Archiwum autora: ilsa333

Run Chloe, run

Run (2020)

Chloe porusza się na wózku, co może utrudnia jej funkcjonowanie, ale nie pozbawia marzeń o życiu normalnej nastolatki. Dziewczyna marzy o studiach na uniwersytecie stanowym i wyrwaniu się spod skrzydeł  nadopiekuńczej matki. Pewnego dnia przypadkowo odkrywa coś co nie tylko kładzie się cieniem na zaufaniu wobec mamy ale także całkowicie pozbawia ją poczucia bezpieczeństwa.

Moi Drodzy, wreszcie mam co polecić. Ostatnia filmowa posucha została przerwana przez Aneesha Chaganty’ego, twórcę bardzo dobrego Searching“, który proponuje widzowi historię wyjątkowo toksycznej relacji w swoim najnowszym thrillerze “Run”.

  Tu muszę Was ostrzec, że dalsza część recenzji zawierać będzie sugestie, które można uznać za spoiler. SPOILER: Kojarzycie historię Gypsy Rose Blanchard? Dziewczyna przez 20 lat była ofiarą zastępczego zespołu Münchhausena, na który chorowała jej matka. Kobieta wmawiała dziecku choroby, niektóre sama wywoływała, przed światem stawiając się w roli matki upośledzonego dziecka. W końcu dziewczyna dorosła i zbuntowała się. Spokojnie można powiedzieć, że stała się morderczynią. KONIEC SPOILERA.

Nawet bez znajomości prawdziwej historii przytoczonej w spoilerze szybko nabierzecie pewności jaki kierunek obierze fabuła. Filmowego antagonistę możecie wskazać bez mrugnięcia okiem, a obraz dochodzenia do prawdy jakie podejmuje ofiara będzie dla Was drogą oczywistą. Nie znaczy to jednak, że śledzenie rozwoju wydarzeń będzie wiązał się z nudą. Co to to nie. Pomysłowość scenariusza przekładająca się na pomysłowość bohaterki zapewni rozrywkę i zbuduje napięcie wokół sytuacji.

Aktorski duet dobrze znanej z serii American Horror Story Sary Paulson oraz debiutującej w fenomenalny sposób Kiery Allen pomoże Wam zaangażować się w historię. Film ogląda się naprawdę świetnie, choć w porównaniu z bardzo nowatorskim w formie “Searching” może wydawać się skromny i tradycyjny to osobiście uważam, że spodoba się większości widzów.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła: 8

Klimat: 8

Napięcie: 8

Zabawa:9

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo: 9

Oryginalność:6

To coś: 7

70/100

W skali brutalności:1/10

Człowiek wilk

Sfora – Przemysław Piotrowski

W Zielonej Górze ponownie dochodzi do zbrodni. W oczach zwykłych obywateli za brutalny, nacechowany kanibalistycznie mord na zakonnicy musiał odpowiadać nie człowiek, a wilkołak. Rozpoczyna się obława, której przywodzić będą Igor Brudny i inspektor Czarnecki, odpowiedzialni za schwytanie Rzeźnika z Nietkowa.

Przemysław Piotrowski szturmuje polski rynek wydawniczy z pomocą historii w której zbrodnia początkowo brana za nadprzyrodzoną okazuje się dziełem człowieka. Najczęściej człowieka bardzo zranionego, którego społeczność w której żył uczyniła potworem i to niekoniecznie w metaforycznym ujęciu.  Myślę, że jest to prawidłowość która utrzyma się w całym cyklu wydawniczym. Jest to jej znak rozpoznawczy i cecha wyróżniająca.  W pierwszej części serii pt. “Piętno” poznajemy komisarza Igora Brudnego, który zmuszony jest zmierzyć się z demonami przeszłości powracając do Zielonej Góry i tropiąc człowieka odpowiedzialnego za serię zabójstw. Po rozwiązaniu jednej sprawy szybko zmuszony jest do zaangażowania się w kolejną. Przeszłość wyraźnie się o niego upomina i nie ustępuje.

To co najbardziej frapuje w w prozie autora to jego umiejętność budowania historii, wspartej na solidnych fundamentach. Jako dziennikarz kryminalny odrobił lekcje więc cały obraz dochodzenia przedstawiony jest w sposób nie urągający wiarygodności. Do tego dochodzi nieźle wykreowani bohaterzy i dobre pomysły na zagadki – a jak wiadomo bez tego nie da się napisać dobrego kryminału. To co powinno poruszyć, poruszyło, to co powinno wystraszyć, wystraszyło. Klimat opowieści: surowy, zimny świetnie koresponduje z treścią. Warunek jest jedne: musicie lubić kryminały.

Moja ocena: 7+/10

Dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

Chcemy zobaczyć wiedźmę

Blair Witch (2016)

James Donahue był dzieckiem, gdy jego siostra Header zaginała w lasach Maryland. Po latach jako młody mężczyzna natrafia w sieci na nagranie, kręcone w miejscu zaginięcia jego siostry. Dostrzega na nim Header. Zebrawszy grupę śmiałków wyrusza w ślad za nią prosto do lasu Black Hills rzekomo nawiedzonego przez wiedźmę z Blair. Jego dziewczyna Lisa, dokłada starań by każdy fragment ich wycieczki został udokumentowany.

Przegapiłam ten film. Może dlatego, że mimo całego szacunku jakim darzę “The Blair Wicht Project” nie jestem jego oszalałą fanką czekającą na kolejny sequel. I mało we mnie wiary w sequele tak ogólnie. Ostatnio trafiłam na DVD w empiku za całe siedem zeta to wzięłam, myślę, obadam. Przed seansem stosownie się najeżyłam i wyczekiwałam porażki, a tu proszę, całkiem przyzwoite filmidło. Nie piszę tego by wkurwić ortodoksyjnych głosicieli glorii “Blair witch project”, zwyczajnie uważam, że film ma sporo zalet.

Korzysta ze spuścizny swojego poprzednika, ale idzie też do przodu. Mówiąc metaforycznie wchodzi w większą gęstwinę. Bardziej zaawansowane technologie, więcej bohaterów, więcej dynamiki w zdarzeniach i więcej dosłownych konfrontacji. Ingerencja paranormalnej siły w życie bohaterów się znacznie nasila. Wiedźma wywołuje u bohaterów halucynacje, wpływa na czas i w końcu zabija pod okiem kamery. Może to chwyty tanie, ale przeprowadzone dosyć sprawnie i uatrakcyjniające seans komuś komu nie wystarcza widok ludzi błądzących po lesie by wreszcie wyparować jak sen złoty.

Twórcy sprawnie manipulują klimatem za sprawą warstwy wizualnej i dźwiękowej, stopniują napięcie dzieląc film wyraźnie na dwie części: przyjemny spacer po lesie i totalny schiz wymykający się poza kontrolę. Można lubić, można nie lubić. Nikogo nie namawiam, ale zerknąć można.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:6

Zaskoczenie:5

Zabawa: 7

Walory techniczne: 8

Oryginalność: 4

To coś:6

51/100

W skali brutalności: 2/10

Narodziny Draculi

Dracul – Dacre Stoker, J.D.Barker

Irlandia, XIX wiek. Siedmioletni Abraham Stoker cierpi na nieznaną chorobę, która w każdej chwili może spowodować jego śmierć. Ulgę w dolegliwościach przynosi mu tylko obecność niani, tajemniczej Ellen Crone. Dobrodziejska działalność kobiety ma jednak swoją mroczna stronę, która może zagrozić zarówno chłopcu jak i całej jego rodzinie. W końcu kobieta ‘znika’, by ‘powrócić’ po przeszło dziesięciu latach i na nowo wprowadzić zamęt w życiu Stokera.

Dobrze widzicie, bohaterem powieści “Dracul” jest nie kto inny jak Bram Stoker autor “Draculi”  i przodek Dacre’a Stokera.

Przyznam, że miałam spore wątpliwości względem pomysłu przywołania ducha “Draculi” przez współczesnego autora. Wiecie jak to jest z przywoływaniem duchów – ma przyjść ukochana babcia, przychodzi jakaś poczwara z piekła i psuje meble;) Obawiałam się karykatury Draculi z rodzaju filmowego “Dracula 2000”, albo jeszcze gorzej. Moje katastroficzne wizje spowodowały odwlekanie lektury w czasie, by nie psuć celebrowanego w mojej świadomości obrazu oryginału. W końcu się przełamałam i wiecie co? Książka okazała się nie tylko dobra, a nawet bardzo dobra. Nie dziwi mnie to, że wytwórnie filmowe rzuciły się na prawa do ekranizacji – wyścig wygrał Paramount i to w przedbiegach, bo jeszcze przed premierą powieści. Tak więc wypatrujcie filmowego “Dracula”.

Książka ma formę powieści epistolarnej co jest pierwszym odwołaniem do oryginału. Czytamy tu korespondencję i zapisy z dzienników bohaterów. Wyłania się z tego historia,  jak twierdzi, autor ma swoje poparcie w prawdziwych wydarzeniach. Do wiary w to nie jestem skłonna, ale muszę przyznać, że sprawa została rozegrana na tyle sprawnie, że mamy wrażenie, że oto dokopaliśmy się do skały, u stóp której wybiło źródło inspiracji najsłynniejszej powieści wampirycznej w dziejach literatury. Możemy się dowiedzieć, kto jest kim. Dajmy na to sama postać Johnatana Harkera –  to nasz Bran, Mina to jego siostra Matylda etc.

Dacre Stoker pracując wspólnie z Barkerem bazował na zapiskach autora “Draculi” i korzystał z tej samej, powiedzmy, bazy danych. Tak powstał można rzecz prequel “Draculi” w postaci “Dracula”. Autorom udało się oddać klimat XIX wiecznej opowieści grozy, co jest chyba największą zaletą powieści. Książka jest dopracowana i przemyślana. Mogę ją polecić z czystym sumieniem, co nie da się ukryć jest dla mnie ulgą.

Moja ocena: 7+/10

Dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

Making a Murder po szwedzku

Seryjny morderca/ Quick – The perfect patient (2019)

Dziennikarz śledczy Hannes Råstam interesuje się sprawą jednego z najsłynniejszych skandynawski seryjnych morderców Thomasa Quicka. Wraz ze współpracownicą dokonuje kolejnych odkryć które jednocześnie stawiają sprawę skazańca w nowym świetle jak i rzucają cień na działalność szwedzkiego wymiaru sprawiedliwości i organów ścigania.

Thoms Quick, a raczej Sture Ragnar Bergwall, bo tak naprawdę nazywał się mężczyzna został skazany za osiem morderstw. Odbywając leczenie w szpitalu psychiatryczny, począwszy od 1992 przyznał się do 30 zabójstw. Pierwszą z jego ofiar miał być nastolatek imieniem Thomas skąd Quick zaczerpnął pomysł na nowe imię. W roku 2008 zaczął wycofywać swoje zeznania pod wpływem rozmów z dziennikarzem Hannesem Råstam.

Bardzo trudno będzie mi napisać cokolwiek o tym filmie nie używając spoilerów. Mogłabym co prawda liczyć, że są wśród Was zapaleńcy śledzący wszelkie kryminalne podcasty i już od dawna jest wam znana sprawa Quicka. Z drugiej strony, nie chcę Wam psuć radości z seansu, gdyby jednak okazało się inaczej.

“Seryjny morderca” to fabularyzowana wersja prawdziwej historii. Z pewnością wiele jej elementów zostało zmienionych na potrzeby scenariusza i po filmowemu uatrakcyjnionym, nie mniej jednak mamy tu do czynienia z produkcją basted on true events.

Sama sprawy Quicka nie znałam i będę musiała to nadrobić. Sam film tylko zaostrzył mój apetyt. Historia jest NIESAMOWITA. Sama nie mogę wyjść z podziwu jak mogło dojść do czegoś takiego. Jeśli zainteresował Was serial dokumentalny, który notabene gorąco tu polecałam, “Making a murder” to przypadek Quicka z pewnością przykuje Waszą uwagę. Jaki by nie była produkcja Mikael’a Hasfstroma warto ją obejrzeć dla samych wydarzeń jakie opowiada. Jest to typowy przykład na poparcie słów Twain’a o prawdzie dziwniejszej od fikcji.

Co do oceny samego filmu jest to porównałabym go do “Zodiaka”. Porównałabym na zasadzie wspólnych elementów, ale już nie koniecznie na podstawie jakości. Nie ma tu Jake Gylenghalla, więc o czym my mówimy;) 

Filmowa narracja nie wszystkim przypadnie do gustu, bo nie mamy tu do czynienia z prostą liniową opowieścią, która będzie jasna i klarowna niezależnie od naszego  zaangażowania w jej śledzenie. Fabuła rozkręca się powoli i przypomina to stopniowe rozplątywanie się kłębka wełny. Mniej więcej po połowy filmu należy wykazywać cierpliwość w oczekiwaniu na punkt kulminacyjny. Przyjdzie czas na zbieranie szczęki z podłogi i pytania “Ale jak to?”.

Aktorsko film solidny i tu wyróżnić mogę nie tylko odtwórcę roli tytułowego mordercy, ale i pana dziennikarza. Zadbano o rozwiniecie wątków osobistych więc nie mamy tu do czynienia z czystej próby filmem udającym dokument. Jest to raczej, tak jak wspomniałam, fabularyzowana wersja prawdziwej historii. Technicznie nie spodziewajcie się wielu atrakcji, bo nie ma tu na to przestrzeni. Gatunkowo wpasowano go w thriller, ale z napięciem różnie tu bywa, nie mniej jednak wart obejrzenia.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:8

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:9

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:7

66/100

W skali brutalności: 1/10