Archiwa tagu: animal attack

Piwnica pod aligatorami

Crawl/ Pełzająca śmierć (2019)

Młoda kobieta, Hailey, martwi się brakiem kontaktu z ojcem. Ignorując alarm pogodowy zapowiadający nadejście huraganu i zablokowane w związku z tym drogi wyrusza do swojego rodzinnego domu, gdzie spodziewa się zastać tatę. Zastaje psa. Nieprzytomnego ojca znajduje dopiero w piwnicy domu gdzie zdążyła się wedrzeć woda. I nie tylko woda. Hailey i jej ranny ojciec zostają uwięzieni pod budynkiem wraz z aligatorami, które przyniósł tam nurt powodzi.

Chwilę mi zajęło zaakceptowanie polskiego tytułu i pogodzenie się z faktem, że będę musiała go umieścić w recenzji. “Pełzająca śmierć”? Serio? Kto tu pełza? Rozumiem, że idzie o aligatory, ale one mają całkiem sprawne kończyny. A może to ludzcy bohaterowie pełzają tu tuż przed śmiercią? Ale to też się nie zgadza, bo radzą sobie równie dobrze, nawet po spotkaniu z ostrymi zębami zwierzęcych antagonistów i to jest temat na osobne śmieszkowanie.

Tak czy siak, co ma pełzać nie utonie, a przed Wami nowy film Alexandra Aji, francuskiego reżysera, który zwrócił uwagę widzów swoim filmem “Blady strach“.

Jego nowy obraz to horror należący do podgatunku animal attack. Produkcje gdzie straszą zwierzęta to grząski grunt. Sam Aja nadział się na niego i zaliczył moim zdaniem niefortunną wpadkę, kręcąc “Piranię 3D”. Odgryzione penisy i te sprawy, pamiętacie. Obawa, że aligatory podzielą los ryb i staną się bardziej obiektem kpin niż przedmiotem przerażenia była więc jak najbardziej uzasadniona.

 

Jeśli chodzi o groźne zwierzęta w filmach to są to chyba najwdzięczniejsze postaci do negowania przez widzów. Każdy zwierzolub wie, że większość naszych braci mniejszych nie jest wcale tak skłonna do ataków na ludzi jak jest to przedstawiane w filmach. Obraz ich zachowań jest nagminnie przejaskrawiany na potrzeby scenariusza, przez co zwierzęcy antagoniści nabierają niezdrowo ludzkich cech.

Starcie z groźnym zwierzęciem to nie najlepszy temat na dłuższą opowieść też ze względu na to, że w naturze zazwyczaj kończy się szybko i mało atrakcyjnie. Piszę o tym nie bez powodu, bo są to wtopy, których nie uniknął Aja, myślę, że z pełną świadomością.

Mimo, że tak ciężko jest trafić na dobry produkt filmowy z tegoż podgatunku lubię je oglądać. Często bardziej kibicuje zwierzęcym drapieżnikom niż ludzkim, ale to szczegół. W przypadku “Pełzającej śmierci” najbardziej kibicowałam suczce o imieniu Sugar i tego się trzymajmy.

Film Aji ogólnie rzecz biorąc jest dobry. Jest napięcie, jest wartka akcja, jest poczucie zagrożenia, dobre – w większości -efekty. Lubię takie elementy survivalu, mocno trzymają przed ekranem. Sympatyczna bohaterka i jej wygłaszający motywacyjne gadki tata to postaci z którymi można się polubić. Aligatory, złe i rozjuszone już mojego serca nie skradły.

Scenariusz przeprowadza naszych bohaterów przez tą historię co i rusz narażając ich na kolejne krańcowo niebezpieczne sytuacje. Kiedy już wydaje się, że ratunek jest o krok musi wydarzyć się coś co pogrzebie nadzieje. I tak w kółko aż do finału.

Czy jest przekoloryzowany? Ależ oczywiście. tak jak powiedziałam, spotkania z tego typu antybohaterami kończą się szybko i tragicznie, tymczasem w filmie Aji, jak zaobserwował bystro inny widz, ugryzienie aligatora można ‘rozchodzić’ i chuj, że  w normalnej sytuacji laska już nie miałaby nogi.

“Pełzająca śmierć” dobrą rozrywką jest, ale istnieje duże prawdopodobieństwo, że widzowie animal planet zgłoszą brutalny sprzeciw, ale w końcu to horror a nie program dokumentalny.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:9

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:6

63/100

W skali brutalności:2/10

Pocałunek Czarnej Mamby

Wąż/ Serpent (2017)

serpnt

Gwynn postanawia towarzyszyć mężowi, Adamowi w czasie weekendowej wyprawy badawczej. Kobieta pragnie uciszyć wyrzuty sumienia po niedawnej zdradzie, jednak okaże się, że wypad nie będzie ani kojący dla ich związku, ani romantyczny. Gdy nocą Gwynn opuszcza namiot by ukradkiem pousuwać esemesy od kochasia wpuszcza do jego wnętrza węża i to nie byle jakiego, bo piękny okaz czarnej mamby, jednego z najbardziej jadowitych węży na świecie.

Boję się węży. Truchleję na widok małego zaskrońca, albo czegoś co opacznie za niego wzięłam. Najstraszniejszym horrorem była dla mnie niezbyt mądra  Anakonda” i nigdy nie zdołałam się zdecydować na seans z ‘hitem’ “Węże w samolocie”;). Ostatecznie jednak z kinem grozy obcuje się o to by się bać, więc w chwilowej, sobotniej niepoczytalności podjęłam decyzję o seansie z “Serpent”.

Wiedziałam, że nawet jeśli film okaże się słaby, w moim przypadku spełni swoje zadanie i zmrozi mi krew w żyłach. I tak też się stało. Film z resztą nie jest wcale zły, albo ja nie potrafię go obiektywnie ocenić, bo czarna mamba przesłoniła mi całą perspektywę:)

serpnt

Lubię filmy survivalowe i jestem miłośniczką przygód, których można nie przeżyć, więc wyprawa Gwynn i jej męża szybko mnie zaangażowała.

W oczekiwaniu na pojawienie się głównego antybohatera macie okazję poznać bliżej naszych protagonistów. O ile Adam może wzbudzić Wasza sympatię to jego zdradziecka żona nie ma na to najmniejszych szans. Nie tylko dlatego, że jest nieuczciwa i niemoralna, jest głupia przede wszystkim, co kilkakrotnie pokaże w czasie trwania ich dzikiej przygody.

Sam wąż ukazuje się niespodziewanie. Tą scenę odnotowuję na plus. Jego dalsze zachowanie może wzbudzić wątpliwości wśród domorosłych przyrodników i z pewnością kilku znawców zachowań węży wniesie brutalny sprzeciw wobec postawy czarnej mamby zaprezentowanej w filmie.

Z tego co niestety wiem o wężach czarna mamba jest jednym z najszybszych i najbardziej agresywnych gatunków. W sytuacji, w której zostaje zamknięta w nagrzanym namiocie przez pół dnia wykazuje tu zadziwiająco niewielkie rozdrażnienie. Jednak umówmy się, horrory z rodzaju animal attack zawsze są naciągane i nie ważne, czy idą w stronę fantastyki czy trzymają się realizmu, twórcy mają tendencję do wypaczania pewnych kwestii na potrzeby scenariusza.

serpnt

Wyobraźmy sobie, że wężysko w filmie jest podręcznikową mambą. Użarła by każde z nich po trzy razy gdy tylko podpełzłaby na tyle blisko by wykonać skok. I co? Byłoby po filmie, w najlepszym wypadku popatrzylibyśmy sobie na agonię, która w przypadku ugryzienia tego węża nie trwa dłużej niż dwadzieścia minut. Zamiast tego mamy pełne napięcia momenty, w których wężysko pełza po naszych bohaterach, łypie na nich bystro, a w oczach ma zło piekielne.

Obawiam się jednak, że dla kogoś kto nie podziela mojego panicznego lęku przed wężami, może się w pewnym momencie się znudzić zwłaszcza, że do głosu dochodzą bardziej przyziemne problemy bohaterów, na jaw wychodzi kwestia zdrady. Jedna ze scen blisko finału może z kolei rozbawić.

SPOILER: Gdy Adam wyrzuca węża ze śpiworem, ten zaczyna go gonić, szamoczą się w wodzie, a Adam topi węża jak indora.:) KONIEC SPOILERA. Oczywiście mnie akurat do śmiechu nie było, bo wiecie, WĄŻ.

Reasumując film w sam raz dla mnie, ale nie zakładam by wszyscy podzielili mój entuzjazm.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:8

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:6

65/100

W skali brutalności: 2/10

Duże, złe psy

The Pack (2015)

the pack

Czteroosobowa rodzina mieszka na farmie w Australii. Hodują zwierzęta, prowadzą też klinikę weterynaryjną i hotel dla zwierząt. Niestety ich sytuacja finansowa grozi bankructwem. Sprawy nie poprawia fakt, że ich zwierzęta padają ofiarą jakiś drapieżników grasujących w okolicy. Rodzina Willsonów nie spodziewa się jednak, że oni także zostaną zaatakowani.

“The Pack” to australijski survival horror. Jego rodowód wprowadził mnie w błędne przekonanie co do jakości widowiska. Australijczycy potrafią robić brutalne obrazy, co więcej, są to zazwyczaj dobre produkcje. W przypadku “The Pack” trzeba było wziąć poprawkę na liche doświadczenie twórców. Być może to ono przesądziło o jakości filmu.

Największym mankamentem “The Pack” jest fabuła, a raczej sposób w jaki jest prowadzona. Sam pomysł: rodzina zaatakowana przez sforę dzikich psów jest może nie oryginalny, ale względnie do przyjęcia. Niestety cała akcja jest napędzana tak naprawdę sztucznie.

the pack

Bo wyobraźcie sobie, że siedzicie w domu gdy coś zaczyna dobijać się do drzwi i okien. Co robicie? Dzwonicie na policje. Zgłaszacie zdarzenie, lecz w panice niechcący uszkadzacie telefon. No zdarza się. Co teraz? Oceniacie, że zagrożenie na zewnątrz to nie włamywacze, a zwierzęta. Wielkie czarne psiska, które próbują dostać się do środka.

Abstrahując od niewielkiego prawdopodobieństwa takiej sytuacji, logicznym posunięciem byłoby zabarykadować się w środku i czekać na pomoc. Niestety matka rodziny ogranicza barykadę do zasłonięcia zasłonek… Niby później coś kombinują z meblami, ale te zasłonki mnie powaliły. Co dalej moi drodzy? Uciekamy! Tak wyjdźmy na zewnątrz, bo tam będziemy bezpieczniejsi. Serio? Serio. Tym filmem rządzi jakaś powalona logika, której nie można uzasadnić ani paniką ani w żaden inny sposób. Jedynym uzasadnieniem tego pomysłu, jest brak lepszego pomysłu. A to jest już nie do przyjęcia.

the pack

Wszelkie walory techniczne filmu nie odbiegają od niskiego poziomu jaki prezentuje scenariusz. Weźmy choćby wygląd zwierząt. Dzikie psy wyglądają jakby dopiero wyszły z wystawy zwierząt, lśniące czarne futerka, zadbane, wyczesane, na uzębieniu ni kropli krwi.

Pocieszające jest to, że aktorzy jakoś się w tym odnajdują i grają całkiem dobrze, biorąc pod uwagę powierzone role. To jednak niewiele biorąc pod uwagę ogrom irytacji jaką budzi film. Generalnie sądzę, że nie ma co sobie nim zawracać głowy.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:4

Klimat:5

Napięcie: 3

zabawa:3

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:4

Aktorstwo:6

Oryginalność: 3

To coś:3

36/100

W skali brutalności:2/10

Przeżyjmy przygodę, której możemy nie przeżyć

In the deep (2016)

in the deep

Siostry Lisa i Kate są na wycieczce w Meksyku. Młodsza z sióstr, przebojowa Kate wpada na pomysł skorzystania z lokalnej atrakcji: nurkowanie w żelaznej klatce wśród rekinów. Strachliwa Lisa w końcu się zgadza.

Już po kilku minutach zabawy zaczynają się problemy. Wciągarka nie wytrzymuje i klatka wraz z dziewczynami opada na dno. Zamiast na pięciu, znajdują się teraz na 47 metrach głębokości. Rekiny żywo się nimi interesują, ale nie jest to największy problem bohaterek.

Po thriller “In the deep” sięgnęłam bez większego przekonania mając w pamięci lekkie rozczarowanie po ostatnim rekinim survivalu “183 metry strachu“. Spodziewałam się czegoś na zbliżonym poziomie. A tu proszę, niespodzianka.

Od obrazów nastawionych na przedstawienie walki człowieka z naturą, oczekuję przede wszystkim emocji – bardzo żywych nie podkręcanych sztucznie przez iście paranormalną logikę wydarzeń. Niestety najczęściej logika nie jest mocną stroną takich scenariuszy przez co trudno o to, by emocje związane z kibicowaniem survivalowcom górowały nad irytacją i zniecierpliwieniem.

in the deep

Tu o dziwo, siedziałam jak na szpilkach i wcale nie miałam ochoty zbluzgać scenarzysty. Faktem jest, że ciąg nieszczęść jakich doświadczają protagonistki jest nad wyraz bogaty, ale ani razu nie czułam się oszukana.

Fabuła jest absolutnie prosta i nawet w pewnym stopniu przewidywalna, nie mniej jednak, potrafi wciągnąć, potrafi utrzymać permanentnie wysoki poziom napięcia.

Praktycznie od chwili gdy Kate i Lisa lądują na dnie emocje mnie nie opuściły. To chyba ta słynna Hitchcockowska zasada: najpierw trzęsienie ziemi, a później napięcie ma tylko rosnąć. Tu się to udało, w moim przypadku przynajmniej. Może miałam dobry dzień, bo przez parę dni odpoczęłam od oglądania filmów grozy wszelkiej maści, a może faktycznie mamy tu coś zaskakująco solidnego?

Filmy, w których mamy do czynienia z uwięzieniem bohaterów przez siły natury są chyba jednymi z moich ulubionych. Jedno niefortunne zdarzenie i jesteśmy w czarnej dupie. Co robić? No, ratować się za wszelką cenę.

Jako osoba skłonna do paniki, co może zaświadczyć każdy kto świadkował mojej histerii na Orlej w Tatrach, bardzo silnie utożsamiałam się z panikującą Lisą i z przyjemnością obserwowałam jej postępy w ogarnięciu się. Tu mamy sporo naciąganych sytuacji, ale szczęśliwie nie widzimy tu przemiany w Larę Craft. Postarano się nawet o ciekawy zwrot akcji.

in the deep

Filmowe zdarzenia są bardzo dynamiczne i praktycznie nie ma tu chwili wytchnienia. Nie chcę Wam zdradzać szczegółów, bo jak zacznę to już poleci.

Wszystko rozgrywa się pod wodą, więc naturalnie możemy powiedzieć tu o klaustrofobicznych nastrojach. Za chwilę nie będzie czym oddychać. No, chyba nie może być już gorzej.

Wizualnie wygląda to dobrze. Jeśli chodzi o rekiny to nie zachowują się jakoś nienormalnie, ale też po prawdzie nie na nich się tu skupiamy. Pojawiają się od czasu do czasu by wzbudzić jeszcze większy popłoch. Działa.

Aktorstwo jest okej, choć Mandy Moore raczej moją faworytka nigdy nie była.

“In the deep” spełnia oczekiwania jakie stawiam tego typu obrazom i jestem zadowolona, że tak skutecznie podniósł mi ciśnienie.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:9

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:8

70/100

W skali brutalności:2/10

Syrenka i rekin

The Shallows/ 183 metry strachu (2016)

183 metry strachu

Nancy przybywa na odludną plażę w Meksyku by posurfować. Niegdyś urokiem tego miejsca zachwycała się jej zmarła matka. Teraz niejako w hołdzie jej, dziewczyna odtwarza jej przygodę. Problem w tym, że mama zmarła na raka będąc już kobietą w średnim wieku, matką dwóch dorosłych córek. Nancy zaś ma szansę pożegnać się z życiem już teraz. Wszystko za sprawą niefortunnego spotkania z wodnym drapieżnikiem. Gdy dziewczyna ląduje na mieliźnie rekin uniemożliwia jej drogę ucieczki. Przypływ się zbliża, lada moment zmyje naszą syrenkę wprost w paszcze rekina. Do bezpiecznego lądu musiałaby pokonać jakieś 200 metrów.

“183 metry strachu” jest reklamowany jako przełom w gatunku animal attack. Oczytałam się, że jego pojawienie się to odpowiedz na oczekiwania widzów zmęczonych zbyt fantazyjnymi sylwetkami zwierzęcych antagonistów. Miał być realistyczny i unikać błędów logicznych. Być może w porównaniu z ośmiorekinami, megapiraniami innymi dziwnymi hybrydami jest to film wybitnie poważny, jednak jak na takie deklaracje jeszcze zbyt bajkowy, jeszcze snuje się w okolicy kina klasy B.

Główna bohaterka, niejaka Nancy jest podręcznikową ofiarą katastrofy na łonie natury. Ma za sobą ciężkie chwile związane ze śmiercią matki, właśnie rzuciła studia medyczne, a szczęścia i spokoju szuka dokazując w oceanie.

Jest oczywiście piękna, jej ponętne ciałko migocze w blasku meksykańskiego słońca, a rozliczne zbliżenia na pośladki, czy biust jeszcze podkreślają wagę tragedii jaką będzie poharatanie tego działa sztuki naturalnej przez krwiożerczego potwora.

183 metry strachu

Nancy jest też sympatycznym dziewczęciem, jak wynika z jej otwartości na napotkanych tubylców. Popisom surferskimw pierwszej partii filmu wydaje się nie mieć końca. Dużo zwolnionych ujęć ukazuje nam rajskość pejzażu, po to właśnie by za chwilę z impetem zmącić ten piękny obrazek.

Pierwszym zwiastunem nieszczęścia jest martwy wieloryb, którego żałosne szczątki unoszą się na wodzie. Atak rekina przychodzi jednak dosyć nieoczekiwanie.

Stworowi możemy przyjrzeć się dość dokładnie, dokonać oglądu jego paszczy zupełnie inaczej niż to było w szlagierowych “Szczękach” gdzie widzieliśmy głównie jego płetwę grzbietową.

Rekin robi hopki jak delfin próbując chwycić ofiarę. Takie sceny będą się powtarzać. Im bliżej finału tym goręcej graficy komputerowi zabiegają o względy widza.’

183 metry strachu

Bohaterka znajduje schronienie na mieliźnie złożonej ze skał otoczonych koralowcem. Spędzi tak około doby, ranna, przerażona. Za towarzyszkę będzie mieć mewę – najlepsza rola w tym filmie – która to dzieli jej los rannej sieroty. Odkąd pojawiła się mewa wreszcie miałam komu szczerze kibicować. Nancy też zapunktowała u mnie troską o skrzydlatego przyjaciela.

183 metry strachu

Finał filmu rozegra się w ostatnich minutach przed przypływem. Nie obejdzie się bez ckliwych monologów i heroicznych rób podejmowanych ostatkiem sił. Finał dość prosty do przewidzenia, ale zdecydowanie in minus. Dlaczego? SPOILER: Scena w której Nancy sprytnie nadziewa rekina na szkielet boi zatopiony na dnie wody jest zaprzeczeniem tego co promocja krzyczała o realizmie scenariusza. Czy ten rekin miał jakieś problemy neurologiczne? Pływając w oceanie miał problem z oceną odległości? Zapierdzielił paszczą w dno aż mu się wygięła. To było mega słabe. KONIEC SPOILERA.

Najbardziej realistycznym fragmentem fabuły było spotkanie z miejscowym opojem. Gdy nasza bohaterka tkwiła na swojej mieliźnie na plaży pojawił się pijany w sztok facet. Nancy licząc na ratunek skierowała go wprost do swojego pozostawionego na plaży plecaka. Co zrobił ziomek? Ha, to co każdy ziomek. Można to nawet podciągnąć pod walor komediowy, gdyby nie tragiczny skutek tego spotkania.

No cóż, zmierzając do końca, muszę rzec, że film stanowi niezłą rozrywkę. Sporo wysiłku włożono w próby zbudowania napięcia i od przypadku do przypadku przynosiły one jakiś efekt. Nie mniej jednak “183 metry strachu” to żaden realistyczny survival, a kino przygodowe z elementami grozy. Ogląda się go przyjemnie, ale nie budzi zachwytu ani jakiś głębszych refleksji, co udało się chociażby w przypadku filmu “127 godzin”.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:6

57/100

W skali brutalności:2/10

Dla miłośników węży

Anaconda/ Anakonda (1997)

anakonda

Grupa filmowców pod przewodnictwem młodej reżyserki wyrusza szlakiem rzeki Amazonki by nakręcić dokument o tajemniczym plemieniu nazywanym ‘ludźmi mgły’. W czasie wyprawy natrafiają na rozbitka. Wyciągają do niego pomocną dłoń, a ten okazuje im wdzięczność na swój sposób – wciągając ich w niebezpieczeństwo. Rozbitek okazuje się kłusownikiem polującym na legendarne węże: Anakondy. Dokumentaliści, czy chcą czy nie będą musieli polować wraz z nim- by przeżyć.

“Anakonda” jest jednym z filmów mojego dzieciństwa. Stanowi on raczej tą mniej przyjemną część ponieważ panicznie boję się węży. Wystarczy mały zaskroniec napotkany w lesie bym wpadała w dziki popłoch i dostała bezdechu. Dla mnie jest to jeden z najbardziej przerażających filmów, choć zdaję sobie sprawę z tego jak zapatruje się na niego większość widzów. Analogiczną sytuację mamy z “Arachnofobią“, która mnie osobiście nie rusza, ale jeśli ten film trafi na podatny grunt, czyli grupę odbiorców cierpiących na lęk przed pająkami także zostanie uznany przez nich za istny koszmar.

anakonda

“Anakonda” nakręcona u schyłku lat ’90 wyróżnia się gwiazdorską obsadą i ogromnym budżetem. Dla miłośników pięknych plenerów mamy tu dzikie tereny, z którymi do tej pory nie dała sobie rady nasza wspaniała, niszcząca cywilizacja.

Lubię podróże, małe i duże, ale ciężko mi sobie wyobrazić, że ktoś z własnej nie przymuszonej woli wybiera takie atrakcje, jakie oferują lasy Amazonii. (Co ciekawe na wprost moje pracy mieści się biuro podróży a na jego szybie widnieje ogromny plakat reklamujący wycieczkę: Tropem Anakondy. Za jakieś osiem czy dziewięć tysiaków. Ludzie to masochiści).

Obserwując tło tej opowieści, widząc bohaterów brodzących w mulistej wodzie, ociekających potem i kąsanych przez owady na sam ten widok czułam pierwsze objawy malarii. Nie da się ukryć, że to właśnie tło opowieść, miejsce w jakim została osadzona dodaje mu kilka ładnych punktów na rzecz klimatu grozy.

Początkowe sceny zdradzają z jak potężną siłą mamy do czynienia, bo Anakonda zaczyna bardzo źle, od spektakularnego uśmiercenia czarnej pantery, czy też pumy.

Jeśli chodzi o samego antybohatera to jego legenda została tu nieźle podkręcona, choć z drugiej strony, kto wie jaki czort lęgnie się w tych bagnach?

Mamy wiele gatunków Anakond, wszystkie one zaliczamy do dusicieli. Anakonda, którą napotykamy w filmie Luisa Llosa osiąga wysokość jakiś trzech pięter, czego jak dotąd nie spotkano w naturze. Połyka swoje ofiary w całości uśmiercając je wcześniej morderczym uściskiem- biednej pumce aż oczko wyskoczyło – łamiąc kości, kręgosłup, miażdżąc organy.

Takich scen uświadczymy w czasie seansu kilka i mimo iż mocno znać komputerową ingerencję to robią one wrażenie.

anakonda

Cały film jest naszpikowany ujęciami, w których antybohater wypręża swoje dostojne cielsko patrząc ofierze prosto w oczy. Niektóre z nich są wręcz totalnie odjechane jak ta przy wodospadzie. Jest na co popatrzeć, pod warunkiem, że nie zakryje się oczu;)

Co się tyczy fabuły to mamy tu klasycznie budowane story z wstępem na zapoznanie się z bohaterami i migawkami pokazującymi czyhające na nich zagrożenie, rozwinięcie, czyli pierwsze wypadki na trasie, na razie bez spotkania z tytułowym bohaterem, kulminację gdzie wężysko napada na swoje ofiary a obsesyjnie pragnący zdobyć żywą anakondę kłusownik objawia swoje prawdziwe oblicze i złe zamiary. Finał to wielka batalia, z której tylko nieliczni ujdą z życiem. Brutalność jak i nagromadzenie scen nadszarpujących filmowy budżet rośnie w miarę rozwoju akcji.

Co się tyczy aktorstwa to tak na dobrą sprawę do gustu przypadł mi tylko Jon Voight jako kłusownik, choć cała obsada to gwiazdki większe i mniejsze na czele których stoi Jeniffer Lopez ochoczo prezentująca swoje nabrzmiałe wdzięki.

anakonda

“Anakonda” doczekała się wielu kontynuacji, które jednoznacznie zostały uznane za fiasko i dno. Sam film często postrzegany jest jako mocno tandetny, efekciarski, durny i przebajdużony. Nie mam nawet zamiaru tego negować. W moim przypadku spełnił swoją horrorową rolę przerażając mnie tak, jak to jest możliwe.

Moja ocena:

Straszność:10

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:6

61/100

W skali brutalności:3/10

Pajączek

Arachnophobia/Arachnofobia (1990)

arachnofobia

Lekarz Ross Jennings przeprowadza się do małego miasteczka by tam prowadzić praktykę z dala od miejskiego zgiełku. Niestety spokojne miasteczko przestaje być bezpieczne z chwilą, gdy w wyniku nieszczęśliwego splotu zdarzeń na jego terenie zagnieżdża się jadowity pająk pochodzący z Wenezueli. Kolejne ofiary jadowitych ukąszeń padają trupem, a lekarz i inni mieszkańcy muszą stawić czoła szerzącemu się zagrożeniu.

Nie boję się pająków i nigdy się ich nie bałam, ale wyobrażam sobie, co może czuć osoba cierpiąca na arachnofobię. Dla widzów z ta przypadłością seans z filmem Franka Marshalla mimo iż cechuje go duża dawka humoru może być autentycznie straszliwym przeżyciem.

arachnofobia

Na arachnofobię cierpi główny bohater filmu. Pech chce, że to właśnie w jego najbliższym otoczeniu rozegra się tragedia z pająkami w roli głównej. “Arachnofobia” to jeden z tych filmów, które pokazują, że odczuwanie panicznego lęku nie zawsze jet bezzasadne. W przypadku pająków z tej produkcji lęk jest jak najbardziej uzasadniony bowiem mamy tu do czynienia z gatunkiem, który zabija na miejscu przy użyciu choćby najmniejszej ilości jadu.

Arachnofobicy będą mieli okazję ujrzeć tu taj całe chmary znienawidzonych stworzeń. Z uwagi na duży budżet jaki poświęcono na realizację projektu efekty specjalne mimo iż jest to film z początku lat ’90 prezentują się nader dobrze. Fabuła jest bardzo prosta. Jej początek łudząco przypominał mi ekranizacje “Smętarza zwierzat” Stephena Kinga, ale rozwój akcji biegnie już w zupełnie innym kierunku.

Gdy doktor Jennings wraz z rodziną przeprowadza się do Cambrii w tym samym czasie do miejscowego zakładu pogrzebowego zostają dostarczone zwłoki młodego archeologa, który zmarł w tajemniczych okolicznościach w czasie wyjazdu do Wenezueli. Okazuje się, że wraz z ciałem do Stanów dotarł pasażer na gapę. Pająk nieznanego dotąd gatunku, który jest wyjątkowo zabójczy dla ludzi i innych zwierząt. Pomijając już jego imponujące rozmiary, jest czarny, włochaty i ma ogromne kły.

arachnofobia

Co gorsza pająk rozmnaża się. Jego ofiarami padają mieszkańcy miasteczka zupełnie nieświadomi zagrożenia. Finalnie to właśnie cierpiący na arachnofobię lekarz będzie zmuszony stoczyć bój z pająkami.

Nie jestem wielką miłośniczką animal attak, ale “Arachnofobia” przypadła mi do gustu. Może nie jako horror, lecz jako film ogólnie, bo jakoś nie byłam w stanie się wystraszyć a ukucie niepokoju w czasie seansu zdarzyło mi się tylko raz, gdy jeden z pająków szykował się do ataku na kota – szczęśliwie uśmiercił jednak jedynie jego właścicielkę to też odetchnęłam z ulgą.

Film ma silne zabarwienie komediowe, trochę bardziej przypominał mi kino z rodzaju seansów familijno – przygodowych niż horror, choć pewnikiem jest, że ogromna grupa odbiorców, właśnie tych cierpiący na lęk przed pająkami, uzna film za przerażający. Ja na ten przykład za takowy uznaję “Anakondy” choć zdaje sobie sprawę z tego jak marny w ocenie większości widzów jest to film to dla mnie jest straszniejszy niż najstraszniejszy horror z hektolitrami krwi, czy całym stadem martwych, azjatyckich dzieci, bo mamy tam węża. “Arachnofobię” natomiast oglądało mi się bardzo przyjemnie, doceniłam starania włożone w realizację całego pomysłu, jego lekko żartobliwy wydźwięk i klasyczne podejście do tematu animal attack.

Dziś “Arachnofobię” można już zaliczyć do grona klasyków.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:3

Aktorstwo:8

Walory techniczne:8

Oryginalność:6

To coś:7

62/100

W skali brutalności: 1/10

Zostaniecie pokarmem

Food of the gods/ Pokarm bogów (1976)

pokarm bogów

Grupa fudbolistów wybiera się na rekreacyjną wycieczkę na jedną z Kanadyjskich wysepek. Tam napotykają na coś, co fizycznie nie ma prawa istnieć. Jeden z mężczyzn zostaje zaatakowany przez gigantyczną osę inny stoczy krwawą walkę z gigantycznym kogutem na pobliskiej farmie. Co tu się wyrabia?

Przyczyn anomalii należy szukać na farmie państwa Skinnerów, którzy odkryli w okolicy dziwne źródełko i poczęli mieszać pochodzącą z niego ciecz z paszą dla zwierząt. Jeden z futbalistów, Morgan i jego tchórzliwy przyjaciel Brian powracają na wyspę by powstrzymać gigantyczne zwierzęta przed zniszczeniem całego ekosystemu.

“Pokarm dla bogów” to godny reprezentant kina klasy B. Niski budżet i małe możliwości techniczne sprawiły, że wysiłki twórców w stworzeniu efektownej akcji są podwójne, a nawet potrójne w porównaniu ze współczesnym kinem z pod znaku animal attack, czy monster movie. Jeśli podobały Wam się “Zabójcze ryjówki” czym prędzej musicie sięgnąć po “Pokarm bogów” inaczej przejdzie Wam koło nosa przednia zabawa.

pokarm bogów

Scenariusz filmu powstał w oparciu o powieść Herberta Wells’a znanego przede wszystkim jako autora “Wojny światów”, ale ma na koncie także takie utwory jak “Niewidzialny człowiek”, czy “Wyspa doktora Morau”. Wszystkie doczekały się filmowych adaptacji, niektóre nawet parokrotnie.

Pisarz obraca się w kręgach sci-fi, a jego twórczość często przybiera moralizatorski ton. Tak też jest w przypadku “Pokarmu bogów”. Nakręcony w latach ’70 film można zaklasyfikować do nurtu ‘horrorów ekologicznych’. To nieco niefortunne sformułowanie mówi nam, że w tym przypadku będziemy mieć do czynienia z historią, w której głównym antagonistą będzie mściwa przyroda. Tak było w przypadku “Last winter“, czy “Długiego weekendu“.

Bohaterzy filmu mają świadomość tego, że natura odgrywa się na ludziach w ten dziwny i chory sposób. Pojawienie się źródełka mogło mieć na celu odprawienie zemsty na cywilizacji. Przerośnięte zwierzęta nie są już ofiarami, one atakują człowieka, który niszczy ich świat. Pojawia się też wątek kary za grzechy jako zgotował bóg, ale osobiście wolę utożsamiać nadrzędną siłę z otaczającą nas naturą niż jakimś widmowym bóstwem.

Jak na kino klasy B mamy wiec całkiem niegłupią pointe. Nie zapominajmy jednak o walorach czysto rozrywkowych, bo tych w filmie nie zabraknie. Twórca, reżyser i scenarzysta w jednej osobie zadbał o to byśmy się nie nudzili. Akcja jest naprawdę wartka i bogata w niekiedy odrażające sceny, jak robale giganty atakujące rękę Pani Skinner.

pokarm bogów

Wspominałam o niskim budżecie i małych możliwościach technicznych. Jak Bert Gordon poradził sobie z wyzwanie stworzenia gigantycznych zwierząt? Jeśli nie masz na podorędzi machiny powiększającej szczura pomniejszasz jego otoczenie. Efekt wizualny jest podobny. Ok, zbliżony:) W scenach, gdy gigantyczne szczuty mają atakować auto, czy dom użyto miniatur owego domu czy auta. Szczurzy aktorzy wydają się bardziej zaciekawieni niż agresywnie i ich ekspansja na rzeczone miejsca wypada czasami śmiesznie. Ale, cóż, kino klasy B i jego urok.

pokarm bogów

Zastanawia mnie tylko jedna rzecz… Sceny, w których szczurki padają zalane krwią wyglądają bardzo wiarygodnie. Aż za bardzo i tu mam obawy, że Gordon faktycznie uśmiercał swoich zwierzęcych aktorów. Wiem, że “to tylko szczury”, ale właśnie z takich względów nie lubię oglądąc filmów gdzie antybohaterami są zwierzęta.  Tak jak napisałam w recenzji “Zombeavers”: “Nigdy nie byłam fanką filmów z gatunku animal attack. Może dlatego, że zawsze szkoda mi tych biednych zwierząt, które robią w nich za wcielone zło i prędzej, czy później giną z rąk tak zwanych bohaterów pozytywnych, czyli najczęściej mało rozgarniętych przedstawicieli ludzkiego gatunku.”

Nie sądzę by w którymkolwiek z filmów z tego gatunku autentycznie uśmiercano zwierzęta, ale w przypadku “Pokarmu bogów” mam względem tego spore obawy….

pokarm bogów

Podsumowując i porzucając w tym momencie moje rozterki powiem Wam, że “Pokarm bogów” to kawał dobrej rozrywki. Śmiechu jest co niemiara, a i horror’owych walorów nie zabraknie.Miłośnicy starego kina klasy B powinni być zadowoleni.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:4

Aktorstwo:7

Walory techniczne:7

Oryginalność:7

To coś:7

65/100

W skali brutalności:3/10

Niedzielni turyści

Backcontry (2015)

backcountry

Alex i Jenn wybierają się na wycieczkę leśnym szlakiem zwanym szlakiem czarnej stopy. Zapowiada się kilkudniowa, miła wyprawa w pięknych okolicznościach kanadyjskiej przyrody, jednakże nieroztropność naszych bohaterów doprowadzi raczej do serii tragicznych wydarzeń niż do celebracji miłości na łonie natury….

Legenda głosi, że film Adama MacDonald’a, bardziej aktora niż reżysera, znanego chociażby z thrillera “Home sweet home”, opowiada prawdziwą historię pary niedzielnych turystów.

Ile w tym prawdy, nie wiem, ale historia nie obfituje w jakieś szczególnie nieprawdopodobne wydarzenia, więc można dać temu wiarę.

Opowieść o feralne wycieczce opiera się na kompilacji brawury i naiwności, która nakazała Alexowi wyprowadzić swoją lubą w ciemny las bez mapy, czy innego środka nawigacji, bez telefonu, czy innego środka komunikacji i bez czegokolwiek, co mogło by posłużyć do obrony przed potencjalnym zagrożeniem.

backcountry

Sprawa wygląda tak, że poznajemy naszych protagonistów w chwili, gdy ci wypuszczają się na weekendowy wypad do lasu. Alex wyraźnie chce zaimponować swojej dziewczynie, prawniczce nie zaznajomionej z zasadami survivalu. Co jest najśmieszniejsze, nasz aspirujący Bear Gryls okazuje się jeszcze mniej zapobiegliwy niż jego miastowa panna, wyszydzając jej drobne środki ostrożności w postaci flary i spray’u na niedźwiedzie. Odmawia wzięcia ze sobą mapy, bo przecież był tu wiele razy i doskonale wie gdzie ma iść. Zabiera dziewczynie telefon, bo przecież ma wzdychać w zachwycie do jego umiejętności przetrwania w trenie, a nie odbierać maile z pracy.

backcountry

backcountry

Przez pierwsze minuty filmu śledzimy zatem sekwencje kolejnych potknięć w działaniu, które dla każdego widza będą jednoznacznym sygnałem, że ‘to musi się źle skończyć’.

Gdy para rozbija obóz w połowie drogi napotykają pewnego podejrzanego typa, który łowił ryby w okolicznym jeziorze, Jenn ochoczo zaprasza go na ognisko. To dopełnienia obrazu nieostrożności prezentowanej przez bohaterów.

“Backcountry” nie jest jednak filmem o świrze z lasu, więc typa z ogniska możemy zostawić tam, gdzie był i skupić się na początku zbioru plonów z głupoty, którą protagoniści zasiali w pierwszej połowie obrazu.

Oczywiście okaże się, że mapa jednak była kurewsko potrzebna, spray to za mało w spotkaniu z misiem, zapasy jedzenia umieszcza się w bezpieczniejszym schowku, a telefon komórkowy mógłby złapać zasięg.

backcountry

“Backcountry” jest, więc bardzo prostym filmem z prostym przesłaniem. Obfituje w kilka mocniejszych scen, gdy prawo Murpy’ego zaczyna znajdować zastosowanie w prezentowanych tu wydarzeniach: Jeśli możecie się zgubić to na pewno się zgubicie, jeśli macie spotkać niedźwiedzia to na pewno spotkacie, jeśli możesz pokiereszować sobie nogę to na pewno tak będzie itp. To sprawia, że film jest przewidywalny, ale czy to źle?

Jeśli dobrze zrozumiałam to miał prezentować proste konsekwencje prostych błędów i tak się właśnie stało. Nie jest to na pewno pozycja obowiązkowa, raczej średniak z rodzaju tych, które można odpuścić bo znajdziemy jeszcze z tuzin podobnych filmów, a więc nic straconego.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

aktorstwo:6

Oryginalność:4

to coś:5

53/100

W skali brutalności:3/10

Boberki w natarciu

Bobry zombi/ Zombeavers (2014)

zombeavers

Trzy przyjaciółki, Jenny, Mary i Zoe, wybierają się na weekend do domku nad jeziorem w ramach interwencji kryzysowej w sprawie złamanego serca Jenn. Babski weekend przerywają chłopcy, w tym zdradziecki facet Jenny, którzy dołączają do nich jeszcze tego samego wieczoru.

Nikt z szóstki przyjaciół nie wie, że w pobliskich wodach, za sprawą dwóch ‘nierozważnych’ kierowców samochodu z odpadami chemicznymi lęgną się bobry zombie, które to wkrótce przejdą do zmasowanego ataku.

zombeavers

Nigdy nie byłam fanką filmów z gatunku animal attack. Może dlatego, że zawsze szkoda mi tych biednych zwierząt, które robią w nich za wcielone zło i prędzej, czy później giną z rąk tak zwanych bohaterów pozytywnych, czyli najczęściej mało rozgarniętych przedstawicieli ludzkiego gatunku.

Ten nurt jest znany już od dawna. Słynie nie tylko ze swojego typowego przesłania, że na każdego cwaniaka znajdzie się większy cwaniak, ale też z bardzo pomysłowych, graniczących z absurdalnością pomysłów na postaci krwiożerczych bestii, atakując na lądzie, w wodzie i w powietrzu.

Filmowi przedstawiciele najróżniejszych gatunków królestwa zwierząt najczęściej nie mają zbyt wiele wspólnego z ich naturalną egzystencją, ich zachowania są dostosowane do scenariusza, który ma maksymalnie przerażać,nawet kosztem realizmu czy logiki.

Zdarza się też, że filmowcy tworzą całkowicie nowe gatunki, swoiste mutanty, tak powstają ‘ośmiorekiny’, ‘megapiranie’ i temu podobne hybrydy.

Jordan Rubin postawił jednak na zwierzęta zupełnie nie kojarzone z zagrożeniem. Na bobry. Miłe futerkowe zwierzęta, budujące swoje żeremie i tamy w zbiornikach wodnych, wegetarianie. Z pomocą jakiejś anonimowej substancji, która w wyniku niefortunnego wypadku dostaje się do wody, boberki zmieniają się w bobry zombie, agresywne bestie atakujące ludzi.

zombeavers

Bliźniaczy motyw wykorzystał ponad pół wieku temu inny filmowiec, czyniąc agresorem innego małego futrzaka – chyba wszyscy pamiętają Zabójcze ryjówki“.

Praktycznie od początku seansu, gdy tylko pierwszy boberek wyskakuje z wanny wprost na jasnowłosą protagonistę miałam wrażenie, że twórcy zapatrzyli się na “Zabójcze ryjówki”. Wygląd bobrów zombi wspiera takie skojarzenie, bo w przeciwieństwie do współczesnych animal attack film nie wali po oczach gładką komputerową grafiką. Bobry wyglądają jak kukiełki – może to są kukiełki? Mają zmierzwione futra, krew na zębach i martwe oczy. Ich ruchy są bardzo nieporadne, a mimo to potrafią efektownie odgryźć nogę.

zombeavers

Krwawe sceny są równie naturalistyczne i proste, co bardzo mi się podoba bo przywołuje na myśl takie klasyki jak właśnie wspomniane “Zabójcze ryjówki”. Kolorystyka filmu jest bardzo intensywna, bobry atakują w pełnym oświetleniu.

Jeśli zaś chodzi o ofiary ataku to stanowią takie stado bardzo standardowe. Jest cierpiąca z powodu zdrady Jenn, jest opiekuńcza Mary, która jak się w końcu okaże, ma diabełka za skórą i bezpruderyjna Zoe. Chłopcy bardziej robią za tło, nikt nie wybiega po za schemat, nikt nie grzeszy inteligencją. Same dupki, jedni bardziej, inni mniej. Ich rozmówki bywają zabawne, ale jest to humor z rodzaju tych mało lotnych, do którego przywykli już widzowie amerykańskich filmów. Nie mniej jednak jest zabawnie.

Fajny pomysł na otwarcie i domknięcie fabuły z udziałem dwóch przygłupów za kierownicą półciężarówki. Wspomniane sceny krwawe też puszczają oko do widza, jak chociażby odgryzienie przyrodzenia przez ex dziewczynę bobrzycę zombie… – wiem, jak to brzmi, ale jak wygląda!

Takich scen jest więcej.

Słowem podsumowania, film bardzo interesujący, fajnie bawi się z konwencją i daje sporo uciechy. Oglądać z przymrużeniem oka.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Aktorstwo:6

Oryginalność:7

To coś:7

Walory techniczne:7

65/100

W skali brutalności: 4/10