Miesięczne archiwum: Kwiecień 2020

Innego końca świata nie będzie

Chata na krańcu świata – Paul Tremblay

Erick, Andrew i ich adopcyjna córka, Wen, spędzają czas w domu nad jeziorem gdzieś na odludziu New Hampshire. Mężczyźni oddają się lekturze, a siedmioletnia Wen łapie koniki polne na pobliskiej łące.

Zabawę dziewczynki przerywa pojawienie się nieznajomego. Młody mężczyzna przedstawiający się jako Leonard jest pierwszym z czwórki intruzów, którzy zawitają do chaty na krańcu świata. Ich celem jest zapobiegnięcie apokalipsie, a jedyną drogą ku temu jest zmuszenie Andrew, Ericka i Wen do złożenia dobrowolnej ofiary z jednego z członków rodziny.

Nazwisko amerykańskiego autora przewinęło się już na polskim rynku wydawniczym za sprawą powieści “Głowa pełna duchów”. Paul Trembley to nie tylko autor ale i redaktor powieści z gatunku grozy, sci-fi i ‘pochodnych’. Na co dzień jest nauczycielem matematyki wykształconym w Providence. W przeszłości pracował w  fabryce w Salem i gdy zobaczyłam w jego biografii wzmianki o tych dwóch miastach od razu pomyślałam, że chyba nie pojawił się tam przypadkiem. Sam jako przedstawiciel umysłów ścisłych z pewności też nie wierzy w przypadki. W swojej twórczości postawił na grozę i rozbił stawkę.

Być może już wkrótce będziemy mieli okazję obejrzeć ekranizacje obydwu tytułów, bo przedstawiciele przemysłu filmowego wykupili prawa zarówno do “Głowy pełnej duchów” jak i do “Chaty na krańcu świata”.

Druga z powieści ukazała się w Polsce nakładem wydawnictwa Vesper to też każdy kto sięgnie po książkę będzie mógł się cieszyć oprawą graficzną na typowo Vesperowskim poziomie. 

O ile “Głowę pełną duchów” jakoś pominęłam, to tytuł “Chata na krańcu świata” od razu przykuł moją uwagę. Niby niepozorny, ale biorąc pod uwagę podwójne odniesienie: kraniec świata rozumiany jako miejsce odległe i odludne oraz kraniec świata w rozumieniu apokaliptycznym – robi się ciekawiej.

Podwójnych znaczeń, symboli znajdziecie w powieści od groma. Co więcej wszystko to, zawiera się w fabule, która jest tak minimalistyczna i oszczędna w wątki, jak to tylko możliwe.

Miejscem akcji jest tytułowa chata. W wyobraźni czytelnika może to być skromny domek letniskowy w rustykalnym stylu. Przy domu rozciąga się łąka i piaszczysta droga, którą wkrótce przybędzie czterech ‘jeźdźców apokalipsy’.

Siedmioletnia dziewczynka z pomocą tajemniczego nieznajomego łapie siedem koników polnych. Zamyka je w słoiku by poddać je obserwacji. Wkrótce wzorem owych koników siedmioro osób w podobnej do szklanego słoja izolacji będzie toczyć walkę o przetrwanie. Mają niewiele czasu, podobnie jak koniki polne porzucone w słoiku na słońcu.

Czworo ludzi wdziera się do domu Ericka, Andrew i Wen. Nie są brutalami, chcą jedynie porozmawiać, mimo tego przypuszczona na rodzinę inwazja nie przebiega całkowicie pokojowo. Czterech intruzów chce zmusić ojców Wen by Ci dali wiarę, że intruzi intruzami nie są. Są wysłannikami mającymi uratować świat przed zagładą. Na dowód swojej teorii mają tylko niejasne opowieści o swoich wizjach i telewizyjne wiadomości, które mają stanowić dowód na to, że koniec świata już się rozpoczął. Czego chcą od mieszkańców chaty? Chcą by Ci postępując zgodnie z wytycznymi intruzów podjęli decyzję, która ocali świat. Jak trzyosobowa rodzina w domu w New Hampshire może powstrzymać tsunami na drugim końcu Stanów, albo epidemie rozszerzającą się od Hongkongu na wszystkie kontynenty?

Opowieść Leonarda, Sabriny, Adrianne i Redmond’a jest tak absurdalna, że naprawdę trzeba się postarać by zyskała choćby najmniejszy stopień prawdopodobieństwa. I Tremblay się o to postarał.

Na kartach powieści, pośród ożywionych dyskusji świadkujemy temu, jak szala niewiarygodności i wiary przechyla się to na jedną, to na drugą stronę. Im większy poziom absurdu tym większy mętlik w głowie.

Sposób w jaki autor przedstawia punkt widzenia każdej z postaci sprawia, że każdorazowo możemy zmieniać front i poddawać rozwadze ich słowa.

Czym tak naprawdę jest koniec świata? Czy ocalenie ludzkości ukoi ból po stracie kogoś kogo kocha się z całych sił? Czy naprawdę potrzeba żeby niebo upadło na ziemie by nasz świat się skończył? Czy tak naprawdę możemy zdecydować o czymkolwiek z położenia zamkniętego słoika? Brak decyzji też jest decyzją, a koniec jest końcem nie zależnie od skali.

Powieść bazuje na dialogach, więc czytelnik nie przyzwyczajony do takiej formy może odczuć zmęczenie. Nie znajdziecie tu opisów, ani gawędziarskich wstawek przemycających wątki poboczne. Nie dostaniemy chwili wytchnienia, zamiast tego jesteśmy bombardowani wciąż powtarzanym apokaliptycznym przesłaniem. Czas nagli, a nasze ‘koniki polne’ są w coraz gorszym położeniu. Jeśli coś ma się tu wydarzyć, po prostu się dzieje. Nie ma wstępu, ostrzeżenia, jest tylko wynik dynamicznej interakcji.

Jak to się skończy? Czy autor pozwoli zajrzeć czytelnikowi do słoika by sprawdził czy koniki polne przeżyły? Nie moi drodzy. Zero-jedynkowe pojmowanie tego co ostateczne nie znajdzie tu zastosowania. Świat może się skończyć, a my w swoich słoikach nie będziemy mieli o tym pojęcia.

Moja ocena: 8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Vesper

Płonące kobiety

Demon Eye (2019)

Młoda fotograf, Sadie przyjeżdża ze Stanów do Walii. Wprowadza się do odziedziczonego po ojcu domu i podejmuje pracę w lokalnej gazecie, w której przed śmiercią pracował jej tata. Jej pierwsze zlecenie dotyczy miejscowej legendy o demonicznej postaci ‘płonącej kobiety’. Sadie do spółki z dziennikarzem Dan’em zagłębia się w sprawę jednak nikt poza nią samą zdaje się nie wierzyć w autentyczność klątwy spalonej czarownicy.

Zdarzyło Wam się obejrzeć film, który był totalnym paździerzem, a mimo to w czasie seansu bawiliście się doskonale? Taki paradoks spotkał mnie w przypadku “Demon eye”. Film spokojnie można nazwać gniotem. Wszystko się tu nie udało, a amatorskość przedsięwzięcia bije po oczach bez litości, a mimo tego obejrzałam go do końca i rżałam z uciechy. Może mi już padło na głowę z powodu tej posranej sytuacji na świecie?

Fabułą filmu skupia się na wyjątkowo drażniącej postaci Sadie. Dziewczę to, zakompleksione niemożebnie, za to obdarzone tupetem za punkt honoru stawia sobie zrażenie do siebie całego otoczenia. Jej zachowania są tak przejaskrawione, że ten efekt można było osiągnąć tylko dzięki połączeniu wyjątkowo słabego warsztatu aktorskiego i kompletnego braku reżyserskiego przewodnictwa nad bohaterką. Podobnie spawa wygląda z resztą filmowych postaci, więc można tylko pozazdrościć odtwórcy roli taty-samobójcy, że zszedł ze sceny tak szybko.

Historia, jednoznacznie nacechowana paranormalnie opiera się na dobrze znanym schemacie powstałym z połączenia wątku tragicznej historii z przeszłości- spalenie kobiety na stosie – z współcześnie pojmowanym motywem klątwy.

Jak nie trudno się domyślić w sprawę naszyjnika zwanego demonicznym okiem niefortunnie wplątał się ojciec Sadie. Córka przejmując po nim schedę pcha się w objęcia przekleństwa z swadą i animuszem. Pojawia się bardzo przaśnie wyrysowany wątek jej problemów osobistych, które czynią ją łatwym celem dla całego szeregu nadnaturalnych oddziaływań.

Te bezapelacyjnie stały się przyczyną mojej uciechy w czasie seansu. Po taniości zmajstrowane zdjęcia i efekty, które mimo rażących braków w budżecie starano się przeforsować tworzą całość, na którą można patrzeć z podziwem. Z podziwem, że reżyser nie spalił się ze wstydu razem ze swoją czarownicą. Dialogi poziom level ‘Durne sprawy’ i kompletna olewka związków przyczynowo skutkowych. Weźmy scenę w domu Sadie, kiedy to Dan został u niej na noc.

Młodzi bohaterzy zgodnie stwierdzają, że z ich wspólnej pracy nad artykułem nic nie będzie, bo wysiadł prąd. Czym prędzej udają się więc do sypialni, gdzie tadam, palą się lampki. Cudów i dziwów, kompletnie zignorowanych zarówno na poziomie scenariusza jak i z chwilą jego realizacji na planie, których nikt nie wyłapał jest więcej i znowu mamy się z czego pośmiać.

Nie uświadczycie tu kina, które dobija do choćby średniego poziomu. “Demon eye” może za to robić za film modelowy pt. jak nie kręcić filmów grozy.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:3

Klimat:3

Napięcie:3

Zabawa:7

Zaskoczenie:2

Walory techniczne:3

Aktorstwo:2

Oryginalność:3

To coś:1

28/100

W sakli brutalności:1/10

W głębi niezwykłości

W głębi lasu. Opowieści upiorne i śmiertelne

– Robert Aickman

Ogromnie cieszę się, gdy mam okazję przybliżyć Wam, coś o czym najprawdopodobniej nie słyszeliście. Dziś stawiam na Roberta Aickmana. Nawet polska Wikipedia wypowiada się na jego temat dość lakonicznie i jakimś dziwnym zrządzeniem losu jego twórczość jest w Polsce praktycznie nie znana. Niewielkie Wydawnictwo IX postanowiło zmienić ten stan rzeczy i przedstawić Aickmana polskiej publiczności. Autor jest wymieniany jako jeden z czołowych pisarzy weird fiction i za granicą cieszy się dużą popularnością. Tym bardziej dziwi mnie dotychczasowe milczenie polskiego rynku wydawniczego na jego temat. Szczęśliwie idzie ku lepszemu.

Twórcy nurtu weird fiction nie są typowymi autorami grozy. Weird fiction to coś więcej. W dosłownym tłumaczeniu to po prostu ‘dziwna fikcja’, ale co tak naprawdę za tym idzie? Lovecraft pisał:

“Prawdziwa powieść z gatunku weird fiction przedstawia coś więcej niż skrytobójstwo, krwawe kości, czy prześcieradło dzwoniące łańcuchami. Konieczna jest klaustrofobiczna atmosfera lęku niemożliwego do wytłumaczenia, obecność nieznanych mocy, niezbędna jest sugestia wskazująca na powagę i złowieszczość tematu, przedstawiająca najbardziej złowieszcze wyobrażenie ludzkiego umysłu – złośliwe i szczególne zawieszenie lub unieważnienie stałych praw natury, które są naszą jedyną obroną przeciw napastowaniu przez chaos i demony niezgłębionego kosmosu.”

Trudno o lepszą definicję tego, z czym obcujemy w przypadku prozy Aickmana.

Swoją przygodę z lekturą jego opowiadań swoim zwyczajem zaczęłam w kolejności odwrotnej. Teoretycznie powinnam zacząć od “Tajemniczego pokoju”, zamiast tego pognałam ‘W głąb lasu’.

Zbiór “W głębi lasu” otwiera opowiadanie tytułowe traktujące o pewnej Brytyjce, która trafia do osobliwego pensjonatu stworzonego z myślą o ludziach, którzy nie śpią.

Muszę przyznać że przez większość czasu poświęconego na lekturę pierwszego z opowiadań po prostu oswajałam się ze stylem autora. Nie wiem, czy to kwestia przekładu, ale nie było mi łatwo. Aickmana nie da się czytać bez absolutnego skupienia. Język, a może raczej konstrukcja zdań jest miejscami doprawdy ciężkostrawna i gdyby nie moja paląca chęć dojścia do sedna tej historii poniosłabym klęskę i porzuciła książkę.

Im głębiej wchodzimy w świat twórczości autora tym bardziej przyzwyczajamy się do tej dziwności formy i możemy cieszyć się dziwnością treści. Pamiętam, że z Grabińskim,a wcześniej z Nabokovem, miałam początkowo podobne problemy, więc odczytuje to jako zapowiedz wielkiej miłości na całe czytelnicze życie;)

“Czas nie przemija” to historia niejakiego Delberta i tajemniczego strumienia na terenie jego posiadłości, którym popłynie w surrealistyczną podróż.

“Małżeństwo” choć wydaje się bardziej przyziemne za sprawą dość prostego wątku otwierającego: Bohater, który delikatnie mówiąc nie radzi sobie w relacjach damsko męskich wdaje się w romans z… przyjaciółką swojej wybranki – jest skażone solidną porcją niezwykłości.

“Kartki z pamiętnika pewnej Młodej Damy” to historia pisana z perspektywy dorastającej dziewczyny, której kluczowym punktem jest spotkanie z tajemniczym mężczyzną.

“Ciceroni” to historia, którą macie szanse znać dzięki jej ekranizacji. To opowieść o podróżniku, który natrafia na niezwykłą rzeźbę umieszczoną na katedrze. Mówiąc niezwykła bynajmniej nie mam na myśli jej walorów artystycznych;)

“Szkolna przyjaciółka”, mój faworyt w zbiorze. Jest to opowieść o tajemnicy skrytej w domu jednej z bohaterek. Mell powraca w rodzinne strony i podejmuje się opieki nad Sally – swoją przyjaciółką z młodości, to właśnie tam odkrywa… Sami musicie się przekonać.

“Wstęp tylko dla mieszkańców” to dziwowisko opowiadające o pewnym cmentarzu i próbach jego ‘poskromienia’ przez komitet rady miasta. Brzmi wystarczająco dziwnie?

“Zjawa”, mój drugi fawory. Krótka opowieść o tym co zobaczył pewien chłopiec  w chwili, gdy jego matkę opuszczało życie.

I to byłoby na tyle jeśli chodzi o “W głębi lasu”. Absolutnie niezwykła literatura. Nie łatwa, nie stanowiąca prostej przyjemności, ale za to mocno satysfakcjonująca.

Moja ocena: 8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu IX:

 

Zabierz mnie do nieba

Wszyscy bogowie w niebie/ Tous les dieux du ciel (2018)

Trzydziestoletni Simon mieszka na zaniedbanej farmie wraz z niepełnosprawną siostrą. Trudni się pracą w fabryce i niecierpliwie wypatruje odmiany losu dla siebie i Estelle. Zmiana ta ma nastąpić gdy bogowie, których wyznaje Simon uznają że on i siostra są już gotowi.

Cóż to był za film, moi mili. Na większości filmowych portali nie funkcjonuje nawet w kategorii thrillera, tymczasem w tym dramacie znajdziecie więcej grozy niż w niejednym mainstreamowym horrorze.

Grozę buduje już sama warstwa dramatyczna filmu. Codzienność Simona, obraz jego obsesji na punkcie ‘bogów z nieba’, historia wypadku i niepełnosprawności jego siostry. Poczucie winy graniczące z obłędem, wypaczona rzeczywistość, wreszcie sama postać Estelle.

W postać siostry wciela się coraz popularniejsza w świecie sztuki Melanie Gaydos. Dwudziestopięciolatka cierpiąca na rzadką chorobę genetyczną, za jej sprawą aktorka posiada wręcz wymarzoną horrorową aparycję. Nie mam pojęcia jak wygląda w codziennej odsłonie, ale jej kreacja Estelle to miazga. Miazga!

Umówmy się, żadna charakteryzacja nie zastąpi naturalnego efektu. Przypomnijmy sobie celowo zeszpeconych aktorów wcielających się bohaterów horrorów. Nałożone na nich maski, wymyślne blizny, wrzody, czy co tam im napakowali na twarz zwykle owocowała zupełnym brakiem panowania nad mimiką przez owych aktorów. Natomiast Melanie całkowicie kontroluje swój wyraz twarzy. Wystarczy jedno jej spojrzenie w kamerę, a przejmuje nas taka gama uczuć jakich nie jest w stanie wzbudzić najzgrabniej stworzona maszkara. Współczujemy jej, bez dwóch zdań, z drugiej strony odczucie strachu, gdy obrzuca Simona nienawistnym spojrzeniem.

Fabuła filmu od początku angażuje emocjonalnie i mimo, że będziecie tu obcować z często odrażającymi wydarzeniami nie sposób tego filmu ot wyłączyć. Jest ciężki, jest mocny, jest druzgoczący. Nie powinnam się wdawać w szczegóły. Dodatkowo owiany jest metaforyką, która wcale nie czyni tej historii łatwiej strawną. Tylko dla odważnych. Kim jest francuz, który zmajstrował to dzieło, nie mam pojęcia, ale czekam na więcej.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:9

Klimat:9

Napięcie:7

Zaskoczenie: 7

Zabawa:8

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność: 9

To coś: 9

79/100

W skali brutalności:2/10

Książki do wzięcia

ROZDANIE patronackie :  21.04. -10.05

Wiosenne porządki zaowocowały u mnie książkowymi znaleziskami. W związku z tym mam dla Was ocalone egzemplarze moich patronatów.

Do wzięcia:

“Próba Sił” T.S. Tomson aka Tomasz Sablik

“Proces diabła” Adrian Bednarek

“Wyrok diabła” Adrian Bednarek

Jeśli macie chęć na którąś z książek:

1. Obserwujcie profil Biblii Horroru oraz autorów (Tomasz Sablik – autor, Adrian Bednarek- Autor) na IG lub/ i na FB

2. Udostępnijcie info o konkursie w dowolnym social medium

3. Napiszcie w komentarzu, którą książkę chcecie dostać

Organizatorem jest Biblia Horroru. Rozstrzygnięcie w ciągu trzech dni od zakończenia rozdania. Wysyłka nagród sterylnym gołębiem pocztowym tylko na terenie Pl.