Miesięczne archiwum: Kwiecień 2020

Innego końca świata nie będzie

Chata na krańcu świata – Paul Tremblay

Erick, Andrew i ich adopcyjna córka, Wen, spędzają czas w domu nad jeziorem gdzieś na odludziu New Hampshire. Mężczyźni oddają się lekturze, a siedmioletnia Wen łapie koniki polne na pobliskiej łące.

Zabawę dziewczynki przerywa pojawienie się nieznajomego. Młody mężczyzna przedstawiający się jako Leonard jest pierwszym z czwórki intruzów, którzy zawitają do chaty na krańcu świata. Ich celem jest zapobiegnięcie apokalipsie, a jedyną drogą ku temu jest zmuszenie Andrew, Ericka i Wen do złożenia dobrowolnej ofiary z jednego z członków rodziny.

Nazwisko amerykańskiego autora przewinęło się już na polskim rynku wydawniczym za sprawą powieści „Głowa pełna duchów”. Paul Trembley to nie tylko autor ale i redaktor powieści z gatunku grozy, sci-fi i ‚pochodnych’. Na co dzień jest nauczycielem matematyki wykształconym w Providence. W przeszłości pracował w  fabryce w Salem i gdy zobaczyłam w jego biografii wzmianki o tych dwóch miastach od razu pomyślałam, że chyba nie pojawił się tam przypadkiem. Sam jako przedstawiciel umysłów ścisłych z pewności też nie wierzy w przypadki. W swojej twórczości postawił na grozę i rozbił stawkę.

Być może już wkrótce będziemy mieli okazję obejrzeć ekranizacje obydwu tytułów, bo przedstawiciele przemysłu filmowego wykupili prawa zarówno do „Głowy pełnej duchów” jak i do „Chaty na krańcu świata”.

Druga z powieści ukazała się w Polsce nakładem wydawnictwa Vesper to też każdy kto sięgnie po książkę będzie mógł się cieszyć oprawą graficzną na typowo Vesperowskim poziomie. 

O ile „Głowę pełną duchów” jakoś pominęłam, to tytuł „Chata na krańcu świata” od razu przykuł moją uwagę. Niby niepozorny, ale biorąc pod uwagę podwójne odniesienie: kraniec świata rozumiany jako miejsce odległe i odludne oraz kraniec świata w rozumieniu apokaliptycznym – robi się ciekawiej.

Podwójnych znaczeń, symboli znajdziecie w powieści od groma. Co więcej wszystko to, zawiera się w fabule, która jest tak minimalistyczna i oszczędna w wątki, jak to tylko możliwe.

Miejscem akcji jest tytułowa chata. W wyobraźni czytelnika może to być skromny domek letniskowy w rustykalnym stylu. Przy domu rozciąga się łąka i piaszczysta droga, którą wkrótce przybędzie czterech ‚jeźdźców apokalipsy’.

Siedmioletnia dziewczynka z pomocą tajemniczego nieznajomego łapie siedem koników polnych. Zamyka je w słoiku by poddać je obserwacji. Wkrótce wzorem owych koników siedmioro osób w podobnej do szklanego słoja izolacji będzie toczyć walkę o przetrwanie. Mają niewiele czasu, podobnie jak koniki polne porzucone w słoiku na słońcu.

Czworo ludzi wdziera się do domu Ericka, Andrew i Wen. Nie są brutalami, chcą jedynie porozmawiać, mimo tego przypuszczona na rodzinę inwazja nie przebiega całkowicie pokojowo. Czterech intruzów chce zmusić ojców Wen by Ci dali wiarę, że intruzi intruzami nie są. Są wysłannikami mającymi uratować świat przed zagładą. Na dowód swojej teorii mają tylko niejasne opowieści o swoich wizjach i telewizyjne wiadomości, które mają stanowić dowód na to, że koniec świata już się rozpoczął. Czego chcą od mieszkańców chaty? Chcą by Ci postępując zgodnie z wytycznymi intruzów podjęli decyzję, która ocali świat. Jak trzyosobowa rodzina w domu w New Hampshire może powstrzymać tsunami na drugim końcu Stanów, albo epidemie rozszerzającą się od Hongkongu na wszystkie kontynenty?

Opowieść Leonarda, Sabriny, Adrianne i Redmond’a jest tak absurdalna, że naprawdę trzeba się postarać by zyskała choćby najmniejszy stopień prawdopodobieństwa. I Tremblay się o to postarał.

Na kartach powieści, pośród ożywionych dyskusji świadkujemy temu, jak szala niewiarygodności i wiary przechyla się to na jedną, to na drugą stronę. Im większy poziom absurdu tym większy mętlik w głowie.

Sposób w jaki autor przedstawia punkt widzenia każdej z postaci sprawia, że każdorazowo możemy zmieniać front i poddawać rozwadze ich słowa.

Czym tak naprawdę jest koniec świata? Czy ocalenie ludzkości ukoi ból po stracie kogoś kogo kocha się z całych sił? Czy naprawdę potrzeba żeby niebo upadło na ziemie by nasz świat się skończył? Czy tak naprawdę możemy zdecydować o czymkolwiek z położenia zamkniętego słoika? Brak decyzji też jest decyzją, a koniec jest końcem nie zależnie od skali.

Powieść bazuje na dialogach, więc czytelnik nie przyzwyczajony do takiej formy może odczuć zmęczenie. Nie znajdziecie tu opisów, ani gawędziarskich wstawek przemycających wątki poboczne. Nie dostaniemy chwili wytchnienia, zamiast tego jesteśmy bombardowani wciąż powtarzanym apokaliptycznym przesłaniem. Czas nagli, a nasze ‚koniki polne’ są w coraz gorszym położeniu. Jeśli coś ma się tu wydarzyć, po prostu się dzieje. Nie ma wstępu, ostrzeżenia, jest tylko wynik dynamicznej interakcji.

Jak to się skończy? Czy autor pozwoli zajrzeć czytelnikowi do słoika by sprawdził czy koniki polne przeżyły? Nie moi drodzy. Zero-jedynkowe pojmowanie tego co ostateczne nie znajdzie tu zastosowania. Świat może się skończyć, a my w swoich słoikach nie będziemy mieli o tym pojęcia.

Moja ocena: 8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Vesper

Płonące kobiety

Demon Eye (2019)

Młoda fotograf, Sadie przyjeżdża ze Stanów do Walii. Wprowadza się do odziedziczonego po ojcu domu i podejmuje pracę w lokalnej gazecie, w której przed śmiercią pracował jej tata. Jej pierwsze zlecenie dotyczy miejscowej legendy o demonicznej postaci ‚płonącej kobiety’. Sadie do spółki z dziennikarzem Dan’em zagłębia się w sprawę jednak nikt poza nią samą zdaje się nie wierzyć w autentyczność klątwy spalonej czarownicy.

Zdarzyło Wam się obejrzeć film, który był totalnym paździerzem, a mimo to w czasie seansu bawiliście się doskonale? Taki paradoks spotkał mnie w przypadku „Demon eye”. Film spokojnie można nazwać gniotem. Wszystko się tu nie udało, a amatorskość przedsięwzięcia bije po oczach bez litości, a mimo tego obejrzałam go do końca i rżałam z uciechy. Może mi już padło na głowę z powodu tej posranej sytuacji na świecie?

Fabułą filmu skupia się na wyjątkowo drażniącej postaci Sadie. Dziewczę to, zakompleksione niemożebnie, za to obdarzone tupetem za punkt honoru stawia sobie zrażenie do siebie całego otoczenia. Jej zachowania są tak przejaskrawione, że ten efekt można było osiągnąć tylko dzięki połączeniu wyjątkowo słabego warsztatu aktorskiego i kompletnego braku reżyserskiego przewodnictwa nad bohaterką. Podobnie spawa wygląda z resztą filmowych postaci, więc można tylko pozazdrościć odtwórcy roli taty-samobójcy, że zszedł ze sceny tak szybko.

Historia, jednoznacznie nacechowana paranormalnie opiera się na dobrze znanym schemacie powstałym z połączenia wątku tragicznej historii z przeszłości- spalenie kobiety na stosie – z współcześnie pojmowanym motywem klątwy.

Jak nie trudno się domyślić w sprawę naszyjnika zwanego demonicznym okiem niefortunnie wplątał się ojciec Sadie. Córka przejmując po nim schedę pcha się w objęcia przekleństwa z swadą i animuszem. Pojawia się bardzo przaśnie wyrysowany wątek jej problemów osobistych, które czynią ją łatwym celem dla całego szeregu nadnaturalnych oddziaływań.

Te bezapelacyjnie stały się przyczyną mojej uciechy w czasie seansu. Po taniości zmajstrowane zdjęcia i efekty, które mimo rażących braków w budżecie starano się przeforsować tworzą całość, na którą można patrzeć z podziwem. Z podziwem, że reżyser nie spalił się ze wstydu razem ze swoją czarownicą. Dialogi poziom level ‚Durne sprawy’ i kompletna olewka związków przyczynowo skutkowych. Weźmy scenę w domu Sadie, kiedy to Dan został u niej na noc.

Młodzi bohaterzy zgodnie stwierdzają, że z ich wspólnej pracy nad artykułem nic nie będzie, bo wysiadł prąd. Czym prędzej udają się więc do sypialni, gdzie tadam, palą się lampki. Cudów i dziwów, kompletnie zignorowanych zarówno na poziomie scenariusza jak i z chwilą jego realizacji na planie, których nikt nie wyłapał jest więcej i znowu mamy się z czego pośmiać.

Nie uświadczycie tu kina, które dobija do choćby średniego poziomu. „Demon eye” może za to robić za film modelowy pt. jak nie kręcić filmów grozy.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:3

Klimat:3

Napięcie:3

Zabawa:7

Zaskoczenie:2

Walory techniczne:3

Aktorstwo:2

Oryginalność:3

To coś:1

28/100

W sakli brutalności:1/10

W głębi niezwykłości

W głębi lasu. Opowieści upiorne i śmiertelne

– Robert Aickman

Ogromnie cieszę się, gdy mam okazję przybliżyć Wam, coś o czym najprawdopodobniej nie słyszeliście. Dziś stawiam na Roberta Aickmana. Nawet polska Wikipedia wypowiada się na jego temat dość lakonicznie i jakimś dziwnym zrządzeniem losu jego twórczość jest w Polsce praktycznie nie znana. Niewielkie Wydawnictwo IX postanowiło zmienić ten stan rzeczy i przedstawić Aickmana polskiej publiczności. Autor jest wymieniany jako jeden z czołowych pisarzy weird fiction i za granicą cieszy się dużą popularnością. Tym bardziej dziwi mnie dotychczasowe milczenie polskiego rynku wydawniczego na jego temat. Szczęśliwie idzie ku lepszemu.

Twórcy nurtu weird fiction nie są typowymi autorami grozy. Weird fiction to coś więcej. W dosłownym tłumaczeniu to po prostu ‚dziwna fikcja’, ale co tak naprawdę za tym idzie? Lovecraft pisał:

„Prawdziwa powieść z gatunku weird fiction przedstawia coś więcej niż skrytobójstwo, krwawe kości, czy prześcieradło dzwoniące łańcuchami. Konieczna jest klaustrofobiczna atmosfera lęku niemożliwego do wytłumaczenia, obecność nieznanych mocy, niezbędna jest sugestia wskazująca na powagę i złowieszczość tematu, przedstawiająca najbardziej złowieszcze wyobrażenie ludzkiego umysłu – złośliwe i szczególne zawieszenie lub unieważnienie stałych praw natury, które są naszą jedyną obroną przeciw napastowaniu przez chaos i demony niezgłębionego kosmosu.”

Trudno o lepszą definicję tego, z czym obcujemy w przypadku prozy Aickmana.

Swoją przygodę z lekturą jego opowiadań swoim zwyczajem zaczęłam w kolejności odwrotnej. Teoretycznie powinnam zacząć od „Tajemniczego pokoju”, zamiast tego pognałam ‚W głąb lasu’.

Zbiór „W głębi lasu” otwiera opowiadanie tytułowe traktujące o pewnej Brytyjce, która trafia do osobliwego pensjonatu stworzonego z myślą o ludziach, którzy nie śpią.

Muszę przyznać że przez większość czasu poświęconego na lekturę pierwszego z opowiadań po prostu oswajałam się ze stylem autora. Nie wiem, czy to kwestia przekładu, ale nie było mi łatwo. Aickmana nie da się czytać bez absolutnego skupienia. Język, a może raczej konstrukcja zdań jest miejscami doprawdy ciężkostrawna i gdyby nie moja paląca chęć dojścia do sedna tej historii poniosłabym klęskę i porzuciła książkę.

Im głębiej wchodzimy w świat twórczości autora tym bardziej przyzwyczajamy się do tej dziwności formy i możemy cieszyć się dziwnością treści. Pamiętam, że z Grabińskim,a wcześniej z Nabokovem, miałam początkowo podobne problemy, więc odczytuje to jako zapowiedz wielkiej miłości na całe czytelnicze życie;)

„Czas nie przemija” to historia niejakiego Delberta i tajemniczego strumienia na terenie jego posiadłości, którym popłynie w surrealistyczną podróż.

„Małżeństwo” choć wydaje się bardziej przyziemne za sprawą dość prostego wątku otwierającego: Bohater, który delikatnie mówiąc nie radzi sobie w relacjach damsko męskich wdaje się w romans z… przyjaciółką swojej wybranki – jest skażone solidną porcją niezwykłości.

„Kartki z pamiętnika pewnej Młodej Damy” to historia pisana z perspektywy dorastającej dziewczyny, której kluczowym punktem jest spotkanie z tajemniczym mężczyzną.

„Ciceroni” to historia, którą macie szanse znać dzięki jej ekranizacji. To opowieść o podróżniku, który natrafia na niezwykłą rzeźbę umieszczoną na katedrze. Mówiąc niezwykła bynajmniej nie mam na myśli jej walorów artystycznych;)

„Szkolna przyjaciółka”, mój faworyt w zbiorze. Jest to opowieść o tajemnicy skrytej w domu jednej z bohaterek. Mell powraca w rodzinne strony i podejmuje się opieki nad Sally – swoją przyjaciółką z młodości, to właśnie tam odkrywa… Sami musicie się przekonać.

„Wstęp tylko dla mieszkańców” to dziwowisko opowiadające o pewnym cmentarzu i próbach jego ‚poskromienia’ przez komitet rady miasta. Brzmi wystarczająco dziwnie?

„Zjawa”, mój drugi fawory. Krótka opowieść o tym co zobaczył pewien chłopiec  w chwili, gdy jego matkę opuszczało życie.

I to byłoby na tyle jeśli chodzi o „W głębi lasu”. Absolutnie niezwykła literatura. Nie łatwa, nie stanowiąca prostej przyjemności, ale za to mocno satysfakcjonująca.

Moja ocena: 8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu IX:

 

Zabierz mnie do nieba

Wszyscy bogowie w niebie/ Tous les dieux du ciel (2018)

Trzydziestoletni Simon mieszka na zaniedbanej farmie wraz z niepełnosprawną siostrą. Trudni się pracą w fabryce i niecierpliwie wypatruje odmiany losu dla siebie i Estelle. Zmiana ta ma nastąpić gdy bogowie, których wyznaje Simon uznają że on i siostra są już gotowi.

Cóż to był za film, moi mili. Na większości filmowych portali nie funkcjonuje nawet w kategorii thrillera, tymczasem w tym dramacie znajdziecie więcej grozy niż w niejednym mainstreamowym horrorze.

Grozę buduje już sama warstwa dramatyczna filmu. Codzienność Simona, obraz jego obsesji na punkcie ‚bogów z nieba’, historia wypadku i niepełnosprawności jego siostry. Poczucie winy graniczące z obłędem, wypaczona rzeczywistość, wreszcie sama postać Estelle.

W postać siostry wciela się coraz popularniejsza w świecie sztuki Melanie Gaydos. Dwudziestopięciolatka cierpiąca na rzadką chorobę genetyczną, za jej sprawą aktorka posiada wręcz wymarzoną horrorową aparycję. Nie mam pojęcia jak wygląda w codziennej odsłonie, ale jej kreacja Estelle to miazga. Miazga!

Umówmy się, żadna charakteryzacja nie zastąpi naturalnego efektu. Przypomnijmy sobie celowo zeszpeconych aktorów wcielających się bohaterów horrorów. Nałożone na nich maski, wymyślne blizny, wrzody, czy co tam im napakowali na twarz zwykle owocowała zupełnym brakiem panowania nad mimiką przez owych aktorów. Natomiast Melanie całkowicie kontroluje swój wyraz twarzy. Wystarczy jedno jej spojrzenie w kamerę, a przejmuje nas taka gama uczuć jakich nie jest w stanie wzbudzić najzgrabniej stworzona maszkara. Współczujemy jej, bez dwóch zdań, z drugiej strony odczucie strachu, gdy obrzuca Simona nienawistnym spojrzeniem.

Fabuła filmu od początku angażuje emocjonalnie i mimo, że będziecie tu obcować z często odrażającymi wydarzeniami nie sposób tego filmu ot wyłączyć. Jest ciężki, jest mocny, jest druzgoczący. Nie powinnam się wdawać w szczegóły. Dodatkowo owiany jest metaforyką, która wcale nie czyni tej historii łatwiej strawną. Tylko dla odważnych. Kim jest francuz, który zmajstrował to dzieło, nie mam pojęcia, ale czekam na więcej.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:9

Klimat:9

Napięcie:7

Zaskoczenie: 7

Zabawa:8

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność: 9

To coś: 9

79/100

W skali brutalności:2/10

Książki do wzięcia

ROZDANIE patronackie :  21.04. -10.05

Wiosenne porządki zaowocowały u mnie książkowymi znaleziskami. W związku z tym mam dla Was ocalone egzemplarze moich patronatów.

Do wzięcia:

„Próba Sił” T.S. Tomson aka Tomasz Sablik

„Proces diabła” Adrian Bednarek

„Wyrok diabła” Adrian Bednarek

Jeśli macie chęć na którąś z książek:

1. Obserwujcie profil Biblii Horroru oraz autorów (Tomasz Sablik – autor, Adrian Bednarek- Autor) na IG lub/ i na FB

2. Udostępnijcie info o konkursie w dowolnym social medium

3. Napiszcie w komentarzu, którą książkę chcecie dostać

Organizatorem jest Biblia Horroru. Rozstrzygnięcie w ciągu trzech dni od zakończenia rozdania. Wysyłka nagród sterylnym gołębiem pocztowym tylko na terenie Pl.

 

 

Ludzkie zło

Złe – Michał Jan Chmielewski

Baskin Zachodnie, małe miasteczko na Pomorzu. Żyje tu rodzina Jasińskich i to właśnie jeden dzień z ich życia poznajemy na kartach powieści „Złe”. Dorastający Kryspin, mączący się nocami i śniący o dziurze w ziemi, informatyk bez komputera, jego starsza siostra gardząca rodzajem męskim i mające do tego sto dobrych powodów, malutki Michał i rodzice. Sterana ubogim życiem i przemocą Iwona oraz Pan mąż, prawdziwy mężczyzna, śmierdzący, zarzygany pijak, damski bokser i dewiant. Wystarczy, że przyjrzymy się jednemu dnia z ich życia by uzyskać wgląd w zło. Zło bez szatana, zło ludzkie. Trzymajcie się mocno.

Dziełem przypadku trafiłam na powieść Michała Jana Chmielewskiego. Autor wydał swoją powieść w zupełnie nie znanym mi wydawnictwie, nie słyszałam wcześniej nawet najmniejszej wzmianki o jego twórczości i jest to grube przeoczenie. Wszyscy powinni o tej książce usłyszeć.

Tak, jest świetnie napisana, wciągająca, atrakcyjna dla czytelnika, ale jest też a może przede wszystkim ważna.

Codzienność rodziny Jasińskich to piekło. O tym rodzaju piekła nie usłyszycie z kościelnej mównicy. Z każdą kolejną stroną schodzimy coraz niżej, nawet Dante nie przewidział istnienia tego kręgu. Oczy wytrzeszczały mi się w przerażeniu coraz bardziej, czułam osadzający się na mojej psychice brud.

Nie mam najmniejszego zamiaru streszczać tego co wyczytałam, ale wiedzcie, że spotkacie tam wszelaką formę zła jaką może wygenerować system rodzinny. Kiedy nastąpił finał. Minęła doba z życia Jasińskich, wszystkie trupy wylazły z szafy jedyne co mogłam odpowiedzieć autorowi to : Co się tam odjebało?!

„Złe” to najbardziej adekwatny tytuł jaki można było nadać tej książce. Bierzcie i czytajcie. Trauma murowana.

Moja ocena:10/10

Zabij pasterza a owce się rozbiegną

The Other Lamb (2019)

W głębi lasu, w komunie złożonej z kobiet, dziewczynek i jednego mężczyzny – Pasterza, żyje nastoletnia Selah. Dziewczyna podobnie jak inne członkinie wspólnoty jest ślepo zapatrzona w jedynego mężczyznę w gromadzie. Urodziła się tu i nie zna innego życia. Stojąc u progu kobiecości, w okresie, w którym komuna zmuszona jest do przeprowadzki dziewczyna zaczyna dostrzegać, że prawa narzucone przez Pasterza nie muszą być jej prawami.

Nazwisko polskiej reżyserki Małgorzaty Szumowskiej powinno być Wam znane. Ta zdolna i nie bojąca się kontrowersji twórczyni wypływa na coraz szersze wody. Jej najnowszy thriller „The Other Lamb” to film całkowicie anglojęzyczny. Swoją światową premierę miał w ubiegłym roku i jeśli sytuacja pozwoli, zostanie wyświetlony w polskich kinach. Już zazdroszczę osobom, które będą miały szansę obejrzeć to widowisko na dużym ekranie.

W odtwórczyni głównej i najpewniej tytułowej roli, widzimy śliczną i zdolną Raffey Cassidy. Młodą wypatrzyłam w „Zabiciu świętego jelenia” i od razu zwróciła moją uwagę. Dziewczę pięknie dorasta i rozwija się aktorsko. To co pokazała w „The Other Lamb” to dowód ogromnego talentu. Miejcie na nią oko.

Jej bohaterka, Selah, jest naszym przewodnikiem w tej historii. Jej głównym tematem jest ewolucja z pokornej owieczki w czarną, zbuntowaną owcę. Ta ewolucja jest wymalowana na jej twarzy i odzwierciedlona w filmowej narracji.

Świat przedstawiony obrazu to rzeczywistość zawieszona gdzieś poza czasem, bez wskazania na konkretne miejsce. W barakach ulokowanych w lesie żyje liczna grupa kobiet. Najstarsze sięgają czterdziestki. Wszystkie, z wyjątkiem dziewczątek jeszcze nie miesiączkujących są żonami Pasterza. Ich celem jest dawanie mu kolejnych córek. Żyją według surowych zasad, a dobry Pasterz nie cofa się przed niczym, by owe zasady były przestrzegane. Co najciekawsze wszystkie żony i córki są tak ogłupiałe, że nie dostrzegają w swoim losie niesprawiedliwości. Wszystkie za wyjątkiem  jednej nieczystej żony, która żyje w odosobnieniu.

Selah jako najgorliwsza z córek, nie znająca swojej matki, która zmarła w połogu, nie może się doczekać gdy zrzuci błękit i przyodzieje purpurę tym samym zostając żoną Pasterza. Seria następujących po sobie wydarzeń – przede wszystkim konieczność zmiany miejsca zamieszkania i wielodniowa tułaczka – sprawia, że Selah zaczyna dostrzegać konsekwencje narzuconego trybu życia. Znakiem ostatecznym jest tu scena w której Selah spotyka drugą siebie. W szczegóły nie chcę się wdawać, bo liczę, że sami będziecie mieli okazję się z nimi zapoznać.

Film jest przepełniony metaforyką, ale nie jest przez to trudny w odbiorze. Myślę, że jego przesłanie będzie dla wszystkich oczywiste. Ta oczywistość nie zmniejsza jego wartości. O pewnych rzeczach trzeba mówić wprost.

Reżyserka dopieściła film treściowo, ale znalazła też przestrzeń na artystyczne popisy. Lekko przyduszona kolorystyka, na tle której suknie naszych owieczek aż biją po oczach mimo swojej skromności, ostre zbliżenia na twarze, które porywa ekstaza, albo migawki innej rzeczywistości – oniryczne skrawki stłumionego buntu, intensywność koloru krwi, od której przecież wszystko tu zależy. Do tego dochodzą przepyszne kadry prezentujące plenery, najpierw leśny zakątek hermetycznie oddzielający nasze bohaterki od świata zewnętrznego, a później łyse wzgórza smagane wiatrem gdzie wszystko staje się bardziej widoczne – i dosłownie i w przenośni.

Wszytko to tworzy zwartą całość, o której można mówić tylko dobrze. Polecam.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła: 9

Klimat:9

Napięcie:7

Zaskoczenie:6

Zabawa:9

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność:7

To coś:9

76/100

W skali brutalności:2/10

Dzieci i śmierć

Tajemnicza studia – Tomasz Siwiec

Grupa dzieciaków ze Smolikówki rozpoczyna wakacje smutnym akcentem. Reni zdycha ukochany chomik Rambo więc pierwsza wspólna wakacyjna wyprawa dzieciaków odbywa się celem pochówku zwierzaka. Kazio, Kreska, Albert i Renia decydują się pogrzebać martwe ciałko chomika w studni znajdującej się pobliskim lesie. Jak okazuje się już nazajutrz tajemnicza studnia posiada niezwykłe właściwości, bo chomik Reni wraca do niej cały i zdrowy.

Brzmi znajomo, prawda? Skojarzenia z „Smętarzem dla zwierzaków” Kinga są oczywiste tylko u progu tej historii.

„Tajemnicza studnia” to książka dedykowana najmłodszy czytelnikom. Jest to wyczuwalne od pierwszych stron powieści i bynajmniej nie z powodu dziecięcych bohaterów. Język jest na tyle prosty na ile to tylko możliwe. Żałuję, że to pierwsza książka Siwca, z którą mam do czynienia bo nijak nie jestem teraz w stanie ocenić jego stylu. I nie wiem, czy chłop pisze jak dziesięciolatek, czy to zabieg celowy? 😉 Obstawiam to drugie, ale pewność będę mieć dopiero wówczas, gdy poznam Siwca w wersji dla dorosłych.  W każdym razie nie należy tej książki rozpatrywać w kategorii ciężkiej grozy przeznaczonej dla dojrzałego czytelnika.

Najmłodsi amatorzy grozy rozprawią się z treścią opowieści bez trudu. Nie ma tu szczególnie rozbudowanego tła. Świat przedstawiony jest prosty jak to w dziecięcych opowieściach bywa. Bohaterzy nie mają rozbudowanych charakterystyk, a właściwie żadnych charakterystyk. Ot sympatyczna dzieciarnia. Język powieści prościutki. Praktycznie zero opisów. Dynamiczna akcja, która nie nudzi.

Motywem przewodnim powieści jest oswajanie się ze śmiercią. Zaczyna się od śmierci chomika, ale co krok robi się coraz bardziej poważnie. Ci, którzy spodziewali się że autor pójdzie ścieżką wytyczoną przez Kinga w „Smętarzu…” zdziwią się porządnie. Nie, Rambo nie zmieni się w chomika morderce. 

Pojawiają się tu za to takie  motywy jak zatajona zbrodnia z przed lat, złamane serca, strach o najbliższych i wreszcie konieczność pogodzenia się z nieuchronnym. Bardzo uniwersalne i dobrze podane życiowe prawidła w wersji dla młodych czytelników. Ponowny pogrzeb zwierzaków wycisnął ze mnie łezkę, bo tak już reaguję w obliczu zwierzęcych zgonów. Fajnie mi się to czytało.

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję autorowi

W chatce z piernika

Gretel & Hansel/ Małgosia i Jaś (2020)

W epoce opanowanej przez zarazę i głód dwójka dzieci, szesnastoletnia Małgosia i ośmioletni Jaś zostają zmuszeni przez matkę do opuszczenia rodzinnego domu. Udają się w drogę by u jej kresu spotkać leśników, którzy zapewnią im pracę i schronienie. Droga przez las jest jednak długa i męcząca, a dzieci dopada głód. Wtedy ich oczom ukazuje się dom. Jego właścicielka, starsza kobieta o imieniu Holda przygarnia dzieci. Oferuje im cały stół obfitości, ale w świecie nic nie jest za darmo.

Z wielką niecierpliwością oczekiwałam nowego filmu Oz’a Perkinsa. Tak, facet jest synem ‚Normana Batesa’, tj. odtwórcy tej słynnej roli, więc można powiedzieć, że zamiłowanie do grozy ma w genach. Jego filmy są dalekie od mainstreamu, ale cieszą się uznaniem zarówno wśród krytyków jak i wśród zwykłych widzów.

W przypadku najnowszego filmu, Perkins postawił na klasyczną baśń Braci Grimm, germańską opowieść o czarownicy, która zjada zbłąkane w lesie dzieci. Każdy kto zna oryginale wersje zebranych przez Grimmów baśni wie, że te potrafią porażać brutalnością, a „Jaś i Małgosia” jest tego dobrym przykładem. Po fabule filmu spodziewałam się może nie tyle historii brutalnej, co mrocznej. Mrocznej mrokiem z rodzaju „Czarownicy. Bajki ludowej z Nowej Anglii”. I jeśli chodzi o klimat opowieści odzwierciedlony w obranych plenerach, wykonanych zdjęciach czy ścieżce dźwiękowej, to poniekąd to otrzymałam, ale nie do końca porwała mnie warstwa fabularna.

W ostatnim czasie miałam okazję czytać publikację Pullmana traktująca właśnie o bajkach braci Grimm. W jej wstępie autor wyjaśnia, że istotą bajek jest ich prostota dająca szansę opowiadającemu na ożywienie historii, wzbogacenie jej zgodnie z własną wyobraźnią. Scenariusz filmu Perkinsa stosuje się do tego założenia, ale zamiast wzmacniać przekaz baśni, moim zdaniem ją rozcieńcza. Historia skupia się na postaci Małgosi, stąd też zmiana kolejności imion dzieci w tytule- Małgosia wychodzi na prowadzenie. Otrzymujemy tu opowieść o dorastaniu młodej dziewczyny, o dokonywaniu przez nią wyborów. Czarownica Holda objawia przed nią tajemnicę jej własnej natury, wskazuje drogę pełną obfitości, co zrobi Małgosia?

Seans z filmem zaliczam do kategorii przyjemnych pod względem artystycznych doznań, ale nie zaangażował mnie emocjonalnie w większym stopniu, pomimo wszystkich niewątpliwych walorów technicznych i warsztatowych. Kilka scen wyjątkowo zwróciło moją uwagę – ‚stoliczku nakryj się’ 😉 – doceniam obsadę i starania by historia miała rozsądnie feministyczny wydźwięk. Ale nie chwyciło mnie to tak, jak bym chciała.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność: 6

To coś:6

61/100

W skali brutalności: 1/10

Cień

Piętno – Przemysław Piotrowski

Igor Brudny komisarz stołecznej policji pewnej nocy dowiaduje się, że ma brata bliźniaka. Co więcej brat ten jest poszukiwany w sprawie morderstwa dokonanego w Zielonej Górze. To właśnie tam  na widok publiczny zostaje wystawione makabryczne dzieło stworzone z rozprutych zwłok. Głównym podejrzanym za tę zbrodnie jest zaginiony lekarz Filip Torchan. Mężczyzna, o którym wiemy tylko tyle, że na chwilę przed zniknięciem jego oczom ukazał się Cień. Cień, który od lat prześladował jego i jego brata. Cień przeszłości, która wróciła.

Przemysław Piotrowski, autor powieści nie jest debiutantem, ale „Piętno” jest jego pierwszą książką, którą miałam okazję przeczytać. Swego czasu o pisarzu było dość głośno za sprawą powieści „Kod Himmlera”, później ukazały się „Radykalni” i „Droga do Piekła”.

Sam Piotrowski swego czasu zajmował się dziennikarstwem śledczym dotyczącym spraw kryminalnych i myślę, że ten właśnie obszar zainteresowań zaowocował powieścią „Piętno”.

Gatunkowo „Piętno” można przypisać do gatunku kryminalnego, jednak nie mamy tu do czynienia z powieścią gatunkowo czystą. Spokojnie może ona podpadać po kategorię thrillera, a nawet horroru jeśli weźmiemy pod uwagę ogólny nastrój opowieści i szereg makabrycznych elementów w niej zawartych.

Moje spotkania z powieściami, których głównymi bohaterami są stróże prawa albo osoby bezpośrednio związane z wymiarem sprawiedliwości,  nader często owocują rozczarowaniem. Twardzi gliniarze nie robią na mnie wrażenia, bo ich portrety psychologiczne opierają się na jednowymiarowym schemacie zaś obraz śledztwa przypomina utkaną z domysłów i domorosłych fantazji przeplatankę nonsensów i kilku utrwalonych w społecznej świadomości stereotypów. Trudno trafić na powieść, która może choć wydać się wiarygodna. Muszę przyznać, że w przypadku Piotrowskiego spodziewałam się tego rodzaju wtop, ale ku mojemu zaskoczeniu wcale nie było tak źle:) Powiem więcej, autor sprawnie pominął większość pułapek i choć nie całkiem uciekł od stereotypów to udało mu się stworzyć fabułę, która jest przekonująca. Jak wspomniałam, nie trzymał się kurczowo prawideł zarezerwowanych dla kryminału zamiast tego wprowadził elementy niecodzienne, odbiegające od popularnych schematów.

Ktoś może powiedzieć, że facet poleciał w fantastykę, ale właśnie te pozornie niewytłumaczalne fabularne ruchy, którymi rozpoczyna rozgrywkę prowadzą do efektownego szach mat, którego nie da się zbyć wzruszeniem ramion.

Powieściowy antagonista jest tak tajemniczy jak to tylko możliwe. Nie wiemy, czy mamy tu do czynienia z wytworem chorego umysłu, a jeśli tak to kto tu jest chory, z intrygą na miarę konia trojańskiego, czy może jednym i drugim? Trudno mi sobie wyobrazić by ktoś z czytelników powiedział, że finał go rozczarował.

Warstwa dramatyczna powieści nie jest u dodatkiem, nie spotkamy tu wątkowych zapychaczy stron, wszystkie składniki lądują w daniu dnia i spełniają swoją fabularną rolę.

Wydźwięk powieści jest brutalny, ale gdy dotrzecie do sedna sprawy zastanowicie się, czy aby na pewno rozpruty brzuch, czy zdarta twarz jest tym co najbardziej mrozi krew w żyłach.

Jeśli chodzi o styl powieści to bardzo widoczne jest tu dziennikarskie zacięcie autora. Narracja jest dynamiczna, dialogi żywe i naturalne. Tempo powieści równe z dobrze wymierzonymi środkami ciężkości i stopniowaniem napięcia. Sposób w jaki autor dawkuje informacje może doprowadzić do szału i sprawia, że emocje jakie towarzyszą czytaniu nie opadają aż do finału. A jeśli o informacjach mowa, znalazłam tam wiele smaczków, których raczej nie spotkamy w przeciętnej literaturze kryminalnej. Bardzo dobrze przeprowadzony reacherch, z szacunkiem dla czytelnika, który nie jest zbywany wodolejstwem.

Reasumując: „Piętno” to świetna powieść. Na pewno jedna z lepszych jakie czytałam w ostatnim czasie. I coś mi mówi, że doczeka się pewnego rodzaju kontynuacji, z czego rada jestem ogromnie.

Moja ocena: 9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca