Ludzie bezdomni

His house/ Czyj to dom (2020)

Bol i Rial są imigrantami. Udało im się uciec z ogarniętego wojną Sudanu, ale to co stracili po drodze nie pozwala o sobie zapomnieć. W nowym domu otrzymanym od londyńskich władz nie czują się swobodnie, surowe ograniczenia nie wypływają pozytywnie na ich adaptację w nowym miejscu. Wisi nad nimi groźba deportacji  i traumatyczne wspomnienie o Nyagak, której nie udało się przeżyć drogi do lepszego świata.

Debiut reżyserski “His House” Remi Weekes rozgościł się na platformie Netflix i zbiera całkiem pozytywne komentarze. Nie będę ukrywać, że jego tematyka jest ciężka i naprawdę trudno zdecydować, czy większy strach ma tu budzić groza życia czy horror śmierci. Położenie bohaterów, którzy tak naprawdę cudem uszli z życiem budzi żałość.  Ale dołóżmy im jeszcze, ‘po co się ograniczać’. Scenariusz wrzuca ich więc z obskurnego ośrodka dla uchodźców, gdzie dopłynęli przeładowaną łajbą wprost do nawiedzonego domu.

Nowy początek to mozolne pełzanie pod górkę wyboistą ścieżką. Konflikt między bohaterami, próby racjonalizacji tego z czym się zetknęli. Coraz upiorniejsze wizje – warto spojrzeć łaskawym okiem na ich walor estetyczny- i przygniatająca pułapka codzienności.

W mojej głowie zrodziła się teoria, że Bol i Rial zostali wytypowani do osiedlenia się w nawiedzonym domu celowo jako rodzaj selekcji. Wytrzymacie, możecie zostać w kraju, uciekniecie czeka Was deportacja, ale to tylko jedna z nasuwających się myśli. Charakter tego czego doświadczają bohaterzy może sprowokować namysł nad genezą zjawiska. A może dom jest w porządku, tylko bohaterzy nie są w stanie udźwignąć ciężaru traumy – sami to ze sobą przywlekli? Finał tej historii zaskakuje, dochodzi do pewnego rodzaju odwrócenia: dobro nie jest już takiego dobre, a zło takie niezasłużone.

W mojej ocenie film porządny, wart uwagi nawet jeśli tego rodzaju kwestie społeczne mało Was obchodzą to użycie tu formuły horroru zdaje egzamin.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła: 7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:8

Walor techniczne:7

Aktorstwo: 7

Oryginalność: 7

To coś: 7

65/100

W skali brutalności:1/10

Królowe zbrodni

Rozmowy z seryjnymi morderczyniami. Królowe zbrodni – Christopher Berry -Dee

Słaba płeć – tak zwykło się mówić o kobietach, ale czy ktokolwiek odważyłby się na takie określenie względem bohaterek książki kryminologa Christophera Berry’ego Dee? Nie sądzę. Autor po raz kolejny dzieli się z czytelnikiem relacją ze swoich kontaktów z najokrutniejszymi z ludzi, tym razem rezerwując przeszło dwieście stron kobietom. W ten sposób zadaje kłam przekonaniu o słabości i delikatności płci pięknej. Kobiety potrafią zabijać równie skutecznie co mężczyźni.

To będzie ostatnia książka autora po którą sięgnę. Nie dlatego, że jest najgorsza z pośród tych, które miałam już okazję przeczytać. Po prostu wiem, że nie usłyszę od niego już nic nowego. Niektóre z niesławnych bohaterek pojawiały się już w dwóch poprzednich publikacjach jakie miałam okazję przeczytać, więc kolejne strony nie wniosły nic nowego. Autor powtarza też niektóre stwierdzenia, teorie i anegdoty. Nie zmniejsza się też jego maniera chorobliwej autopromocji, co z książki na książkę drażni coraz bardziej. Co jest w tym najsmutniejsze, w jego badawczych dążeniach nie dostrzegam ciekawości poznawczej względem ‘obiektów’ tylko typowo laicką pogardę. Od specjalisty oczekiwałabym jednak jakiegoś fasonu. Nie wiem czemu szczególnie ten ostatni aspekt wyjątkowo rzucił mi się w oczy akurat przy tej publikacji. To chyba solidarność jajników;)

W każdym razie z panem Berry’Dee uroczyście się żegnam, na osłodę powiem co dobrego znalazłam w “Królowych zbrodni”. Bardzo przypadł mi do gustu opis rosyjskiego więzienia dla kobiet w Sablino, któremu autor poświęcił przedmowę. Rozdział poświęcony analizie motywów był nieco chaotyczny, ale ciekawy. Do tego dorzucę jeszcze pochwałę dla chęci autora by zaprezentować mniej znane kobiece zbrodniarki jak Flora Bell, czy Eva Dugan. Klasycznie, jak w dwóch poprzednich publikacjach, tytuł “Rozmowy…” niekoniecznie przystaje do treści, owszem parę soczysty cytatów się trafiło, ale  zbyt mało. Oczywiście książka punktuje już samą tematyką. Jest więc co pochwalić, ale nie zmienia to faktu, że na dłuży czas mam dość Pana Kryminologa i jego wieeeelkiego ego;)

Moja ocena: 5/10

Dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

Najlepszy przyjaciel małego chłopca

“Z” (2019)

Ośmioletni Joshua na oczach rodziców przechodzi niepokojącą transformację z dziecka uroczego w zamkniętego w sobie i z dużym prawdopodobieństwem niebezpiecznego. Beth, matka chłopca wiąże zachowanie syna z pojawieniem się ‘Z’ wymyślonego przyjaciela, którego ‘towarzystwo’ dało początek zmianom w zachowaniu dziecka. Skala niepokoju rośnie, aż w końcu strapiona matka nabiera przekonania, że ‘Z’ jest czymś więcej niż wytworem dziecięcej wyobraźni.

Już po samym opisie możecie wnosić, że nie znajdziecie w “Z” żadnych filmowych innowacji. Twórca “Stil/Born” po raz kolejny pochyla się nad trudami rodzicielstwa wplatając w tę tematykę wątki nadprzyrodzone. No, oczywiście, dzieci nie mogą być złe. Jak dziecko jest złe, to znaczy, że szatan się nim interesuje 😉 Prosta zasada grozy z dziecięcymi bohaterami jak najbardziej znajduje tu zastosowanie i nie będę Was czarować, że potężny twist fabularny wjedzie tu na pełnej kurwie i zmiecie Was z powierzchni ziemi. Nic takiego się nie stanie, co nie znaczy, że scenariusz nie podejmuje pewnych prób zdezorientowania widza.

Psychologia postaci, może i biedna, ale ochoczo zabiera głos i opowiada się po stronie teorii obłędu, nie tylko dziecka, ale i matki. Matce może zdrowo odbić gdy kontrola rodzicielska okazuje się niewystarczająca i zaczynają się ofiary w ludziach. Najlepsza filmowa scena – schody- ma spore szansę na wyrwanie Was z butów. Mnie wyrwała. Niepozorna w porównaniu do większości występujących tu skocznych scenek, a jakże w swojej prostocie konkretna.

Jeśli już jesteśmy przy jump scare to z pewnością nasunie Wam się podobieństwo do “Babadooka“, mnie lampka zaświeciła się z chwila gdy na ścianie dziecięcego pokoju pojawi się malunek przestawiający ‘Z’. Od tej chwili nie mogłam już uciec od porównań obydwu filmów, co rzecz jasna nie wyszło na plus dla “Z”. Są lepsze filmy o popieprzonych złych dzieciach, to fakt, ale ta produkcja też może się spodobać. Ma swoje momenty, więc możecie liczyć na skoki napięcia, akcja ma wyważone temp, historia się rozwija i technicznie film też daje radę, bo efekty, choć częste, nie są przegięte. Taki przyjemny horror, nie dla koneserów, ale patrzę na niego łaskawym okiem.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność: 4

To coś:7

52/100

W skali brutalności: 1/10

Rozdanie z okazji Halloween

ROZDANIE HALLOWEEN’owe

Dziś przypada ulubione święto miłośników grozy wszelkiej i z tej okazji mam dla Was okolicznościowe książkowe dary. Pięć świetnych tytułów trafi do pięciu osób. Bierzcie jak swoje.

Zgłoszenia przyjmuje pod postami konkursowymi na fanpage bloga na FB i profilu na Instagramie. Jedna osoba może zgłaszać się w obydwu miejscach.

Dla użytkowników facebooka:

  • Zlajkuj fanpage Biblii Horroru na FB
  • Udostępnij post konkursowy na swojej tablicy
  • Napisz w komentarzu, którą książkę chcesz dostać i zaproś swoich ziomków

Dla użytkowników Instagramu:

  • Obserwuj profil Biblii Horroru na ig
  • Udostępnij na swoim strories post konkursowy i oznacz mnie w nim
  • Napisz w komentarzu, którą książkę wybierasz i zaproś swoich ziomków

Rozdanie trwa od dziś 31.10. do 6.11 do północy. Jestem jego wyłącznym organizatorem i odpowiadam za wysyłkę nagród (tylko na terenie Polski). Rozstrzygnięcie do 3 dni od zakończenia.

Boli mnie głowa i nie mogę spać

Paradoks – Artur Urbanowicz

Dwudziestojednoletni student wydziału matematyki na Gdańskim Uniwersytecie Maks ‘Square’ Okrągły dąży do doskonałości. Jego perfekcjonizm graniczy z obsesją, która nie dopuszcza możliwości popełnienia błędu. Bycie omylnym traktuje jako domenę ludzi słabych, niewystarczająco skupionych i bezwartościowych.  Za każdy niedostatek w swoim codziennym funkcjonowaniu wymierza sobie sobie dotkliwe fizyczne kary mające stłumić psychiczny ból związany z porażką. Najdrobniejsze przeoczenie, potknięcie wieńczy samookaleczeniem. Jego obsesja osiąga ekstremum, umysł zostaje osaczony przez wizję sobowtóra. Tego lepszego dla którego to on jest słaby, niewystarczająco skupiony i bezwartościowy. Na jego oczach i wobec jego bezradnego pojmowania paradoks zatacza coraz szersze kręgi.

Możecie mi wierzyć lub nie, ale nie byłam pozytywnie nastawiona do lektury “Paradoksu”. I nie dlatego, że uważam Artura Urbanowicza, za złego pisarza. “Inkubowi” dałam chyba siódemkę w dziesięciostopniowej skali, zrobiłam to jednak poniekąd wbrew sobie. Jak bowiem ocenić książkę, która jest doskonałym rzemieślniczym produktem, ale nie porusza? Była wybitnie obliczona, skrojona z precyzją, która zapewniła doskonałą proporcję wszystkich składników, ale nie widziałam w niej żadnego osobistego przekazu. Jakby nie stał za nią żywy człowiek, artysta, którego czasem może ponieść, tylko maszyna. I strasznie nie polubiłam głównego bohatera:) Nie dlatego, że był taki, czy siaki. Dlatego, że był nijaki.

Musiałam o tym wszystkim wspomnieć słowem wstępu, bo w przypadku “Paradoksu” mam skrajnie odmienne odczucia. Przede wszystkim – mam odczucia, ha. Tematyka “Paradoksu” dała mi poniekąd odpowiedź, na to dlaczego “Inkub” był taki, jaki był. I nie chce w to głębiej wchodzić żeby nie uprawiać osobistych wycieczek w kierunku autora.

Dlaczego tym razem jestem na tak? Pierwsza rzecz, główny bohater. Maks, którego nie da się lubić, w pewnym momencie zaczyna budzić współczucie. Przywaliłabym mu po głowie książką, której jest bohaterem. Jego postawa, sposób myślenia mogą wzbudzić tylko niechęć, jednak jeśli dokopiemy się do tego, co za tym stoi zrozumiemy nie tylko dlaczego inteligentny i przystojny koleś nie miał szansy zostać gwiazdą socjogramu, ale też do ogromu bólu, traumy, która go uczyniła takim jakim był.

I nie, nie mamy tu żadnych skrótów myślowych, uproszczeń i psychologii z Youtube’a. Co najbardziej doceniam, Artur nie starał się usprawiedliwiać postawy Maksa, jechał po nim bez litości, pokazując każdą słabość, dzięki czemu uniknął zgubnego przekonania panującego wśród wielu pisarzy, że główny bohater musi by fajny żeby czytelnik docenił jego kreację. W porównaniu z policjantem z “Inkuba” jest to krok milowy. Warstwa dramatyczna tej powieści, której poświęcona jest znaczna  część powieści – przez wielu czytelników jak zaobserwowałam uważana za nudnawą – dla mnie jest jednym z najmocniejszych elementów. Jest w tym jakaś prawda, którą instynktownie wyczuwam, a prawda zawsze się najlepiej broni.

Elementy grozy przybierają tu psychodeliczną formę. Po kilku jazdach, których doświadcza Maks można się zarazić paranoją. “Boli mnie głowa i nie mogę spać”, długo za mną chodziło.

Matematyka, której prawidła idą pod rękę z fabułą. Nie znoszę matmy, albo inaczej nie znoszę liczb, wzorów, nawiasów pierwiastków. Plusy i minusy jeszcze toleruję;) Aksjomaty, reguły, błędy logiczne wszystko to co najciekawsze i jednocześnie najbardziej codzienne jest wykorzystane w “Paradoksie”. Serio nadążałam za tym, co mile połechtało mojego egona. Wyniosłam z lektury garść ciekawostek, co też się ceni.

Motyw kluczowy. Tu też słyszałam narzekania, że za bardzo sci-fi, ale co się za tym sci fi kryje? Bardzo uniwersalna prawda o życiu: Kiedy niemożliwe staje się możliwe, najbardziej możliwe staje się zło. (Kapuściński, chyba). I to zło przybiera tu nie tylko fantastyczną postać, jest pewnego rodzaju projekcją, wypadkową tego co realne i doświadczalne.

Motyw sobowtóra jest jednym z moich ulubionych literackich motywów. Nie wiem czy autor czytał “Sobowtóra” Dostojewskiego, czy “Rozpacz” Nabokova (Tak, Ci panowie co się nie lubili), bo nie pojawia się o tych powieściach żadna wzmianka – za to pojawia się moje ulubione opowiadanie Poe’go “Wiliam Wilson”, ale trafił celnie we wszystkie związane z motywem sobowtóra zawiłości i je wykorzystał.

Podsumowując, bo się rozpisałam jak każdy humanista ze skłonnością do trwonienia czasu;) jestem mile zaskoczona “Paradoksem”. Książka solidna, ale nie obdarta z emocji.

Moja ocena: 8+/10

Dziękuję wydawnictwu Vesper