Archiwum kategorii: Książki

Człowiek wilk

Sfora – Przemysław Piotrowski

W Zielonej Górze ponownie dochodzi do zbrodni. W oczach zwykłych obywateli za brutalny, nacechowany kanibalistycznie mord na zakonnicy musiał odpowiadać nie człowiek, a wilkołak. Rozpoczyna się obława, której przywodzić będą Igor Brudny i inspektor Czarnecki, odpowiedzialni za schwytanie Rzeźnika z Nietkowa.

Przemysław Piotrowski szturmuje polski rynek wydawniczy z pomocą historii w której zbrodnia początkowo brana za nadprzyrodzoną okazuje się dziełem człowieka. Najczęściej człowieka bardzo zranionego, którego społeczność w której żył uczyniła potworem i to niekoniecznie w metaforycznym ujęciu.  Myślę, że jest to prawidłowość która utrzyma się w całym cyklu wydawniczym. Jest to jej znak rozpoznawczy i cecha wyróżniająca.  W pierwszej części serii pt. “Piętno” poznajemy komisarza Igora Brudnego, który zmuszony jest zmierzyć się z demonami przeszłości powracając do Zielonej Góry i tropiąc człowieka odpowiedzialnego za serię zabójstw. Po rozwiązaniu jednej sprawy szybko zmuszony jest do zaangażowania się w kolejną. Przeszłość wyraźnie się o niego upomina i nie ustępuje.

To co najbardziej frapuje w w prozie autora to jego umiejętność budowania historii, wspartej na solidnych fundamentach. Jako dziennikarz kryminalny odrobił lekcje więc cały obraz dochodzenia przedstawiony jest w sposób nie urągający wiarygodności. Do tego dochodzi nieźle wykreowani bohaterzy i dobre pomysły na zagadki – a jak wiadomo bez tego nie da się napisać dobrego kryminału. To co powinno poruszyć, poruszyło, to co powinno wystraszyć, wystraszyło. Klimat opowieści: surowy, zimny świetnie koresponduje z treścią. Warunek jest jedne: musicie lubić kryminały.

Moja ocena: 7+/10

Dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

Narodziny Draculi

Dracul – Dacre Stoker, J.D.Barker

Irlandia, XIX wiek. Siedmioletni Abraham Stoker cierpi na nieznaną chorobę, która w każdej chwili może spowodować jego śmierć. Ulgę w dolegliwościach przynosi mu tylko obecność niani, tajemniczej Ellen Crone. Dobrodziejska działalność kobiety ma jednak swoją mroczna stronę, która może zagrozić zarówno chłopcu jak i całej jego rodzinie. W końcu kobieta ‘znika’, by ‘powrócić’ po przeszło dziesięciu latach i na nowo wprowadzić zamęt w życiu Stokera.

Dobrze widzicie, bohaterem powieści “Dracul” jest nie kto inny jak Bram Stoker autor “Draculi”  i przodek Dacre’a Stokera.

Przyznam, że miałam spore wątpliwości względem pomysłu przywołania ducha “Draculi” przez współczesnego autora. Wiecie jak to jest z przywoływaniem duchów – ma przyjść ukochana babcia, przychodzi jakaś poczwara z piekła i psuje meble;) Obawiałam się karykatury Draculi z rodzaju filmowego “Dracula 2000”, albo jeszcze gorzej. Moje katastroficzne wizje spowodowały odwlekanie lektury w czasie, by nie psuć celebrowanego w mojej świadomości obrazu oryginału. W końcu się przełamałam i wiecie co? Książka okazała się nie tylko dobra, a nawet bardzo dobra. Nie dziwi mnie to, że wytwórnie filmowe rzuciły się na prawa do ekranizacji – wyścig wygrał Paramount i to w przedbiegach, bo jeszcze przed premierą powieści. Tak więc wypatrujcie filmowego “Dracula”.

Książka ma formę powieści epistolarnej co jest pierwszym odwołaniem do oryginału. Czytamy tu korespondencję i zapisy z dzienników bohaterów. Wyłania się z tego historia,  jak twierdzi, autor ma swoje poparcie w prawdziwych wydarzeniach. Do wiary w to nie jestem skłonna, ale muszę przyznać, że sprawa została rozegrana na tyle sprawnie, że mamy wrażenie, że oto dokopaliśmy się do skały, u stóp której wybiło źródło inspiracji najsłynniejszej powieści wampirycznej w dziejach literatury. Możemy się dowiedzieć, kto jest kim. Dajmy na to sama postać Johnatana Harkera –  to nasz Bran, Mina to jego siostra Matylda etc.

Dacre Stoker pracując wspólnie z Barkerem bazował na zapiskach autora “Draculi” i korzystał z tej samej, powiedzmy, bazy danych. Tak powstał można rzecz prequel “Draculi” w postaci “Dracula”. Autorom udało się oddać klimat XIX wiecznej opowieści grozy, co jest chyba największą zaletą powieści. Książka jest dopracowana i przemyślana. Mogę ją polecić z czystym sumieniem, co nie da się ukryć jest dla mnie ulgą.

Moja ocena: 7+/10

Dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

Upiory pod choinkę

Upiorne święta – Jakub Bielawski, Robert Cichowlas, Jakub Ćwiek, Tomasz Hildebrand,  Hanna Greń, Graham Masterton, Adam Przechrzta, Artur Urbanowicz, Przemysław Wilczyński, Marek Zychla

Tradycja świątecznych opowieści jest głęboko zakorzeniona w naszej kulturze. Charles Dickens słynął z faktu, że na każde święta Bożego Narodzenia publikował opowiadanie w świątecznym klimacie. Jest to przykład najbardziej znany, ale zdecydowanie nie odosobniony. Nawet coroczna polsatowska emisja “Kevina…” stanowi przykład pokłosia świątecznych narracji. W ubiegłym roku miałam okazje czytać zbiór klasycznych opowieści grozy “Wigilia pełna duchów“, w tym roku dość wcześnie, bo już we wrześniu premierę miał zbiór złożony ze współczesnych opowiadań “Upiorne święta” i dziś napiszę parę słów na jego temat.

Zacznę od tego, że spływające zewsząd recenzje nie nastroiły mnie pozytywnie do lektury. Czytelnicy wskazywali, że spośród dziesięciu opowiadań maksymalnie trzy nadawały się do czegokolwiek. Ja natomiast przeczytawszy cały zbiór, bo nie ręczę, że nie znaleźli się tacy, którzy zniechęcili się po drodze, jestem w stanie w mniejszym lub większy stopniu pochwalić 80% z nich.

Jeśli chodzi o opowiadania, które kompletnie nie przypadły mi go gustu to na czele peletonu staje opowiadanie Adama Przychrzty “Kontrakt”, dziwnie bełkotliwy niekończący się dialog toczony między anonimowymi dla czytelnika osobami dramatu dotyczący motywu tak dalekiego od świątecznego wątku jak to tylko możliwe. Moja ocena: 2/10

Marne wrażenie zrobiło też dla mnie naiwnie kryminalno/sensacyjne? opowiadanie Hanny Greń “Pechowe święta”. Moja ocena: 3/10 Obydwa trafiły na początek zbioru stąd być może tak surowe oceny całości wśród czytelników.

Zbiór otwiera opowiadanie nieznanego mi autora Tomasza Hildebranda “Opowieść wigilijna”. Sam pomysł przypadł mi do gustu, nawiązanie do kary za złe uczynki popełnione w święta to ukłon w stronę Dickensa, ale duża ilość językowych nieporęczności i rozchwiany styl sprawiły, że był to ukłon dość nieporadny i tylko średnio zadowalający. Moja ocena: 5/10

“87 centymetrów” dzieło dobrze znanego Artura Urbanowicza to już wyjście powyżej średniej. Już sam początek historii to wejście w klimat i temat świąt oczywiście od stosownie upiorniejszej strony. Miałam parę uwag ad. fabuły:chmara licealistów puszczona samopas w wigilię, rodzice zgadzający się na to by pociechy spędzały ten wyjątkowy wieczór z dala od rodziny. Nie wspominając już o świadomości czającego się zagrożenia. Hymmm. Iście slasherowa rzeczywistość;) Nie mniej jednak owe założenia są do przełknięcia i w sumie warto je przełknąć, bo w nagrodę dostaniemy solidną w grozę i dopracowaną opowieść. Moja ocena: 6+/10

Graham Masterton w “Czerwonym Rzeźniku z Wrocławia” przedstawia niewymagającą, ale sprawnie poprowadzoną opowieść nawiązującą do urban legend. Historia jest krótka i zwieńczona mocnym finałem, który miał szansę zaskoczyć.  Moja ocena: 7/10

“Rezerwat”, opowiadanie Marka Zychli to chyba mój faworyt i z pewnością byłby nim bezsprzecznie, gdyby nie obecność w zbiorze Kuby Bielawskiego. Wiadomo jak to u mnie jest, tam gdzie Bielawski tam nikt inny nie ma szans;)
“Rezerwat” ociera się o bizzaro w stylu Dawida Kaina, a styl ten wyjątkowo sobie ostatnio ulubowałam. Futurystyczna opowieść o świętach w cieniu antyutopijnej rzeczywistości. Świetnie napisana rzecz oparta na wyjątkowym pomyśle. Pierwszy raz mam styczność z autorem i deklaruję, że będę mieć go na oku. Moja ocena: 10/10

“Prezent od Gwiazdora” Roberta Cichowlasa to opowiadanie w stylu… Cichowlasa:) Mainstream i brak ryzykownych odstąpień od prawideł gatunku grozy w wersji bardzo saute. Wyczuć tu można trochę Kinga, trochę Mastertona. Klasyczna formuła z taką ilością psychologii by nikomu nie odbiło się to czkawką. Bardzo sprawne, angażujące i zwieńczone małą przewrotnością.Duży plus za Bukowskiego. Moja ocena: 7+/10

Jakub Ćwiek i  “Już nie jesteś smutkiem” to kolejny skok w poziomie zbioru. To moje drugie spotkanie z autorem i zaczynam wierzyć, że facet jest bezdomny. Albo był bezdomny;) Czytałam w niemałym zachwycie jego Ciemność płonie” i tam też występuje wątek bezdomności. Ten głupi żart ma zamaskować może poczucie wstydu, że miałam tak mało do czynienia z twórczością Ćwieka. W każdym razie jego opowiadanie stawiam na podium, bo szalenie spodobała mi się jego przewrotna interpretacja wigilijnego cudu. Moja ocena: 9/10

“Dom na końcu ulicy” zupełnie nieznanego mi Przemysława Wilczyńskiego to dobry przykład umiejętności wykorzystania banalnego motywu, w tym przypadku Wilkołaka w niebanalny sposób. Autor nie odkrył może przy tym Ameryki, ale zwrócił uwagę na mniej oczywisty aspekt sytuacji i wykorzystał go do pchnięcia swojej historii na inne tory. Bez nachalnej pseudopsychologi i bezwiednie wplótł w fantastyczny motyw wilkołaka zupełnie przyziemny i prostolinijny problem zachwianej męskości. Wigilia była naprawdę upiorna. Moja ocena: 8/10

Najlepsze na koniec. Ostatnie z opowiadań “Krótka historia na pożegnanie” Kuby Bielawskiego mimo, że najmniej wigilijne – mniej wigilijne był chyba tylko “Kontrakt” – podobało mi się najbardziej. Kiedyś usłyszałam, że pisarze czy inni wierszokleci mają w sobie coś z czarodziei, bo rzucają uroki przy pomocy słów. Odkąd Jakubowa “Ćma usiadła mi na głowie błędnym wzrokiem wypatruje gdzie by tu znaleźć jakieś zrzeszenie psychofanek Bielawskiego. W opowiadaniu czuć oddech “Dunkela i powojennej rzeczywistości, ale nie w historycznym wymiarze. Świeżo wyciśnięty sok smutku. Moja ocena: 10/10

Na koniec powiedzieć mogę tylko tyle, że sięganie po zbiory opowiadań różnych autorów, także ten o którym dziś była mowa to ryzykowna przygoda. Nie wiadomo co się trafi i czy przebrnięcie przez mniej atrakcyjne treści zostanie nagrodzone spotkaniem z dobrą literaturą. W przypadku “Upiornych opowieści” okazało się, że było warto.

Całość: 7/10

Dziękuję wydawnictwu Akurat

Królowe zbrodni

Rozmowy z seryjnymi morderczyniami. Królowe zbrodni – Christopher Berry -Dee

Słaba płeć – tak zwykło się mówić o kobietach, ale czy ktokolwiek odważyłby się na takie określenie względem bohaterek książki kryminologa Christophera Berry’ego Dee? Nie sądzę. Autor po raz kolejny dzieli się z czytelnikiem relacją ze swoich kontaktów z najokrutniejszymi z ludzi, tym razem rezerwując przeszło dwieście stron kobietom. W ten sposób zadaje kłam przekonaniu o słabości i delikatności płci pięknej. Kobiety potrafią zabijać równie skutecznie co mężczyźni.

To będzie ostatnia książka autora po którą sięgnę. Nie dlatego, że jest najgorsza z pośród tych, które miałam już okazję przeczytać. Po prostu wiem, że nie usłyszę od niego już nic nowego. Niektóre z niesławnych bohaterek pojawiały się już w dwóch poprzednich publikacjach jakie miałam okazję przeczytać, więc kolejne strony nie wniosły nic nowego. Autor powtarza też niektóre stwierdzenia, teorie i anegdoty. Nie zmniejsza się też jego maniera chorobliwej autopromocji, co z książki na książkę drażni coraz bardziej. Co jest w tym najsmutniejsze, w jego badawczych dążeniach nie dostrzegam ciekawości poznawczej względem ‘obiektów’ tylko typowo laicką pogardę. Od specjalisty oczekiwałabym jednak jakiegoś fasonu. Nie wiem czemu szczególnie ten ostatni aspekt wyjątkowo rzucił mi się w oczy akurat przy tej publikacji. To chyba solidarność jajników;)

W każdym razie z panem Berry’Dee uroczyście się żegnam, na osłodę powiem co dobrego znalazłam w “Królowych zbrodni”. Bardzo przypadł mi do gustu opis rosyjskiego więzienia dla kobiet w Sablino, któremu autor poświęcił przedmowę. Rozdział poświęcony analizie motywów był nieco chaotyczny, ale ciekawy. Do tego dorzucę jeszcze pochwałę dla chęci autora by zaprezentować mniej znane kobiece zbrodniarki jak Flora Bell, czy Eva Dugan. Klasycznie, jak w dwóch poprzednich publikacjach, tytuł “Rozmowy…” niekoniecznie przystaje do treści, owszem parę soczysty cytatów się trafiło, ale  zbyt mało. Oczywiście książka punktuje już samą tematyką. Jest więc co pochwalić, ale nie zmienia to faktu, że na dłuży czas mam dość Pana Kryminologa i jego wieeeelkiego ego;)

Moja ocena: 5/10

Dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

Boli mnie głowa i nie mogę spać

Paradoks – Artur Urbanowicz

Dwudziestojednoletni student wydziału matematyki na Gdańskim Uniwersytecie Maks ‘Square’ Okrągły dąży do doskonałości. Jego perfekcjonizm graniczy z obsesją, która nie dopuszcza możliwości popełnienia błędu. Bycie omylnym traktuje jako domenę ludzi słabych, niewystarczająco skupionych i bezwartościowych.  Za każdy niedostatek w swoim codziennym funkcjonowaniu wymierza sobie sobie dotkliwe fizyczne kary mające stłumić psychiczny ból związany z porażką. Najdrobniejsze przeoczenie, potknięcie wieńczy samookaleczeniem. Jego obsesja osiąga ekstremum, umysł zostaje osaczony przez wizję sobowtóra. Tego lepszego dla którego to on jest słaby, niewystarczająco skupiony i bezwartościowy. Na jego oczach i wobec jego bezradnego pojmowania paradoks zatacza coraz szersze kręgi.

Możecie mi wierzyć lub nie, ale nie byłam pozytywnie nastawiona do lektury “Paradoksu”. I nie dlatego, że uważam Artura Urbanowicza, za złego pisarza. “Inkubowi” dałam chyba siódemkę w dziesięciostopniowej skali, zrobiłam to jednak poniekąd wbrew sobie. Jak bowiem ocenić książkę, która jest doskonałym rzemieślniczym produktem, ale nie porusza? Była wybitnie obliczona, skrojona z precyzją, która zapewniła doskonałą proporcję wszystkich składników, ale nie widziałam w niej żadnego osobistego przekazu. Jakby nie stał za nią żywy człowiek, artysta, którego czasem może ponieść, tylko maszyna. I strasznie nie polubiłam głównego bohatera:) Nie dlatego, że był taki, czy siaki. Dlatego, że był nijaki.

Musiałam o tym wszystkim wspomnieć słowem wstępu, bo w przypadku “Paradoksu” mam skrajnie odmienne odczucia. Przede wszystkim – mam odczucia, ha. Tematyka “Paradoksu” dała mi poniekąd odpowiedź, na to dlaczego “Inkub” był taki, jaki był. I nie chce w to głębiej wchodzić żeby nie uprawiać osobistych wycieczek w kierunku autora.

Dlaczego tym razem jestem na tak? Pierwsza rzecz, główny bohater. Maks, którego nie da się lubić, w pewnym momencie zaczyna budzić współczucie. Przywaliłabym mu po głowie książką, której jest bohaterem. Jego postawa, sposób myślenia mogą wzbudzić tylko niechęć, jednak jeśli dokopiemy się do tego, co za tym stoi zrozumiemy nie tylko dlaczego inteligentny i przystojny koleś nie miał szansy zostać gwiazdą socjogramu, ale też do ogromu bólu, traumy, która go uczyniła takim jakim był.

I nie, nie mamy tu żadnych skrótów myślowych, uproszczeń i psychologii z Youtube’a. Co najbardziej doceniam, Artur nie starał się usprawiedliwiać postawy Maksa, jechał po nim bez litości, pokazując każdą słabość, dzięki czemu uniknął zgubnego przekonania panującego wśród wielu pisarzy, że główny bohater musi by fajny żeby czytelnik docenił jego kreację. W porównaniu z policjantem z “Inkuba” jest to krok milowy. Warstwa dramatyczna tej powieści, której poświęcona jest znaczna  część powieści – przez wielu czytelników jak zaobserwowałam uważana za nudnawą – dla mnie jest jednym z najmocniejszych elementów. Jest w tym jakaś prawda, którą instynktownie wyczuwam, a prawda zawsze się najlepiej broni.

Elementy grozy przybierają tu psychodeliczną formę. Po kilku jazdach, których doświadcza Maks można się zarazić paranoją. “Boli mnie głowa i nie mogę spać”, długo za mną chodziło.

Matematyka, której prawidła idą pod rękę z fabułą. Nie znoszę matmy, albo inaczej nie znoszę liczb, wzorów, nawiasów pierwiastków. Plusy i minusy jeszcze toleruję;) Aksjomaty, reguły, błędy logiczne wszystko to co najciekawsze i jednocześnie najbardziej codzienne jest wykorzystane w “Paradoksie”. Serio nadążałam za tym, co mile połechtało mojego egona. Wyniosłam z lektury garść ciekawostek, co też się ceni.

Motyw kluczowy. Tu też słyszałam narzekania, że za bardzo sci-fi, ale co się za tym sci fi kryje? Bardzo uniwersalna prawda o życiu: Kiedy niemożliwe staje się możliwe, najbardziej możliwe staje się zło. (Kapuściński, chyba). I to zło przybiera tu nie tylko fantastyczną postać, jest pewnego rodzaju projekcją, wypadkową tego co realne i doświadczalne.

Motyw sobowtóra jest jednym z moich ulubionych literackich motywów. Nie wiem czy autor czytał “Sobowtóra” Dostojewskiego, czy “Rozpacz” Nabokova (Tak, Ci panowie co się nie lubili), bo nie pojawia się o tych powieściach żadna wzmianka – za to pojawia się moje ulubione opowiadanie Poe’go “Wiliam Wilson”, ale trafił celnie we wszystkie związane z motywem sobowtóra zawiłości i je wykorzystał.

Podsumowując, bo się rozpisałam jak każdy humanista ze skłonnością do trwonienia czasu;) jestem mile zaskoczona “Paradoksem”. Książka solidna, ale nie obdarta z emocji.

Moja ocena: 8+/10

Dziękuję wydawnictwu Vesper