okazuje się, że mają w domu pokój, który spełnia życzenia. Bez limitu i bez konsekwencji – tak przynajmniej początkowo się wydaje. Kiedy małżonkowie opływają już w banknoty i kąpią się w strugach szampana Kate stwierdza, że zamówi sobie dziecko. I cyk, ma dziecko. Mniej więcej w tym samym czasie Matt odkrywa ulotność darów jakimi tak szczodrze obdarował ich los.

“The Room” to obraz, którym zainaugurowałam nowy filmowy rok. Zwykle staram się wybrać na pierwszy noworoczny rzut coś pewnego, ale tym razem stwierdziłam: A, co ma być to będzie.

Trafiłam całkiem dobrze, bo “Pokój” to dość przyjemny i sprawnie zrobiony straszak z pogranicza thrillera i filmu sci-fi. Twórcy nie mają wielkiego doświadczenia, ale wykorzystali sprawdzony motyw pod tytułem: Uważaj czego sobie życzysz, tym samym przenieśli środek ciężkości z warstwy nadprzyrodzonej na dramatyzm ludzkich wyborów i ich konsekwencji. Nie jest to produkcja szczególnie obfitująca w atrakcje, które trzeba konstruować przy pomocy komputera. Akcja nie jest szczególnie dynamiczna, ale toczy się bez nudy, swoim rytmem.

Kate i Matt opierając się na złotej zasadzie: Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby swobodnie korzystają z dobrodziejstwa jakim jest pokój życzeń i nie zastanawiają się nad pochodzeniem swojego szczęścia.

W końcu Kate dochodzi do wniosku, że rzeczy typowo materialne nie zaspokoją jej apetytu na szczęśliwość, a jako, że małżonkom nie szło zrobienie sobie dziecka tradycyjną pochwalaną przez kościół metodą;) Kate zamawia dziecko ze sprzedaży wysyłkowej ‘Pokój życzeń s-ka z o.o. ‘. Tak w ich domu pojawia się mały Shane, a mąż łapie wkurwa, bo mężczyźni jednak wolą mieć swój udział w poczęciu. Matt wychodzi. Bierze garść banknotów, które … tuż po przekroczeniu progu ich domu rozsypują się w pył. I tu jest pies pogrzebany.

Mężczyzna nie informuje żony o tym co grozi jej synkowi kiedy ta zabierze go np. na spacer. Kate przekonuje się o tym sama. Nie, Shane nie rozsypał się w pył. Stało się coś innego, ale nie powiem Wam co. Fakt faktem Matt zaczyna rozkminiać. Przypomina sobie o tym co usłyszał o poprzednim właścicielu domu…

Zagadka pokoju jest dość ciekawa. Sposób jej przedstawienia też nie budzi większych zastrzeżeń. W zasadzie wszystko jest okej, ale… ale to już było. Podobną historię mamy w “The box”, kojarzy mi się też film o dziurze w ścianie, która też miała niezwykłe zastosowanie. No i “Die Tur/ Drzwi” z Mikelsenem – to był sztos. Nie mówiąc już o całej masie produkcji mówiącej o spełnianiu nie przemyślanych życzeń jak nie szukając daleko “Wish upon”. Tak więc w tym z pozoru innowacyjnym pomyśle nie mamy wiele nowego. Ale, ale… oczywiście nie skreślam przez to “Pokoju”. To dobry film i przyjemnie się go ogląda.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:6

Zaskoczenie:6

Zabawa:7

Walory techniczne: 7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:6

60/100

W skali brutalności:1/10