Miesięczne archiwum: Luty 2020

Opowiem Ci straszną historię

Relacje o zdarzeniach prawdziwych, chociaż nieprawdopodobnych – Andrzej Sarwa

Polskiego autora utworów poetyckich, prozatorskich, a także rozpraw naukowych, Andrzeja Sarwę poznałam zupełnym przypadkiem. ‚Poznałam’ to może za dużo powiedziane, bo brzmi to jakbyśmy zbijali piątkę, gdy spotkamy się na wędlinach;)

Może tak: zupełnym przypadkiem trafiłam na jego twórczość. Szukając publikacji dotyczących polskiego folkloru i rodzimych wierzeń ludowych natknęłam się na zbiór opowieści „Strzyga. Pamiętam, że utwory w nim zawarte zrobiły na mnie duże wrażenie, głównie ze względu na prostotę i naturalizm.

Tym razem trafiłam na króciutkiego audiobooka, który umilił mi sobotnie rytuały domowe. „Relacje o zdarzeniach prawdziwych…” to zbiór przytoczonych przez autora historii dotyczących tytułowych nieprawdopodobnych zdarzeń. Nie wiem w jaki sposób były dobierane, bo dotyczą zarówno popularnych motywów jak krasnoludki, czy samospalenia, jak i zdarzeń zupełnie jednostkowych.

Większość z nich dotyczy zdarzeń na terenie polski, ale niektóre sięgają na drugi koniec kontynentu. Mnie oczywiście najbardziej zainteresowały te uderzające prostotą, jak „Co widziała mała Kasia?”, czy „Kuszenie Włodzimierza R”.

Pierwsza ze wspomnianych historii traktuje o małej dziewczynce, która pewnego wieczoru wprawiła w osłupienie swojego tatę utrzymując, że widzi ‚złego dużego pana ‚w kącie pokoju. Druga to relacja z próby samobójczej pewnego mężczyzny, który to miał być nakłaniany do powieszenia się przez samego diabła. Na pozór zwykli ludzie, zwykłe miejsca, a zdarzenia cokolwiek niecodzienne.

Styl autora sprawia, że czytając,a  w moim przypadku słuchając tych historii, możemy odnieść wrażenie, że to relacja zasłyszana gdzieś przypadkiem, podczas nie zobowiązującej rozmowy, bez zadęcia i nacisku na udowadnianie, że oto prawdy objawione ktoś podsuwa nam pod nos.

Moją uwagę zwróciła też opowieść „Wypalone ślady potępieńca”„Nawrócenie starego pijaka”, jednak jakby nie patrzeć, każda z ośmiu historii ma swój urok i pierwiastek grozy – prostej, naturalistycznej, niewymuszonej. Dokładnie tak jak lubię.

Moja ocena: 8/10

Be my guest

I see you (2019)

Małomiasteczkowy glina, detektyw Greg Harper prowadzi dochodzenie w sprawie zaginięcia  dwunastoletniego chłopca. Tymczasem w jego domu dzieją się coraz bardziej niepokojące rzeczy i bynajmniej nie chodzi o ostatnio zdemaskowaną zdradę, której dopuściła się jego żona, ani nie o fochy nastoletniego syna. Znikające przedmioty, latające doniczki i wrogo nastawione drzwi od szafy to dopiero początek.

Thriller „I see You” nakręcono na podstawie pierwszego scenariusza jaki wyszedł z pod ręki aktora Devona Graye’a. Jak na debiut przystało mamy tu pewien powiew świeżości. Otóż nie malkontenci, to nie jest kolejne ghost story o nawiedzonym domu.

W filmie idzie o coś zupełnie innego. Przekonacie się o tym gdzieś mniej więcej w połowie seansu. Wtedy też pojawia się główny fabularny twist, na którym w dużej mierze spoczywa ciężar całego przedsięwzięcia. Nie powiem żebym nie była nim zaskoczona.

To jednak nie wszystko co może Was tu zaskoczyć. W finale rozwiązana zostanie jeszcze jedna zagadka, ale tu nie byłam już tak entuzjastyczna. Lubię nieoczekiwane zwroty akcji, ale tylko te logicznie uzasadnione. Tu uzasadnienia nie był wcale. Ot jest jak jest, a po za tym psycholodzy to idioci. Be my guest 😀 Musicie mi darować tą lakoniczność. Trudno napisać o głównych walorach filmu jeśli są nimi rzeczy, których absolutnie nie powinno się wiedzieć przed seansem;)

Film jest sprawnie zrealizowany, co w dużej mierze jest zasługą dobrego rozplanowania filmowych wydarzeń. Technicznie bez zarzutów, ale też nie ma tu szczególnie o co się potknąć, ani z efektami nie poszaleli, ani nie tryskali krwią na aktorów.

A skoro o aktorach mowa to muszę to powiedzieć. Helen Hunt chyba pomyliła plany filmowe. Jej twarz to jakiś koszmar i od czasu gdy pod nóż poszła Meg Ryan nie widziałam tak skopanego zabiegu przeciwzmarszczkowego. Jej twarz wygląda jak zagipsowana. Aktorka z trudem wydobywała z niej ruchy mimiczne. Jeśli więc chcecie w tym thrillerze znaleźć element horroru to jest on wymalowany na twarzy Helen Hunt 🙁

Słowem podsumowania: Całkiem dobra produkcja, może nie rewelacyjna i nie pozbawiona wad, ale jak najbardziej do obejrzenia.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:7

to coś:6

60/100

W skali brutalności:1/10

Biblia Horroru rozdaje

ROZDANIE KSIĄŻKOWE

Drodzy Parafianie, dawno nie było żadnego konkursu, więc chyba warto coś w tej materii zadziałać. Mam dla was dwie książki od wydawnictwa Czarna Owca. Same skarby. Pierwsza to powieść dobrze znanej Camilli Lackberg, która z przytupem rozpoczęła nową serię. Tak to pierwsza część „Złotej klatki”. Drugi tom ukaże się już wkrótce, więc jeśli ktoś chce jeszcze nadrobić zaległości z pierwszym to jest to doskonała okazja. O książce pisałam na blogu jakiś czas temu.

Druga nagroda to nowość prosto z drukarni, „Rozmowy z seryjnymi mordercami” Christophera Berry-Dee. Gratka dla każdego zainteresowanego tematyką  wielokrotnych zabójstw popełnianych niekoniecznie zrównoważonych osobników.

Fundatorem nagród jest wydawnictwo Czarna Owca. Organizatorem  jest Biblia Horroru. Koszt wysyłki nagród pokrywa organizator. Rozdanie dedykowane jest czytelnikom bloga, fanom na facebooku i obserwatorom na instagramie.

Aby zdobyć któryś z egzemplarzy książek trzeba:

1.Należeć do zaszczytnego grona fanów Biblii Horroru na facebooku, lub obserwatorów na instagramie (Albo jedno i drugie)

2. Wyrazić chęć otrzymania książki w komentarzu, decydując którą książkę chcecie otrzymać i dlaczego. Komentarz umieszczacie postem konkursowym na facebooku lub instagramie. Możecie potwierdzić zgłoszenie komentarzem na blogu.

3. Udostępniacie informacje o rozdaniu na swojej tablicy na facebooku, lub w relacji na instagramie oznaczając Biblię Horroru.

4. Zapraszacie kogoś ze znajomych do udziału oznaczając te osoby w komentarzu pod postem konkursowym na facebooku lub instagramie.

5. Będzie miło jeśli zlajkujecie/dodacie do obserwowanych także fundatora nagród, czyli Wydawnictwo Czarna Owca.

*Linki do fanpage i profilu na instagramie znajdziecie w panelu bocznym strony. W wersji mobilnej zjedzcie na sam dół strony.

Zabawa potrwa do niedzieli 8 marca. Zgłoszenia do północy. Wyniki ogłoszę w ciągu trzech dni od zakończenia rozdania.

Wszytko jasne? Zatem do dzieła.

Przyjaciel na śmierć

Daniel isn’t real (2019)

Luke jest samotnym dzieckiem. Nie ma przyjaciół nie licząc Daniela. Jego matka przechodzi poważne załamanie po odejściu jego ojca, a chłopiec kiepsko to znosi. Jego przyjaciel bardzo chce mu pomóc. Kiedy Luke w asyście Daniela prawie uśmierca mamę, kobieta postawia zakończyć znajomość między synem a Danielem. Trudno jest jednak zerwać znajomość… z samym sobą.

„Daniel isn’t real” to filmowy thriller powstały na podstawie książki „In this way I was saved”, która jeszcze nie dotarła na polski rynek wydawniczy. Wieszczę, że szybko może się to zmienić o ile film odniesie w naszym kraju sukces. Czy na ten sukces ma szansę?

Dla mnie film delikatnie powyżej średniej. Motywem przewodnim jest tu znany i lubiany motyw wymyślonego przyjaciela. Ta częsta przypadłość samotnych dzieci jest tu przedstawiona w dwójnasób.

Z jednej strony widząc tendencję matki bohatera do zaburzeń natury psychicznej myślimy o stanie chorobowym. Luke jest szalony, cierpi na najatrakcyjniejszą popkulturową chorobę – osobowość mnogą. Z drugiej strony demoniczna postać Daniela każe nam szukać nadprzyrodzonego rodowodu tej postaci. Tak, scenariusz w końcu rozstrzyga tę kwestię dość jednoznacznie skręcając  w jedną z uliczek i  musiałabym bardzo się uprzeć by pozostać po drugiej stronie barykady. To chyba główna słabość filmu.  chyba wolałabym dostać większą swobodę interpretacji.

Technicznie film wypada dobrze, efekty wcale nie są źle wykonane, a jest ich sporo i choć można nie lubić tego rodzaju przepychu to chyba lepiej żeby prezentowały pewien poziom jeśli już twórca uznał je za niezbędne. Kilka scen naprawdę się udało.

Aktorsko też bez zarzutu. Syn Schwarzeneggera, ładny chłopiec dobrze wchodzi w skórę mrocznego bohatera. Miles Robbins który miał chyba trudniejsze zadanie, bo gama emocji jaką musiał zaprezentować była znacznie szersza nie rozczarowuje nawet przez moment.

„Daniel isn’t real oglądało mi się całkiem dobrze i choć nie zaskarbił sobie u mnie szczególnego wyróżnienia to jest to produkcja, którą jestem skłonna polecić. Pod warunkiem, że nie szukacie szczególnych innowacji;)

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła: 7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:4

To coś:6

59/100

W skali brutalności:1/10

Nosferatu, to ty?

Hanno cambiato faccia/ Zmiana oblicza (1971)

Szeregowy pracownik korporacji Nosferatu, Alberto Valle zostaje zaproszony przez swojego szefa, inżyniera Giovanniego Nosferatu do jego domu, willi położonej na kompletnym odludziu. Po drodze mężczyzna napotyka roznegliżowaną autostopowiczkę Laurę, która towarzyszy mu w dalszej podróży, cały czas starając się odwieźć go od pomysłu przyjęcia gościny inżyniera. Mimo tego Alberto wkrótce przekracza próg willi swojego chlebodawcy. Jest pod ogromnym wrażeniem zarówno samego domu jak i jego właściciela.

Klasyka miewa ciężko los. Każdy ją zna, przynajmniej w teoretycznych założeniach i każdy robi z nią co chce. Doczekaliśmy się nieskończenie wielu wariacji na temat takich utworów jak „Frankenstein„, czy „Dracula„. Są to bowiem szlagierowe tytuły. Niektóre są bardziej, inne mniej, udane. „Zmiana oblicza”, która wzięła na warsztat „Draculę” Brama Stockera wprowadziła mnie w osłupienie.

Większość z Was zmierzyła się już chyba, z nowym serialowym Draculą od Netflixa. Ja odpadłam po trzech odcinkach, nie chcąc wiedzieć jak dalej będzie przebiegać ta profanacja zwłok. Sięgając po „Zmianę oblicza”, w krótkim czasie po moim spotkaniu z Netflixowym „Draculą” nie miałam świadomości, że sięgam po kolejną wariację na jego temat. Wariację, która dla odmiany bardzo przyjemnie mnie zaskoczyła.

Tak popadłam w przedziwną konsternację widząc to przedziwne połączenie horroru gotyckiego z satyrą społeczną. Nie jest to znowuż pomysł taki ‚od radajca’, bo czasem mi się zdaje, że to właśnie horror wampiryczny jako pierwszy wysunął oskarżycielski palec w postawę konsumpcjonizmu.

Nie mniej jednak jak dotąd nie spotkałam się z tak dobitnym i symbiotycznym podejściem do obydwu zagadnień. Włoski Dracula, nie jest szlachcicem a przedsiębiorcą, korporacyjnym guru, który sprzedaje wszystko i każdemu. To jak bezgraniczny jest jego apetyt momentami ociera się o groteskę. Reklamy rodzinnego pakietu LSD dostępnego w sieci marketów Nosferatu chyba już nigdy nie zapomnę o_O

Klimat filmu jest nie mniej dziwaczny niż jego treść. Z jednej strony mamy do czynienia z niewątpliwą elegancją, zachęcającym szykiem odzwierciedlonym zarówno w postawie naszego inżyniera Nosferatu jak i we wnętrzu jego willi, robiącej przecież za zamek Draculi. Z drugiej strony w tym jasnym obliczu, wręcz wylizanych gładkościach  kryje się jakiś podstępny brud i ciemność.

Wszechobecna technologia, nieustannie deklamowane reklamy stanowią tu nowy rodzaj wampirzej hipnozy, nowy mesmeryzm, któremu poddawany jest bohater, Alberto. W miarę jak postępuje akcja jest coraz dziwniej i dziwniej. Bohater jest w pułapce, nie inaczej niż było to w oryginalnej historii.

O tak. Ten film to prawdziwa gratka i nie wiem jak wytłumaczyć sobie fakt, że nie zaskarbił sobie popularności.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:8

Zabawa:9

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:9

To coś:8

76/100

W skali brutalności: 1/10

Duchy wiktoriańskich świąt

Wigilia pełna duchów. Zbiór opowiadań

– M.R. James, Arthur Conan Doyle, F. Marion Crawford, Elizabeth Gaskell, Edith Warton, Mrs. J.H. Riddell, Adrew Haggard, G. B. Burgin, Emily Arnold, Isabella F. Romer

Wszystko zaczęło się od Charlesa Dickensa i jego „Opowieści wigilijnej”. Być może jej wartość edukacyjna obecnie przysłania jej czysto rozrywkowe walory jak dreszczyk grozy, ale można powiedzieć, że ta historia rozbudziła apetyt wiktoriańskiego społeczeństwa na krótkie ghost story i od tamtej pory podobne utwory były publikowane w czasopismach właśnie w okresie świąt.

Wydawnictwo Zysk i s-ka postanowiło wybrać dwanaście spośród najpopularniejszych około świątecznych ghost story tamtych czasów i wydać je na polski rynek. Nie wszystkie z nich to opowiadania napisane w XIX wieku, część z nich to utwory młodsze siegające pierwszej połowy XX wieku. Nazwiska niektórych twórców powinny być Wam zdecydowanie znane, jak chociażby Arthur Conan Doyle, ‚ojciec’ detektywa Holmes’a.

Wyobraźcie sobie ten klimacik. Świąteczny wieczór w gronie rodziny i dwudziestki najbliższych przyjaciół, dobre jedzenie i napitek, migotanie świec, wszyscy zbierają się w salonie, odpalają cygara i wyczekują tegorocznej opowieści o duchach. Tak było. Kiedy będziecie sięgać po tę książkę wyobraźcie sobie taka otoczkę.

Sama nie miałam okazji zafundować sobie świątecznej oprawy przy czytaniu. Patronat miał pierwszeństwo i „Wigilię pełną duchów” przeczytałam na długo po świętach, nie mniej jednak nie mogę powiedzieć, bym nie odczuła nastroju jaki z niej bije.

Klimat tych historii to najmocniejsza strona tej publikacji. Co do treści, to jak to bywa w zbiorach: są utwory słabsze, średnie i czarne konie tego wyścigu. A więc, po kolei:

Pierwsze opowiadanie „Dom pod włoskim Orzechem” z 1882 roku to historia, oczywiście, starego domostwa, w którym straszy. Już wspominałam, że w ghost story najbardziej lubię pierwiastek smutku. No bo czym są opowieści o duchach jak nie opowieściami o śmierci? Tęsknocie jaką pozostawia. W przypadku „Domu pod Orzechem” jest to tęsknota małego chłopca. Moja ocena: 7/10

Drugie opowiadanie, „Duch Panny Młodej” (1986) było natomiast… dziwne. Opisywało dziwną przypadłość na którą cierpiała wybranka serca narratora opowieści. Kobieta swoją powłokę cielesną dzieliła z duchem, czy też demonem, albo cierpiała na osobowość wieloraką. W każdym razie trzydziestostronicowe miłosne westchnienia nie szczególnie mnie wzruszyły, ale doceniam pomysł, ostatecznie doczekał się on wielu naśladowców w kulturze grozy. Moja ocena: 5/10

Niewątpliwie najsłabszym opowiadaniem, choć jednocześnie najbardziej oryginalnym była „Modlitwa Sir Hugona”. Jej bohaterami jest para duchów, tytułowy Sir Hugon i jego żona. Duchy obserwując zaloty dwóch młodzieńców skierowanych do jednej dziewczyny przekomarzają się coraz silniej angażując się w obserwowane widowisko. Obraz zalotów przyjmuje coraz bzdurniejszą postać – rowerowe wyścigi i te spray. To mogła być doprawdy ciekawa perspektywa, ale kompletnie nieudolnie przedstawiona. Czyta się to ciężko. Moja ocena: 3/10.

„Opowieść starej piastunki” z 1852 to już zdecydowanie moje klimaty. Narracja przedstawiona z punktu widzenia sędziwej niani, która opowiada swoim podopiecznym historię z życia ich matki, którą to miała okazje zajmować się jako młoda dziewczyna. Historia po kobiecemu sentymentalna, przepełniona uczuciem do opisywanego dziecka, ale posiadająca bardzo wymowny pierwiastek grozy. Groza zogniskowana jest w starej rezydencji do której trafia niania wraz ze swoją podopieczną po śmierci jej rodziców. Rezydencja jest cokolwiek dziwna i porządnie daje w kość każdemu kto przekroczy próg. Duchy jednak mają powody by interesować się jej mieszkańcami. Jest to może nie szczególnie wymyślna ghost story, ale ma kopa. Klimacik jak w Kobiecie w czerni„. Baardzo fajna rzecz. Moja ocena: 7+/10

Dalej mamy trzy opowiadania tego samego autora. Tak się złożyło, że ich kolejność zazębia się też z ich jakością w mojej ocenie. Zaczynamy od „Ducha  lalki” z 1896 roku. Jest to historia mężczyzny trudniącego się naprawianiem lalek, który bardzo osobiście angażuje się w wykonywaną pracę. Jak się okazuje na kartach opowiadania, lalki potrafią mu się odwdzięczyć, dzieje się tak bowiem gdy życie jego córki jest zagrożone a lalka imieniem Nina przychodzi z nieoczekiwaną pomocą. „Duch lalki”  jest sprawnie napisany, pomysł przyjemny, element grozy jest. Moja ocena:6/10

„Wrzeszcząca czaszka” z 1911 roku, najmłodsze z opowiadań zbioru, otwiera grono moich faworytów. Jego fabułą łączy w sobie cechy opowieści kryminalnej, nastrojowego horroru, psychoanalitycznej rozprawy i ghost story oczywiście. Opowiadanie przyjmuje formę dialogu, a raczej monologu. Jest swego rodzaju zapisem wypowiedzi jaką narrator kieruje do swojego rozmówcy w czasie wieczornego spotkania. Odpowiedzi towarzysza nie są tu umieszczone, ale możemy się domyślać jego reakcji na słowa przyjaciela, ba, w to miejsce możemy wstawić nasze własne odpowiedzi. O czym jest? A przeczytajcie tytuł raz jeszcze. No, właśnie, o wrzeszczącej czaszce. Moja ocena: 8/10

Im dalej tym lepiej. Właśnie dlatego, przez drugą połowę książki przeszłam jak burza. Ostatnie opowiadanie z pośród trzech przypisanych temu samemu autorowi. „Górna koja” przenosi nas na morze. Narrator i bohater opowieści opowiada o podróży liniowcem ‚Kamczatka’. Swojej ostatniej podróży nią. Nie, nie umarł, ale było blisko. Na pokładzie feralnego statku natrafił bowiem na nawiedzoną koję i jej wyjątkowo upierdliwego lokatora. Historia trzyma w napięciu, jest ciekawa i pomysłowa jednocześnie. Klimat super. Moja ocena: 8+/10

Zostajemy na morzu, ale liniowiec zmieniamy na statek wielorybniczy w „Gwieździe polarnej”. Klimat jak „Terroru”, więc fani tego dzieła Simmonsa są już pewnie żywo zainteresowani. Z opowiadania bije arktyczny chłód i agorafobiczny obłęd. Jest groza i jest smutek. Bardzo ciekawy bohater pierwszoplanowy. Mój faworyt? No prawie:) Moja ocena: 9/10

Moim faworytem jest „Później” sama nie wiem czemu. Na moją wyobraźnie jakoś szczególnie mocno podziałała wizja ducha przybywającego w biały dzień do domu bohaterów opowiadania. Podobała mi się też przewrotność tej historii. Skąd mamy wiedzieć, że duch jest duchem? Myślę, że to opowiadanie byłoby świetnym materiałem na scenariusz filmowego horroru. Moja ocena:9+/10

„Jesion” to gratka dla wielbicieli wątków czarnej magii i czarownic, może do tej grupy za koniecznie nie należę, ale spodobało mi się. Duży plus za finał z przytupem. Moja ocena:7/10

„Duch skarbca” jeśli mam być brutalnie szczera wypada nędznie. Może dlatego, że przypadło mi go czytać zaraz po czołówce zbioru. Historia ducha, która pomaga spłacić długi i tym samym dać szansę na połączenie się parze bohaterów. Narratorka mi nie podeszła, jej opowieść pozbawiona była charyzmy. Moja ocena: 5/10

„Nekromanta – duch a czarna magia” ostatnie i jednocześnie najstarsze opowiadanie, bo z roku 1842, to znowu wątek miłosny, nie tak jednak cacany jak u poprzednika. Mamy tu bowiem tajemnicze zginięcie, wizję śmierci i intrygę. Jest nieźle. Moja ocena: 6/10

Jako całość: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

 

Wściekłość jest kobietą

Rabid/ Wściekłość (2019)

Rose pracownica domu mody i aspirująca projektantka doznaje upokorzenia na firmowej imprezie. Wybiega z niej i ulega wypadkowi na motorze. Uszkodzenia ciała są duże, szczególnie ucierpiała na tym twarz kobiety. Jej przyjaciółka zabiega jednak o to by Rose odzyskała dawne życie. Wkrótce okaleczona kobieta udaje się na zabieg do kliniki gdzie zostaje poddana eksperymentalnemu przeszczepowi tkanki skóry.Efekt jest fenomenalny. Rose czuje się i wygląda jeszcze lepiej niż przed wypadkiem. Sęk w tym, że zmiana, która w niej zaszła ma też swój minus. Jest nim głód krwi.

Zasiadając do seansu z filmem kanadyjskich siostrzyczek Soska w ogóle nie załapałam, że będę mieć do czynienia z remake filmu Cronenberga. Sam pomysł poprawiania Cronenberga wydaje mi się na tyle absurdalny, że nie przeszło mi przez myśl, że ktoś się na to poważy. Może to zemsta za „Muchę”;)

Gdybym nie znała oryginalnej „Wściekłości” z 1977 roku pewnie przeszłabym przez ten seans z zadowoleniem, ale ślad pamięciowy był za silny i nie potrafię ocenić tego filmu nie porównując go z wersją Cronenberga. Siostry Soska, którym przypadła w udziale realizacja projektu zadeklarowały, że ukażą w nim kobiecą perspektywę. No cóż, bohaterką obydwu wersji wściekłości jest kobieta. Z tym, że w pierwszym filmie jest oprawcą, swego rodzaju modliszką, która wykorzystuje własną atrakcyjność do siania zniszczenia u płci przeciwnej. Kieruje się instynktem. W wersji reżyserek „American Mary” Rose jest bardziej wielowymiarowa. Jej ewolucja od szarej myszy do wampa ma wymiar bardziej psychologiczny, niż… epidemiologiczny;) Zdecydowanie nowa Rose ma więcej do powiedzenia, ale czy podobało mi się to co mówi? 

Z pewnością znacznej części publiki się to spodoba. Horror feministyczny ma się bowiem coraz lepiej, ale ja w tym przypadku stawiam jednak na walory czysto horrorwe, a o te moim zdaniem Cronenberg zadbał lepiej. Już sama scena wypadku, od którego wszystko się zaczyna: u Cronenberga miazga, tu… migawka. Zabrakło mi też klimatu miasta, z którego bił brud i niewysłowione niebezpieczeństwo. Scena w metrze nie znalazła moim zdaniem godnego zastępstwa.

Nie można powiedzieć, by charakteryzacja w remake była kiepska- twarz Rose wygląda makabrycznie, ale centrum grozy zogniskowane w pachwinie już nie robi takiego wrażenia. Tam było żądło, nader często eksponowane, tu stawiamy na ugryzienia i w końcu peniso-macki, że tak to nazwę. Nie wiem, wszytko co do joty w oryginale trafiło do mnie bardziej. Wolałam nawet milczącą Rose niż nowo wygenerowanego wampa. Kobieca perspektywa? Dopiero po odjechanej operacji plastycznej można zyskać pewność siebie i swoiste girl power? Nie jest to moja perspektywa;)

Obejrzałam, obadałam. Nie będę Wam seansu odradzać, bo nie jest to film kiepski. techniczne, aktorsko, nawet scenariuszowo ma coś do zaoferowania. Sęk w tym, że przesłanie mnie nie urzekło, a miało być ono główną zaletą i tak naprawdę przyczyną powstania remake.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zaskoczenie:6

Zabawa:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:6

57/100

W skali brutalności:3/10

Dokąd mam uciec od samego siebie?

Seconds/ Twarze na sprzedaż (1966)

Pewnego wieczoru Arthur Hamilton obiera telefon od przyjaciela jeszcze z czasów studenckich. Nie było by w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie to, że Charlie został uznany za zmarłego. Teraz Arthur rozmawia z nim przez telefon otrzymując niejasne instrukcje jakoby koniecznie musiał zgłosić się do enigmatycznej Firmy  podając się za niejakiego Tony’ego Wilsona. Ma mu to pomóc w rozpoczęciu nowego życia, życia o jakim nawet nie odważył się marzyć.

Jak powiedział Ben Franklin: Większość ludzi umiera w wieku 25 lat, ale z pogrzebem czekają do siedemdziesiątki”. Podręcznikowym przykładem jest tu bohater filmu Johna Frankenheimera.  Arthur Hamilton trwa w życiowej poczekalni. Niby ma wszytko co powinien mieć mężczyzna w jego wieku aby móc nazwać siebie spełnionym, ale czuje pustkę. Tak naprawdę nie chciał żadnej rzeczy na jakiej obecnie koncentruje się jego życie. Ale co może na to poradzić? Teraz?

Gdy Arthur trafia do firmy rozciąga się przed nim wspaniała wizja nowego życia. Otrzyma nową tożsamość, nową twarz, nowy dom, nową historię. Z nudnego, siwiejącego bankiera ma stać się artystą i playboyem z Malibu. Gdy mężczyzna zaczyna wzbraniać się przed tą kuszącą perspektywą (pytanie, czemu?) firma posuwa się do szantażu. Artur kładzie się na stole operacyjnym i budzi jako nowy człowiek. Jego śmierć zostaje sfingowana przy pomocy anonimowy zwłok. Kim są ludzie, którym ktoś kradnie twarze? Nad tym Arthur się nie zastanawia.

Film Frankenheimera jest swego rodzaju filmem proroczym. Jego twórcy opowiadają o ludziach, którzy chcą zacząć od nowa, a receptą na to mają być operacje plastyczne i zmyślona tożsamość. Coś Wam świta?;)

Cała groza sytuacji opiera się na tym, że ryzykowna i psychicznie wyczerpująca próba podjęcia nowego życia nic Arthurowi nie daje. jako Tony jest tak samo pusty. Miota się, chce uciec, popada w skrajne stany emocjonalne. Wraca do domu, by porozmawiać z żoną. Poznać samego siebie widzianego jej oczami, znaleźć źródło pustki. Bohater popada w przygnębienie gdy dociera do niego, że nikt nie jest winien jego życiowej porażki, jego smutku i tęsknoty. Winny jest on sam. Co też może zrobić? Arthur obsesyjnie domaga się kolejnej szansy, kolejnych operacji, kolejnej zmiany. Znowu wraca do firmy.

Tak, firma i sceny z nią związane są bez wątpienia najmocniej nacechowane grozą. To właśnie wtedy widz ma okazje najmocniej zbliżyć się do bohatera, przyjrzeć mu się naprawdę z bliska. Dużą zasługą są tu podjęte działania operatorskie. We współczesnym kinie ciężko jest znaleźć kogoś kto z taką skutecznością potrafi wzmocnić emocjonalne wrażenia bohatera tylko za pomocą ujęć. James Wong Howe dokładnie pokazuje nam gdzie mamy patrzeć. Przykuwa do ekranu, robi z nami co chce i kręci widzem jak dziecko balonikiem na zakręcie. Nie sposób wyrwać się z tej opresji.

Jest jeszcze muzyka. Drażniące nerwy dźwięki wprost od samego antychrysta. Tak, To dzieło Goldsmitha.

„Twarze na sprzedaż” w swoich czasach nie doczekały się takich pochwał, by w pewnym momencie stać się klasyką, a jednak są nią obecnie. Jakim sposobem? Myślę, że tak właśnie dzieje się z filmami, które wyprzedzają swoją epokę. Musicie obejrzeć, koniecznie.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:7

Zaskoczenie:6

Zabawa:8

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność: 9

To coś:8

75/100

W skali brutalności: 1/10

Śmierć z aplikacji

Coundtown (2019)

Quinn Hariss  kończy staż i zaczyna pracę jako pielęgniarka. Jednym z jej pacjentów jest młody chłopak przekonany o tym, że nie przeżyje zbliżającej się operacji. Jako niepodważalne źródło tej informacji wskazuje telefoniczną aplikację, Coundtown, po której zainstalowaniu każdy może dowiedzieć się ile życia mu zostało.

Quinn postanawia przetestować apkę na sobie i wkrótce  dowiaduje się, że zostały jej trzy dni życia. Nie byłoby w tym nic strasznego gdyby nie fakt, że kolejne osoby giną zgodnie z wyliczeniami Coundtown. Quinn jednoczy siły z Mattem by oszukać swoje przeznaczenie.

Przyznam szczerze, że wcale nie miałam ochoty na ten film. Już od czasu „Dead of summer” mam jakąś alergię Elizabeth Lail, a jej kreacja Beck w kolejnym serialu, „Ty” tylko ten wstręt pogłębiła. Tak, jej aktorstwo to wciąż te same nuty, a rumiane policzki pensjonarki w moim przypadku działają jak płachta na byka. No, dobra, nie tylko o nią mi chodziło.

Wszelkie zapowiedzi „Coundtown” jednoznacznie wskazywały, że będę się nudzić w czasie seansu, że będę obcować z ogranymi motywami i nie ma tu cienia nadziei na atrakcje niż te serwowane w standardowym teen horrorze. Tak, wiem, Słodka Quinni nastolatką nie jest, ale jej zachowanie jakoś szczególnie nie odbiega od tego co zwykły wyczyniać nastoletnie bohaterki horrorów. Nowa aplikacja? Must have! Do tego dochodzi wydumane poczucie winy po tragicznej śmierci matki rodzicielki i masochistyczne zapędy mające dać ukojenie sumieniu.

Horrorowi protagoniści bardzo często są niczym więcej jak mięsem armatnim i można by sobie darować wyśrubowane wymagania dotyczące warstwy dramatycznej, ale coś za coś. Wątek przewodni, czyli potyczka z przeznaczeniem manifestującym się przy pomocy apki nie wypełniła ‘czasu antenowego’. Iluż to już bohaterów bezskutecznie uciekało przed wizją własnej śmierci? O czasu sukcesu pierwszej części „Oszukać przeznaczenie” ktoś wciąż próbuje wymiksować się z walca dance macabre i tak naprawdę widzieliśmy w tym temacie już wszystko.

Okej, może być wtórnie, ale nadal atrakcyjnie. Ale nie w przypadku „Coundtown”. Twórca, scenarzysta i reżyser w jednej osobie nie podjął wysiłku by choć spróbować wystraszyć. Pod tym względem jest lajtowo nawet jak na teen horror, choć urodzaj scen w założeniu strasznych jest spory. No, ale z czym tu do ludzi? Niewidzialne moce, plastikowe kadry, komputerowa maszkara, która tak na dobrą sprawę nie wiadomo czym jest?

Demaskując tajemnice aplikacji postawiono na wstawkę komediową, raz w osobie speca od komputerów, dwa w postaci księdza demonologa. Tak, jakby na wypadek, że ktoś mógłby poczuć grozę sytuacji, dowiadując się jak podstępna aplikacja działa.Akcentem humorystycznym i nie powiem dość udanym jest też wątek umowy, którą należało przeczytać przed zainstalowoaniem aplikacji. Ale kto czyta umowy?;)

Dalej mamy rytuały odprawiane na gwieździe Dawida o_O i melodramatyczny finał, w którym nasza bohaterka wreszcie doczekuje się upragnionego katharsis. Tyle.

W ramach ciekawostki powiem Wam, że tytułowa aplikacja faktycznie istnieje. Czy komuś przepowiedziała śmierć, nie wiem;) Pamiętacie może stronę internetową zegar śmierci? Ta… odliczało się zgon za dzieciaka. Zegar śmierci był o tyle lepszy, że podawał jeszcze możliwe przyczyny zgonu.

Podsumowując, jak dla mnie film, zbędny. Kto chce zerknąć jego wola, ale jak na mój gust strata baterii.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa:4

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:3

To coś:4

43/100

W skali brutalności:1/10

Nasza apokalipsa

Ostatni – Hanna Jameson

U progu zimy do położonego w Szwajcarii hotelu zjeżdżają goście. Wśród nich jest amerykański historyk John Keller. Nikt z nich nie zdaje sobie sprawy, że w tej chwili znany im świat znika. Wojna nuklearna zabija miliardy ludzi, a grupa hotelowych gości i obsługi być może są ostatnimi ocalałymi.

Zebrani budują swój mały odizolowany świat od podstaw jednocześnie dbając o przeszłość skrzętnie spisywaną w kronikach historyka. Wtedy w zbiorniku wodnym na dachu budynku odkrywają zwłoki dziewczynki.

Przyznaje się bez bicia, że do lektury „Ostatniego” przyciągnęły mnie rozliczne zapewnienia o klimacie książki mającym być zbliżonym do „Lśnienia”. Nie czytałam poprzednich powieści autorki, ale też nie ma co się temu dziwić, bo dopiero za sprawą „Ostatniego” o Hannie Jameson usłyszał cały literacki świat.

Zupełnie nie pociągała mnie natomiast kwestia motywu przewodniego, nie inaczej jak kolejnej wizji post apokaliptycznego świata. Już od czasów zimnej wojny jest to motyw spopularyzowany na tyle, że ciężko jest w tym temacie o jakieś novum. Sama żywię gorącą nadzieję, że jeśli do owej apokalipsy dojdzie znajdę się w grupie szczęśliwców, którym nie przypadnie w udziale oglądanie świata już po niej;) Po lekturze książki „Ostatni” tylko się w tych życzeniach utwierdzam.

Hanna Jensen w swojej powieści zadbała o to by porządnie nastraszyć każdego oponenta teorii spiskowych. Może nie znajdziecie tu wielu elementów horroru sci-fi jako takiego, jednak nie powiem by nie było strasznie. Brak słońca, szarość, zmiana klimatu i wreszcie bardzo ludzkie, typowe dla naszego gatunku problemy. Tak, być może nie mamy tu nic nowego, a mimo to  autorce nie może odmówić entuzjazmu neofity.

Główną siłą napędową tej historii są emocje jakie wzbudza w czytelniku. U mnie dominowała złość, ale przygnębienie solidnie walczyło o palmę pierwszeństwa. Nie mogło też obyć się bez potknięcia o psychologie, a gdzie psychologia tam zwykle znamiona obłędu. Nasz bohater- narrator mocno fiksuje się wokół tematu śmierci dziewczynki. W pewnym momentach miałam wręcz wrażenie, że dąży on do udowodnienia, że za całe zło jakie spadło na świat odpowiada ta sama osoba, która bez skrupułów zabiła dziecko. Tak, to my wszyscy ją zabiliśmy. Mamy więc pełen rozstrzał dociekań od kwestii politycznych do filozoficznych – jest ciekawie. Z uwagi na brak jednego konkretnego gatunku, do którego zdecydowanie można by przypisać powieść ma ona szansę znaleźć szerokie grono zadowolonych czytelników.

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca