Miesięczne archiwum: Marzec 2020

Pobaw się z Brahmsem

Brahms: The Boy II (2020)

Pod nieobecność ojca rodziny Liz i jej syn Jude stają się ofiarami włamania. Traumatyczne przeżycie odbija się szczególnie na chłopcu, który od momentu tragedii przestał mówić. Celem zmiany otoczenia mającej przenieść rodzinie ukojenie decydują się na wynajęcie domu na prowincji, pośród lasów. Tuż po przeprowadzce Jude znajduje na terenie posiadłości lalkę, imitującą postać małego chłopca. Lalka staje się jego najlepszym przyjacielem i to z nią w końcu chłopiec zaczyna rozmawiać. Co więcej Jude utrzymuje, że lalka też do niego mówi. Przedstawiła mu się jako Brahms i oświadczyła, że mam dla rodziny Juda nowe zasady, według których ci muszą żyć.

Kto by pomyślał, że tak chłodno przyjęty przez publiczność w 2016 roku “The Boy” doczeka się sequelu? Żaden inny twórca nie rzucił się w pożądaniu na ten pomysł więc mamy do czynienia z raczej rzadkim przypadkiem, gdy sequel wychodzi z pod ręki twórcy oryginału. William Brent Bell samodzielnie zadbał także o scenariusz. Jak sobie poradził z pociągnięciem historii? Poradził sobie całkiem zgrabnie i mówię to biorąc pod uwagę, że nie wyszła z tego żadna rewelacja, ale jakby nie patrzeć oryginał też nią nie był.

Każdy kto zna pierwszego “The Boy’a” wie, że tam wszystko zaczęło się od schematycznego ghost story z nawiedzoną lalką w roli głównej, po czym nastąpił finałowy twist całkowicie przeczący wcześniejszym założeniom. O ile jestem zorientowana, to większość widzów już wolałaby zostać przy ogranym motywie opartym na ghost story, niż z tym, co w ostatecznym rozrachunku zaproponował twórca jako rozwiązanie całej zagadki Brahmsa.

Biorąc pod uwagę, w którą stronę uderza kontynuacja widzę, że twórca wyciągnął ze swojego finałowego potknięcia lekcje. Zmodyfikował historię lalki i jej imiennika na tyle, że mógł wrócić na bezpieczne pielesze historii o duchu tkwiącym w postaci lalki. Uważam to za rozsądny ruch, dlatego napisałam, poradził sobie zgrabnie.

Dał widzą to czego poniekąd chcieli, ale czy tym samym zrehabilitował się na tyle by druga część tej historii spotkała się z cieplejszym przyjęciem? Tu bym nie przesadzała z wróżeniem sukcesu. Ta historia nadal jest średnia, i choć widzę ogrom starań włożony w zbudowanie solidnej warstwy paranormalnej, to znowu mi czegoś brakuje.

Bardzo miło było mi spotkać na ekranie Katie Holmes wcielającą się postać matki Jude’a. Wykreowała ła naprawdę ciekawą postać z potencjałem, którego jednak nie wykorzystano. Cała uwaga skupiona jest na postaci jej synka o porcelanowych licach, u którego zdiagnozowano mutyzm wybiórczy (wtopa: mutyzm wybiórczy polega na niezdolności porozumiewania się werbalnego tylko w wybranych sytuacjach, np. gdy dziecko mówi w domu, a nie odzywa się szkole, lub porozumiewa się tylko z rówieśnikami, a nie z dorosłymi etc. Tymczasem u Jude’a, mamy mutyzm całkowity w następstwie urazu psychicznego. Ani be ani me, ani do mamy ani do taty, ani do pani terapeutki. Dopiero z czasem chłopiec zaczyna mówić, najpierw do lalki a za moment także do rodziców)

Co ja pisałam? A tak, że cała uwaga scenariusza skupia się na postaci Jude, olewając matkę z potencjałem do dobrego psychicznego odjazdu. Naprawdę gdyby trochę przy niej podłubać, wykorzystać traumę, której też jakby nie patrzeć doświadczyła i trochę skomplikować jej odbiór rzeczywistości byłoby dużo ciekawiej.

Tymczasem scenariusz uporczywie i bez cienia wątpliwości wskazuje palcem na jednoznacznie nadnaturalną przyczynę wszystkiego co dzieje się w domu. Cóż, jak widać twórca uczy się na błędach i jeśli lwia część widowni podzieli moje zdanie to przy następnym “The Boy’u” w końcu będzie jak trzeba. O ile takowy powstanie. Czy na to liczę? Mówiąc szczerze nie szczególnie mi na tym zależy.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo: 7

Oryginalność:3

To coś:5

49/100

W skali brutalności: 0/10

Wódka, spluwa i martwa dziewczyna

Amnezja – Frederico Axat

“Martwa dziewczyna z dziurą w piersi leżała w moim salonie.” Od tych słów rozpoczyna się historia Johna Brenera, dwudziestosiedmioletniego alkoholika, składająca się na fabułę powieści “Amnezja”. Bohater staje przed niełatwym zadaniem odtworzenia ostatnich godzin życia poprzedzających przebudzenie w towarzystwie zwłok.

Niektórzy twierdzą, że najtrudniej opowiada im się o lekturach, które najbardziej im się podobały, bo trudno jest obrać w słowa bezbrzeżny zachwyt. Inni mają problem ze skrytykowaniem tych, które nie przypadły im do gustu, bo jak to zrobić biorąc pod uwagę fakt, że nasz odbiór książki jest kwestią subiektywną, a nie prawdą objawioną, choć w danym momencie może nam się wydawać, że właśnie przeczytana książka nie ma szansy spodobać się nikomu.

Ja natomiast mam problem ze średniakami. Książkami niezłymi, ale takimi, które nie bardzo jest za co wyróżnić. Tak jest w przypadku “Amnezji”. Teraz muszę zdecydować, czy mam Was do lektury zachęcić, czy zniechęcić?

Co trzeba przyznać autorowi, szybko wszedł w temat. Złota zasada suspensu mówi, że historia zaczyna się od wybuchu i od tej chwili napięcie ma tylko wzrastać. Wydaje się, że Axat pisząc swój thriller wziął to sobie do serca, ale … No, właśnie. Szybkie zawiązanie wątku narzuciło autorowi tempo, którego nie był w stanie utrzymać. Kiedy chmura kurzu towarzysząca wybuchowi opadła akcja wyhamowała.

Dzięki temu, mieliśmy szansę poznać bliżej naszego narratora, historię jego dzieciństwa, która naprawdę robi spore wrażenie, ale czkawką odbiło się to na rytmie opowieści. Długo musiałam czekać na następny skok napięcia. Praktycznie aż do finału. Temu z kolei nie można odmówić efektu zaskoczenia, ale czy to rozwiązanie mi się podobało? A tak, średnio na jeża. I taka też jest moja ocena. Dodaje punkt za język powieści, który wydał mi się prosty i niewymuszony.

Moja ocena: 6/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i s-ka

Ktoś, kogo nie widać

The Invisible Man/ Niewidzialny człowiek (2020)

Młoda kobieta, Cecilia Kass, ucieka od swojego męża, Adriana Griffina genialnego inżyniera optyki. Schronienie znajduje w domu przyjaciela, policjanta Jamesa i jego nastoletniej córki. Niestety ciężar dotychczasowego życia pod pręgierzem agresora odciska na niej piętno tak duże, że nie jest w stanie opuścić domu bez lęku.

Wtedy spada na nią informacja o samobójczej śmierci Adriana. Czyżby była wolna? Tak naprawdę wolna? Kiedy w sercu Cecilii pojawia się nadzieja na upragnioną normalność lęk powraca ze zdwojoną siłą. Lęk, najgorszy z możliwym, bo przed tym czego nie widać.

Wydana po raz pierwszy w 1897 roku powieść Herberta Georga Wellsa “Niewidzialny człowiek” przeszła do kanonu gatunku powieści sci-fi. Zekranizowana przez studio Universal w 1933 roku, zyskała potencjał filmowy. Pojawiały się sequeleremakesequele remake’ów – jak to zwykle w przypadku klasyki, każdy chciał na tym pomyślę zarobić.

O ile film z lat ’30 bardzo lubię, bo lubię stare horrory Universal’a generalnie to te powstałe po roku 2000 mam już głęboko w pogardzie.

Zastanawiałam się co też z filmem zrobią współcześni, w roku 2020. Założeniem wytwórni Universal było odświeżenie studyjnych klasyków, ale gdy zobaczyłam jak to założenie sprawdziło się w przypadku “Mumii”… chyba się nie dziwicie, że zwątpiłam.  Na szczęście Leigh Whannell obrał zupełnie inny kierunek i nowy “Niewidzialny człowiek” jest zupełnie niegłupią rozrywką.

Scenariusz odszedł od oryginału. Przede wszystkim całą historię poznajemy z perspektywy bohaterki nie istniejącej dotąd ani w powieści ani w filmie.

Cecilia jako pierwsza przekonuje się o tym jak szalony i niebezpieczny jest naukowiec Adrian Griffin, jej mąż. Kontrolujący ją na każdym kroku, stosujący psychiczną przemoc. Kiedy w końcu udaje jej się uciec z ich wspólnego, a jakże wypasionego, domu musi poradzić sobie z traumą. Wie, że jej oprawca nie jest osobą, która łatwo odpuszcza, więc aż do pojawienia się informacji jego śmierci Cecilia trwa w przekonaniu, że Adrian na nią czyha.

Tu wielkie brawa należą się wcielającej się w rolę kobiety Elisabeth Moss, znaną z tytułowej roli w “Opowieści podręcznej”. Nie jest to aktorka, która może znaleźć się na topie listy najseksowniejszych, najpiękniejszych, najpowabniejszych. Jest za to charakterystyczna i diabelnie zdolna. Bardzo ją lubię. W roli kobiety ocierającej się o szaleństwo, trawionej przez paranoje, jest świetna. Nie gorzej wypada, gdy przychodzi jej zmieniać się w wojowniczkę, pewną swojej racji.

Akcja właściwa rozpoczyna się z chwilą gdy do Cecyli dociera, że jej mąż choć martwy nadal niszczy jej życie. Nie widzi go, ale jest pewna jego obecności. Czy ktoś daje jej wiarę? Może i Adrian był genialnym naukowcem, ale jak mógł stać się niewidzialny? Aj, to jest bardzo ciekawy wątek dla fanów sc-fi. Natomiast dla miłośników horrorów znajdzie się tu jeszcze więcej. Zaczynając od atmosfery zaszczucia i paranoi, przez narastające wokół sytuacji napięcie, i wreszcie dreszczyk uzyskany dzięki małym, subtelnym, klasycznym chwytom jak sceny z przekradaniem się, ukrywaniem etc.

Największą siłą tego filmu, tej historii, jest wybitnie celny strzał w największy ludzki lęk: lęk przed tym czego nie widać. Zagrożenie może być wszędzie, może zaatakować  znienacka, Jak chronić się przed czymś czego nie widać. Do tego dochodzi poczucie, że ogarnia nas obłęd, bo nikt nie daje wiary w istnienie niewidzialnego.

Filmowy antybohater jak na wprawnego psychopatę przystało konsekwentnie wpędza naszą bohaterkę w coraz większe kłopoty. Dba o to by wszyscy się od niej odwrócili, a ona w końcu poddała się jego woli…

Słowem podsumowania, produkcja bardzo udana, zasługująca na uwagę, konkretnie zrobiona z dobrze przemyślanym scenariuszem. Polecam.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:8

Zabawa: 9

Zaskoczenie: 7

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś: 8

70/100

W skali brutalności: 2/10

Wszyscy tkwimy w Dziurze

El hoyo/ Platforma (2019)

Goreng trafia do Dziury. Znajduje się w jednym pomieszczeniu ze współlokatorem i z jednym wybranym przedmiotem jakie można zabrać z zewnątrz. Miejscem rządzą proste zasady. Każdego dnia przy pomocy wędrującej w dół platformy osadzonym podawane jest jedzenie. Jeden suto zastawiony stół, którego zasoby powinny starczyć na wyżywienie wszystkich lokatorów na nieokreślonej bliżej ilości pięter.

Goreng znajduje się na piętrze 48, gdzie trafiają jedynie resztki, ale co zostaje dla tych jeszcze niżej? Każde piętro w krótkim czasie stara się zjeść ile tylko potrafi, zanim platforma ruszy w dalszą drogę. Nie można gromadzić zapasów. W swoim egoizmie każdy zjada ile się da. Bo w przyszłym miesiącu zostaną przeniesieni gdzie indziej. Wyżej, lub niżej. Nikogo nie interesuje jak sobie poradzą i jakimi sposobami. To pierwsza lekcja jakiej udziela Gorengowi współlokator.

Hiszpańska “Platforma” właśnie wylądowała na Netflixie. Zjedzcie ile się da, bo drugiego takiego filmu długo nie zobaczycie;)

Jedna z bohaterek filmu określa Dziurę jako swego rodzaju ‘pionowym centrum autoterapii’. Trudno uwierzyć, że stworzeniu tego miejsca przyświecał cel terapeutyczny, bo jak przekonał się Goreng  Dziury wydobywa z ludzi wszystko co najgorsze. Zobaczycie tu mord, kanibalizm i zwykłe okrucieństwo. Wszystko to na tle zupełnego braku społecznej świadomości, troski o drugiego człowieka, zwykłej przyzwoitości. Goreng w swej naiwności zabiera ze sobą książkę. Tak książkę, podczas gdy większość ludzi zbroi się w noże i kije.

W miarę jak będziecie śledzić fabułę, obserwować przesuwającą się platformę z jedzeniem będziecie odbywać podróż na coraz to niższe warstwy piekła. Zło czyha zarówno na poziomie 7 jak i na 132. Ludzie zachowują się bezwzględnie nie zależnie od swojej pozycji. O pozycji decydują zasoby.

Jesteś, wyżej – masz co jeść, niżej żywisz się resztkami, jeszcze niżej czeka głód. Jak się dowiadujemy zastawiona suto platforma zawiera porcje, które starczyły by dla wszystkich, gdyby tylko ludzie zechcieliby się podzielić.

To swego rodzaju metafora klas społecznych. Podczas gdy brzuchy tych na górze pękają z przejedzenia, klasy niższe skubią resztki, oblizują kości, a ci najwyżej, stanowiący największą liczbę nie dostają nic. Dodatkowo nikt tak naprawdę nie wie jak żyje się tym na dole, do póki sam tam nie trafi. Więźniowie nie wiedzą ile jest poziomów. Nikt nie myśli o nikim za wyjątkiem siebie. Zjedzenie współlokatora? To tylko sposób na przetrwanie. Nie istnieje tu kategoria zbrodni. Zmiana punktu widzenia z wyżyn na niziny nie zmienia zachowania. To naprawdę świetny obraz naszego społeczeństwa.

Środki przekazu są dość konkretne, proste. Ktoś może stwierdzić, że wykład jest zbyt łopatologiczny, ale brutalność w formie, jest konieczna. To rzucenie prawdy między oczy. Film bardzo na czasie. Zasoby się zmniejszają, a apetyty wciąż rosną. Zwiększające się obszary biedy generują coraz większą bezwzględność. Poczucie zagrożenia o własny byt. Rosnący apetyt budzi  coraz większą roszczeniowość. I tak w kółko, jak z jazdą na platformie.

To film do dyskusji, w mniejszym stopniu do rozrywki. W mojej ocenie jako produkcja filmowa spełnia wszystkie wymogi dobrego kina. Przemyślany scenariusz, ciekawy narracja, technicznie i obsadowo bez zarzutów.

Jeśli nie boicie się takie zderzenia z rzeczywistość, zapraszam do Dziury.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła: 9

Klimat:8

Napięcie:8

Zaskoczenie: 7

Zabawa:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:8

To coś:9

76/100

W skali brutalności: 3/10

Była sobie terapeutka

Terapeutka – Bev Thomas

Ruth Harland jest terapeutką z dwudziestopięcioletnim stażem. Pracuje z pacjentami i przewodzi ośrodkowi leczenia traumy. Jest rozwódką i matką dorosłych już bliźniaków. Przed dwoma laty, jej syn Tom przepadł bez wieści. Teraz w pewnym sensie powrócił. Powrócił pod postacią pacjenta, Dana, któremu Ruth chce za wszelką cenę pomóc. Gdyby tylko wiedziała kim jest w rzeczywistości…

Rzadko kiedy trafiam na książki napisane jakby specjalnie z myślą o mnie. Spełniające moje wysokie oczekiwania w kwestii standardów wprowadzania wątków psychologicznych. Zdarza się to w dwóch przypadkach. Kiedy autor pisze o zaburzeniu, na które sam cierpi, lub gdy autor posiada specjalistyczną wiedzę w tej dziedzinie dzięki styczności z osobami chorującymi. I nie chodzi o styczność z rodzaju: dziś w markecie spotkałam wariatkę.

Tak się składa, że Bev Thomas autorka “Terapeutki”, sama terapeutką jest. I to się kurczę czuje. Czuje od pierwszych stron i czuje przez całą powieść.

W związku z tym słyszałam o książce wiele krytycznych opinii. Większość dotyczyła właśnie zarzutu o zbyt naukowe podeście do fabuły. Kurczę, a jakie ma być? Czy książkowy thriller musi porażać naiwnością?

Nie znoszę wodolejstwa, nie znoszę, gdy autor porywa się z motyką na słońce i prawi o czymś, o czym nie ma pojęcia. Jestem na to uczulona. Ile razy spotkałam się z książkami, które portretują np. dzieci z autyzmem (tak, miejsce trzecie w Top DSM zaraz obok schizofrenii i osobowości mnogiej),  jako posiadające nadprzyrodzone moce, które ni z gruchy ni z pietruchy zaczynają recytować Tybetańską Księgę Umarłych, z którą styczności nigdy nie miały, albo wyginają widelce siłą umysłu. Później przychodzi do gabinetu psychologa rodzić z diagnozą od psychiatry: autyzm dziecięcy. Wystraszony, przejęty i zażenowaniem przyznaje, że nie zauważył takich to, a takich, objawów u swojego dziecka. A skąd pomysł, że takie to, a takie, objawy dziecko powinno mieć? Możesz zapytać ze zdziwieniem, ale już wiesz, już kurczę wiesz, co usłyszysz w odpowiedzi. Bo w takim, a takim, filmie, lub takiej, a takiej, książce było takie dziecko i ono… 

Dlatego właśnie beletrystyka potrzebuje autorów świadomych tego, o czym piszą. Nawet jeśli dla kogoś będzie to zbyt trudne w odbiorze i mało rozrywkowe.

Dla mnie “Terapeutka” była rozrywką wciągającą, absorbującą i pouczającą. Narratorka i bohaterka w jednej osobie wpada kolejno we wszytki pułapki jakie może na nas zastawić nasz własny umysł i wygenerowane przez niego subiektywne odczucia.

Na początek obraz jej relacji z dziećmi. Rodzicielska rozpacz, gdy nie rozumiesz i nie potrafisz pomóc własnemu synowi. Wykręcony model macierzyństwa, matka kwoka, matka helikopter – jakby napisali na blogu pateringowym. Gdzieś w tym wszystkim bezradnie kołujący mąż, nie dość światły by brać jego zdanie pod uwagę. I drugie dziecko, dziecko bohater, wychowane w poczuciu winy za to, że ‘jest normalne’. Wreszcie praca, cholernie obciążająca praca. Rola gąbki wchłaniającej ludzkie łzy.

Seria zdarzeń sprawia, że gąbka traci chłonność i wszystko się wylewa. Ruth traci czujność wobec nowego pacjenta. Chce mu pomóc, bo widzi w nim swojego syna. Przeniesienie level hard. Zaczyna łamać procedury, naginać się, ustępować. Traci ostrość widzenia. Zostaje wywiedziona w pole. Cienka linia pomiędzy skrzywdzonym dzieckiem, a socjopatą zostaje zatarta. Ruth wpada. Mimo całego doświadczenia, całej wiedzy, instynktu i wszystkich przymiotów dobrego specjalisty, daje ciała. Wobec emocji jesteśmy bezbronni. A historia antybohatera, cała jego postać? Precyzyjnie zakreślona, wnikliwa. Terapeucie może się wydawać, że ze swojego miejsca widzi wszystko, widzi więcej, to on udostępnia pacjentowi wgląd w jego emocje. Ale co jeśli patrzy pod złym kątem? Jeśli nie zauważy zacienionego obszaru?

Kurczę, ale to było dobre.

Moja ocena: 9/10