Miesięczne archiwum: Lipiec 2020

Nie ma krainy czarów

Alicja – Christina Henry

Alicja miała szesnaście lat, gdy wraz z przyjaciółką Dor wybrała się do owianego najgorszą sławą Starego Miasta. Tam wpadła w ręce jednego z bezwzględnych bossów, co przepłaciła zdrowiem. Od dziesięciu lat tkwi więc w zakładzie psychiatrycznym i tylko rozmowy z mężczyzną zwanym Topornikiem prowadzone przez dziurę w ścianie podtrzymują ją przy życiu. W noc pożaru szpitala dwójka dziwnych przyjaciół ucieka z niego i rozpoczyna tułaczkę po najgorszych zaułkach Starego Miasta. Ich celem jest odnalezienie trzeciego z uciekinierów, potwornej istoty zwanej Dżarbełakiem.

“Alicja w krainie czarów” baśniowa powieść stworzona dwa wieki temu przez Lewisa Carrolla nieodmiennie zadziwia i inspiruje kolejne pokolenia twórców. Jestem fanką wszystkiego co z nią związane od filmów, przez gry, po wszelkie literackie wariacje stworzone na jej kanwie. Lubię grzebać w tej historii. Jeśli macie podobnie bardzo polecam Wam lekturę “Alicji w krainie rzeczywistości”. To opowieść o Alice Liddell, która była inspiracją do głównej bohaterki “Alicji w krainie czarów” i relacji autora z nią. Cóż, relacji nacechowanej pedofilnie.

A co z “Alicją” Christiny Henry?

Jest to powieść, która nie jest horrorem literackim w pełnym znaczeniu tego słowa i to powinniśmy sobie wyjaśnić na wstępie. Każdy kto miał jakakolwiek styczność z twórczością bardzo płodnej autorki wie, że tego gatunki nie należy się po niej spodziewać. “Alicja” to bardziej dark fantasy, ale i do tego terminu nie przywiązujcie się szczególnie, bo za chwilę mogę Wam powiedzieć, że powieść zalatuje przygodówką w stylu paranormal i wcale Was nie okłamię. Jeśli powiem, że to powieść skierowana do młodzieży też trudno będzie się z tym nie zgodzić.

Przypadek “Alicji” jest dość złożony, bo wszystko co w powieści może się podobać jednej grupie czytelników, drugą skutecznie odstraszy. To książka na wskroś współczesna, nie ma tu mowy o językowej łamigłówce, którą autor podrzuca czytelnikowi do rozgryzienia. Styl i język są bardzo proste, jak poprawnie napisane wypracowanie. Fabuła pędzi na łeb na szyję, nie mamy czasu na analizę zachowania bohaterów, wgryzienie się w problematykę, bo już za rogiem czeka nowa przygoda, nowe niebezpieczeństwa. Książkę czyta się biegiem bez wytchnienia i bez znudzenia. Sami oceńcie, czy to plus czy minus.

Nieśmiertelne motywy zawarte w powieści Carrolla zyskują tu nową oprawę. Celebrowała każdy smaczek i każde nawiązanie. Jest ich sporo, ale spodziewajcie się, że zetkniecie się tu z tą samą opowieścią tylko w wersji hard. Z takim oczekiwaniem zabrniecie w ślepą uliczkę. To historia zupełnie innego rodzaju. Autorka wykłada kawę na ławę, a myśl o tym, że może nasza bohaterka została naznaczona piętnem obłędu szybko uleci Wam z głowy.

Alicja od początku żyje w fikcyjnym świecie stworzonym przez Christinę Henry. Jest tu Nowe Miasto, gdzie panuje spokój i dobrobyt oraz Stare Miasto, do którego zepchnięte zostają najgorsze szumowiny. Alicja, dziecko Nowego Miasta kierowane ciekawością trafia do ‘nory Królika’. Mgliste wspomnienia stamtąd mówią nam jedynie tyle, że została brutalnie ‘pohańbiona’ – tak takiego określenia używa autorka. Z ty pohańbieniem mam trochę problem, choć rozumiem intencje i założenie. Z jednej strony pędząc ulicami Starego Miasta wraz z Alicją i Topornikiem widzimy (przelotem) okrucieństwa jakich doświadczają kobiety i dziewczynki, a z drugiej wszystko to, cały dramatyzm tych sytuacji zbywany jest słówkiem ‘pohańbienie’. Zabrakło mi tu emocjonalnego ciężaru właściwego dla tego typu wydarzeń. Dlaczego więc rozumiem taka postawę autorki? Tzn. wydaje mi się, że rozumiem. Myślę, że celowała w grupę odbiorców, którzy niekoniecznie chcieliby dowiedzieć się co dokładnie Królik i jemu podobni robią dziewczynom. Cóż, jak ostrzegałam – to nie horror.

Tempo akcji, zawrotne, nie pozwala z resztą na pilne przyglądanie się czemukolwiek. Nasza główna bohaterka bardzo przypomina oryginalną Alicję. Mimo swoich dwudziestu sześciu lat nadal myśli i mówi jak naiwne dziecko, wszystkiemu się dziwi i zaprzecza temu co niewygodne. Dojrzałego czytelnika tak scharakteryzowana postać może drażnić, nie zaprzeczę, ale czy taki stan rzeczy nie jest niejako wymuszony i uzasadniony przez historię? Znowu musicie zdecydować sami.

Sama życzyłabym sobie od tej powieści więcej namysłu, pierwiastka szaleństwa bez tak kategorycznego i jednoznacznego obrazu świata przedstawionego. Chciałabym tego obłędu i psychodeli jaką znalazłam na wspaniałych grafikach Maćka Kamudy.Może następnym razem? Myślę, że możemy się spodziewać polskich wydań następnych tomów serii, a może także kolejnego retilingu autorki tym razem stworzonego na bazie postaci Kapitana Haka z “Piotrusia Pana”.

Moja ocena: 6/10

Dziękuję wydawnictwu Vesper

Snajper na drodze

Downrange/ Pod ostrzałem (2017)

Grupa znajomych w podróży łapie gumę. Wysiadają z auta na bezludnym, półpustynnym terenie by zmienić koło. Wtedy rozlegają się strzały i padają pierwsze ofiary. Młodzi ludzie wpadają w pułapkę przydrożnego snajpera.

Pozostajemy w klimacie podróży:)

Tym razem mam dla Was obraz znanego z “Nocnego pociągu z mięsem ” Ryuhei Kitamury traktujący o grupie młodych ludzi, którzy feralnie padają ofiarami gostka który lubi się bawić w snajpera.

Jest to film, w którym akcja rozpoczyna się już od pierwszych minut. Nim się dobrze przyjrzymy twarzom bohaterów już ktoś leży z rozwaloną głową na szosie.

Fabuła jest prosta, nie sili się na zgłębianie psychiki bohaterów i antybohatera. Poznajemy ich pokrótce i od razu w sytuacji kryzysowej. Gatunkowo można go zaklasyfikować do slashera, bo idzie tu o mord i o niewiele więcej.

Antybohater ma nad protagonistami nielichą przewagę, a nasi młodzi dość sympatyczni ludzie zmuszeni są do toczenia z nim nierównej walki w palącym słońcu na środku drogi, którą nie przejeżdża nikt- albo prawie nikt.

Szybkie ujęcia, dokładne zbliżenia na elementy gore to coś dla miłośników krwawych, dynamicznych fabuł. Aktorstwo prezentuje raczej niziutki poziom. Mamy jakąś modelkę i grupę debiutantów, to też nie wiele można tu od nich wymagać. Nie odmawiam im jednak entuzjazmu i zaangażowania.

Scenariusz rozpisany jest na tyle sprawnie, że bez trudu utrzymuje napięcie. Jako kino czysto rozrywkowe,  i z takim nastawieniem, nie ma się do czego przyczepić.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:7

Zaskoczenie:5

Zabawa:8

Walory techniczne:6

Aktorstwo:5

Oryginalność:6

To coś:6

57/100

W skali brutalności: 3

O czym czytam gdy czytam o bieganiu

Biegacz – Barłomiej Grubich

O czym myśli biegacz? O dystansie, który ma do pokonania, o taktyce rozłożenia sił na cały czterdziesto kilometrowy maraton. O swojej dziewczynie, o żonie kolegi, o siostrze, o książkach których nie przeczytał. O śledztwie w sprawie seryjnego mordercy, które prowadzi. O ludziach, którzy biegną obok niego. O czym oni myślą? Kim jest ten facet obok? O czym myśli? O pierwszej miłości zgubionej gdzieś po pijaku, o uczennicy Lolitce, o wypadku z dzieciństwa, o śmierci, o…

“Biegacz” to książka trudna do zdefiniowania. Kryminał? Thriller? Powieść obyczajowa? Tak naprawdę wymyka się każdej kategorii, a jej eksperymentalna koncepcja nie ułatwia sprawy. W tym biegu łatwo zgubić orientację szczególnie jeśli przywykło się do prostych, liniowych narracji. Autor biegnie z formą pod górkę, a i warstwa treściowa to nie dystans dla sprinterów. Powoli i konsekwentnie budowane historie bohaterów to nie próba ostrzeżenia czytelnika przed nieuchronnym, to raczej relacja z tego co już się stało. Świat jest zły i zło pochłania ludzi nim Ci się zorientują.

Co bardzo mi się spodobało, występuje to rzadko spotykana lekkość. Autor nie sili się na stworzenie postaci, które będą podpadać pod archetyp- policjanta, czy mordercy. Nie porywa się na karkołomną próbę udowodnienia, że tak to a tak wygląda śledztwo kryminalne, a tak to a tak wygląda modus operandi mordercy. Wszelkie schematy zostawia daleko w tyle. Podchodzi do tematu od innej strony, co jest bardzo odważne i ryzykowne zarazem. Książka w dużej mierze składa się z retrospekcji i te  świadczą na rzecz jej jakości. Bardzo konkretne podejście do opisów bieżących wydarzeń i prosty pozbawiony ozdobników język. To się sprawdza, ale tylko do pewnego stopnia, czasem chciałoby się czegoś więcej;)

To czego mi tu zabrakło to bardziej zdecydowanego punktu kulminacji. Jako czytelnik dostrzegłam, że autor dużo lepiej czuje się z wątkami stricte dramatycznymi niż z tym co ma podpadać pod kategorię kryminału. Nie twierdzę, że sobie z tymi drugimi nie radzi, ale po prostu da się wyczuć w których fragmentach rozwija skrzydła a w których traci tempo.

Całość oceniam in plus. Za oryginalność, za wyjście poza pudełko.

Moja ocena: 7/10

Zawieszeni na mrozie

Otryv  aka Break /Oderwani (2019)

Grupa przyjaciół planuje przywitać Nowy Rok na szczycie góry. Nie wszyscy jednak wsiadają do kolejki gondolowej na szczyt. Chłopak Katii w ostatniej chwili rezygnuje z podróży z powodu zawieruszonego bagażu. W czwórkę wjeżdżają na szczyt przekupiwszy wcześniej operatora kolejki, by wpuścił ich po godzinach. Niestety w pewnym momencie kolejka staje, a uwięzieni w niej młodzi ludzie nie mogą doczekać się ratunku.

Czy aby opis tej fabuły nie jest Wam znany? Nie dzwoni gdzieś? Pamiętacie amerykański survival “Frozen z 2010 roku? Jeśli przypomnicie sobie części składowe jego fabuły dostrzeżenie zatrważająco wiele podobieństw. Nie mniej jednak przyglądając się bliżej są to zupełnie inne filmy. W duchu liczyłam, że Rosja znowu mnie pozytywnie zaskoczy i “Otryv” okaże się jeszcze lepszy niż “Frozen”, który notabene bardzo lubię. Ale tak się nie stało. Film ma dużo wad, ale zacznę od zalet.

Lubię horrory na śniegu. Przetrwanie w mrozie to coś na co zdecydowanie się nie piszę, ale popatrzeć – jak najbardziej. Filmy grozy osadzone w zimowej scenerii z miejsca punktują klimatem i tak też dzieje się w przypadku “Otryv”. Drugim plusem jest wartka akcja, sporo udanych scen powodujących wzrost napięcia i ogólny dramatyzm całej sytuacji. Naprawdę sporo się tu dzieje i nie ma miejsca na nudę. Scenariusz stara się byśmy mogli poznać bohaterów i ich wzajemne relacje. Tyle jeśli chodzi o rzeczy dobre.

Jeśli chodzi o minusy to nie mogę przemilczeń wtórności ogólnego założenia względem produkcji amerykańskiej. Nie każdy toleruje takie kalki, ja litościwie przymykam oko w tym przypadku, ale trzeba być uczciwym wobec faktów.

Druga rzecz, produkcja pod względem technicznym nie poradziła sobie z pewnymi wyzwaniami. Zdjęcia zimowych plenerów miejscami wyglądają bardzo sztucznie, no widać, że to kręcono w studiu i to mocno. Efekty wizualne bywają tu mocno przegięte.

Irytujący bohaterzy, czy może być coś gorszego? Najbardziej drażniła mnie Katia i jej ciągłe gadanie do kamerki telefonu. Idziemy do kolejki- trzeba to uwiecznić, jesteśmy w kolejne – trzeba nagrać relację, za chwilę wszyscy umrzemy – muszę to mieć na wideo. Nawet jej twarz przypominała mi gwiazdę insta Anię Wędzikowską. Katia, gdzie Twoje bataty?

Jej rozterki miłosne – tanie to takie, infantylne do bólu, byle co. Jej gruby kolega, którego imienia nie pamiętam na pewnym etapie fabuły zaczął się zachowywać irracjonalnie. Rozumiem, że każdemu może odbić, ale chyba można to przedstawić tak by miało ręce i nogi, nie? W każdym bądź razie nie są to małe bolączki, mocno psuły mi seans. Finał też z deka po chuju, jakoś tak sentymentalnie i głupio.

Czy w ogólnym rozrachunku film polecam? No, można obejrzeć, ale nie nastawiajcie się na rozrywkę wyższych lotów.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła: 6

Klimat:7

Napięcie:7

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:4

Aktorstwo:5

Oryginalność:4

To coś:5

50/100

W skali brutalności: 1/10

A jeśli oszaleję

Lęki podskórne – Marta Zaborowska

Scenarzysta teatralny, Bernard Bielak przed blisko rokiem poślubił swoją młodą żonę, Lenę. Ich wspólna egzystencja sprowadza się do walki od zdrowie psychiczne dotkniętej bordeline’m kobiety i próbom ponownego wejścia na twórczy szczyt mężczyzny. Wypadek do jakiego dochodzi w noc czterdziestych urodzin Bena sprawia kładzie cień na wzajemnym zaufaniu i poczucie bezpieczeństwa małżonków. Niejasne wspomnienia Bernarda podpowiadają parze, że doszło wówczas do czegoś więcej niż kolizji drogowej.

Nie miałam jak dotąd do czynienia z prozą Marty Zaborowskiej. “Lęki podskórne” to moje pierwsze spotkanie z autorką i coś mi podopowiada, że chyba nie ostatnie.

Można powiedzieć, że jej powieść to thriller psychologiczny z małą domieszką kryminału. Szczęśliwie nie spotkamy tu żadnego detektywa i cenię takie wyłamanie się poza schemat. To czytelnik musi sprawdzić się w roli śledczego, który poskłada układankę złożoną ze wspomnień, urojeń i kłamstw.

Fundamentem powieści jest warstwa psychologiczna. Gdyby ona się nie udała, cała konstrukcja by runęła. Ale się udała. Marta Zaborowska świetnie weszła zarówno w skórę osoby dotkniętej osobowością z pogranicza, jak i jej partnera i innych osób, które z nią egzystują. Nie odnotowałam w tym zakresie żadnych potknięć czy przekłamań. Lena/ Luna jest postacią żywą i plastyczną, jej historia angażuje emocjonalnie. Luna budzi całą gamę ambiwalentnych uczuć.

Za zdecydowanie udaną mogę też uznać postać Bernarda. Twórcy, który postrzega świat poprzez pryzmat artystycznej inspiracji. Podobnie jak Luna nie podlega łatwej i prostej ocenie. Tajemnica tkwi tu nie tyle w zdarzeniach, co w ludziach. Ważne jest dokopanie się do ich intencji, bo tylko spojrzenie na sytuację z ich perspektywy pozwoli zrozumieć czytelnikowi założenie głównej niespodzianki.

Nie mam żadnych zarzutów względem stylu, czy kompozycji powieści. “Lęki podskórne” wymykają się schematowi powieści, którą można uznać za fajną rozrywkę. Nie jest to książka z kategorii tych, które poniosą czytelnika na fali dynamicznej akcji. Wiem, że z racji tych przymiotów nie spodoba się każdemu, ale jeśli chodzi o mnie, zyskuje moją pełną aprobatę.

Moja ocena: 7+/10

Dziękuję wydawnictwu Czarna owca