Archiwum kategorii: Książki

Piękna czy bestia

Jej piękna twarz – Robyn Harding

Frances Metcalfe boi się, że ktoś dowie się kim jest i co zrobiła. Żyje cichutko, na paluszkach, trawiona przez poczucie winy. Nie wierzy, że mąż może ją kochać, bo nie jest dostatecznie atrakcyjna. Nie wierzy, że jest dobrą matką, bo ona i jej dziecko nie spotkało się z akceptacją w środowisku dzieci i rodziców z prestiżowej prywatnej szkoły. Nie utrzymuje kontaktów z rodziną, nie ma przyjaciół. Nie robi kariery.

Wtedy poznaje Kate. Kate, która ma wszystko czego brakuje Frances, a mimo to ten chodzący ideał uznał ją za wartą swojej przyjaźni. Frances uważa, że to zbyt piękne żeby mogło być prawdziwe. I ma rację. Kate nie jest prawdziwa, jest kimś zupełnie innym.

Nie miałam wcześniej do czynienia z twórczością Robyn Harding, ale po lekturze „Jej piękna twarz” przypuszczam, że się to zmieni. Książkę, która wpadła mi w ręce gatunkowo przypisałabym do thrillera psychologicznego z odrobią kryminału.

Mamy tu narrację na dwa głosy. Główna oś akcji to bieżące wydarzenia z życia Frances, jej męża i synka oraz Kate i jej rodziny, w tym nastoletniej córki Daisy. Z drugiej strony mamy tajemniczego narratora, Dj’a. Wiemy, że jest małym chłopcem, który w tragicznych okolicznościach stracił starszą siostrę. Dj, relacjonuje swoje życie po zabójstwie siostry. W miarę rozwoju wydarzeń zbliżamy się do odkrycia tego, co łączy historie Franses z opowieścią Dj’a.

„Jej piękna twarz” to opowieść o psychopacie, choć początkowo nic na to nie wskazuje. To chyba jeden z jej największych plusów. Kulisy życia z psychopatą wcale nie wyglądają tak jak moglibyście sobie wyobrażać. To historia życia naznaczonego chęcią zemsty, poczuciem winy, życia bez miłości, za to z ogromem tajemnic.

Nie chcę Wam zdradzać zbyt wiele jeśli idzie o szczegóły, bo zepsułabym niespodziankę. Mogę jedynie powiedzieć, że jest ciekawie. Ciekawe sylwetki bohaterów, interesujące twisty fabularne i bardzo wymowna pointa. Styl pisarki sprzyja angażowaniu się w śledzenie akcji.

Polecam? Polecam.

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i s-ka

 

Najbardziej nawiedzony dom w Ameryce

Amityville Horror – Jay Anson

Jest grudzień 1975 roku. Rodzina Lutz, Katie, jej dzieci z pierwszego małżeństwa i mąż George wprowadzają się do nowego domu w Amityville przy Ocean Avenue 112. Dobili świetnego interesuje nie zrażeni krwawą historią posiadłości. Niestety ich amerykański sen zmienia się w koszmar, gdy dom okazuje się nawiedzony.

Tak, Moi Drodzy, przed Wami pierwsze polskie wydanie książki o nawiedzonym domu Amityville znanym na całym świecie głównie za sprawą serii filmowych horrorów.

Nie wiem jak to się stało, że do tej pory żaden polski wydawca nie zdecydował się na przetłumaczenie książki i przedstawienie jej polskim czytelnikom. Na szczęście jest Vesper, na Vesper zawsze można liczyć. Wydana w twardej oprawie książka, przyciąga okładką i tradycyjnie uzupełniona jest o ilustracje, mroczne ilustracje autorstwa Macieja Kamudy. Prezentuje się świetnie i myślę, że nawet bez stosownej rekomendacji każdy fan horrorów będzie chciał mieć ją na swojej półce.

Osobiście byłam szalenie ciekawa zawartości. Moim głównym pytaniem było na ile książkowy oryginał  różni się od ekranizacji i jej remake’u? I tu szok pierwszy: Jody jest chłopcem. Tak więc – różnice są.

Książka powstała na podstawi relacji rodziny Lutz, spisanej przez pisarza Jay’a Andsona, który jak szybko zorientujecie się czytając wstęp wydawał się gorąco wierzyć słowom bohaterów. Myślę też, że sporo dodał tam od siebie, żeby uatrakcyjnić historię i tak w dwa lata po krótkim, bo zaledwie 28 dniowym, pobycie Lutzów na Long Island po raz pierwszy wydano „The Amityville Horror”.

Gdy już przebrnęłam przez wstęp, który bardziej mnie zniechęcił niż uwiarygodnił sprawę, miałam obawę, że książka przyjmie postać czegoś w rodzaju literatury faktu ze skrzętnie wyliczonymi emanacjami zjawisk nadprzyrodzonych i bez jakiejkolwiek fabuły. Okazało się, że jest inaczej co jest niewątpliwym plusem książki. Czyta się ją ot, jak powieść, gdzie mamy wstęp, rozwinięcie, punkt kulminacyjny i zakończenie. Znajdzie się przestrzeń na stworzenie portretów psychologicznych bohaterów, na zbudowanie napięcia i klimatu. Język jest przystępny.

Oczywiście dla większości czytelników, którzy jak mniemam znają już tą historię za sprawą filmów nie będzie aż takiego wow, jak u zupełnych neofitów, nie mniej jednak nadal uważam, że dla fanów grozy jest to pozycja obowiązkowa.

Moja ocena: 8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Vesper

Bajki nie dla dzieci

Upiorne opowieści po zmroku – Alvin Schwartz

Z czym Wam się kojarzy tytuł „Upiorne opowieści po zmroku”? Z historyjkami opartymi na lokalnych legendach? Z bajkami dla dzieci? Z bajkami z dreszczykiem? Jakkolwiek jest  każde z tych skojarzeń jest trafne.

Książka, o której dziś mowa, jest w zasadzie pierwszym tomem , trzytomowej serii książek. Pierwszy z nich, który doczekał się właśnie polskiego wydania, po raz pierwszy ujrzał światło dzienne w 1981 roku.

Historie opatrzone ilustracjami Stephena Gammela wydano w Ameryce i to z amerykańskiego folkloru czerpią w największej mierze, choć ciężko tak to kategoryzować w przypadku kraju osadników;) Zrobiły dużo szumu, głównie w uwagi na grupę odbiorców- dzieci. Czy dzieci powinny czytać takie potworności? Patrzeć na potworne obrazki? Alvin Schwartz stwierdził, że a jakże i wydał jeszcze dwa tomy. Podobno istnieje też wersja ocenzurowana, ale nie ją mam dziś w ręku.

Być może niektórzy z Was już zaznajomili się z tytułem za pomocą filmu, który ostatnio gościł w kinach i który to powstał w oparciu o książkę. Na ile film trzyma się pierwowzoru, nie wiem, bo jeszcze go nie widziałam, ale za to mogę Wam co nieco powiedzieć o książce.

Książka jak na swoje sto parę stron liczy aż 29 historii, więc możecie się domyślać, że są raczej krótkie. Opowieści podzielono w zależności od hym… od przeznaczenia? Chyba o to szło.

Pierwszy cykl to „Aaaach”, czyli okrzyk zaskoczenia, przynależny dla historii z zaskakującym zakończeniem. „Usłyszał kroki na schodach” to typowe ghost story o duchach czających się w zakamarkach domu. „Zjedzą twoje oczy, zjedzą twój nos” może wskazywać na makabreskę, ale to raczej zbiór różnych dziwów. „Inne zagrożenia” to opowiadania oparte na miejskich legendach, Krwawa Mery i tym podobne tematy. Na koniec znowu mamy „Aaaach”, ale tym razem nie chodzi o zaskoczenie tylko bardziej hym… obrzydzenie? To najbardziej makabryczny rozdział, najbardziej ‚nie dla dzieci’.

Z uwagi na objętość książki, którą dodatkowo skracają przypisy, ilustracje no i spory wstęp ze wskazaniami ‚jak straszyć, można ją łyknąć w jeden wieczór, tak przed snem. Myślę, że będzie to przyjemna lektura, taki powrót do krainy dzieciństwa, bo nikt nie potrafi się tak pięknie bać jak dzieci.

Moja ocena:6/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

Ze śniegiem wracam

Zimowe nawiedzenie – Dan Simmons

Dale Stewart po tym jak jego życie prywatne i zawodowe legło w gruzach popada w depresję. Nie chce już żyć, ale wychodzi cało z samobójczej próby. Jednak jego psychika jest w strzępkach, a on czuje, że musi się cofnąć bo stoi o krok od przepaści.

Cofa się aż do krainy dzieciństwa, małego miasteczka w Ilinois, gdzie pewnego lata doszło do serii niewytłumaczalnych wydarzeń. Pisarz postanawia na nowo skonfrontować się z przeszłością. Nadchodzi zima gdy Dale Stewart wraca do Elm Haven.

Tak, „Zimowe nawiedzenie” jest kontynuacją „Letniej nocy”, mimo, że pomiędzy publikacjami obydwu książek pojawiły się jeszcze dwa tytuły powiązane z tematem.

Jeśli pamiętacie „Letnią noc” pamiętacie też Dale’a. Dale wraca do miasteczka i lokuje się na farmie niegdyś należącej do rodziny jego nieżyjącego przyjaciela, Dune’a.

W recenzji „Letniej nocy” wspominałam, że był on moim ulubionym bohaterem i bardzo odżałowałam jego śmierć, to też z radością przyjęłam fakt, że Dune nie umarł tak do końca;) Dune Mc Bride, który przecież chciał zostać pisarzem, jest narratorem „Zimowego nawiedzenia”.

„Zimowe nawiedzenie”, choć tytuł dość jednoznacznie wskazuje nam gatunek do jakiego należałoby przypisać powieść ma w sobie tyle samo horroru co powieści psychologicznej.

Być może dlatego, miłośnicy „Letniej nocy” byli nieco rozczarowani, bo jeśli chodzi o wartkość akcji jest zdecydowanie bardziej stonowana. Grzebanie w zatartych wspomnieniach, umartwianie nad obecnym stanem rzeczy, kiepskie widoki na przyszłość. Nie brzmi wesoło, ale czy Dan Simmoms pisze wesołe historie? No nie. Mnie „Zimowe nawiedzenie” bardzo przypadło do gustu.

Moja ocena: 8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

Nikt Ci nie uwierzy

Niewiarygodne – Ken Armstrong, T. Christian Miller

Rok 2008. Przedmieścia Seattle. Nastoletnia Marie zgłasza na policji gwałt. Wg. słów dziewczyny zamaskowany napastnik wdarł się do jej domu, obezwładnił ją i dokonał gwałtu. W toku prowadzonego śledztwa, pod presją kolejnych przesłuchań, pytań podważających wiarygodność dziewczyny postanawia ona wycofać zgłoszenie. Teraz to Mary staje przed sądem, oskarżona o składanie fałszywych zeznań. Ale jak było naprawdę?

„Niewiarygodne” nie jest historią samego gwałtu, a raczej jego konsekwencji dla ofiary. Media, fundacje, organizacje pożytku publicznego, osoby pracujące z ofiarami gwałtów, a nie rzadko i same ofiary apelują do społeczeństwa by nie pozostawiać sprawców przestępstw bezkarnymi. Te apele jednak nie zdają się na wiele bo statystyki mówią sam za siebie – większość ofiar przestępstw seksualnych nie zgłasza się na policję. Dlaczego? O tym właśnie opowie Wam książka „Niewiarygodne”.

Być może jej tytuł jest już Wam znany, bo na podstawie tej samej historii, którą przywołują autorzy powstał serial Netflixa. Serial, swoją drogą bardzo dobry, jednak to książce oddaje palmę pierwszeństwa.  Książka wywiera silny wpływ na czytelnika. Mamy możliwość poznać perspektywę różnych osób i ich spojrzenie na sprawę. Możemy wierzyć. Możemy się wahać i wątpić.

Wersja filmowa może się wydawać atrakcyjniejsza w odbiorze, ale pomija wiele kwestii, scenariusz nie jest w stanie zmieścić tego ogromu krzywdy jaki został wyrządzony bohaterkom książki. Tak, bo bohaterek jest więcej. W dwa lata po donosie Mary, gdy tej została już przypięta łatka ‚niewiarygodnej’ na światło dzienne wychodzą kolejne przestępstwa, łudząco przypominające to rzekomo nie popełnione na Mary. Tu muszę pochwalić walory stricte detektywistyczne książki. Musimy dojść do tego kto jest sprawcą i jak działa. Czemu wybierał właśnie takie ofiary, co je łączy? Jego zamysł okaże się cokolwiek szokujący.

Nie mamy tu do czynienia z historią wymyśloną. To literatura faktu, choć może się wydawać… hym… jak mówi sam tytuł ‚niewiarygodna’.

Bardziej wytrwałych zachęcam do lektury, dla leniuszków, polecam wersję serialową.

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

Córki, siostry, morderczynie

Córeczki – Adrian Bednarek

Ewa jest niedoszłą policjantką prowadzącą sklep z drogimi, sportowymi butami. Pola to niedoszła studentka medycyny trudniąca się dawaniem lekcji pole dance. Obie zupełnie różne kobiety łączy silna więź. Silniejsza niż więzy krwi, która nawiązała się w czasie dwóch sądnych dla nich nocy jeszcze w czasach dzieciństwa. Każda z nich kogoś wówczas straciła. Obie zyskały życie, to wtedy przestały być ‚córeczkami’, a stały się ‚siostrami’, które przetrwały. Po latach samotnego dźwigania ciężaru traumatycznej przeszłości spotykają się by poznać odpowiedzi.

Nowa książka Adriana Bednarka wylądowała. To już trzecia powieść z poza ‚diabelskiej’ serii, więc wszyscy Ci, którzy żywili obawę, że Adrian będzie pisarzem jednego pomysłu mają już solidne zapewnienie, że tak nie jest. „Córeczki” to powieść, którą miałam okazję czytać jeszcze przed wydawcą i mam nadzieję, że redakcja jakoś znacznie nie wpłynęła na jej kształt, bo inaczej pisząc o niej popełnię jakąś gafę;) Swoją drogą, na Adriana spadł fejm w postaci polecajki  na okładce od -powiedzmy- sław polskiego kryminału. Hoho. Muszę w końcu poczytać tą Puzyńską, jak poleca Bednarka to może nie jest najgorsza;)

Wszyscy, którzy znają poprzednie książki Adriana, wiedzą, że lubuje się on w czarnych kobiecych charakterach. Nawet jeśli są tylko widmem przeszłości jak w przypadku Klary Sobańskiej, to autor wyposaża białogłowy w ostre pazurki.

Takie są też tytułowe córeczki. Moja imienniczka Ewa, postać która zaskarbiła sobie o wiele więcej mojej sympatii, niż młodsza bohaterka Pola, to inicjatorka całego zamieszania. To ona chce poznać odpowiedzi na dręczące ją pytania. to ona chce zdemaskować człowieka, który pewnej nocy wdarł się do jej rodzinnego domu i…

Samotne śledztwo nie przynosi jednak większych rezultatów, do czasu gdy natyka się na historię łudząco podobną do jej własnej. Odszukuje więc drugą ‚córeczkę’, Polę. Od tej pory narwana Pola łączy siły z Ewą i razem rozpoczynają polowanie na widmową postać człowieka nazywanego przez nie „Strachem na wróble”. Moi drodzy, nie mogę Wam zdradzić zbyt wiele. Nie powiem co spotkało obydwie dziewczyny, bo choć sama szybko domyśliłam się o co się tu rozchodzi, nie chce psuć potencjalnej niespodzianki czytelnikowi. Tym bardziej nie mogę zareklamować książki wychwalając walory pierdolca głównego antybohatera. Pierdolec jest dobry i myślę, że nikt nie powinien być rozczarowany personą głównego czarnego charakteru.

Tak jak powinno się to odbywać w porządnym thrillerze „Córeczkom” nie zabraknie napięcia, nastroju tajemnicy i kilku mocniejszych smaczków. Charakterne dziewczyny grają ostro, a ich przeciwnik też do amatorów nie należy. Adrian zadbał też o kontekst psychologiczny tworząc obrazy dość specyficznych rodzin. Relacje między matkami a córkami są opisane w sposób mogący zadawać kłam o bezgraniczności rodzicielskiej miłości. Myślę, że w przypadku większości z Was pojawi się w głowie pytanie: a co ja bym zrobił?

Najważniejsze jest jednak to, że historia wciąga i każdy kto się z nią zetknie będzie chciał wraz z bohaterkami znaleźć odpowiedzi.

Moja ocena:8/10

Za książkę dziękuję autorowi

Norman Bates inaczej

Psychoza – Robert Bloch

Mary Crane pracownica agencji nieruchomości podejmuje spontaniczną i dość szaloną decyzję o sprzeniewierzeniu pieniędzy szefa. Czterdzieści tysięcy dolarów ma zapewnić dostani byt jej i jej narzeczonemu. Spędziwszy niemal dobę za kółkiem by dotrzeć do ukochanego Sama postanawia w końcu zatrzymać się w przydrożnym motelu i zaplanować dalsze ruchy.

Tak poznaje Normana Bates’a, mało atrakcyjnego właściciela motelu, który udostępnia jej pokój i zaprasza na wspólny posiłek. Uraczywszy ją osobliwą historią swojej relacji z apodyktyczną matką w końcu zostawia dziewczynę samą. Mary nie wie, że są to ostatnie chwile jej życia,

Czy jest na sali ktoś kto nie zna Hitchcockowskiej „Psychozy„? Szczerze wątpię by się taki uchował, natomiast nie mam przekonania co do faktu, że wszyscy fani tej historii mieli okazję poznać także jej książkową wersję – wersje pierwotną.

Robert Bloch to jeden z bardziej ‚płodnych pisarzy’. Swój warsztat doskonalił korespondując z samym Lovecraftem i bardzo zależało mu na stworzeniu czegoś niebanalnego. Wtedy jego uwagę zwróciła historia niejakiego Ed’a Geina.

Bloch wykorzystał więc figurę seryjnego zabójcy wraz ze wszystkimi mitami, którymi obrosła, dodając do niej psychoanalityczną interpretację. Był to strzał w dziesiątkę, bo Bloch, który starał się zainteresować swoją książką wytwórnie filmowe zwrócił uwagę samego Hitchcocka. Czy mógł trafić lepiej?

„Psychoza” nie jest długą powieścią, a więc przerobienie jej na scenariusz filmowy nie było zbyt kłopotliwe. W czytaniu szybka, przystępna, dynamicznie napisana.

Jeśli chodzi o różnice pomiędzy nią, a filmem to nie ma ich znowu tak dużo. Zmianą jest z pewnością charakter relacji Mary- w filmie Marion- z Sam’em, co wpływa też na działanie naszej bohaterki. Jednak wszystkie drogi, i te książkowe i te filmowe prowadzą do moteli Bates’a i to on jest tu głównym bohaterem i antybohaterem w jednej osobie.

Zdziwiło mnie to jak bardzo opis książkowego Normana nie zgadza się z powierzchownością wcielającego się  niego aktora. Książkowy Norman jest otyły i łysiejący, dość mocno zaniedbany. Dla mnie utożsamiającej tą postać i ulizanym i fircykowatym Anthonym Perkinsem był to nie mały szok. I choć starałam się wczuć w książkę, zobaczyć Normana w tej książkowej odsłonie to przed oczami i tak miałam aktora. Wcale mnie nie dziwi wybór reżysera, bo nieco chłopięca powierzchowność filmowego Normana czyni go z pozoru niegroźnym i wypisz wymaluj jest ucieleśnieniem kompleksu Edypa.

Tym w czym książka zdecydowanie przerasta film jest obecność wewnętrznych monologów Normana, co doskonale unaocznia ogrom jego szaleństwa, a i sprytnie wywodzi czytelnika w pole – oczywiście tego nie zaznajomionego z historią Bates’a.

Nie powiem by film był jednak lepszy od książki, albo na odwrót. Wszystko ma swój urok w swojej kategorii.

Wydanie od Vesper dodatkowo uzupełniono o – tak jak zwykle świetne ilustracje- obszerne posłowie Wiesława Kota, w którym możemy poczytać o genezie powstania książki, o jej kontynuacji i filmach nakręconych na jej podstawie – taki fajny smaczek.

Moja ocena: 8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Vesper

Mam wiele pytań

Nie mam więcej pytań – Gillian McAlister

Dwie siostry spotykają się na sali sądowej. Jedna jest ofiarą pragnącą poznać prawdę o śmierci swojej córeczki, druga jest oskarżoną, potencjalnie winną śmierci siostrzenicy.

Wybaczcie mi taki skrótowy opis, ale czasem mniej znaczy więcej. 

Książka Gillian McAlister brytyjskiej pisarski, którą jeden tytuł dzieli od debiutu, jest właśnie taka: nie pojawiają się w niej zbytki w postaci opasłych opisów, a faktów, które znamy u jej początku jest doprawdy niewiele.

Historia przyjmuje formę dramatu sądowego, bo praktycznie wszystkie wydarzenia dzieją się właśnie tam na sądowej sali. To dzięki zeznaniom kolejnych świadków poznajemy poprzedzające teraźniejszą sytuację wydarzenia.

Każdy kto zna „Dwunastu gniewnych ludzi”, „Zabić drozda”, czy inne tego rodzaju opowieści, wie, jak wciągające mogą być opowieści przedstawiane z perspektywy procesu sądowego. Nie inaczej jest w przypadku „Nie mam więcej pytań”.

Tytuł zawiera słowa klucze, które pojawiają się w każdym rozdziale i zwykle stanowią kropkę nad i w kolejnej relacji. A relacji jednego wydarzenia, jednego wieczoru jest wiele. Mamy tu do czynienia  z niełatwą kilkuosobową narracją. To pozwala nam na śledzenie tej sytuacji z kilku perspektyw. To coraz popularniejszy chwyt bo łakomy wiedzy czytelnik chce wiedzieć jak najwięcej. A dobry pisarz wie jak ten apetyt wykorzystać. Im więcej wersji tym większe zamieszanie, większa huśtawka. Szala winy i niewinności przechyla się to na jedną to na drugą stronę.

Poza niewątpliwie intrygującą kwestią oskarżenia o morderstwo mamy tu do czynienia z całą masą wątków mogących w znacznym stopniu wpłynąć na nasz odbiór tej historii.

Poznajmy tu dwie siostry, ciekawe osobowości bez dwóch zdań. Jedna jest roztargnioną artystką ze skłonnością do kieliszka, druga wzorową obywatelką spełniającą się w pracy charytatywnej. Z tym że artystka jest ciepła, spontaniczna i  mimo swoich wad budzącą sympatię osobą. Pani wzorowa wydaje się zimna i nieprzystępna, coś tłumiąca, coś ukrywająca. Czy w takiej sytuacji łatwo uzyskać klarowny osąd? Zdecydowanie nie i na tym właśnie polega siła tej książki. Nie oderwiecie się do czasu, gdy faktycznie nie będzie już o co zapytać.

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i s-ka

Opowiem Wam o zbrodni

Helter Skelter. Prawdziwa historia morderstw, które wstrząsnęły Hollywood” – Vincent Bugilossi, Curt Gentry

9 sierpnia 1969 roku w domu przy Cielo Drive w Los Angeles zostały znalezione ciała żony Romana Polańskiego, Sharon Tate i trójki jej przyjaciół,  Jay’a Sebringa, Wojtka Frykowskiego i Abigail Folger. Jeszcze tej samej nocy w innym domu w Los Angeles został zamordowany biznesmen Leno La Bianca wraz z żoną. Minęły miesiące nim policja i prokuratura połączyły te dwie zbrodnie za sprawą osoby Charlesa Mansona.

Kolejna pozycja, tym razem książkowa, dotycząca morderstw z przed 50 lat. Tegoroczna, równa rocznica sprzyja przywoływaniu tych niekoniecznie przyjemnych wspomnień, stąd za pewne pojawienie się polskiego wydania książki, która za oceanem ukazała się już w 1974.

Bugilossi, pierwszy z wymienionych autorów, to prokurator zajmujący się sprawą Mansona i Rodziny. To on był jednym z oskarżycieli w sądzie, a także osobą gromadzącą dowody w śledztwie i punktującą wszystkie potknięcia policji. To on dokonał analizy czynów Mansona, poznając jego szokujący tok rozumowania.

Drugi z autorów, to już pisarz, który za pewne w głównej mierze odpowiada za walory stricte literackie.

Za oceanem książka odniosła niebywały sukces. Nie wiem jednak, czy aby na pewno wynika to z jej wysokiej jakości, czy raczej chodliwości tematu.

Ta publikacja to wyzwanie. Liczy sobie ponad 600 stron i są to strony zapisane drobnym maczkiem. Dopiero przekroczywszy stronę 150 natrafimy na wzmiankę o Charlesie Mansonie.

Jest to niezwykle szczegółowa relacja z wydarzeń zaczynająca się w  momencie znalezienia ciał w domu Polańskiego. Jest tu przywoływana niemal każda rozmowa mająca jakiekolwiek znaczenie w przebiegu śledztwa, relacje świadków, analiza miejsca zbrodni, dowody… No, wszytko. Dosłownie jakbyśmy czytali akta, a nie literaturę.  To jednoczenie największa zaleta jak i wada tej publikacji.

Przez książkę brnęłam z mozołem. Musicie naprawdę złapać rytm, żeby się w nią wkręcić. To nie jest książka z rodzaju tych, które można czytać z doskoku. Musicie wejść w tą historię i ją poczuć, a gdy tak się stanie przepadniecie bez reszty.

Jak już wspomniałam w innym wpisie, nie należę do grona osób jakoś szczególnie rozmiłowanych w badaniu sprawy Mansona, może właśnie przez jej popularyzacje i fakt medialnej szopki. A mimo to byłam w stanie wkręcić się w czytanie.

„Helter…” podzielony jest na siedem chronologicznych części dzięki temu odtwarzamy wszystkie wydarzenia zgodnie z ich przebiegiem jak na literaturę faktu przystało. Jeśli więc chcecie poczuć, że bierzecie udział w jednej z najbardziej sensacyjnych spraw w historii kryminalnej „Helter…” jest pozycją, której nie wolno Wam ominąć.

Moja ocena: 9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

Przeszłość nie chce aby ją zmieniać

Dallas 63 – Stephen King

Trzydziestoletni nauczyciel języka angielskiego Jake Epping za sprawą swojego znajomego, Al’a odkrywa możliwość podróżowania w czasie. Nie wehikułem, lecz przy pomocy sekretnego przejścia mogącego w jednej sekundzie przenieść człowieka do jednego jesiennego dnia roku 1958 w małym amerykańskim miasteczku.

Al korzystał z niego wielokrotnie i ochoczo udowadnia Jake’owi , że jest to jak najbardziej możliwe. Dzieli się jednak tą wiedza nie bez powodu. Podróże do przeszłości, a tym samym możliwość wpływania na nią, zainspirowały do osobliwego pomysłu. Jak sam stwierdza największe historyczne przełomy, największe społeczne zmiany zawsze poprzedzały zamachy. A gdyby tak zapobiec jednemu z nich?

Nawet osoby nieszczególnie zainteresowane historią Stanów Zjednoczonych z pewnością mają swoje skojarzenia na temat hasła: Dallas ’63. Chodzi oczywiście o zamach na prezydenta Keneddy’ego, jedną z największych amerykańskich traum.

Stephen King wykorzystuje historię owego zamachu do snucia rozważań na temat podróży w czasie i ich konsekwencji. Co byłoby gdyby były możliwe?

Pisarz nie wdaje się w naukowe rozprawy, przejście do przeszłości po prostu jest. Nazywa je króliczą norą i ani myśli przez całą powieść zdradzić cokolwiek na temat jej powstania. Skupia się nie tyle na fantastycznej otoczce owego zjawiska, co na potencjalnych konsekwencjach, dość przyziemnych, jej istnienia.

Książka jest mega długa, jak to bywa u Kinga. Fabuła przebiega dość nierówno i momentami można odnieść wrażenie, że King zapętlił się w swojej historii i nie wie do końca dokąd ona zmierza. Najmniej potrzebny wydał mi się wątek Derry, miasteczka znanego z powieści „It”. Poświęca mu sporo czasu, ale moim zdaniem nie wnosi ono wiele do wątku przewodniego.

Mamy tu też sporo wątków obyczajowych, rzec można romantycznych nawet, bowiem nasz podróżnik w czasie czekając na sądną datę poznaje miłość swojego życia, w osobie skromnej bibliotekarki, Sadie. Wątek Sadie jest już ciekawszy (miotła O_O) i nie można mu odmówić istotności.

Niewiele w tym wszystkim jednak horroru. Jest to bardziej powieść obyczajowa z wątkami sci-fi. Długo nosiłam się zamiarem jej przeczytania, ale jak się okazało, będzie ona raczej daleko w czołówce moich ulubionych utworów Kinga. Nie to, żeby mi się nie podobała, była okej, ale tylko okej.

Z uwagi na to, że nie należę do grona pasjonatów teorii spiskowych, ani w ogóle historii Ameryki, cała sprawa z zamachem na prezydenta była dla mnie pełna nowości. King bardzo ciekawie przedstawił sylwetkę zamachowca, jak zawsze dając popis solidnej psychologii postaci.

Reasumując, książka solidna, ale nie porywająca.

Moja ocena: 7/10