Miesięczne archiwum: Maj 2020

Zainspiruj się i zabij

Recenzja premierowa

Inspiracja – Adrian Bednarek

Młody chłopak, Oskar Blajer wybiera się na pogrzeb brutalnie zamordowanej nastolatki. Szuka inspiracji do kolejnego opowiadania kryminalnego jakie z zamiłowaniem pisze. To tam poznaje Luizę Ostrowską, córkę miejscowego złotnika. Młodzi zakochują się w sobie podczas, gdy całe miasto żyje w atmosferze lęku przed kolejnym atakiem seryjnego mordercy. Wrodzony instynkt Oskara sprawia, że trafia na trop sprawcy. Nawet w raju można dostrzec diabła, jeśli dobrze się przyjrzeć.

“Inspiracja” to już ósma powieść Adriana Bednarka, która ukazała się nakładem wydawnictwa Novaeres. Trzeba przyznać, że autor nie próżnuje i cały czas stara się dostarczać swoim czytelnikom krwawej rozrywki.

“Inspiracja” stanowi pierwszą część trylogii. Na ten moment trylogii, choć jak znam Adriana to nie należy tego traktować jako ostateczne domknięcie serii;) Kolejne części “Obsesja” i “Fascynacja” już leżą na biurku wydawcy.

Każdy kto zna i lubi twórczość autora wie, czego się po nim spodziewać. “Inspiracja” nie odbiega stylem od poprzednich powieści. Jest więc krwawo i dynamicznie.

Jako że jest to dopiero początek serii swego rodzaju preludium dla historii bohatera autor mógł poświęcić znacznie więcej czasu na jego sportretowanie.

Oskara poznajmy jako poczciwego, odpowiedzialnego 23 latka. Zakochanego bez pamięci w pięknej dziewczynie. Oskar ma pasję, która są zagadki kryminalne. Ta pasja nie wzięła się znikąd, młody chłopak miał w swoim życiu okazję znaleźć się tak blisko krwawego psychopaty jak niewielu ludzi.

Teraz, kiedy jego życie odzyskało względną równowagę historia się powtarza. Oskar trafia na trop. Tu mamy okazję przyjrzeć się poczynaniom naiwnego chłopca, który myśli, że chwyci za gardło groźnego przestępce, jednocześnie wijąc miłosne gniazdko z dziewczyną marzeń i zyskując literacką sławę. W konsekwentnie budowanej intrydze znajdzie się miejsce na niespodziankę i katastrofalne odwrócenie ról, a Moi Drodzy, to dopiero początek. Wszystko co mogło pójść nie tak, indzie nie tak.

 Czy wyobraźnia autora mogła stworzyć kogoś przewyższającego szaleństwem dotychczas wykreowanych przez niego antybohaterów? Wierzcie mi, że tak. Aby się o tym przekonać koniecznie musicie sięgnąć po kontynuację “Inspiracji” – “Obsesję”

Moja ocena: 8/10

*Książka objęta patronatem medialnym Biblii Horroru

Oto Wasz dom

Vivarium (2019)

Młode narzeczeństwo, Gemma i Tom szukają wspólnego gniazdka. W tym celu udają się na osiedle domów jednorodzinnych. Miejsce przyprawia o dreszcze, chłodem surowością i minimalizmem. Przypomina bardziej makietę niż miejsce do życia. Kiedy oprowadzający ich po domu numer 9 agent nieruchomości stwierdza, że jest to idealne miejsce dla młodych rodzin, Gemma i Tom już wiedzą, że nie chcą do owego grona rodzin należeć. Wsiadają do auta i odjeżdżają. A przynajmniej próbują odjechać. Kolejne pętle wokół osiedla utwierdzają ich w przekonaniu, że z tego miejsca nie ma wyjścia. Wszystkie drogi prowadzą do domu numer 9, ich domu.

“Vivarium” to thriller, może nawet horror, sci-fi stanowiący dość bezpośrednią metaforę błędnego koła życia.

“Vivarium” nie bez powodu zrymowało mi się z ‘akwarium’.

Naszym bohaterom przychodzi egzystować na wydzielonej przestrzeni, w której zostają umieszczeni wbrew swojej woli. Ktoś dostarcza im niezbędne do przetrwania fanty. Po kilku dniach spędzonych na bezowocnych próbach wydostania się z osiedla pod ich drzwi podrzucone zostaje dziecko. Niemowlę. Ich zadaniem jest go wychowanie. Chłopiec rośnie wyjątkowo szybko, wręcz z dnia na dzień, ale jego dziwność zdecydowanie oddziela go od przeciętnego dziecka. Bardziej przypomina małego robota idealnie wpisując się tym w sztuczność otoczenia osiedla. Mimo tego Gemma przywiązuje się do niego i wypełnia narzuconą misję bycia matką.

Bohaterzy są obserwowani, ale tak naprawdę nie wiedzą kto kontroluje ich sytuację. Kto sprawił, że się w niej znaleźli? Oszczędny w formie obraz bije po oczach swoim podskórnym znaczeniem. Przypadek Gemmy i Toma to migawka z życia przeciętnej pary. Znajdują dom, gdzie wychowują dziecko. Żyją według narzuconego przez uzus społeczny scenariusza. Bez możliwości ucieczki, oderwania się od schematu. Pojawienie się dziecka oddala od siebie parę, konflikty dążeń pojawiają się w miarę rozwoju relacji. Przetrwanie staje się celem samym w sobie. Oto błędne koło życia, gdzie największe znaczenie ma brak znaczenia.

Muszę przyznać, że to bardzo udana produkcja. Groza bazuje tu na jednym z głównych lęków współczesnego człowieka: lęku przed brakiem sensu życia. A także lęku przed brakiem wolnej woli decydowania o swoich poczynaniach, wreszcie lęku przed impasem, brakiem perspektywy na zmianę, rozwój. Lękiem młodych ludzi wchodzących w dorosłe życie niczym w pułapkę.

Symboliczny jest tu też numer mieszkania: 9. Przyjrzyjcie się tej cyfrze. Podążając wzrokiem od jej początku tak zwanego ogonka trafiamy do koła z którego już nie ma wyjścia. Wszystko w tym filmie wydaje się przemyślane i mimo skrajnego minimalizmu w formie są tu obecne fragmenty mogące zszokować widza, a z pewnością mogące sprawić, że groza sytuacji dwójki bohaterów stanie się mu wyjątkowo bliska.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:7

67/100

W skali brutalności:1/10

Niedorzeczna historia

Paskudna historia – Bernard Miner

Nastoletni Henry w paskudnych okolicznościach traci dziewczynę. Noemi  zostaje zamordowana, a jej zwłoki wyrzucają na brzeg fale oceanu. Chłopak zmuszony jest dźwigać ciężar żałoby jednocześnie mierząc się ze swoją zagadkową przeszłością skrzętnie ukrywaną przez adopcyjne matki.

Dużo słyszałam o “Paskudnej historii”, dużo dobrego. Korzystając z okazji chętnie po nią sięgnęłam nie mając wcześniej do czynienia z jej autorem. Efekt mojego pierwszego spotkania z Minner’em jest taki, że znowu stanę w kontrze dla większości czytelników.

Nie mogę powiedzieć, by książka zupełnie mi się nie podobała. Ale najbardziej podobała mi się w początkowej partii. Podobała mi się postać narratora, zafascynowanego orkami, wrażliwego nastolatka. Obraz jego życia w małej wyspiarskiej społeczności i to jak przedstawiał jej rzeczywistość. Chwyciła mnie zbrodnia, chwyciła mnie tajemnica. Chwyciła mnie bezwzględność obyczajów. Wsiąkłam w jej klimat, rozsmakowałam się, tymczasem autor zafundował mi szybkie wynurzenie i poprawił ciosem w potylicę.

Podczas gdy wszytko zmierzało do może niezbyt skomplikowanego, ale poprawnego zakończenia, autor stwierdził: o nie, musi być twist totalny. I zrobił twist totalny. Z tym, że tym samym przekreślił wszystko, solidne fundamenty zastąpił chwiejną instalacją splecioną z niedorzeczności. Zamachał różdżką i wyczarował zupełnie nową rzeczywistość.

Wielu czytelników twierdzi, że właśnie ta wartka, niespodziewana akcja u finiszu jest najmocniejsza stroną książki. A tymczasem ja poczułam się zrobiona w trąbę, jakbym była świadkiem niezbyt udanej magicznej sztuczki. Takiej, która bazuje na nadziei magika, że we właściwym momencie odwrócę głowę, a on zastąpi jedną talię kart drugą.  Nie kupuję uzasadnień w stylu: u wariatów wszystko możliwe. Nie, nie wszytko Wariat, choćby nie wiem jak zwariowany nie nagnie rzeczywistości widzianej oczami innej osoby.

Dla mnie finałowe rozwiązanie było zupełnie nieprzemyślanym aktem desperacji, który z paskudnej historii zrobił historię niedorzeczną.

Moja ocena: 5+/10

Utopieni

Underwater/ Głębia strachu (2020)

Na dnie Oceanu spokojnego w obrębie Rowu Mariańskiego załoga podwodnej platformy wiertniczej, wraz z grupą naukowców przebywa już od blisko miesiąca. Wśród nich jest inżynier Norah Price, która w ostatnim czasie straciła ukochanego.

Pewnego dnia dochodzi do trzęsienia ziemi. Pozostawiona na dnie oceanu załoga, zamknięta w hermetycznym ‘statku’ próbuje zapanować na sytuacją, która coraz bardziej wymyka się z pod kontroli. Wygląda na to, że wstrząs nie tylko naruszył ich bezpieczny schron, ale obudził coś co spoczywało we wnętrzu skorupy ziemskiej.

Tegoroczna “Głębia strachu” promowana była na kasowy hit. Ekipa filmowców złożona z najlepszych z pomocą gwiazdorskiej obsady wyraźnie szykowała się na zdetronizowanie “Obcego”. Podobieństw, odniesień, prób naśladowania wspomnianego już klasyka znajdziemy w “Głębi…” co nie miara, ale zupełni nie oznacza to, że wysiłki twórców zaowocowały sukcesem.

Film nie spodobał mi się już od pierwszych scen. Zostałam wrzucona w epicentrum akcji, bez żadnego wstępu, choćby próby zbudowania atmosfery.  Widziałam biegających jak w ukropie bohaterów pośród zamieszania, w którym ciężko odnaleźć się tak z marszu.

Nie było mowy o zarysowaniu charakterystyk kolejnych postaci, tak by można było ich zapamiętać zanim zginą. A giną, kolejno w dość przewidywalnym schemacie.

Filmowy budżet zaowocował przepychem w scenografii, impetem w efektach. Wrażenia wizualne są tu chyba jedynym plusem. No, dobra, muzyka też jest okej.

Gdy szeregi załogi rzedną mamy okazję przyjrzeć się odrobinę tym którzy zostali. Tu na pierwszym planie zblazowana Kristen Stewart w wojskowym szyku. Nie pomogła w odbijaniu się od dna.

Tak naprawdę jedyną sceną którą zapamiętałam, którą uznałam za wartą uwagi był występ podwodnej maszkary u progu finału. Owa przedziwna forma życia stanowiła idealne odwzorowanie Pradawnego. Jako że jestem miłośniczką Lovecrafta wydałam z siebie krótkie “Wow”. I to było jedyne wow jeśli chodzi o ten film, szkoda.

Wyszło mdło, jakoś tak nieuważnie, nie ciekawie, wtórnie.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:5

Napięcie:5

Zaskoczenie:5

Zabawa:5

Walory techniczne:9

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:5

50/100

W skali brutalności:1/10

 

Piękna Greta

La morte ha sorriso all’assasino/ Śmierć uśmiecha się do mordercy (1973)

Początek XX wieku. Pod pałacem rodziny von Ravensbruck rozbija się kareta wioząca młodą kobietę. Anonimowa piękność okazuje się być zdrowa na ciele, jednak konsekwencją wypadku jest całkowita amnezja. Z naszyjnika zawieszonego na szyi kobiety doktor von Ravenbruck odczytuje, że prawdopodobnie ma ona na imię Greta.

Piękna Greta dochodzi do siebie pod troskliwą opieką mieszkańców pałacu. Wkrótce rozkochuje w sobie zarówno doktora jak i jego żonę, Evę. Poryw namiętności doprowadza tę drugą do karygodnego czynu, zaś czyn ten pociąga konsekwencje w postaci ukazania prawdziwej tożsamości tajemniczej Grety.

Kiedy tylko zobaczyłam na ekranie nazwisko: Klaus Kinski aż zapiałam z zachwytu. Tak, myślę, to będzie nielicho odjebane dzieło. Finalnie okazuje się jednak, że aktor choć odgrywa istotną rolę w całej historii to z ekranu znika dość szybko.

Nie mniej jednak nadal jest to dzieło wykręconego Włocha, który uwielbiał go obsadzać w swoich produkcjach. A produkcje te… cóż są nie mniej odjechane, co kreacje Kinskiego. Jeśli jesteście fanami horrorów i jeszcze nie mieliście styczności z twórczością Joe D’Amato to koniecznie musicie jej choć liznąć. I myślę, że “Śmierć uśmiecha się do mordercy” na początek będzie akuratne. Nie radziłabym zaczynać od “Ludożercy“, czy “Buio Omega” bo to będzie trauma;)

Akcja “Śmierć uśmiecha się do mordercy” rozgrywa się na początku ubiegłego wieku. Piękne damy wciśnięte w gorsety, pałacowe piwnice i dworskie nieobyczajne obyczaje.

Fabuła nie jest zbyt skomplikowana, ale też nie przypomina klasycznej i prostej opowieści grozy. Mamy tu wątki kazirodcze, lesbijskie, trochę nekrofilii, zamurowanie żywcem, wyjątkowo drapieżnego kota i wyjątkowo odpychającą charakteryzację. Znajdzie się coś dla fanów gore, ale nie tyle co zwykle u D’Amato.

Sama bawiłam się przednio, przyjmując bez sprzeciwu wszystkie typowe dla starego włoskiego horroru zagrania. Kwestia przyzwyczajenia i wyrobienia sobie tolerancji. Jeśli i Wy jesteście do tego skłonni macie szansę dobrze barwić się w czasie seansu z filmem całkiem różnym od współczesnego kina.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:7

Zaskoczenie: 6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:8

67/100

W skali brutalności: 3/10