Archiwum kategorii: Ludzie Grozy

Kuba, ćmy i koty

WYWIAD – Jakub Bielawski

Drodzy Parafianie, przybywam do Was z obiecanym, nowym wywiadem. Tym razem na rozmowę udało mi się namówić Jakuba Bielawskiego, znanego ze zbioru opowiadań „Słupnik” i moim zdaniem najlepszej ubiegłorocznej powieści grozy „Ćma„. Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Vesper i to właśnie dzięki ich uprzejmości miałam okazję ją przeczytać.

Autor okazał świetnym człowiekiem z ogromem dystansu do siebie. Mam nadzieję, że udało mi się choć trochę przybliżyć jego postać 😉

Kuba, dzięki.

BIBLIA HORRORU: Przyznałeś, że Biblia Horroru jest Ci znana, a więc skoro trafiłeś na bloga o horrorach, nie może obejść się bez pytania o ulubione twory tego gatunku;) Masz swoich ulubieńców? Filmowych czy też książkowych?

KUBA: Owszem, podczytuję już od jakiegoś czasu ,,Biblię horroru”, staram się śledzić też inne grupy i strony związane z literaturą, czy też mówiąc szerzej – kulturą grozy. Zaczynałem od zwykłego lurkowania, wyszukiwania nowych pozycji na półkę. Chciałem wiedzieć o czym się mówi, co się czyta i jak myślą mądrzejsi ode mnie. Teraz zaś śledzę te profile również ze względów zawodowych (ładne określenie na próżność i szukanie recenzji swoich książek).

Co do samego pytania o grozowych ulubieńców – oczywiście, że mam! Jeszcze jak! Choć nie ukrywam, że są to głównie ulubieńcy literaccy. W latach szczenięcych uwielbiałem filmy grozy. Wypożyczałem je na VHS i DVD oraz ,,wypożyczałem” z internetów wraz z kuzynem i weekendowo przepadaliśmy w świat tych wszystkich flaków-nieflaków, wampirów, diabłów i strasznych dziewczynek. Z biegiem czasu jednak te filmy zaczęły sprawiać wrażenie wtórnych, często śmiesznych, albo tak strasznych, że naprawdę bałem się je oglądać. Wtedy też mocniej złapałem za książki, choć kilka bardziej i mniej oldschoolowych pozycji wciąż wspominam z łezką w oku. Jeśli chodzi o książki to zacząłem dosyć wcześnie od cyklu ,,Szkoły przy cmentarzu” wypożyczanych namiętnie z osiedlowych bibliotek. Równolegle na kablówkowych kanałach dla dzieci podpatrywałem ,,Gęsią skórkę”, ,,Eeirie Indinana” i tego typu perełki. No ale wtedy byłem jeszcze gówniakiem i plastikowe trupy spełniały swoje zadanie. Z resztą, przez jeden odcinek ,,Gęsiej skórki” z dyniogłowymi załapałem się na cykl koszmarów. W międzyczasie zbierałem też legendy, z odwiedzanych miejsc i tam również potrafiłem co nieco wyłuskać. Ot choćby ,,Księga legend i opowieści bieszczadzkich” Andrzeja Potockiego. Naprawdę polecam! Kilka naprawdę mocnych, rustykalnych horrorów by się z tego wykluło. Chciałbym też wspomnieć o fantastycznym zbiorze opowiadań Anny Kańtoch ,,Diabeł na wieży”. Kurde! Jakie to było i nadal jest dobre. Czegoś takiego szukałem, coś jak ,,Braterstwo wilków”, ale do czytania. Mocno mnie wtedy ten diabeł złapał i prawdę powiedziawszy, jeśli nie liczyć Tolkiena i Sapkowskiego, to wtedy na dobre zaczęła się moja przygoda z literaturą fantastyczną i niessamowitą. Później już klasyka, Stefan Król i nasza relacja od miłości i zachwytów po znużenie i odrzucenie, aż do obecnego, ponownego zauroczenia. Przełomowe były z pewnością sesję w grę fabularną ,,Zew Cthulhu” na pieszyckim aka piotroleskim poddaszu u Maćka Antoszczuka. Bogowie Zewnętrzni, jakie to było dobre i mocne! Wtedy wleciał H. P. Lovecraft jak złoto! Spinałem się przy nim nawet w wiosennych, popołudniowych tramwajach. Howard w literkach i Nox Arcana w słuchawkach, polecam. Gdzieś tam obok niezawodny Edgar i jego ,,Kruk” zaczytywany do porzygu pod ławką w liceum (sorry nauczyciele). I tak to się kulała, później już coraz bardziej świadomie wiedziałem co brać, a czego unikać. Swego czasu zakochałem się w ,,Domu na wyrębach” Dardy, ale byłem wtedy w fazie separacji z Kingiem, a jednak twórczość obu Stefanów ma dużo punktów stycznych więc na jakiś czas odpadłem, choć wciąż zdarza mi się wracać do audiobooka z niesamowitym Wiktorem Zborowskim przy mikrofonie. Im byłem starszy i bliższy tego świadomego pisania tym głębiej szukałem. Z jednej strony kolejne klasyki, z drugiej nowości, głównie polskie. Zachwycił mnie nasz krajowy śmieszek i birbant Wojciech Gunia ze swoim ,,Nie ma wędrowca” i innymi opowiadaniami. Podobnie miałem, a w zasadzie mam z wczesnym Orbitowskim i jego ,,Nadchodzi” czy ,,Wigilijnymi psami”. To chyba najbardziej wryło mi się w głowę. Twardo nadrabiam vesperowe klasyki i biblioteczkę C&T (kocham Jamesa i Blackwooda). Jednym okiem zezuję na pojawiające się nowości i staram się mieć rękę na pulsie. Stąd moje zachwyty i peany nad ,,The VVitch” i ,,The Lighthouse” czy ,,Valley of shadows” (chyba przeprosiłem się też z ekranową grozą). Obecnie zaczytuję się w Karice i ,,Szczelina” naprawdę zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Mogę o tym naprawdę długo gadać, bo i jest o czym, ale nie chciałbym nikogo zanudzać, podobno nieźle wychodzi mi to w książkach.

BIBLIA HORRORU: Skąd przyleciała do Ciebie „Ćma”? Jak rodziła się ta historia? Od czego się zaczęło? Natchnienie spadło na Ciebie pod wpływem impulsu, czy był to raczej efekt pracowitych rozważań?

KUBA: Ciemka przyleciała do mnie wraz z mailem od Wydawnictwa Vesper z propozycją współpracy. Warunek byłe jeden: chad powieść, a nie virgin zbiór opowiadań. A ja już przecież miałem coś w głowie, wtedy nie wiedziałem jeszcze o tym, ale prawda była taka, że niemal cała ,,Ćma”, bohaterowie, fabuła, koncept i vibe miałem już w głowie. Spisałem to sobie w notesiku i zaraz zacząłem tłuc w klawisze.

BIBLIA HORRORU: Pisząc „Ćmę” od początku miałeś w głowie całą historię, wiedziałeś co chcesz napisać, czy poszedłeś na spontan?

KUBA: Tak jak wspomniałem, okazało się, że ona już tylko czeka na opisanie. Nawet imiona dziewczyn wykwitły od razu. Wiedziałem, że to musi być właśnie taka relacja i właśnie w takiej konfiguracji. Opisy, rozmowy i reszta tła były już improwizowane, o ile tak mogę powiedzieć, natomiast wszystko owijało się wokół konkretnego kośćca, który miałem w głowie.

BIBLIA HORRORU: Ile czasu zajęło Ci napisanie „Ćmy”?

KUBA: Zabrałem się za pracę na przełomie lipca i sierpnia, w sierpniu usiadłem na dobre do pisania i z drobną przerwą na wrześniowe szaleństwo w szkole działałem sumiennie aż do połowy grudnia, do pamiętnego wieczoru w osiedlowej pralni gdzie skończyłem ostatni rozdział. Później z miesiąc sobie ciemka odleżała i w dwa tygodnie obrobiłem się z redakcją. Oczywiście sam przy tym poprawianiu nie siedziałem. Muszę przyznać, że nienawidzę czytać tego co napisałem i jest to chyba najgorszy element pracy twórczej.

BIBLIA HORRORU: Z rozmów z różnymi autorami wiem, że perypetie wydawnicze niekiedy stanowią gotowy materiał na nową książkę. Jak to wyglądało u Ciebie? Czy w naszym pięknym kraju trudno wydać powieść?

KUBA: Zajebiście łatwo! Sami się napraszają! A ja tylko myk! i wybrzydzam, i odrzucam oferty. Taki jestem genialny. A tak na serio to mam więcej szczęścia niż rozumu czy talentu. Wysłałem opowiadania do kilku wydawnictw, większość odmówiła bądź zlała temat. Niezastąpiony Sebastian Sokołowski z Phantom Books złapał mnie jednak w międzyczasie, zaproponował wydanie zbioru opowiadań i jakoś to poszło. Nie było źle, nie było ciężko. W międzyczasie zdążyłem obronić pracę dyplomową, znaleźć dwie nowe prace i się zaręczyć. Myślę, że patrzenie na mnie z  perspektywy rynku wydawniczego i jego tajemnic to jak wypytywanie gościa, który po pijaku wygrał w lotka jak najlepiej zarobić pierwszy milion.

BIBLIA HORRORU: Jedną z najważniejszych moim zdaniem umiejętności pisarza jest zdolność obserwowania otaczającego go świata i czerpania z niego inspiracji. Dla mnie Góry Sowie i Dżerzi to jakby odrębni bohaterowie, którym poświęciłeś bardzo dużo uwagi. Jak wyłapujesz z otoczenia inspiracje?

KUBA: W końcu o to mnie pytajo! Cały czas chciałem, żeby ktoś zarzucił: ,,Yh, ten bielaski to tak zajebiście opisał te krajobrazy, góry, pola, wiochy i miasteczka. Kurła, jak on to robi? O! Wiem! Nazwijmy toto co on stworzył horrorem krajobrazowym, albo grozą topograficzną!”. Także dziękuję!

Dużo chodzę, dużo jeżdżę. Patrzę, oglądam i słucham. Tyle. Naprawdę. Wiem, że to brzmi lamersko, tanio, ale taka jest prawda. Umiem pisać tylko o tym co znam, o tym co widzę pod zamkniętymi powiekami. Przynajmniej na razie tak mam. Chciałbym wierzyć, że kiedyś będę bardziej elastyczny.

Pociąga mnie rozkład, dzicz, a w zasadzie zdziczenie. Pogranicze między cywilizacją i naturą. Ta ziemia niczyja z zarośniętymi przez łopiany czy perz silosami po PGRach, popękane betonowe płyty, z których wyrasta trawa. Kiedy szlajam się wokół Dżerzi często natrafiam na jakieś ruiny, resztki fundamentów i wtedy wyobraźnia zaczyna pracować. Mam masę zdjęć takich miejsc, takich motywów. Warsztatowo dziadowskie, ale swoją rolę w mojej głowie spełniają.

BIBLIA HORRORU: W „Ćmie” urzekła mnie postać kotki Psotki. Czyżbyś wzorem Poe’go i Lovecrafta był zdeklarowanym kociarzem?

KUBA: Owszem, choć jestem nim od niedawna, raptem od kilku lat. Wcześniej, przez ponad dwadzieścia lat stałem twardo po psiej stronie palisady, ale moje serce zmiękczyła Strzyga, a później dołączył do niej Leszy i z kretesem przepadłem. Teraz już nie ma odwrotu. Kiedy czasami opiekujemy się psem mojej teściowej to nie mogę wyjść ze zdziwienia jakimi głośnymi i namolnymi zwierzakami są psy. Jasne, to jest urocze i bardzo je za to lubię, ale zawsze wtedy, nawet podświadomie, porównuję ten psi raban z kocią gracją i dyskretną obecnością moich burasów. Koty 4 life!

BIBLIA HORRORU: Przyznałeś mi się, że pracujesz z dzieciakami. Czytając „Ćmę” doznałam czegoś w rodzaju flash back’a z lat szczenięcy, czy to właśnie codzienne obcowanie z młodzieżą pozwoliło Ci tak wiarygodnie przedstawić świat Kai i Niny, czy może jesteś młody duchem i dzieliłeś się raczej własnymi doświadczeniami z dorastania w Dżerzi?

KUBA: Jestem stary duchem i w opór zrzędliwy, ale praca z kaszojadami wymaga pewnej otwartości na ich świat, na ich problemy i język. Kaja i Nina to dziewczyny z mojego (naszego?) pokolenia. To encyklopedyczny produkt popieprzonych najntisów na zadupiu Środkowej Europy. Z takich smarkul powyrastał te wszystkie millenialsy, na które teraz uwielbiają narzekać Janusze biznesu. Kurła, kiedyś to były pracowniki…

BIBLIA HORRORU: Jak Twoi uczniowie i środowisko nauczycielskie zapatruje się na Twoją pisarską karierę? Uczniowie proszą o dedykacje na książkach?;)

KUBA: W tym właśnie problem! Cały czas nie doczekałem się tego czerwonego dywanu do gabinetu historycznego! Nie mówiąc już o osobnej garderobie i szefie kuchni na zawołanie! A tak na serio to jest spoko, bywa miło, czasami trochę krępująco. W kontekście koleżanek i kolegów z pracy oczywiście. Z uczniami jest trochę inaczej, o tym zaraz. Pożyczyłem kilku koleżankom swoje wypociny, pogadałem z nimi o tym czy o tamtym. Ze względu na okienka trochę czasu spędziłem w szkolnej bibliotece na pisaniu ,,Ćmy” czy ,,Dunkela”, poznałem więc lepiej Panią Agatę, naszą szkolną bibliotekarkę i przecudowną osobę. Niestety ze względu na tematykę i stylistykę tego co piszę nie wypada mi lobbować za specjalną półką z moją twórczością w naszej bibliotece. Muszę pomyśleć nad przebranżowieniem.

Z dzieciakami też jest śmiesznie, bo strasznie się niektórzy jarają, że łysy od histy czy wosu pisze książki. Niektórzy nawet czytali, choć im odradzałem. Czwartaki w zeszłym roku wpadły na pomysł wymienienia się autografami, ja im dam swój, a one mi swoje. Przystałem na to. Wyrosną z nich świetni youtuberzy i youtuberki czy tam inne influencerstwo, a ja będę mógł wtedy kąpać się w ich fejmie. Bardzo rozczuliło mnie, mówię serio, kiedy w zeszłym roku jedna z ósmych klas, które uczyłem zażyczyła sobie po egzemplarzu ,,Ćmy” dla każdego z uczniów i uczennic w ramach prezentu pożegnalnego. Każde z nich dostało osobistą dedykację. Mam nadzieję, że dobrze im się to będzie czytało, choć wiem, że niektórym uczniom rodzice zapowiedzieli, że bliżej osiemnastki będą mogli zapoznać się z literacką stroną Bielawskiego.

BIBLIA HORRORU: Masz swoje pisarskie rytuały, zwyczaje? Coś bez czego nie możesz się obejść przy pracy? Może kogoś z kim dzielisz się pomysłami na etapie powstawania książki?

KUBA: Raczej nie. Mam duży łeb i wiele się w nim mieści. Daję radę. Oczywiście czasami konsultuję się z narzeczoną czy przyjaciółmi na jakieś tematy, czasami pytam mamę lub ojca, ale tutaj jestem akurat bardzo introwertyczny i raczej w sobie duszę cały ten proces twórczy. Jeśli chodzi o pisanie to też nie jestem specjalnie oryginalny. Lubię sobie jedynie układać specjalne ścieżki dźwiękowe do pisania, jak również do czytania. Mam tego trochę na Spotify nawet. Szukam czegoś co nastrojem pasuje do fabuły, wydarzeń, opisów itepe. Głównie są to soundtracki z filmów i gier. Uwielbiam na przykład pisać przy duecie Cave & Ellis, ale ostatnio usunęli ze wszystkich platform streamingowych album ,,West of Memphis” i nigdzie nie mogę go znaleźć. Potrzebuję pomocy! Przewiduję nawet nagrody. Serio. ,,Ćma” na przykład powstawała głównie przy albumie ,,The Vanishing of Ethan Carter” Stroińskiego. ,,Dunkel” natomiast przy ścieżkach dźwiękowych z filmów ,,Bogowie” czy ,,Valley of shadows”.

BIBLIA HORRORU: Muszę Cię o to spytać: W Twojej powieści pojawia się wątek relacji Niny i Kai nacechowany homoseksualnie. W wielu kręgach są to nadal tematy tabu, twoim założeniem było przełamanie tego tabu, czy tak wyszło przypadkiem- lekkość i naturalność w twoim podejściu do tego wątku mnie bardzo ujęła.

KUBA: Ta historia właśnie taka musiała być i o tym właśnie opowiadać. Nie wiem nawet czemu dziewczyny, a nie faceci. Może bałem się, żeby nikt ze znajomych nie pomyślał, że to jakieś moje wynurzenia i wychodzenie z szafy? Nie wiem. Jest trochę boidupą, ale raczej to po prostu musiały być dziewczyny i tyle. Miałem też trochę dość wyru… wyrobionego motywu pisarza w średnim wieku, który pakuje się w tajemnicze… bla bla bla. Litości! Wielu twórców przede mną już się tym zajęło. Ja chciałem spróbować czegoś innego.

BIBLIA HORRORU: W „Ćmie” znajdziemy odwołania do mitologii, jesteś pasjonatem tych tematów, czy musiałeś zrobić tęgi research żeby wprowadzić te wątki?

KUBA: Żartujesz?! Ja tym żyję, jaram się wszystkimi zabobonami i mitami. Zbierałem toto od dziecka. Mam dwie półki zawalone tymi wszystkimi bujdami! Od małego mnie to ruszało, do dziś niewiele się zmieniło. Oczywiście musiałem pewne kwestie usystematyzować, zweryfikować, żeby nie wyjść na durnia, ale generalnie wiedziałem czego i gdzie szukać. No i zasadniczo miałem to pod ręką.

BIBLIA HORRORU: Jeśli dobrze szacuję „Ćma” jest Twoją pierwszą powieścią, wydawałeś do tej pory opowiadania. Co cię skłoniło do skoku na głębokie wody? Zmusiła Cię do tego historia, która zrodziła się w głowie, czy raczej zaplanowałeś: czas napisać powieść?

KUBA: Była kiedyś taka reklama banku, gdzie pytano polskiego selekcjonera, Leo Beenhakkera: Leo, why? Odpowiedź Lea jest i moją odpowiedzią.

BIBLIA HORRORU: „Ćma”, która notabene mnie zachwyciła nie jest typową powieścią grozy. Znalazłam w niej wiele ponad to co zwykły oferować książkowe horrory czy thrillery, wątki obyczajowe, które wcale nie stanowią marginesu, świat przedstawiony nastolatków z małego miasta, samo tło społeczne regionu, naprawdę solidna psychologia postaci. Wydaje mi się, że nie dbasz szczególnie o czystość gatunkową. Miałeś jakieś założenia w tej kwestii pisząc „Ćmę”?

KUBA: W ogóle nie dbam! Wręcz przeciwnie! Od początku chciałem, żeby to była inna, bardziej eklektyczna powieść. Klasyki są super właśnie dlatego, że są klasykami. Ja chciałem spróbować czegoś nowego, innego. Taki trochę Orbitowski z ,,Tracę ciepło” czy ,,Szczęśliwej ziemi”. Wiem, że mi jeszcze daleko do Orbitowskiego, że muszę się dużo nauczyć. Zdaję sobie sprawę z potknięć, chropawości i zwykłych wad ciemki, ale to wciąż moje pierwsze, tak obszerne literackie dziecko i kocham ją taką jaka jest. 

BIBLIA HORRORU: Na Twoim autorskim fanpage zauważyłam, że lubisz sobie polatać po kniejach. To sposób na szukanie inspiracji, czy przeciwnie, ucieczka od pisarskich obowiązków?

KUBA: Ucieczka, oczywiście, że ucieczka. Całe moje życie to hymn na cześć eskapizmu. Pisanie było jednym ze sposobów na radzenie sobie z całym tym syfem, który mam w głowie, z rzeczywistością, którą nie do końca akceptuję i prawdę powiedziawszy raczej nie lubię. Ale, jak mawia młodzież, gówno zrobiło się poważne i teraz pisanie staje się częścią mojego zawodowego życia, dorabiam na tym. W związku z tym chyba trochę i od tego uciekam w dzicz i odludzie.

BIBLIA HORRORU: Czy przy obecnym przesyceniu rynku literackiego trudno jest napisać coś oryginalnego nie powielając schematów? Starasz się być inny od innych;), czy raczej masz te kwestie w głębokim poważaniu?

KUBA: Hipsteryzuję, a jakże. Nie byłbym sobą-atencjuszem, gdybym nie próbował naokoło podjąć kolejnych tematów, powydziwiać, poutrudniać życia sobie i czytelnikom. Gimnastykuje mózg, myślę jak tu temat artystycznie ugryźć, a potem okazuje się, że niestrawne, że pretensjonalne, albo wtórne, bo już dawno ktoś to zrobił. Dlatego staram się jak najwięcej czytać, żeby nie było w przyszłości przykrych zaskoczeń i pobudek zawodowych z ręką w nocniku.

BIBLIA HORRORU: Skoro już napisałeś bardzo dobrą powieść grozy może podzielisz się recepturą? Co taka powieść powinna zawierać wedle Twoich odczuć?

KUBA: A jest dobra? Serio? Mi się wydawało, że mocno średnia, jak życie. Ale skoro tak mówisz to wierzę i proszę o więcej takich wypowiedzi. Co do samej recepty: nie wiem, naprawdę nie wiem. To bardzo trudne pisanie. Mądrzejsi ludzie napisali na ten temat książki, prowadzą kursy. Może lepiej złapać się za ten poradnik Kinga? Mówię serio. Ja jestem leszczem.

BIBLIA HORRORU: Masz swojego pisarskiego idola?

KUBA: No Peweks, nawet kilkoro. Może ograniczę się do trójki, bo znowu się rozgadam jak na początku. Bardzo cenię Tolkiena za piękno języka i opowieści, za magię tego wszystkiego o czym pisze, od palenia fajki po starcie ze złem. Na Tolkienie uczyłem się czytać i zawsze w serduszku będą go miał na pierwszym miejscu. Poza tym czuję się hobbitem. Kolejny na liście jest Andrzej Stasiu. On nauczył mnie kochania brzydoty, bylejakości i swojskości. Nawet kiedy pisze, a w zasadzie, pardon my french, pieprzy o niczym to i tak robi to z takim wdziękiem, że nie mogę przestać go czytać. Po prostu. Na koniec, a jakże, cliche, banał, wiem, wiem, ale mam to gdzieś – Olga Tokarczuk. Odkrycie kobiecego spojrzenia na świat, kobiecej części mojej natury było i jest dla mnie bardzo ważne. Początki przygody z twórczością Olgi Tokarczuk miałem trudne, ale cóż mogę powiedzieć, za młodu byłem strasznym debilem. Potem jednak było już lepiej i lepiej. Tyle chyba wystarczy, bo świerzbi mnie jeszcze, żeby z trójki zrobić TOP 10, albo i 20.

BIBLIA HORRORU: Pamiętasz swój pierwszy literacki utwór?

KUBA: Napisałem listowiersz do mojej chrzestnej, która leżała wtedy w szpitalu. Miałem z sześć lat chyba. Bardzo się o nią martwiłem i chciałem ją pocieszyć więc naskrobałem cosik niepewną ręką nawróconego mańkuta, który zastępował literę S bardzo w jego mniemaniu podobną literą Z. W związku z tym Kochana Kasia zmieniła się w Kazię. Dodałem od siebie, żeby wiedziała, że jestem dobrej myśli, usłyszany w reklamie szlagier, że nasze serca są jak dzwon. Nie wiem czemu, bo leżała na wyrostek, a nie na serce, ale no, chciałem dobrze. 

BIBLIA HORRORU: Co robisz gdy nie piszesz i nie sprawdzasz kartkówek;)?

KUBA: Obżeram się, włóczę, śpię i głaszczę koty.

BIBLIA HORRORU: Zwąchałam, że wkrótce Twoi czytelnicy mogą doczekać się nowej powieści „Dunkel”. Zdradzisz o czym jest? Gdzie jej wypatrywać?

KUBA: O Pani! Długo by mówić, strzelaniny, wojny gangów, wóda, przygodne stosunki, koks i lasery! A na koniec we wszystko wlatuje helikopter. Będzie ukazywała się cyklicznie w kioskach razem z Przyjaciółką. 

Dunkel to bardzo osobista i mroczna opowieść o polskich przesiedleńcach na Dolnym Śląsku w latach 1945 i 1946. Inna niż ,,Ćma”, mniej horrorowa, chociaż wypełniona czernią i trwogą tamtych czasów. Czworo bohaterów, cztery perspektywy i narrator, który ma czytelnikowi coś do powiedzenia od siebie.

BIBLIA HORRORU: Masz jeszcze jakieś straszne historie do opowiedzenia, które trzymasz w szufladzie swojej głowy?

KUBA: Wiele, ale boję się o nich mówić. Muszę napisać.

T.S. Tomson – wywiad z autorem „Próby sił”

„Tworzę nowe światy”

Tak jak wspominałam Wasze konkursowe pytania wybrane przez Tomasza trafiły do wywiadu. A więc, zapraszam do czytania

Biblia Horroru: „Próba sił” to Twój debiut na rynku wydawniczym. Jak czuje się człowiek, który wydaje pierwszą powieść?

T.S. Tomson: Wciąż nie do końca dowierzam w to, że wkrótce pojawi się moja książka. Czuję wiele emocji, od stresu przez ekscytację po dumę, jednak to stres chyba bierze górę.

B.H: Podobno pisarzem się nie zostaje, pisarzem trzeba się urodzić. Zawsze chciałeś pisać książki, czy zacząłeś tworzyć pod wpływem impulsu?

T.S.T:To był impuls.Dużo czytałem, ale nigdy nie wyobrażałem sobie, że napiszę książkę. Szczerze powiedziawszy- nie miałem nawet takich marzeń.  Nie widziałem siebie jako pisarza.

Pierwszy taki impuls, który powinien był dać mi do myślenia, to konkurs na opowiadanie anglojęzyczne w liceum. Był to konkurs wojewódzki wielu szkół. Zająłem wtedy pierwsze miejsce. Pamiętam, że było to opowiadanie o starej kobiecie siedzącej nocą na ulicy, niestety nic więcej sobie nie przypomnę. Oczywiście opowiadanie było horrorem . Ucieszyłem się, poczułem dumę, ale moja nauczycielka podcięła mi wtedy chyba skrzydła, bo nie dostałem od niej ani słowa pochwały. Oznajmiła mi tylko fakt, że zająłem pierwsze miejsce, wręczyła nagrody i tyle. Nigdy później niczego już nie napisałem aż do „Próby sił”.

B.H: Wielu aspirujących twórców poprzestaje na pisaniu do szuflady. Co sprawiło, że postanowiłeś przedstawić „Próbę sił” czytelnikom?

T.S.T: Wiesz, ja ogólnie nie jestem zwolennikiem chowania swojej twórczości do szuflady, chociaż to chyba inny temat. Co do „Próby sił”, fakt jest taki, że po napisaniu dwóch rozdziałów uznałem, że to co napisałem to nic specjalnego. Byłem przekonany, że takie coś napisać może każdy. Zapisałem plik, folder zaszyfrowałem i wrzuciłem do jakiegoś folderu na dysk. Chciałem mieć pamiątkę. I tak minęło pięć lat, przez ten czas nie pisałem kompletnie nic. Po tych pięciu latach przeglądałem komputer nocą i odgrzebałem ten zapomniany folder. Bałem się otwierać plik podpisany już wtedy „próba sił”, ale jednak, kliknąłem dwa razy! I…Spodobało mi się to co przeczytałem. Czytałem ten tekst jako w zasadzie coś nowego, bo go kompletnie nie pamiętałem. Wiem, że zabrzmi to nieskromnie ( a z natury jestem skromny aż za bardzo, choć nie wyglądam haha) ale byłem pod wrażeniem. Więc wysłałem kilka stron do Taty i mojej ówczesnej menagerki (posiadałem wtedy restaurację sushi) i poszedłem spać, zapominając o temacie.

Nazajutrz obudził mnie SMS.  Tata odpisał coś w stylu „zaje….. ,to nowy King”? Zastanawiałem się, czy śmieje się ze mnie czy pyta naprawdę. Odpisałem mu, że to ja. Wtedy on zaczął się zastanawiać, czy to ja nie śmieję się z niego.  Chwilę musiałem go przekonywać, że to naprawdę tekst mojego autorstwa, aż w końcu powiedział „w takim razie musisz napisać całą książkę, jesteś pisarzem”. Pamiętam, jak ogromną dawkę motywacji mi to dało. To było piękne uczucie, uskrzydlające wręcz, tym bardziej, że Ania odpisała, że moja wiadomość ją obudziła o czwartej rano i tak się zaczytała, że całkiem przebudziła czytając do końca. Mówiła, że wciągnęło ją bez reszty, a to było tylko kilka kartek, napisanych kiedyś w zasadzie bez większego namysłu.

Następnie tekst powędrował jeszcze do paru znajomych, którzy także byli pod wrażeniem. Jednak wiesz- choć widziałem, że ich reakcje były prawdziwe, potrzebowałem takiego solidnego potwierdzenia. To wtedy tekst wysłałem do „Biblii Horroru”. Zapytałem, czy ocenisz te kilkanaście stron. Odpowiedź była surowa, ale takiej potrzebowałem.Odpisałaś: „Mogę ocenić, ale ostrzegam, że jeśli mi się nie spodoba, napiszę Ci o tym”. Wziąłem głęboki oddech i pomyślałem- ok, niech będzie, najwyżej zajmę się czymś innym.

Wyczekiwałem zwrotnej wiadomości, która w końcu nadeszła. Z mocno bijącym sercem odczytałem ją i do teraz pamiętam, jak odetchnąłem głęboko. Opinia była bardzo pozytywna. To był ostateczny sygnał, by zabrać się do pracy. Ruszyłem pełną parą. Ostatecznie byłem tak mocno zmotywowany i uświadczony na tamten moment o swoim talencie, że nie myślałem w ogóle, by to co napisze schować przed światem.

B.H: Akcja twojej powieści toczy się za oceanem. Czemu ryzykowałeś zapuszczając się na nieznany teren i właśnie tam osadzając akcje swojej powieści?

T.S.T: To ciekawe pytanie. Od najmłodszych lat przesiąkałem Kingiem. Kocham także kino, a ściślej pisząc- kino zagraniczne made in USA. To stąd trafiłem na „Biblię Horroru”. Szukałem miejsca,w którym ktoś odwalał by brudną robotę i recenzował filmy tak, bym mógł wybierać tylko te dobre. Jestem wzrokowcem, patrząc na filmy często zapamiętuję wszystkie miejsca co pozwalało mi sobie je wyobrażać w głowie. Wątpię, by ktoś po przeczytaniu „Próby sił” mógł by mi zarzucić coś w związku z lokacjami i ich opisem. Są one na tyle neutralne, że nie powinny stanowić jakiegoś większego problemu. W mojej książce skupiłem się tak naprawdę na innych jej aspektach. I szczerze pisząc, wątpię, bym kiedykolwiek miał napisać coś w naszych ojczystych realiach. To mnie nie rusza, póki co, ale kto wie co przyszłość pokaże.

B.H: Wspominałeś, że Twoim literackim wzorem jest Stephen King. Jak jego twórczość wpłynęła na Twój własny warsztat?

T.S.T: Tak, to właśnie twórczość tego autora jest ze mną od najmłodszych lat. Często próbowałem od niego odpoczywać między kolejnymi powieściami, ale to jednak jego styl narracji, opisy i historie mnie fascynują i są bezkonkurencyjne jak dla mnie, toteż szybko powracałem do jego prozy. Choć tak, wiem- nie jest to pisarz bez wad i zdaję sobie z tego sprawę. Bardzo ważną książką dla mnie był jego poradnik „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika”. Pamiętam, że czytając go kiwałem głową co chwilę. Czułem go i rozumiałem, co chce przekazać. King napisał, że ciężko nie naśladować swojego ulubionego pisarza, że zawsze czerpiemy od kogoś i myślę, że to prawda. Mimo to starałem się choć trochę wyrobić własny styl.Czy się spodoba i zostanie dobrze odebrany przez czytelników, to największe pytanie, jakie sobie zadaję.

B.H: Stephen King w swoim „Pamiętniku rzemieślnika” wspomina, że każdy pisarz aby nosić to miano musi napisać minimum 10 stron dziennie, nie ważne czy dobrych czy złych. Jak wyglądał proces twórczy u Ciebie?

T.S.T: Wiem. Zawsze, gdy nie napiszę nic w danym dniu (a staje się to zbyt często) to przypominam sobie jego słowa. Niestety, u mnie wygląda to inaczej. Nie chodzi o wenę, bo wydaje mi się, że z nią większych problemów nie mam, chodzi o brak czasu i często problemy zdrowotne. W każdym razie wiem, że wielu pisarzy pisze dużo, ale też często kasują wiele stron, czasem i całe powieści, które zaczęli. Mi się to zdarzyło tylko raz, w przypadku „Próby sił”. Poza tym niemal całą tę powieść napisałem „jednym tchem”. Tak samo mam teraz z dwoma kolejnymi powieściami, nad którymi pracuję. Więc reasumując- może nie piszę tak często jak powinienem, ale jak już coś piszę, to staram się tak przykładać, bym nie musiał nic kasować. Aha i zapomniał bym, rzuciłem palenie co obecnie znacznie wpłynęło na mój proces twórczy (negatywnie, niestety).

B.H: Każdy pisarz okrada swoje życie osobiste, wykorzystuje wątki, motywy, historie, inspiruje się ludźmi ze swojego otoczenia i sobą samym. Jakie jest Twoje zdanie na ten temat?

T.S.T: Tak, to prawda. O ile „Próbę sił” pisałem, jakbym odtwarzał film w głowie, tak trochę inaczej już podchodzę do swoich następnych tekstów. Ogólnie wplątuje do tekstu swoje obserwacje, doświadczenia, ale większość mojej twórczości bierze się gdzieś z głębi mojego mrocznego umysłu. Siadam do klawiatury, zaczynam pisać i nie wiem skąd to się w zasadzie bierze. Jakkolwiek dziwnie to brzmi. Czasami zastanawiam się, czy ja przypadkiem nie przepisuję myśli kogoś innego, kto żyje we mnie.

B.H: Goethe powiedział, że ktoś kto nie spodziewa się miliona czytelników nie powinien napisać ani jednej linijki. Czy myślałeś o tym jak zostanie odebrana Twoja powieść?

T.S.T: Oczywiście, bardzo często o tym myślę. To znaczy wiesz, swoje marzenia odłożyłem w czasie. Wiem, że to nie jest łatwy rynek i nawet wielkie talenty często nie są w stanie się przebić. Zdradzę Ci sekret- nie czuję się jak pisarz. Wciąż uważam, że nie napisałem nic szczególnego choć ci co czytali, twierdzą odwrotnie. I to mnie głównie napędza. Brakuje mi na tym polu pewności siebie, choć staram się myśleć pozytywnie i wierzyć w siebie. Do tego wszystkiego „Próba sił” jest dość osobistą, niemal intymną książką. Czuję, jakby wkrótce na światło dzienne miała wyjść cząstka mojej duszy. Całkiem naga i bezbronna, otwarta na krytykę. Reasumując, nie spodziewam się miliona czytelników, ale po cichu gdzieś tam wierzę, że to marzenie jest w moim zasięgu.

Piotr G: Czy byłeś prześladowany w dzieciństwie przez jakieś złe moce,stwory,może typa z maczeta? Skąd takie chore, krwawe pomysły?

T.S.T: Kiedyś spotkała mnie dziwna sytuacja. Miałem coś koło 20 lat. Była noc, obudziłem się i poszedłem po tabletki przeciwbólowe do swojej szafki w salonie. Ponieważ dobrze znałem mieszkanie, nie zapalałem światła. Otworzyłem szafkę i poczułem dziwny niepokój. Wtedy nie wiem, dlaczego, ale pomyślałem, że jeśli włączę światło w salonie, a ono się nie zapali, to znaczy, że śnię.  Podszedłem do włącznika i światło się nie zapaliło. Wtedy poczułem jeszcze większy lęk. Poszedłem do sypialni, usiadłem na łóżku i zacisnąłem z całej siły powieki pragnąc się obudzić. Do tej pory pamiętam to straszne uczucie: nagle objęło mnie jakby czyste zło. Jakaś czarna aura otuliła mnie z każdej strony. Jakby demon chciał wejść w moje ciało. Panicznie się bałem. Do dzisiaj twierdzę, że to było zło w czystej postaci. W końcu się obudziłem, czując jeszcze ten strach w sobie i do dzisiaj go czuję myśląc o tym. Natomiast nie- nigdy innej sytuacji nie miałem, prócz podróży poza ciało, jakich dopuszczałem się czasem do niedawna.

Co do chorych, krwawych pomysłów- rodzą się w mojej głowie same. Nie wiem, gdzie mają źródło. Chyba nie chcę wiedzieć, haha.

Kinga J: Jakie jest Twoje wykształcenie? Czy wybór szkoły/studiów podejmowany był z myślą o zostaniu pisarzem?

T.S.T: Mam wykształcenie średnie. Podjąłem studia prawnicze, niestety w 3 roku doznałem poważnych komplikacji zdrowotnych i musiałem je przerwać. Do 30 roku życia nie miałem pojęcia, że kiedykolwiek napiszę książkę i że będę miał jakieś plany związane z karierą pisarską.

Kinga J: Jak wygląda życie pisarza? Piszesz w określonych dniach, godzinach czy czekasz na natchnienie? Piszesz w domu czy biurze?

T.S.T: Oj, to właśnie ekstra pytanie. Cóż, problem jest taki, że choć schlebia mi określenie mojej osoby jako „pisarza” to jednak jestem realistą i nie uważam się za takowego. Wydaje mi się, że jedna książka nie czyni ze mnie pisarza… Myślę, że to czytelnicy tworzą pisarzy. Ale co do pisania- moim marzeniem byłoby pisać zawsze o określonej porze. Kiedy kończyłem „Próbę sił”pisałem tylko nocą, zaczynałem koło 22 kończąc o 1 / 2 w nocy. Natomiast marzę o pisaniu w porach 9.00-13.00. 4 godziny, jak nakazuje Mistrz, Pan S.King. Kiedyś pisałem w swoim biurze, teraz wolę mój pokój zrobiony tylko pod pisanie. I nie chce być nieskromny, ale mam często natchnienie, bardziej brakuje mi niestety czasu, co boli.

Kinga J.: Czy oprócz literatury masz jeszcze jakieś inne zainteresowania?

T.S.T: Tak, sporo! Lubię fotografię, kocham słuchać jak i tworzyć muzykę. To hobby porzuciłem z braku czasu, ale zawsze marzyłem o zostaniu producentem muzycznym. Odkąd rzuciłem palenie lubię także sport, różny. Ja ogólnie wiele rzeczy lubię robić w życiu.

Kinga J: Czy oprócz pisania pracujesz gdzieś jeszcze?

T.S.T: Tak, mam firmę budowlaną. Oprócz tego wynajmuję mieszkania.

Kinga J: Co najbardziej motywuje Cię do pisania?

T.S.T: Gdy dostałem swój pierwszy egzemplarz książki, poczułem się dumny z siebie. Chce poczuć więcej tej dumy. Chce być lepszy, chciałbym mieć swoich czytelników którzy będą odwiedzać moje stworzone światy.

Kinga J: Jacy autorzy, z wyjątkiem S.Kinga są dla Ciebie największą inspiracją? Podaj proszę tytuły ulubionych pozycji książkowych.

T.S.T: Chyba nie czerpię już od żadnego innego autora. Ulubione książki: King:  Miasteczko Salem, Bastion, Czarna bezgwiezdna noc, Lśnienie Inne: Złodziejka książek, Jestem legendą, Pieśń Lodu i Ognia.

Kinga J: Masz swojego ulubionego bohatera literackiego?

T.S.T: Kocham postać Tyriona z Pieśni Lodu i Ognia czyli Gry o Tron Jestem fanem tej serii! Serialu jak i książek. W ogóle tam było sporo zajebistych postaci. Drugie miejsce ma Jaimie Lannister!:)

Kinga J: Masz jakieś motto życiowe, którym się kierujesz? Ulubiony cytat z książki?

T.S.T: Mam kilka mott życiowych, ale głównie- nie czyń drugiemu co Tobie nie miłe. Chociaż, to chyba nie motto. Cytat z książki owszem- „- Idź więc, są światy inne niż ten.”. Chyba wiecie, czyj to?:)

Kinga J: Czy jest jakaś książka, która wywarła na Ciebie tak duże wrażenie, że wracasz do niej lub wiesz, że zapamiętasz do końca życia? Która w jakiś sposób na Ciebie wpłynęła?

T.S.T:Tak. To definitywnie ‘Bastion’ S. Kinga. Czytałem ją trzy razy i myślę, że jeszcze tam wrócę. Ja ogólnie kocham klimaty post apo. Chłonę każdy film i książkę w tych tematach!

Kinga J: Jakie uczucia towarzyszyły Ci po ukończeniu pisania pierwszej w życiu książki? Jak uczciłeś ten sukces?

T.S.T: Odetchnąłem z ulgą. To była ciężka przeprawa z końcówką, ale czułem dumę. W sumie tego sukcesu jeszcze jakoś nie świętowałem, dopiero w dniu kiedy wydawca zgłosił chęć do wydania książki uznałem za pierwszy mały sukces. Pojechaliśmy na sushi z tatą i jego żoną. Kocham sushi tak btw.:)

Kinga J: Czy planujesz w przyszłości napisać książkę z innego gatunku literackiego?

T.S.T: Coś tam myślałem, ale póki co interesuje mnie groza. Kiedyś zacząłem pisać thriller erotyczny, może wrócę do tematu.

Kinga J: Jaki jest Twój stosunek do zwierząt?

T.S.T: Lubię zwierzaki. Psy i koty po równo. Niebawem mam się przeprowadzić do domu, planujemy tam z dziewczyną mały zwierzyniec.

Kinga J: Masz jakieś „złote rady” dla początkujących pisarzy?

T.S.T: Tak jak napisałem, nie wiem, czy mogę nazwać się jeszcze pisarzem. Przynajmniej na razie. Choć nie ukrywam- schlebia mi to pytanie!:) Jeśli czytelnicy uczynią mnie pisarzem, na pewno kilka rad Wam dam.

Rafał P: Jako, że też marzę o zostaniu zawodowym pisarzem, chciałbym zapytać o kwestie techniczne Twojej pracy. Jakich programów do pisania i gromadzenia notatek używasz? Notatki robisz elektronicznie czy tradycyjnie? Czy i w jaki sposób planujesz kolejne rozdziały?

T.S.T: Ekstra pytanie! Używam tylko i wyłącznie maca pro. Proces u mnie wygląda następująco, piszę w iA Writer w trybie nocnym.Lubię ten program, tryb nocny plus czcionka maszyny do pisania sprawia, że czuję się tam dobrze. Po skończeniu kilku rozdziałów całość przenoszę do Worda i tam porządkuję wstępnie czyli patrzę na rozpiętość rozdziałów, sprawdzam błędy itd. Potem zapisuje i dalej piszę w iA Writer. Ogólnie lubię mieć porządek w tekście, kiedy piszę. Piszę w ciszy, tylko w przerwach słuchając muzyk, przeważnie nocą. To dla mnie obecnie najlepsza pora. Co do notatek, używam ich mało, ale jeśli już, wszystko zapisuje w notatniku w telefonie. Co do planowania rozdziałów, staram się jakoś bardzo nie planować. Delikatnie sprawdzam grunt, gdzie ta opowieść chce pójść. Ciężko mi to wytłumaczyć. Moi bohaterowie sami mi pomagają. To chyba nazywa się wena?:) Powodzenia Ci życzę!

B.H: Skoro już trafiłeś na blog o horrorach muszę zadać Ci to pytanie… Ulubiony film grozy?

T.S.T: Ostatnim razem zdołał mnie dość fajnie przerazić film pt „Wizyta”. Uwielbiam „Labirynt Fauna”, „Sierociniec”, i „Zejście”.

B.H: Wierzysz w duchy?

T.S.T: Często myślę nad tym. Wydaje mi się, że istnieje jakiś rodzaj energii, której nie pojmujemy. Chyba jestem skłonny wierzyć w to, ze dusze wędrują. Duchy, złe moce, nawiedzenia- nie zaprzeczam istnienia tych rzeczy.

Dziękuję Tomkowi, że tak dzielnie znosił kolejne przesłuchania dzięki czemu udało nam się stworzyć tak wyczerpujący wywiad:)

A Was Moi drodzy zachęcam do lektury „Próby sił”, którą Biblia Horroru objęła patronatem.

Drugi wywiad z pisarzem Adrianem Bednarkiem

 Moi Drodzy, jak wiecie w związku z podwójnym wydarzeniem związanym ze wznowieniem „Procesu Diabła” i wydaniem czwartego tomu ‚Diabelskiego cyklu’, czyli „Wyroku Diabła”zorganizowałam dla Was konkurs w którym dwoje szczęśliwców zgarnęło pakiety książek z wydawnictwa Novae Res. Nagrody są już zapewne w drodze a ja mam dla Was wywiad złożony z Waszych konkursowych zgłoszeń – bo jak wiecie zadaniem było wymyślenie pytania do autora Adriana Bednarka. Gdy Adrian wydał swoją debiutancką powieść przepytałam go na tę okoliczność, więc tym razem postanowiłam oddać głos Wam. Oto co z ego wynikło:

bednarek


Julia Sęk: Czy przypomina pan sobie jakiś moment – wspomnienie, wydarzenie bądź miejsce, które to wszystko zapoczątkowało? Które zrodziło tę historię, rozpoczęło całą tą misternie uknutą opowieść o Kubie Sobańskim. 🙂

Adrian: Oj chciałbym pamiętać ten moment… Pamiętam tylko, że długo chodziły mi po głowie myśli o napisaniu książki o seryjnym mordercy. Najwięcej dumałem o tym na basenie bo akurat był to okres kiedy kontuzja nie pozwalała mi biegać więc 4 razy w tygodniu o 7 rano meldowałem się na pływalni. Paradoksalnie chyba złamana kość w stopie miała jakiś wpływ na powstanie myśli o stworzeniu Kuby bo pierwsze próby napisania Pamiętnika Diabła podjąłem wkrótce po jej wyleczeniu 😉

Marcin Zarębski: Na ile utożsamiasz się z głównym bohaterem książki ? Choć wiem że najprawdopodobniej nie dostanę odpowiedzi prawdziwej w 100 % bo to nie miejsce, czas i okoliczności na takie zwierzenia to i tak zadaję to pytanie 

Adrian:  Haha, powiedzmy, że utożsamiam się z Kubą mniej więcej w 30 procentach 😉 

Aga Lenaa: Gdyby twoja seria o diable została zekranizowana i otrzymałbyś propozycję zagrania jednej z ról to wyraziłbyś zgodę? Czy w ogóle chciałbyś a jeśli tak to kogo?

Adrian: Bardzo bym chciał żeby diabelska seria została zekranizowana, ale nie wyobrażam sobie siebie w żadnej z ról. Jestem pisarzem, do gry aktorskiej mnie nie ciągnie. Choć z drugiej strony… Mówię tak bo wiem, że nie mam okazji a gdybym ją miał…? Chyba wolałbym zagrać w czymś innym. Za stary jestem na głównych bohaterów diabelskiej serii. 😉

Ewelina Łukawska: Wiele autorów robi research, by lepiej wczuć się w role swoich bohaterów czy nadać książce autentyczności. Czy Pan też takowych dokonywał? Czy jednak wszystko jest tylko wytworem wyobraźni?  

Adrian: Ja stawiam głównie na wyobraźnię. Wychodzę z założenia, że piszę bajki dla dorosłych, nie prace naukowe 🙂 Nie szykowałem się w jakiś specjalny sposób do napisania Diabełków, research stanowiło głównie samo zainteresowanie tematyką seryjnych morderców bo od lat oglądam o nich filmy, czytam książki i automatycznie przyswajam informacje. Można powiedzieć, że wiedzę o seryjnych mordercach miałem już kilka lat przez napisaniem pierwszego Diabła.

Renata Przybysz: Jakie diabelskie cechy szanowny Autor posiada?

Adrian: Maniakalna upartość w dążeniu do wyznaczonego celu, tworzenie własnych reguł i przestrzeganie tylko ich, fascynacja złą częścią ludzkiej natury i niewinny uśmiech 😉  

Paulina Slodowa: Skąd pomysł, by głównym bohaterem został seryjny morderca? W dodatku wzbudzający niemałą sympatię.

Adrian: Głównym bohaterem został seryjny bo bardzo mnie te postacie interesują, chciałem wkręcić się w taką osobę i w pewien sposób przeżyć to co on przeżywa, poza tym uważałem, że to świetny pomysł na książkę. Osobiście miałem już dosyć klasycznych kryminałów i w swojej twórczości stawiam na przestępców. Oprócz seryjnych morderców czytelnicy będą mieli okazję poznać kolejne postacie z różnych przestępczych „branż”. A jeśli chodzi o wzbudzanie sympatii to akurat wyszło całkowicie przypadkowo. Nie zakładałem,  że czytelnicy w tak dużym stopniu będą sympatyzować z Kubą. Po prostu opisywałem seryjnego mordercę tak jak ja go sobie wyobrażam bez konkretnych oczekiwań.

Marta Ślęzakiewicz: Dlaczego akcja serii dzieje sie akurat w Krakowie? Czy autor ma z Krakowem jakieś szczególne skojarzenia, wspomnienia które pozwoliły na osadzenie akcji w tym mieście?

Adrian: Po pierwsze żadne inne miasto mi tak dobrze mi nie pasowało jak Kraków, który ma  niepowtarzalny klimat bywa piękny, romantyczny a jednocześnie niebezpieczny i zabójczy. Ale kluczowa była chyba moja tęsknota za Krakowem. Spędziłem w tym mieście kilka naprawdę świetnych lat życia i zaczynając pierwszego Diabła naprawdę bardzo za nim tęskniłem. Pisząc mogłem znów trochę tam pomieszkać, niby tylko w głowie ale mnie to wystarczyło.

Weronika Matuszewska: Czy osoba Julii z „Pamiętnika diabła” ma swój pierwowzór w rzeczywistości? Właśnie skończyłam czytać książkę i jest ona moją ulubioną postacią, zaintrygowała mnie – stąd moje pytanie.

Adrian: Częściowo ma, może w 10-15 %, ale pozwoli Pani, że nie rozwinę tego tematu bo chciałbym pozostać w jednym kawałku 🙂 Poza drobną inspiracją Julcia jest całkowitym wytworem mojej wyobraźni. Cieszę się, że jest czytelniczka, która z nią tak sympatyzuje. Przyznam, że ja ją wręcz uwielbiam, zwłaszcza tą jej ewolucję która dokonała się przez lata. Kiedy zaczynałem pierwszego Diabła w życiu bym nie przypuszczał, że wyjdzie z niej taki kawał książkowej bohaterki 🙂

tagumpay: Jestem w trakcie przypominania sobie przygód Kuby Sobańskiego od początku i pytam: Dlaczego tak znakomita fabuła i akcja musi być okraszona dużą ilością zwrotów typu ubrał, np. spodnie, które nie są poprawne, chociaż w innych miejscach jest ok(np. miał na sobie)? To pytanie mnie bardzo nurtuje 😉 

Adrian: Miło mi, że czytelnicy wracają do moich książek. Pamiętnik Diabła to był mój debiut, więc jakieś frycowe trzeba zapłacić 😉 Sam po czasie uważam, że zmieniłbym wiele rzeczy.

monika.dela: Które ze swoich dzieł uważa Pan za największy sukces? Kto wymyśla tytuły? Proszę powiedzieć jak wygląda Pana warsztat pracy, otoczenie podczas tworzenia, co Pan lubi mieć a co Panu przeszkadza?

Adrian: No więc po kolei: Za największy sukces uważam podpisanie umowy z moim obecnym Wydawcą która pozwala mi spokojnie skupić się na pisaniu i gwarantuje publikację oraz promocję. Najgorzej ze swojej pisarskiej przygody wspominam te mozolne poszukiwania wydawcy. A jeśli miałbym wybrać jedno dzieło…? Ciężko bo to jak z dziećmi, trudno wskazać ulubione a jeszcze ciężej się do tego przyznać 😉 Do tej pory wszystkie tytuły są mojego autorstwa. Jeszcze nie zdarzyło się żeby jakiś został zakwestionowany przez Wydawcę.

Otoczenie to zwykle biurko i laptop albo, co ostatnio zdarza mi się coraz częściej, łóżko i laptop na kolanach 😉 Zawsze dookoła pałętają się moje bazgroły, które nazywam notatkami, pisanie zaczynam od espresso i papierosa. To stały, niezmienny rytuał. Przeszkadza mi nieustannie dzwoniący telefon i hałasy, ale nauczyłem się z tym żyć. Błoga cisza zdarza się dość rzadko w ciągu dnia, zazwyczaj tylko w nocy. Często piszę w trakcie pracy a ponieważ mam ten komfort że pracuję w domu przed biurkiem i dzięki temu udaje mi się więcej pisać, staram się nie narzekać tylko wykorzystywać każdą wolną chwilę. Mimo to najlepsze są dni kiedy wiem, że mam czas i spokój do napisania całej sceny, bez wyrzucających z transu przerw.

piotrekG: Lubisz straszyc ludzi? 😉

Adrian: Haha, już nie. Jakiś czas temu przyjechałem bez zapowiedzi do rodziców, otworzyłem dom swoimi kluczami i z premedytacją wystraszyłem tatę kiedy odkurzał z słuchawkami na uszach. Po jego reakcji stwierdziłem, że nie ma nic zabawnego w straszeniu ludzi 😉

ewa: Czy lubisz spaghetti carbonara :)? 

Adrian: Pewnie, ogólnie lubię dania z makaronem 😉

Marcin Tomkowiak: Będąc seryjnym mordercą, kogi i jak byś zabijał?

Adrian: Kogoś kogo nie znam, bo to zmniejsza ryzyko wpadki. Nie wiem kogo, może jakąś fajną dziewczynę? 😉 Jak? Zależy od okoliczności 😉

Manitou: Czy mając do wydania 30zł na powieść z dreszczykiem i bedąc wieloletnim fanem Grahama Mastertona powinienem kupić najnowszą jego książkę, czy też postawić na coś nowego i zaryzykować kupując powieść nie znanego mi jeszcze Adriana Bednarka? 

Adrian: Zdecydowanie zaryzykować i kupić Adriana Bednarka. Choćby dlatego, żeby przekonać się co takiego ma w sobie Kuba Sobański, że przyciąga czytelników, poznać nowego twórcę mrocznej literatury i zacząć wspaniałą przygodę która być może będzie trwała tak długo jak przyjaźń z Mastertonem. Poza tym taki czytelniczy transfer pozwoli nabrać literackiej świeżości i zmienić nieco spojrzenie na thriller 😉

Agnieszka: Ten jeden moment, ta jedna chwila. Pamięta Pan okoliczności w których narodził się pomysł „na diabła”? 

Adrian: Nie pamiętam, choć bardzo chciałbym sobie przypomnieć. Jak odpowiadałem w jednym z wcześniejszych pytań, pomysł narodził się w okresie kiedy leczyłem kontuzję złamanej nogi i dostawałem kręćka z braku możliwości biegania. Organizm totalnie uzależniony od endorfin płatał figle i mózg zaczął coś kminić aż w końcu wykminił sobie Kubę 😉

Karalucha: Może powiem na wyrost, ale chyba każdy z nas ma ochotę kogoś zabić. Czy miał Pan kiedyś taką ochotę i plan jak to zrobić? 

Adrian: Nie należę do wyjątków, też zdarzają się takie momenty, ale raczej pod wpływem chwilowego impulsu, nie do tego stopnia żebym robił już jakieś plany 🙂

Monika: Gdyby Netflix albo HBO wykupiło prawa do ekranizacji „Diabłów…” kogo widziałby Pan na fotelu reżysera, a kogo w obsadzie?  

Adrian: Aż tak dobrze nie siedzę w nazwiskach aktorów i reżyserów Netflixa i HBO żeby się wypowiedzieć. Gdyby doszło do takiej ekranizacji dałbym wolną rękę tym którzy finansowaliby projekt przy doborze pracowników. Zwłaszcza reżysera, choć chciałbym być obecny przy selekcji aktorów i mieć na nich wpływ. Wybierałbym jednak po twarzach i próbach ich umiejętności a nie po nazwiskach.

Ze swojej strony gorąco zachęcam Was do zapoznania się z historią Kuby Sobańskiego a także odwiedzenia fanpage autora

Wywiad z autorem „Pamietnika diabła”

Wywiad z pisarzem Adrianem Bednarkiem

pamiętnik diabła recenzja

Wywiadów dawno nie było, bo nikt ostatnimi czasy nie wpadł mi w oko. „Pamiętnik diabła” zaskoczył mnie na tyle, że postanowiłam ‚przesłuchać’ autora. Korespondencja, długa i szeroka, trwała od 9 maja. Teraz, dla Was moi drodzy, składam do kupy to, co mogę Wam ujawnić.

Adrian Bednarek, trzydziestolatek, zadebiutował „Pamiętnikiem diabła”, który ukazał się nakładem wydawnictwa Novae Res. Z wykształcenia ekonomista, z zamiłowania pisarz. Fan żużlu zafascynowany postaciami seryjnych morderców i błyskotliwą karierą Adolfa Hitlera. Właściciel firmy handlowej.

Reszty dowiecie się z lektury wywiadu:)


B.H: Z informacji jakie umieszczono na okładce książki wynika, że jesteś … ekonomistą (?) a przynajmniej absolwentem Akademii Ekonomicznej, skąd więc zainteresowanie twórczością literacką?

ADRIAN: Zgadza się, jestem absolwentem AE, na co dzień prowadzę firmę w branży handlowej, co nie koliduje z rozwijaniem pasji zupełnie niezwiązanych z zawodem lub wykształceniem.

Od zawsze lubiłem czytać, najpierw komiksy, później książki. Pomysł na napisanie własnej dojrzewał we mnie od dłuższego czasu i w końcu… wyrósł 🙂

B.H:Od lat zafascynowany tematyką kryminalną, szczególnie postaciami seryjnych morderców„, skąd takie nietypowe (dla niektórych, nie dla mnie:) fascynacje?

ADRIAN: Nie uważam swoich fascynacji za nietypowe. Niektórzy lubią godzinami oglądać taniec w telewizji, inni lubią czytać o seryjnych mordercach 😉

Osobiście nie widzę w swoich zainteresowaniach niczego dziwnego.

B.H:Nie widzisz nic dziwnego, ja też nie, ale skąd Ci się to wzięło, co takiego fascynującego, Twoim zdaniem jest w mordercach?

ADRIAN:Nie w mordercach ogólnie, a w seryjnych mordercach. Nie fascynują mnie ludzie zabijający dla pieniędzy, w afekcie, z miłości, czy np. zazdrości.

Seryjni mordercy są fascynujący ponieważ najczęściej zabijają przypadkowe osoby z sobie tylko znanych pobudek. Można powiedzieć, że zabijają dla przyjemności, a to wystarczający argument, żeby się nimi zainteresować.

B.H: Masz swojego faworyta wśród zabójców? Literackich, filmowych, autentycznych?

ADRIAN:W moim przypadku na czoło mrocznej klasyfikacji zdecydowanie wysuwa się postać autentyczna, Dennis Rader – BTK.

Historia tego człowieka, motywy, metody działania, niekonwencjonalne zachowanie, a nawet sposób, w jaki został złapany wyróżniają go na tle pozostałych najsłynniejszych seryjnych morderców.

Wśród fikcyjnych postaci w pamięci zapadł mi Doktor Danko z książki „Dekalog Dextera”. Od zawsze intrygowała mnie też postać Jokera z komiksów o Batmanie.

B.H: Każdy pisarz w pewnym stopniu okrada swoje życie osobiste. Tworząc, postaci, miejsca, kreując wydarzenia opiera się na doświadczeniach swoich i swojego otoczenia. Drugą sprawą jest wyobraźnia, a wyobraźnia jest ekstraploracją naszej osobowości. Tematyka Twojej książki wymaga specyficznego spojrzenia na świat.

Sądzisz, że masz diabła za skórą, który ułatwił Ci wyprofilowanie książkowego psychopaty?

ADRIAN: Zależy, co rozumiesz przez posiadanie diabła za skórą?  Nie jestem aniołem, ale z pewnością nie mam takich ciągot, jak główny bohater mojej książki 🙂 Natomiast wczuwanie się w niego, odkrywanie jego myśli, obserwacja i w końcu wychodzenie na polowanie stanowiło niezapomniane przeżycie.

Pisząc musiałem nauczyć się patrzeć na świat oczami psychopaty, wyzbyć się emocji, uczuć, empatii. Bo to w końcu typowe cechy psychopaty. Potrafiłem się zatracić w postaci Kuby na kilka godzin dziennie, ale potem szybko wracałem do swojego życia, w którym nie ma miejsca na w/w cechy.

Podsumowując mogę powiedzieć, że prywatnie nie mam wiele wspólnego z książkowym psychopatą. Kuba stanowi moją małą odskocznie od codzienności.

B.H: Absolutnie nic wspólnego? Słyszałam kiedyś wypowiedź pewnego pisarza, że każda jego postać jest nim (autorem) w 100 %, jednak on jest swoim bohaterem tylko w 10 %.

Kubuś nie ma nawet 10 % Ciebie? Nie macie żadnych wspólnych ‚zainteresowań’, nie wiem muzyka, trampki, blondynki?;)

ADRIAN:No dobra, po dłuższej chwili zastanowienia przyznaję, że troszkę przesadziłem. Może mam z Kubą 20, 25% wspólnych cech. Ale odpowiedź, jakie są to cechy pozostawię dla siebie 🙂 Ktoś tu obiecał nie robić mi żadnej analizy, a coraz bardziej czuję się analizowany :))

Kubą i z pewnością nie spadł mi z kosmosu tylko narodził się w zakamarkach głowy 😉

B.H: Czy pomysł na książkę „Pamiętnik diabła” zrodził się z impulsu, czy była to długotrwała, zaplanowana strategia twórcza?

ADRIAN: Odpowiedź na to pytanie zawiera się pośrodku między impulsem, a strategią twórczą. Pół roku wcześniej napisałem zupełnie inną historię i w ogóle nie byłem z niej zadowolony. Fabuła „Pamiętnika diabła” chodziła mi po głowie przez kolejne sześć miesięcy i nie chciała z niej wyjść. Często zastanawiałem się, czy taka książka miałaby w ogóle rację bytu w literackim świecie.

Ostateczna decyzja „piszę” zapadła spontanicznie. Usiadłem i zacząłem pisać 🙂

B.H: Jak gromadziłeś informacje potrzebne do napisania „Pamiętnika..” Intrygi Kuby robią wrażenie. Domyślam się, że nikogo nie zabiłeś w ramach dokształcania?

ADRIAN: Dobrze się domyślasz, nikogo nie zabiłem 🙂 A uwierzysz, jak powiem Ci, że nie gromadziłem żadnych informacji? To najprawdziwsza prawda. Znałem kilka miejsc, w których Kuba zamordował swoje ofiary, kilka wymyśliłem, intrygi też wymyślałem 🙂 Wszystko to moja wyobraźnia.

Wiem, że niektórzy przeprowadzają research, badania, czy inne tego typu sprawy. To nie mój klimat. Ja się bawię pisaniem, wszystko musi powstawać w głowie 😉 Taka już moja leniwa dusza :PP Pomysły powstają podczas biegania, albo w domu w pokoju, w którym piszę 😉

Szukałem tylko w necie instrukcji obsługi urządzenia do otwierania zatrzaśniętego okna z zewnątrz, bo nie byłem pewien jak się go używa :PP

I czasami używałem google maps, żeby ocenić, gdzie najwygodniej byłoby mi zostawić furę, gdybym był mordercą 😉

Poza tym uważam, że śledzenie kogoś, kto Cię nie zna, w dodatku jest słabszy od Ciebie, wyszukiwanie jego słabego punktu i następnie atakowanie go jest rzeczą dziecinnie prostą przy odpowiednim przygotowaniu i motywacji 🙂

B.H: Ile czasu zajęło Ci napisanie, a później doprowadzenie do wydania „Pamiętnika…”? Było ciężko?

ADRIAN: Samo napisanie „Pamiętnika diabła” zajęło mi mniej więcej siedem miesięcy. Starałem się pisać regularnie, ale zdarzały się kilkudniowe przerwy. Bardzo ciężko było doprowadzić do ostatecznego wydania tekstu w postaci książki. Opowieść na ten temat zajęłaby co najmniej kilka stron.

Całość, od napisania pierwszej strony do premiery książki trwała prawie dwa lata.

B.H:Chętnie dowiem się więcej o perypetiach wydawniczych:)

ADRIAN:Dużo by o tym mówić. Jako absolutny debiutant od samego początku miałem pod górkę. Wysłałem tekst do naprawdę dużej ilości wydawnictw. Część w ogóle nie odpowiadała, niektóre do dziś odpowiadają. Ale najlepsze były te, które obiecywały przeczytać i się odezwać i… nadal nie otrzymałem żadnej odpowiedzi 😉

Na szczęście znalazłem wydawnictwo zainteresowane „Pamiętnikiem diabła” i teraz mogę traktować usilne poszukiwania wydawcy, jako ciekawe doświadczenie. I lekcję cierpliwości 🙂

B.H:Nie wiem, czy czytałeś moją recenzję książki, ale chciałabym się do niej odnieść. Nie za bardzo przypadł mi do gustu tytuł i okładka. Sam decydowałeś o ‚tych sprawach’?

ADRIAN:Czytałem Twoją recenzję, jak tylko się pojawiła. Tytuł wymyśliłem sam ( teraz już wiem, że nie tylko moja książka nosi taki tytuł, ale i tak od pierwszej strony byłem przekonany, że musi się nazywać „Pamiętnik diabła”).

Opis z ostatniej strony okładki jest również mojego autorstwa. Na wygląd okładki nie miałem wpływu. Z tego, co zdążyłem się zorientować okładka budzi skrajne odczucia. Od zachwytu po całkowitą niechęć. Domyślam się, że właśnie dlatego o nią zapytałaś.

Ad. recenzji: Jesteś pierwszą osobą, która tak bezpośrednio porównała Kubę do Karola Kota. Muszę Ci od razu powiedzieć, że postać Kota poznałem dopiero, kiedy byłem w trakcie pisania epilogu. Serrio! Pomagałem żonie w zbieraniu materiałów do pracy dyplomowej i wtedy natknąłem się na Kota. Pamiętam, jak dziś, że powiedziałem wtedy „zobaczysz, ktoś kiedyś stwierdzi, że wymyślając Kubę inspirowałem się Kotem” :)))))Pewnie gdybym go poznał wcześniej właśnie tak by było 😛 

Patrick Bateman- owszem, nie zaprzeczę. Ale z Budnym to też nie do końca trafiłaś. Fakt, książka zaczyna się od jego cytatu, ale tylko dlatego, że bardzo mi przypasował. Nie zwróciłem uwagi, że zabijał tylko brunetki. To akurat w przypadku Kuby wyszło z czegoś zupełnie innego.  Najbardziej chciałem użyć jakiegoś cytatu BTK, ale niestety nie powiedział nigdy nic ciekawego 😉 Poza tym Budny był jak dla mnie chaotyczny, dużo ryzykował, zgarniał dziewczyny z miejsc publicznych. Zauważ, że Kuba ma wszystko dokładnie zaplanowane, śledzi ofiarę, znajduje słaby punkt, atakuje, znika. No i nie ma żadnego kontaktu płciowego z ofiarą 😉

A i nie jestem fetyszystą trampek 😉

B.H: Sama jestem strasznie kontrolującym typem, więc prawdopodobnie bym nie zniosła, że jakiś aspekt mojej twórczości, choćby okładka jest po za moja kontrolą. Oplułabym  jadem każdego, kto by chciał skrzywdzić moje ‚dziecko’;)

ADRIAN: Ojj, a myślisz, że mnie to nie męczy? Jak od kilku lat prowadzi się swoją firmę to człowiek jest przyzwyczajony, że na wszystko ma wpływ i o wszystkim decyduje :/ Ale markę, zwłaszcza w rozrywce trzeba sobie wyrobić. Nikt nie będzie Ci od początku pozwalał na wszystko, nawet Kingowi nie pozwalali, więc musisz przecierpieć i zrozumieć, że nie tylko Ty masz wizję w jaki sposób Twoje dziecko może przyciągnąć czytelników. Choć i tak uważam, że mój pomysł na okładkę byłby lepszy ;))) Mam tylko nadzieję, że się mylę. Naprawdę rozumiem podejście wydawcy. Jestem debiutantem, więc nie ja dyktuję warunki a wydawcy też zależy na sukcesie książki. Poza tym dotychczasowe, zróżnicowane opinie na temat okładki jednoznacznie świadczą, że jest… ciekawa. Nie zapominaj też, że książki nie ocenia się po okładce 🙂

B.H: Najpierw wpadł Ci do głowy pomysł na tytuł, czy na fabułę?

ADRIAN:W tym wypadku pomysł na tytuł urodził się na równi z pomysłem na prolog. Reszta przychodziła stopniowo później. Mnie się wyświetla najczęściej ogólny zarys historii, a reszta fabuły przychodzi z czasem. Moje historie żyją własnym życiem i często to, co na początku wydawało mi się absolutnie niezbędne w danej książce często w ogóle nie zostaje napisane.

B. H: Osobiście liczę, że dalej będziesz rozwijać się twórczo, planujesz dalej pisać, publikować? Jeśli tak to, czy zrodził się już jakiś pomysł?

ADRIAN: Bardzo bym chciał dalej publikować. Staram się pisać regularnie i cały czas rozwijać swoje umiejętności. Pomysłów na szczęście mi nie brakuje.

W styczniu skończyłem drugą część „Pamiętnika…”, ma ona tytuł „Proces Diabła”, obecnie pracuję nad kolejnym thrillerem, wkrótce powinienem go skończyć, a co potem, jeszcze nie zdecydowałem.  Zdaję sobie sprawę, że to, czy kolejne opowiadania ujrzą światło dzienne w dużej mierze zależy od zainteresowania czytelników moją debiutancką książką.

B.H: Kiedy ukaże się „Proces diabła”? Co będzie ‚w środku’?

ADRIAN: Na dzień dzisiejszy nie wiem, czy w ogóle się ukaże, a tym bardziej, kiedy 😉 Dużo zależy od zainteresowania czytelników „Pamiętnikiem diabła”. W środku z pewnością nie będzie nudno. Mogę zdradzić jedynie, że Kuba, jako młody adwokat dostanie swoją pierwszą sprawę. Czego będzie dotyczyła dowiesz się jeśli „Proces diabła” zostanie wydany 🙂

Thriller, nad którym obecnie pracuję jest nieco inny. Tym razem czytelnik nie wchodzi  bezpośrednio do świata bestii tylko… ofiary.

B.H: Jeszcze jedno pytanie: Twoje literackie fascynacje? Co lubisz, czego nie znosisz?

ADRIAN:Żeby odpowiedzieć na pytanie, co czytam musiałbym stworzyć bardzo długą listę. Na jej topie z pewnością znaleźliby się Puzo, Lapidus, Ellis, kilka książek Kinga, Ziemiańskiego, Cobena, Pattersona, przygodny Jasona Bourne’a, „Sieroty Zła” Nicholasa D’Estienne D’Orves, „Przenajświętsza Rzeczpospolita” Jacka Piekary i oczywiście komiksy o Batmanie z początku lat 90tych, od których zaczynałem przygodę z czytaniem.
Nie mam gatunków, których jakoś specjalnie nie znoszę. Każdy gatunek jest skierowany do innej grupy odbiorców, a ja czytam tylko te, które mnie interesują 🙂

adrian bednarek wywiad


Bardzo dziękuję wydawnictwu Novae Res za tak ochocze ‚podzielenie’ się ze mną swoim nowym autorem i oczywiście samemu Adrianowi, za to, że tak cierpliwie znosił przesłuchanie;)

Wywiad z Joanną Łańcucką

Wywiad z pisarką Joanną Łańcucką

Za mną kolejny Oficynkowy wywiad tym razem z pisarką debiutującą.

Pani Joanna Łańcucka w tym roku opublikowała swoją pierwszą i miejmy nadzieję nie ostatnią powieść, która ogromnie mi się spodobała.

joanna Łańcucka stara słaboniowa  spiekładuchy recenzja

Co mnie niezmiernie ucieszyło, Pani Joanna okazała się czytelniczką mojego bloga jeszcze w czasach gdy raczkował, a Pani Joanna dopiero poszukiwała wydawcy dla swojej Starej Słaboniowej i Spiekła duchów„. Idąc śladem moich recenzji dla Oficynki trafiła właśnie do swojego wydawcy:)Tak, więc jak twierdzi autorka, moja mała biblia horroru miała swój mały wkład w publikacje. Świat jest cholernie mały- jak się okazuje:)

Wywiad podobnie jak w przypadku Pani Katarzyny Rogińskiej przeprowadziłam drogą elektroniczną.

Joanna Łańcucka – urodzona w Skierniewicach, wychowana w małej wsi na wschodzie Polski. Z zawodu plastyczka realizująca się głównie w malarstwie olejnym. Z lubością zajmuje się czytaniem, pisaniem oraz haftem artystycznym. Obecnie mieszka i tworzy w Krakowie.


B.H: Skąd wziął się u Pani pomysł, żeby napisać powieść opartą na ludowych podaniach?

J.Ł: To splot wielu czynników. Kiedyś przypadkiem trafiłam na postać Kozła, o którym dowiedziałam się, że w europejskiej, ale też polskiej mitologii był jednym z uosobień diabła. Jego służkami i towarzyszkami był zaś czarownice, z którymi ów Kozieł spotykał się na sabatach i razem wyprawiali najdziksze swawole.

Zainspirowało mnie to bardzo pierwotne przedstawienie wysłannika piekieł, w którym dominuje zwierzęcy pierwiastek i niepohamowana chuć oraz chęć czynienia zła powodowana wyłącznie radością patrzenia na ludzkie cierpienie.

Z innej strony przywędrowała do mnie stara kobieta i wieś, którą pamiętałam z dzieciństwa, a którą zapragnęłam opisać przez prosty, ludzki sentyment do miejsca, w którym się wychowałam, i które już właściwie nie istnieje. Bo choć akcja mojej książki rozpoczyna się zaledwie 35 lat temu to zmiany w świecie postępują tak szybko, że to co było 30 czy nawet 20 lat temu, wydaje się teraz prehistorią.

Pomyślałam, że uczynienie antagonistami właśnie takie wiejskiej, mądrej baby i przepełnionego złem Kozła może być interesujące. Idąc tym tropem, po prostu musiałam odnieść się do polskich wierzeń ludowych, które są przecież tak bogate, inspirujące i pełne fantastycznych stworzeń.

Dopiero po wydaniu książki  i zapoznaniu się z opiniami czytelników, dotarło do mnie, że właściwie w polskiej literaturze współczesnej wątek związany z wierzeniami słowiańskimi niemal nie istnieje.


B.H: Z not na Pani temat wyczytałam, iż wychowała się Pani na wsi, gdzieś na wschodzie Polski. Czy w związku z tym okolica, jaką opisała Pani jest wiernym odwzorowaniem autentycznego miejsca, czy raczej tworem wyobraźni?

J.Ł: Pamiętam nawet, że w swojej recenzji „Starej Słaboniowej…” , miała Pani pewne wątpliwości czy na pewno była to wieś na wschodzie Polski bo Pani przypomina ona raczej wieś na Mazowszu. Tłumaczę to sobie tym, że województwo mazowieckie graniczy, a nawet mocno się wrzyna w ścianę wschodnią więc wpływy językowe, czy obyczajowe mogą być  w tym rejonie dość podobne. Ale cieszę się, że moje doświadczenia ze wsi wschodniej, przywołują wspomnienia niekoniecznie związane z konkretnym miejscem na mapie. Myślę, że polska wieś to raczej stan umysłu 😉

Wracając do Pani pytania – widziałam ostatnio krótki wywiad z Jerzym Stuhrem, gdzie mówił m.i.n. o tym jak tworzy swoje filmowe historie. Powiedział, że 1/3 to własne doświadczenia i przemyślenia, 1/3 to doświadczenia innych ludzi, jakieś zasłyszane opowieści, a 1/3 to praca wyobraźni. I pod tym się podpisuję.

Dokładnie w taki sam sposób wymyślam swoje opowieści, bohaterów i miejsca, w których umieszczam akcję, czyli w tym wypadku „wieś Capówkę pode Chmielowem”, która jest podobna do wszystkich innych małych wiosek na wschodzie Polski, a jednocześnie wcale takiej wioski nie ma.


B.H: Co, lub też kto, zainspirował Panią do stworzenia postaci Teofili Słaboń?

J.Ł: Można powiedzieć, że moją inspiracją była po prostu archetypiczna wiejska baba. Taka co to się ją widzi czasem jak w chustce na głowie, wełnianym serdaku i długiej spódnicy jedzie rowerem do sklepu po chleb, albo ciągnie wodę ze studni. Doświadczona, sprytna, trochę szorstka w obejściu, nierozerwalnie związana z naturą i rytmem pór roku, które wyznaczają jej życie.
Teofila posiada jednak cechy, które w rzeczywistości na pewno nie zostałyby zaakceptowane przez wiejską społeczność: jest trochę buntowniczką, ceni niezależność do tego stopnia, że godzi się na egzystowanie na marginesie, a przed wszystkim jest na bakier z prawem kościelnym i religią w ogóle, co na wsi byłoby kiedyś po prostu nie do przyjęcia.


B.H:Przeczytałam na stronie syndykatu zbrodni w bibliotece, że określiła Pani swoją bohaterkę mianem antybohaterki. Dlaczego? Osobiście odniosłam wrażenie, że Teofila jest jak najbardziej pozytywną postacią. Swoistym symbolem ludowej mądrości.

J.Ł: Antybohaterką nazwałam ją dlatego, że na pewno nie jest typem bohaterki popularnej w dzisiejszych czasach. Obecnie ceni się raczej bohaterów wiecznie młodych, plastikowo pięknych i posiadających niesamowite supermoce.

Słaboniowa zaś jest stara, zmęczona życiem i nieco zgorzkniała, a jej supermoce są jednak dość ograniczone i bazują bardziej na wieloletnim doświadczeniu i znajomości życia oraz ziół, niż na strzelaniu z czarodziejskiej różdżki.
Nie jest też Słaboniowa uroczą, słodką staruszką. Ma swoje wady, bywa obrażalska i gburowata, a walka ze złem czasem przesłania jej uczucia innych ludzi.
No i, co by nie mówić, Słaboniowa jednak jest wiedźmą i mimo, że teraz walczy ze złem, kiedyś sama je czyniła.


B.H:Opisy nadprzyrodzonych zdarzeń, jakie stworzyła Pani na kartkach powieści wydały mi się takie… żywe.  Czy tworząc swoje historie opierała się Pani właśnie na takich opowieściach przekazywanych z ust do ust, zasłyszanych może kiedyś w dzieciństwie, czy raczej szperała Pani w oficjalnie opublikowanych materiałach na dany temat?

J.Ł: Bardzo się cieszę, że udało mi się choć na chwilę ożywić postaci, które już właściwie nie istnieją w naszej kulturze. Gdy byłam dzieckiem, nikt mi nie opowiadał podobnych historii, a rozmowy dorosłych dotyczyły zupełnie zwykłych, codziennych spraw. Za to zapadły mi w pamięć książki dla dzieci, które wtedy czytałam, np. „Klechdy domowe” lub opowiadania fantastyczne, które odnosiły się czasem właśnie do wątków z wierzeń ludowych.

Żeby napisać „Starą Słaboniową” grzebałam oczywiście w materiałach dotyczących interesującego mnie tematu, ale tylko o tyle, o ile zapładniało to moją wyobraźnię. Postacie z wierzeń ludowych traktowałam jako wyjściową do stworzenia historii, które choć przez chwilę wydawałyby się prawdopodobne; zależało mi również na stworzeniu świata, w którym miałyby one rację bytu.


B.H: Pani powieść, choć napisana z wielkim humorem ostatecznie okazała się bardzo smutna. Opisała pani wiele dramatycznych historii a zakończenie- smutny koniec starego Daciuka, który nigdy nie doczekał się na przyjazd rodziny, przeprowadzka Słaboniowej do miasta, samotna śmierć Mruczka doprowadziły mnie do płaczu. Czy takie zakończenie Pani powieści powinno powinno zostać odczytane, jako symboliczne pożegnanie współczesnego człowieka z tradycją? Niejakie zrzeczenie się własnych korzeni?

J.Ł: Tak, wieś to nie tylko zapach świeżo skoszonej trawy i piękne widoki, ale też ludzkie dramaty. Śmierć i samotność dotyczy nas wszystkich i mimo, że trudno jest się z tym pogodzić, nie można przed tym uciec.

Gdy kończyłam książkę, miałam poczucie, że to jest smutne zakończenie, i zastanawiałam się czy to dobrze pozostawiać czytelnika w takim stanie ducha. Teraz myślę, że zrobiłam słusznie bo nie uciekłam przed sprawami, które mnie samą przerażają, a jednocześnie są istotne dla każdego człowieka.

Można to zakończenie odczytywać tak jak Pani je odczytała. Na pewno jest to jakiś wyraz poddania się czasowi, temu, że świat tak błyskawicznie się teraz zmienia obyczajowo i technologicznie, że trudno to objąć rozumem. Wszystko pędzi na złamanie karku i my też musimy pędzić chociaż trochę. Jeżeli ja podchodzę do tego z pewną rezygnacją to co dopiero stara Słaboniowa.

A jeżeli chodzi o Mruczka, którego los zmartwił nie tylko Panią (miałam na ten temat sygnały również od innych czytelników), to jak na kota żył naprawdę długo, bo co najmniej 35 lat:), choć sądzę, że o wiele dłużej. A poza tym w przyrodzie i na wsi zwierzęta mają taki zwyczaj, że kiedy czują, że niedługo umrą to starają się ukryć i umrzeć w samotności. To tylko nam się wydaje, że cierpią z tego powodu; one są na śmierć przygotowane o wiele lepiej od nas – ludzi; nie boją się jej ani z nią nie walczą.


B.H: Zawodowo zajmuje się Pani raczej inną dziedziną sztuki, czy w związku z tym znajdzie Pani czas i chęci na napisanie kolejnej powieści? Może w podobnym klimacie?

J.Ł: Myślę o pisaniu dość poważnie i na pewno znajdę czas na napisanie kolejnej książki. Ale ważniejsza jest chęć i przeświadczenie o tym, że ma się coś ciekawego do powiedzenia. A mi się wydaje, że mam jeszcze w zanadrzu kilka ciekawych historii i bardzo chcę je zapisać.

Myślę, że klimat kolejnej książki będzie trochę inny, ale historia, którą zamierzam opowiedzieć na pewno będzie podszyta grozą i będzie dotyczyć ciemnych stron człowieka.


B.H:Goethe powiedział kiedyś, że ktoś, kto nie spodziewa się miliona czytelników w życiu nie powinien napisać ani jednej linijki. Czy pisząc „Starą Słaboniową…” spodziewała się Pani tak entuzjastycznego przyjęcia? (muszę przyznać, że nie spotkałam się z ani jedną negatywną opinią na temat Pani książki, co jak najbardziej popieram)

J.Ł: Na pewno każdy debiutant marzy o entuzjastycznym przyjęciu. I ja marzyłam o tysiącach czytelników, ale trudno czegokolwiek się spodziewać na bardzo trudnym polskim rynku wydawniczym, zwłaszcza przy niewielkim nakładzie i bez takich możliwości reklamowych, jakie mają duże wydawnictwa i znane nazwiska; choć oczywiście Oficynka, która jest malutkim wydawnictwem, robi co może, aby promować swoich autorów jak najlepiej.
Trzeba jednak pamiętać, że popularność czy ocena książki nie zależy tylko i li od jej rzeczywistej wartości, ale przede wszystkim od „opakowania” i pieniędzy jakie włoży się w jej marketing.
Ciepłe, niejednokrotnie entuzjastyczne przyjęcie mojej pierwszej książki przez czytelników – którzy są wszak w tym wszystkim najważniejsi  – bardzo mnie ucieszyło i trochę zaskoczyło. Tak  pozytywny start bardzo dopinguje do dalszej pracy i daje nadzieję na przyszłość.

Postaram się zasłużyć na mój pierwszy milion czytelników :).

joanna Łańcucka stara słaboniowa  spiekładuchy recenzja


Ja ze swojej strony zachęcam wszystkich amatorów dobrej książki do zapoznania się ze Starą Słaboniową:)


Wywiad z Katarzyną Rogińską

Wywiad z pisarką Katarzyną Rogińską

Dziś będzie nowatorsko, bo tego jeszcze na Biblii horroru nie było. Dziś będzie wywiad na życzenie wydawnictwa Oficynka i z mojego osobistego kaprysu, przeprowadzony z autorką „Wieży Sokoła„, „Jeśli czegoś pragnę” i opowiadań publikowanych w zbiorach takich jak „Halloween” i „Mogliby w końcu kogoś zabić„.

wieża sokoła jeśli czegoś pragnę

halloween mogliby w koncu kogos zabic

Wywiad taki, ‚na luzie’, jak wszytko na moim blogu, przeprowadzony drogą elektroniczną.

 

Katarzyna Rogińska, ur. w 1964 roku, z wykształcenia psycholog. Pracuje w zawodzie, z osobami niepełnosprawnymi intelektualnie oraz jako biegły sądowy.
Amatorsko zajmowała się malarstwem.
Wydała dwie książki  „Jeśli czegoś pragnę” i „Wieża sokoła”  oraz  kilka opowiadań kryminalnych i fantastycznych.

 

B.H Zawodowo zajmuje się Pani psychologią. Czy studiowanie ludzkich umysłów bardziej pomaga, czy bardziej przeszkadza w tworzeniu ciekawych literackich portretów psychologicznych Pani bohaterów?

K.R: Studiowanie umysłów pomaga. Dzięki temu postacie są bardziej wiarygodne, żywe, mniej papierowe. Poza tym ja nie patrzę analitycznie i naukowo na człowieka, o ile mi za to nie zapłacą. W życiu codziennym i po części w wymyślaniu postaci ja już nie patrzę i nie analizuję, tylko wiem, jak działa dany człowiek. To nie jest tylko kwestia  zawodu, ale przede wszystkim doświadczenia życiowego. Około 50-tki tak się już ma 😛


B.H: Skąd biorą się Pani pomysły na kolejne fabuły powieści i opowiadań?

K.R: Już nie pamiętam, skąd brałam pomysły… Pisałam dość dawno i wiele od tego czasu się zdarzyło.

Na „Blondynki” pomysł wzięłam z Nagrody Darwina, przypadku pewnego pana, który postanowił się napić drugim końcem odwłoka i umarł na skutek wcielenia tego pomysłu w życie.

Ale w innych przypadkach to były takie impulsy, sceny z życia – „Rodzina jeży” istniała naprawdę, podobnie jak dialog dziewczynek na widok trzech kosmatych warchlaków paradujących ulicą.

Młoda Greczynka podobna do Dymitry też nie zdała matury pomimo korepetycji, sama pocieszałam jej ojca. Dlaczego nie zdała, tego nie wiem, ale na pewno nie przyjechała potem do Polski.


B.H:  Lepiej czuje się Pani w krótkich formach literackich takich jak opowiadania, czy raczej w pełnowymiarowych powieściach?

K.R: W żadnej z w/w form nie czuję się komfortowo.

Pisanie to dla mnie ogromny wysiłek, nic nie idzie „jak z płatka”. Strona na godzinę, nie więcej. Komfortowo to ja się czuję jak piszę opinię dla sądu, projekt o dofinansowanie konferencji, czy przemówienie na Toastmasters.

Ale za to jak z takim mozołem napiszę literaturę, to nie wymaga ona redakcji – zdaniem redaktorów, nie moim.

Łatwo mi się pisze krótkie, żartobliwe charakterystyki, impresje na temat codzienności, takie blogerskie notki.


B.H: Czy zdarzyło się kiedyś tak, że któraś z ludzkich historii, z jaką zetknęła się Pani w pracy zainspirowała Panią na tyle, że wykorzystała ją Pani w swojej powieści lub opowiadaniu?

K.R: Tak jak powiedziałam wyżej – nie było żadnych historii. Były obrazy, krótkie dialogi, powiedzonka, osoby.

Stopklatki takie. Mleko i Kawa są autentyczni, z powiedzonkami o wkładaniu rąk i obsesjami na punkcie owocowych herbatek.

Potwór ma twarz i ciało bardzo poczciwego i sympatycznego Karolka. Juta z „Jeśli czegoś pragnę”  imię i wygląd ma po pewnej znajomej mi pani. Jah-kuzyni z tejże książki to rzeczywiście mój kuzyn, tylko zdublowany.

I tak dalej. Ale nie historie. Historie są fantazją.


B.H: Czytając  Pani książkę „Wieża sokoła” odniosłam wrażenie, że jest Pani ogromna miłośniczką kotów. Czy mam rację?

K.R: Koty kocham, posiadam kota Mratawoja, rudego pyskatego głupka, który udaje głodujące zwierzę i sępi żarcie po wszystkich działkach.

Posiadam także śnieżnobiałego, tłustego kota Pucusia z „Jeśli czegoś pragnę”, obecnie w delegacji ze względu na niezgodność charakterów obydwu bohaterów literackich.

Udzielam się na forum miau.pl, biorę udział w akcjach sterylizacji kotów wolnożyjących i głaszczę każdego, który mi na to pozwoli.


B.H: Czyli bohaterski kot z „Wieży sokoła” dostał imię na cześć Pani kota?  Pewnie czuje się zaszczycony:)

K.R: Mratawoj jest taki, jak w książce, to książka o nim. Też się włóczy po ogromnym terenie, też włazi ludziom do mieszkań i piwnic, paskudzi w szklarniach i jest strasznie pyskaty. A imię ma takie nieco rosyjskie – mój nick z forum to Mrata, a on jest czyj ? Mratawoj.

Nawet stopień wojskowy mu nadaliśmy i zwracamy się do niego Komandir Mratawoj. Dobrze brzmi.

B.H: Jacy pisarze, polscy lub zagraniczni są dla Pani największymi autorytetami w dziedzinie literatury i kogo najchętniej Pani czyta?

K.R: Czytam bardzo wiele. Najchętniej fantastykę.

Ostatnio „Malazańską Księgę Poległych”. Całą ! Kryminały skandynawskie, thrillery, kryminały wszelkie. Z polaków to Grzędowicza, „Pana Lodowego Ogrodu” i opowiadania. Nota bene w Grzędowicza „Fenixie” debiutowałam. Ale ci do których wracam to Wiliam Gibson z trylogią „Neuromancer”, Frank Herbert i pierwsze części „Diuny” w przekładzie Barańczaka oraz Lovecraft.

Język i wizja, to jest to, co mnie w nich urzeka. No i oczywiście czytam literaturę fachową,  nasenną niestety.

B.H: Czy w tym momencie pracuje Pani nad jakąś książką, lub opowiadaniem?

K.R: Gdzieś tam w komputerze jest kawałek książki, ale już bardzo dawno nad nim nie pracuję i nie wiem, czy kiedykolwiek.

Powiedzmy sobie szczerze – pisanie na pewnym etapie przestaje być rozrywką i ciekawą nowością, a staje się pracą. Ciężką, mozolną i bezpłatną lub niewspółmiernie mało płatną. Więc po co, skoro jeszcze tyle jest rzeczy do spróbowania ?

Zamiast siedzieć i się męczyć, biegam teraz z aparatem. Nawet wystawę miałam ostatnio. O tematyce cmentarnej, na listopad jak znalazł – „Zmarli i ich domy”, cmentarze w Grecji, Kerepesi w  Budapeszcie i poradziecki w Bornem- Sulinowie.

Zanim zaczęłam pisać, malowałam. Pomiędzy pisaniem a fotografią projektowałam biżuterię industrialną.

Teraz chcę pomóc mojemu mężowi ruszyć rosyjskojęzyczny klub Toastmasters w Trójmieście  i zrobić w ramach Fundacji „Inno”, (gdzie jestem przewodniczącą rady nadzorczej) konferencję „Edukacja finansowa najmłodszych”.

Chcę jechać nad Bajkał. Albo na Islandię. Albo na Okinawę czy Sachalin. Chcę spędzić swoje 50 urodziny w pociągu na magistrali transsyberyjskiej.

Życie mnie kusi coraz nowymi możliwościami. Nie mam czasu stać w miejscu, rzeźbić kolejną książkę, która być może będzie dobra, ale tak naprawdę nic nowego nie wniesie w moim życiu.

k. rogińska i mratatwoj

Serdecznie dziękuję za możliwość przeprowadzenia powyższego wywiadu!