Archiwum autora: ilsa333

KONKURS PATRONACKI

„Próba Sił” – T. S. Tomson  – KONKURS

Drodzy Parafianie, jak już wiecie podjęłam się kolejnego patronatu. Z uwagi na to, że książka, na której zdecydowałam się przybić czerwoną łapkę Biblii Horroru jest debiutem polskiego autora myślę, że warto byście go trochę poznali.

W porozumieniu z Tomkiem i jego wydawcą mam dla Was KONKURS, w którym możecie zgarnąć trzy egzemplarze powieści „Próba sił”, której premiera zbliża się wielkimi krokami. Jeśli macie chrapkę na własny egzemplarz zapraszam do udziału. A Waszym zadaniem jest:

1. Polubienie fanpage Biblii Horroru na fejsie, o ile jeszcze tego nie uczyniliście

2. Polubienie fanpage autora

3. Udostępnienie na swojej tablicy posta konkursowego

i najważniejsze:

4. Przesłanie w komentarzu, na blogu lub na jego fanpage pod postem konkursowym pytania do debiutującego autora „Próby sił”. Pytajcie o co chcecie, na ile Wam starczy wyobraźni. Najlepsze pytania zostaną nagrodzone książką i umieszczone w wywiadzie, który opublikuję na blogu.

Wyniki konkursu przyniesie Wam św. Mikołaj 6 grudnia br. czyli dokładnie w dniu premiery książki.

 

To nie jest magia

Magic/ Magia (1978)

Charles ‚Corky’ Withers jest aspirującym iluzjonistą. Niestety mimo wytężnej pracy na swoim warsztatem jego pierwszy poważny występ kończy się fiaskiem. Za radą swojego mentora ‚Merlina’ postanawia uatrakcyjnić swoje występy.

Odpowiedzią na potrzeby publiczności okazuje się zaangażowanie do show kukiełki. Teraz Corky jest już nie tylko magikiem, ale i brzuchomówcą. Agent Corky’ego wróży mu wielką karierę jednak ten postanawia skryć się w miejscu, gdzie spędził dzieciństwo by tylko z lalką o imieniu Fat’s dzielić swoją tajemnicę.

Legenda głosi, że to właśnie film Richarda Attenborought’a pt. „Magia” zainspirowała Metallice do stworzenia kawałka „Sad but true”. Z uwagi na to, że Kirk jest wielkim fanem filmowych horrorów wcale mnie to nie dziwi.

Scenariusz filmu bazuje na nudnawej – zdaniem wielu -powieści Williama Goldmana. Czy nudnawa, czy nie, apetyt na zrealizowanie filmowej wersji powieści miał podobno sam Spielberg, ale Attenborought go ubiegł.

„Magia” jest też uważa na prekursora „Laleczki Chucky”, ale spokojnie, to historia w zupełnie innym tonie.

Nie jest to produkcja zbyt rozrywkowa. To miejscami ciężkawy horror psychologiczny, w którym stracha ma napędzić nie tyle demoniczne oblicze lalki, co obłęd głównego bohatera.

A w głównego bohatera wciela się nikt inny a młodziutki jak szczypiorek na wiosnę Anthnhy Hopkins. Tak młodego Lectera to jeszcze nie widziałam;)

W roli Corky’ego wypada przepysznie. Jego charyzma jest tu jeszcze nieśmiała, ale już daje o sobie znać. Hopkins bez trudu dźwiga cały ciężar dramaturgii tkwiący w tej opowieści.

Film jest pozbawiony większej gwałtowności, przynajmniej do póki nie znajdziemy się w odpowiednim punkcie. Nie mamy tu więc wielu atrakcji chyba, że będzie nią dla Was samo baczne przyglądanie się przesłankom szaleństwa.

Przedmiotem całej sprawy jest relacja naszego bohatera ze swoim drugim ja. Nieśmiertelny motyw doktora Jekylla i mr. Hyde’a. Pojawiają się bohaterowie poboczni, jak sympatia z dzieciństwa kipiąca infantylnością i niczego nie świadoma, oraz Ci którzy próbują interweniować by wyciągnąć Corky’ego z paszczy szaleństwa.

Film ma bardzo przyjemnie nieprzyjemny klimat i ogląda się go bardzo dobrze. Pytanie tylko czy ton ten opowieści trafi w potrzeby temperamentu danego widza. Z tym, to już może być różnie, ale ja klasykę zawsze polecam, bo warto znać.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:9

Oryginalność:7

To coś:7

67/100

W skali brutalności:1/10

Powrót czerwonego balonika

It: Chapter two/ To: Rozdział 2

Minęło 27 lat odkąd siedmioro dzieciaków z Derry zmierzyło się upiornym klaunem z kanałów pod miastem. Billy, Beverly, Ben, Stan, Richie, Eddie i Mike wyszli z potyczki z Pennyvise’m cało i doczekali dorosłości. Niestety zła nie da się zabić tak do końca, ono zawsze znajdzie drogę powrotną. Można tylko uciec i zapomnieć, jak uczynili to członkowie ‚klubu frajerów’.

Mike, który jako jedyny pozostał w Derry , w 27 lat od momentu starcia telefonuje do swoich przyjaciół informując ich, że To wróciło. Przyjaciele zobowiązani solenną przysięgą przybywają do Derry by jeszcze raz podjąć rękawice.

O ile bohaterzy filmu „To” (2017)  na wielki come back ‚Tego’ musieli czekać 27 lat, o tyle filmowcy uwinęli się z tematem w dwa lata i widzowie mogą już cieszyć się z kontynuacji historii. Czy faktycznie mamy powody do radości, to już kwestia indywidualna;)

Tak, jak przewidziałam pisząc o ‚rozdziale pierwszym‚, segment drugi traktuje o dorosłych wersjach małych bohaterów i ich powrocie do krainy dzieciństwa.

Mike jako jedyny pozostał na miejscu, niby strażnik gotowy zaalarmować oddział gdy tylko parszywiec Pennywise wychyli się z kanału. Jedyny czarnoskóry członek klubu frajerów nie zdołał ułożyć sobie życia, wciąż ślęczy nad książkami łącząc etat bibliotekarza z prywatną paranoją na punkcie Pennywise’a. Włosy Beverly nadal płoną, ale niestety jej serce zapłonęło do mężczyzny będącego swoistym klonem jej psycho tatusia. Beverly z ochotą wraca do przyjaciół z dzieciństwa, wciąż nie łapiąc czyje serce spaliła w zimowym ogniu. Hipochondryczny Eddie pochował nadopiekuńczą matkę dzięki czemu wyfrunął z gniazda wprost do sektora finansowego. Richie został mało zabawnym, ale bogatym komikiem i do Derry wrócił wypasioną bryką. Bill, który zapoczątkował krucjatę w ’89 został poczytnym pisarzem, któremu sam Stephen King wytknie skłonność do kiepskich zakończeń. Dorosły Ben został architektem i … ciachem. Spektakularna metamorfoza jego powierzchowności z tłustego cielaka i zgrabnego byczka robi na jego przyjaciołach większe wrażenie, niż CGI na widzach „TO: Rozdział 2”. Zabrakło tylko Stana, ale o nieobecnych nie mówimy;)

Wbrew moim założeniach kontynuacja filmu nie trzyma się tak mocno czasów współczesnych. Widz co i ruch przenoszony jest do lat ’80, za sprawą maniakalnie stosowanych retrospekcji. Może gdyby nie to, film nie byłby takim molochem. Szczęśliwie owe retrospekcje nie są kadrami wyciętymi z jedynki i odtworzonymi raz jeszcze, a fragmentami do tej pory nie prezentowanymi widowni. Pojawiają się ilekroć luki w pamięci dorosłych egzemplarzy frajerów uzupełniają się o nowe informacje z przeszłości. Dla twórców filmu stanowią też doskonały pretekst do rzucenia widzowi w twarz kolejnej porcji efektów.

Tak, efekty. Efekty są tym czym żyje „To: Rozdział 2”, czym oddycha. O komputerowo wygenerowanych maszkar i wszelkich potworności jest aż duszno, aż gęsto. Nie podobało mi się to. Obraz jest przeładowany  jump scenami, a to zawsze daje efekt odwrotny od zamierzonego.

Gwiazdorska obsada radzi sobie całkiem nieźle, choć jak dla mnie trochę ich skrzywdzono dialogami. Masa patosu, infantylność, inteligencja zdecydowanie poniżej przeciętnej. Ponownie najbardziej podobał mi się Pennywise, dopóki nie władowali mu w dupę rażącej porcji CGI. Po tym gwałcie nie jest już taki sam, a szkoda.

Reasumując, film sobie obejrzałam i o tyle. W porównaniu z pierwszym wypada zdecydowanie słabiej, a co to będzie jak zrobią „To: Rozdział 1/2”? Tak, Moi Drodzy, sukces finansowy obydwu produkcji pobudził apetyt twórców. Ci rozpływając się w zachwycie nad własnym geniuszem the best’u, który to podsunął im patent ukrytych wspomnieć, już zaczęli mędrkować, że z samych wspomnień ‚pomiędzy’ można by zmajstrować scenariusz. Tak więc być może niebawem dowiemy się jaką kieckę Beverly założyła na ślub ze swoim mężem-dupkiem, czemu Bill pisze kiepskie zakończenia i ile szczurów Mike ubił na strychu biblioteki.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:5

51/100

W skali brutalności:2/10

Karma, czyli sumienie

Karma/ Karma (2018)

Manny i Alicia są młodym małżeństwem z problemami finansowymi. Owe problemy zmuszają ich do zamieszkania z teściami. Manny nie może znaleźć pracy, więc ojciec jego małżonki daje mu etat w swojej agencji nieruchomości. Praca Manny’ego nie ma jednak polegać na uszczęśliwianiu kolejnych rodzin nowymi domami, a odbieraniu ich zadłużonym lokatorom.

W czasie jednej z eksmisji Manny jest zmuszony wyrzucić na bruk dawnego kolegę i jego chorą matkę. Walcząc z własnym sumieniem w końcu decyduje się udowodnić teściowi, że nadaje się do wykonywanej pracy. Wkrótce po tym zdarzeniu na Manny’ego i jego bliskich zaczynają spadać kolejne nieszczęścia.

„Karma” to termin obecny w wierzeniach hinduizmu i buddyzmu, ale nie tylko osoby z tych kręgów religijnych wierzą w jej istnienie. Karmiczne podejście jest dość uniwersalne, wszystko sprowadza się do życia w myśl zasady: co zasiejesz to zbierzesz, to co czynisz innym wraca do Ciebie.

Teraz już chyba wiecie o czym jest film Nicka Simona i co robi słowo ‚karma’ w tytule. Z uwagi na gatunek możecie się spodziewać, że ‚suka karma’ uderzy tu z dużym impetem.

Bóg Iswara, czyli Hinduistyczny dostarczyciel karmy, objawia się tu jako siła iście demoniczna i nie tylko sprowadza nieszczęścia na tych, którzy ‚zasłużyli’, ale  i targa ludźmi po podłodze, uderza o ściany – jak na amerykańskiego demona przystało.

Nasz sympatyczny bohater Manny gdy orientuje się, z czym ma do czynienia stara się przebłagać zły los, oszukać przeznaczenie.

Założenia fabularne filmu nie są złe. Wykorzystanie motywu karmy jest dość ciekawym posunięciem, ale wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

Nie jest to obraz wysokich lotów. Warsztat aktorski i wszystkie aspekty techniczne są na bardzo przeciętnym poziomie, a i scenariusz można by trochę podrasować. Zabrakło jakiegokolwiek elementu zaskoczenia, czegoś co wyróżniłoby film spośród innych horrorów z demonicznymi siłami.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:6

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:5

Aktorstwo:5

Oryginalność:6

To coś:5

48/100

W skali brutalności: 1/10

Czerwony

La influencia/ Zła siła (2019)

Alicia  zmuszona jest wrócić do swojego rodzinnego domu by pomóc w opiece nad pogrążoną w śpiączce matką. Z uwagi na traumatyzujące dzieciństwo nie jest to łatwy powrót. Im dłużej Alicia przebywa w tym otoczeniu tym żywsze stają się wspomnienia, zaś złowroga aura domu zdaje się oddziaływać także na jej męża i córkę.

Przypuszczam, że na koniec października posypie się sporo horrorowych propozycji – halloween, no wiecie –  i nawet bym się z tego powodu cieszyła gdyby nie fakt, że ilość zazwyczaj nie idzie w parze z jakością.

„Zła siła” to jedna z propozycji od Netflixa. Produkcja rodem z Hiszpanii więc nauczona doświadczeniem spodziewałam się czegoś fajnego i klimatycznego, zapomniałam tylko, że era świetnych horrorów z tego rejonu chyba już powoli przemija i coraz częściej natykam się na zupełnie średnie hiszpańskie horrory.

„Zła siła” jest właśnie zupełnie średni, a jeśli chciałabym być uszczypliwa to stwierdziłabym wręcz, że marny. Marność odnoszę głównie do fabuły, która wydaje się dość dziurawa na poziomie scenariusza i niekoniecznie oryginalna.

Ale film ma też zalety, że tak powiem ‚smaczki’. Kilka scen zwróciło moją szczególną uwagę w sposób, który zdarza mi się rzadko. Doceniam też scenografię, rekwizyty, czy zdjęcia. A, i aktorstwo.

Ogólnie od strony technicznej jest klawo, tylko ta historia, a może raczej sposób jej opowiedzenia mocno zgrzyta. Ma ciekawe drobne elementy, ale patrząc całościowo, nie sprawdza się. Tak więc wrzucam do ‚da się obejrzeć’, ale bez polecania.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:5

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:5

55/100

W skali brutalności:2/10

Córki, siostry, morderczynie

Córeczki – Adrian Bednarek

Ewa jest niedoszłą policjantką prowadzącą sklep z drogimi, sportowymi butami. Pola to niedoszła studentka medycyny trudniąca się dawaniem lekcji pole dance. Obie zupełnie różne kobiety łączy silna więź. Silniejsza niż więzy krwi, która nawiązała się w czasie dwóch sądnych dla nich nocy jeszcze w czasach dzieciństwa. Każda z nich kogoś wówczas straciła. Obie zyskały życie, to wtedy przestały być ‚córeczkami’, a stały się ‚siostrami’, które przetrwały. Po latach samotnego dźwigania ciężaru traumatycznej przeszłości spotykają się by poznać odpowiedzi.

Nowa książka Adriana Bednarka wylądowała. To już trzecia powieść z poza ‚diabelskiej’ serii, więc wszyscy Ci, którzy żywili obawę, że Adrian będzie pisarzem jednego pomysłu mają już solidne zapewnienie, że tak nie jest. „Córeczki” to powieść, którą miałam okazję czytać jeszcze przed wydawcą i mam nadzieję, że redakcja jakoś znacznie nie wpłynęła na jej kształt, bo inaczej pisząc o niej popełnię jakąś gafę;) Swoją drogą, na Adriana spadł fejm w postaci polecajki  na okładce od -powiedzmy- sław polskiego kryminału. Hoho. Muszę w końcu poczytać tą Puzyńską, jak poleca Bednarka to może nie jest najgorsza;)

Wszyscy, którzy znają poprzednie książki Adriana, wiedzą, że lubuje się on w czarnych kobiecych charakterach. Nawet jeśli są tylko widmem przeszłości jak w przypadku Klary Sobańskiej, to autor wyposaża białogłowy w ostre pazurki.

Takie są też tytułowe córeczki. Moja imienniczka Ewa, postać która zaskarbiła sobie o wiele więcej mojej sympatii, niż młodsza bohaterka Pola, to inicjatorka całego zamieszania. To ona chce poznać odpowiedzi na dręczące ją pytania. to ona chce zdemaskować człowieka, który pewnej nocy wdarł się do jej rodzinnego domu i…

Samotne śledztwo nie przynosi jednak większych rezultatów, do czasu gdy natyka się na historię łudząco podobną do jej własnej. Odszukuje więc drugą ‚córeczkę’, Polę. Od tej pory narwana Pola łączy siły z Ewą i razem rozpoczynają polowanie na widmową postać człowieka nazywanego przez nie „Strachem na wróble”. Moi drodzy, nie mogę Wam zdradzić zbyt wiele. Nie powiem co spotkało obydwie dziewczyny, bo choć sama szybko domyśliłam się o co się tu rozchodzi, nie chce psuć potencjalnej niespodzianki czytelnikowi. Tym bardziej nie mogę zareklamować książki wychwalając walory pierdolca głównego antybohatera. Pierdolec jest dobry i myślę, że nikt nie powinien być rozczarowany personą głównego czarnego charakteru.

Tak jak powinno się to odbywać w porządnym thrillerze „Córeczkom” nie zabraknie napięcia, nastroju tajemnicy i kilku mocniejszych smaczków. Charakterne dziewczyny grają ostro, a ich przeciwnik też do amatorów nie należy. Adrian zadbał też o kontekst psychologiczny tworząc obrazy dość specyficznych rodzin. Relacje między matkami a córkami są opisane w sposób mogący zadawać kłam o bezgraniczności rodzicielskiej miłości. Myślę, że w przypadku większości z Was pojawi się w głowie pytanie: a co ja bym zrobił?

Najważniejsze jest jednak to, że historia wciąga i każdy kto się z nią zetknie będzie chciał wraz z bohaterkami znaleźć odpowiedzi.

Moja ocena:8/10

Za książkę dziękuję autorowi

Powrót łowców zabójczych umysłów

Mindhunter – Sezon 2

Jest rok 1979. Podczas gdy agent Ford i jego partner Tench starają się kontynuować swoją pracę dotyczącą profilowania seryjnych zabójców, pod czujnym okiem nowego szefa wydziału w Quantico w Atlancie giną dzieci. Nikt nie interesuje się losem czarnoskórych obywateli z dzielnic nędzy i zamiast na prowadzeniu szeroko zakrojonego śledztwa władze skupiają się na własnym wizerunku.

Jedna z kobiet związanych z rodzinami martwych dzieci używa podstępu by dotrzeć do agenta Forda. Tak sprawą mordercy z Atlanty zaczyna interesować się wydział behawiorystyki FBI.

Tak! Wreszcie! Doczekałam się nowego sezonu „Mindhuntera„. Naprawdę gorąco się z niego ucieszyłam i od razu zasiadłam do seansu zawieszając na ten czas letni maraton z „Teorią wielkiego podrywu”;) Możecie w to wątpić skoro tak długo zwlekałam z wpisem dotyczącym nowego sezonu, ale fakty są faktami.

Nowy sezon „Mindhuntera” to przede wszystkim głośna i przez wielu oceniana jako nierozwiązaną sprawa mordercy z Atlanty, który u schyłku lat ’70 polował na czarnoskóre dzieci tuż pod nosem policji. Ale nie tylko.

To też kontynuacja rozpoczętych wątków, także tych dotyczących spraw osobistych naszych bohaterów. O ile Holden nadal wydaje mi się być dość anonimowy w tym wszystkim o tyle bliżej poznajemy naszą panią naukowiec Wendy Carr.  Ta tajemnicza i dość posągowa postać ma za sobą ciekawe doświadczenia, które w końcu ujrzały światło dzienne. Ale to jeszcze nic! To nic w porównaniu z armagedonem jaki dokonał się w życiu rodzinnym agenta Tench’a. Sprawa dotyczy jego adopcyjnego syna i jest cokolwiek dobrze rokująca. Ci, którzy już widzieli nowy sezon doskonale wiedzą o jakie rokowania mi chodzi;)

Jedną z gwiazd drugiego sezonu jest też nie kto inny jak zasłużony ojciec Rodziny Charles Manson. Tak, doczeka się on swojego wywiadu w ramach badań prowadzonych przez Tencha i Holdena. Podobnie słynny  morderca z Houston, czy William Pierce jr.. Nadal jestem pod ogromnym wrażeniem doboru obsady. Skąd oni biorą tych sobowtórów? W dodatku tak piekielnie zdolnych?

Co tu dużo mówić, są emocje, są niespodzianki i ten sam znany z pierwszego sezonu bardzo wysoki poziom. Oglądać i jeszcze raz oglądać. I wypatrywać kolejnego sezonu, oby szybciej niż za dwa lata.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:10

Klimat:9

Napięcie:8

Zaskoczenie:7

Zabawa:10

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność:8

To coś:9

81/100

W skali brutalności: 2/10

Bękarty diabła – zmartwychwstanie

3 From Hell/ 3 z piekła (2019)

Baby, Otis i Kapitan Spaulding ‚bękarty diabła’ masowi mordercy i właściciele ‚domu tysiąca trupów’ wbrew prawom natury wychodzą cało z policyjnej obławy. Gdy tylko dochodzą do zdrowia trafią za kratki, bez specjalnych widoków na wyjście na wolność. Morderczy klaun żegna się z życiem zgodnie z wyrokiem sądu, ale Otis i Baby nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Gdy udaje im się wydostać z więzienia wracają do tego, w czym nie mają sobie równych.

Dom tysiąca trupów” do tej pory jest jednym z moich ulubionych horrorów. Skrajnie pojebana wizja Rob’a Zombiego, muzyka i filmowca była nie tylko czymś absolutnie oderwanym od mainstreamu, ale i swego rodzaju hołdem dla gatunku. Uwielbiam, no uwielbiam. Podobnie ciepłe uczucia wzbudził we mnie sequel pt. Bękarty diabła„. Kręcony już w nieco innej estetyce, ale z pomysłem i smakiem- smakiem krwi oczywiście. Nie ukrywam, że na tyle polubiłam jego bohaterów/antybohaterów, że w chwili ich śmierci w moim oku zakręciła się łezka.

Po ponad dziesięciu latach, wypełnionych średnio udanym projektami Zombie postanowił wrócić do pomysłu, który go rozsławił. Można powiedzieć, że swoich bohaterów wygrzebał z grobu i ponownie postawił na nogi. Jakkolwiek absurdalne jest to rozwiązanie ucieszyłam się na ich widok. I cieszyłam się nimi przez cały seans, ale muszę być uczciwa wobec faktów. Film jest odtwórczy i marny. Mamy tu do czynienia z powtórką z „Bękartów diabła”.

Sid Haig pojawia się na ekranie na krótko, ale fajnie daje sobie radę mimo złego stanu zdrowia – aktor zmarł w tym miesiącu. Mimo że odtwórca roli Otisa’ zachował się’ najlepiej jego warsztat aktorski stracił cały czar. Jego teksty wydawały mi się wymuszone. Rozumiem, że grał pod dużą presją, ale nie przekonał mnie.

Natomiast Sheri, ona nadal jest świetna. Zupełnie jakby nigdy nie opuściła skóry Baby. Bardzo przyjemnie śledziło mi się jej poczynania z tym, że … cóż, nie przeskoczyła samej siebie i nie zaprezentowała niczego nowego. Tak jak niczego nowego nie mamy w tej historii. Styl i oprawa jest daleka zarówno od poziomu i estety z „Domu…” jak i z „Bękartów…”. Muzyka? Jedna z najmocniejszych stron filmów Zombiego, zupełnie jakby jej nie było. Praktycznie brak szlagierowych kawałków w stylu Terryego Reida i ostrych wstawek samego Zombie’go. Coś tam brzęczy, ale nie zwraca uwagi. Gdyby nie mój sentyment do ‚tego co było’ prychnęłabym pogardliwie. Wg. mnie ta filmowa seria kończy się w czasie policyjnej obławy w ostatnich minutach „Bękartów diabła”

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:4

To coś:5

53/100

W skali brutalności:3/10

Norman Bates inaczej

Psychoza – Robert Bloch

Mary Crane pracownica agencji nieruchomości podejmuje spontaniczną i dość szaloną decyzję o sprzeniewierzeniu pieniędzy szefa. Czterdzieści tysięcy dolarów ma zapewnić dostani byt jej i jej narzeczonemu. Spędziwszy niemal dobę za kółkiem by dotrzeć do ukochanego Sama postanawia w końcu zatrzymać się w przydrożnym motelu i zaplanować dalsze ruchy.

Tak poznaje Normana Bates’a, mało atrakcyjnego właściciela motelu, który udostępnia jej pokój i zaprasza na wspólny posiłek. Uraczywszy ją osobliwą historią swojej relacji z apodyktyczną matką w końcu zostawia dziewczynę samą. Mary nie wie, że są to ostatnie chwile jej życia,

Czy jest na sali ktoś kto nie zna Hitchcockowskiej „Psychozy„? Szczerze wątpię by się taki uchował, natomiast nie mam przekonania co do faktu, że wszyscy fani tej historii mieli okazję poznać także jej książkową wersję – wersje pierwotną.

Robert Bloch to jeden z bardziej ‚płodnych pisarzy’. Swój warsztat doskonalił korespondując z samym Lovecraftem i bardzo zależało mu na stworzeniu czegoś niebanalnego. Wtedy jego uwagę zwróciła historia niejakiego Ed’a Geina.

Bloch wykorzystał więc figurę seryjnego zabójcy wraz ze wszystkimi mitami, którymi obrosła, dodając do niej psychoanalityczną interpretację. Był to strzał w dziesiątkę, bo Bloch, który starał się zainteresować swoją książką wytwórnie filmowe zwrócił uwagę samego Hitchcocka. Czy mógł trafić lepiej?

„Psychoza” nie jest długą powieścią, a więc przerobienie jej na scenariusz filmowy nie było zbyt kłopotliwe. W czytaniu szybka, przystępna, dynamicznie napisana.

Jeśli chodzi o różnice pomiędzy nią, a filmem to nie ma ich znowu tak dużo. Zmianą jest z pewnością charakter relacji Mary- w filmie Marion- z Sam’em, co wpływa też na działanie naszej bohaterki. Jednak wszystkie drogi, i te książkowe i te filmowe prowadzą do moteli Bates’a i to on jest tu głównym bohaterem i antybohaterem w jednej osobie.

Zdziwiło mnie to jak bardzo opis książkowego Normana nie zgadza się z powierzchownością wcielającego się  niego aktora. Książkowy Norman jest otyły i łysiejący, dość mocno zaniedbany. Dla mnie utożsamiającej tą postać i ulizanym i fircykowatym Anthonym Perkinsem był to nie mały szok. I choć starałam się wczuć w książkę, zobaczyć Normana w tej książkowej odsłonie to przed oczami i tak miałam aktora. Wcale mnie nie dziwi wybór reżysera, bo nieco chłopięca powierzchowność filmowego Normana czyni go z pozoru niegroźnym i wypisz wymaluj jest ucieleśnieniem kompleksu Edypa.

Tym w czym książka zdecydowanie przerasta film jest obecność wewnętrznych monologów Normana, co doskonale unaocznia ogrom jego szaleństwa, a i sprytnie wywodzi czytelnika w pole – oczywiście tego nie zaznajomionego z historią Bates’a.

Nie powiem by film był jednak lepszy od książki, albo na odwrót. Wszystko ma swój urok w swojej kategorii.

Wydanie od Vesper dodatkowo uzupełniono o – tak jak zwykle świetne ilustracje- obszerne posłowie Wiesława Kota, w którym możemy poczytać o genezie powstania książki, o jej kontynuacji i filmach nakręconych na jej podstawie – taki fajny smaczek.

Moja ocena: 8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Vesper

Zagubieni w trawie

In the Tall Grass/ W wysokiej trawie (2019)

Rodzeństwo Becky i Cal podróżują międzystanową do Kalifornii. Becky jest w zaawansowanej ciąży i kiepsko znosi podróż toteż zmuszeni są przystanąć na odludziu. Z pobocza dobiega ich głos chłopca wołającego o pomoc z wysokiej trawy zarastającej rozległy teren przy drodze.

Najpierw Cal, a później jego siostra ruszają w ślad za głosem dziecka. Odnalezienie go okazuje się niemożliwe, co więcej sami gubią się w wysokiej trawie. Błądząc pośród gęstwiny w palącym słońcu zdają sobie sprawę, że pole posiada niezwykłe właściwości, które rychło doprowadzą do ich śmierci.

Czy wspominałam już, że „W wysokiej trawie” jest moim ulubionym opowiadaniem Kinga? Oczywiście zaraz za „Ciałem”. A więc jeśli nie wspominałam to wspominam teraz. Już podczas lektury marzył mi się seans z filmem na jego podstawie i choć z ekranizacjami bywa różnie to cieszę się, że ta powstała. Jej twórcą, zarówno na poziomie scenariusza jak i reżyserii jest Vincenzo Natali (Cube”, serial „Hannibal„), solidny człowiek, który solidnie podszedł do tematu.

Próbując przywołać w pamięci szczegóły opowiadania nie przypominam sobie elementów, które jakość szczególnie zostały przekształcone, choć moja pamięć może być zawodna. Z pewnością historię rozbudowano, dodano do niej, ale nie jest to raczej kwestia zapędów twórcy filmu ile wymóg samego opowiadania, które jest zwyczajnie za krótkie na długi metraż.

W ogromnym stopniu to właśnie minimalizm historii tak mnie urzekł w opowiadaniu, ale nie mogę powiedzieć, by to co zaproponował Natali nie było warte uwagi. Ktoś może uznać, że niekończący się pościg wśród zieleni wieje nudą, ale w moim przypadku odnotowuje to na plus. Autentycznie umordowałam się wraz z bohaterami i lepiej wczułam się w ich sytuację: zmęczenie, panikę.

Najmocniejszym punktem programu jest trawa. Wysoka gęsta trawa. Ktoś by powiedział, takie nic. Ale każdy kto ceni wyobraźnię Kinga wie, że ten autor potrafi wycisnąć grozę ze wszystkiego. Pole trawy okazuje się idealnym miejsce na horror. Nie trudno zginąć w miejscu, w którym nie widać horyzontu. Nie trudno zabłądzić, gdy dokoła wszystko jest takie samo. Agorafobia i klaustrofobia w jednym. Jest i pierwiastek nadprzyrodzony. To nie jest zwykłe pole. Zdaje się ono przemieszczać bohaterów, ale i w nich samych czynić zmiany. A może to nie magia tylko czysta psychologia? Nic tak skutecznie jak zagrożenie życia nie wyciąga z ludzi najgorszych instynktów – i to tak się składa też jest jeden z ulubionych punktów bazowych dla Kinga.

Prezentowana tu historia jest naprawdę niezła, a i sposób jej ukazania przy pomocy dość prostych środków wyrazu działa. Atmosfera grozy jest odczuwalna, a to przecie główny wymóg filmowego horroru.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:7

65/100

W skali brutalności:2/10