Archiwum kategorii: Książki

Nikt Ci nie uwierzy

Niewiarygodne – Ken Armstrong, T. Christian Miller

Rok 2008. Przedmieścia Seattle. Nastoletnia Marie zgłasza na policji gwałt. Wg. słów dziewczyny zamaskowany napastnik wdarł się do jej domu, obezwładnił ją i dokonał gwałtu. W toku prowadzonego śledztwa, pod presją kolejnych przesłuchań, pytań podważających wiarygodność dziewczyny postanawia ona wycofać zgłoszenie. Teraz to Mary staje przed sądem, oskarżona o składanie fałszywych zeznań. Ale jak było naprawdę?

“Niewiarygodne” nie jest historią samego gwałtu, a raczej jego konsekwencji dla ofiary. Media, fundacje, organizacje pożytku publicznego, osoby pracujące z ofiarami gwałtów, a nie rzadko i same ofiary apelują do społeczeństwa by nie pozostawiać sprawców przestępstw bezkarnymi. Te apele jednak nie zdają się na wiele bo statystyki mówią sam za siebie – większość ofiar przestępstw seksualnych nie zgłasza się na policję. Dlaczego? O tym właśnie opowie Wam książka “Niewiarygodne”.

Być może jej tytuł jest już Wam znany, bo na podstawie tej samej historii, którą przywołują autorzy powstał serial Netflixa. Serial, swoją drogą bardzo dobry, jednak to książce oddaje palmę pierwszeństwa.  Książka wywiera silny wpływ na czytelnika. Mamy możliwość poznać perspektywę różnych osób i ich spojrzenie na sprawę. Możemy wierzyć. Możemy się wahać i wątpić.

Wersja filmowa może się wydawać atrakcyjniejsza w odbiorze, ale pomija wiele kwestii, scenariusz nie jest w stanie zmieścić tego ogromu krzywdy jaki został wyrządzony bohaterkom książki. Tak, bo bohaterek jest więcej. W dwa lata po donosie Mary, gdy tej została już przypięta łatka ‘niewiarygodnej’ na światło dzienne wychodzą kolejne przestępstwa, łudząco przypominające to rzekomo nie popełnione na Mary. Tu muszę pochwalić walory stricte detektywistyczne książki. Musimy dojść do tego kto jest sprawcą i jak działa. Czemu wybierał właśnie takie ofiary, co je łączy? Jego zamysł okaże się cokolwiek szokujący.

Nie mamy tu do czynienia z historią wymyśloną. To literatura faktu, choć może się wydawać… hym… jak mówi sam tytuł ‘niewiarygodna’.

Bardziej wytrwałych zachęcam do lektury, dla leniuszków, polecam wersję serialową.

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

Córki, siostry, morderczynie

Córeczki – Adrian Bednarek

Ewa jest niedoszłą policjantką prowadzącą sklep z drogimi, sportowymi butami. Pola to niedoszła studentka medycyny trudniąca się dawaniem lekcji pole dance. Obie zupełnie różne kobiety łączy silna więź. Silniejsza niż więzy krwi, która nawiązała się w czasie dwóch sądnych dla nich nocy jeszcze w czasach dzieciństwa. Każda z nich kogoś wówczas straciła. Obie zyskały życie, to wtedy przestały być ‘córeczkami’, a stały się ‘siostrami’, które przetrwały. Po latach samotnego dźwigania ciężaru traumatycznej przeszłości spotykają się by poznać odpowiedzi.

Nowa książka Adriana Bednarka wylądowała. To już trzecia powieść z poza ‘diabelskiej’ serii, więc wszyscy Ci, którzy żywili obawę, że Adrian będzie pisarzem jednego pomysłu mają już solidne zapewnienie, że tak nie jest. “Córeczki” to powieść, którą miałam okazję czytać jeszcze przed wydawcą i mam nadzieję, że redakcja jakoś znacznie nie wpłynęła na jej kształt, bo inaczej pisząc o niej popełnię jakąś gafę;) Swoją drogą, na Adriana spadł fejm w postaci polecajki  na okładce od -powiedzmy- sław polskiego kryminału. Hoho. Muszę w końcu poczytać tą Puzyńską, jak poleca Bednarka to może nie jest najgorsza;)

Wszyscy, którzy znają poprzednie książki Adriana, wiedzą, że lubuje się on w czarnych kobiecych charakterach. Nawet jeśli są tylko widmem przeszłości jak w przypadku Klary Sobańskiej, to autor wyposaża białogłowy w ostre pazurki.

Takie są też tytułowe córeczki. Moja imienniczka Ewa, postać która zaskarbiła sobie o wiele więcej mojej sympatii, niż młodsza bohaterka Pola, to inicjatorka całego zamieszania. To ona chce poznać odpowiedzi na dręczące ją pytania. to ona chce zdemaskować człowieka, który pewnej nocy wdarł się do jej rodzinnego domu i…

Samotne śledztwo nie przynosi jednak większych rezultatów, do czasu gdy natyka się na historię łudząco podobną do jej własnej. Odszukuje więc drugą ‘córeczkę’, Polę. Od tej pory narwana Pola łączy siły z Ewą i razem rozpoczynają polowanie na widmową postać człowieka nazywanego przez nie “Strachem na wróble”. Moi drodzy, nie mogę Wam zdradzić zbyt wiele. Nie powiem co spotkało obydwie dziewczyny, bo choć sama szybko domyśliłam się o co się tu rozchodzi, nie chce psuć potencjalnej niespodzianki czytelnikowi. Tym bardziej nie mogę zareklamować książki wychwalając walory pierdolca głównego antybohatera. Pierdolec jest dobry i myślę, że nikt nie powinien być rozczarowany personą głównego czarnego charakteru.

Tak jak powinno się to odbywać w porządnym thrillerze “Córeczkom” nie zabraknie napięcia, nastroju tajemnicy i kilku mocniejszych smaczków. Charakterne dziewczyny grają ostro, a ich przeciwnik też do amatorów nie należy. Adrian zadbał też o kontekst psychologiczny tworząc obrazy dość specyficznych rodzin. Relacje między matkami a córkami są opisane w sposób mogący zadawać kłam o bezgraniczności rodzicielskiej miłości. Myślę, że w przypadku większości z Was pojawi się w głowie pytanie: a co ja bym zrobił?

Najważniejsze jest jednak to, że historia wciąga i każdy kto się z nią zetknie będzie chciał wraz z bohaterkami znaleźć odpowiedzi.

Moja ocena:8/10

Za książkę dziękuję autorowi

Norman Bates inaczej

Psychoza – Robert Bloch

Mary Crane pracownica agencji nieruchomości podejmuje spontaniczną i dość szaloną decyzję o sprzeniewierzeniu pieniędzy szefa. Czterdzieści tysięcy dolarów ma zapewnić dostani byt jej i jej narzeczonemu. Spędziwszy niemal dobę za kółkiem by dotrzeć do ukochanego Sama postanawia w końcu zatrzymać się w przydrożnym motelu i zaplanować dalsze ruchy.

Tak poznaje Normana Bates’a, mało atrakcyjnego właściciela motelu, który udostępnia jej pokój i zaprasza na wspólny posiłek. Uraczywszy ją osobliwą historią swojej relacji z apodyktyczną matką w końcu zostawia dziewczynę samą. Mary nie wie, że są to ostatnie chwile jej życia,

Czy jest na sali ktoś kto nie zna Hitchcockowskiej “Psychozy“? Szczerze wątpię by się taki uchował, natomiast nie mam przekonania co do faktu, że wszyscy fani tej historii mieli okazję poznać także jej książkową wersję – wersje pierwotną.

Robert Bloch to jeden z bardziej ‘płodnych pisarzy’. Swój warsztat doskonalił korespondując z samym Lovecraftem i bardzo zależało mu na stworzeniu czegoś niebanalnego. Wtedy jego uwagę zwróciła historia niejakiego Ed’a Geina.

Bloch wykorzystał więc figurę seryjnego zabójcy wraz ze wszystkimi mitami, którymi obrosła, dodając do niej psychoanalityczną interpretację. Był to strzał w dziesiątkę, bo Bloch, który starał się zainteresować swoją książką wytwórnie filmowe zwrócił uwagę samego Hitchcocka. Czy mógł trafić lepiej?

“Psychoza” nie jest długą powieścią, a więc przerobienie jej na scenariusz filmowy nie było zbyt kłopotliwe. W czytaniu szybka, przystępna, dynamicznie napisana.

Jeśli chodzi o różnice pomiędzy nią, a filmem to nie ma ich znowu tak dużo. Zmianą jest z pewnością charakter relacji Mary- w filmie Marion- z Sam’em, co wpływa też na działanie naszej bohaterki. Jednak wszystkie drogi, i te książkowe i te filmowe prowadzą do moteli Bates’a i to on jest tu głównym bohaterem i antybohaterem w jednej osobie.

Zdziwiło mnie to jak bardzo opis książkowego Normana nie zgadza się z powierzchownością wcielającego się  niego aktora. Książkowy Norman jest otyły i łysiejący, dość mocno zaniedbany. Dla mnie utożsamiającej tą postać i ulizanym i fircykowatym Anthonym Perkinsem był to nie mały szok. I choć starałam się wczuć w książkę, zobaczyć Normana w tej książkowej odsłonie to przed oczami i tak miałam aktora. Wcale mnie nie dziwi wybór reżysera, bo nieco chłopięca powierzchowność filmowego Normana czyni go z pozoru niegroźnym i wypisz wymaluj jest ucieleśnieniem kompleksu Edypa.

Tym w czym książka zdecydowanie przerasta film jest obecność wewnętrznych monologów Normana, co doskonale unaocznia ogrom jego szaleństwa, a i sprytnie wywodzi czytelnika w pole – oczywiście tego nie zaznajomionego z historią Bates’a.

Nie powiem by film był jednak lepszy od książki, albo na odwrót. Wszystko ma swój urok w swojej kategorii.

Wydanie od Vesper dodatkowo uzupełniono o – tak jak zwykle świetne ilustracje- obszerne posłowie Wiesława Kota, w którym możemy poczytać o genezie powstania książki, o jej kontynuacji i filmach nakręconych na jej podstawie – taki fajny smaczek.

Moja ocena: 8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Vesper

Mam wiele pytań

Nie mam więcej pytań – Gillian McAlister

Dwie siostry spotykają się na sali sądowej. Jedna jest ofiarą pragnącą poznać prawdę o śmierci swojej córeczki, druga jest oskarżoną, potencjalnie winną śmierci siostrzenicy.

Wybaczcie mi taki skrótowy opis, ale czasem mniej znaczy więcej. 

Książka Gillian McAlister brytyjskiej pisarski, którą jeden tytuł dzieli od debiutu, jest właśnie taka: nie pojawiają się w niej zbytki w postaci opasłych opisów, a faktów, które znamy u jej początku jest doprawdy niewiele.

Historia przyjmuje formę dramatu sądowego, bo praktycznie wszystkie wydarzenia dzieją się właśnie tam na sądowej sali. To dzięki zeznaniom kolejnych świadków poznajemy poprzedzające teraźniejszą sytuację wydarzenia.

Każdy kto zna “Dwunastu gniewnych ludzi”, “Zabić drozda”, czy inne tego rodzaju opowieści, wie, jak wciągające mogą być opowieści przedstawiane z perspektywy procesu sądowego. Nie inaczej jest w przypadku “Nie mam więcej pytań”.

Tytuł zawiera słowa klucze, które pojawiają się w każdym rozdziale i zwykle stanowią kropkę nad i w kolejnej relacji. A relacji jednego wydarzenia, jednego wieczoru jest wiele. Mamy tu do czynienia  z niełatwą kilkuosobową narracją. To pozwala nam na śledzenie tej sytuacji z kilku perspektyw. To coraz popularniejszy chwyt bo łakomy wiedzy czytelnik chce wiedzieć jak najwięcej. A dobry pisarz wie jak ten apetyt wykorzystać. Im więcej wersji tym większe zamieszanie, większa huśtawka. Szala winy i niewinności przechyla się to na jedną to na drugą stronę.

Poza niewątpliwie intrygującą kwestią oskarżenia o morderstwo mamy tu do czynienia z całą masą wątków mogących w znacznym stopniu wpłynąć na nasz odbiór tej historii.

Poznajmy tu dwie siostry, ciekawe osobowości bez dwóch zdań. Jedna jest roztargnioną artystką ze skłonnością do kieliszka, druga wzorową obywatelką spełniającą się w pracy charytatywnej. Z tym że artystka jest ciepła, spontaniczna i  mimo swoich wad budzącą sympatię osobą. Pani wzorowa wydaje się zimna i nieprzystępna, coś tłumiąca, coś ukrywająca. Czy w takiej sytuacji łatwo uzyskać klarowny osąd? Zdecydowanie nie i na tym właśnie polega siła tej książki. Nie oderwiecie się do czasu, gdy faktycznie nie będzie już o co zapytać.

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i s-ka

Opowiem Wam o zbrodni

Helter Skelter. Prawdziwa historia morderstw, które wstrząsnęły Hollywood” – Vincent Bugilossi, Curt Gentry

9 sierpnia 1969 roku w domu przy Cielo Drive w Los Angeles zostały znalezione ciała żony Romana Polańskiego, Sharon Tate i trójki jej przyjaciół,  Jay’a Sebringa, Wojtka Frykowskiego i Abigail Folger. Jeszcze tej samej nocy w innym domu w Los Angeles został zamordowany biznesmen Leno La Bianca wraz z żoną. Minęły miesiące nim policja i prokuratura połączyły te dwie zbrodnie za sprawą osoby Charlesa Mansona.

Kolejna pozycja, tym razem książkowa, dotycząca morderstw z przed 50 lat. Tegoroczna, równa rocznica sprzyja przywoływaniu tych niekoniecznie przyjemnych wspomnień, stąd za pewne pojawienie się polskiego wydania książki, która za oceanem ukazała się już w 1974.

Bugilossi, pierwszy z wymienionych autorów, to prokurator zajmujący się sprawą Mansona i Rodziny. To on był jednym z oskarżycieli w sądzie, a także osobą gromadzącą dowody w śledztwie i punktującą wszystkie potknięcia policji. To on dokonał analizy czynów Mansona, poznając jego szokujący tok rozumowania.

Drugi z autorów, to już pisarz, który za pewne w głównej mierze odpowiada za walory stricte literackie.

Za oceanem książka odniosła niebywały sukces. Nie wiem jednak, czy aby na pewno wynika to z jej wysokiej jakości, czy raczej chodliwości tematu.

Ta publikacja to wyzwanie. Liczy sobie ponad 600 stron i są to strony zapisane drobnym maczkiem. Dopiero przekroczywszy stronę 150 natrafimy na wzmiankę o Charlesie Mansonie.

Jest to niezwykle szczegółowa relacja z wydarzeń zaczynająca się w  momencie znalezienia ciał w domu Polańskiego. Jest tu przywoływana niemal każda rozmowa mająca jakiekolwiek znaczenie w przebiegu śledztwa, relacje świadków, analiza miejsca zbrodni, dowody… No, wszytko. Dosłownie jakbyśmy czytali akta, a nie literaturę.  To jednoczenie największa zaleta jak i wada tej publikacji.

Przez książkę brnęłam z mozołem. Musicie naprawdę złapać rytm, żeby się w nią wkręcić. To nie jest książka z rodzaju tych, które można czytać z doskoku. Musicie wejść w tą historię i ją poczuć, a gdy tak się stanie przepadniecie bez reszty.

Jak już wspomniałam w innym wpisie, nie należę do grona osób jakoś szczególnie rozmiłowanych w badaniu sprawy Mansona, może właśnie przez jej popularyzacje i fakt medialnej szopki. A mimo to byłam w stanie wkręcić się w czytanie.

“Helter…” podzielony jest na siedem chronologicznych części dzięki temu odtwarzamy wszystkie wydarzenia zgodnie z ich przebiegiem jak na literaturę faktu przystało. Jeśli więc chcecie poczuć, że bierzecie udział w jednej z najbardziej sensacyjnych spraw w historii kryminalnej “Helter…” jest pozycją, której nie wolno Wam ominąć.

Moja ocena: 9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

Przeszłość nie chce aby ją zmieniać

Dallas 63 – Stephen King

Trzydziestoletni nauczyciel języka angielskiego Jake Epping za sprawą swojego znajomego, Al’a odkrywa możliwość podróżowania w czasie. Nie wehikułem, lecz przy pomocy sekretnego przejścia mogącego w jednej sekundzie przenieść człowieka do jednego jesiennego dnia roku 1958 w małym amerykańskim miasteczku.

Al korzystał z niego wielokrotnie i ochoczo udowadnia Jake’owi , że jest to jak najbardziej możliwe. Dzieli się jednak tą wiedza nie bez powodu. Podróże do przeszłości, a tym samym możliwość wpływania na nią, zainspirowały do osobliwego pomysłu. Jak sam stwierdza największe historyczne przełomy, największe społeczne zmiany zawsze poprzedzały zamachy. A gdyby tak zapobiec jednemu z nich?

Nawet osoby nieszczególnie zainteresowane historią Stanów Zjednoczonych z pewnością mają swoje skojarzenia na temat hasła: Dallas ’63. Chodzi oczywiście o zamach na prezydenta Keneddy’ego, jedną z największych amerykańskich traum.

Stephen King wykorzystuje historię owego zamachu do snucia rozważań na temat podróży w czasie i ich konsekwencji. Co byłoby gdyby były możliwe?

Pisarz nie wdaje się w naukowe rozprawy, przejście do przeszłości po prostu jest. Nazywa je króliczą norą i ani myśli przez całą powieść zdradzić cokolwiek na temat jej powstania. Skupia się nie tyle na fantastycznej otoczce owego zjawiska, co na potencjalnych konsekwencjach, dość przyziemnych, jej istnienia.

Książka jest mega długa, jak to bywa u Kinga. Fabuła przebiega dość nierówno i momentami można odnieść wrażenie, że King zapętlił się w swojej historii i nie wie do końca dokąd ona zmierza. Najmniej potrzebny wydał mi się wątek Derry, miasteczka znanego z powieści “It”. Poświęca mu sporo czasu, ale moim zdaniem nie wnosi ono wiele do wątku przewodniego.

Mamy tu też sporo wątków obyczajowych, rzec można romantycznych nawet, bowiem nasz podróżnik w czasie czekając na sądną datę poznaje miłość swojego życia, w osobie skromnej bibliotekarki, Sadie. Wątek Sadie jest już ciekawszy (miotła O_O) i nie można mu odmówić istotności.

Niewiele w tym wszystkim jednak horroru. Jest to bardziej powieść obyczajowa z wątkami sci-fi. Długo nosiłam się zamiarem jej przeczytania, ale jak się okazało, będzie ona raczej daleko w czołówce moich ulubionych utworów Kinga. Nie to, żeby mi się nie podobała, była okej, ale tylko okej.

Z uwagi na to, że nie należę do grona pasjonatów teorii spiskowych, ani w ogóle historii Ameryki, cała sprawa z zamachem na prezydenta była dla mnie pełna nowości. King bardzo ciekawie przedstawił sylwetkę zamachowca, jak zawsze dając popis solidnej psychologii postaci.

Reasumując, książka solidna, ale nie porywająca.

Moja ocena: 7/10

Historie niegodziwe

The world of Lore. Niegodziwi śmiertelnicy – Aaron Mahnke

 

“Lore. Niegodziwi śmiertelnicy” to kolejny po “Lore. Potwornych istotach” zbiór rozpraw dotyczących… No właśnie, czego? W przypadku “Potwornych istot” Mahneke skupiał się na bohaterach, czy też raczej antybohaterach, o paranormalnym rodowodzie, zaś w przypadku “Niegodziwych śmiertelników” mamy do czynienia ze zwykłymi ludźmi. No dobrze, może nie tak znowu zwykłymi. Zwykłymi ludźmi, którzy byli bohaterami, sprawcami czy też ofiarami niezwykłych zdarzeń.

Mamy tu do czynienia z całą plejadą okrutników. Począwszy od nawiedzonych inkwizytorów topiących bogu ducha winne kobiety, po najsłynniejszych seryjnych zabójców, jak H. H. Holmes, do sylwetki którego autor odwołuje się parokrotnie. Nie, nie ma tu Mansona, czy Gein’a. Mahnke skupia się raczej na postaciach mniej spopularyzowanych, tych działających w pierwszej połowie XX wieku, czy jeszcze starszych, bardziej zapomnianych.

Dzięki temu mogłam zapoznać się w wieloma ‘smaczkami’, o których nie miałam pojęcia. Z resztą, nawet jeśli autor przywołuje bardziej znaną historyjkę robi to w taki sposób, że dopiero w jej finale dowiadujemy się o kogo chodzi. Przykładem może być rozdział poświęcony ‘złym sobowtórom’ i … Abrahamowi Lincolnowi. 

Gawędziarki styl rozprawy i duża dawka czarnego humoru, mimo braku typowej, książkowej fabuły sprawia, że czyta się ją wyśmienicie i bardzo szybko.

Najbardziej jednak przyciągają owe ciekawostki. Dzięki lekturze “Lore…” poznałam chociażby genezę powstania “Doktora Jekylla i Mr. Hyde’a”, a i o poecie Shelley’u mężu autorki “Frankensteina” dowiedziałam się interesujących rzeczy. A jeśli już jesteśmy w okolicy “Frankensteina” warto wspomnieć o rozdziale poświęconym ‘cmentarnym hienom’, albo raczej ‘złodziejom w służbie nauki’….

Ale dość już tych wyliczeń, bo prawda jest taka, że w każdym z rozdziałów znajdziemy coś wartego uwagi – oczywiście pod warunkiem, że takie ciemne sprawki leżą w kręgu Waszych zainteresowań. A leżą, prawda? Inaczej by Was tu nie było 😉 Książkę oczywiście gorąco polecam.

Moja ocena: 9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i -ska

Lepiej rządzić w piekle niż służyć w niebie

Adwokat diabła – Andrew Neiderman

Kevin Taylor, młody adwokat wygrywa kolejną sprawę. Sumienie podpowiada mu, że tym razem powinien przegrać, jednak wola zwycięstwa jest silniejsza niż poczucie przyzwoitości. Tym samym zwraca na siebie uwagę przedstawiciela kancelarii Milton i wspólnicy z Nowego Jorku i już wkrótce wraz z żoną Miriam przeprowadza się do luksusowego apartamentu należącego do jego nowego chlebodawcy.

Początkowe zachłyśnięcie się dobrobytem szybko mu ustępuje. Kevin nabiera podejrzeń względem swojego szefa i działalności jego firmy.

Tytuł “Adwokat diabła” kojarzy się Wam za pewne z filmem z ’97 roku, który odniósł nie mały sukces. W moich oczach również jest dziełem bardzo udanym i gdybym miała w tym momencie decydować, czy książka, czy film miałabym nie mały problem.

Wcale nie dlatego, że film tak wiernie oddaje książkową historię. Obie fabuły różnią się dość zasadniczo, choć zgadza się ogólny zarys. Jednakże obie wariacje tej historii uważam za bardzo ciekawe.

O kwestii różnić na zasadzie imiona, nazwiska, miejsca nie ma co dyskutować. Namieszano za to z postaciami. Na ten przykład w filmie nie pojawia się wątek samobójstwa poprzednika Kevina z kancelarii Miltona, nie pojawia się obłąkana Helen – małżonka innego z adwokatów, której postać podsuwa podejrzenia książkowemu Kevinowi. Natomiast jej zachowania odpowiadają poniekąd zachowaniom filmowej żonie głównego bohatera.  W książce nie ma też rudowłosej damy, która kusi Kevina, jest za to wątek psychiatry-okultysty. Różnią się też niektóre elementy poszczególnych procesów sądowych, w których bierze udział nasz bohater. Tak więc próbując porównać obie historie uzyskujemy niezły misz masz.

Podstawowe pytanie: Czy książka może okazać się atrakcyjna dla kogoś kto zna i lubi film? Chyba jestem dobrym przykładem, że może.

Jeśli chodzi o te walory pod względem, których oryginał wygrywa to chyba jest to większa doza grozy. Umówmy się, Al Pacino nie jest zbyt upiorny w roli diabła, jest trochę przerysowany i w tym tkwi jego urok. Natomiast książkowego Miltona okrywa większa tajemniczość, jest bardziej surowy, momentami złowrogi.

Fakt, że w przypadku książki Kevin nie daje się mu tak łatwo uwieść, rozpoczyna swoje własne dochodzenie sprawia, że sytuacja przeradza się w paranoid thriller z dużo większym impetem niż w przypadku gdy najsłabszym ogniwem okazuje się żona- jak to dzieje się w przypadku filmu.

W książce mamy więc więcej tajemnicy, mistycyzmu przez co sprawę odbieramy bardziej serio. Problem mam jednak z finałem. Czy aby jego filmowe wersja nie jest lepsza? Bardziej przewrotna? A może jednak wygrywa bardziej dramatyczny książkowy epilog? Warto byście ocenili sami.

Moja ocena:8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Vesper

Śniły mi się wrony

Złodziej snów – Andrzej Syska – Szafrański

Fryderyk Zaruski mieszka z mamą, pieszczotliwie nazywaną przez niego Duńcią w jednej z Warszawskich kamienic. Odkąd porzucił krawiectwo jego głównym zajęciem jest upijanie się w “Czardaszce” i sprzątanie podwórek.

Pewnego dnia po pijaku  Fryderyk rozbija szkatułkę matki, która wnosząc po jej reakcji miała dla niej wielką wartość.  W środku znajduje zdjęcie przedstawiające nieznanych mu ludzi w towarzystwie swojej rodzicielki. Wkrótce Ci ludzi zaczynają do niego przychodzić we śnie… pod postaciami ptaków. Gadających ptaków, które chcą mu zdradzić największy sekret jego matki.

Tytuł powieści może Wam się wydać rażąco banalny, bo mnie takim się wydał, zwłaszcza po zakończeniu lektury książki. W powieści znajdziemy masę motywów onirycznych, to właśnie sny zdradzają przed bohaterem głęboko skrywane tajemnice i to pod wpływem snów podejmuje swoje decyzje. Ale kto w takim razie jest tym złodziejem? Może matka, której zdaniem Fryderyka najbardziej zależy na tym by przestał śnić swoje koszmary? Ale zostawmy tytuł w spokoju.

Książka przypadła mi do gustu z kilku powodów. Chociażby ze względu na klimat. Myślę, że akcja rozgrywa się w Warszawie, w końcówce XX wieku, ale przywoływanymi wydarzeniami sięga jeszcze dalej w przeszłość. Sami bohaterzy wydają się niejako reliktami zamierzchłych czasów i wywołuje to bardzie fajne wrażenie.

Co się tyczy fabuły, to bez dwóch zdań jest intrygująca. Tak na dobrą sprawę nie wiadomo, czy mamy do czynienia z opisem delirum tremens, które dopadło w końcu Fryderyka, czy też faktycznie…. a nie powiem Wam co.  Dość, że zdarzę, że historia przedstawiona przez  nawiedzające bohatera wrony jest mocno zaskakująca.

Sam Fryderyk mimo swoich oczywistych wad da się lubić, a i innych równie barwnych postaci nie zabraknie na kartach powieści. Napisana jest całkiem sprawnie i jej styl niczym nie urąga. Spokojnie mogę polecić na wakacyjną lekturę.

Moja ocena: 6/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Novae Res

 

Co się dzieje, Motylku?

Ćma – Jakub Bielawski

W cieniu gór sowich, w kotlinie Dzierżoniowskiej dwie nastoletnie dziewczyny upijają się piwem i kiełkującym między nimi uczuciem. Jedynym świadkiem tego zdarzenia jest stara leśniczówka, w której według lokalnej legendy ojciec zabił swoje dzieci. Wygląda na to, że w tamtej chwili coś zaległo się w nich na dobre.

Bardzo ciężko jest mi stworzyć opis książki, która zmiotła mnie z powierzchni leżaka, na którym to celebrowałam lekturę.

Wiem, że mamy w Polsce dobrych autorów, ale kim jest ten Bielawski, co deklaruje konkubinat z kotami nie mam pojęcia. Wiem, że “Ćma” nie jest jego pierwszą publikacją, ale  jest bodaj pierwszą powieścią. W każdym razie wróżę mu kolosalną przyszłość. Jego styl w “Ćmie” jest tak daleki od mainstreamu, że nie jestem w stanie porównać go z nikim innym. Może trochę Murakami.

“Ćma” jest klasyfikowana jako horror, ba, horror o opętaniu i tu wszystkim wyświetla się obraz Lorrainne Warren tulącej Annabelle. Nic z tych rzeczy. Jest to horror, w którym pozornie nie ma nic spektakularnego. W początkowej fazie lektury nie byłam w stanie powiedzieć nawet o czym jest ta książka, dokąd zmierza. jedynie tyle, ze wciąga i się podoba. Może zadecydował o tym mój sentymentalizm. Czytając “Ćmę”  mogłam sobie powspominać nastoletnie czasy i kurczę, mimo, że nie zdarzało mi się wówczas rzygać ćmami, to bohaterzy książki z miejsca stali mi się bliscy.

“Krawat dziadka

Bardzo często przymierzam krawat

sprawdzam czy dobrze pasuje,

do żakietu

do szpilek,

do szyi

Małe dzieci przymierzają dorosłych, ich szminki,

buty,

i skóry

Ja czasem też przymierzam takie rzeczy,

kable od żelazka na przykład,

albo nowe noże kuchenne

i wannę.”

Nina i Kaja, dwie czołowe postaci są takie… zwykłe i niezwykłe za razem. Autor doskonale odtworzył pierdolnik rozgrywający się w nastoletniej głowie. To mega fascynujące, że hormonalnemu pierdolcowi nadał wymiar metafizyczny na tyle, że ciężko się połapać, w którym momencie mamy do czynienia psycho jazdą małolaty, a w którym z objawami opętania.

Oba światy doskonale się przenikają. Z małej mieściny leżącej u podnóża gór zrobiono przedpiekle, bardzo realne i bardzo fantastyczne jednocześnie, przyziemne i odjechane.

Co do stylu, powiem to jeszcze raz – robi kolosalne wrażenie – nie sądziłam, że można tchnąc tyle życia w opis brukowanych ulic.

Estetyka wydania, okładka, ilustracje w książce – mam nadzieję, że przyciągną rzeszę czytelników, bo warto. Wszytko stanowi kompletną i skończoną całość, która jak dla mnie pozbawiona jest wad. Czekam na więcej, panie Bielawski.

Moja ocena:10/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Vesper