Noc cudów

Próba sił – T. S. Tomson

Małe miasteczko Tensas w Luizjanie w przeddzień świąt Bożego Narodzenia mierzy się z zimą stulecia. Rose, niepełnosprawną staruszkę nawiedzają koszmarne sny, jej sąsiad niespodziewanie popełnia samobójstwo, a na wnuczkę napada wataha wilków. Nikt z mieszkańców nie wie, że do miasta zbliża się coś jeszcze, coś z czym wybrani będą zmuszeni zmierzyć się podejmując największą w swoim życiu próbę sił.

„To noc interesów szanowny Panie, noc interesów”

Ilekroć na polskiej scenie wydawniczej pojawia się pisarz, który podejmuje tematykę grozy machina promocji uporczywie zapewnia czytelników, że oto będą tu mieli do czynienia z polskim Stephenem Kingiem.

Ilu już takich polskich Kingów przeczytałam, nie zliczę, ale zapewnić Was mogę, że żaden z nich nawet w 30% nie zbliżył się do stylu mistrza z za oceanu. Nie twierdzę, ze powinni, ale po prostu nie odmiennie bawią mnie takie porównania z dupy. Jeśli więc teraz powiem Wam, że pojawił się u nas autor, który faktycznie pełnymi garściami czerpie z Kinga i odtwarza klimat jego powieści, to dacie mi wiarę? Pewnie nie, ale liczę, że przynajmniej zwróciłam Waszą uwagę.

Pod pseudonimem T.S. Tomson kryje się polak. Dlaczego pisze pod zagranicznym pseudonimem, dlaczego umieścił akcję powieści za oceanem, możecie dowiedzieć się z lektury wywiadu z nim. W każdym razie autor na tyle przesiąkł Kingiem, że w swojej książce mówi jego głosem, może niebrzmi to oryginalnie, ale myślę, że miłośnikom Stephena przypadnie to do gustu.

Mamy tu podobnie gawędziarski styl opowieści. Właśnie te fragmenty poświęcone przywoływanym historiom z przeszłości poszczególnych bohaterów uważam za najbardziej udane. A gdzie dobra historia, tam i ciekawy bohater. Tych tu nie zabraknie, a moją faworytką jest Rose. Rose i jej koszmary to najintensywniejsze horrorwe motywy w powieści. Bardzo żywe, wbijające się w głowę.

„Próba sił” jest przebogata w wątki, dlatego znajdziecie tu wiele niepozornych wstawek, które może nie odgrywają kluczowej roli w życiu głównych bohaterów, ale dla czytelnika będą przepysznym smaczkiem. Tu mam szczególnie na myśli wątek latarni zwanej migotką, czy pewnego amatora dzieci. Swoją drogą, spotkanie tego człowieka z pewnym wyjątkowym chłopcem uważam za najmocniejszy i najlepszy fragment dialogowy w książce. Jeśli już jesteśmy przy dialogach, muszę być uczciwa, bo to Tomsonowi zbytnio nie poszło – za wyjątkiem rozmowy pedofila z chłopcem – to była miazga.  Autor dużo lepiej radzi sobie z mową zależną, gdzie może spuścić ze smyczy swoją tendencję do rozbudowanych form językowych. Myślę, że trochę pokonała go tu ilość bohaterów, bo każda kolejna postać to swoisty styl wypowiedzi, konieczność przystosowania języka do postaci, podtrzymanie dynamiki rozmowy etc. Ciężka to sprawa kiedy do Tensas ściągają ludzie z różnych warstw społecznych o kompletnie różnych charakterach;)

Jeśli chodzi o temat przewodni książki podobał mi się. Mamy tu poniekąd watek religijny, ale tylko poniekąd. Tomson nie przegiął i nie jest zbyt biblijnie jak na mój prób tolerancji. Podobał mi się finał tej rozgrywki.

Najmocniejszym elementem książki jest chyba jej klimat. Zimny i mroczny, tak jak tygryski lubią najbardziej. Wiem, że w powieści są błędy nie wyłapane na etapie korekty, ale cóż, taka wola wydawcy by korektę robić po swojemu. A kto by się tam szczególnie pochylał nad debiutantem;) Dlatego ja na błędy litościwie oko przymykam, bo w kontekście całościowego potencjału książki nie są tak istotne.

A potencjał jest. I w pomyśle i w wykonaniu. Jak na debiut styl i język też wygląda wręcz podejrzanie dojrzale. King chyba byłby dumny z takiego wychowanka;) Powiem Wam jeszcze, że autor nadal pisze i pisze bardzo ciekawe rzeczy, więc być może „Próba sił” jest tylko próbą sił?

Moja ocena: 7+/10

Za książkę dziękuję autorowi i wydawnictwu Novae Res

*Książka objęta patronatem Biblii Horroru

Gdy Ci źle zadzwoń do Jill i zabij się

Radio silence/ Cisza na antenie (2019)

Jill Peterman jest psychologiem zajmującym się udzielaniem konsultacji słuchaczom na antenie radia. Jej audycja cieszy się dużym powodzeniem, a sama Jill jest uważana za kompetentną mimo, że jej rady ograniczają się zwykle do krótkich i dość agresywnych komend w stylu: rzuć faceta i weź się w garść.

W czasie jednej z takich rozmów słuchaczka Alexis nader dosłownie odbiera radę doktor Jill i popełnia samobójstwo. Po usłyszeniu huku wystrzału pani psycholog na pewien czas zawiesza audycję, gdy jednak decyduje się powrócić wraz z nią powraca Alexis, a przynajmniej ktoś kto się za nią podaje. Jill jest prześladowana nie tylko na antenie ale i poza nią. Zaczynają ginąć osoby z jej otoczenia.

„Cisza na antenie” to jedna z wielu produkcji telewizyjnych nakręcona przez Phelippe’a Gagona.

Jak większość tego typu filmów nie wyróżnia się wysokim poziomem. Scenariusz to dość gładka papka, która jednak gatunkowo ociera się o thriller.

Główną zagadką jest to kto prześladuje radiową gwiazdę. Scenarzysta bardzo stara się o to byśmy dali wiarę teorii, że Alexis wcale się nie zabiła i przez dłuższy czas kurczowo trzyma się tej wersji. Dla mnie ta teoria była dupna od samego początku i ani przez moment nie dałam się nabrać. Myślę, że z Wami będzie podobnie, dlatego mówię o tym otwarcie.

To co w filmie może zaskoczyć to chyba tylko fakt, jak bardzo ta sprawa została naciągnięta, bo główna niespodzianka sprowadza się do stwierdzenia: jaki ten świat mały.

Jeśli nie macie nic ciekawszego do obejrzenia- ja akurat nie miałam – to możecie sobie zerknąć na ten oto film, ale nie liczcie na nic powyżej niższej średniej.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:4

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:5

Aktorstwo:5

Oryginalność:4

To coś:4

42/100

W skali brutalności:1/10

Obcy, wersja książkowa

Obcy: 8 Pasażer Nostromo – Alan Dean Foster

Siedmioosobowa załoga kosmicznego statku handlowego Nostromo po zakończonej misji ma wracać na Ziemię, gdy zostają zaalarmowani przez system o pochodzącym z planety LV-426 sygnale SOS. Chcąc nie chcąc, muszą zbadać pochodzenie wezwania. Tak trafiają na planetę i obcy statek. Na miejscu w czasie misji badawczej odkrywają żywy organizm. Nie wiedzą z jak niebezpieczną formą życia mają do czynienia.

Może zacznę od samobiczowania, bo chyba wypada. Jako ogromna fanka filmowej serii „Obcego” dopuściłam się haniebnego wręcz zaniedbania i jak dotąd nie napisał recenzji z żadnej z czterech – jedynych słusznych, moim zdaniem – części antologii. Shame on me.

Ale za to przybywam do Was z książką, bo wiecie, albo nie wiecie, ale „Obcy” istnieje też pod tą postacią. W tym roku wydawnictwo Vesper postanowiło o tym fakcie przypomnieć polskim czytelnikom.

Książka, o której mowa powstała nie tyle w oparciu o film co o jego scenariusz, dlatego ku mojemu zaskoczeniu mamy tu pewne nieścisłości względem tego co możecie zobaczyć na ekranie. Zmiany te nie wpływają jakoś znacząco na odbiór tej historii, ale dzięki lekturze książki możecie przekonać się co zostało wycięte z filmu. Może nie jest tego dużo, ale jeśli ogląda się „Obcego” z równie maniakalną częstotliwością jak czynię to ja rozbieżności mocno rzucają się w oczy.

Choć chciałabym Was przekonać do lektury książki, bo książki trzeba czytać, no, bo poszerzamy zakres słownictwa i co tam jeszcze, to muszę oddać palmę pierwszeństwa filmowi.

Autor książki, który zawodowo zajmuje się ‚pisarstwem filmowym’ posiada pewną manierę biegania na skróty. Mimo, że papier to nie taśma filmowa, trochę na niego żydził.

Zabrakło mi większego stopniowania napięcia, rozszerzenia opisów zdarzeń. Co prawda w czasie lektury Obcy nie stanął przed oczami mojej wyobraźni jak żywy, ale ostatecznie nie było też najgorzej.

Plusem jest z pewnością to, że dzięki możliwości zapoznania się z ‚wyciętymi’ fragmentami trochę lepiej poznajemy bohaterów, na co nie starczyło czasu w wersji filmowej.

Dobrą robotę robią ilustrację autorstwa Macieja Kamudy. W polskim wydaniu znajdziemy też posłowie autorstwa Piotra Goćka.

Moi Drodzy, jeśli więc należycie do grona fanów filmowego „Obcego”, to do zapoznania się z książką chyba nie muszę Was jakość szczególnie zachęcać, prawda?

Moja ocena: 8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Vesper

Kto bogatemu zabroni

Ready or not/ Zabawa w pochowanego (2019)

Grace wychodzi za mąż za Alexa tym samym wstępując do możnej rodziny Le Domas. W noc zaślubin rodzinna tradycja nakazuje młodym wziąć udział w rodzinnej grze. Grace jako nowa członkini rodu ma zaszczyt wylosować ją z pomocą tajemniczej skrzyni, która jest w rodzinie od pokoleń i stanowi dla nich swoiste sacrum. Los wskazuje, że familia ma się podjąć rozgrywki w chowanego.

Le Domas’i bardzo poważnie podchodzą do tradycji, a w tym momencie ni mniej ni więcej owa tradycja nakazuje im uzbroić się i… zabić Grace. Pod warunkiem, że uda im się ją znaleźć przed świtem. W przeciwnym razie cały ród przepadnie, zgodnie ze słowami niejakiego pana LeBaila, który ową skrzynką obdarował przodka rodu tym samym sprowadzając na niego bogactwo i powinność kultywowania tradycji.

Nie wiem jak wy, ale osobiście nie lubię weselnych gier. Nie mniej jednak to, co serwują La Domasi to szczyt groteski w tym zakresie. O ile arystokracja ma swoje dziwne zwyczaje o tyle polowania na pannę młodą w noc zaślubin to chyba jedna z oryginalniejszych rozrywek. Właśnie na kanwie tego stereotypu bogatych dziwaków zbudowany jest pomysł „Zabawy w pochowanego”. Muszę przyznać, że tym razem polska wersja tytułu całkiem się udała;)

Film kategoryzowany jest jako horror/ czarna komedia i myślę, że spełnia założenia obojga gatunków.

Elementów czarnego humoru zobaczymy tu co nie miara i myślę, że jest to humor raczej z tych zgrabnych. Zamysł trąci groteską, ale jest to groteska z rodzaju tych upiorniejszych.

Obsada doskonale wczuła się w swoje rolę – choć uważam, że Samara Weaving w kolejnym już filmie pokazuje to samo – i stanowią ciekawy pochód porąbańców.

Akcji nie brakuje dynamiki i to kolejny plus. Fabuła skupia się na pościgu za panną młodą, która z wdziękiem walczy o przetrwanie, szukając sprzymierzeńców wśród mieszkańców posiadłości. Los nikogo tu nie oszczędza więc będzie całkiem krwawo.

Najmocniejszą stroną filmu jest jego wartość rozrywkowa. Nie wiem, czy ktoś się na nim szczególnie przestraszy, ale scenariusz przynajmniej stara się trzymać w napięciu. Dla mnie całkiem niezły.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:6

60/100

W skali brutalności:2/10

Zła June

June (2015)

Dziewięcioletnia June trafia do rodziny zastępczej w osobach pary średnio zaangażowanej w wychowanie własnych, a co dopiero cudzych dzieci. Opiekun socjalny dziewczynki obiecuje jej, że wkrótce znajdzie dla niej lepszy dom, jednak w przypadku dziewczynki żadne miejsce nie jest bezpieczne. Największym zagrożeniem dla June jest bowiem ona sama, a raczej drzemiące w niej mroczne alter ego.

Oto kolejny już w ostatnim czasie film z cyklu: nie wiem po co to oglądałam. Serio, mam ostatnio jakiegoś pecha i każdy odpalony horror okazuje się rozczarowaniem – dodam, że jest to raczej delikatnie ujęte 😉 A później dziw, że na blogu coraz więcej recenzji książek, a coraz mniej filmów, ale co ja Wam mogę o tego typu produkcji napisać?

Obraz stworzony przez debiutanta, który – nie zanosi się by kontynuował pracę twórczą. Może to i lepiej.

W „June” zabrakło wszystkiego, włącznie z dobrym pomysłem na fabułę. Bo co tu mamy? Ano mamy kolejną historię ocierającą się o paranormal horror, w którym głównym zjawiskiem paranormalnym jest osoba dziecka. Wątki religijne, dziwny kult, którego oblicze widzimy w migawkach i ich dążenia do… no, do tego do czego zwykle dążą tego typu wykolejeńcy.

Nasza mała bohaterka, June, to trochę takie Damien Thorn w sukience, albo Kingowska Carrie w miniaturze. W dziewczynce drzemie siła, nad którą nikt nie jest w stanie zapanować, włącznie z nią samą.

Takie dziecko z pewnością przyciągnęłoby uwagę i na to z pewnością liczył pomysłodawca ino problem w tym, że ktoś jeszcze wpadł na taki pomysł… około kilkunastu ktosiów… Tak więc, nie mamy tu nic nowatorskiego, a propozycja podania tego wyjałowionego już do gruntu zamysłu nie nadrabia wykonaniem.

W zasadzie jedynym światełkiem w tunelu jest tu mała odtwórczyni tytułowej roli. Dziecko serio gra nieźle, a swoją aparycją przypomina Elle Fanning i chyba to mnie zmyliło, żem po ten film sięgnęła. Mojego czasu spędzonego z tym filmem nikt mi nie odda, ale Wy jeszcze możecie go wykorzystać i zróbcie to darując sobie ten tytuł.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:4

Klimat:5

Napięcie:4

Zabawa:4

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:5

Aktorstwo:6

Oryginalność:3

To coś:3

39/100

W skali brutalności:1/10

Ofelia w krainie Fauna

Labirynt Fauna – Cornelia Funke, Guillermo del Toro

Rok 1944. Trzynastoletnia Ofelia wraz z ciężarną matką przyjeżdża na Hiszpańską prowincję gdzie przebywa jej ojczym, kapitan frankowskiej armii. Dziewczynce nie podoba się w nowym domu, dopóki nie odkrywa ukrytego w lesie labiryntu. Okazuje się on drzwiami do zupełnie innego świata. Poznaje też Fauna, który uświadamia Ofelię, że właśnie jego królestwo jest jej prawdziwym domem, co więcej musi o ten dom zawalczyć wypełniając trzy zadania.

Książka na podstawie filmu? Nie jest to zagrywka codzienna, jednak coraz częściej spotykana, zwłaszcza w przypadku bardziej spopularyzowanych produkcji filmowych.

Do takowych bez wątpienia należy obraz Guillermo del Toro „Labirynt Fauna” z 2006 roku, który też doczekał się książki.

Przyznam, że nie połączyła mnie z nim miłość od pierwszego wejrzenia. W roku premiery filmu byłam szczeniarą niewiele starszą od jego małej bohaterki i nie rozumiałam zawartych w filmie alegorii, odwołań do mitologii, a i samo przesłanie filmu jawiło mi się dość mgliście.

Obejrzałam go parę lat później i przepadłam. Dlatego też po książkę sięgnęłam nie tyle chętnie co wręcz z zapałem deliryka, który dorwał się do butelki;)

Nie liczyłam po prawdzie na wrażenia lepsze od tych filmowych – każdy kto widział film wie o czym mówię – i nie wiem czy to kwestia tego, że dawno nie odświeżałam sobie filmu, ale książka pochłonęła mnie jeszcze bardziej. Świat Ofelii był jeszcze żywszy, o ile to możliwe.

Guillermo del Toro o partnerująca mu w projekcie pisarka Cornelia Funke zadbali o to by książka nie była jedynie papierowym odpowiednikiem filmu, scenariuszem pod postacią książki. Warstwa narracyjna jest wzmocniona, przekaz jest silniejszy, bardziej złożony, rozbudowany.

Historia Ofelii wydała mi się jeszcze smutniejsza, jej wewnętrzna walka trudniejsza, a wyobraźnia, która stworzyła świat Fauna potężniejsza.

Dla tych, którzy nie mieli okazji poznać „Labiryntu Fauna pod żadną postacią muszę powiedzieć, że jest to opowieść przypominająca nieocenzurowaną wersję bajek braci Grimm, ma też w sobie coś z „Alicji w krainie czarów”. Generalnie skupia się na mrocznej odsłonie dziecięcej wyobraźni, która odżywa w trudnych okolicznościach, mając być obroną przed rzeczywistością, ostatecznie wciąga i atakuje dziecko. Jest pełna symboli zaczerpniętych z mitologii pogańskich, a co niektórzy dopatrują się w niej wątków satanistycznych.

Polskie wydanie od Zysku, prezentuje się przepięknie, wystarczy rzut oka na okładkę, ale to nie wszystko. W książce znajdziecie tez ilustracje Allena Wiliamsa, aż chce się kupić dziecku pod choinkę – ale wiecie, to chyba nie jest najlepszy pomysł, za to dla wyrośniętego amatora grozy jak najbardziej;)

Moja ocena: 10/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

Głosowanie – Najlepszy film grozy 2019 roku

WYBIERAMY NAJLEPSZY FILM GROZY ROKU 2019

Moi Drodzy, jest już połowa grudnia, a więc jak co roku przybywam do Was z pytaniem, o najlepszy tegoroczny film jaki udało Wam się do tej pory zobaczyć.  Zwyczajowo możecie wybrać trzy tytuły, ale tym razem nie musicie ich wpisywać w komentarzu, wystarczy zaznaczyć w ankiecie. Mam nadzieję, że będzie działać jak trzeba, ale to mój debiut w temacie, a wiecie, że matka założycielka średnio ogarnia komputerowe tematy, więc proszę o wyrozumiałość.

W ankiecie umieściłam ponad 40 tytułów filmów, które miały swoją polską lub światową premierę w tym roku i udało im się trafić do szerszego obiegu. Z pewnością nie ma na niej wszystkiego, ale znaczna część z nich była recenzowana na blogu. Jeśli jakiegoś tytułu na który chcecie zagłosować nie ma na liście, zaznaczacie odpowiedz 26 i wpisujecie tytuł w komentarzu na blogu lub jego fanpage na facebooku. Ogłoszenie wyników, w nowym roku, tj. pierwszego stycznia.

Zapraszam do głosowania!

 

 

Żmija jest wśród Was

Żmijowisko – Sezon 1 (2019)

Arek, jego żona Kamila, nastoletnia córka Ada i synek Igor spędzają rodzinne wakacje nad jeziorem w agroturystyce zwanej Żmijowiskiem. Bawią się w towarzystwie znajomych z czasów studenckich.

Po jednej z nocy spędzonej na mocno zakrapianej imprezie Duszyńscy odkrywają, że ich córka, Ada zniknęła. Szeroko zakrojone poszukiwania nie zdają się na wiele. W rok po zaginięciu piętnastoletniej Ady Duszyńskiej jej ojciec, Arek wraca w miejsce, gdzie wszystko się zaczęło.

„Żmijowisko” to nowy serial Canal + w reżyserii Łukasza Palkowskiego. Tak więc, Ci, którzy zastanawiają się dlaczego jeszcze nie kręci się nowy sezon „Belfra„, mają odpowiedź;)

Scenariusz oparto na powieści Wojciecha Chmielarza, którego twórczością chyba muszę się zainteresować, bo historia, którą przedstawiają tu twórcy serialu, wskazuje, że możemy się z panem Chmielarzem polubić. Warto dodać, że książka „Żmijowisko” kategoryzowana jest jako thriller psychologiczny, zaś serial reklamowany jako kryminał. Moim zdaniem to co widziałam stanowi kompilację tych gatunków.

Bardzo przyjemne okoliczności przyrody- Mazury po raz kolejny w serialu Palkowskiego. Czyste jezioro i las. Z dala od cywilizacji i może się wydawać wielkiego świata i jego okropności.

Akcja toczy się dwutorowo, bo jednocześnie poznajemy teraźniejszość, w której od zaginięcia nastoletniej Ady upłynął rok, a jej ojciec powraca na Mazury z kolejną porcja plakatów o zaginionej i retrospekcji, w której przywoływane się wydarzenia z przed roku…

Do Żmijowiska zjeżdża grupa trzydziestoparolatków. Na czele Duszyńscy: Paweł „Weź nie pytaj” Domagała w roli Arka, nisko opłacanego agenta nieruchomości i jego ładna acz marudna żona Kamila. Między małżonkami mocno zgrzyta, bo Kamila jest sfrustrowana, a Arek chyba kapuje, że jest jego żoną tylko dlatego, że niefortunnie zaliczyli wpadkę.

Jeśli o wpadce mowa, to wpadka ma już naście lat i snuje się po agroturystyce ze zblazowaną miną, marząc o obozie żeglarskim w objęciach niejakiego Marcina. Jest poważnie strapiona faktem, że podczas gdy ona zmuszona jest obserwować tańce godowe seniorów- rodzice i spółka- ktoś inny stawia żagiel Marcinkowi. Jest jeszcze mały Igorek, który służy jako pretekst do odesłania Arka w czeluście klaustrofobicznej chatki by matka rodzicielka Igora mogła jeszcze trochę pożyć. Pożyć,  a jakże najlepiej w czułym uścisku z dawną miłością w osobie przystojnego Roberta.

Robert to samiec alfa w tym stadzie i choć przywozi ze sobą swoją samicę to i tak każda misia jego. A porpos Misi, Michalina rozwódka, przyjrzyjcie się jej dobrze, bo jej niewinne kurestwo odegra w głównej tragedii większą rolę niż moglibyście przypuszczać. Jest jeszcze jakaś para no name’ów, którzy robią bardziej za tło.

W bieżącej, teraźniejszej akcji mocno przyglądamy się poczynaniom rodziny właścicieli agroturystyki. Tu też jest ciekawie. Nastoletni syn potentatów turystyki, który przed rokiem smalił cholewki do Ady zaprzyjaźnia się z mocno wykręconą Sabinką. Sabinka to z kolei córka ‚człowieka z miasta’, który planuje wielkie biznesy w Żmijowisku. Typ podejrzany ukrywa się pod maską Czarka Pazury.

Główną zagadką serialu są oczywiście okoliczności zniknięcia nastolatki. Tropów jest sporo, ale chyba, nikt z widzów nie wpadnie na finalne jej rozwiązanie. Głupia ja nie wpadłam. Choć wiedziałam, że różowa bluza nie pojawia się tu bez powodu, coś i dzwoniło, ale nie wiedziałam w którym kościele;)

Serial pokonałam w dwa wieczory, bo liczy zaledwie siedem odcinków, i choć przypuszczam, że większość z Was podochodzi niechętnie do rodzimych produkcji, a polskie seriale kojarzą się głównie z gładkimi papkami to Palkowski zmienia trendy i myślę, że warto zainwestować swój czas i odwiedzić „Żmijowisko”.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:8

Zaskoczenie:8

Zabawa:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:7

69/100

W skali brutalności:1/10

Nie ma tu nic dobrego

Empty rooms/ Puste pokoje (2010)

Maddie po odejściu od partnera kupuje dom za kusząco niską cenę. Wprowadza się do niego wraz ze swoim adopcyjnym synem i pragnie rozpocząć nowe życie. Nowy dom robi pierwsze złe wrażenie na chłopcu jednak Maddie zrzuca jego reakcje na karb autyzmu, na który cierpi chłopiec. Wkrótce sama zaczyna doświadczać dziwnych doznań, aż w końcu zła atmosfera domu przeradza się we frontalny atak.

Nie wiem co mnie podkusiło, żeby sięgnąć po ten film. Tytuł „Empty rooms” swoją prostotą robił dużo lepsze wrażenie niż kolejne ‚egzorcyzmy’, ‚opętania’, ‚nawiedzenia’… ‚takiego a takiego’ w domu ‚takim a takim’. Niestety wszelkie dobro związane z tą produkcją kończy się na tytule. Dodatkowo film jest tak zły, że najwyraźniej zakończył dalsze próby debiutującego reżysera, działania w tejże roli, bo po „Empty rooms” nie wypuścił już nic więcej.

Oczywiście jest to kolejny film o nawiedzonym domu z lekką nutką paranoi, co też jest częstym wątkiem. W tym wszystkim scenariusz nie jest może najgorszy, bo nie można mu zarzuć braku konsekwencji, jakiejś rażącej głupoty czy tego typu spraw. Jest do bólu prosto, ale to jest do przeżycia. Niestety mankamenty realizacyjne to już inna para kaloszy. Aktorstwo lekko powyżej dna, zaś technologia kręcenia – od obrazu po dźwięk – puka o dno od spodu…

Wprost ciężko na to patrzeć i tego słuchać. Zupełna amatorka, brak polotu, brak podstawowych umiejętności i możliwości technicznych. „Empty rooms” nie ma w sobie nawet najmniejszego pierwiastka, który mogłabym pochwalić, więc nie pozostaje mi nic innego jak odwieźć Was od pomysłu seansu z nim. Ratuj się kto może.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:4

Klimat:4

Napięcie:3

Zabawa:4

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:1

Aktorstwo:3

Oryginalność:2

To coś:1

24/100

W skali brutalności: 1/10

T.S. Tomson – wywiad z autorem „Próby sił”

„Tworzę nowe światy”

Tak jak wspominałam Wasze konkursowe pytania wybrane przez Tomasza trafiły do wywiadu. A więc, zapraszam do czytania

Biblia Horroru: „Próba sił” to Twój debiut na rynku wydawniczym. Jak czuje się człowiek, który wydaje pierwszą powieść?

T.S. Tomson: Wciąż nie do końca dowierzam w to, że wkrótce pojawi się moja książka. Czuję wiele emocji, od stresu przez ekscytację po dumę, jednak to stres chyba bierze górę.

B.H: Podobno pisarzem się nie zostaje, pisarzem trzeba się urodzić. Zawsze chciałeś pisać książki, czy zacząłeś tworzyć pod wpływem impulsu?

T.S.T:To był impuls.Dużo czytałem, ale nigdy nie wyobrażałem sobie, że napiszę książkę. Szczerze powiedziawszy- nie miałem nawet takich marzeń.  Nie widziałem siebie jako pisarza.

Pierwszy taki impuls, który powinien był dać mi do myślenia, to konkurs na opowiadanie anglojęzyczne w liceum. Był to konkurs wojewódzki wielu szkół. Zająłem wtedy pierwsze miejsce. Pamiętam, że było to opowiadanie o starej kobiecie siedzącej nocą na ulicy, niestety nic więcej sobie nie przypomnę. Oczywiście opowiadanie było horrorem . Ucieszyłem się, poczułem dumę, ale moja nauczycielka podcięła mi wtedy chyba skrzydła, bo nie dostałem od niej ani słowa pochwały. Oznajmiła mi tylko fakt, że zająłem pierwsze miejsce, wręczyła nagrody i tyle. Nigdy później niczego już nie napisałem aż do „Próby sił”.

B.H: Wielu aspirujących twórców poprzestaje na pisaniu do szuflady. Co sprawiło, że postanowiłeś przedstawić „Próbę sił” czytelnikom?

T.S.T: Wiesz, ja ogólnie nie jestem zwolennikiem chowania swojej twórczości do szuflady, chociaż to chyba inny temat. Co do „Próby sił”, fakt jest taki, że po napisaniu dwóch rozdziałów uznałem, że to co napisałem to nic specjalnego. Byłem przekonany, że takie coś napisać może każdy. Zapisałem plik, folder zaszyfrowałem i wrzuciłem do jakiegoś folderu na dysk. Chciałem mieć pamiątkę. I tak minęło pięć lat, przez ten czas nie pisałem kompletnie nic. Po tych pięciu latach przeglądałem komputer nocą i odgrzebałem ten zapomniany folder. Bałem się otwierać plik podpisany już wtedy „próba sił”, ale jednak, kliknąłem dwa razy! I…Spodobało mi się to co przeczytałem. Czytałem ten tekst jako w zasadzie coś nowego, bo go kompletnie nie pamiętałem. Wiem, że zabrzmi to nieskromnie ( a z natury jestem skromny aż za bardzo, choć nie wyglądam haha) ale byłem pod wrażeniem. Więc wysłałem kilka stron do Taty i mojej ówczesnej menagerki (posiadałem wtedy restaurację sushi) i poszedłem spać, zapominając o temacie.

Nazajutrz obudził mnie SMS.  Tata odpisał coś w stylu „zaje….. ,to nowy King”? Zastanawiałem się, czy śmieje się ze mnie czy pyta naprawdę. Odpisałem mu, że to ja. Wtedy on zaczął się zastanawiać, czy to ja nie śmieję się z niego.  Chwilę musiałem go przekonywać, że to naprawdę tekst mojego autorstwa, aż w końcu powiedział „w takim razie musisz napisać całą książkę, jesteś pisarzem”. Pamiętam, jak ogromną dawkę motywacji mi to dało. To było piękne uczucie, uskrzydlające wręcz, tym bardziej, że Ania odpisała, że moja wiadomość ją obudziła o czwartej rano i tak się zaczytała, że całkiem przebudziła czytając do końca. Mówiła, że wciągnęło ją bez reszty, a to było tylko kilka kartek, napisanych kiedyś w zasadzie bez większego namysłu.

Następnie tekst powędrował jeszcze do paru znajomych, którzy także byli pod wrażeniem. Jednak wiesz- choć widziałem, że ich reakcje były prawdziwe, potrzebowałem takiego solidnego potwierdzenia. To wtedy tekst wysłałem do „Biblii Horroru”. Zapytałem, czy ocenisz te kilkanaście stron. Odpowiedź była surowa, ale takiej potrzebowałem.Odpisałaś: „Mogę ocenić, ale ostrzegam, że jeśli mi się nie spodoba, napiszę Ci o tym”. Wziąłem głęboki oddech i pomyślałem- ok, niech będzie, najwyżej zajmę się czymś innym.

Wyczekiwałem zwrotnej wiadomości, która w końcu nadeszła. Z mocno bijącym sercem odczytałem ją i do teraz pamiętam, jak odetchnąłem głęboko. Opinia była bardzo pozytywna. To był ostateczny sygnał, by zabrać się do pracy. Ruszyłem pełną parą. Ostatecznie byłem tak mocno zmotywowany i uświadczony na tamten moment o swoim talencie, że nie myślałem w ogóle, by to co napisze schować przed światem.

B.H: Akcja twojej powieści toczy się za oceanem. Czemu ryzykowałeś zapuszczając się na nieznany teren i właśnie tam osadzając akcje swojej powieści?

T.S.T: To ciekawe pytanie. Od najmłodszych lat przesiąkałem Kingiem. Kocham także kino, a ściślej pisząc- kino zagraniczne made in USA. To stąd trafiłem na „Biblię Horroru”. Szukałem miejsca,w którym ktoś odwalał by brudną robotę i recenzował filmy tak, bym mógł wybierać tylko te dobre. Jestem wzrokowcem, patrząc na filmy często zapamiętuję wszystkie miejsca co pozwalało mi sobie je wyobrażać w głowie. Wątpię, by ktoś po przeczytaniu „Próby sił” mógł by mi zarzucić coś w związku z lokacjami i ich opisem. Są one na tyle neutralne, że nie powinny stanowić jakiegoś większego problemu. W mojej książce skupiłem się tak naprawdę na innych jej aspektach. I szczerze pisząc, wątpię, bym kiedykolwiek miał napisać coś w naszych ojczystych realiach. To mnie nie rusza, póki co, ale kto wie co przyszłość pokaże.

B.H: Wspominałeś, że Twoim literackim wzorem jest Stephen King. Jak jego twórczość wpłynęła na Twój własny warsztat?

T.S.T: Tak, to właśnie twórczość tego autora jest ze mną od najmłodszych lat. Często próbowałem od niego odpoczywać między kolejnymi powieściami, ale to jednak jego styl narracji, opisy i historie mnie fascynują i są bezkonkurencyjne jak dla mnie, toteż szybko powracałem do jego prozy. Choć tak, wiem- nie jest to pisarz bez wad i zdaję sobie z tego sprawę. Bardzo ważną książką dla mnie był jego poradnik „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika”. Pamiętam, że czytając go kiwałem głową co chwilę. Czułem go i rozumiałem, co chce przekazać. King napisał, że ciężko nie naśladować swojego ulubionego pisarza, że zawsze czerpiemy od kogoś i myślę, że to prawda. Mimo to starałem się choć trochę wyrobić własny styl.Czy się spodoba i zostanie dobrze odebrany przez czytelników, to największe pytanie, jakie sobie zadaję.

B.H: Stephen King w swoim „Pamiętniku rzemieślnika” wspomina, że każdy pisarz aby nosić to miano musi napisać minimum 10 stron dziennie, nie ważne czy dobrych czy złych. Jak wyglądał proces twórczy u Ciebie?

T.S.T: Wiem. Zawsze, gdy nie napiszę nic w danym dniu (a staje się to zbyt często) to przypominam sobie jego słowa. Niestety, u mnie wygląda to inaczej. Nie chodzi o wenę, bo wydaje mi się, że z nią większych problemów nie mam, chodzi o brak czasu i często problemy zdrowotne. W każdym razie wiem, że wielu pisarzy pisze dużo, ale też często kasują wiele stron, czasem i całe powieści, które zaczęli. Mi się to zdarzyło tylko raz, w przypadku „Próby sił”. Poza tym niemal całą tę powieść napisałem „jednym tchem”. Tak samo mam teraz z dwoma kolejnymi powieściami, nad którymi pracuję. Więc reasumując- może nie piszę tak często jak powinienem, ale jak już coś piszę, to staram się tak przykładać, bym nie musiał nic kasować. Aha i zapomniał bym, rzuciłem palenie co obecnie znacznie wpłynęło na mój proces twórczy (negatywnie, niestety).

B.H: Każdy pisarz okrada swoje życie osobiste, wykorzystuje wątki, motywy, historie, inspiruje się ludźmi ze swojego otoczenia i sobą samym. Jakie jest Twoje zdanie na ten temat?

T.S.T: Tak, to prawda. O ile „Próbę sił” pisałem, jakbym odtwarzał film w głowie, tak trochę inaczej już podchodzę do swoich następnych tekstów. Ogólnie wplątuje do tekstu swoje obserwacje, doświadczenia, ale większość mojej twórczości bierze się gdzieś z głębi mojego mrocznego umysłu. Siadam do klawiatury, zaczynam pisać i nie wiem skąd to się w zasadzie bierze. Jakkolwiek dziwnie to brzmi. Czasami zastanawiam się, czy ja przypadkiem nie przepisuję myśli kogoś innego, kto żyje we mnie.

B.H: Goethe powiedział, że ktoś kto nie spodziewa się miliona czytelników nie powinien napisać ani jednej linijki. Czy myślałeś o tym jak zostanie odebrana Twoja powieść?

T.S.T: Oczywiście, bardzo często o tym myślę. To znaczy wiesz, swoje marzenia odłożyłem w czasie. Wiem, że to nie jest łatwy rynek i nawet wielkie talenty często nie są w stanie się przebić. Zdradzę Ci sekret- nie czuję się jak pisarz. Wciąż uważam, że nie napisałem nic szczególnego choć ci co czytali, twierdzą odwrotnie. I to mnie głównie napędza. Brakuje mi na tym polu pewności siebie, choć staram się myśleć pozytywnie i wierzyć w siebie. Do tego wszystkiego „Próba sił” jest dość osobistą, niemal intymną książką. Czuję, jakby wkrótce na światło dzienne miała wyjść cząstka mojej duszy. Całkiem naga i bezbronna, otwarta na krytykę. Reasumując, nie spodziewam się miliona czytelników, ale po cichu gdzieś tam wierzę, że to marzenie jest w moim zasięgu.

Piotr G: Czy byłeś prześladowany w dzieciństwie przez jakieś złe moce,stwory,może typa z maczeta? Skąd takie chore, krwawe pomysły?

T.S.T: Kiedyś spotkała mnie dziwna sytuacja. Miałem coś koło 20 lat. Była noc, obudziłem się i poszedłem po tabletki przeciwbólowe do swojej szafki w salonie. Ponieważ dobrze znałem mieszkanie, nie zapalałem światła. Otworzyłem szafkę i poczułem dziwny niepokój. Wtedy nie wiem, dlaczego, ale pomyślałem, że jeśli włączę światło w salonie, a ono się nie zapali, to znaczy, że śnię.  Podszedłem do włącznika i światło się nie zapaliło. Wtedy poczułem jeszcze większy lęk. Poszedłem do sypialni, usiadłem na łóżku i zacisnąłem z całej siły powieki pragnąc się obudzić. Do tej pory pamiętam to straszne uczucie: nagle objęło mnie jakby czyste zło. Jakaś czarna aura otuliła mnie z każdej strony. Jakby demon chciał wejść w moje ciało. Panicznie się bałem. Do dzisiaj twierdzę, że to było zło w czystej postaci. W końcu się obudziłem, czując jeszcze ten strach w sobie i do dzisiaj go czuję myśląc o tym. Natomiast nie- nigdy innej sytuacji nie miałem, prócz podróży poza ciało, jakich dopuszczałem się czasem do niedawna.

Co do chorych, krwawych pomysłów- rodzą się w mojej głowie same. Nie wiem, gdzie mają źródło. Chyba nie chcę wiedzieć, haha.

Kinga J: Jakie jest Twoje wykształcenie? Czy wybór szkoły/studiów podejmowany był z myślą o zostaniu pisarzem?

T.S.T: Mam wykształcenie średnie. Podjąłem studia prawnicze, niestety w 3 roku doznałem poważnych komplikacji zdrowotnych i musiałem je przerwać. Do 30 roku życia nie miałem pojęcia, że kiedykolwiek napiszę książkę i że będę miał jakieś plany związane z karierą pisarską.

Kinga J: Jak wygląda życie pisarza? Piszesz w określonych dniach, godzinach czy czekasz na natchnienie? Piszesz w domu czy biurze?

T.S.T: Oj, to właśnie ekstra pytanie. Cóż, problem jest taki, że choć schlebia mi określenie mojej osoby jako „pisarza” to jednak jestem realistą i nie uważam się za takowego. Wydaje mi się, że jedna książka nie czyni ze mnie pisarza… Myślę, że to czytelnicy tworzą pisarzy. Ale co do pisania- moim marzeniem byłoby pisać zawsze o określonej porze. Kiedy kończyłem „Próbę sił”pisałem tylko nocą, zaczynałem koło 22 kończąc o 1 / 2 w nocy. Natomiast marzę o pisaniu w porach 9.00-13.00. 4 godziny, jak nakazuje Mistrz, Pan S.King. Kiedyś pisałem w swoim biurze, teraz wolę mój pokój zrobiony tylko pod pisanie. I nie chce być nieskromny, ale mam często natchnienie, bardziej brakuje mi niestety czasu, co boli.

Kinga J.: Czy oprócz literatury masz jeszcze jakieś inne zainteresowania?

T.S.T: Tak, sporo! Lubię fotografię, kocham słuchać jak i tworzyć muzykę. To hobby porzuciłem z braku czasu, ale zawsze marzyłem o zostaniu producentem muzycznym. Odkąd rzuciłem palenie lubię także sport, różny. Ja ogólnie wiele rzeczy lubię robić w życiu.

Kinga J: Czy oprócz pisania pracujesz gdzieś jeszcze?

T.S.T: Tak, mam firmę budowlaną. Oprócz tego wynajmuję mieszkania.

Kinga J: Co najbardziej motywuje Cię do pisania?

T.S.T: Gdy dostałem swój pierwszy egzemplarz książki, poczułem się dumny z siebie. Chce poczuć więcej tej dumy. Chce być lepszy, chciałbym mieć swoich czytelników którzy będą odwiedzać moje stworzone światy.

Kinga J: Jacy autorzy, z wyjątkiem S.Kinga są dla Ciebie największą inspiracją? Podaj proszę tytuły ulubionych pozycji książkowych.

T.S.T: Chyba nie czerpię już od żadnego innego autora. Ulubione książki: King:  Miasteczko Salem, Bastion, Czarna bezgwiezdna noc, Lśnienie Inne: Złodziejka książek, Jestem legendą, Pieśń Lodu i Ognia.

Kinga J: Masz swojego ulubionego bohatera literackiego?

T.S.T: Kocham postać Tyriona z Pieśni Lodu i Ognia czyli Gry o Tron Jestem fanem tej serii! Serialu jak i książek. W ogóle tam było sporo zajebistych postaci. Drugie miejsce ma Jaimie Lannister!:)

Kinga J: Masz jakieś motto życiowe, którym się kierujesz? Ulubiony cytat z książki?

T.S.T: Mam kilka mott życiowych, ale głównie- nie czyń drugiemu co Tobie nie miłe. Chociaż, to chyba nie motto. Cytat z książki owszem- „- Idź więc, są światy inne niż ten.”. Chyba wiecie, czyj to?:)

Kinga J: Czy jest jakaś książka, która wywarła na Ciebie tak duże wrażenie, że wracasz do niej lub wiesz, że zapamiętasz do końca życia? Która w jakiś sposób na Ciebie wpłynęła?

T.S.T:Tak. To definitywnie ‘Bastion’ S. Kinga. Czytałem ją trzy razy i myślę, że jeszcze tam wrócę. Ja ogólnie kocham klimaty post apo. Chłonę każdy film i książkę w tych tematach!

Kinga J: Jakie uczucia towarzyszyły Ci po ukończeniu pisania pierwszej w życiu książki? Jak uczciłeś ten sukces?

T.S.T: Odetchnąłem z ulgą. To była ciężka przeprawa z końcówką, ale czułem dumę. W sumie tego sukcesu jeszcze jakoś nie świętowałem, dopiero w dniu kiedy wydawca zgłosił chęć do wydania książki uznałem za pierwszy mały sukces. Pojechaliśmy na sushi z tatą i jego żoną. Kocham sushi tak btw.:)

Kinga J: Czy planujesz w przyszłości napisać książkę z innego gatunku literackiego?

T.S.T: Coś tam myślałem, ale póki co interesuje mnie groza. Kiedyś zacząłem pisać thriller erotyczny, może wrócę do tematu.

Kinga J: Jaki jest Twój stosunek do zwierząt?

T.S.T: Lubię zwierzaki. Psy i koty po równo. Niebawem mam się przeprowadzić do domu, planujemy tam z dziewczyną mały zwierzyniec.

Kinga J: Masz jakieś „złote rady” dla początkujących pisarzy?

T.S.T: Tak jak napisałem, nie wiem, czy mogę nazwać się jeszcze pisarzem. Przynajmniej na razie. Choć nie ukrywam- schlebia mi to pytanie!:) Jeśli czytelnicy uczynią mnie pisarzem, na pewno kilka rad Wam dam.

Rafał P: Jako, że też marzę o zostaniu zawodowym pisarzem, chciałbym zapytać o kwestie techniczne Twojej pracy. Jakich programów do pisania i gromadzenia notatek używasz? Notatki robisz elektronicznie czy tradycyjnie? Czy i w jaki sposób planujesz kolejne rozdziały?

T.S.T: Ekstra pytanie! Używam tylko i wyłącznie maca pro. Proces u mnie wygląda następująco, piszę w iA Writer w trybie nocnym.Lubię ten program, tryb nocny plus czcionka maszyny do pisania sprawia, że czuję się tam dobrze. Po skończeniu kilku rozdziałów całość przenoszę do Worda i tam porządkuję wstępnie czyli patrzę na rozpiętość rozdziałów, sprawdzam błędy itd. Potem zapisuje i dalej piszę w iA Writer. Ogólnie lubię mieć porządek w tekście, kiedy piszę. Piszę w ciszy, tylko w przerwach słuchając muzyk, przeważnie nocą. To dla mnie obecnie najlepsza pora. Co do notatek, używam ich mało, ale jeśli już, wszystko zapisuje w notatniku w telefonie. Co do planowania rozdziałów, staram się jakoś bardzo nie planować. Delikatnie sprawdzam grunt, gdzie ta opowieść chce pójść. Ciężko mi to wytłumaczyć. Moi bohaterowie sami mi pomagają. To chyba nazywa się wena?:) Powodzenia Ci życzę!

B.H: Skoro już trafiłeś na blog o horrorach muszę zadać Ci to pytanie… Ulubiony film grozy?

T.S.T: Ostatnim razem zdołał mnie dość fajnie przerazić film pt „Wizyta”. Uwielbiam „Labirynt Fauna”, „Sierociniec”, i „Zejście”.

B.H: Wierzysz w duchy?

T.S.T: Często myślę nad tym. Wydaje mi się, że istnieje jakiś rodzaj energii, której nie pojmujemy. Chyba jestem skłonny wierzyć w to, ze dusze wędrują. Duchy, złe moce, nawiedzenia- nie zaprzeczam istnienia tych rzeczy.

Dziękuję Tomkowi, że tak dzielnie znosił kolejne przesłuchania dzięki czemu udało nam się stworzyć tak wyczerpujący wywiad:)

A Was Moi drodzy zachęcam do lektury „Próby sił”, którą Biblia Horroru objęła patronatem.