Archiwum kategorii: Filmy

Morderstwo, którego nie było

Piercing (2018)

Młody mąż i świeżo upieczony ojciec, Reed marzy o morderstwie. Najchętniej zabiłby własne dziecko, ale nie jest skończonym psychopatą, więc postanawia zabić kogoś obcego. W tym celu umawia się z prostytutką specjalizującą się w sado-maso, którą zamierza zabić w hotelu zgodnie z wymarzonym scenariuszem. Kiedy w pokoju hotelowym pojawia się Jackie  szybko okazuje się, że nic nie będzie tak jak planował.

Po seansie z najnowszą „Klątwą„, którą ku mojemu zdziwieniu nakręcił Nicolas Pesce, zastanawiałam się co też ten wyjątkowo zdolny facet zrobi z hajsem za tą chałturę. Niestety na to, przyjdzie mi pewnie poczekać. Za to udało mi się namierzyć jego film nakręcony po „Oczach matki„, a przed sequelem remake „Klątwy”. Owym filmem jest „Piercing”. Pesce zaskoczył mnie po raz kolejny. Trzy filmy, trzy kompletnie różne style. Reżyser kameleon.

„Piercing” uderza w klasykę, ale w jej inną odsłonę, inną dekadę. Estetyka wykonania każe myśleć o kinie z lat ’70, może ’80. Włoskie giallo i to takie z VHS. Wszystko od dźwięku, przez zdjęcia i scenografię aż do, uwaga, czołówki budzi skojarzenie z kinem innej epoki. Ależ mi to smakowało!

Fabuła filmu opiera się na powieści Ryu Murakamiego, którego twórczość znam tylko z ekranizacji. Widzieliście japońską „Grę wstępną„? To właśnie jego książka przeniesiona na ekran. Wyraźnie widać więc w jego twórczości zainteresowania tematyką sado-maso i wisielczy humor. Nie inaczej sprawa wygląda w przypadku „Piercingu”.

To kolosalnie szalony film. Z prostej historii o morderczych zamiarach wyciągnięto tyle obłędu ile się dało.

Mamy tu teatr na dwóch aktorów. Psychologiczne aspekty ich charakterów, aż domagają się większej wnikliwości, jednak japońska powściągliwość Murakamiego stawia ostrą granicę, a Pesce nie zamierzał jej przekraczać. Ten oszczędny wgląd w intencje i motywacje bohaterów procentuje wrażeniem groteski.

Czy „Piercing” jest brutalny? Coś się znajdzie. Bardziej odczuwalna jest ona w poczuciu nieuchronności tego co się stanie, w fantazjach i wspomnieniach, ale kiedy pojawia się tu i teraz robi to bez ostrzeżenia.

Obsadowo film porządny. W przypadku tak okrojonej obsady wszytko mogło się posypać, ale szczęśliwie warsztat Christophera Abbota i Mii Wasikowskiej nie stoi na papierowych nogach, więc solidnie i z wyczuciem.

Podsumowując, wszystko mi się tu podobało, chętnie zostałabym na dłużej w tej bajce.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność:8

To coś:8

73/100

W skali brutalności:2/10

Pod ziemią

Cutterhead/ Głowica (2018)

Rodowita Dunka Rie, jako specjalistka od PR wyrusza na plac budowy metra by zrealizować materiał o codziennej pracy ludzi z różnych zakątków świata jednoczących siły w budowaniu lepszej europejskiej rzeczywistości. Na miejscu poznaje między innymi Chorwata Ivo i pochodzącego z Erytrei Bharana, pracującego w środku głowicy Maszyny drążącej TBM. Podczas gdy kobieta wypełnia swoją misję z lekceważeniem odnosząc się do kwestii bezpieczeństwa dochodzi do awarii, wybucha pożar  a  Rie, Ivo oraz Bharan zostają uwięzieni w komorze ciśnieniowej głowicy.

Aj, jak ja lubię takie filmy. Bohaterowie uwięzieni w hermetycznym zamknięciu pośród szalejącego dokoła zagrożenia. Niepewni o swój los.

A jeśli wszyscy zginęli i nikt ich nie uratuje? Co jeśli coś spieprzy się jeszcze bardziej i bezpieczny schron stanie się pułapką bez wyjścia? Co gdy zapadnie ciemność? Co gdy skończy się tlen?

Wszystko to, punkt po punkcie rozgrywa się na oczach widza. Dodajcie do tego jeszcze problemy z równowagą ciśnienia i obowiązkowy psychiczny odpał napędzany rosnącą paniką. Z każdego coś wylezie i nie będzie to nic dobrego. Próba sił, próba człowieczeństwa.

Takie filmy potrafią wystraszyć jak skurwysyn, bez potrzeby użycia drogich efektów, bez wyraźnego antagonisty, którego można obarczyć całą winą, a jego wyeliminowanie doprowadzi do happy endu. Wystarczy seria niefortunnych zdarzeń i wszyscy jesteśmy w dupie.

Duńska produkcja w reżyserii Rasmus Kloster Bro dodatkowo poraża naturalizmem. Wydarzenia, którym tu świadkujemy nie rozgrywają się w hollywoodzkim studiu. Mamy prawdziwy plac budowy, prawdziwą głowicę. Nawet największy budżet nie zastąpi realizmu prawdziwego planu zdjęciowego.

Zdjęcia mogą nieco trącić amatorką, kamera nie zawsze jest stabilna, kąt nie zawsze czysty, ale ja to odbieram na plus i doceniam operatora, który jakość złamał się w tym klaustrofobicznym wnętrzu. A dźwięk? Dźwięk jest jednym z najsilniejszych nośników grozy w tym filmie. Małe wnętrze aż od niego dudni. Kiedy wzrasta ciśnienie, a Rie desperacko walczy o jego obniżenie możemy odnieść wrażenie, że to nasze własne bębenki zaraz ulegną zniszczeniu.

Co do obsady to cały komplet trzech aktorów wszedł w temat po pas po szyje. Czułam prawdziwe emocje, strach, rozpacz, desperację. Zgon jednego z nich autentycznie przyprawił mnie o smutek. I mówię to pomimo tego, że charaktery naszych postaci są łatwe do odgadnięcia, stereotypowe wręcz. Nie przeszkadzało mi. Nic mi w tym filmie nie przeszkadzało, wszystko się podobało. Polecam.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:8

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:8

72/100

W skali brutalności: 2/10

Pobaw się z Brahmsem

Brahms: The Boy II (2020)

Pod nieobecność ojca rodziny Liz i jej syn Jude stają się ofiarami włamania. Traumatyczne przeżycie odbija się szczególnie na chłopcu, który od momentu tragedii przestał mówić. Celem zmiany otoczenia mającej przenieść rodzinie ukojenie decydują się na wynajęcie domu na prowincji, pośród lasów. Tuż po przeprowadzce Jude znajduje na terenie posiadłości lalkę, imitującą postać małego chłopca. Lalka staje się jego najlepszym przyjacielem i to z nią w końcu chłopiec zaczyna rozmawiać. Co więcej Jude utrzymuje, że lalka też do niego mówi. Przedstawiła mu się jako Brahms i oświadczyła, że mam dla rodziny Juda nowe zasady, według których ci muszą żyć.

Kto by pomyślał, że tak chłodno przyjęty przez publiczność w 2016 roku „The Boy” doczeka się sequelu? Żaden inny twórca nie rzucił się w pożądaniu na ten pomysł więc mamy do czynienia z raczej rzadkim przypadkiem, gdy sequel wychodzi z pod ręki twórcy oryginału. William Brent Bell samodzielnie zadbał także o scenariusz. Jak sobie poradził z pociągnięciem historii? Poradził sobie całkiem zgrabnie i mówię to biorąc pod uwagę, że nie wyszła z tego żadna rewelacja, ale jakby nie patrzeć oryginał też nią nie był.

Każdy kto zna pierwszego „The Boy’a” wie, że tam wszystko zaczęło się od schematycznego ghost story z nawiedzoną lalką w roli głównej, po czym nastąpił finałowy twist całkowicie przeczący wcześniejszym założeniom. O ile jestem zorientowana, to większość widzów już wolałaby zostać przy ogranym motywie opartym na ghost story, niż z tym, co w ostatecznym rozrachunku zaproponował twórca jako rozwiązanie całej zagadki Brahmsa.

Biorąc pod uwagę, w którą stronę uderza kontynuacja widzę, że twórca wyciągnął ze swojego finałowego potknięcia lekcje. Zmodyfikował historię lalki i jej imiennika na tyle, że mógł wrócić na bezpieczne pielesze historii o duchu tkwiącym w postaci lalki. Uważam to za rozsądny ruch, dlatego napisałam, poradził sobie zgrabnie.

Dał widzą to czego poniekąd chcieli, ale czy tym samym zrehabilitował się na tyle by druga część tej historii spotkała się z cieplejszym przyjęciem? Tu bym nie przesadzała z wróżeniem sukcesu. Ta historia nadal jest średnia, i choć widzę ogrom starań włożony w zbudowanie solidnej warstwy paranormalnej, to znowu mi czegoś brakuje.

Bardzo miło było mi spotkać na ekranie Katie Holmes wcielającą się postać matki Jude’a. Wykreowała ła naprawdę ciekawą postać z potencjałem, którego jednak nie wykorzystano. Cała uwaga skupiona jest na postaci jej synka o porcelanowych licach, u którego zdiagnozowano mutyzm wybiórczy (wtopa: mutyzm wybiórczy polega na niezdolności porozumiewania się werbalnego tylko w wybranych sytuacjach, np. gdy dziecko mówi w domu, a nie odzywa się szkole, lub porozumiewa się tylko z rówieśnikami, a nie z dorosłymi etc. Tymczasem u Jude’a, mamy mutyzm całkowity w następstwie urazu psychicznego. Ani be ani me, ani do mamy ani do taty, ani do pani terapeutki. Dopiero z czasem chłopiec zaczyna mówić, najpierw do lalki a za moment także do rodziców)

Co ja pisałam? A tak, że cała uwaga scenariusza skupia się na postaci Jude, olewając matkę z potencjałem do dobrego psychicznego odjazdu. Naprawdę gdyby trochę przy niej podłubać, wykorzystać traumę, której też jakby nie patrzeć doświadczyła i trochę skomplikować jej odbiór rzeczywistości byłoby dużo ciekawiej.

Tymczasem scenariusz uporczywie i bez cienia wątpliwości wskazuje palcem na jednoznacznie nadnaturalną przyczynę wszystkiego co dzieje się w domu. Cóż, jak widać twórca uczy się na błędach i jeśli lwia część widowni podzieli moje zdanie to przy następnym „The Boy’u” w końcu będzie jak trzeba. O ile takowy powstanie. Czy na to liczę? Mówiąc szczerze nie szczególnie mi na tym zależy.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo: 7

Oryginalność:3

To coś:5

49/100

W skali brutalności: 0/10

Ktoś, kogo nie widać

The Invisible Man/ Niewidzialny człowiek (2020)

Młoda kobieta, Cecilia Kass, ucieka od swojego męża, Adriana Griffina genialnego inżyniera optyki. Schronienie znajduje w domu przyjaciela, policjanta Jamesa i jego nastoletniej córki. Niestety ciężar dotychczasowego życia pod pręgierzem agresora odciska na niej piętno tak duże, że nie jest w stanie opuścić domu bez lęku.

Wtedy spada na nią informacja o samobójczej śmierci Adriana. Czyżby była wolna? Tak naprawdę wolna? Kiedy w sercu Cecilii pojawia się nadzieja na upragnioną normalność lęk powraca ze zdwojoną siłą. Lęk, najgorszy z możliwym, bo przed tym czego nie widać.

Wydana po raz pierwszy w 1897 roku powieść Herberta Georga Wellsa „Niewidzialny człowiek” przeszła do kanonu gatunku powieści sci-fi. Zekranizowana przez studio Universal w 1933 roku, zyskała potencjał filmowy. Pojawiały się sequeleremakesequele remake’ów – jak to zwykle w przypadku klasyki, każdy chciał na tym pomyślę zarobić.

O ile film z lat ’30 bardzo lubię, bo lubię stare horrory Universal’a generalnie to te powstałe po roku 2000 mam już głęboko w pogardzie.

Zastanawiałam się co też z filmem zrobią współcześni, w roku 2020. Założeniem wytwórni Universal było odświeżenie studyjnych klasyków, ale gdy zobaczyłam jak to założenie sprawdziło się w przypadku „Mumii”… chyba się nie dziwicie, że zwątpiłam.  Na szczęście Leigh Whannell obrał zupełnie inny kierunek i nowy „Niewidzialny człowiek” jest zupełnie niegłupią rozrywką.

Scenariusz odszedł od oryginału. Przede wszystkim całą historię poznajemy z perspektywy bohaterki nie istniejącej dotąd ani w powieści ani w filmie.

Cecilia jako pierwsza przekonuje się o tym jak szalony i niebezpieczny jest naukowiec Adrian Griffin, jej mąż. Kontrolujący ją na każdym kroku, stosujący psychiczną przemoc. Kiedy w końcu udaje jej się uciec z ich wspólnego, a jakże wypasionego, domu musi poradzić sobie z traumą. Wie, że jej oprawca nie jest osobą, która łatwo odpuszcza, więc aż do pojawienia się informacji jego śmierci Cecilia trwa w przekonaniu, że Adrian na nią czyha.

Tu wielkie brawa należą się wcielającej się w rolę kobiety Elisabeth Moss, znaną z tytułowej roli w „Opowieści podręcznej”. Nie jest to aktorka, która może znaleźć się na topie listy najseksowniejszych, najpiękniejszych, najpowabniejszych. Jest za to charakterystyczna i diabelnie zdolna. Bardzo ją lubię. W roli kobiety ocierającej się o szaleństwo, trawionej przez paranoje, jest świetna. Nie gorzej wypada, gdy przychodzi jej zmieniać się w wojowniczkę, pewną swojej racji.

Akcja właściwa rozpoczyna się z chwilą gdy do Cecyli dociera, że jej mąż choć martwy nadal niszczy jej życie. Nie widzi go, ale jest pewna jego obecności. Czy ktoś daje jej wiarę? Może i Adrian był genialnym naukowcem, ale jak mógł stać się niewidzialny? Aj, to jest bardzo ciekawy wątek dla fanów sc-fi. Natomiast dla miłośników horrorów znajdzie się tu jeszcze więcej. Zaczynając od atmosfery zaszczucia i paranoi, przez narastające wokół sytuacji napięcie, i wreszcie dreszczyk uzyskany dzięki małym, subtelnym, klasycznym chwytom jak sceny z przekradaniem się, ukrywaniem etc.

Największą siłą tego filmu, tej historii, jest wybitnie celny strzał w największy ludzki lęk: lęk przed tym czego nie widać. Zagrożenie może być wszędzie, może zaatakować  znienacka, Jak chronić się przed czymś czego nie widać. Do tego dochodzi poczucie, że ogarnia nas obłęd, bo nikt nie daje wiary w istnienie niewidzialnego.

Filmowy antybohater jak na wprawnego psychopatę przystało konsekwentnie wpędza naszą bohaterkę w coraz większe kłopoty. Dba o to by wszyscy się od niej odwrócili, a ona w końcu poddała się jego woli…

Słowem podsumowania, produkcja bardzo udana, zasługująca na uwagę, konkretnie zrobiona z dobrze przemyślanym scenariuszem. Polecam.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:8

Zabawa: 9

Zaskoczenie: 7

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś: 8

70/100

W skali brutalności: 2/10

Wszyscy tkwimy w Dziurze

El hoyo/ Platforma (2019)

Goreng trafia do Dziury. Znajduje się w jednym pomieszczeniu ze współlokatorem i z jednym wybranym przedmiotem jakie można zabrać z zewnątrz. Miejscem rządzą proste zasady. Każdego dnia przy pomocy wędrującej w dół platformy osadzonym podawane jest jedzenie. Jeden suto zastawiony stół, którego zasoby powinny starczyć na wyżywienie wszystkich lokatorów na nieokreślonej bliżej ilości pięter.

Goreng znajduje się na piętrze 48, gdzie trafiają jedynie resztki, ale co zostaje dla tych jeszcze niżej? Każde piętro w krótkim czasie stara się zjeść ile tylko potrafi, zanim platforma ruszy w dalszą drogę. Nie można gromadzić zapasów. W swoim egoizmie każdy zjada ile się da. Bo w przyszłym miesiącu zostaną przeniesieni gdzie indziej. Wyżej, lub niżej. Nikogo nie interesuje jak sobie poradzą i jakimi sposobami. To pierwsza lekcja jakiej udziela Gorengowi współlokator.

Hiszpańska „Platforma” właśnie wylądowała na Netflixie. Zjedzcie ile się da, bo drugiego takiego filmu długo nie zobaczycie;)

Jedna z bohaterek filmu określa Dziurę jako swego rodzaju ‚pionowym centrum autoterapii’. Trudno uwierzyć, że stworzeniu tego miejsca przyświecał cel terapeutyczny, bo jak przekonał się Goreng  Dziury wydobywa z ludzi wszystko co najgorsze. Zobaczycie tu mord, kanibalizm i zwykłe okrucieństwo. Wszystko to na tle zupełnego braku społecznej świadomości, troski o drugiego człowieka, zwykłej przyzwoitości. Goreng w swej naiwności zabiera ze sobą książkę. Tak książkę, podczas gdy większość ludzi zbroi się w noże i kije.

W miarę jak będziecie śledzić fabułę, obserwować przesuwającą się platformę z jedzeniem będziecie odbywać podróż na coraz to niższe warstwy piekła. Zło czyha zarówno na poziomie 7 jak i na 132. Ludzie zachowują się bezwzględnie nie zależnie od swojej pozycji. O pozycji decydują zasoby.

Jesteś, wyżej – masz co jeść, niżej żywisz się resztkami, jeszcze niżej czeka głód. Jak się dowiadujemy zastawiona suto platforma zawiera porcje, które starczyły by dla wszystkich, gdyby tylko ludzie zechcieliby się podzielić.

To swego rodzaju metafora klas społecznych. Podczas gdy brzuchy tych na górze pękają z przejedzenia, klasy niższe skubią resztki, oblizują kości, a ci najwyżej, stanowiący największą liczbę nie dostają nic. Dodatkowo nikt tak naprawdę nie wie jak żyje się tym na dole, do póki sam tam nie trafi. Więźniowie nie wiedzą ile jest poziomów. Nikt nie myśli o nikim za wyjątkiem siebie. Zjedzenie współlokatora? To tylko sposób na przetrwanie. Nie istnieje tu kategoria zbrodni. Zmiana punktu widzenia z wyżyn na niziny nie zmienia zachowania. To naprawdę świetny obraz naszego społeczeństwa.

Środki przekazu są dość konkretne, proste. Ktoś może stwierdzić, że wykład jest zbyt łopatologiczny, ale brutalność w formie, jest konieczna. To rzucenie prawdy między oczy. Film bardzo na czasie. Zasoby się zmniejszają, a apetyty wciąż rosną. Zwiększające się obszary biedy generują coraz większą bezwzględność. Poczucie zagrożenia o własny byt. Rosnący apetyt budzi  coraz większą roszczeniowość. I tak w kółko, jak z jazdą na platformie.

To film do dyskusji, w mniejszym stopniu do rozrywki. W mojej ocenie jako produkcja filmowa spełnia wszystkie wymogi dobrego kina. Przemyślany scenariusz, ciekawy narracja, technicznie i obsadowo bez zarzutów.

Jeśli nie boicie się takie zderzenia z rzeczywistość, zapraszam do Dziury.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła: 9

Klimat:8

Napięcie:8

Zaskoczenie: 7

Zabawa:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:8

To coś:9

76/100

W skali brutalności: 3/10

Polski camp slasher

W lesie dziś nie zaśnie nikt (2020)

Grupa młodzieży uzależnionej od nowych technologii bierze udział w wędrownym obozie ‚Adrenalina’, gdzie pośród lasu mają odkryć zalety życia poza cyberprzestrzenią. Na miejscu zostają przydzieleni do mniejszych, pięcioosobowych podgrup i puszczeni w las. Do grupy opiekunki Izy należy Aniela, Zosia, Julek, Daniel i Bartek. To właśnie oni będą mieli szczęście dowiedzieć się, czym jest prawdziwa adrenalina, gdy na swoim szlaku spotkają Podlaskiego Jasona.

Wyznaczona na piątek trzynastego data premiery „pierwszego polskiego slashera” ewidentnie przyniosła mu pecha. Po pokazie prasowym zdecydowano o przesunięciu premiery na czas bliżej nie określony, po czym Netflix ogłosił: bierzcie i oglądajcie, przez co nie wiadomo, czy film dostąpi zaszczytu zagoszczenia na wielkim ekranie. Nastroje w kraju są takie, a nie inne i nikt chyba nie myśli już o wypadach do kina. Wystarczającej adrenaliny może dostarczyć przejazd PKS’em do najbliżej Biedronki. Ale do rzeczy.

Może na wstępie coś powinniśmy sobie wyjaśnić. „W lesie dziś nie zaśnie nikt” nie jest pierwszym polskim slasherem. Sama pisałam już o przynajmniej dwóch, a wrodzona skromność;) nie pozwala mi wnioskować, że obejrzałam wszystko w tym gatunku. Mieliśmy klawy „Piotrek 13ego” i „Gdzie diabeł mówi dobranoc. Obydwie offowe produkcje przypadły mi do gustu bardziej niż dzieło Bartka Kowalskiego. Owszem obydwie szły bardziej ewidentnie w stronę pastiszu aniżeli horrorów na serio, ale nie zmienia to faktu, że „W lesie…” też nie da się odebrać na poważnie.

Kowalski podkreślał niewielki budżet filmu, ale akurat te rzeczy, które bolały mnie w odbiorze produkcji najbardziej były od budżetu niezależne. Film może razić kiepską jakością zdjęć, czy efektów, może razić chałupniczą charakteryzacją, ale wszystko to zostanie rozgrzeszone jeśli pomysł będzie dobry, a scenariusz przemyślany i dostosowany do budżetu.

Początek filmu jest wcale nie głupi. Klasycznie camp slasherowy. Idziemy w las z archetypowymi bohaterami tego rodzaju produkcji. Widzimy pierwszą śmierć, pierwszego protagonisty. Aj, taki ukłon w stronę którejś z części „Piątku 13ego”. A później wszytko zaczyna się sypać. Scenarzystę przywiązali do drzewa i porzucili.

Co wyróżniało najlepsze slashery spośród całej masy hurtowo produkowanych filmów klasy B? Postać Final Girl, historia antagonisty i sceny mordów. Te ostatnie wcale nie musiały być szczególnie krwawe, liczyło się to by zabić w nowy, totalnie odjechany sposób. Tymczasem o ile pierwszy z listy zgonów, zgon można uznać za swego rodzaju hołd na otwarcie o tyle cała reszta jest już kalkowaniem, odhaczaniem kolejnych tytułów. Ty zginiesz jak w „Teksańskiej masakrze...”, a ty jak we „Wrong turn„. Żadnej własnej myśli twórczej.

Czas na Final Girl. Zgodnie z moimi przewidywaniami jest nią Zosia. Ta nieuczesana i źle ubrana. Rozpoznacie w niej Wieniawę z której zdarto cały glamour i kazano jej być aktorką. Pytanie za milion: Co Zosia robiła na obozie offline’owym? Jej naiwnie sentymentalna historia nijak nie prowadzi ja do miejsca przeznaczenia. SPOILER: Twoja rodzina zginęła straszną śmiercią? Jedz na obóz z dzieciakami uzależnionymi o youtube’a, to Ci dobrze zrobi.KONIEC SPOILERA. Czy ktoś zadał sobie choć odrobinę trudu by trzymało się to kupy? Wątpię.

Czas na antagonistę, a właściwie antagonistów, dwóch, żeby było na bogato. Charakteryzacja? Widzieliście „Topór”? No to wiecie jak wyglądają polscy Jason’owie. Znowu brak myśli twórczej.

Za to urąganie za brak inwencji pokarało mnie w momencie, gdy przedstawiona mi została biografia owych’ Toporników’. Tu pojechali po bandzie. Pojechali tak, że nie jestem w stanie wymyślić głupszej i bardziej absurdalnej historii ‚narodzin leśnego zła’. Była za to okazja do zużycia resztek budżetu, który został po wypłaceniu gaży Wieniawie i Gosiewskiej, na efekty komputerowe. Tak, mamy scenę otwierającą z „Prometeusza” w wersji Kowalski i s-ka.

Fabuła. Fabuła jak wspomniałam bazuje na schemacie camp slashera, jednak zamiast z tego nurtu czerpać co najlepsze, konsekwentnie zbiera wszystkie poprodukcyjne odpadki. Wytrwale przeczy logice i olewa związki przyczynowo skutkowe. Przypomina to gotowanie zupy z tego co akurat zostało w lodówce. Ten przepis raczej nie trafi do master chef’a.

Mam świadomość tego, że pomijając  kwestie telefonu, czy wątek spotkania Bartka z księdzem, większość fabularnych luk wynika z grubych montażowych cięć. Na zasadzie: To się wyjebie, nikt nie zauważy różnicy, a przyoszczędzimy trochę czasu. Błąd. Horrory to nie filmy dla idiotów.

Czy było tam coś dobrego? Na osłodę powiem, że: Tak, początek był obiecujący. Niektóre żarty się udały. Zosia do Julka: Julek, a ty umiesz biegać? 🙂 Uśmiechnęłam się. Wieniawa wcale nie zagrała najgorzej. Nagroda Złotego Drąga przypada Gośiewskiej. Jej występ uporczywie nasuwał mi skojarzenie z rolą Paris Hilton w „Domu woskowych ciał”. Nie nudziłam się, to też plus.

Tak czy owak, potwierdziło, się moja myśl: Polacy nie potrafią robić amerykańskich horrorów. Mimo tego seans z „W lesie dziś nie zaśnie nikt” uważam za pozycję obowiązkową. Może być ku przestrodze, albo z pobudek patriotycznych;)

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:4

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie: 5

Walory techniczne: 6

Aktorstwo: 6

Oryginalność:3

To coś:4

46/100

W skali brutalności:2/10

Klątwa wiecznie żywa

The Grudge/ The Grudge: Klątwa (2020)

Jest rok 2006. Owdowiała policjantka i samotna matka czterolatka, detektyw Muldoon przeprowadza się do małego amerykańskiego miasta i rozpoczyna pracę. Tajemnicza śmierć i przeklęty dom idą na pierwszy ogień. Śledztwo prowadzi ją w głąb przesądów i wierzeń rodem z Japonii.

Pamiętacie wielki boom na skośne kino grozy, który rozpoczął się wraz z wejściem w XXI wiek? Wszystko zaczęło się od japońskiego „The Ring” i od tamtej pory czarnowłose i bladolice zjawy szturmowały serca wielbicieli horrorów. Sama byłam jednym z takich widzów. Poszukiwałam coraz to nowszych, bardziej wykręconych filmowych tematów. Nawet jeśli japońska kultura nie była dla mnie do końca zrozumiała to uwielbiałam klimat tych obrazów. W swoich poszukiwaniach oddalałam się coraz bardziej na wschód od Japonii, aż w końcu trafiłam na kino południowo koreańskie i moje serce tam już zostało.

Kiedy w ubiegłym roku ktoś wpadł na pomysł by odgrzać franczyzę „The Ring” – I powstał „The Rings – kwestią czasu był następny ruch, czyli ruszenie franczyzy drugiego najpopularniejszego przywleczonego z Japonii straszaka, „Klątwa”.

„Klątwy” jakoś nigdy nie polubiłam. Szczególną animozją darzyłam jej amerykański remake. Chyba nawet nie pofatygowałam się z jego recenzją. Nie mniej jednak staram się oglądać nowości, chociażby po to żeby Wam o nich pisać. Dlatego też zmęczyłam nową „Klątwę”, a nowa „Klątwa” mi się odwzajemniła i zmęczyła mnie.

Fabułą stara się być skomplikowana. W jej centrum stoi para detektywów. Jeśli ktoś zechce przeanalizować ich losy dojdzie do wniosku, że mają przesrane. Nieprzepracowane traumy, żałoba. Ona straciła małżonka, on matkę i kumpla. Co więcej kumpla stracił na rzecz przeklętej chaty. Za chwilę pojawi się też agent nieruchomości, który też ma przesrane, bo też wszedł do niewłaściwego domu. Przesrane ma też pewna kontrowersyjna kobieta pomagająca ludziom umrzeć. Przesrane ma też ta, której ma w śmierci pomóc, a także jej mąż. Wszyscy mają przesrane, co tu dużo mówić.

Ale zaraz, skąd w amerykańskiej mieścinie japońska klątwa? Już na początku filmu dowiadujemy się, że wszystko zaczęło się od Pani Landers, która przywlokła japońskiego syfa z przeklętej chaty, którą widzieliście w remake „Klątwy” z 2004 roku. Wszystko jest jasne i pozostaje nam tylko śledzić to, jak bardzo wszyscy mają… co? Przesrane.

Film wyładowany jest tym, co wielbiciele mainstreamu lubią najbardziej, czyli jump sceare, potocznie zwanymi przeze mnie skocznymi scenkami. Wszystko odbywa się w bardzo standardowym stylu. Oglądałam to tak, jednym okiem, drugim układając puzzle z puchatymi kotkami.

Do większego zaangażowania w seans zmusiły mnie dopiero popisy pani Matheson. To jedyny wart wyróżnienia punkt programu. Pierwsza babcia horroru, czyli Lin Shaye jak zwykle po mistrzowsku pozamiatała temat. Poza tym film bardzo średni i zbędny jeśli idzie o moje zdanie.

A teraz najlepsze: Wiecie kto go zrobił? W życiu bym nie zgadła. Nicolas Pesce, który tak przepięknie wyszedł poza ramy Hollywood swoim „Oczy matki„.

Kurczę, gdyby facet pozwolił sobie na przedstawienie sprawy „Klątwy” od bardziej psychologicznej strony. Jako zjawisko dziedziczenia traumy, obłęd udzielony, masową histerię ludzi zepchniętych w ciemność. Ależ by to było smaczne. Nie mógł? Nie potrafił? Nie pozwolono mu?

Tak, zgromcie teraz gościa, zjedzcie go żywcem w podzięce za ten upadek. Kiedy rozważałam to, ilu zajebistych, nieszablonowych twórców przeszło na kasówki doszłam do wniosku, że wolę jednak trzymać się nadziei, że to nie zmiana stylu tylko jednorazowy skok na kasę. W końcu musi za coś kręcić swoje pomysły, a takie przedsięwzięcia jak sequele remake’ów upaćkane efektami i skrojone na miarę masowego gustu są jednak solidnie wynagradzane przez wytwórnie.

Tak więc, Panie Pesce, czekam co teraz zmajstrujesz za ten hajsik 🙂

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne: 7

Aktorstwo:6

Oryginalność: 3

To coś:4

49/100

W skali brutalności: 1/10

Groza jest różowa

Color Out of Space/ Kolor z przestworzy (2019)

Rodzina Gardnerów niedawno osiadła na farmie w Arkham odziedziczonej przez ojca rodziny. W ten sposób Nathan, jego żona Theresa i trójka dzieci wymienili wielkomiejską rzeczywistość na wiejską sielankę z hodowlą alpak w tle.

Pewnej nocy na ich ziemiach rozbija się meteoryt, Jak szybko się pojawił tak też zniknął, a Gardnerowie nie wiedzą, że zdarzenie to przekreśli ich szansę na spokojną egzystencję. Czy też na jakąkolwiek egzystencje w ogóle…

„Kolor z przestworzy” (1929) H. P. Lovecrafta jest jednym z najchętniej przenoszonych na ekran opowiadań autora. Każda kolejna jest swego rodzaju wariacją na temat treści oryginału i tak naprawdę trudno mi skazać taką, która trzymałaby się go w stu procentach.

Nie inaczej jest w przypadku filmu Richarda Stanleya. Jak dotąd moją ulubioną filmową wersją jest „Colour from the dark” z 2008 roku, który tylko o krótki łeb wyprzedza chyba najbardziej znaną ekranizację pt. „Klątwa” z 1987 roku. „Kolor z przestworzy” (2019) ma spore szanse dołączyć do tej top dwójki.

Jak na standardy współczesnego kina akacja jest wartka i nie w  niej mowy o rozciągnięciu na lata sytuacji z którą przyszło się mierzyć rodzinie bohatera tak jak powinno być zgodnie z wersją oryginalną. Nieszczęście spada na Nathana i jego bliskich nagle i z impetem. Potrzeba zaledwie paru dni by ludzie i zwierzęta zaczęły chorować.

Wszystko zaczyna się w nocy i tu mamy już pierwszą mocno zeschizowaną scenę. Nathan usiłuje po długim celibacie posunąć swoją żonę nie widząc, że za oknem rozbłysły światła, coś łupnęło, wprawiając w popłoch jego dzieci.

Tego typu psychodelicznie nacechowane sekwencje będą sztandarową cechą tej produkcji zaraz obok cierpkiego humoru. Głównym komikiem jest wcielający się w postać ojca rodzi Nicolas Cage ze swadą opowiadający dziennikarzom o niecodziennym znalezisku na swojej posesji. Jest on też osobą, której najbardziej odbije, choć jakimś sposobem udało mu się uniknąć typowo fizycznych dolegliwości, przynajmniej w tak zaawansowanej formie jak dopadły one jego żonę i najmłodszego syna.

A jeśli o fizycznych dolegliwościach mowa. Ci, którzy znają treść opowiadania wiedzą, że główną konsekwencją pojawienia się meteorytu było zakażenie gleby i wód gruntowych. Kosmiczna substancja zmienia strukturę organizmów, zmieniając smak pokarmów i robiąc biologiczne zamieszanie w fizjologi zwierząt i ludzi.

To doskonała okazja by przodownicy CGI mogli nam zafundować wszystkie walory body horroru. Tak mamy tu na co popatrzeć w tym zakresie. Im dalej brniemy w tę historię tym więcej takich smaczków.

I tu moi drodzy, miłośnicy Cronenberga poczują się jak ryba w wodzie. Mamy tu rozwiązania anatomiczne kojarzące się z „Towarzystwem” czy „Coś”. Myślę, że Wielcy Przedwieczni kiwają w tym momencie z aprobatą. Mnie się to podobało.

Czy Wam się spodoba, tego nie zagwarantuję. Jest w tym filmie coś mocno porytego, a zaproponowany tu sposób narracji jest nieco narowisty i poszarpany. Ale cóż, zaryzykuję i polecę.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Aktorstwo:7

Walory techniczne:8

Oryginalność: 6

To coś: 7

62/100

W skali brutalności: 2/10

Coś w szopie

Złe miejsce/ The Shed (2019)

Nastoletni Stan odkrywa, że w szopie na podwórku zagnieździło się coś niebezpiecznego. Stwór, kryjący się w mroku załatwia każdego kto wejdzie do jego kryjówki. Najpierw jest to pies, później dziadek Stana, pijak i awanturnik. Liczba ofiar zwiększa w miarę jak kolejne osoby wbrew ostrzeżeniom Stana wchodzą do starej szopy. Jego kolega Dommer idzie o krok dalej i sugeruje Stanowi, że powinien wykorzystać stwora jako maszynkę do likwidowania tych, którzy ich zdaniem powinni zostać zlikwidowani.

„The Shed” było jednym z tytułów jaki mogliście zobaczyć na ubiegłorocznym Halloweenowym maratonie w kinach Helios. Za scenariusz i reżyserie odpowiada jeden człowiek, którego nazwisko nic mi nie mówi. Seans ze „Złym miejscem” raczej nie wpłynie pozytywnie na ten stan rzeczy.

Mamy tu do czynienia z prostą historią. Nie wiadomo jak, nie wiadomo skąd, w szopie należącej do dziadka Stana zagnieżdża się krwiożerczy potwór. Kryje się w mroku i nie wychodzi na słońce, więc jego rodowód wskazuje na jeden dość popularny gatunek.

Stan, młody zbuntowany nastolatek patrzy jak stwór najpierw rozszarpuje psa, którym chciał go poszczuć, a później jego dziadka. Psa szkoda, dziadka trochę mniej. Stan jest przerażony i jedyne co mu przychodzi do głowy to zabicie szopy dechami by nikt więcej do niej nie wszedł. Na niewiele się to zda, bo ciekawskich nie brakuje, a dziwne zachowanie chłopaka sprowadza do niebezpiecznego miejsca tylko więcej osób.

Efekt końcowy każe mi podejrzewać, że scenariusz to ostatnia rzecz o jakiej myślał twórca pracując nad tym filmem. Dialogi są tak bzdurne, że nawet najlepsza obsada nie zdołałaby nic z nich wykrzesać. A obecna obsada zła nie jest. Szczególnie Jay Warren wypada nieźle w roli Stana, ale co z tego, jak wkłada mu się w usta teksty rodem z pseudo dokumentalnych dram?

Nie przeszkadzał mi mało wymyślny motyw przewodni filmu, myślę wręcz, że ta prostota niejako ratuje tą produkcję. Ze zgrozą myślę o tym co by z tego wyszło gdyby twórca musiał spisać scenariusz do bardziej złożonej historii. Tę i tak upraszcza jak się da, na każdym kroku stosując skróty i pominięcia. Aż dziwi mnie fakt, że nie kazał Stanowi spalić szopy zamykając fabułę po kwadransie;)

Niejaki powiew nadziei wprowadza na plan Dommer, który chce wykorzystać potencjał potwora, ale po załatwieniu w ten sposób jednego koleżki fabuła skręca w kolejną ślepą uliczkę. Do samego końca nie uświadczymy już nic wartego uwagi.

Filmidło liche z tego wyszło.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:4

45/100

W skali brutalności:1/10

Be my guest

I see you (2019)

Małomiasteczkowy glina, detektyw Greg Harper prowadzi dochodzenie w sprawie zaginięcia  dwunastoletniego chłopca. Tymczasem w jego domu dzieją się coraz bardziej niepokojące rzeczy i bynajmniej nie chodzi o ostatnio zdemaskowaną zdradę, której dopuściła się jego żona, ani nie o fochy nastoletniego syna. Znikające przedmioty, latające doniczki i wrogo nastawione drzwi od szafy to dopiero początek.

Thriller „I see You” nakręcono na podstawie pierwszego scenariusza jaki wyszedł z pod ręki aktora Devona Graye’a. Jak na debiut przystało mamy tu pewien powiew świeżości. Otóż nie malkontenci, to nie jest kolejne ghost story o nawiedzonym domu.

W filmie idzie o coś zupełnie innego. Przekonacie się o tym gdzieś mniej więcej w połowie seansu. Wtedy też pojawia się główny fabularny twist, na którym w dużej mierze spoczywa ciężar całego przedsięwzięcia. Nie powiem żebym nie była nim zaskoczona.

To jednak nie wszystko co może Was tu zaskoczyć. W finale rozwiązana zostanie jeszcze jedna zagadka, ale tu nie byłam już tak entuzjastyczna. Lubię nieoczekiwane zwroty akcji, ale tylko te logicznie uzasadnione. Tu uzasadnienia nie był wcale. Ot jest jak jest, a po za tym psycholodzy to idioci. Be my guest 😀 Musicie mi darować tą lakoniczność. Trudno napisać o głównych walorach filmu jeśli są nimi rzeczy, których absolutnie nie powinno się wiedzieć przed seansem;)

Film jest sprawnie zrealizowany, co w dużej mierze jest zasługą dobrego rozplanowania filmowych wydarzeń. Technicznie bez zarzutów, ale też nie ma tu szczególnie o co się potknąć, ani z efektami nie poszaleli, ani nie tryskali krwią na aktorów.

A skoro o aktorach mowa to muszę to powiedzieć. Helen Hunt chyba pomyliła plany filmowe. Jej twarz to jakiś koszmar i od czasu gdy pod nóż poszła Meg Ryan nie widziałam tak skopanego zabiegu przeciwzmarszczkowego. Jej twarz wygląda jak zagipsowana. Aktorka z trudem wydobywała z niej ruchy mimiczne. Jeśli więc chcecie w tym thrillerze znaleźć element horroru to jest on wymalowany na twarzy Helen Hunt 🙁

Słowem podsumowania: Całkiem dobra produkcja, może nie rewelacyjna i nie pozbawiona wad, ale jak najbardziej do obejrzenia.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:7

to coś:6

60/100

W skali brutalności:1/10