Miesięczne archiwum: Luty 2020

Opowiem Ci straszną historię

Relacje o zdarzeniach prawdziwych, chociaż nieprawdopodobnych – Andrzej Sarwa

Polskiego autora utworów poetyckich, prozatorskich, a także rozpraw naukowych, Andrzeja Sarwę poznałam zupełnym przypadkiem. ‘Poznałam’ to może za dużo powiedziane, bo brzmi to jakbyśmy zbijali piątkę, gdy spotkamy się na wędlinach;)

Może tak: zupełnym przypadkiem trafiłam na jego twórczość. Szukając publikacji dotyczących polskiego folkloru i rodzimych wierzeń ludowych natknęłam się na zbiór opowieści “Strzyga. Pamiętam, że utwory w nim zawarte zrobiły na mnie duże wrażenie, głównie ze względu na prostotę i naturalizm.

Tym razem trafiłam na króciutkiego audiobooka, który umilił mi sobotnie rytuały domowe. “Relacje o zdarzeniach prawdziwych…” to zbiór przytoczonych przez autora historii dotyczących tytułowych nieprawdopodobnych zdarzeń. Nie wiem w jaki sposób były dobierane, bo dotyczą zarówno popularnych motywów jak krasnoludki, czy samospalenia, jak i zdarzeń zupełnie jednostkowych.

Większość z nich dotyczy zdarzeń na terenie polski, ale niektóre sięgają na drugi koniec kontynentu. Mnie oczywiście najbardziej zainteresowały te uderzające prostotą, jak “Co widziała mała Kasia?”, czy “Kuszenie Włodzimierza R”.

Pierwsza ze wspomnianych historii traktuje o małej dziewczynce, która pewnego wieczoru wprawiła w osłupienie swojego tatę utrzymując, że widzi ‘złego dużego pana ‘w kącie pokoju. Druga to relacja z próby samobójczej pewnego mężczyzny, który to miał być nakłaniany do powieszenia się przez samego diabła. Na pozór zwykli ludzie, zwykłe miejsca, a zdarzenia cokolwiek niecodzienne.

Styl autora sprawia, że czytając,a  w moim przypadku słuchając tych historii, możemy odnieść wrażenie, że to relacja zasłyszana gdzieś przypadkiem, podczas nie zobowiązującej rozmowy, bez zadęcia i nacisku na udowadnianie, że oto prawdy objawione ktoś podsuwa nam pod nos.

Moją uwagę zwróciła też opowieść “Wypalone ślady potępieńca”“Nawrócenie starego pijaka”, jednak jakby nie patrzeć, każda z ośmiu historii ma swój urok i pierwiastek grozy – prostej, naturalistycznej, niewymuszonej. Dokładnie tak jak lubię.

Moja ocena: 8/10

Be my guest

I see you (2019)

Małomiasteczkowy glina, detektyw Greg Harper prowadzi dochodzenie w sprawie zaginięcia  dwunastoletniego chłopca. Tymczasem w jego domu dzieją się coraz bardziej niepokojące rzeczy i bynajmniej nie chodzi o ostatnio zdemaskowaną zdradę, której dopuściła się jego żona, ani nie o fochy nastoletniego syna. Znikające przedmioty, latające doniczki i wrogo nastawione drzwi od szafy to dopiero początek.

Thriller “I see You” nakręcono na podstawie pierwszego scenariusza jaki wyszedł z pod ręki aktora Devona Graye’a. Jak na debiut przystało mamy tu pewien powiew świeżości. Otóż nie malkontenci, to nie jest kolejne ghost story o nawiedzonym domu.

W filmie idzie o coś zupełnie innego. Przekonacie się o tym gdzieś mniej więcej w połowie seansu. Wtedy też pojawia się główny fabularny twist, na którym w dużej mierze spoczywa ciężar całego przedsięwzięcia. Nie powiem żebym nie była nim zaskoczona.

To jednak nie wszystko co może Was tu zaskoczyć. W finale rozwiązana zostanie jeszcze jedna zagadka, ale tu nie byłam już tak entuzjastyczna. Lubię nieoczekiwane zwroty akcji, ale tylko te logicznie uzasadnione. Tu uzasadnienia nie był wcale. Ot jest jak jest, a po za tym psycholodzy to idioci. Be my guest 😀 Musicie mi darować tą lakoniczność. Trudno napisać o głównych walorach filmu jeśli są nimi rzeczy, których absolutnie nie powinno się wiedzieć przed seansem;)

Film jest sprawnie zrealizowany, co w dużej mierze jest zasługą dobrego rozplanowania filmowych wydarzeń. Technicznie bez zarzutów, ale też nie ma tu szczególnie o co się potknąć, ani z efektami nie poszaleli, ani nie tryskali krwią na aktorów.

A skoro o aktorach mowa to muszę to powiedzieć. Helen Hunt chyba pomyliła plany filmowe. Jej twarz to jakiś koszmar i od czasu gdy pod nóż poszła Meg Ryan nie widziałam tak skopanego zabiegu przeciwzmarszczkowego. Jej twarz wygląda jak zagipsowana. Aktorka z trudem wydobywała z niej ruchy mimiczne. Jeśli więc chcecie w tym thrillerze znaleźć element horroru to jest on wymalowany na twarzy Helen Hunt 🙁

Słowem podsumowania: Całkiem dobra produkcja, może nie rewelacyjna i nie pozbawiona wad, ale jak najbardziej do obejrzenia.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:7

to coś:6

60/100

W skali brutalności:1/10

Biblia Horroru rozdaje

ROZDANIE KSIĄŻKOWE

Drodzy Parafianie, dawno nie było żadnego konkursu, więc chyba warto coś w tej materii zadziałać. Mam dla was dwie książki od wydawnictwa Czarna Owca. Same skarby. Pierwsza to powieść dobrze znanej Camilli Lackberg, która z przytupem rozpoczęła nową serię. Tak to pierwsza część “Złotej klatki”. Drugi tom ukaże się już wkrótce, więc jeśli ktoś chce jeszcze nadrobić zaległości z pierwszym to jest to doskonała okazja. O książce pisałam na blogu jakiś czas temu.

Druga nagroda to nowość prosto z drukarni, “Rozmowy z seryjnymi mordercami” Christophera Berry-Dee. Gratka dla każdego zainteresowanego tematyką  wielokrotnych zabójstw popełnianych niekoniecznie zrównoważonych osobników.

Fundatorem nagród jest wydawnictwo Czarna Owca. Organizatorem  jest Biblia Horroru. Koszt wysyłki nagród pokrywa organizator. Rozdanie dedykowane jest czytelnikom bloga, fanom na facebooku i obserwatorom na instagramie.

Aby zdobyć któryś z egzemplarzy książek trzeba:

1.Należeć do zaszczytnego grona fanów Biblii Horroru na facebooku, lub obserwatorów na instagramie (Albo jedno i drugie)

2. Wyrazić chęć otrzymania książki w komentarzu, decydując którą książkę chcecie otrzymać i dlaczego. Komentarz umieszczacie postem konkursowym na facebooku lub instagramie. Możecie potwierdzić zgłoszenie komentarzem na blogu.

3. Udostępniacie informacje o rozdaniu na swojej tablicy na facebooku, lub w relacji na instagramie oznaczając Biblię Horroru.

4. Zapraszacie kogoś ze znajomych do udziału oznaczając te osoby w komentarzu pod postem konkursowym na facebooku lub instagramie.

5. Będzie miło jeśli zlajkujecie/dodacie do obserwowanych także fundatora nagród, czyli Wydawnictwo Czarna Owca.

*Linki do fanpage i profilu na instagramie znajdziecie w panelu bocznym strony. W wersji mobilnej zjedzcie na sam dół strony.

Zabawa potrwa do niedzieli 8 marca. Zgłoszenia do północy. Wyniki ogłoszę w ciągu trzech dni od zakończenia rozdania.

Wszytko jasne? Zatem do dzieła.

Przyjaciel na śmierć

Daniel isn’t real (2019)

Luke jest samotnym dzieckiem. Nie ma przyjaciół nie licząc Daniela. Jego matka przechodzi poważne załamanie po odejściu jego ojca, a chłopiec kiepsko to znosi. Jego przyjaciel bardzo chce mu pomóc. Kiedy Luke w asyście Daniela prawie uśmierca mamę, kobieta postawia zakończyć znajomość między synem a Danielem. Trudno jest jednak zerwać znajomość… z samym sobą.

“Daniel isn’t real” to filmowy thriller powstały na podstawie książki “In this way I was saved”, która jeszcze nie dotarła na polski rynek wydawniczy. Wieszczę, że szybko może się to zmienić o ile film odniesie w naszym kraju sukces. Czy na ten sukces ma szansę?

Dla mnie film delikatnie powyżej średniej. Motywem przewodnim jest tu znany i lubiany motyw wymyślonego przyjaciela. Ta częsta przypadłość samotnych dzieci jest tu przedstawiona w dwójnasób.

Z jednej strony widząc tendencję matki bohatera do zaburzeń natury psychicznej myślimy o stanie chorobowym. Luke jest szalony, cierpi na najatrakcyjniejszą popkulturową chorobę – osobowość mnogą. Z drugiej strony demoniczna postać Daniela każe nam szukać nadprzyrodzonego rodowodu tej postaci. Tak, scenariusz w końcu rozstrzyga tę kwestię dość jednoznacznie skręcając  w jedną z uliczek i  musiałabym bardzo się uprzeć by pozostać po drugiej stronie barykady. To chyba główna słabość filmu.  chyba wolałabym dostać większą swobodę interpretacji.

Technicznie film wypada dobrze, efekty wcale nie są źle wykonane, a jest ich sporo i choć można nie lubić tego rodzaju przepychu to chyba lepiej żeby prezentowały pewien poziom jeśli już twórca uznał je za niezbędne. Kilka scen naprawdę się udało.

Aktorsko też bez zarzutu. Syn Schwarzeneggera, ładny chłopiec dobrze wchodzi w skórę mrocznego bohatera. Miles Robbins który miał chyba trudniejsze zadanie, bo gama emocji jaką musiał zaprezentować była znacznie szersza nie rozczarowuje nawet przez moment.

“Daniel isn’t real oglądało mi się całkiem dobrze i choć nie zaskarbił sobie u mnie szczególnego wyróżnienia to jest to produkcja, którą jestem skłonna polecić. Pod warunkiem, że nie szukacie szczególnych innowacji;)

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła: 7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:4

To coś:6

59/100

W skali brutalności:1/10

Nosferatu, to ty?

Hanno cambiato faccia/ Zmiana oblicza (1971)

Szeregowy pracownik korporacji Nosferatu, Alberto Valle zostaje zaproszony przez swojego szefa, inżyniera Giovanniego Nosferatu do jego domu, willi położonej na kompletnym odludziu. Po drodze mężczyzna napotyka roznegliżowaną autostopowiczkę Laurę, która towarzyszy mu w dalszej podróży, cały czas starając się odwieźć go od pomysłu przyjęcia gościny inżyniera. Mimo tego Alberto wkrótce przekracza próg willi swojego chlebodawcy. Jest pod ogromnym wrażeniem zarówno samego domu jak i jego właściciela.

Klasyka miewa ciężko los. Każdy ją zna, przynajmniej w teoretycznych założeniach i każdy robi z nią co chce. Doczekaliśmy się nieskończenie wielu wariacji na temat takich utworów jak “Frankenstein“, czy “Dracula“. Są to bowiem szlagierowe tytuły. Niektóre są bardziej, inne mniej, udane. “Zmiana oblicza”, która wzięła na warsztat “Draculę” Brama Stockera wprowadziła mnie w osłupienie.

Większość z Was zmierzyła się już chyba, z nowym serialowym Draculą od Netflixa. Ja odpadłam po trzech odcinkach, nie chcąc wiedzieć jak dalej będzie przebiegać ta profanacja zwłok. Sięgając po “Zmianę oblicza”, w krótkim czasie po moim spotkaniu z Netflixowym “Draculą” nie miałam świadomości, że sięgam po kolejną wariację na jego temat. Wariację, która dla odmiany bardzo przyjemnie mnie zaskoczyła.

Tak popadłam w przedziwną konsternację widząc to przedziwne połączenie horroru gotyckiego z satyrą społeczną. Nie jest to znowuż pomysł taki ‘od radajca’, bo czasem mi się zdaje, że to właśnie horror wampiryczny jako pierwszy wysunął oskarżycielski palec w postawę konsumpcjonizmu.

Nie mniej jednak jak dotąd nie spotkałam się z tak dobitnym i symbiotycznym podejściem do obydwu zagadnień. Włoski Dracula, nie jest szlachcicem a przedsiębiorcą, korporacyjnym guru, który sprzedaje wszystko i każdemu. To jak bezgraniczny jest jego apetyt momentami ociera się o groteskę. Reklamy rodzinnego pakietu LSD dostępnego w sieci marketów Nosferatu chyba już nigdy nie zapomnę o_O

Klimat filmu jest nie mniej dziwaczny niż jego treść. Z jednej strony mamy do czynienia z niewątpliwą elegancją, zachęcającym szykiem odzwierciedlonym zarówno w postawie naszego inżyniera Nosferatu jak i we wnętrzu jego willi, robiącej przecież za zamek Draculi. Z drugiej strony w tym jasnym obliczu, wręcz wylizanych gładkościach  kryje się jakiś podstępny brud i ciemność.

Wszechobecna technologia, nieustannie deklamowane reklamy stanowią tu nowy rodzaj wampirzej hipnozy, nowy mesmeryzm, któremu poddawany jest bohater, Alberto. W miarę jak postępuje akcja jest coraz dziwniej i dziwniej. Bohater jest w pułapce, nie inaczej niż było to w oryginalnej historii.

O tak. Ten film to prawdziwa gratka i nie wiem jak wytłumaczyć sobie fakt, że nie zaskarbił sobie popularności.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:8

Zabawa:9

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:9

To coś:8

76/100

W skali brutalności: 1/10