Najbardziej nawiedzony dom w Ameryce

Amityville Horror – Jay Anson

Jest grudzień 1975 roku. Rodzina Lutz, Katie, jej dzieci z pierwszego małżeństwa i mąż George wprowadzają się do nowego domu w Amityville przy Ocean Avenue 112. Dobili świetnego interesuje nie zrażeni krwawą historią posiadłości. Niestety ich amerykański sen zmienia się w koszmar, gdy dom okazuje się nawiedzony.

Tak, Moi Drodzy, przed Wami pierwsze polskie wydanie książki o nawiedzonym domu Amityville znanym na całym świecie głównie za sprawą serii filmowych horrorów.

Nie wiem jak to się stało, że do tej pory żaden polski wydawca nie zdecydował się na przetłumaczenie książki i przedstawienie jej polskim czytelnikom. Na szczęście jest Vesper, na Vesper zawsze można liczyć. Wydana w twardej oprawie książka, przyciąga okładką i tradycyjnie uzupełniona jest o ilustracje, mroczne ilustracje autorstwa Macieja Kamudy. Prezentuje się świetnie i myślę, że nawet bez stosownej rekomendacji każdy fan horrorów będzie chciał mieć ją na swojej półce.

Osobiście byłam szalenie ciekawa zawartości. Moim głównym pytaniem było na ile książkowy oryginał  różni się od ekranizacji i jej remake’u? I tu szok pierwszy: Jody jest chłopcem. Tak więc – różnice są.

Książka powstała na podstawi relacji rodziny Lutz, spisanej przez pisarza Jay’a Andsona, który jak szybko zorientujecie się czytając wstęp wydawał się gorąco wierzyć słowom bohaterów. Myślę też, że sporo dodał tam od siebie, żeby uatrakcyjnić historię i tak w dwa lata po krótkim, bo zaledwie 28 dniowym, pobycie Lutzów na Long Island po raz pierwszy wydano „The Amityville Horror”.

Gdy już przebrnęłam przez wstęp, który bardziej mnie zniechęcił niż uwiarygodnił sprawę, miałam obawę, że książka przyjmie postać czegoś w rodzaju literatury faktu ze skrzętnie wyliczonymi emanacjami zjawisk nadprzyrodzonych i bez jakiejkolwiek fabuły. Okazało się, że jest inaczej co jest niewątpliwym plusem książki. Czyta się ją ot, jak powieść, gdzie mamy wstęp, rozwinięcie, punkt kulminacyjny i zakończenie. Znajdzie się przestrzeń na stworzenie portretów psychologicznych bohaterów, na zbudowanie napięcia i klimatu. Język jest przystępny.

Oczywiście dla większości czytelników, którzy jak mniemam znają już tą historię za sprawą filmów nie będzie aż takiego wow, jak u zupełnych neofitów, nie mniej jednak nadal uważam, że dla fanów grozy jest to pozycja obowiązkowa.

Moja ocena: 8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Vesper

Ostatnia impreza

Die letzte Party deines Lebens aka Party Hard die young (2018)

Grupa absolwentów liceum bawi się wspólnie na kilkudniowej imprezie muzycznej w Chorwacji. Wśród nich są Julia i Jessika przyjaciółki planujące wspólne studia. Niestety jedna z nich postanawia się wyłamać i bez uprzedzenia drugiej zmienia założenia. Pomiędzy dziewczynami dochodzi do kłótni w wyniku, której rozdzielają się podczas popijawy. Nazajutrz ani Julia ani jej przyjaciele nie mogą znaleźć Jessiki. Nikt z nich nie rezygnuje jednak z dalszej zabawy, tymczasem zaczynają ginąć kolejne osoby z klasy Julii.

To dopiero głośny film. I nie mam tu na myśli sławy i popularności, tylko wrażenia czysto sensoryczne. Nieustannie hucząca muzyka taneczna to znak sygnalny tej historii. Młodzi bohaterzy austriackiego horroru bawią się i giną w rytm Gigi d’agostino.

Już chyba jesteście w stanie stwierdzić, że nie jest to produkcja skierowana do fanów nastrojówek. Zdecydowanie mamy tu do czynienia z teen slasherem, który jednak ma niewiele wspólnego z estetyką klasyki tego podgatunku. To horror na wskroś współczesny mimo, że jego szkielet fabularny trąci myszką, bo żadne novum tu nie następuje.

Bohaterzy to grupa rozbawionych, kipiących młodością ludzi. Przez większość akcji są pijani albo skacowani. Jak w każdym podręcznikowym slasherze pojawia się jakiś Zły Pan, który psuje im zabawę.

Tożsamość owego niegodziwca jest skrzętnie ukrywana przed widzem. Scenarzysta jest na tyle ostrożny, że nie daje nam choćby małej wskazówki, coby nie zepsuć w sumie dość oczywistego finału. Pisząc oczywisty nie mam tu na myśli łatwy do odgadnięcia, bo jak wspomniałam tropów brak- chyba, że tych mylnych – chodzi mi raczej o typowość rozwiązania tej zagadki. Tak, jest sztampowo slasherowa. Jest umoralniająca pointa i wszytko zgodnie z podręcznikiem.

Dla fanów dynamicznych zgonów jest tu sporo dobrego, więc pod tym względem film się sprawdza. Myślę, też, że za sprawą tej zalety zjedna sobie jakąś tam rzesze fanów. Jak dla mnie może być.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne: 8

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

56/10

W skali brutalności:2/10

Bajki nie dla dzieci

Upiorne opowieści po zmroku – Alvin Schwartz

Z czym Wam się kojarzy tytuł „Upiorne opowieści po zmroku”? Z historyjkami opartymi na lokalnych legendach? Z bajkami dla dzieci? Z bajkami z dreszczykiem? Jakkolwiek jest  każde z tych skojarzeń jest trafne.

Książka, o której dziś mowa, jest w zasadzie pierwszym tomem , trzytomowej serii książek. Pierwszy z nich, który doczekał się właśnie polskiego wydania, po raz pierwszy ujrzał światło dzienne w 1981 roku.

Historie opatrzone ilustracjami Stephena Gammela wydano w Ameryce i to z amerykańskiego folkloru czerpią w największej mierze, choć ciężko tak to kategoryzować w przypadku kraju osadników;) Zrobiły dużo szumu, głównie w uwagi na grupę odbiorców- dzieci. Czy dzieci powinny czytać takie potworności? Patrzeć na potworne obrazki? Alvin Schwartz stwierdził, że a jakże i wydał jeszcze dwa tomy. Podobno istnieje też wersja ocenzurowana, ale nie ją mam dziś w ręku.

Być może niektórzy z Was już zaznajomili się z tytułem za pomocą filmu, który ostatnio gościł w kinach i który to powstał w oparciu o książkę. Na ile film trzyma się pierwowzoru, nie wiem, bo jeszcze go nie widziałam, ale za to mogę Wam co nieco powiedzieć o książce.

Książka jak na swoje sto parę stron liczy aż 29 historii, więc możecie się domyślać, że są raczej krótkie. Opowieści podzielono w zależności od hym… od przeznaczenia? Chyba o to szło.

Pierwszy cykl to „Aaaach”, czyli okrzyk zaskoczenia, przynależny dla historii z zaskakującym zakończeniem. „Usłyszał kroki na schodach” to typowe ghost story o duchach czających się w zakamarkach domu. „Zjedzą twoje oczy, zjedzą twój nos” może wskazywać na makabreskę, ale to raczej zbiór różnych dziwów. „Inne zagrożenia” to opowiadania oparte na miejskich legendach, Krwawa Mery i tym podobne tematy. Na koniec znowu mamy „Aaaach”, ale tym razem nie chodzi o zaskoczenie tylko bardziej hym… obrzydzenie? To najbardziej makabryczny rozdział, najbardziej ‚nie dla dzieci’.

Z uwagi na objętość książki, którą dodatkowo skracają przypisy, ilustracje no i spory wstęp ze wskazaniami ‚jak straszyć, można ją łyknąć w jeden wieczór, tak przed snem. Myślę, że będzie to przyjemna lektura, taki powrót do krainy dzieciństwa, bo nikt nie potrafi się tak pięknie bać jak dzieci.

Moja ocena:6/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

Tylko krew

Bloodline (2018)

Evan Cole jest szczęśliwym mężem, świeżo upieczonym ojcem i szkolnym psychologiem na co dzień zajmującym się udzielaniem wsparcia nastolatkom mierzącym się z różnymi problemami. Każdy dzień pracy upływa mu na słuchaniu nie rzadko zatrważających zwierzeń.

Evan czuje się coraz mocniej sfrustrowany tym, że w wielu sytuacjach nie jest w stanie pomóc podopiecznym, nie bez podjęcia radykalnych kroków. Pewnego dnia po wysłuchaniu kolejnego wyznania nie wytrzymuje i postanawia osobiście rozliczyć się z winowajcą krzywdzącym dziecko.

Tytuł „Bloodline” z pewnością wzbudził przyjemne skojarzenia u fanów twórczości zespołu „Slayer”;) Wbrew temu, na co może wskazywać ów tytuł jest to film raczej umiarkowanie krwawy. Oczywiście sceny śmierci są tu obecne i stanowią główny wątek fabuły, ale nie spodziewajcie się rzek krwi.

Gatunkowo obraz przystaje bardziej do psycho thrillera z seryjnym zabójcą w roli głównej aniżeli slashera, czy filmu gore, lub torture porn. Głównie za sprawą naszego bohatera-antybohatera.

Nie małym zaskoczeniem była dla mnie twarz odtwórcy roli głównej. Co Stifler robi w horrorze?;) Ano gra i gra bardzo dobrze, Moi Drodzy. Widząc go z poważną, posępną miną, całą swoją postawą okazujący profesjonalizm była pod dużym wrażeniem. Debiutujący reżyser najwyraźniej pozwolił mu wyjść po za pudełko i dobrze zrobił.

Początek filmu w żaden sposób nie zapowiada jakie licho siedzi w Evanie. Jest przybity, trochę wyzuty z emocji, ale bardziej odbierałam to jako objaw zawodowego wypalenia niż rys socjopatyczny. Z drugiej strony, czy Evan jest socjopatą?

Śledząc drogę jaka doprowadziła Evana do vendetty, którą ostatecznie odprawia, wcale mu się nie dziwiłam. To kwestia osobistych doświadczeń zawodowych, ale miałam ochotę poklepać go po ramieniu i powiedzieć: Stary, wiem co czujesz.

Evan nie zabijał dla przyjemności, choć z drugiej strony udział w spełnieniu czyjejś karmy, dopełnienie sprawiedliwości, musiało mu sprawiać frajdę, a może tylko ulgę?

W każdym razie bohater „Bloodline” nie jest typowym mordercą. Nie bez udziału w całej sytuacji był jego żona, niezbyt szczęśliwa młoda mama i jej teściowa, tak, nazwijmy ją ‚mamą Stiflera’. Mama Stiflera wymiata.

Sceny śmierci ofiar też wypadają dobrze, może dlatego, że Evan nie ogranicza się do samego zabijania;). Tak więc, film jak najbardziej nice i spokojnie możecie obaczyć.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne: 8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:7

64/100

W skali brutalności:/2/10

Ze śniegiem wracam

Zimowe nawiedzenie – Dan Simmons

Dale Stewart po tym jak jego życie prywatne i zawodowe legło w gruzach popada w depresję. Nie chce już żyć, ale wychodzi cało z samobójczej próby. Jednak jego psychika jest w strzępkach, a on czuje, że musi się cofnąć bo stoi o krok od przepaści.

Cofa się aż do krainy dzieciństwa, małego miasteczka w Ilinois, gdzie pewnego lata doszło do serii niewytłumaczalnych wydarzeń. Pisarz postanawia na nowo skonfrontować się z przeszłością. Nadchodzi zima gdy Dale Stewart wraca do Elm Haven.

Tak, „Zimowe nawiedzenie” jest kontynuacją „Letniej nocy”, mimo, że pomiędzy publikacjami obydwu książek pojawiły się jeszcze dwa tytuły powiązane z tematem.

Jeśli pamiętacie „Letnią noc” pamiętacie też Dale’a. Dale wraca do miasteczka i lokuje się na farmie niegdyś należącej do rodziny jego nieżyjącego przyjaciela, Dune’a.

W recenzji „Letniej nocy” wspominałam, że był on moim ulubionym bohaterem i bardzo odżałowałam jego śmierć, to też z radością przyjęłam fakt, że Dune nie umarł tak do końca;) Dune Mc Bride, który przecież chciał zostać pisarzem, jest narratorem „Zimowego nawiedzenia”.

„Zimowe nawiedzenie”, choć tytuł dość jednoznacznie wskazuje nam gatunek do jakiego należałoby przypisać powieść ma w sobie tyle samo horroru co powieści psychologicznej.

Być może dlatego, miłośnicy „Letniej nocy” byli nieco rozczarowani, bo jeśli chodzi o wartkość akcji jest zdecydowanie bardziej stonowana. Grzebanie w zatartych wspomnieniach, umartwianie nad obecnym stanem rzeczy, kiepskie widoki na przyszłość. Nie brzmi wesoło, ale czy Dan Simmoms pisze wesołe historie? No nie. Mnie „Zimowe nawiedzenie” bardzo przypadło do gustu.

Moja ocena: 8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

Co gryzie Jennifer

Gnaw/ Apartament 212 (2017)

Jennifer po rozstaniu z agresywnym mężem wynajmuje skromne mieszkanie w nieciekawej dzielnicy. Próbuje odzyskać spokój jednak żyje w ciągłym lęku przed swoim ex. Nieustające lamenty jakie słyszy z mieszkania sąsiadki również nie dają jej spokoju. W końcu Jennifer decyduje się wyciągnąć do kobiety pomocą dłoń, jednak jest już za późno – sąsiadka popełnia samobójstwo, co jest kolejnym traumatycznym przeżyciem dla bohaterki.

Od tego momentu stan psychiczny Jennifer jeszcze się pogarsza co ma też odzwierciedlenie w zdrowi fizycznym. Każdej nocy na jej ciele pojawiają się ślady po ugryzieniach, których pochodzenia nikt nie jest w stanie stwierdzić.

„Gnaw”,produkcja hiszpańsko- amerykańska oscyluje wokół psycho thrillerabody horroru. Te dwa podgatunki są jednymi z moich ulubionych i fakt, że weszły w koalicję za sprawą filmu Haylar’a Garci bardzo mnie cieszy. Finalnie mamy tu do czynienia z czymś jeszcze, ale nie chcę Was naprowadzać na ten trop, bo popsuję niespodziankę.

„Gnaw” szybko mnie zaangażował w opowiadaną historię. Dużo czasu poświęcono na zarysowanie warstwy dramatycznej, czyli przedstawienie sytuacji życiowej Jennifer, co stanowi punkt wyjścia dla wszystkich filmowych wydarzeń. Dzięki temu jej los nie był mi obojętny.

Najmocniejszym, moim zdaniem, elementem fabuły jest wątek przypadłości bohaterki. Plamy na jej ciele, kojarzące się z jakość nieprzyjemną chorobą zakaźną, albo zażywaniem twardych narkotyków to punkt zapalny w całej historii.

Najpierw podobne objawy widzimy bowiem u sąsiadki Jennifer. Widzimy jak cierpiąca kobieta jest mijana z obojętnością, a nawet gorzej. Widzimy jak patrzy na nią Jennifer. To samo spotka ją samą i to już wkrótce.

Bez skuteczne poszukiwanie pomocy, podejrzenia jakie są kierowane w jej stronę i ostracyzm z jakim spotyka się w czasie rozmowy o pracę. Wszystko to wpędza ją w poczucie paranoi. 

We wszelkiego rodzaju body horrorach środek ciężkości zwykle spoczywający na jakimś zewnętrznym antybohaterze przesuwany jest na osobę bohatera, na jego własne ciało, tak jakby ono było wrogiem, ono chciało zabić naszego bohatera. Dokąd można uciec od samego siebie? Jak się bronić? Body horrory żerują na naszym lęku przed chorobami, nie boją się wizualizować najgorszego i na tym polega ich siła. Muszę stwierdzić, że nie spotkałam dotąd filmu z tego gatunku, który nie zrobiłby na mnie wrażenia.

Wątek typowy dla body horroru, wątek paranoid thrillera to nie wszystko co oferuje scenariusz, bo nieoczekiwany – przynajmniej przeze mnie zwrot akcji otwiera inną perspektywę.

Czy warto było zbaczać w tym kierunku ocenicie sami. Ja jestem z tego filmu całkiem zadowolona.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:7

63/100

W skali brutalności:2/10

Nikt Ci nie uwierzy

Niewiarygodne – Ken Armstrong, T. Christian Miller

Rok 2008. Przedmieścia Seattle. Nastoletnia Marie zgłasza na policji gwałt. Wg. słów dziewczyny zamaskowany napastnik wdarł się do jej domu, obezwładnił ją i dokonał gwałtu. W toku prowadzonego śledztwa, pod presją kolejnych przesłuchań, pytań podważających wiarygodność dziewczyny postanawia ona wycofać zgłoszenie. Teraz to Mary staje przed sądem, oskarżona o składanie fałszywych zeznań. Ale jak było naprawdę?

„Niewiarygodne” nie jest historią samego gwałtu, a raczej jego konsekwencji dla ofiary. Media, fundacje, organizacje pożytku publicznego, osoby pracujące z ofiarami gwałtów, a nie rzadko i same ofiary apelują do społeczeństwa by nie pozostawiać sprawców przestępstw bezkarnymi. Te apele jednak nie zdają się na wiele bo statystyki mówią sam za siebie – większość ofiar przestępstw seksualnych nie zgłasza się na policję. Dlaczego? O tym właśnie opowie Wam książka „Niewiarygodne”.

Być może jej tytuł jest już Wam znany, bo na podstawie tej samej historii, którą przywołują autorzy powstał serial Netflixa. Serial, swoją drogą bardzo dobry, jednak to książce oddaje palmę pierwszeństwa.  Książka wywiera silny wpływ na czytelnika. Mamy możliwość poznać perspektywę różnych osób i ich spojrzenie na sprawę. Możemy wierzyć. Możemy się wahać i wątpić.

Wersja filmowa może się wydawać atrakcyjniejsza w odbiorze, ale pomija wiele kwestii, scenariusz nie jest w stanie zmieścić tego ogromu krzywdy jaki został wyrządzony bohaterkom książki. Tak, bo bohaterek jest więcej. W dwa lata po donosie Mary, gdy tej została już przypięta łatka ‚niewiarygodnej’ na światło dzienne wychodzą kolejne przestępstwa, łudząco przypominające to rzekomo nie popełnione na Mary. Tu muszę pochwalić walory stricte detektywistyczne książki. Musimy dojść do tego kto jest sprawcą i jak działa. Czemu wybierał właśnie takie ofiary, co je łączy? Jego zamysł okaże się cokolwiek szokujący.

Nie mamy tu do czynienia z historią wymyśloną. To literatura faktu, choć może się wydawać… hym… jak mówi sam tytuł ‚niewiarygodna’.

Bardziej wytrwałych zachęcam do lektury, dla leniuszków, polecam wersję serialową.

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

KONKURS PATRONACKI

„Próba Sił” – T. S. Tomson  – KONKURS

Drodzy Parafianie, jak już wiecie podjęłam się kolejnego patronatu. Z uwagi na to, że książka, na której zdecydowałam się przybić czerwoną łapkę Biblii Horroru jest debiutem polskiego autora myślę, że warto byście go trochę poznali.

W porozumieniu z Tomkiem i jego wydawcą mam dla Was KONKURS, w którym możecie zgarnąć trzy egzemplarze powieści „Próba sił”, której premiera zbliża się wielkimi krokami. Jeśli macie chrapkę na własny egzemplarz zapraszam do udziału. A Waszym zadaniem jest:

1. Polubienie fanpage Biblii Horroru na fejsie, o ile jeszcze tego nie uczyniliście

2. Polubienie fanpage autora

3. Udostępnienie na swojej tablicy posta konkursowego

i najważniejsze:

4. Przesłanie w komentarzu, na blogu lub na jego fanpage pod postem konkursowym pytania do debiutującego autora „Próby sił”. Pytajcie o co chcecie, na ile Wam starczy wyobraźni. Najlepsze pytania zostaną nagrodzone książką i umieszczone w wywiadzie, który opublikuję na blogu.

Wyniki konkursu przyniesie Wam św. Mikołaj 6 grudnia br. czyli dokładnie w dniu premiery książki.

 

To nie jest magia

Magic/ Magia (1978)

Charles ‚Corky’ Withers jest aspirującym iluzjonistą. Niestety mimo wytężnej pracy na swoim warsztatem jego pierwszy poważny występ kończy się fiaskiem. Za radą swojego mentora ‚Merlina’ postanawia uatrakcyjnić swoje występy.

Odpowiedzią na potrzeby publiczności okazuje się zaangażowanie do show kukiełki. Teraz Corky jest już nie tylko magikiem, ale i brzuchomówcą. Agent Corky’ego wróży mu wielką karierę jednak ten postanawia skryć się w miejscu, gdzie spędził dzieciństwo by tylko z lalką o imieniu Fat’s dzielić swoją tajemnicę.

Legenda głosi, że to właśnie film Richarda Attenborought’a pt. „Magia” zainspirowała Metallice do stworzenia kawałka „Sad but true”. Z uwagi na to, że Kirk jest wielkim fanem filmowych horrorów wcale mnie to nie dziwi.

Scenariusz filmu bazuje na nudnawej – zdaniem wielu -powieści Williama Goldmana. Czy nudnawa, czy nie, apetyt na zrealizowanie filmowej wersji powieści miał podobno sam Spielberg, ale Attenborought go ubiegł.

„Magia” jest też uważa na prekursora „Laleczki Chucky”, ale spokojnie, to historia w zupełnie innym tonie.

Nie jest to produkcja zbyt rozrywkowa. To miejscami ciężkawy horror psychologiczny, w którym stracha ma napędzić nie tyle demoniczne oblicze lalki, co obłęd głównego bohatera.

A w głównego bohatera wciela się nikt inny a młodziutki jak szczypiorek na wiosnę Anthnhy Hopkins. Tak młodego Lectera to jeszcze nie widziałam;)

W roli Corky’ego wypada przepysznie. Jego charyzma jest tu jeszcze nieśmiała, ale już daje o sobie znać. Hopkins bez trudu dźwiga cały ciężar dramaturgii tkwiący w tej opowieści.

Film jest pozbawiony większej gwałtowności, przynajmniej do póki nie znajdziemy się w odpowiednim punkcie. Nie mamy tu więc wielu atrakcji chyba, że będzie nią dla Was samo baczne przyglądanie się przesłankom szaleństwa.

Przedmiotem całej sprawy jest relacja naszego bohatera ze swoim drugim ja. Nieśmiertelny motyw doktora Jekylla i mr. Hyde’a. Pojawiają się bohaterowie poboczni, jak sympatia z dzieciństwa kipiąca infantylnością i niczego nie świadoma, oraz Ci którzy próbują interweniować by wyciągnąć Corky’ego z paszczy szaleństwa.

Film ma bardzo przyjemnie nieprzyjemny klimat i ogląda się go bardzo dobrze. Pytanie tylko czy ton ten opowieści trafi w potrzeby temperamentu danego widza. Z tym, to już może być różnie, ale ja klasykę zawsze polecam, bo warto znać.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:9

Oryginalność:7

To coś:7

67/100

W skali brutalności:1/10

Powrót czerwonego balonika

It: Chapter two/ To: Rozdział 2

Minęło 27 lat odkąd siedmioro dzieciaków z Derry zmierzyło się upiornym klaunem z kanałów pod miastem. Billy, Beverly, Ben, Stan, Richie, Eddie i Mike wyszli z potyczki z Pennyvise’m cało i doczekali dorosłości. Niestety zła nie da się zabić tak do końca, ono zawsze znajdzie drogę powrotną. Można tylko uciec i zapomnieć, jak uczynili to członkowie ‚klubu frajerów’.

Mike, który jako jedyny pozostał w Derry , w 27 lat od momentu starcia telefonuje do swoich przyjaciół informując ich, że To wróciło. Przyjaciele zobowiązani solenną przysięgą przybywają do Derry by jeszcze raz podjąć rękawice.

O ile bohaterzy filmu „To” (2017)  na wielki come back ‚Tego’ musieli czekać 27 lat, o tyle filmowcy uwinęli się z tematem w dwa lata i widzowie mogą już cieszyć się z kontynuacji historii. Czy faktycznie mamy powody do radości, to już kwestia indywidualna;)

Tak, jak przewidziałam pisząc o ‚rozdziale pierwszym‚, segment drugi traktuje o dorosłych wersjach małych bohaterów i ich powrocie do krainy dzieciństwa.

Mike jako jedyny pozostał na miejscu, niby strażnik gotowy zaalarmować oddział gdy tylko parszywiec Pennywise wychyli się z kanału. Jedyny czarnoskóry członek klubu frajerów nie zdołał ułożyć sobie życia, wciąż ślęczy nad książkami łącząc etat bibliotekarza z prywatną paranoją na punkcie Pennywise’a. Włosy Beverly nadal płoną, ale niestety jej serce zapłonęło do mężczyzny będącego swoistym klonem jej psycho tatusia. Beverly z ochotą wraca do przyjaciół z dzieciństwa, wciąż nie łapiąc czyje serce spaliła w zimowym ogniu. Hipochondryczny Eddie pochował nadopiekuńczą matkę dzięki czemu wyfrunął z gniazda wprost do sektora finansowego. Richie został mało zabawnym, ale bogatym komikiem i do Derry wrócił wypasioną bryką. Bill, który zapoczątkował krucjatę w ’89 został poczytnym pisarzem, któremu sam Stephen King wytknie skłonność do kiepskich zakończeń. Dorosły Ben został architektem i … ciachem. Spektakularna metamorfoza jego powierzchowności z tłustego cielaka i zgrabnego byczka robi na jego przyjaciołach większe wrażenie, niż CGI na widzach „TO: Rozdział 2”. Zabrakło tylko Stana, ale o nieobecnych nie mówimy;)

Wbrew moim założeniach kontynuacja filmu nie trzyma się tak mocno czasów współczesnych. Widz co i ruch przenoszony jest do lat ’80, za sprawą maniakalnie stosowanych retrospekcji. Może gdyby nie to, film nie byłby takim molochem. Szczęśliwie owe retrospekcje nie są kadrami wyciętymi z jedynki i odtworzonymi raz jeszcze, a fragmentami do tej pory nie prezentowanymi widowni. Pojawiają się ilekroć luki w pamięci dorosłych egzemplarzy frajerów uzupełniają się o nowe informacje z przeszłości. Dla twórców filmu stanowią też doskonały pretekst do rzucenia widzowi w twarz kolejnej porcji efektów.

Tak, efekty. Efekty są tym czym żyje „To: Rozdział 2”, czym oddycha. O komputerowo wygenerowanych maszkar i wszelkich potworności jest aż duszno, aż gęsto. Nie podobało mi się to. Obraz jest przeładowany  jump scenami, a to zawsze daje efekt odwrotny od zamierzonego.

Gwiazdorska obsada radzi sobie całkiem nieźle, choć jak dla mnie trochę ich skrzywdzono dialogami. Masa patosu, infantylność, inteligencja zdecydowanie poniżej przeciętnej. Ponownie najbardziej podobał mi się Pennywise, dopóki nie władowali mu w dupę rażącej porcji CGI. Po tym gwałcie nie jest już taki sam, a szkoda.

Reasumując, film sobie obejrzałam i o tyle. W porównaniu z pierwszym wypada zdecydowanie słabiej, a co to będzie jak zrobią „To: Rozdział 1/2”? Tak, Moi Drodzy, sukces finansowy obydwu produkcji pobudził apetyt twórców. Ci rozpływając się w zachwycie nad własnym geniuszem the best’u, który to podsunął im patent ukrytych wspomnieć, już zaczęli mędrkować, że z samych wspomnień ‚pomiędzy’ można by zmajstrować scenariusz. Tak więc być może niebawem dowiemy się jaką kieckę Beverly założyła na ślub ze swoim mężem-dupkiem, czemu Bill pisze kiepskie zakończenia i ile szczurów Mike ubił na strychu biblioteki.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:5

51/100

W skali brutalności:2/10