Najlepszy darmowy film grozy 2019 – wyniki głosowania

Głosowanie odbyło się od 13 do 20 października. Zagłosowało 48 osób.

Wyniki prezentują się następująco:

TOP 3 DARMOWE FILMY GROZY

  1. Naznaczony 2010 14%
  2. Shutter – widmo 2004 13%
  3. Pozwól mi wejść 2008 11 %

Poza podium warto wyróżnić Paranormal ActivityNoc żywych trupów, które otrzymały po 8% głosów.

W oparciu o Wasz wybór powyższe tytuły zostaną wyróżnione w zakładce Filmy za darmo.

Szczegółowe wyniki możecie sprawdzić we wpisie, w którym odbywała się ankieta. Jako ciekawostkę mogę ujawnić, że według moich wyliczeń frekwencja wyniosła około 11%.

Głosowanie odbyło się bez zakłóceń, więc wynik testów można uznać za pomyślny. Dziękuję za wszelkie komentarze odnośnie działania systemu.

Zagubieni w trawie

In the Tall Grass/ W wysokiej trawie (2019)

Rodzeństwo Becky i Cal podróżują międzystanową do Kalifornii. Becky jest w zaawansowanej ciąży i kiepsko znosi podróż toteż zmuszeni są przystanąć na odludziu. Z pobocza dobiega ich głos chłopca wołającego o pomoc z wysokiej trawy zarastającej rozległy teren przy drodze.

Najpierw Cal, a później jego siostra ruszają w ślad za głosem dziecka. Odnalezienie go okazuje się niemożliwe, co więcej sami gubią się w wysokiej trawie. Błądząc pośród gęstwiny w palącym słońcu zdają sobie sprawę, że pole posiada niezwykłe właściwości, które rychło doprowadzą do ich śmierci.

Czy wspominałam już, że “W wysokiej trawie” jest moim ulubionym opowiadaniem Kinga? Oczywiście zaraz za “Ciałem”. A więc jeśli nie wspominałam to wspominam teraz. Już podczas lektury marzył mi się seans z filmem na jego podstawie i choć z ekranizacjami bywa różnie to cieszę się, że ta powstała. Jej twórcą, zarówno na poziomie scenariusza jak i reżyserii jest Vincenzo Natali (Cube”, serial “Hannibal“), solidny człowiek, który solidnie podszedł do tematu.

Próbując przywołać w pamięci szczegóły opowiadania nie przypominam sobie elementów, które jakość szczególnie zostały przekształcone, choć moja pamięć może być zawodna. Z pewnością historię rozbudowano, dodano do niej, ale nie jest to raczej kwestia zapędów twórcy filmu ile wymóg samego opowiadania, które jest zwyczajnie za krótkie na długi metraż.

W ogromnym stopniu to właśnie minimalizm historii tak mnie urzekł w opowiadaniu, ale nie mogę powiedzieć, by to co zaproponował Natali nie było warte uwagi. Ktoś może uznać, że niekończący się pościg wśród zieleni wieje nudą, ale w moim przypadku odnotowuje to na plus. Autentycznie umordowałam się wraz z bohaterami i lepiej wczułam się w ich sytuację: zmęczenie, panikę.

Najmocniejszym punktem programu jest trawa. Wysoka gęsta trawa. Ktoś by powiedział, takie nic. Ale każdy kto ceni wyobraźnię Kinga wie, że ten autor potrafi wycisnąć grozę ze wszystkiego. Pole trawy okazuje się idealnym miejsce na horror. Nie trudno zginąć w miejscu, w którym nie widać horyzontu. Nie trudno zabłądzić, gdy dokoła wszystko jest takie samo. Agorafobia i klaustrofobia w jednym. Jest i pierwiastek nadprzyrodzony. To nie jest zwykłe pole. Zdaje się ono przemieszczać bohaterów, ale i w nich samych czynić zmiany. A może to nie magia tylko czysta psychologia? Nic tak skutecznie jak zagrożenie życia nie wyciąga z ludzi najgorszych instynktów – i to tak się składa też jest jeden z ulubionych punktów bazowych dla Kinga.

Prezentowana tu historia jest naprawdę niezła, a i sposób jej ukazania przy pomocy dość prostych środków wyrazu działa. Atmosfera grozy jest odczuwalna, a to przecie główny wymóg filmowego horroru.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:7

65/100

W skali brutalności:2/10

Trudno znaleźć dobrą nianie a jeszcze trudniej dobre dziecko

Nanny/ Niania (1965)

Dziewięcioletni Joey po dwóch latach wraca z ośrodka dla trudnych dzieci do swojego rodzinnego domu. Tu wita go pogrążona w depresji po śmierci córki i siostry Joey’a matka, surowy ojciec i uprzedzająco miła niania. Młody panicz jest krnąbrny i zagniewany, za wszystkie domowe nieszczęścia wini starą nianię. Chłopiec marzy o pozbyciu się jej z domu.

Film z Bette Davis z ’65 roku wpadł mi w oko lata temu. Zwróciłam na niego uwagę krótko po seansie z Co się zdarzyło Baby Jane” i polowałam na jakąkolwiek wersje nadającą się do obejrzenia. Każdy miłośnik starych filmów, wie, że takie polowania bywają karkołomne i mało efektywne, ale w końcu się udało. “Niania” nieoczekiwanie wyłoniła się z czeluści internetu.

Film stanowi ekranizację powieści Marryam Modell, której niestety nie znam i pewnie prędko nie poznam.Podobnie jak w przypadku wspomnianej “Baby Jane…” jest to historia trzymająca się w gatunku psychologicznego thrillera.

Tytułowa bohaterka, w którą wciela się niezawodna jak zawsze Bette Davis to stara niania, która od pokoleń zajmuje się dziećmi z rodziny pani domu. Jak nie trudno się domyślić pracy z dziećmi poświeciła całe życie, ale na koniec zdarzyła jej się wpadka. Tą wpadką wydaje się być mały panicz Joey, który według niani i wszystkich domowników odpowiada na śmierć swojej małej siostry.

Po tym zdarzeniu chłopiec został odesłany do specjalnej placówki, co dokładnie było bezpośrednią przyczyną zesłania wolę nie zdradzać, by nie odsłaniać zbyt wielu kart w tym rozdaniu.

Zagadka, choć jej finał mógł niektórych rozczarować jest jednak bardzo zmyślna. O powodzeniu całego szwindla w dużym stopniu zadecydowała jakość aktorstwa obsady i sposób w jaki wykreowano poszczególne postaci. Bette Davis, choć nie mówię tego z przyjemnością, nie jest czarnym koniem tego wyścigu. Jest nim mały Wiliam Dix, w roli paniątka. Młody aktor zagrał w zaledwie dwóch produkcjach, a szkoda, bo uważam, że to niespotykany, samorodny talent.

Warstwa dramatyczna i psychologiczna zdominowała ten film, choć nie można powiedzieć by nie było w nim grozy. Groza obecna jest tu pod postacią pewnego rodzaju szaleństwa. Scena śmierci małej siostry Joey’a zdecydowanie działa tak jak powinna.

Nie mamy tu żadnych efektownych akcji, większej brutalności, czy choćby kropli krwi. Film z klasą, można rzec i przy tym bardzo intrygujący.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:8

Aktorstwo:9

Oryginalność:8

To coś:8

73/100

W skali brutalności:1/10

Głosowanie – najlepszy darmowy film grozy

Dziś w naszym kraju odbywają się wybory parlamentarne, a więc korzystając z okazji chciałbym przetestować system głosowania, który przygotowałem jakiś czas temu dla Biblii Horroru. Osobiście liczę, że pozwoli zaoszczędzić Ilsie czas i zachęci ją do tworzenia kolejnych głosowań. Dlatego wymyśliłem, że możemy zagłosować na najlepszy film grozy, który można obejrzeć zupełnie za darmo i legalnie w polskim internecie. Przypominam, że listę tych filmów znajdziecie w niedawno uruchomionej zakładce bloga Filmy za darmo.

Zasady są takie same, jak w przypadku corocznego głosowania na najlepszy film grozy. Wybieracie z listy trzy tytuły i potwierdzacie wybór klikając w przycisk “Zagłosuj”.

Głosowanie zakończy się równo za tydzień, 20 października o 11 rano.

Najlepszy darmowy film grozy 2019

  • Naznaczony 2010 (14%, 17 głosów)
  • Shutter - widmo 2004 (13%, 15 głosów)
  • Pozwól mi wejść 2008 (11%, 13 głosów)
  • Paranormal activity 2007 (8%, 9 głosów)
  • Noc żywych trupów 1968 (8%, 9 głosów)
  • Głęboka czerwień 1975 (4%, 5 głosów)
  • Opowieści z krypty 1972 (4%, 5 głosów)
  • Wstręt 1965 (3%, 4 głosów)
  • Czarne święta 1974 (3%, 3 głosów)
  • Alicjo, słodka Alicjo 1976 (3%, 3 głosów)
  • Babycall 2011 (3%, 3 głosów)
  • Palacz zwłok 1968 (3%, 3 głosów)
  • Istnienie 2013 (3%, 3 głosów)
  • Ptak o kryształowym upierzeniu 1970 (3%, 3 głosów)
  • Widmo 1955 (2%, 2 głosów)
  • Nosferatu – Symfonia Grozy 1922 (2%, 2 głosów)
  • Sekret jej oczu 2009 (2%, 2 głosów)
  • Ostatni dom po lewej 1972 (2%, 2 głosów)
  • Siedem czarnych nut 1977 (2%, 2 głosów)
  • In fear 2013 (2%, 2 głosów)
  • Dracula: Książę Ciemności 1966 (1%, 1 głosów)
  • Fenomeny 1985 (1%, 1 głosów)
  • Karnawał dusz 1962 (1%, 1 głosów)
  • Dom pani Slater 1983 (1%, 1 głosów)
  • Sklepik z horrorami 1960 (1%, 1 głosów)
  • Krwawy teatr 1973 (1%, 1 głosów)
  • Żony ze Stepford 1975 (1%, 1 głosów)
  • Transsiberian 2008 (1%, 1 głosów)
  • Wilczyca 1983 (1%, 1 głosów)
  • Do szpiku kości 2010 (1%, 1 głosów)
  • Miasteczko Suddenly 1954 (1%, 1 głosów)
  • Pobij diabła 1953 (0%, 0 głosów)
  • Ciemności 1982 (0%, 0 głosów)
  • Proces 1962 (0%, 0 głosów)
  • Proszę nie pukać 1952 (0%, 0 głosów)
  • M - morderca 1931 (0%, 0 głosów)
  • Chirurgiczna precyzja 2012 (0%, 0 głosów)
  • Exorcismus - Opętanie Amy Evans 2010 (0%, 0 głosów)
  • Termin 2009 (0%, 0 głosów)
  • Krwawe wizje 2007 (0%, 0 głosów)
  • Przed burzą 2007 (0%, 0 głosów)
  • Oszukać strach 2006 (0%, 0 głosów)
  • Kot o dziewięciu ogonach 1971 (0%, 0 głosów)
  • Wyspa zaginionych 2009 (0%, 0 głosów)
  • Harry, twój prawdziwy przyjaciel 2000 (0%, 0 głosów)
  • Prażona kukurydza 1991 (0%, 0 głosów)
  • Gabinet doktora Caligari 1920 (0%, 0 głosów)
  • A potem nie było nikogo 1948 (0%, 0 głosów)
  • Cassadaga – Strefa duchów 2011 (0%, 0 głosów)
  • Powrót Wilczycy 1990 (0%, 0 głosów)

Głosowało: 48

Loading ... Loading ...

 

Mam wiele pytań

Nie mam więcej pytań – Gillian McAlister

Dwie siostry spotykają się na sali sądowej. Jedna jest ofiarą pragnącą poznać prawdę o śmierci swojej córeczki, druga jest oskarżoną, potencjalnie winną śmierci siostrzenicy.

Wybaczcie mi taki skrótowy opis, ale czasem mniej znaczy więcej. 

Książka Gillian McAlister brytyjskiej pisarski, którą jeden tytuł dzieli od debiutu, jest właśnie taka: nie pojawiają się w niej zbytki w postaci opasłych opisów, a faktów, które znamy u jej początku jest doprawdy niewiele.

Historia przyjmuje formę dramatu sądowego, bo praktycznie wszystkie wydarzenia dzieją się właśnie tam na sądowej sali. To dzięki zeznaniom kolejnych świadków poznajemy poprzedzające teraźniejszą sytuację wydarzenia.

Każdy kto zna “Dwunastu gniewnych ludzi”, “Zabić drozda”, czy inne tego rodzaju opowieści, wie, jak wciągające mogą być opowieści przedstawiane z perspektywy procesu sądowego. Nie inaczej jest w przypadku “Nie mam więcej pytań”.

Tytuł zawiera słowa klucze, które pojawiają się w każdym rozdziale i zwykle stanowią kropkę nad i w kolejnej relacji. A relacji jednego wydarzenia, jednego wieczoru jest wiele. Mamy tu do czynienia  z niełatwą kilkuosobową narracją. To pozwala nam na śledzenie tej sytuacji z kilku perspektyw. To coraz popularniejszy chwyt bo łakomy wiedzy czytelnik chce wiedzieć jak najwięcej. A dobry pisarz wie jak ten apetyt wykorzystać. Im więcej wersji tym większe zamieszanie, większa huśtawka. Szala winy i niewinności przechyla się to na jedną to na drugą stronę.

Poza niewątpliwie intrygującą kwestią oskarżenia o morderstwo mamy tu do czynienia z całą masą wątków mogących w znacznym stopniu wpłynąć na nasz odbiór tej historii.

Poznajmy tu dwie siostry, ciekawe osobowości bez dwóch zdań. Jedna jest roztargnioną artystką ze skłonnością do kieliszka, druga wzorową obywatelką spełniającą się w pracy charytatywnej. Z tym że artystka jest ciepła, spontaniczna i  mimo swoich wad budzącą sympatię osobą. Pani wzorowa wydaje się zimna i nieprzystępna, coś tłumiąca, coś ukrywająca. Czy w takiej sytuacji łatwo uzyskać klarowny osąd? Zdecydowanie nie i na tym właśnie polega siła tej książki. Nie oderwiecie się do czasu, gdy faktycznie nie będzie już o co zapytać.

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i s-ka

Zmierzch człowieczeństwa

Ciemno, prawie noc (2019)

Alicja Tabor jest pochodzącą z Wałbrzycha dziennikarką.  Reportaż nad którym aktualnie pracuje poświęcony jest sprawie zaginięć dzieci do jakich doszło w jej rodzinnym mieście.

Alicja przyjeżdża więc do domu, z którym nie wiąże najcieplejszych wspomnień i rozpoczyna dziennikarskie śledztwo. Każdy kolejny wywiad unaocznia ogrom zepsucia jakie trawi mieszkańców niegdysiejszych ziem odzyskanych. Zaś sama Alicja zagłębiając się w śledztwo odkrywa coraz więcej powiązań z historią swojego dzieciństwa.

“Ciemno, prawie noc” to kolejny polski produkt filmowy oscylujący w okolicy gatunku grozy. Kryminał, może thriller, na pewno ciężkie kino psychologiczne. Za reżyserie odpowiada Borys Lankosz, który miał już okazję przekładać literaturę  na język filmu. Wówczas dokonał tego z prozą Miłoszewskiego, konkretnie z “Ziarnem prawdy”, które miałam okazję czytać. Film też widziałam i z całym szacunkiem, nie moje klimaty, niezbyt wysokie loty. Natomiast “Ciemno, prawie noc” to już skok na głęboką wodę.

Film jest przepełniony metaforyką, aż roi się tu od wątków onirycznych, baśniowych. Tu gdzie autor prozy może popuścić pasa, w dużej mierze zdać się na wyobraźnię czytelnika, półgębkiem przemycić pewne informacje filmowiec musi zmieścić się w ramach. Jak bezlitośnie ciasne potrafią być te ramy pokazuje cały szereg filmowych adaptacji literackich, które mimo ogromnego sukcesu pierwowzoru okazały się kompletnym fiaskiem.

Nie powiem, żeby “Ciemno, prawie noc” zdecydowanie należał do tego grona, ale po seansie z filmem poczułam paląca wręcz potrzebę zgłębienia tej historii. Tak, trzeba przeczytać książkę. Podobno Lnkoszowi odradzano branie się za prozę Joanny Bator i oglądając jego filmowe zmagania z tą historią jestem w stanie znaleźć temu uzasadnienie. To nie jest historia zbyt filmowa. Skróty bardzo jej nie służą, nie tylko dlatego, że nie pozwalają się rozpędzić, ale ze względu na wymuszone przez język filmu uproszczenia. Myślę, że wiem, co chciała przekazać autorka “Ciemno, prawie noc”, ale w filmowy skrót tej pointy przypomina przechadzkę po gabinecie strachu. Nie ma żadnej równowagi między dobrem, a złem. Jest tylko zło, i to jednej kategorii.

Ten film mnie zdołował. Jego klimat, któremu świetnie przysłużyły się zdjęcia Koszałki, jest dojmująco przygnębiający. Każdy kolejny kadr jest bardziej posępny od poprzedniego. Nigdy nie byłam w Wałbrzychu i kojarzę go głównie z lektury “Panny Nikt”, ale podejrzewam, że taki obraz miasta i jego mieszkańców nie zachwyci osób, które się z niego wywodzą.

To film poświęcony piętnowaniu krzywd wyrządzonym dzieciom, ale moi drodzy, nie jest to warsztat teoretyczny i grożenie palcem. Wszelkie odmiany okropności są tu rzucone widzowi w twarz, bez żadnego znieczulenia. Matka molestująca córkę, przymiarka do zbiorowego gwałtu na dziecku, bicie i wszelkie inne nadużycia. Kurwa, nawet skalpowanie. Aż chce się powiedzieć, co ta Bator miała w głowie?! Ale zaraz, czy ona to wymyśliła? Czy takie rzeczy się nie działy i nie dzieją?

A w tym wszystkim mamy jeszcze baśń. Baśń o potworach zwanych kotojadami i kociarach przybywających na ratunek, magiczne perły, jabłka i króliczą norę, w której leży martwa dziewczynka.

Główna oś fabularna nie jest wymyślna. Ot mamy dziennikarkę z traumą, którą życie zawodowe popycha w głąb wspomnień z dzieciństwa. Leci “Ostrymi przedmiotami“, czyż nie? Pod tym względem nie ma fajerwerków, ale myślę, że taki punkt wyjścia jest wystarczający – na dobry złego początek;)

Żałuję seansu z filmem i nie dlatego, że jest zły. Uważam, że jest dobry, może bardzo dobry, a przynajmniej niezły. Szkoda mi że nie poznałam tej historii w jej pierwotnej formie.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:9

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:7

70/100

W skali brutalności:3/10

Filmy za darmo – nowa zakładka na blogu

W związku z pojawiającymi się od was pytaniami o to, gdzie obejrzeć dany film, Ilsa dała mi wolną rękę na utworzenie nowej zakładki bloga Filmy za darmo.

Już dziś znajdziecie tam 53 staranne wyselekcjonowane tytuły z 4 różnych platform, które możecie obejrzeć zupełnie za darmo. Każdy z nich dostępny jest wysokiej jakości obrazu i dźwięku, w polskim tłumaczeniu. Dodatkowo macie możliwość szybkiego przejścia do recenzji Ilsy, jeśli już zrecenzowała dany film na blogu.  W przyszłości będą pojawiać się kolejne tytuły.

Przyjemnego oglądania!

Piwnica pod aligatorami

Crawl/ Pełzająca śmierć (2019)

Młoda kobieta, Hailey, martwi się brakiem kontaktu z ojcem. Ignorując alarm pogodowy zapowiadający nadejście huraganu i zablokowane w związku z tym drogi wyrusza do swojego rodzinnego domu, gdzie spodziewa się zastać tatę. Zastaje psa. Nieprzytomnego ojca znajduje dopiero w piwnicy domu gdzie zdążyła się wedrzeć woda. I nie tylko woda. Hailey i jej ranny ojciec zostają uwięzieni pod budynkiem wraz z aligatorami, które przyniósł tam nurt powodzi.

Chwilę mi zajęło zaakceptowanie polskiego tytułu i pogodzenie się z faktem, że będę musiała go umieścić w recenzji. “Pełzająca śmierć”? Serio? Kto tu pełza? Rozumiem, że idzie o aligatory, ale one mają całkiem sprawne kończyny. A może to ludzcy bohaterowie pełzają tu tuż przed śmiercią? Ale to też się nie zgadza, bo radzą sobie równie dobrze, nawet po spotkaniu z ostrymi zębami zwierzęcych antagonistów i to jest temat na osobne śmieszkowanie.

Tak czy siak, co ma pełzać nie utonie, a przed Wami nowy film Alexandra Aji, francuskiego reżysera, który zwrócił uwagę widzów swoim filmem “Blady strach“.

Jego nowy obraz to horror należący do podgatunku animal attack. Produkcje gdzie straszą zwierzęta to grząski grunt. Sam Aja nadział się na niego i zaliczył moim zdaniem niefortunną wpadkę, kręcąc “Piranię 3D”. Odgryzione penisy i te sprawy, pamiętacie. Obawa, że aligatory podzielą los ryb i staną się bardziej obiektem kpin niż przedmiotem przerażenia była więc jak najbardziej uzasadniona.

 

Jeśli chodzi o groźne zwierzęta w filmach to są to chyba najwdzięczniejsze postaci do negowania przez widzów. Każdy zwierzolub wie, że większość naszych braci mniejszych nie jest wcale tak skłonna do ataków na ludzi jak jest to przedstawiane w filmach. Obraz ich zachowań jest nagminnie przejaskrawiany na potrzeby scenariusza, przez co zwierzęcy antagoniści nabierają niezdrowo ludzkich cech.

Starcie z groźnym zwierzęciem to nie najlepszy temat na dłuższą opowieść też ze względu na to, że w naturze zazwyczaj kończy się szybko i mało atrakcyjnie. Piszę o tym nie bez powodu, bo są to wtopy, których nie uniknął Aja, myślę, że z pełną świadomością.

Mimo, że tak ciężko jest trafić na dobry produkt filmowy z tegoż podgatunku lubię je oglądać. Często bardziej kibicuje zwierzęcym drapieżnikom niż ludzkim, ale to szczegół. W przypadku “Pełzającej śmierci” najbardziej kibicowałam suczce o imieniu Sugar i tego się trzymajmy.

Film Aji ogólnie rzecz biorąc jest dobry. Jest napięcie, jest wartka akcja, jest poczucie zagrożenia, dobre – w większości -efekty. Lubię takie elementy survivalu, mocno trzymają przed ekranem. Sympatyczna bohaterka i jej wygłaszający motywacyjne gadki tata to postaci z którymi można się polubić. Aligatory, złe i rozjuszone już mojego serca nie skradły.

Scenariusz przeprowadza naszych bohaterów przez tą historię co i rusz narażając ich na kolejne krańcowo niebezpieczne sytuacje. Kiedy już wydaje się, że ratunek jest o krok musi wydarzyć się coś co pogrzebie nadzieje. I tak w kółko aż do finału.

Czy jest przekoloryzowany? Ależ oczywiście. tak jak powiedziałam, spotkania z tego typu antybohaterami kończą się szybko i tragicznie, tymczasem w filmie Aji, jak zaobserwował bystro inny widz, ugryzienie aligatora można ‘rozchodzić’ i chuj, że  w normalnej sytuacji laska już nie miałaby nogi.

“Pełzająca śmierć” dobrą rozrywką jest, ale istnieje duże prawdopodobieństwo, że widzowie animal planet zgłoszą brutalny sprzeciw, ale w końcu to horror a nie program dokumentalny.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:9

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:6

63/100

W skali brutalności:2/10

Smutna królowa maja

Midsommar/ Midsomar. W biały dzień (2019)

Studentka psychologii, Dani w traumatyzujących okolicznościach traci rodziców i siostrę. Po tym zdarzeniu jej najbliższą osobą zostaje chłopak, z którym spotyka się od trzech lat, Christian. Ten nie koniecznie służy jej wsparciem, ale dobrodusznie zabiera ją na ‘naukową’ wyprawę wraz ze swoimi kolegami. Ich celem jest mała osada w Szwecji gdzie wychował się jeden ze wspomnianych kolegów.

Grupa studentów ma zamiar zgłębiać tam antropologiczne zagwozdki towarzyszące obcowaniu z gromadą wyznającą kult obupłciowej bogini natury. Serdeczne przyjęcie przez ludzi żyjących jakby w innej epoce początkowo bardzo podoba się amerykanom. Niestety kult ma też mroczne oblicze, które to nasi bohaterzy poznają od najbrutalniejszej strony.

Czekałam na ten film. Poprzedni obraz Ari Aster’a zrobił na mnie na tyle pozytywne wrażenie, że zaczęłam żywić poważne nadzieje, że świat filmowego horroru idzie ku lepszemu. “Midsommar. W biały dzień” to kontra dla mainstreamu. Nie ma tu żadnych zagrywek mogących kojarzyć się z tym do czego przyzwyczaiły nas hollywoodzkie produkcje. Jest wprost przekornym horrorem. Zamiast mroku nocy, mamy biały dzień.

Z pewnością zorientowaliście się, że będzie tu mowa o horrorze folklorystycznym, a  ten oto gatunek lubię przeogromnie, oczywiście pod warunkiem, że serwowane gusła są podane ze smakiem.

“Midsommar” w głównej części rozgrywa się w Szwecji i czyni z jednego z popularnych tam świąt coś czemu bliżej do czarnej mszy, niż radosnego święta lata. Ciekawa jestem co na to Szwedzi;) Oczywiście ta upiorna część obchodów zarezerwowana jest tylko dla grupy wybrańców, którzy nader poważnie podchodzą do kultu natury.

Obraz dziewięciodniowego święta, w którym przyjdzie uczestniczyć ‘przyjezdnym’ od początku robi jakiej niejasno niepokojące wrażenie. Niby wszyscy są serdeczni, uśmiechnięci i otwarci z drugiej strony nawet w małych gestach, spojrzeniach, czy z lekka wyrażanym myślom towarzyszy jakieś drugie znaczenie. To poczucie niepokoju udziela się widzowi. Dziwne przeczucie nieuchronności czegoś.

Jasne słońce, które praktycznie nie zachodzi przez cały czas trwania akcji zamiast poprawiać wszystkim nastrój powoduje wrażenie, nie wiem, duszności? Tak, atmosfera jest zdecydowanie duszna, gęsta. Kiedy w końcu poleje się krew- nie nie ma jej dużo- możecie być pewni, że te konkretne sceny będą na tyle naturalistyczne na ile to tylko możliwe w filmowym świecie. Hej, w końcu to święto natury.

Kultywowane tu tradycje, każda jedna, nawet najdrobniejsza, dla człowieka osadzonego we współczesnej cywilizacji, wyda się dziwna, a co za tym idzie w jakiś sposób złowroga. Zdecydowanie, osada i jej mieszkańcy robią robotę. Jeśli widzieliście kiedyś “Wicker man’a”, jeden z najbardziej znanych horrorów folklorystycznych – mam oczywiście na myśli oryginał, nie remake, wiecie czym to się je.

Przyjezdni to oczywiście osoby, z którymi może utożsamiać się współczesny widz. Na czele tej gromady mamy Dani ze świetną rolę Florence Pugh. Dziewczynę bardzo… uwikłaną. Jak dowiadujemy się z filmowego wstępu, Dani opiekowała się swoją pokręconą siostrą, co dość mocno wkurzało jej chłopaka, któremu obce są opiekuńcze instynkty. W końcu siostra zrobiła coś przez co Danii już nie musi się nią opiekować, za to jej samej przydałoby się wsparcie ze strony Christiana. Ten, cóż…. Obraz związku tych dwojga to podręcznikowy przykład wypalenia. Związek się już skończył, ale Dani jeszcze tego nie zauważyła. A kiedy w końcu zauważy… to wianki z głów;)  Jeśli chcielibyśmy spłycić sprawę jest to film o tym, jak dziewczyna traci faceta w czasie wspólnych wakacji ;).

Na szczęście nie ma tu miejsca na płyciznę, choć, można by zarzucić scenariuszowi pewną przewidywalność. Mnie to osobiście nie przeszkadzało, bo czekanie na coś nieuchronnego też nosi znamiona sposobu na grozę. Tak więc, bierzcie i oglądajcie, Wy, wyznawcy kultu horrorów innych.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:8

Klimat:10

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:8

To coś:8

75/100

W skali brutalności:2/10

Balanga studencka

The House on Sorority Row/ Dom Pani Slater (1983)

Kilka absolwentek college’u planuje urządzić imprezę z okazji zakończenia studiów. Wszystkie one są lokatorkami niejakiej Pani Slater od lat prowadzącej dom studencki dla dziewcząt. Sędziwa kobieta ani myśli zgodzić się z tym pomysłem, zamiast tego nakazuje byłym już studentkom jak najszybciej opuścić jej włości.

Vicky, jedna z dziewcząt wyjątkowo zachodzi jej za skórę swoim frywolnym zachowaniem narażając się tym samym na wybuch agresji ze strony staruszki. Upokorzona dziewczyna do spółki z koleżankami planuje zemstę na pani Slater, niestety plan wymyka się z pod kontroli i martwe ciało staruszki ląduje na dnie basenu.

“Dom Pani Slater” nigdy nie znalazł się w czołówce najpopularniejszych horrorów nurtu slash. Sama miałam duży problem z dokopaniem się do niego, a o tym, że mi się to w końcu udało ostatecznie zadecydował przypadek.

“Dom pani Slater” był pierwszym horrorem nakręconym przez Marka Rosmana i pierwszym jego filmem w ogóle. Przeglądając jego filmografię aż dziw bierze, że gość od “Lizzy McGuire” i innych tego rodzaju produkcji zaczynał właśnie w ten sposób. Dziwi to tym bardziej, że w “Domu pani Slater” widać ogromne zamiłowanie do gatunku i jego znajomość.

Tak, “Dom Pani Slater” jest podręcznikowym slasherem. Ze wszystkimi slasherowymi zaletami i typowymi w tym podgatunku wadami. Obraz nie ma szansy spodobać się osobom nie lubiącym slasherów. Osobiście wolę te z nurtu camp, albo backwoods, ale nie mogę powiedzieć bym miała powody pogardzić opowieścią osadzoną w studenckim bractwie.

Sam scenariusz jest schematyczny i podporządkowany nieśmiertelnym prawom slashera. Mamy więc naszą tytułową bohaterkę,która pada ofiarą niewybrednego żartu zakończonego jej zgonem. Kwestia zgonu jednak okazuje się wątpliwa, gdy w czasie imprezy w bractwie zakamuflowane przez studentki ciało znika z basenu. Czyżby jednak Pani Slater przeżyła i to właśnie ona wymierza bolesne razy swoją laską tym, którzy w tak głupi sposób mogli pozbawić ją życia?

Widzom takich obrazów jak “Piątek 13ego” z automatu przyjdzie do głowy alternatywne rozwiązanie, również popularne w slasherach, więc nie jestem pewna czy możemy tu mówić o niespodziance, choć taki mógł być zamiar scenarzysty.

Podobnie schematycznie wypadają charakterystyki naszych oprawczyń. Mamy tu typowe kontinuum: Od najczarniejszego charakteru ucieleśnionego w postaci rozkapryszonej i kipiącej złością Vicky aż do prawie niewinnej Katey, która jako jedyna z gromady okazywała skrupuły względem zatajenia morderstwa. Mamy kilka ‘kuropatw’, jak zwykłam nazywać dziewczęta niczym niewyróżniające się i akcent- chyba komediowy- czyli głupiutką Morgan, która swoimi ‘przygotowaniami do zgonu’ udowodniła jak cienka jest granica między chujowym aktorstwem, a wybitną kreacją głupiej blondynki.

Jeśli już jestem przy rozwiązaniach o zabarwieniu humorystycznym to nie mogę nie wspomnieć o scenie z policjantem i kontenerem. Gotowy temat na pastisz. Z resztą, momentów, które można uznać za bardziej śmieszne niż straszne – szczególnie zdaniem współczesnego widza znajdziemy tu od groma. Praktycznie każda scena mordu za sprawą realizacji stricte technicznej trąci czymś co ociera się o groteskę.

Najciekawiej w tym wszystkim wypada kreacja tytułowej Pani Slater, kobieta z przeszłością, z wyraźnym rysem obłędu i mroczną tajemnicą. Szkoda, że tak szybko umarła;)

Ubawiłam się na tym filmie, a to chyba najważniejsze.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:8

60/100

W skali brutalności:2/10