Na plaży niefajnie jest

The Beach House (2019)

Para młodych ludzi Randall i Emilly mają zamiar spędzić trochę czasu w domu letniskowym nad oceanem należącym do ojca chłopaka. Rozgościwszy się odkrywają, że nie są w nim sami, bo właściciel dał klucze swoim znajomym Mitchowi i jego żonie Jane. Młodzi godzą się z sytuacją i zasiadają do wspólnej kolacji. Okazuje się, że na tym nie skończą się nieprzewidziane sytuacje. Dziwne zjawisko pogodowe, czy nadnaturalna anomalia? Czym może być to, co jeszcze tego samego wieczoru zobaczą na plaży?

“The beach house” to reżyserski debiut Jeffreya Browna w pełnym metrażu. Film doskonale wpisuje się w coraz popularniejszy trend oszczędnych w formie horrorów nastrojowych. Myślę, że werid fiction przeżywa obecnie swój renesans, bo zarówno w literaturze horroru jak i w filmie łatwo zauważyć wzrost zainteresowania grozą dziwną, mniej dosłowną. Nawet nie wiecie jak mnie ten stan rzeczy cieszy. “The Beach house” oczywiście mi się podobał, choć nie jest to obraz całkowicie pozbawiony wad. Co więcej myślę, że wielu widzom nie spodoba się w ogóle. Dlaczego? Z tych samych powodów dla których mnie podobał się bardzo 😀

Fabuła filmu skupia się na powolnym budowaniu atmosfery grozy. Grozy dusznej jak południe przed burzą z gradobiciem. Jasne nieco przymglone kadry, stonowana muzyka i kipiące gdzieś podskórnie emocje, które tylko czekają na erupcję.

Emilly, ambitna studentka chemii marząca o dalszej karierze naukowej i z pasją opowiadające o tym co jeszcze można odkryć w dziedzinie astrobiologii próbuje ratować swój związek z Randallem, który poza tym, że przystojny  i jurny niezbyt wiele sobą reprezentuje. Starsze maleństwo Mitch i jego ciężko chora żona Jane okazują się ich współlokatorami, bo Randal nie zadał sobie trudu rozmowy z ojcem na temat planowanej wizyty w domu letniskowym. Tu widzowi może zapalić się czerwona lampka, bo niespodziewani goście są aż nader serdeczni, ale to nie home invasion, Moi Drodzy.

Gatunkowo, poza tym, że mamy do czynienia z horrorem nastrojowym, obcujemy tu z czymś z pogranicza sci-fibody horroru. Widać tu fascynację debiutującego twórcy starymi horrorami Carpentera, czy innych twórców, którzy wsławili się przywołując na srebrny ekran motywy znane z “Inwazji porywczy ciał“.

Już pierwszej nocy świadkujemy niezwykłym zjawiskom, które z mogą Wam przywieść na myśl dzieła Lovecrafta. Dzięki wywodowi Emilly przy kolacji widz wie czego mniej więcej może się spodziewać. To sprawia, że nie uświadczycie tu wielkiej niespodzianki w finale, ale czy jest ona potrzeba? Groza bazuje tu bardziej na nieuchronności, aniżeli na nagłym zwrocie akcji. Niewielki budżet filmu pozwolił na kilka efektownych scen z użyciem komputerowych manipulacji, ale szczęśliwie nie był na tyle duży by odciągać uwagę twórcy od tego co w horrorze najważniejsze. Znajda się jednak smaczki, które bez wątpienia zwrócą uwagę miłośników body horrorów. Dobre aktorstwo, ciekawe, złożone relacje między bohaterami to doskonałe uzupełnienie tej historii. Myślę, że trzeba brać:)

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:6

Zaskoczenie:6

Zabawa:8

Walory techniczne: 8

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:7

68/100

W skali brutalności: 1/10

Los się pomylił

Mroczny Rewers – Piotr Ander

W święto zakochanych na  jednej z ulic metropolii Nyx dochodzi do śmiertelnego wypadku. Ze względu na niejasne okoliczności całego zajścia sprawa musi zostać zbadana przez policję. Przejmuje ją detektyw Hank Zaborski. Wkrótce mężczyzna odkrywa, że nie tylko nikt nie widział ofiary tuż przed potrąceniem –  jakby zmaterializowała się na miejscu tylko po to by umrzeć, ale i badanie jej ciała wskazuje na delikatnie mówić, anomalie. Odpowiedzialny za potrącenie pijany kierowca twierdzi, że widział na drodze anioła. Jednak tym, co najbardziej zwraca uwagę detektywa jest umieszczona w portfelu denata fotografia. Przedstawia ona ostatnią ofiarę seryjnego mordercy, którego Hank ścigał. Wspomnienie o martwej Manouk Rijkard spędza mu sen z powiek od dziesięciu lat.  Teraz zmuszony jest je odgrzebać by odkryć co stało się na jednej z ulic Nyx.

Uwielbiam debiuty, szczególnie takie w self publishigu, gdzie nikt nie narzuca autorowi co ma pisać i jak ma pisać żeby się sprzedać. W ten sposób, owszem, można się nadziać na nielichą grafomanię, ale jest też szansa na odkrycie samorodnego talentu, za którym nie stoi totalitarny redaktor inicjujący i banda innych specjalistów. Tak jest w przypadku Piotra Andera, który stworzył książkę, w której w żaden sposób nie będziecie w stanie rozpoznać pierwszego powieściowego podejścia.

“Mroczny rewers” powstawał etapami rozciągniętymi na lata przyjmując różne formy i tytuły, aż w końcu stał się tym, czym jest. Gatunkowo najbardziej pasuje do thrillera z wątkami kryminalnymi, jednak sama nazwałam go kryminałem metafizycznym. Nie wiem, czy coś takiego w ogóle istnieje i  czy ktoś ubiegł Piotra w podobnym zamyśle, ale sama nie spotkałam się z tak daleko idącymi wybiegami filozoficznymi w gatunku, który jest uważany nie inaczej jak za literaturę rozrywkową.

Już od pierwszych akapitów pozbywamy się złudzeń, że oto przyjdzie nam obcować z klasyczną historią o detektywie. Oczywiście pod pewnymi względami Hank Zaborski ulega stereotypom, ale…

Zacznijmy od tego, że akcja powieści osadzona jest w nieistniejącym mieście. Nie mamy pojęcia w jakim kraju ani na jakim kontynencie leży. Nyx ze swoim motylem Morpho jako symbolem miasta jest metropolią bardzo kosmopolityczną, spotykamy tu ludzi różnych narodowości o różnych korzeniach, zaś sam opis tego miejsca może przynieść na myśl zarówno Londyn, jak i Amsterdam, czy Nowy York. Autor wykorzystuje tu swoją szeroką wiedzę ogólną o świecie  i obserwacje chodzących po nim ludzi, dzięki czemu każda kreacja, czy to bohatera, czy sytuacji jest realistyczna i wiarygodna. Wielka dbałość o szczegóły budowania świata przedstawionego sprawia, że najbardziej upierdliwy recenzent nie będzie miał do czego się przyczepić. Nasz piękny język ulega iście wojskowej musztrze  jakiej poddaje go autor. Osobiście odebrałam to jako ogromny szacunek dla czytelnika, co w czasach autorów, którzy opierają swój research na jednym artykule w Wikipedii i z dumą obnoszą się z brakiem znajomości gramatyki, nie jest zbyt często spotykane.

Fabuła “Mrocznego rewersu” ma przykuć uwagę widza zagadką domniemanej zbrodni, tajemniczego wypadku, ale to zaledwie punkt wyjścia dla dużo głębszej znaczeniowo historii. To książka, w której spotkacie archetypowe motywy literackie od tragedii antycznej począwszy, przez surrealizm, na  tańcu ze śmiercią kończąc.

Przyglądając się kolejnym częścią składowym powieści miałam wrażenie, że autor bezczelnie popisuje się tym, że potrafi opisać wszystko, wszystko opowiedzieć. Chcecie kryminał? Proszę bardzo z lekkością i bez nadęcia przedstawiam Wam Hanka Zaborskiego, który zjada tą pijaczkę Chyłkę na śniadanie. Chcecie tragicznego w skutkach romansu, proszę bardzo, oto femme fatale i jej śmiech w ciemności unoszący się nad złamanym sercem mężczyzny. A może thriller? Mam tu takiego jednego seryjnego morderce z gotowym modus operandi. A może horror? Zapraszam do kostnicy, gdzie wizytuje śmierć we własnej, gnijącej osobie.

Nie ma w “Mrocznym rewersie” elementu, przed którym autor próbowałby się uchylić, z którym nie dałby sobie rady. Mało tego wszystko zgrabnie połączył po to, by na koniec powiedzieć: los się pomylił, a Wy daliście się nabrać.

Takich debiutów sobie i Wam życzę. Nie dam Piotrowi maksymalnej oceny, żeby miał o co się starać na przyszłość, w dodatku jestem zazdrosna jak można tak dobrze pisać;)

Moja ocena: 9/10

Dziękuję wydawnictwu Novae Res

Niech kończy się świat

Bastion – Stephen King

Epidemia super grypy w rekordowym tempie zabija większość populacji ludzi, nie oszczędzając też znacznej części czworonogów. Garstka ludzi, którym udało się przeżyć, garstka odpornych na wirusa zbiera się w mniejsze i większe grupy. Każda z tych osób doświadcza wizji, w której ‘Mroczny mężczyzna’ kończy dzieło zniszczenia, a na przeciw niemu staje czarnoskóra staruszka ‘matka Abigail’. Każdy, któremu udało się przetrwać musi zdecydować, po której stronie stanąć.

Mozolną lekturę z ponad tysiąc stronicowym “Bastionem” zaczęłam na wiosnę, mniej więcej w czasie wprowadzenia w naszym pięknym kraju obostrzeń związanych z pandemią koronaświrusa.

Uwaga wszystkich czytelników zwróciła wówczas w kierunku Kinga i jego wizji zagłady świata zapoczątkowanej epidemią super grypy. Wszyscy mówili, że King w latach ’70 napisał książkę, która idealnie odzwierciedla to z czym będziemy mieć za chwilę do czynienia. Stwierdziłam – okej, skoro tak to trzeba to obadać. W między czasie przeczytałam kilkanaście innych powieści, co i rusz odchodząc od Kinga i do niego wracając.

Bastion jest uważany za jedną z najlepszych powieści Mistrza Grozy, mojego serca nie podbił na tyle bym stała się głosicielką tego typu stwierdzenia nie mniej jednak dostrzegam na czym może polegać fenomen tej książki.

Po pierwsze jest wizjonerska. To powieść, która przedstawia zajebiście intensywną wizję przyszłości. Nie mamy tu macek z marsa forsujących szybę marketu, z których można pośmieszkować, co to to nie. King stawia na realizm. Jest niebywale pewny swojej wizji, relacjonuje ją z precyzją i dobitnością. Początek epidemii Kapitana Tripsa to chyba moje ulubione fragmenty. Realizm jest tu wręcz porażający. King zadbał o wszystko z kontekstem społecznym włącznie.

Po drugie jest to historia bardzo uniwersalna. Dobra, teraz mnie zjedzcie: jest uniwersalna uniwersalnością popularnych seriali familijnych.

Mamy tu do czynienia z bardzo szerokim przekrojem bohaterów i różnorodnością charakterów. Poznajemy ekipy poszukujące ukojenia w domu Matki Abigail i tych, których pociąga ciemna moc Randalla Flagga, czyli ‘Mrocznego mężczyzny’. Ta mnogość, to bogactwo, na które autor może sobie pozwolić za sprawą objętości powieści jest praktycznie gwarantem tego, że każdy czytelnik znajdzie tu kogoś z kim może sympatyzować. Zawsze imponował mi sposób w jaki King portretuje swoich bohaterów, szczególnie męskich bohaterów, z kobietami to u niego akurat na dwoje babka wróżyła;) Tu daje temu wyraz w pełnej klasie.

Kto szczególnie zwrócił moją uwagę? Historia Lloyda i jego królika spędziła mi sen z powiek na dwie noce – mój numero uno. Bardzo poruszyła mnie też dramatyczna historia Śmieciarza. Najbardziej polubiłam Larry’ego Underwooda – chyba dzięki tym wszystkim jego słabościom, i głuchego Nicka. Za bardzo udaną uważam też kreację upośledzonego Toma Cullena. Jest doprawdy w czym wybierać jeśli chodzi o pozytywy. Moim ulubionym czarnym charakterem był Harold Lauder.  Tak naprawdę znielubiłam i to wyjątkowo mocno słodko pierdzącą Franie. Rozumiecie więc w czym rzecz z tą uniwersalnością.

Trzecia rzecz to obecność nieśmiertelnego motywu walki dobra ze złem. W powieści Kinga jest to wojna totalna. Nacisk jaki autor położył na unaocznienie wszystkich arkanów wojny sprawia, że nie trudno tu o zbagatelizowanie ciężaru znaczenia tego motywu. Siły dobra ucieleśniają się w postaci matki Abigail, czarnoskórej kobiety, która z iście jezusowym zacięciem podchodzi do swojej misji. Jej religijne dywagacja momentami mocno mnie drażniły, ale to chyba bardziej kwestia moich osobniczych antypatii niż wina autora. Z kolei zło stało się ciałem w osobie Randalla Flagga, nieuchwytnego, niezdefiniowanego. Zło musi budzić strach i King doskonale o tym wie. Nic nie przeraża bardziej niż nieznane i na tym bazuje postać głównego antagonisty. A więc pojedynek dobra i zła i religijny kontekst – strzał perfekcyjnie wymierzony w środek tarczy.

Dlaczego więc nie szaleję z zachwytu? Bo mało kiedy szleję z zachwytu;) Tak na serio to trochę mnie ta książka zmęczyła. Uważam, że jest bardzo nierówna. Niektóre rozdziały wręcz pochłaniałam, przez inne brnęłam mozolnie i tylko czekałam końca. Czasami czułam się więźniem “Bastionu”. Nie miałam ochoty czytać o gotowaniu kurczaka, pieczeniu ciasta rabarbarowego, miałam gdzieś trudności defekacyjne matki Abigail i męczyło mnie jęczenie super zakochanej Franie. Z drugiej strony wyniosłam z tej książki odczucia, których nigdy nie zapomnę.

Moja ocena: 8/10

Ja tu zostanę

You should have left (2020)

Zamożny emeryt Teo i jego młoda żona, aktorka Susanna wraz sześcioletnią córką Ellą wynajmują na parę tygodni dom na walijskim odludziu. Okazała rezydencja ma być przestrzenią, gdzie Teo odzyska spokój i zbliży się do swoich ukochanych dziewczyn. Niestety w pustych ścianach jego niepokoje, wyrzuty sumienia po śmierci byłej żony, zazdrość o obecną nasilają się. Dziwnych sytuacji doświadczają też młoda żona i mała córeczka.

“You should have left” to horror nastrojowy z dużą domieszką psycho thrillera i elementami ghost story. Sprawnie napisany scenariusz powstał w oparciu o powieść, której niestety próżno szukać w polskim wydaniu. Głównym tematem filmu jest pobyt rodziny w okazałej wiejskiej willi. Dom jest przedziwny, luksusowy i surowy zarazem. Bardzo anonimowy i zimny. Szczerze? Od razu mi się nie spodobał, co tylko świadczy o nim in plus jako miejscu akcji dla horroru.

Najistotniejszą rolę w prezentacji kolejnych wydarzeń odgrywają rodzinne relacje państwa Conroy. Piękna młoda żona, rozchwytywana aktorka zdaje się coś ukrywać przed swoim mężem. Ten stara się zwalczać podejrzliwość, ale walka ta wiele go kosztuje. Pomarszczony, przygarbiony Teo (Kevin Bacon) przy świeżej i powabnej Susan (Amanda Seyfried) wygląda jak zasuszone drzewo na pustyni.

Kontrast jest tyle wyraźny, że wizja krachu tej relacji jest nader czytelna. Przestrzeń w jakiej funkcjonują bohaterzy zdaje się odzwierciedlać ich nastroje. Im gorzej się czują tym bardziej natarczywe wydają się przesłanki z zewnątrz. Coś tu nie gra, jest tu coś złego.

Rzeczywistość i pojęcie czasu zaczyna się zamazywać. Trudno stwierdzić, czy dzieje się tak obiektywnie, czy też obserwujemy coraz głębszą dezintegrację psychiczną bohaterów, szczególnie Teo. Zdecydowanie nie jest to obraz, który mówi wprost, który krzyczy efektami. Będzie dobrą ofertą dla osób lubujących się w tym co nieostre i rozmyte, dla poszukiwaczy dynamiki i bardziej konkretnych rozwiązań fabularnych będzie to nuda i flaki z olejem.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne: 8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:7

65/100

W skali brutalności: 0/10

Nie ma krainy czarów

Alicja – Christina Henry

Alicja miała szesnaście lat, gdy wraz z przyjaciółką Dor wybrała się do owianego najgorszą sławą Starego Miasta. Tam wpadła w ręce jednego z bezwzględnych bossów, co przepłaciła zdrowiem. Od dziesięciu lat tkwi więc w zakładzie psychiatrycznym i tylko rozmowy z mężczyzną zwanym Topornikiem prowadzone przez dziurę w ścianie podtrzymują ją przy życiu. W noc pożaru szpitala dwójka dziwnych przyjaciół ucieka z niego i rozpoczyna tułaczkę po najgorszych zaułkach Starego Miasta. Ich celem jest odnalezienie trzeciego z uciekinierów, potwornej istoty zwanej Dżarbełakiem.

“Alicja w krainie czarów” baśniowa powieść stworzona dwa wieki temu przez Lewisa Carrolla nieodmiennie zadziwia i inspiruje kolejne pokolenia twórców. Jestem fanką wszystkiego co z nią związane od filmów, przez gry, po wszelkie literackie wariacje stworzone na jej kanwie. Lubię grzebać w tej historii. Jeśli macie podobnie bardzo polecam Wam lekturę “Alicji w krainie rzeczywistości”. To opowieść o Alice Liddell, która była inspiracją do głównej bohaterki “Alicji w krainie czarów” i relacji autora z nią. Cóż, relacji nacechowanej pedofilnie.

A co z “Alicją” Christiny Henry?

Jest to powieść, która nie jest horrorem literackim w pełnym znaczeniu tego słowa i to powinniśmy sobie wyjaśnić na wstępie. Każdy kto miał jakakolwiek styczność z twórczością bardzo płodnej autorki wie, że tego gatunki nie należy się po niej spodziewać. “Alicja” to bardziej dark fantasy, ale i do tego terminu nie przywiązujcie się szczególnie, bo za chwilę mogę Wam powiedzieć, że powieść zalatuje przygodówką w stylu paranormal i wcale Was nie okłamię. Jeśli powiem, że to powieść skierowana do młodzieży też trudno będzie się z tym nie zgodzić.

Przypadek “Alicji” jest dość złożony, bo wszystko co w powieści może się podobać jednej grupie czytelników, drugą skutecznie odstraszy. To książka na wskroś współczesna, nie ma tu mowy o językowej łamigłówce, którą autor podrzuca czytelnikowi do rozgryzienia. Styl i język są bardzo proste, jak poprawnie napisane wypracowanie. Fabuła pędzi na łeb na szyję, nie mamy czasu na analizę zachowania bohaterów, wgryzienie się w problematykę, bo już za rogiem czeka nowa przygoda, nowe niebezpieczeństwa. Książkę czyta się biegiem bez wytchnienia i bez znudzenia. Sami oceńcie, czy to plus czy minus.

Nieśmiertelne motywy zawarte w powieści Carrolla zyskują tu nową oprawę. Celebrowała każdy smaczek i każde nawiązanie. Jest ich sporo, ale spodziewajcie się, że zetkniecie się tu z tą samą opowieścią tylko w wersji hard. Z takim oczekiwaniem zabrniecie w ślepą uliczkę. To historia zupełnie innego rodzaju. Autorka wykłada kawę na ławę, a myśl o tym, że może nasza bohaterka została naznaczona piętnem obłędu szybko uleci Wam z głowy.

Alicja od początku żyje w fikcyjnym świecie stworzonym przez Christinę Henry. Jest tu Nowe Miasto, gdzie panuje spokój i dobrobyt oraz Stare Miasto, do którego zepchnięte zostają najgorsze szumowiny. Alicja, dziecko Nowego Miasta kierowane ciekawością trafia do ‘nory Królika’. Mgliste wspomnienia stamtąd mówią nam jedynie tyle, że została brutalnie ‘pohańbiona’ – tak takiego określenia używa autorka. Z ty pohańbieniem mam trochę problem, choć rozumiem intencje i założenie. Z jednej strony pędząc ulicami Starego Miasta wraz z Alicją i Topornikiem widzimy (przelotem) okrucieństwa jakich doświadczają kobiety i dziewczynki, a z drugiej wszystko to, cały dramatyzm tych sytuacji zbywany jest słówkiem ‘pohańbienie’. Zabrakło mi tu emocjonalnego ciężaru właściwego dla tego typu wydarzeń. Dlaczego więc rozumiem taka postawę autorki? Tzn. wydaje mi się, że rozumiem. Myślę, że celowała w grupę odbiorców, którzy niekoniecznie chcieliby dowiedzieć się co dokładnie Królik i jemu podobni robią dziewczynom. Cóż, jak ostrzegałam – to nie horror.

Tempo akcji, zawrotne, nie pozwala z resztą na pilne przyglądanie się czemukolwiek. Nasza główna bohaterka bardzo przypomina oryginalną Alicję. Mimo swoich dwudziestu sześciu lat nadal myśli i mówi jak naiwne dziecko, wszystkiemu się dziwi i zaprzecza temu co niewygodne. Dojrzałego czytelnika tak scharakteryzowana postać może drażnić, nie zaprzeczę, ale czy taki stan rzeczy nie jest niejako wymuszony i uzasadniony przez historię? Znowu musicie zdecydować sami.

Sama życzyłabym sobie od tej powieści więcej namysłu, pierwiastka szaleństwa bez tak kategorycznego i jednoznacznego obrazu świata przedstawionego. Chciałabym tego obłędu i psychodeli jaką znalazłam na wspaniałych grafikach Maćka Kamudy.Może następnym razem? Myślę, że możemy się spodziewać polskich wydań następnych tomów serii, a może także kolejnego retilingu autorki tym razem stworzonego na bazie postaci Kapitana Haka z “Piotrusia Pana”.

Moja ocena: 6/10

Dziękuję wydawnictwu Vesper