Archiwum autora: ilsa333

Morderstwo, którego nie było

Piercing (2018)

Młody mąż i świeżo upieczony ojciec, Reed marzy o morderstwie. Najchętniej zabiłby własne dziecko, ale nie jest skończonym psychopatą, więc postanawia zabić kogoś obcego. W tym celu umawia się z prostytutką specjalizującą się w sado-maso, którą zamierza zabić w hotelu zgodnie z wymarzonym scenariuszem. Kiedy w pokoju hotelowym pojawia się Jackie  szybko okazuje się, że nic nie będzie tak jak planował.

Po seansie z najnowszą „Klątwą„, którą ku mojemu zdziwieniu nakręcił Nicolas Pesce, zastanawiałam się co też ten wyjątkowo zdolny facet zrobi z hajsem za tą chałturę. Niestety na to, przyjdzie mi pewnie poczekać. Za to udało mi się namierzyć jego film nakręcony po „Oczach matki„, a przed sequelem remake „Klątwy”. Owym filmem jest „Piercing”. Pesce zaskoczył mnie po raz kolejny. Trzy filmy, trzy kompletnie różne style. Reżyser kameleon.

„Piercing” uderza w klasykę, ale w jej inną odsłonę, inną dekadę. Estetyka wykonania każe myśleć o kinie z lat ’70, może ’80. Włoskie giallo i to takie z VHS. Wszystko od dźwięku, przez zdjęcia i scenografię aż do, uwaga, czołówki budzi skojarzenie z kinem innej epoki. Ależ mi to smakowało!

Fabuła filmu opiera się na powieści Ryu Murakamiego, którego twórczość znam tylko z ekranizacji. Widzieliście japońską „Grę wstępną„? To właśnie jego książka przeniesiona na ekran. Wyraźnie widać więc w jego twórczości zainteresowania tematyką sado-maso i wisielczy humor. Nie inaczej sprawa wygląda w przypadku „Piercingu”.

To kolosalnie szalony film. Z prostej historii o morderczych zamiarach wyciągnięto tyle obłędu ile się dało.

Mamy tu teatr na dwóch aktorów. Psychologiczne aspekty ich charakterów, aż domagają się większej wnikliwości, jednak japońska powściągliwość Murakamiego stawia ostrą granicę, a Pesce nie zamierzał jej przekraczać. Ten oszczędny wgląd w intencje i motywacje bohaterów procentuje wrażeniem groteski.

Czy „Piercing” jest brutalny? Coś się znajdzie. Bardziej odczuwalna jest ona w poczuciu nieuchronności tego co się stanie, w fantazjach i wspomnieniach, ale kiedy pojawia się tu i teraz robi to bez ostrzeżenia.

Obsadowo film porządny. W przypadku tak okrojonej obsady wszytko mogło się posypać, ale szczęśliwie warsztat Christophera Abbota i Mii Wasikowskiej nie stoi na papierowych nogach, więc solidnie i z wyczuciem.

Podsumowując, wszystko mi się tu podobało, chętnie zostałabym na dłużej w tej bajce.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność:8

To coś:8

73/100

W skali brutalności:2/10

Wielkie wydarzenia poruszają się na małych zawiasach

Instytut – Stephen King

Tim Jamieson, który w nieprzyjemnych okolicznościach zakończył karierę policji dociera do małego miasteczka w Karolinie Północnej i obejmuje tam posadę nocnego stróża. Mimo, że początkowo swoją mglistą przyszłość wiązał z przeprowadzką do Nowego Jorku przeczucie każe mu zakotwiczyć w DuPray.

Wkrótce to właśnie tam jego ścieżki skrzyżują się z pewnym małoletnim geniuszem w wielkich tarapatach. Jedenastoletni Luke Ellis zostaje zabrany od kochających rodziców i wtrącony w tryby maszyny zwanej Instytutem. Bezlitosne przedsiębiorstwo zajmujące się porywaniem i wykorzystywaniem niezwykłych dzieci już postawiło na nim krzyżyk. Jedyną drogą ocalenia jest ucieczka

Przyznam, że do nowości regularnie serwowanych przez mistrza grozy, Stephena Kinga podchodzę z dość zmiennym zainteresowaniem. Niekiedy chwytam je zaraz po premierze, innym razem po długim czasie od nich, a jeszcze inne tytuły całkowicie pomijam. Tak się złożyło, że we wrześniu kiedy premierę miało polskie wydanie „Instytutu” ja czytałam „Dallas ’63” 😀 i ani w głowie było mi rzucać wszystko żeby na czas przedstawić Wam swoje wrażenia z wycieczki po „Instytucie”. King jest zresztą na tyle spopularyzowany, że jakoś nie wydaje mi się by konieczne było przypominanie o nim komukolwiek;)

Ale do meritum: Czy „Instytut” mi się podobał? Zaliczam go do Kingowskich średniawek. Przede wszystkim ten ‚horror roku 2019’ nie jest do końca horrorem. To bardziej młodzieżowa powieść sci-fi – jakkolwiek to brzmi. Oczywiście coś na postrach tam znajdziecie, ale generalnie nie wydaje mi się by budzenie grozy było jej kluczowym zadaniem.

Tytułowy „Instytut” jawi się jako ustrukturyzowany Hotel „Panorama”, bo jego wnętrze wysysa z dzieci ‚niezwykłość’. Główny bohater, genialny jedenastolatek zostaje porwany i zamknięty w tej placówce. „O tym miejscu można powiedzieć to samo, co mówią o mafii: kiedy już tam wejdziesz, nie ma wyjścia”.

Poznaje tam inne podobne sobie dzieci, posiadające podobne, niezwykłe właściwości. Rodzą się przyjaźnie, pojawiają się pierwsze zauroczenia, jak na letnim obozie, tylko, że to nie jest letni obóz.

Intryga wokół działalności instytutu opiera się na ulubionych teoriach spiskowych. No dobra, bez starożytnych kosmitów 😉 Dzieci posiadające pewne nadnaturalne zdolności są tu wykorzystywane do eksperymentu na światową skalę. Eksperyment kończy się uśmierceniem każdego z nich, nie ma innej drogi.

Wraz z naszym sympatycznym bohaterem poznajemy całą infrastrukturę placówki. Dzięki temu, że autor obdarza Ellisa ponadprzeciętnym intelektem, karty zostają odkryte dość szybko;) Chociaż z drugiej strony i przeciętnie bystry małolat były w stanie dodać dwa do dwóch. Dlatego też czasami śmieszyło mnie, że pewne oczywistości wkładane w usta Luke są tu ukazane jako przejaw niebagatelnej inteligencji. Jeśli już to cechą godną podziwu u Luka byłą raczej jego emocjonalna dojrzałość, a ta wcale nie musi iść w parze z potencjałem poznawczym.

No mniejsza. King postarał się byśmy dowiedzieli się czego trzeba o Instytucie. Poznamy tam każdy kąt. Zadbał też o przedstawienie dziecięcych bohaterów. Najwięcej napracował się nad Avery’m, jest to postać moim zdaniem najbardziej dopieszczona uwagą mistrza. Najmłodszy i jednocześnie obdarzony największymi zdolnościami mieszkaniec Instytutu wzbudza czułość jaką szalone nauczycielki przedszkolne mogą żywić do tzw. trudnych dzieci 😉

Czyta się to całkiem przyjemnie. W końcu to King, być inaczej nie może, ale ale… mam pewne ‚ale’. Pomijając główny w moim przypadku problem samej tematyki i przynależności gatunkowej z którymi nie do końca mi po drodze, na pewnym etapie lektury zaczęłam się nudzić. Kiedy tak jak wspomniałam wszystko stało się jasne dość szybko pozostało tylko czekanie na wielki finał. Tak, finał też jest łatwy do przewidzenia, więc w sumie zostało czekanie na koniec. Gdyby nie talent Kinga do snucia opowieści, czegokolwiek by ona nie dotyczyła, zwyczajnie rzuciłabym tą książkę w kąt.

Ciężko mi ocenić czy powinnam Was zachęcać do lektury, czy raczej podejść do sprawy ostrożnie? Wyznawcy Kinga i tak spałaszują, a reszcie zostawiam sprawę do rozwagi.

Moja ocena: 5+/10

Pod ziemią

Cutterhead/ Głowica (2018)

Rodowita Dunka Rie, jako specjalistka od PR wyrusza na plac budowy metra by zrealizować materiał o codziennej pracy ludzi z różnych zakątków świata jednoczących siły w budowaniu lepszej europejskiej rzeczywistości. Na miejscu poznaje między innymi Chorwata Ivo i pochodzącego z Erytrei Bharana, pracującego w środku głowicy Maszyny drążącej TBM. Podczas gdy kobieta wypełnia swoją misję z lekceważeniem odnosząc się do kwestii bezpieczeństwa dochodzi do awarii, wybucha pożar  a  Rie, Ivo oraz Bharan zostają uwięzieni w komorze ciśnieniowej głowicy.

Aj, jak ja lubię takie filmy. Bohaterowie uwięzieni w hermetycznym zamknięciu pośród szalejącego dokoła zagrożenia. Niepewni o swój los.

A jeśli wszyscy zginęli i nikt ich nie uratuje? Co jeśli coś spieprzy się jeszcze bardziej i bezpieczny schron stanie się pułapką bez wyjścia? Co gdy zapadnie ciemność? Co gdy skończy się tlen?

Wszystko to, punkt po punkcie rozgrywa się na oczach widza. Dodajcie do tego jeszcze problemy z równowagą ciśnienia i obowiązkowy psychiczny odpał napędzany rosnącą paniką. Z każdego coś wylezie i nie będzie to nic dobrego. Próba sił, próba człowieczeństwa.

Takie filmy potrafią wystraszyć jak skurwysyn, bez potrzeby użycia drogich efektów, bez wyraźnego antagonisty, którego można obarczyć całą winą, a jego wyeliminowanie doprowadzi do happy endu. Wystarczy seria niefortunnych zdarzeń i wszyscy jesteśmy w dupie.

Duńska produkcja w reżyserii Rasmus Kloster Bro dodatkowo poraża naturalizmem. Wydarzenia, którym tu świadkujemy nie rozgrywają się w hollywoodzkim studiu. Mamy prawdziwy plac budowy, prawdziwą głowicę. Nawet największy budżet nie zastąpi realizmu prawdziwego planu zdjęciowego.

Zdjęcia mogą nieco trącić amatorką, kamera nie zawsze jest stabilna, kąt nie zawsze czysty, ale ja to odbieram na plus i doceniam operatora, który jakość złamał się w tym klaustrofobicznym wnętrzu. A dźwięk? Dźwięk jest jednym z najsilniejszych nośników grozy w tym filmie. Małe wnętrze aż od niego dudni. Kiedy wzrasta ciśnienie, a Rie desperacko walczy o jego obniżenie możemy odnieść wrażenie, że to nasze własne bębenki zaraz ulegną zniszczeniu.

Co do obsady to cały komplet trzech aktorów wszedł w temat po pas po szyje. Czułam prawdziwe emocje, strach, rozpacz, desperację. Zgon jednego z nich autentycznie przyprawił mnie o smutek. I mówię to pomimo tego, że charaktery naszych postaci są łatwe do odgadnięcia, stereotypowe wręcz. Nie przeszkadzało mi. Nic mi w tym filmie nie przeszkadzało, wszystko się podobało. Polecam.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:8

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:8

72/100

W skali brutalności: 2/10

Pobaw się z Brahmsem

Brahms: The Boy II (2020)

Pod nieobecność ojca rodziny Liz i jej syn Jude stają się ofiarami włamania. Traumatyczne przeżycie odbija się szczególnie na chłopcu, który od momentu tragedii przestał mówić. Celem zmiany otoczenia mającej przenieść rodzinie ukojenie decydują się na wynajęcie domu na prowincji, pośród lasów. Tuż po przeprowadzce Jude znajduje na terenie posiadłości lalkę, imitującą postać małego chłopca. Lalka staje się jego najlepszym przyjacielem i to z nią w końcu chłopiec zaczyna rozmawiać. Co więcej Jude utrzymuje, że lalka też do niego mówi. Przedstawiła mu się jako Brahms i oświadczyła, że mam dla rodziny Juda nowe zasady, według których ci muszą żyć.

Kto by pomyślał, że tak chłodno przyjęty przez publiczność w 2016 roku „The Boy” doczeka się sequelu? Żaden inny twórca nie rzucił się w pożądaniu na ten pomysł więc mamy do czynienia z raczej rzadkim przypadkiem, gdy sequel wychodzi z pod ręki twórcy oryginału. William Brent Bell samodzielnie zadbał także o scenariusz. Jak sobie poradził z pociągnięciem historii? Poradził sobie całkiem zgrabnie i mówię to biorąc pod uwagę, że nie wyszła z tego żadna rewelacja, ale jakby nie patrzeć oryginał też nią nie był.

Każdy kto zna pierwszego „The Boy’a” wie, że tam wszystko zaczęło się od schematycznego ghost story z nawiedzoną lalką w roli głównej, po czym nastąpił finałowy twist całkowicie przeczący wcześniejszym założeniom. O ile jestem zorientowana, to większość widzów już wolałaby zostać przy ogranym motywie opartym na ghost story, niż z tym, co w ostatecznym rozrachunku zaproponował twórca jako rozwiązanie całej zagadki Brahmsa.

Biorąc pod uwagę, w którą stronę uderza kontynuacja widzę, że twórca wyciągnął ze swojego finałowego potknięcia lekcje. Zmodyfikował historię lalki i jej imiennika na tyle, że mógł wrócić na bezpieczne pielesze historii o duchu tkwiącym w postaci lalki. Uważam to za rozsądny ruch, dlatego napisałam, poradził sobie zgrabnie.

Dał widzą to czego poniekąd chcieli, ale czy tym samym zrehabilitował się na tyle by druga część tej historii spotkała się z cieplejszym przyjęciem? Tu bym nie przesadzała z wróżeniem sukcesu. Ta historia nadal jest średnia, i choć widzę ogrom starań włożony w zbudowanie solidnej warstwy paranormalnej, to znowu mi czegoś brakuje.

Bardzo miło było mi spotkać na ekranie Katie Holmes wcielającą się postać matki Jude’a. Wykreowała ła naprawdę ciekawą postać z potencjałem, którego jednak nie wykorzystano. Cała uwaga skupiona jest na postaci jej synka o porcelanowych licach, u którego zdiagnozowano mutyzm wybiórczy (wtopa: mutyzm wybiórczy polega na niezdolności porozumiewania się werbalnego tylko w wybranych sytuacjach, np. gdy dziecko mówi w domu, a nie odzywa się szkole, lub porozumiewa się tylko z rówieśnikami, a nie z dorosłymi etc. Tymczasem u Jude’a, mamy mutyzm całkowity w następstwie urazu psychicznego. Ani be ani me, ani do mamy ani do taty, ani do pani terapeutki. Dopiero z czasem chłopiec zaczyna mówić, najpierw do lalki a za moment także do rodziców)

Co ja pisałam? A tak, że cała uwaga scenariusza skupia się na postaci Jude, olewając matkę z potencjałem do dobrego psychicznego odjazdu. Naprawdę gdyby trochę przy niej podłubać, wykorzystać traumę, której też jakby nie patrzeć doświadczyła i trochę skomplikować jej odbiór rzeczywistości byłoby dużo ciekawiej.

Tymczasem scenariusz uporczywie i bez cienia wątpliwości wskazuje palcem na jednoznacznie nadnaturalną przyczynę wszystkiego co dzieje się w domu. Cóż, jak widać twórca uczy się na błędach i jeśli lwia część widowni podzieli moje zdanie to przy następnym „The Boy’u” w końcu będzie jak trzeba. O ile takowy powstanie. Czy na to liczę? Mówiąc szczerze nie szczególnie mi na tym zależy.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo: 7

Oryginalność:3

To coś:5

49/100

W skali brutalności: 0/10

Wódka, spluwa i martwa dziewczyna

Amnezja – Frederico Axat

„Martwa dziewczyna z dziurą w piersi leżała w moim salonie.” Od tych słów rozpoczyna się historia Johna Brenera, dwudziestosiedmioletniego alkoholika, składająca się na fabułę powieści „Amnezja”. Bohater staje przed niełatwym zadaniem odtworzenia ostatnich godzin życia poprzedzających przebudzenie w towarzystwie zwłok.

Niektórzy twierdzą, że najtrudniej opowiada im się o lekturach, które najbardziej im się podobały, bo trudno jest obrać w słowa bezbrzeżny zachwyt. Inni mają problem ze skrytykowaniem tych, które nie przypadły im do gustu, bo jak to zrobić biorąc pod uwagę fakt, że nasz odbiór książki jest kwestią subiektywną, a nie prawdą objawioną, choć w danym momencie może nam się wydawać, że właśnie przeczytana książka nie ma szansy spodobać się nikomu.

Ja natomiast mam problem ze średniakami. Książkami niezłymi, ale takimi, które nie bardzo jest za co wyróżnić. Tak jest w przypadku „Amnezji”. Teraz muszę zdecydować, czy mam Was do lektury zachęcić, czy zniechęcić?

Co trzeba przyznać autorowi, szybko wszedł w temat. Złota zasada suspensu mówi, że historia zaczyna się od wybuchu i od tej chwili napięcie ma tylko wzrastać. Wydaje się, że Axat pisząc swój thriller wziął to sobie do serca, ale … No, właśnie. Szybkie zawiązanie wątku narzuciło autorowi tempo, którego nie był w stanie utrzymać. Kiedy chmura kurzu towarzysząca wybuchowi opadła akcja wyhamowała.

Dzięki temu, mieliśmy szansę poznać bliżej naszego narratora, historię jego dzieciństwa, która naprawdę robi spore wrażenie, ale czkawką odbiło się to na rytmie opowieści. Długo musiałam czekać na następny skok napięcia. Praktycznie aż do finału. Temu z kolei nie można odmówić efektu zaskoczenia, ale czy to rozwiązanie mi się podobało? A tak, średnio na jeża. I taka też jest moja ocena. Dodaje punkt za język powieści, który wydał mi się prosty i niewymuszony.

Moja ocena: 6/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i s-ka

Ktoś, kogo nie widać

The Invisible Man/ Niewidzialny człowiek (2020)

Młoda kobieta, Cecilia Kass, ucieka od swojego męża, Adriana Griffina genialnego inżyniera optyki. Schronienie znajduje w domu przyjaciela, policjanta Jamesa i jego nastoletniej córki. Niestety ciężar dotychczasowego życia pod pręgierzem agresora odciska na niej piętno tak duże, że nie jest w stanie opuścić domu bez lęku.

Wtedy spada na nią informacja o samobójczej śmierci Adriana. Czyżby była wolna? Tak naprawdę wolna? Kiedy w sercu Cecilii pojawia się nadzieja na upragnioną normalność lęk powraca ze zdwojoną siłą. Lęk, najgorszy z możliwym, bo przed tym czego nie widać.

Wydana po raz pierwszy w 1897 roku powieść Herberta Georga Wellsa „Niewidzialny człowiek” przeszła do kanonu gatunku powieści sci-fi. Zekranizowana przez studio Universal w 1933 roku, zyskała potencjał filmowy. Pojawiały się sequeleremakesequele remake’ów – jak to zwykle w przypadku klasyki, każdy chciał na tym pomyślę zarobić.

O ile film z lat ’30 bardzo lubię, bo lubię stare horrory Universal’a generalnie to te powstałe po roku 2000 mam już głęboko w pogardzie.

Zastanawiałam się co też z filmem zrobią współcześni, w roku 2020. Założeniem wytwórni Universal było odświeżenie studyjnych klasyków, ale gdy zobaczyłam jak to założenie sprawdziło się w przypadku „Mumii”… chyba się nie dziwicie, że zwątpiłam.  Na szczęście Leigh Whannell obrał zupełnie inny kierunek i nowy „Niewidzialny człowiek” jest zupełnie niegłupią rozrywką.

Scenariusz odszedł od oryginału. Przede wszystkim całą historię poznajemy z perspektywy bohaterki nie istniejącej dotąd ani w powieści ani w filmie.

Cecilia jako pierwsza przekonuje się o tym jak szalony i niebezpieczny jest naukowiec Adrian Griffin, jej mąż. Kontrolujący ją na każdym kroku, stosujący psychiczną przemoc. Kiedy w końcu udaje jej się uciec z ich wspólnego, a jakże wypasionego, domu musi poradzić sobie z traumą. Wie, że jej oprawca nie jest osobą, która łatwo odpuszcza, więc aż do pojawienia się informacji jego śmierci Cecilia trwa w przekonaniu, że Adrian na nią czyha.

Tu wielkie brawa należą się wcielającej się w rolę kobiety Elisabeth Moss, znaną z tytułowej roli w „Opowieści podręcznej”. Nie jest to aktorka, która może znaleźć się na topie listy najseksowniejszych, najpiękniejszych, najpowabniejszych. Jest za to charakterystyczna i diabelnie zdolna. Bardzo ją lubię. W roli kobiety ocierającej się o szaleństwo, trawionej przez paranoje, jest świetna. Nie gorzej wypada, gdy przychodzi jej zmieniać się w wojowniczkę, pewną swojej racji.

Akcja właściwa rozpoczyna się z chwilą gdy do Cecyli dociera, że jej mąż choć martwy nadal niszczy jej życie. Nie widzi go, ale jest pewna jego obecności. Czy ktoś daje jej wiarę? Może i Adrian był genialnym naukowcem, ale jak mógł stać się niewidzialny? Aj, to jest bardzo ciekawy wątek dla fanów sc-fi. Natomiast dla miłośników horrorów znajdzie się tu jeszcze więcej. Zaczynając od atmosfery zaszczucia i paranoi, przez narastające wokół sytuacji napięcie, i wreszcie dreszczyk uzyskany dzięki małym, subtelnym, klasycznym chwytom jak sceny z przekradaniem się, ukrywaniem etc.

Największą siłą tego filmu, tej historii, jest wybitnie celny strzał w największy ludzki lęk: lęk przed tym czego nie widać. Zagrożenie może być wszędzie, może zaatakować  znienacka, Jak chronić się przed czymś czego nie widać. Do tego dochodzi poczucie, że ogarnia nas obłęd, bo nikt nie daje wiary w istnienie niewidzialnego.

Filmowy antybohater jak na wprawnego psychopatę przystało konsekwentnie wpędza naszą bohaterkę w coraz większe kłopoty. Dba o to by wszyscy się od niej odwrócili, a ona w końcu poddała się jego woli…

Słowem podsumowania, produkcja bardzo udana, zasługująca na uwagę, konkretnie zrobiona z dobrze przemyślanym scenariuszem. Polecam.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:8

Zabawa: 9

Zaskoczenie: 7

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś: 8

70/100

W skali brutalności: 2/10

Wszyscy tkwimy w Dziurze

El hoyo/ Platforma (2019)

Goreng trafia do Dziury. Znajduje się w jednym pomieszczeniu ze współlokatorem i z jednym wybranym przedmiotem jakie można zabrać z zewnątrz. Miejscem rządzą proste zasady. Każdego dnia przy pomocy wędrującej w dół platformy osadzonym podawane jest jedzenie. Jeden suto zastawiony stół, którego zasoby powinny starczyć na wyżywienie wszystkich lokatorów na nieokreślonej bliżej ilości pięter.

Goreng znajduje się na piętrze 48, gdzie trafiają jedynie resztki, ale co zostaje dla tych jeszcze niżej? Każde piętro w krótkim czasie stara się zjeść ile tylko potrafi, zanim platforma ruszy w dalszą drogę. Nie można gromadzić zapasów. W swoim egoizmie każdy zjada ile się da. Bo w przyszłym miesiącu zostaną przeniesieni gdzie indziej. Wyżej, lub niżej. Nikogo nie interesuje jak sobie poradzą i jakimi sposobami. To pierwsza lekcja jakiej udziela Gorengowi współlokator.

Hiszpańska „Platforma” właśnie wylądowała na Netflixie. Zjedzcie ile się da, bo drugiego takiego filmu długo nie zobaczycie;)

Jedna z bohaterek filmu określa Dziurę jako swego rodzaju ‚pionowym centrum autoterapii’. Trudno uwierzyć, że stworzeniu tego miejsca przyświecał cel terapeutyczny, bo jak przekonał się Goreng  Dziury wydobywa z ludzi wszystko co najgorsze. Zobaczycie tu mord, kanibalizm i zwykłe okrucieństwo. Wszystko to na tle zupełnego braku społecznej świadomości, troski o drugiego człowieka, zwykłej przyzwoitości. Goreng w swej naiwności zabiera ze sobą książkę. Tak książkę, podczas gdy większość ludzi zbroi się w noże i kije.

W miarę jak będziecie śledzić fabułę, obserwować przesuwającą się platformę z jedzeniem będziecie odbywać podróż na coraz to niższe warstwy piekła. Zło czyha zarówno na poziomie 7 jak i na 132. Ludzie zachowują się bezwzględnie nie zależnie od swojej pozycji. O pozycji decydują zasoby.

Jesteś, wyżej – masz co jeść, niżej żywisz się resztkami, jeszcze niżej czeka głód. Jak się dowiadujemy zastawiona suto platforma zawiera porcje, które starczyły by dla wszystkich, gdyby tylko ludzie zechcieliby się podzielić.

To swego rodzaju metafora klas społecznych. Podczas gdy brzuchy tych na górze pękają z przejedzenia, klasy niższe skubią resztki, oblizują kości, a ci najwyżej, stanowiący największą liczbę nie dostają nic. Dodatkowo nikt tak naprawdę nie wie jak żyje się tym na dole, do póki sam tam nie trafi. Więźniowie nie wiedzą ile jest poziomów. Nikt nie myśli o nikim za wyjątkiem siebie. Zjedzenie współlokatora? To tylko sposób na przetrwanie. Nie istnieje tu kategoria zbrodni. Zmiana punktu widzenia z wyżyn na niziny nie zmienia zachowania. To naprawdę świetny obraz naszego społeczeństwa.

Środki przekazu są dość konkretne, proste. Ktoś może stwierdzić, że wykład jest zbyt łopatologiczny, ale brutalność w formie, jest konieczna. To rzucenie prawdy między oczy. Film bardzo na czasie. Zasoby się zmniejszają, a apetyty wciąż rosną. Zwiększające się obszary biedy generują coraz większą bezwzględność. Poczucie zagrożenia o własny byt. Rosnący apetyt budzi  coraz większą roszczeniowość. I tak w kółko, jak z jazdą na platformie.

To film do dyskusji, w mniejszym stopniu do rozrywki. W mojej ocenie jako produkcja filmowa spełnia wszystkie wymogi dobrego kina. Przemyślany scenariusz, ciekawy narracja, technicznie i obsadowo bez zarzutów.

Jeśli nie boicie się takie zderzenia z rzeczywistość, zapraszam do Dziury.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła: 9

Klimat:8

Napięcie:8

Zaskoczenie: 7

Zabawa:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:8

To coś:9

76/100

W skali brutalności: 3/10

Była sobie terapeutka

Terapeutka – Bev Thomas

Ruth Harland jest terapeutką z dwudziestopięcioletnim stażem. Pracuje z pacjentami i przewodzi ośrodkowi leczenia traumy. Jest rozwódką i matką dorosłych już bliźniaków. Przed dwoma laty, jej syn Tom przepadł bez wieści. Teraz w pewnym sensie powrócił. Powrócił pod postacią pacjenta, Dana, któremu Ruth chce za wszelką cenę pomóc. Gdyby tylko wiedziała kim jest w rzeczywistości…

Rzadko kiedy trafiam na książki napisane jakby specjalnie z myślą o mnie. Spełniające moje wysokie oczekiwania w kwestii standardów wprowadzania wątków psychologicznych. Zdarza się to w dwóch przypadkach. Kiedy autor pisze o zaburzeniu, na które sam cierpi, lub gdy autor posiada specjalistyczną wiedzę w tej dziedzinie dzięki styczności z osobami chorującymi. I nie chodzi o styczność z rodzaju: dziś w markecie spotkałam wariatkę.

Tak się składa, że Bev Thomas autorka „Terapeutki”, sama terapeutką jest. I to się kurczę czuje. Czuje od pierwszych stron i czuje przez całą powieść.

W związku z tym słyszałam o książce wiele krytycznych opinii. Większość dotyczyła właśnie zarzutu o zbyt naukowe podeście do fabuły. Kurczę, a jakie ma być? Czy książkowy thriller musi porażać naiwnością?

Nie znoszę wodolejstwa, nie znoszę, gdy autor porywa się z motyką na słońce i prawi o czymś, o czym nie ma pojęcia. Jestem na to uczulona. Ile razy spotkałam się z książkami, które portretują np. dzieci z autyzmem (tak, miejsce trzecie w Top DSM zaraz obok schizofrenii i osobowości mnogiej),  jako posiadające nadprzyrodzone moce, które ni z gruchy ni z pietruchy zaczynają recytować Tybetańską Księgę Umarłych, z którą styczności nigdy nie miały, albo wyginają widelce siłą umysłu. Później przychodzi do gabinetu psychologa rodzić z diagnozą od psychiatry: autyzm dziecięcy. Wystraszony, przejęty i zażenowaniem przyznaje, że nie zauważył takich to, a takich, objawów u swojego dziecka. A skąd pomysł, że takie to, a takie, objawy dziecko powinno mieć? Możesz zapytać ze zdziwieniem, ale już wiesz, już kurczę wiesz, co usłyszysz w odpowiedzi. Bo w takim, a takim, filmie, lub takiej, a takiej, książce było takie dziecko i ono… 

Dlatego właśnie beletrystyka potrzebuje autorów świadomych tego, o czym piszą. Nawet jeśli dla kogoś będzie to zbyt trudne w odbiorze i mało rozrywkowe.

Dla mnie „Terapeutka” była rozrywką wciągającą, absorbującą i pouczającą. Narratorka i bohaterka w jednej osobie wpada kolejno we wszytki pułapki jakie może na nas zastawić nasz własny umysł i wygenerowane przez niego subiektywne odczucia.

Na początek obraz jej relacji z dziećmi. Rodzicielska rozpacz, gdy nie rozumiesz i nie potrafisz pomóc własnemu synowi. Wykręcony model macierzyństwa, matka kwoka, matka helikopter – jakby napisali na blogu pateringowym. Gdzieś w tym wszystkim bezradnie kołujący mąż, nie dość światły by brać jego zdanie pod uwagę. I drugie dziecko, dziecko bohater, wychowane w poczuciu winy za to, że ‚jest normalne’. Wreszcie praca, cholernie obciążająca praca. Rola gąbki wchłaniającej ludzkie łzy.

Seria zdarzeń sprawia, że gąbka traci chłonność i wszystko się wylewa. Ruth traci czujność wobec nowego pacjenta. Chce mu pomóc, bo widzi w nim swojego syna. Przeniesienie level hard. Zaczyna łamać procedury, naginać się, ustępować. Traci ostrość widzenia. Zostaje wywiedziona w pole. Cienka linia pomiędzy skrzywdzonym dzieckiem, a socjopatą zostaje zatarta. Ruth wpada. Mimo całego doświadczenia, całej wiedzy, instynktu i wszystkich przymiotów dobrego specjalisty, daje ciała. Wobec emocji jesteśmy bezbronni. A historia antybohatera, cała jego postać? Precyzyjnie zakreślona, wnikliwa. Terapeucie może się wydawać, że ze swojego miejsca widzi wszystko, widzi więcej, to on udostępnia pacjentowi wgląd w jego emocje. Ale co jeśli patrzy pod złym kątem? Jeśli nie zauważy zacienionego obszaru?

Kurczę, ale to było dobre.

Moja ocena: 9/10

Polski camp slasher

W lesie dziś nie zaśnie nikt (2020)

Grupa młodzieży uzależnionej od nowych technologii bierze udział w wędrownym obozie ‚Adrenalina’, gdzie pośród lasu mają odkryć zalety życia poza cyberprzestrzenią. Na miejscu zostają przydzieleni do mniejszych, pięcioosobowych podgrup i puszczeni w las. Do grupy opiekunki Izy należy Aniela, Zosia, Julek, Daniel i Bartek. To właśnie oni będą mieli szczęście dowiedzieć się, czym jest prawdziwa adrenalina, gdy na swoim szlaku spotkają Podlaskiego Jasona.

Wyznaczona na piątek trzynastego data premiery „pierwszego polskiego slashera” ewidentnie przyniosła mu pecha. Po pokazie prasowym zdecydowano o przesunięciu premiery na czas bliżej nie określony, po czym Netflix ogłosił: bierzcie i oglądajcie, przez co nie wiadomo, czy film dostąpi zaszczytu zagoszczenia na wielkim ekranie. Nastroje w kraju są takie, a nie inne i nikt chyba nie myśli już o wypadach do kina. Wystarczającej adrenaliny może dostarczyć przejazd PKS’em do najbliżej Biedronki. Ale do rzeczy.

Może na wstępie coś powinniśmy sobie wyjaśnić. „W lesie dziś nie zaśnie nikt” nie jest pierwszym polskim slasherem. Sama pisałam już o przynajmniej dwóch, a wrodzona skromność;) nie pozwala mi wnioskować, że obejrzałam wszystko w tym gatunku. Mieliśmy klawy „Piotrek 13ego” i „Gdzie diabeł mówi dobranoc. Obydwie offowe produkcje przypadły mi do gustu bardziej niż dzieło Bartka Kowalskiego. Owszem obydwie szły bardziej ewidentnie w stronę pastiszu aniżeli horrorów na serio, ale nie zmienia to faktu, że „W lesie…” też nie da się odebrać na poważnie.

Kowalski podkreślał niewielki budżet filmu, ale akurat te rzeczy, które bolały mnie w odbiorze produkcji najbardziej były od budżetu niezależne. Film może razić kiepską jakością zdjęć, czy efektów, może razić chałupniczą charakteryzacją, ale wszystko to zostanie rozgrzeszone jeśli pomysł będzie dobry, a scenariusz przemyślany i dostosowany do budżetu.

Początek filmu jest wcale nie głupi. Klasycznie camp slasherowy. Idziemy w las z archetypowymi bohaterami tego rodzaju produkcji. Widzimy pierwszą śmierć, pierwszego protagonisty. Aj, taki ukłon w stronę którejś z części „Piątku 13ego”. A później wszytko zaczyna się sypać. Scenarzystę przywiązali do drzewa i porzucili.

Co wyróżniało najlepsze slashery spośród całej masy hurtowo produkowanych filmów klasy B? Postać Final Girl, historia antagonisty i sceny mordów. Te ostatnie wcale nie musiały być szczególnie krwawe, liczyło się to by zabić w nowy, totalnie odjechany sposób. Tymczasem o ile pierwszy z listy zgonów, zgon można uznać za swego rodzaju hołd na otwarcie o tyle cała reszta jest już kalkowaniem, odhaczaniem kolejnych tytułów. Ty zginiesz jak w „Teksańskiej masakrze...”, a ty jak we „Wrong turn„. Żadnej własnej myśli twórczej.

Czas na Final Girl. Zgodnie z moimi przewidywaniami jest nią Zosia. Ta nieuczesana i źle ubrana. Rozpoznacie w niej Wieniawę z której zdarto cały glamour i kazano jej być aktorką. Pytanie za milion: Co Zosia robiła na obozie offline’owym? Jej naiwnie sentymentalna historia nijak nie prowadzi ja do miejsca przeznaczenia. SPOILER: Twoja rodzina zginęła straszną śmiercią? Jedz na obóz z dzieciakami uzależnionymi o youtube’a, to Ci dobrze zrobi.KONIEC SPOILERA. Czy ktoś zadał sobie choć odrobinę trudu by trzymało się to kupy? Wątpię.

Czas na antagonistę, a właściwie antagonistów, dwóch, żeby było na bogato. Charakteryzacja? Widzieliście „Topór”? No to wiecie jak wyglądają polscy Jason’owie. Znowu brak myśli twórczej.

Za to urąganie za brak inwencji pokarało mnie w momencie, gdy przedstawiona mi została biografia owych’ Toporników’. Tu pojechali po bandzie. Pojechali tak, że nie jestem w stanie wymyślić głupszej i bardziej absurdalnej historii ‚narodzin leśnego zła’. Była za to okazja do zużycia resztek budżetu, który został po wypłaceniu gaży Wieniawie i Gosiewskiej, na efekty komputerowe. Tak, mamy scenę otwierającą z „Prometeusza” w wersji Kowalski i s-ka.

Fabuła. Fabuła jak wspomniałam bazuje na schemacie camp slashera, jednak zamiast z tego nurtu czerpać co najlepsze, konsekwentnie zbiera wszystkie poprodukcyjne odpadki. Wytrwale przeczy logice i olewa związki przyczynowo skutkowe. Przypomina to gotowanie zupy z tego co akurat zostało w lodówce. Ten przepis raczej nie trafi do master chef’a.

Mam świadomość tego, że pomijając  kwestie telefonu, czy wątek spotkania Bartka z księdzem, większość fabularnych luk wynika z grubych montażowych cięć. Na zasadzie: To się wyjebie, nikt nie zauważy różnicy, a przyoszczędzimy trochę czasu. Błąd. Horrory to nie filmy dla idiotów.

Czy było tam coś dobrego? Na osłodę powiem, że: Tak, początek był obiecujący. Niektóre żarty się udały. Zosia do Julka: Julek, a ty umiesz biegać? 🙂 Uśmiechnęłam się. Wieniawa wcale nie zagrała najgorzej. Nagroda Złotego Drąga przypada Gośiewskiej. Jej występ uporczywie nasuwał mi skojarzenie z rolą Paris Hilton w „Domu woskowych ciał”. Nie nudziłam się, to też plus.

Tak czy owak, potwierdziło, się moja myśl: Polacy nie potrafią robić amerykańskich horrorów. Mimo tego seans z „W lesie dziś nie zaśnie nikt” uważam za pozycję obowiązkową. Może być ku przestrodze, albo z pobudek patriotycznych;)

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:4

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie: 5

Walory techniczne: 6

Aktorstwo: 6

Oryginalność:3

To coś:4

46/100

W skali brutalności:2/10

Klątwa wiecznie żywa

The Grudge/ The Grudge: Klątwa (2020)

Jest rok 2006. Owdowiała policjantka i samotna matka czterolatka, detektyw Muldoon przeprowadza się do małego amerykańskiego miasta i rozpoczyna pracę. Tajemnicza śmierć i przeklęty dom idą na pierwszy ogień. Śledztwo prowadzi ją w głąb przesądów i wierzeń rodem z Japonii.

Pamiętacie wielki boom na skośne kino grozy, który rozpoczął się wraz z wejściem w XXI wiek? Wszystko zaczęło się od japońskiego „The Ring” i od tamtej pory czarnowłose i bladolice zjawy szturmowały serca wielbicieli horrorów. Sama byłam jednym z takich widzów. Poszukiwałam coraz to nowszych, bardziej wykręconych filmowych tematów. Nawet jeśli japońska kultura nie była dla mnie do końca zrozumiała to uwielbiałam klimat tych obrazów. W swoich poszukiwaniach oddalałam się coraz bardziej na wschód od Japonii, aż w końcu trafiłam na kino południowo koreańskie i moje serce tam już zostało.

Kiedy w ubiegłym roku ktoś wpadł na pomysł by odgrzać franczyzę „The Ring” – I powstał „The Rings – kwestią czasu był następny ruch, czyli ruszenie franczyzy drugiego najpopularniejszego przywleczonego z Japonii straszaka, „Klątwa”.

„Klątwy” jakoś nigdy nie polubiłam. Szczególną animozją darzyłam jej amerykański remake. Chyba nawet nie pofatygowałam się z jego recenzją. Nie mniej jednak staram się oglądać nowości, chociażby po to żeby Wam o nich pisać. Dlatego też zmęczyłam nową „Klątwę”, a nowa „Klątwa” mi się odwzajemniła i zmęczyła mnie.

Fabułą stara się być skomplikowana. W jej centrum stoi para detektywów. Jeśli ktoś zechce przeanalizować ich losy dojdzie do wniosku, że mają przesrane. Nieprzepracowane traumy, żałoba. Ona straciła małżonka, on matkę i kumpla. Co więcej kumpla stracił na rzecz przeklętej chaty. Za chwilę pojawi się też agent nieruchomości, który też ma przesrane, bo też wszedł do niewłaściwego domu. Przesrane ma też pewna kontrowersyjna kobieta pomagająca ludziom umrzeć. Przesrane ma też ta, której ma w śmierci pomóc, a także jej mąż. Wszyscy mają przesrane, co tu dużo mówić.

Ale zaraz, skąd w amerykańskiej mieścinie japońska klątwa? Już na początku filmu dowiadujemy się, że wszystko zaczęło się od Pani Landers, która przywlokła japońskiego syfa z przeklętej chaty, którą widzieliście w remake „Klątwy” z 2004 roku. Wszystko jest jasne i pozostaje nam tylko śledzić to, jak bardzo wszyscy mają… co? Przesrane.

Film wyładowany jest tym, co wielbiciele mainstreamu lubią najbardziej, czyli jump sceare, potocznie zwanymi przeze mnie skocznymi scenkami. Wszystko odbywa się w bardzo standardowym stylu. Oglądałam to tak, jednym okiem, drugim układając puzzle z puchatymi kotkami.

Do większego zaangażowania w seans zmusiły mnie dopiero popisy pani Matheson. To jedyny wart wyróżnienia punkt programu. Pierwsza babcia horroru, czyli Lin Shaye jak zwykle po mistrzowsku pozamiatała temat. Poza tym film bardzo średni i zbędny jeśli idzie o moje zdanie.

A teraz najlepsze: Wiecie kto go zrobił? W życiu bym nie zgadła. Nicolas Pesce, który tak przepięknie wyszedł poza ramy Hollywood swoim „Oczy matki„.

Kurczę, gdyby facet pozwolił sobie na przedstawienie sprawy „Klątwy” od bardziej psychologicznej strony. Jako zjawisko dziedziczenia traumy, obłęd udzielony, masową histerię ludzi zepchniętych w ciemność. Ależ by to było smaczne. Nie mógł? Nie potrafił? Nie pozwolono mu?

Tak, zgromcie teraz gościa, zjedzcie go żywcem w podzięce za ten upadek. Kiedy rozważałam to, ilu zajebistych, nieszablonowych twórców przeszło na kasówki doszłam do wniosku, że wolę jednak trzymać się nadziei, że to nie zmiana stylu tylko jednorazowy skok na kasę. W końcu musi za coś kręcić swoje pomysły, a takie przedsięwzięcia jak sequele remake’ów upaćkane efektami i skrojone na miarę masowego gustu są jednak solidnie wynagradzane przez wytwórnie.

Tak więc, Panie Pesce, czekam co teraz zmajstrujesz za ten hajsik 🙂

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne: 7

Aktorstwo:6

Oryginalność: 3

To coś:4

49/100

W skali brutalności: 1/10