Miesięczne archiwum: Marzec 2020

Ktoś, kogo nie widać

The Invisible Man/ Niewidzialny człowiek (2020)

Młoda kobieta, Cecilia Kass, ucieka od swojego męża, Adriana Griffina genialnego inżyniera optyki. Schronienie znajduje w domu przyjaciela, policjanta Jamesa i jego nastoletniej córki. Niestety ciężar dotychczasowego życia pod pręgierzem agresora odciska na niej piętno tak duże, że nie jest w stanie opuścić domu bez lęku.

Wtedy spada na nią informacja o samobójczej śmierci Adriana. Czyżby była wolna? Tak naprawdę wolna? Kiedy w sercu Cecilii pojawia się nadzieja na upragnioną normalność lęk powraca ze zdwojoną siłą. Lęk, najgorszy z możliwym, bo przed tym czego nie widać.

Wydana po raz pierwszy w 1897 roku powieść Herberta Georga Wellsa „Niewidzialny człowiek” przeszła do kanonu gatunku powieści sci-fi. Zekranizowana przez studio Universal w 1933 roku, zyskała potencjał filmowy. Pojawiały się sequeleremakesequele remake’ów – jak to zwykle w przypadku klasyki, każdy chciał na tym pomyślę zarobić.

O ile film z lat ’30 bardzo lubię, bo lubię stare horrory Universal’a generalnie to te powstałe po roku 2000 mam już głęboko w pogardzie.

Zastanawiałam się co też z filmem zrobią współcześni, w roku 2020. Założeniem wytwórni Universal było odświeżenie studyjnych klasyków, ale gdy zobaczyłam jak to założenie sprawdziło się w przypadku „Mumii”… chyba się nie dziwicie, że zwątpiłam.  Na szczęście Leigh Whannell obrał zupełnie inny kierunek i nowy „Niewidzialny człowiek” jest zupełnie niegłupią rozrywką.

Scenariusz odszedł od oryginału. Przede wszystkim całą historię poznajemy z perspektywy bohaterki nie istniejącej dotąd ani w powieści ani w filmie.

Cecilia jako pierwsza przekonuje się o tym jak szalony i niebezpieczny jest naukowiec Adrian Griffin, jej mąż. Kontrolujący ją na każdym kroku, stosujący psychiczną przemoc. Kiedy w końcu udaje jej się uciec z ich wspólnego, a jakże wypasionego, domu musi poradzić sobie z traumą. Wie, że jej oprawca nie jest osobą, która łatwo odpuszcza, więc aż do pojawienia się informacji jego śmierci Cecilia trwa w przekonaniu, że Adrian na nią czyha.

Tu wielkie brawa należą się wcielającej się w rolę kobiety Elisabeth Moss, znaną z tytułowej roli w „Opowieści podręcznej”. Nie jest to aktorka, która może znaleźć się na topie listy najseksowniejszych, najpiękniejszych, najpowabniejszych. Jest za to charakterystyczna i diabelnie zdolna. Bardzo ją lubię. W roli kobiety ocierającej się o szaleństwo, trawionej przez paranoje, jest świetna. Nie gorzej wypada, gdy przychodzi jej zmieniać się w wojowniczkę, pewną swojej racji.

Akcja właściwa rozpoczyna się z chwilą gdy do Cecyli dociera, że jej mąż choć martwy nadal niszczy jej życie. Nie widzi go, ale jest pewna jego obecności. Czy ktoś daje jej wiarę? Może i Adrian był genialnym naukowcem, ale jak mógł stać się niewidzialny? Aj, to jest bardzo ciekawy wątek dla fanów sc-fi. Natomiast dla miłośników horrorów znajdzie się tu jeszcze więcej. Zaczynając od atmosfery zaszczucia i paranoi, przez narastające wokół sytuacji napięcie, i wreszcie dreszczyk uzyskany dzięki małym, subtelnym, klasycznym chwytom jak sceny z przekradaniem się, ukrywaniem etc.

Największą siłą tego filmu, tej historii, jest wybitnie celny strzał w największy ludzki lęk: lęk przed tym czego nie widać. Zagrożenie może być wszędzie, może zaatakować  znienacka, Jak chronić się przed czymś czego nie widać. Do tego dochodzi poczucie, że ogarnia nas obłęd, bo nikt nie daje wiary w istnienie niewidzialnego.

Filmowy antybohater jak na wprawnego psychopatę przystało konsekwentnie wpędza naszą bohaterkę w coraz większe kłopoty. Dba o to by wszyscy się od niej odwrócili, a ona w końcu poddała się jego woli…

Słowem podsumowania, produkcja bardzo udana, zasługująca na uwagę, konkretnie zrobiona z dobrze przemyślanym scenariuszem. Polecam.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:8

Zabawa: 9

Zaskoczenie: 7

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś: 8

70/100

W skali brutalności: 2/10

Wszyscy tkwimy w Dziurze

El hoyo/ Platforma (2019)

Goreng trafia do Dziury. Znajduje się w jednym pomieszczeniu ze współlokatorem i z jednym wybranym przedmiotem jakie można zabrać z zewnątrz. Miejscem rządzą proste zasady. Każdego dnia przy pomocy wędrującej w dół platformy osadzonym podawane jest jedzenie. Jeden suto zastawiony stół, którego zasoby powinny starczyć na wyżywienie wszystkich lokatorów na nieokreślonej bliżej ilości pięter.

Goreng znajduje się na piętrze 48, gdzie trafiają jedynie resztki, ale co zostaje dla tych jeszcze niżej? Każde piętro w krótkim czasie stara się zjeść ile tylko potrafi, zanim platforma ruszy w dalszą drogę. Nie można gromadzić zapasów. W swoim egoizmie każdy zjada ile się da. Bo w przyszłym miesiącu zostaną przeniesieni gdzie indziej. Wyżej, lub niżej. Nikogo nie interesuje jak sobie poradzą i jakimi sposobami. To pierwsza lekcja jakiej udziela Gorengowi współlokator.

Hiszpańska „Platforma” właśnie wylądowała na Netflixie. Zjedzcie ile się da, bo drugiego takiego filmu długo nie zobaczycie;)

Jedna z bohaterek filmu określa Dziurę jako swego rodzaju ‚pionowym centrum autoterapii’. Trudno uwierzyć, że stworzeniu tego miejsca przyświecał cel terapeutyczny, bo jak przekonał się Goreng  Dziury wydobywa z ludzi wszystko co najgorsze. Zobaczycie tu mord, kanibalizm i zwykłe okrucieństwo. Wszystko to na tle zupełnego braku społecznej świadomości, troski o drugiego człowieka, zwykłej przyzwoitości. Goreng w swej naiwności zabiera ze sobą książkę. Tak książkę, podczas gdy większość ludzi zbroi się w noże i kije.

W miarę jak będziecie śledzić fabułę, obserwować przesuwającą się platformę z jedzeniem będziecie odbywać podróż na coraz to niższe warstwy piekła. Zło czyha zarówno na poziomie 7 jak i na 132. Ludzie zachowują się bezwzględnie nie zależnie od swojej pozycji. O pozycji decydują zasoby.

Jesteś, wyżej – masz co jeść, niżej żywisz się resztkami, jeszcze niżej czeka głód. Jak się dowiadujemy zastawiona suto platforma zawiera porcje, które starczyły by dla wszystkich, gdyby tylko ludzie zechcieliby się podzielić.

To swego rodzaju metafora klas społecznych. Podczas gdy brzuchy tych na górze pękają z przejedzenia, klasy niższe skubią resztki, oblizują kości, a ci najwyżej, stanowiący największą liczbę nie dostają nic. Dodatkowo nikt tak naprawdę nie wie jak żyje się tym na dole, do póki sam tam nie trafi. Więźniowie nie wiedzą ile jest poziomów. Nikt nie myśli o nikim za wyjątkiem siebie. Zjedzenie współlokatora? To tylko sposób na przetrwanie. Nie istnieje tu kategoria zbrodni. Zmiana punktu widzenia z wyżyn na niziny nie zmienia zachowania. To naprawdę świetny obraz naszego społeczeństwa.

Środki przekazu są dość konkretne, proste. Ktoś może stwierdzić, że wykład jest zbyt łopatologiczny, ale brutalność w formie, jest konieczna. To rzucenie prawdy między oczy. Film bardzo na czasie. Zasoby się zmniejszają, a apetyty wciąż rosną. Zwiększające się obszary biedy generują coraz większą bezwzględność. Poczucie zagrożenia o własny byt. Rosnący apetyt budzi  coraz większą roszczeniowość. I tak w kółko, jak z jazdą na platformie.

To film do dyskusji, w mniejszym stopniu do rozrywki. W mojej ocenie jako produkcja filmowa spełnia wszystkie wymogi dobrego kina. Przemyślany scenariusz, ciekawy narracja, technicznie i obsadowo bez zarzutów.

Jeśli nie boicie się takie zderzenia z rzeczywistość, zapraszam do Dziury.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła: 9

Klimat:8

Napięcie:8

Zaskoczenie: 7

Zabawa:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:8

To coś:9

76/100

W skali brutalności: 3/10

Była sobie terapeutka

Terapeutka – Bev Thomas

Ruth Harland jest terapeutką z dwudziestopięcioletnim stażem. Pracuje z pacjentami i przewodzi ośrodkowi leczenia traumy. Jest rozwódką i matką dorosłych już bliźniaków. Przed dwoma laty, jej syn Tom przepadł bez wieści. Teraz w pewnym sensie powrócił. Powrócił pod postacią pacjenta, Dana, któremu Ruth chce za wszelką cenę pomóc. Gdyby tylko wiedziała kim jest w rzeczywistości…

Rzadko kiedy trafiam na książki napisane jakby specjalnie z myślą o mnie. Spełniające moje wysokie oczekiwania w kwestii standardów wprowadzania wątków psychologicznych. Zdarza się to w dwóch przypadkach. Kiedy autor pisze o zaburzeniu, na które sam cierpi, lub gdy autor posiada specjalistyczną wiedzę w tej dziedzinie dzięki styczności z osobami chorującymi. I nie chodzi o styczność z rodzaju: dziś w markecie spotkałam wariatkę.

Tak się składa, że Bev Thomas autorka „Terapeutki”, sama terapeutką jest. I to się kurczę czuje. Czuje od pierwszych stron i czuje przez całą powieść.

W związku z tym słyszałam o książce wiele krytycznych opinii. Większość dotyczyła właśnie zarzutu o zbyt naukowe podeście do fabuły. Kurczę, a jakie ma być? Czy książkowy thriller musi porażać naiwnością?

Nie znoszę wodolejstwa, nie znoszę, gdy autor porywa się z motyką na słońce i prawi o czymś, o czym nie ma pojęcia. Jestem na to uczulona. Ile razy spotkałam się z książkami, które portretują np. dzieci z autyzmem (tak, miejsce trzecie w Top DSM zaraz obok schizofrenii i osobowości mnogiej),  jako posiadające nadprzyrodzone moce, które ni z gruchy ni z pietruchy zaczynają recytować Tybetańską Księgę Umarłych, z którą styczności nigdy nie miały, albo wyginają widelce siłą umysłu. Później przychodzi do gabinetu psychologa rodzić z diagnozą od psychiatry: autyzm dziecięcy. Wystraszony, przejęty i zażenowaniem przyznaje, że nie zauważył takich to, a takich, objawów u swojego dziecka. A skąd pomysł, że takie to, a takie, objawy dziecko powinno mieć? Możesz zapytać ze zdziwieniem, ale już wiesz, już kurczę wiesz, co usłyszysz w odpowiedzi. Bo w takim, a takim, filmie, lub takiej, a takiej, książce było takie dziecko i ono… 

Dlatego właśnie beletrystyka potrzebuje autorów świadomych tego, o czym piszą. Nawet jeśli dla kogoś będzie to zbyt trudne w odbiorze i mało rozrywkowe.

Dla mnie „Terapeutka” była rozrywką wciągającą, absorbującą i pouczającą. Narratorka i bohaterka w jednej osobie wpada kolejno we wszytki pułapki jakie może na nas zastawić nasz własny umysł i wygenerowane przez niego subiektywne odczucia.

Na początek obraz jej relacji z dziećmi. Rodzicielska rozpacz, gdy nie rozumiesz i nie potrafisz pomóc własnemu synowi. Wykręcony model macierzyństwa, matka kwoka, matka helikopter – jakby napisali na blogu pateringowym. Gdzieś w tym wszystkim bezradnie kołujący mąż, nie dość światły by brać jego zdanie pod uwagę. I drugie dziecko, dziecko bohater, wychowane w poczuciu winy za to, że ‚jest normalne’. Wreszcie praca, cholernie obciążająca praca. Rola gąbki wchłaniającej ludzkie łzy.

Seria zdarzeń sprawia, że gąbka traci chłonność i wszystko się wylewa. Ruth traci czujność wobec nowego pacjenta. Chce mu pomóc, bo widzi w nim swojego syna. Przeniesienie level hard. Zaczyna łamać procedury, naginać się, ustępować. Traci ostrość widzenia. Zostaje wywiedziona w pole. Cienka linia pomiędzy skrzywdzonym dzieckiem, a socjopatą zostaje zatarta. Ruth wpada. Mimo całego doświadczenia, całej wiedzy, instynktu i wszystkich przymiotów dobrego specjalisty, daje ciała. Wobec emocji jesteśmy bezbronni. A historia antybohatera, cała jego postać? Precyzyjnie zakreślona, wnikliwa. Terapeucie może się wydawać, że ze swojego miejsca widzi wszystko, widzi więcej, to on udostępnia pacjentowi wgląd w jego emocje. Ale co jeśli patrzy pod złym kątem? Jeśli nie zauważy zacienionego obszaru?

Kurczę, ale to było dobre.

Moja ocena: 9/10

Polski camp slasher

W lesie dziś nie zaśnie nikt (2020)

Grupa młodzieży uzależnionej od nowych technologii bierze udział w wędrownym obozie ‚Adrenalina’, gdzie pośród lasu mają odkryć zalety życia poza cyberprzestrzenią. Na miejscu zostają przydzieleni do mniejszych, pięcioosobowych podgrup i puszczeni w las. Do grupy opiekunki Izy należy Aniela, Zosia, Julek, Daniel i Bartek. To właśnie oni będą mieli szczęście dowiedzieć się, czym jest prawdziwa adrenalina, gdy na swoim szlaku spotkają Podlaskiego Jasona.

Wyznaczona na piątek trzynastego data premiery „pierwszego polskiego slashera” ewidentnie przyniosła mu pecha. Po pokazie prasowym zdecydowano o przesunięciu premiery na czas bliżej nie określony, po czym Netflix ogłosił: bierzcie i oglądajcie, przez co nie wiadomo, czy film dostąpi zaszczytu zagoszczenia na wielkim ekranie. Nastroje w kraju są takie, a nie inne i nikt chyba nie myśli już o wypadach do kina. Wystarczającej adrenaliny może dostarczyć przejazd PKS’em do najbliżej Biedronki. Ale do rzeczy.

Może na wstępie coś powinniśmy sobie wyjaśnić. „W lesie dziś nie zaśnie nikt” nie jest pierwszym polskim slasherem. Sama pisałam już o przynajmniej dwóch, a wrodzona skromność;) nie pozwala mi wnioskować, że obejrzałam wszystko w tym gatunku. Mieliśmy klawy „Piotrek 13ego” i „Gdzie diabeł mówi dobranoc. Obydwie offowe produkcje przypadły mi do gustu bardziej niż dzieło Bartka Kowalskiego. Owszem obydwie szły bardziej ewidentnie w stronę pastiszu aniżeli horrorów na serio, ale nie zmienia to faktu, że „W lesie…” też nie da się odebrać na poważnie.

Kowalski podkreślał niewielki budżet filmu, ale akurat te rzeczy, które bolały mnie w odbiorze produkcji najbardziej były od budżetu niezależne. Film może razić kiepską jakością zdjęć, czy efektów, może razić chałupniczą charakteryzacją, ale wszystko to zostanie rozgrzeszone jeśli pomysł będzie dobry, a scenariusz przemyślany i dostosowany do budżetu.

Początek filmu jest wcale nie głupi. Klasycznie camp slasherowy. Idziemy w las z archetypowymi bohaterami tego rodzaju produkcji. Widzimy pierwszą śmierć, pierwszego protagonisty. Aj, taki ukłon w stronę którejś z części „Piątku 13ego”. A później wszytko zaczyna się sypać. Scenarzystę przywiązali do drzewa i porzucili.

Co wyróżniało najlepsze slashery spośród całej masy hurtowo produkowanych filmów klasy B? Postać Final Girl, historia antagonisty i sceny mordów. Te ostatnie wcale nie musiały być szczególnie krwawe, liczyło się to by zabić w nowy, totalnie odjechany sposób. Tymczasem o ile pierwszy z listy zgonów, zgon można uznać za swego rodzaju hołd na otwarcie o tyle cała reszta jest już kalkowaniem, odhaczaniem kolejnych tytułów. Ty zginiesz jak w „Teksańskiej masakrze...”, a ty jak we „Wrong turn„. Żadnej własnej myśli twórczej.

Czas na Final Girl. Zgodnie z moimi przewidywaniami jest nią Zosia. Ta nieuczesana i źle ubrana. Rozpoznacie w niej Wieniawę z której zdarto cały glamour i kazano jej być aktorką. Pytanie za milion: Co Zosia robiła na obozie offline’owym? Jej naiwnie sentymentalna historia nijak nie prowadzi ja do miejsca przeznaczenia. SPOILER: Twoja rodzina zginęła straszną śmiercią? Jedz na obóz z dzieciakami uzależnionymi o youtube’a, to Ci dobrze zrobi.KONIEC SPOILERA. Czy ktoś zadał sobie choć odrobinę trudu by trzymało się to kupy? Wątpię.

Czas na antagonistę, a właściwie antagonistów, dwóch, żeby było na bogato. Charakteryzacja? Widzieliście „Topór”? No to wiecie jak wyglądają polscy Jason’owie. Znowu brak myśli twórczej.

Za to urąganie za brak inwencji pokarało mnie w momencie, gdy przedstawiona mi została biografia owych’ Toporników’. Tu pojechali po bandzie. Pojechali tak, że nie jestem w stanie wymyślić głupszej i bardziej absurdalnej historii ‚narodzin leśnego zła’. Była za to okazja do zużycia resztek budżetu, który został po wypłaceniu gaży Wieniawie i Gosiewskiej, na efekty komputerowe. Tak, mamy scenę otwierającą z „Prometeusza” w wersji Kowalski i s-ka.

Fabuła. Fabuła jak wspomniałam bazuje na schemacie camp slashera, jednak zamiast z tego nurtu czerpać co najlepsze, konsekwentnie zbiera wszystkie poprodukcyjne odpadki. Wytrwale przeczy logice i olewa związki przyczynowo skutkowe. Przypomina to gotowanie zupy z tego co akurat zostało w lodówce. Ten przepis raczej nie trafi do master chef’a.

Mam świadomość tego, że pomijając  kwestie telefonu, czy wątek spotkania Bartka z księdzem, większość fabularnych luk wynika z grubych montażowych cięć. Na zasadzie: To się wyjebie, nikt nie zauważy różnicy, a przyoszczędzimy trochę czasu. Błąd. Horrory to nie filmy dla idiotów.

Czy było tam coś dobrego? Na osłodę powiem, że: Tak, początek był obiecujący. Niektóre żarty się udały. Zosia do Julka: Julek, a ty umiesz biegać? 🙂 Uśmiechnęłam się. Wieniawa wcale nie zagrała najgorzej. Nagroda Złotego Drąga przypada Gośiewskiej. Jej występ uporczywie nasuwał mi skojarzenie z rolą Paris Hilton w „Domu woskowych ciał”. Nie nudziłam się, to też plus.

Tak czy owak, potwierdziło, się moja myśl: Polacy nie potrafią robić amerykańskich horrorów. Mimo tego seans z „W lesie dziś nie zaśnie nikt” uważam za pozycję obowiązkową. Może być ku przestrodze, albo z pobudek patriotycznych;)

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:4

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie: 5

Walory techniczne: 6

Aktorstwo: 6

Oryginalność:3

To coś:4

46/100

W skali brutalności:2/10

Klątwa wiecznie żywa

The Grudge/ The Grudge: Klątwa (2020)

Jest rok 2006. Owdowiała policjantka i samotna matka czterolatka, detektyw Muldoon przeprowadza się do małego amerykańskiego miasta i rozpoczyna pracę. Tajemnicza śmierć i przeklęty dom idą na pierwszy ogień. Śledztwo prowadzi ją w głąb przesądów i wierzeń rodem z Japonii.

Pamiętacie wielki boom na skośne kino grozy, który rozpoczął się wraz z wejściem w XXI wiek? Wszystko zaczęło się od japońskiego „The Ring” i od tamtej pory czarnowłose i bladolice zjawy szturmowały serca wielbicieli horrorów. Sama byłam jednym z takich widzów. Poszukiwałam coraz to nowszych, bardziej wykręconych filmowych tematów. Nawet jeśli japońska kultura nie była dla mnie do końca zrozumiała to uwielbiałam klimat tych obrazów. W swoich poszukiwaniach oddalałam się coraz bardziej na wschód od Japonii, aż w końcu trafiłam na kino południowo koreańskie i moje serce tam już zostało.

Kiedy w ubiegłym roku ktoś wpadł na pomysł by odgrzać franczyzę „The Ring” – I powstał „The Rings – kwestią czasu był następny ruch, czyli ruszenie franczyzy drugiego najpopularniejszego przywleczonego z Japonii straszaka, „Klątwa”.

„Klątwy” jakoś nigdy nie polubiłam. Szczególną animozją darzyłam jej amerykański remake. Chyba nawet nie pofatygowałam się z jego recenzją. Nie mniej jednak staram się oglądać nowości, chociażby po to żeby Wam o nich pisać. Dlatego też zmęczyłam nową „Klątwę”, a nowa „Klątwa” mi się odwzajemniła i zmęczyła mnie.

Fabułą stara się być skomplikowana. W jej centrum stoi para detektywów. Jeśli ktoś zechce przeanalizować ich losy dojdzie do wniosku, że mają przesrane. Nieprzepracowane traumy, żałoba. Ona straciła małżonka, on matkę i kumpla. Co więcej kumpla stracił na rzecz przeklętej chaty. Za chwilę pojawi się też agent nieruchomości, który też ma przesrane, bo też wszedł do niewłaściwego domu. Przesrane ma też pewna kontrowersyjna kobieta pomagająca ludziom umrzeć. Przesrane ma też ta, której ma w śmierci pomóc, a także jej mąż. Wszyscy mają przesrane, co tu dużo mówić.

Ale zaraz, skąd w amerykańskiej mieścinie japońska klątwa? Już na początku filmu dowiadujemy się, że wszystko zaczęło się od Pani Landers, która przywlokła japońskiego syfa z przeklętej chaty, którą widzieliście w remake „Klątwy” z 2004 roku. Wszystko jest jasne i pozostaje nam tylko śledzić to, jak bardzo wszyscy mają… co? Przesrane.

Film wyładowany jest tym, co wielbiciele mainstreamu lubią najbardziej, czyli jump sceare, potocznie zwanymi przeze mnie skocznymi scenkami. Wszystko odbywa się w bardzo standardowym stylu. Oglądałam to tak, jednym okiem, drugim układając puzzle z puchatymi kotkami.

Do większego zaangażowania w seans zmusiły mnie dopiero popisy pani Matheson. To jedyny wart wyróżnienia punkt programu. Pierwsza babcia horroru, czyli Lin Shaye jak zwykle po mistrzowsku pozamiatała temat. Poza tym film bardzo średni i zbędny jeśli idzie o moje zdanie.

A teraz najlepsze: Wiecie kto go zrobił? W życiu bym nie zgadła. Nicolas Pesce, który tak przepięknie wyszedł poza ramy Hollywood swoim „Oczy matki„.

Kurczę, gdyby facet pozwolił sobie na przedstawienie sprawy „Klątwy” od bardziej psychologicznej strony. Jako zjawisko dziedziczenia traumy, obłęd udzielony, masową histerię ludzi zepchniętych w ciemność. Ależ by to było smaczne. Nie mógł? Nie potrafił? Nie pozwolono mu?

Tak, zgromcie teraz gościa, zjedzcie go żywcem w podzięce za ten upadek. Kiedy rozważałam to, ilu zajebistych, nieszablonowych twórców przeszło na kasówki doszłam do wniosku, że wolę jednak trzymać się nadziei, że to nie zmiana stylu tylko jednorazowy skok na kasę. W końcu musi za coś kręcić swoje pomysły, a takie przedsięwzięcia jak sequele remake’ów upaćkane efektami i skrojone na miarę masowego gustu są jednak solidnie wynagradzane przez wytwórnie.

Tak więc, Panie Pesce, czekam co teraz zmajstrujesz za ten hajsik 🙂

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne: 7

Aktorstwo:6

Oryginalność: 3

To coś:4

49/100

W skali brutalności: 1/10

Porozmawiajmy o zbrodni

Rozmowy z seryjnymi mordercami – Christopher Berry-Dee

Co sprawia, że ludzi tak interesują historie seryjnych morderców? Polski psycholog kryminalny doktor Daniel Boduszek stwierdził kiedyś, że chodzi o adrenalinę, dreszczyk emocji, któremu towarzyszy śledzenie losów osób wyjętych z pod prawa. Rozważając to na gruncie filozoficznym może chodzić o mroczny pierwiastek ludzkiej natury, który każde nam spoglądać w ciemność. (Nietzsche się kłania) Myślę, że jedno nie wyklucza drugiego, a krótka wycieczka po mrocznej otchłani może być frapującym doświadczeniem, pod warunkiem, że odbywa się w kontrolowanych warunkach;)

Ciężko mi oszacować jak wiele godzin spędziłam w ‚otchłani’, ale z pewnością zdarzało mi się zejść niżej niż w czasie przeprawy z książką Christoper’a Berry’ego Dee.

Facet jest kryminologiem śledczym, który postanowił przybliżyć zwykłym obywatelom zagadnienia z którymi spotykał się w pracy. Liczba jego publikacji o tematyce kryminalnej jest doprawdy imponująca. „Rozmowy z seryjnymi mordercami” są bodaj pierwszą z nich, która ukazała się w polskim przekładzie. Wydawnictwo Czarna Owca ma w planie cały cykl wydań, więc wypatrujcie zapowiedzi.

Sięgając po książkę, której tytuł ni mniej ni więcej wskazuje, że składać się będzie z zapisów rozmów z seryjnymi mordercami, spodziewałam szeregu wywiadów. Mieliście okazje obejrzeć dokument „Iceman- wyznania mordercy”? Jeśli nie prędziutko nadrabiajcie. Jego rozmowa z psychiatrą dr. Dietzem wstrząsnęła mną i liczyłam na podobne odczucia w czasie lektury z książką „Rozmowy…”. Tymczasem otrzymałam kolejne hym… biografie. Poczułam się zawiedziona, bo spodziewałam się zupełnie innej formuły. Tytułowe rozmowy pojawiają się w skrawkach i są zdominowane przez relacje z procesów, śledztwa, opowieści o dzieciństwie każdego kolejnego sprawcy.

Nie miałabym takiemu rozwiązaniu nic do zarzucenia, gdyby nie fakt, że moje oczekiwania były z goła inne. Każdy rozdział to inny znany morderca seryjny. No, może poza niesławnym mieszkańcem domu Amityville, który moim zdaniem jest raczej mordercą masowym niż seryjnym. Nie mniej jednak po raz pierwszy miałam okazję przyjrzeć się sprawie Ronniego Defeo bez paranormalnej otoczki jaką wokół niej zbudowano. No, horroru by raczej z tego nie było;)

Całą resztę bohaterów już miałam okazję spotkać na kartach innych książek. A więc kogo my tu mamy?

Harvey Louis Caringnan, Arthur Shawcross, John Scripps, Hanry Lee Lucas, Alieen Wuornos, Kanneth McDuff, Carol Bundy, Douglas Clark. Dość popularny zestaw, ale bez szlagierowych przebojów jak Edd Gain, czy Dahmmer 😉 co zwiększa szansę dla Was na zapoznanie spotkanie z kimś z kim jeszcze nie mieliście do czynienia.

Mimo, że historie były mi znane zaznaczyłam w sobie w książce kilka smaczków, jak ten dotyczących pewnych skłonności u populacji mężczyzn z chromosomem XYY, czy inne naukowe odniesienia na które wcześniej nie trafiłam.

W żaden sposób nie mogę więc uznać czasu poświęconego na lekturę za zmarnowany, ale obawiam, się, że tytuł publikacji może rozbudzać u czytelnika apetyt na coś co oferuje ona w zbyt małym stopniu. Myślę też, że dla kogoś mniej obeznanego z tematem z pewnością będzie o wiele bardziej trafiona. Sama autora w żaden sposób nie skreślam i czekam na polskie wydania reszty jego książek.

Moja ocena: 6+/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

PS. Jeśli miałabym Wam polecić książkę o tej tematyce, która najbardziej do mnie trafiła będę tu bardzo oryginalna. Kiedyś szperając w necie natrafiłam na plik  word, zatytułowany „Antologia seryjnych morderców”. Brak autora, brak numeru IBSN, opracowanie zupełnie amatorskie, brak podanych źródeł. Żadna następna książka tego typu nie zrobiła na mnie takiego wrażenia. Tak więc Gallu Anonimie, kimkolwiek jesteś, masz u mnie browar.

Groza jest różowa

Color Out of Space/ Kolor z przestworzy (2019)

Rodzina Gardnerów niedawno osiadła na farmie w Arkham odziedziczonej przez ojca rodziny. W ten sposób Nathan, jego żona Theresa i trójka dzieci wymienili wielkomiejską rzeczywistość na wiejską sielankę z hodowlą alpak w tle.

Pewnej nocy na ich ziemiach rozbija się meteoryt, Jak szybko się pojawił tak też zniknął, a Gardnerowie nie wiedzą, że zdarzenie to przekreśli ich szansę na spokojną egzystencję. Czy też na jakąkolwiek egzystencje w ogóle…

„Kolor z przestworzy” (1929) H. P. Lovecrafta jest jednym z najchętniej przenoszonych na ekran opowiadań autora. Każda kolejna jest swego rodzaju wariacją na temat treści oryginału i tak naprawdę trudno mi skazać taką, która trzymałaby się go w stu procentach.

Nie inaczej jest w przypadku filmu Richarda Stanleya. Jak dotąd moją ulubioną filmową wersją jest „Colour from the dark” z 2008 roku, który tylko o krótki łeb wyprzedza chyba najbardziej znaną ekranizację pt. „Klątwa” z 1987 roku. „Kolor z przestworzy” (2019) ma spore szanse dołączyć do tej top dwójki.

Jak na standardy współczesnego kina akacja jest wartka i nie w  niej mowy o rozciągnięciu na lata sytuacji z którą przyszło się mierzyć rodzinie bohatera tak jak powinno być zgodnie z wersją oryginalną. Nieszczęście spada na Nathana i jego bliskich nagle i z impetem. Potrzeba zaledwie paru dni by ludzie i zwierzęta zaczęły chorować.

Wszystko zaczyna się w nocy i tu mamy już pierwszą mocno zeschizowaną scenę. Nathan usiłuje po długim celibacie posunąć swoją żonę nie widząc, że za oknem rozbłysły światła, coś łupnęło, wprawiając w popłoch jego dzieci.

Tego typu psychodelicznie nacechowane sekwencje będą sztandarową cechą tej produkcji zaraz obok cierpkiego humoru. Głównym komikiem jest wcielający się w postać ojca rodzi Nicolas Cage ze swadą opowiadający dziennikarzom o niecodziennym znalezisku na swojej posesji. Jest on też osobą, której najbardziej odbije, choć jakimś sposobem udało mu się uniknąć typowo fizycznych dolegliwości, przynajmniej w tak zaawansowanej formie jak dopadły one jego żonę i najmłodszego syna.

A jeśli o fizycznych dolegliwościach mowa. Ci, którzy znają treść opowiadania wiedzą, że główną konsekwencją pojawienia się meteorytu było zakażenie gleby i wód gruntowych. Kosmiczna substancja zmienia strukturę organizmów, zmieniając smak pokarmów i robiąc biologiczne zamieszanie w fizjologi zwierząt i ludzi.

To doskonała okazja by przodownicy CGI mogli nam zafundować wszystkie walory body horroru. Tak mamy tu na co popatrzeć w tym zakresie. Im dalej brniemy w tę historię tym więcej takich smaczków.

I tu moi drodzy, miłośnicy Cronenberga poczują się jak ryba w wodzie. Mamy tu rozwiązania anatomiczne kojarzące się z „Towarzystwem” czy „Coś”. Myślę, że Wielcy Przedwieczni kiwają w tym momencie z aprobatą. Mnie się to podobało.

Czy Wam się spodoba, tego nie zagwarantuję. Jest w tym filmie coś mocno porytego, a zaproponowany tu sposób narracji jest nieco narowisty i poszarpany. Ale cóż, zaryzykuję i polecę.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Aktorstwo:7

Walory techniczne:8

Oryginalność: 6

To coś: 7

62/100

W skali brutalności: 2/10

Druga twarz

Outsider – Stephen King

Jedenastoletni Frank Peterson zostaje znaleziony martwy. Jego brutalne morderstwo budzi oburzenie w społeczności Flint City dlatego, gdy pojawia się podejrzany, detektyw Raplh Anderson doprowadza do szybkiego zatrzymania osobnika. Okazuje się nim Terry Maitland miejscowy trener.

Wszyscy gorąco wierzą w jego winę, nawet gdy pojawia się dowód, że w czasie popełnienia zbrodni Terry był zupełnie gdzie indziej. Kolejne nieścisłości, wreszcie nowe niecodzienne tropy zmuszają zawziętych sceptyków do otwarcia się na zupełnie nową drogę interpretacji zdarzeń.

King w wersji kryminalnej to mój najmniej ulubiony King. Lubię Kinga w wersji psychothriller („Misery„), lubię Kinga w wersji obyczajowej („Dolores”) i oczywiście, w wersji pure horror. Z tym, że tego ostatniego jakość mało doświadczam w tym czasie.

Szumny horror roku 2019 „Instytut” okazał się bardziej powieścią sci-fi, a poprzednie nowości jakie czytałam to seria o detektywie Hodgesie. Nie twierdzę, że King zupełnie się w tej materii nie sprawdza, ale kurczę tęskni mi się za czymś na miarę „Ręki mistrza„. Tak, uważam że to najlepsza powieść grozy Kinga i niech mnie Jack Torrance gania za to z kijem do krykieta, albo siekierą, jak mu Kubrick da.

Po „Outsidera” sięgnęłam dlatego, że obiecywał klasyczną grozę. A tymczasem, czytam czytam. I nic. Jest morderstwo i morderca i kolejny detektyw, który w przeciwieństwie do Hodgesa nie był stanie we mnie wzbudzić sympatii. I choć King spycha paranormalną stronę tej historii na margines tak długo jak się da ona w końcu dochodzi do głosu i uwaga, właśnie dzięki postaci wyciągniętej z serii o Hodgesie. Ostateczne rozwiązanie zagadki zbrodni leży daleko poza śledczymi procedurami i bardzo się z tego cieszę, bo choć liznęłam horroru.

W tym momencie bardzo żałuję, że King nie jest jakimś początkującym pisarzem, który mógłby otrzymać uczciwego kopa w tyłek od czytelników ze słowami: Wróć jak napiszesz horror. Tymczasem facet pisze co chce i nadal jest królem grozy.

Gdyby nie to, żem tak głodna starej kingowskiej grozy to z pewnością przyjęłabym „Outsidera” z większą aprobatą. Bo jakby nie patrzeć wątek tytułowego „Outsidera”, ten byt będący przyczyną całego zamieszania, jest świetny i naprawdę daje do myślenia. Sądzę  nawet, że King osadził go w rzeczywistości kryminalnego śledztwa celowo, by z impetem wskazać konsekwencje istnienia takiego ‚dziwa’. Zrobił to dobrze i tylko moje nie warte uwagi roszczenia dzielą tę książkę od naprawdę pozytywnej oceny.

Moja ocena:6/10

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Prószyński i s-ka

The winner is…

Wyniki konkursu

 

Z drobnym poślizgiem przybywam do Was z wynikami ostatniego konkursu. Przypominam, że do zgarnięcia były książki ufundowane przez wydawnictwo Czarna Owca, „Rozmowy z seryjnymi mordercami” i „Złota klatka”.

Nagrody trafią do dwóch osób: Anny G., która zgłosiła udział na fanpage bloga na facebooku oraz do Olo_czyta, która zgłosiła się na profilu Biblii Horroru na instagramie.

Wszystkim gorąco dziękuję za udział i zapraszam ponownie, już wkrótce.

Nagrody zostaną rozesłane w najbliższych dniach.

Kuba, ćmy i koty

WYWIAD – Jakub Bielawski

Drodzy Parafianie, przybywam do Was z obiecanym, nowym wywiadem. Tym razem na rozmowę udało mi się namówić Jakuba Bielawskiego, znanego ze zbioru opowiadań „Słupnik” i moim zdaniem najlepszej ubiegłorocznej powieści grozy „Ćma„. Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Vesper i to właśnie dzięki ich uprzejmości miałam okazję ją przeczytać.

Autor okazał świetnym człowiekiem z ogromem dystansu do siebie. Mam nadzieję, że udało mi się choć trochę przybliżyć jego postać 😉

Kuba, dzięki.

BIBLIA HORRORU: Przyznałeś, że Biblia Horroru jest Ci znana, a więc skoro trafiłeś na bloga o horrorach, nie może obejść się bez pytania o ulubione twory tego gatunku;) Masz swoich ulubieńców? Filmowych czy też książkowych?

KUBA: Owszem, podczytuję już od jakiegoś czasu ,,Biblię horroru”, staram się śledzić też inne grupy i strony związane z literaturą, czy też mówiąc szerzej – kulturą grozy. Zaczynałem od zwykłego lurkowania, wyszukiwania nowych pozycji na półkę. Chciałem wiedzieć o czym się mówi, co się czyta i jak myślą mądrzejsi ode mnie. Teraz zaś śledzę te profile również ze względów zawodowych (ładne określenie na próżność i szukanie recenzji swoich książek).

Co do samego pytania o grozowych ulubieńców – oczywiście, że mam! Jeszcze jak! Choć nie ukrywam, że są to głównie ulubieńcy literaccy. W latach szczenięcych uwielbiałem filmy grozy. Wypożyczałem je na VHS i DVD oraz ,,wypożyczałem” z internetów wraz z kuzynem i weekendowo przepadaliśmy w świat tych wszystkich flaków-nieflaków, wampirów, diabłów i strasznych dziewczynek. Z biegiem czasu jednak te filmy zaczęły sprawiać wrażenie wtórnych, często śmiesznych, albo tak strasznych, że naprawdę bałem się je oglądać. Wtedy też mocniej złapałem za książki, choć kilka bardziej i mniej oldschoolowych pozycji wciąż wspominam z łezką w oku. Jeśli chodzi o książki to zacząłem dosyć wcześnie od cyklu ,,Szkoły przy cmentarzu” wypożyczanych namiętnie z osiedlowych bibliotek. Równolegle na kablówkowych kanałach dla dzieci podpatrywałem ,,Gęsią skórkę”, ,,Eeirie Indinana” i tego typu perełki. No ale wtedy byłem jeszcze gówniakiem i plastikowe trupy spełniały swoje zadanie. Z resztą, przez jeden odcinek ,,Gęsiej skórki” z dyniogłowymi załapałem się na cykl koszmarów. W międzyczasie zbierałem też legendy, z odwiedzanych miejsc i tam również potrafiłem co nieco wyłuskać. Ot choćby ,,Księga legend i opowieści bieszczadzkich” Andrzeja Potockiego. Naprawdę polecam! Kilka naprawdę mocnych, rustykalnych horrorów by się z tego wykluło. Chciałbym też wspomnieć o fantastycznym zbiorze opowiadań Anny Kańtoch ,,Diabeł na wieży”. Kurde! Jakie to było i nadal jest dobre. Czegoś takiego szukałem, coś jak ,,Braterstwo wilków”, ale do czytania. Mocno mnie wtedy ten diabeł złapał i prawdę powiedziawszy, jeśli nie liczyć Tolkiena i Sapkowskiego, to wtedy na dobre zaczęła się moja przygoda z literaturą fantastyczną i niessamowitą. Później już klasyka, Stefan Król i nasza relacja od miłości i zachwytów po znużenie i odrzucenie, aż do obecnego, ponownego zauroczenia. Przełomowe były z pewnością sesję w grę fabularną ,,Zew Cthulhu” na pieszyckim aka piotroleskim poddaszu u Maćka Antoszczuka. Bogowie Zewnętrzni, jakie to było dobre i mocne! Wtedy wleciał H. P. Lovecraft jak złoto! Spinałem się przy nim nawet w wiosennych, popołudniowych tramwajach. Howard w literkach i Nox Arcana w słuchawkach, polecam. Gdzieś tam obok niezawodny Edgar i jego ,,Kruk” zaczytywany do porzygu pod ławką w liceum (sorry nauczyciele). I tak to się kulała, później już coraz bardziej świadomie wiedziałem co brać, a czego unikać. Swego czasu zakochałem się w ,,Domu na wyrębach” Dardy, ale byłem wtedy w fazie separacji z Kingiem, a jednak twórczość obu Stefanów ma dużo punktów stycznych więc na jakiś czas odpadłem, choć wciąż zdarza mi się wracać do audiobooka z niesamowitym Wiktorem Zborowskim przy mikrofonie. Im byłem starszy i bliższy tego świadomego pisania tym głębiej szukałem. Z jednej strony kolejne klasyki, z drugiej nowości, głównie polskie. Zachwycił mnie nasz krajowy śmieszek i birbant Wojciech Gunia ze swoim ,,Nie ma wędrowca” i innymi opowiadaniami. Podobnie miałem, a w zasadzie mam z wczesnym Orbitowskim i jego ,,Nadchodzi” czy ,,Wigilijnymi psami”. To chyba najbardziej wryło mi się w głowę. Twardo nadrabiam vesperowe klasyki i biblioteczkę C&T (kocham Jamesa i Blackwooda). Jednym okiem zezuję na pojawiające się nowości i staram się mieć rękę na pulsie. Stąd moje zachwyty i peany nad ,,The VVitch” i ,,The Lighthouse” czy ,,Valley of shadows” (chyba przeprosiłem się też z ekranową grozą). Obecnie zaczytuję się w Karice i ,,Szczelina” naprawdę zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Mogę o tym naprawdę długo gadać, bo i jest o czym, ale nie chciałbym nikogo zanudzać, podobno nieźle wychodzi mi to w książkach.

BIBLIA HORRORU: Skąd przyleciała do Ciebie „Ćma”? Jak rodziła się ta historia? Od czego się zaczęło? Natchnienie spadło na Ciebie pod wpływem impulsu, czy był to raczej efekt pracowitych rozważań?

KUBA: Ciemka przyleciała do mnie wraz z mailem od Wydawnictwa Vesper z propozycją współpracy. Warunek byłe jeden: chad powieść, a nie virgin zbiór opowiadań. A ja już przecież miałem coś w głowie, wtedy nie wiedziałem jeszcze o tym, ale prawda była taka, że niemal cała ,,Ćma”, bohaterowie, fabuła, koncept i vibe miałem już w głowie. Spisałem to sobie w notesiku i zaraz zacząłem tłuc w klawisze.

BIBLIA HORRORU: Pisząc „Ćmę” od początku miałeś w głowie całą historię, wiedziałeś co chcesz napisać, czy poszedłeś na spontan?

KUBA: Tak jak wspomniałem, okazało się, że ona już tylko czeka na opisanie. Nawet imiona dziewczyn wykwitły od razu. Wiedziałem, że to musi być właśnie taka relacja i właśnie w takiej konfiguracji. Opisy, rozmowy i reszta tła były już improwizowane, o ile tak mogę powiedzieć, natomiast wszystko owijało się wokół konkretnego kośćca, który miałem w głowie.

BIBLIA HORRORU: Ile czasu zajęło Ci napisanie „Ćmy”?

KUBA: Zabrałem się za pracę na przełomie lipca i sierpnia, w sierpniu usiadłem na dobre do pisania i z drobną przerwą na wrześniowe szaleństwo w szkole działałem sumiennie aż do połowy grudnia, do pamiętnego wieczoru w osiedlowej pralni gdzie skończyłem ostatni rozdział. Później z miesiąc sobie ciemka odleżała i w dwa tygodnie obrobiłem się z redakcją. Oczywiście sam przy tym poprawianiu nie siedziałem. Muszę przyznać, że nienawidzę czytać tego co napisałem i jest to chyba najgorszy element pracy twórczej.

BIBLIA HORRORU: Z rozmów z różnymi autorami wiem, że perypetie wydawnicze niekiedy stanowią gotowy materiał na nową książkę. Jak to wyglądało u Ciebie? Czy w naszym pięknym kraju trudno wydać powieść?

KUBA: Zajebiście łatwo! Sami się napraszają! A ja tylko myk! i wybrzydzam, i odrzucam oferty. Taki jestem genialny. A tak na serio to mam więcej szczęścia niż rozumu czy talentu. Wysłałem opowiadania do kilku wydawnictw, większość odmówiła bądź zlała temat. Niezastąpiony Sebastian Sokołowski z Phantom Books złapał mnie jednak w międzyczasie, zaproponował wydanie zbioru opowiadań i jakoś to poszło. Nie było źle, nie było ciężko. W międzyczasie zdążyłem obronić pracę dyplomową, znaleźć dwie nowe prace i się zaręczyć. Myślę, że patrzenie na mnie z  perspektywy rynku wydawniczego i jego tajemnic to jak wypytywanie gościa, który po pijaku wygrał w lotka jak najlepiej zarobić pierwszy milion.

BIBLIA HORRORU: Jedną z najważniejszych moim zdaniem umiejętności pisarza jest zdolność obserwowania otaczającego go świata i czerpania z niego inspiracji. Dla mnie Góry Sowie i Dżerzi to jakby odrębni bohaterowie, którym poświęciłeś bardzo dużo uwagi. Jak wyłapujesz z otoczenia inspiracje?

KUBA: W końcu o to mnie pytajo! Cały czas chciałem, żeby ktoś zarzucił: ,,Yh, ten bielaski to tak zajebiście opisał te krajobrazy, góry, pola, wiochy i miasteczka. Kurła, jak on to robi? O! Wiem! Nazwijmy toto co on stworzył horrorem krajobrazowym, albo grozą topograficzną!”. Także dziękuję!

Dużo chodzę, dużo jeżdżę. Patrzę, oglądam i słucham. Tyle. Naprawdę. Wiem, że to brzmi lamersko, tanio, ale taka jest prawda. Umiem pisać tylko o tym co znam, o tym co widzę pod zamkniętymi powiekami. Przynajmniej na razie tak mam. Chciałbym wierzyć, że kiedyś będę bardziej elastyczny.

Pociąga mnie rozkład, dzicz, a w zasadzie zdziczenie. Pogranicze między cywilizacją i naturą. Ta ziemia niczyja z zarośniętymi przez łopiany czy perz silosami po PGRach, popękane betonowe płyty, z których wyrasta trawa. Kiedy szlajam się wokół Dżerzi często natrafiam na jakieś ruiny, resztki fundamentów i wtedy wyobraźnia zaczyna pracować. Mam masę zdjęć takich miejsc, takich motywów. Warsztatowo dziadowskie, ale swoją rolę w mojej głowie spełniają.

BIBLIA HORRORU: W „Ćmie” urzekła mnie postać kotki Psotki. Czyżbyś wzorem Poe’go i Lovecrafta był zdeklarowanym kociarzem?

KUBA: Owszem, choć jestem nim od niedawna, raptem od kilku lat. Wcześniej, przez ponad dwadzieścia lat stałem twardo po psiej stronie palisady, ale moje serce zmiękczyła Strzyga, a później dołączył do niej Leszy i z kretesem przepadłem. Teraz już nie ma odwrotu. Kiedy czasami opiekujemy się psem mojej teściowej to nie mogę wyjść ze zdziwienia jakimi głośnymi i namolnymi zwierzakami są psy. Jasne, to jest urocze i bardzo je za to lubię, ale zawsze wtedy, nawet podświadomie, porównuję ten psi raban z kocią gracją i dyskretną obecnością moich burasów. Koty 4 life!

BIBLIA HORRORU: Przyznałeś mi się, że pracujesz z dzieciakami. Czytając „Ćmę” doznałam czegoś w rodzaju flash back’a z lat szczenięcy, czy to właśnie codzienne obcowanie z młodzieżą pozwoliło Ci tak wiarygodnie przedstawić świat Kai i Niny, czy może jesteś młody duchem i dzieliłeś się raczej własnymi doświadczeniami z dorastania w Dżerzi?

KUBA: Jestem stary duchem i w opór zrzędliwy, ale praca z kaszojadami wymaga pewnej otwartości na ich świat, na ich problemy i język. Kaja i Nina to dziewczyny z mojego (naszego?) pokolenia. To encyklopedyczny produkt popieprzonych najntisów na zadupiu Środkowej Europy. Z takich smarkul powyrastał te wszystkie millenialsy, na które teraz uwielbiają narzekać Janusze biznesu. Kurła, kiedyś to były pracowniki…

BIBLIA HORRORU: Jak Twoi uczniowie i środowisko nauczycielskie zapatruje się na Twoją pisarską karierę? Uczniowie proszą o dedykacje na książkach?;)

KUBA: W tym właśnie problem! Cały czas nie doczekałem się tego czerwonego dywanu do gabinetu historycznego! Nie mówiąc już o osobnej garderobie i szefie kuchni na zawołanie! A tak na serio to jest spoko, bywa miło, czasami trochę krępująco. W kontekście koleżanek i kolegów z pracy oczywiście. Z uczniami jest trochę inaczej, o tym zaraz. Pożyczyłem kilku koleżankom swoje wypociny, pogadałem z nimi o tym czy o tamtym. Ze względu na okienka trochę czasu spędziłem w szkolnej bibliotece na pisaniu ,,Ćmy” czy ,,Dunkela”, poznałem więc lepiej Panią Agatę, naszą szkolną bibliotekarkę i przecudowną osobę. Niestety ze względu na tematykę i stylistykę tego co piszę nie wypada mi lobbować za specjalną półką z moją twórczością w naszej bibliotece. Muszę pomyśleć nad przebranżowieniem.

Z dzieciakami też jest śmiesznie, bo strasznie się niektórzy jarają, że łysy od histy czy wosu pisze książki. Niektórzy nawet czytali, choć im odradzałem. Czwartaki w zeszłym roku wpadły na pomysł wymienienia się autografami, ja im dam swój, a one mi swoje. Przystałem na to. Wyrosną z nich świetni youtuberzy i youtuberki czy tam inne influencerstwo, a ja będę mógł wtedy kąpać się w ich fejmie. Bardzo rozczuliło mnie, mówię serio, kiedy w zeszłym roku jedna z ósmych klas, które uczyłem zażyczyła sobie po egzemplarzu ,,Ćmy” dla każdego z uczniów i uczennic w ramach prezentu pożegnalnego. Każde z nich dostało osobistą dedykację. Mam nadzieję, że dobrze im się to będzie czytało, choć wiem, że niektórym uczniom rodzice zapowiedzieli, że bliżej osiemnastki będą mogli zapoznać się z literacką stroną Bielawskiego.

BIBLIA HORRORU: Masz swoje pisarskie rytuały, zwyczaje? Coś bez czego nie możesz się obejść przy pracy? Może kogoś z kim dzielisz się pomysłami na etapie powstawania książki?

KUBA: Raczej nie. Mam duży łeb i wiele się w nim mieści. Daję radę. Oczywiście czasami konsultuję się z narzeczoną czy przyjaciółmi na jakieś tematy, czasami pytam mamę lub ojca, ale tutaj jestem akurat bardzo introwertyczny i raczej w sobie duszę cały ten proces twórczy. Jeśli chodzi o pisanie to też nie jestem specjalnie oryginalny. Lubię sobie jedynie układać specjalne ścieżki dźwiękowe do pisania, jak również do czytania. Mam tego trochę na Spotify nawet. Szukam czegoś co nastrojem pasuje do fabuły, wydarzeń, opisów itepe. Głównie są to soundtracki z filmów i gier. Uwielbiam na przykład pisać przy duecie Cave & Ellis, ale ostatnio usunęli ze wszystkich platform streamingowych album ,,West of Memphis” i nigdzie nie mogę go znaleźć. Potrzebuję pomocy! Przewiduję nawet nagrody. Serio. ,,Ćma” na przykład powstawała głównie przy albumie ,,The Vanishing of Ethan Carter” Stroińskiego. ,,Dunkel” natomiast przy ścieżkach dźwiękowych z filmów ,,Bogowie” czy ,,Valley of shadows”.

BIBLIA HORRORU: Muszę Cię o to spytać: W Twojej powieści pojawia się wątek relacji Niny i Kai nacechowany homoseksualnie. W wielu kręgach są to nadal tematy tabu, twoim założeniem było przełamanie tego tabu, czy tak wyszło przypadkiem- lekkość i naturalność w twoim podejściu do tego wątku mnie bardzo ujęła.

KUBA: Ta historia właśnie taka musiała być i o tym właśnie opowiadać. Nie wiem nawet czemu dziewczyny, a nie faceci. Może bałem się, żeby nikt ze znajomych nie pomyślał, że to jakieś moje wynurzenia i wychodzenie z szafy? Nie wiem. Jest trochę boidupą, ale raczej to po prostu musiały być dziewczyny i tyle. Miałem też trochę dość wyru… wyrobionego motywu pisarza w średnim wieku, który pakuje się w tajemnicze… bla bla bla. Litości! Wielu twórców przede mną już się tym zajęło. Ja chciałem spróbować czegoś innego.

BIBLIA HORRORU: W „Ćmie” znajdziemy odwołania do mitologii, jesteś pasjonatem tych tematów, czy musiałeś zrobić tęgi research żeby wprowadzić te wątki?

KUBA: Żartujesz?! Ja tym żyję, jaram się wszystkimi zabobonami i mitami. Zbierałem toto od dziecka. Mam dwie półki zawalone tymi wszystkimi bujdami! Od małego mnie to ruszało, do dziś niewiele się zmieniło. Oczywiście musiałem pewne kwestie usystematyzować, zweryfikować, żeby nie wyjść na durnia, ale generalnie wiedziałem czego i gdzie szukać. No i zasadniczo miałem to pod ręką.

BIBLIA HORRORU: Jeśli dobrze szacuję „Ćma” jest Twoją pierwszą powieścią, wydawałeś do tej pory opowiadania. Co cię skłoniło do skoku na głębokie wody? Zmusiła Cię do tego historia, która zrodziła się w głowie, czy raczej zaplanowałeś: czas napisać powieść?

KUBA: Była kiedyś taka reklama banku, gdzie pytano polskiego selekcjonera, Leo Beenhakkera: Leo, why? Odpowiedź Lea jest i moją odpowiedzią.

BIBLIA HORRORU: „Ćma”, która notabene mnie zachwyciła nie jest typową powieścią grozy. Znalazłam w niej wiele ponad to co zwykły oferować książkowe horrory czy thrillery, wątki obyczajowe, które wcale nie stanowią marginesu, świat przedstawiony nastolatków z małego miasta, samo tło społeczne regionu, naprawdę solidna psychologia postaci. Wydaje mi się, że nie dbasz szczególnie o czystość gatunkową. Miałeś jakieś założenia w tej kwestii pisząc „Ćmę”?

KUBA: W ogóle nie dbam! Wręcz przeciwnie! Od początku chciałem, żeby to była inna, bardziej eklektyczna powieść. Klasyki są super właśnie dlatego, że są klasykami. Ja chciałem spróbować czegoś nowego, innego. Taki trochę Orbitowski z ,,Tracę ciepło” czy ,,Szczęśliwej ziemi”. Wiem, że mi jeszcze daleko do Orbitowskiego, że muszę się dużo nauczyć. Zdaję sobie sprawę z potknięć, chropawości i zwykłych wad ciemki, ale to wciąż moje pierwsze, tak obszerne literackie dziecko i kocham ją taką jaka jest. 

BIBLIA HORRORU: Na Twoim autorskim fanpage zauważyłam, że lubisz sobie polatać po kniejach. To sposób na szukanie inspiracji, czy przeciwnie, ucieczka od pisarskich obowiązków?

KUBA: Ucieczka, oczywiście, że ucieczka. Całe moje życie to hymn na cześć eskapizmu. Pisanie było jednym ze sposobów na radzenie sobie z całym tym syfem, który mam w głowie, z rzeczywistością, którą nie do końca akceptuję i prawdę powiedziawszy raczej nie lubię. Ale, jak mawia młodzież, gówno zrobiło się poważne i teraz pisanie staje się częścią mojego zawodowego życia, dorabiam na tym. W związku z tym chyba trochę i od tego uciekam w dzicz i odludzie.

BIBLIA HORRORU: Czy przy obecnym przesyceniu rynku literackiego trudno jest napisać coś oryginalnego nie powielając schematów? Starasz się być inny od innych;), czy raczej masz te kwestie w głębokim poważaniu?

KUBA: Hipsteryzuję, a jakże. Nie byłbym sobą-atencjuszem, gdybym nie próbował naokoło podjąć kolejnych tematów, powydziwiać, poutrudniać życia sobie i czytelnikom. Gimnastykuje mózg, myślę jak tu temat artystycznie ugryźć, a potem okazuje się, że niestrawne, że pretensjonalne, albo wtórne, bo już dawno ktoś to zrobił. Dlatego staram się jak najwięcej czytać, żeby nie było w przyszłości przykrych zaskoczeń i pobudek zawodowych z ręką w nocniku.

BIBLIA HORRORU: Skoro już napisałeś bardzo dobrą powieść grozy może podzielisz się recepturą? Co taka powieść powinna zawierać wedle Twoich odczuć?

KUBA: A jest dobra? Serio? Mi się wydawało, że mocno średnia, jak życie. Ale skoro tak mówisz to wierzę i proszę o więcej takich wypowiedzi. Co do samej recepty: nie wiem, naprawdę nie wiem. To bardzo trudne pisanie. Mądrzejsi ludzie napisali na ten temat książki, prowadzą kursy. Może lepiej złapać się za ten poradnik Kinga? Mówię serio. Ja jestem leszczem.

BIBLIA HORRORU: Masz swojego pisarskiego idola?

KUBA: No Peweks, nawet kilkoro. Może ograniczę się do trójki, bo znowu się rozgadam jak na początku. Bardzo cenię Tolkiena za piękno języka i opowieści, za magię tego wszystkiego o czym pisze, od palenia fajki po starcie ze złem. Na Tolkienie uczyłem się czytać i zawsze w serduszku będą go miał na pierwszym miejscu. Poza tym czuję się hobbitem. Kolejny na liście jest Andrzej Stasiu. On nauczył mnie kochania brzydoty, bylejakości i swojskości. Nawet kiedy pisze, a w zasadzie, pardon my french, pieprzy o niczym to i tak robi to z takim wdziękiem, że nie mogę przestać go czytać. Po prostu. Na koniec, a jakże, cliche, banał, wiem, wiem, ale mam to gdzieś – Olga Tokarczuk. Odkrycie kobiecego spojrzenia na świat, kobiecej części mojej natury było i jest dla mnie bardzo ważne. Początki przygody z twórczością Olgi Tokarczuk miałem trudne, ale cóż mogę powiedzieć, za młodu byłem strasznym debilem. Potem jednak było już lepiej i lepiej. Tyle chyba wystarczy, bo świerzbi mnie jeszcze, żeby z trójki zrobić TOP 10, albo i 20.

BIBLIA HORRORU: Pamiętasz swój pierwszy literacki utwór?

KUBA: Napisałem listowiersz do mojej chrzestnej, która leżała wtedy w szpitalu. Miałem z sześć lat chyba. Bardzo się o nią martwiłem i chciałem ją pocieszyć więc naskrobałem cosik niepewną ręką nawróconego mańkuta, który zastępował literę S bardzo w jego mniemaniu podobną literą Z. W związku z tym Kochana Kasia zmieniła się w Kazię. Dodałem od siebie, żeby wiedziała, że jestem dobrej myśli, usłyszany w reklamie szlagier, że nasze serca są jak dzwon. Nie wiem czemu, bo leżała na wyrostek, a nie na serce, ale no, chciałem dobrze. 

BIBLIA HORRORU: Co robisz gdy nie piszesz i nie sprawdzasz kartkówek;)?

KUBA: Obżeram się, włóczę, śpię i głaszczę koty.

BIBLIA HORRORU: Zwąchałam, że wkrótce Twoi czytelnicy mogą doczekać się nowej powieści „Dunkel”. Zdradzisz o czym jest? Gdzie jej wypatrywać?

KUBA: O Pani! Długo by mówić, strzelaniny, wojny gangów, wóda, przygodne stosunki, koks i lasery! A na koniec we wszystko wlatuje helikopter. Będzie ukazywała się cyklicznie w kioskach razem z Przyjaciółką. 

Dunkel to bardzo osobista i mroczna opowieść o polskich przesiedleńcach na Dolnym Śląsku w latach 1945 i 1946. Inna niż ,,Ćma”, mniej horrorowa, chociaż wypełniona czernią i trwogą tamtych czasów. Czworo bohaterów, cztery perspektywy i narrator, który ma czytelnikowi coś do powiedzenia od siebie.

BIBLIA HORRORU: Masz jeszcze jakieś straszne historie do opowiedzenia, które trzymasz w szufladzie swojej głowy?

KUBA: Wiele, ale boję się o nich mówić. Muszę napisać.