Archiwa tagu: atmospheric horror

Zagubieni w trawie

In the Tall Grass/ W wysokiej trawie (2019)

Rodzeństwo Becky i Cal podróżują międzystanową do Kalifornii. Becky jest w zaawansowanej ciąży i kiepsko znosi podróż toteż zmuszeni są przystanąć na odludziu. Z pobocza dobiega ich głos chłopca wołającego o pomoc z wysokiej trawy zarastającej rozległy teren przy drodze.

Najpierw Cal, a później jego siostra ruszają w ślad za głosem dziecka. Odnalezienie go okazuje się niemożliwe, co więcej sami gubią się w wysokiej trawie. Błądząc pośród gęstwiny w palącym słońcu zdają sobie sprawę, że pole posiada niezwykłe właściwości, które rychło doprowadzą do ich śmierci.

Czy wspominałam już, że “W wysokiej trawie” jest moim ulubionym opowiadaniem Kinga? Oczywiście zaraz za “Ciałem”. A więc jeśli nie wspominałam to wspominam teraz. Już podczas lektury marzył mi się seans z filmem na jego podstawie i choć z ekranizacjami bywa różnie to cieszę się, że ta powstała. Jej twórcą, zarówno na poziomie scenariusza jak i reżyserii jest Vincenzo Natali (Cube”, serial “Hannibal“), solidny człowiek, który solidnie podszedł do tematu.

Próbując przywołać w pamięci szczegóły opowiadania nie przypominam sobie elementów, które jakość szczególnie zostały przekształcone, choć moja pamięć może być zawodna. Z pewnością historię rozbudowano, dodano do niej, ale nie jest to raczej kwestia zapędów twórcy filmu ile wymóg samego opowiadania, które jest zwyczajnie za krótkie na długi metraż.

W ogromnym stopniu to właśnie minimalizm historii tak mnie urzekł w opowiadaniu, ale nie mogę powiedzieć, by to co zaproponował Natali nie było warte uwagi. Ktoś może uznać, że niekończący się pościg wśród zieleni wieje nudą, ale w moim przypadku odnotowuje to na plus. Autentycznie umordowałam się wraz z bohaterami i lepiej wczułam się w ich sytuację: zmęczenie, panikę.

Najmocniejszym punktem programu jest trawa. Wysoka gęsta trawa. Ktoś by powiedział, takie nic. Ale każdy kto ceni wyobraźnię Kinga wie, że ten autor potrafi wycisnąć grozę ze wszystkiego. Pole trawy okazuje się idealnym miejsce na horror. Nie trudno zginąć w miejscu, w którym nie widać horyzontu. Nie trudno zabłądzić, gdy dokoła wszystko jest takie samo. Agorafobia i klaustrofobia w jednym. Jest i pierwiastek nadprzyrodzony. To nie jest zwykłe pole. Zdaje się ono przemieszczać bohaterów, ale i w nich samych czynić zmiany. A może to nie magia tylko czysta psychologia? Nic tak skutecznie jak zagrożenie życia nie wyciąga z ludzi najgorszych instynktów – i to tak się składa też jest jeden z ulubionych punktów bazowych dla Kinga.

Prezentowana tu historia jest naprawdę niezła, a i sposób jej ukazania przy pomocy dość prostych środków wyrazu działa. Atmosfera grozy jest odczuwalna, a to przecie główny wymóg filmowego horroru.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:7

65/100

W skali brutalności:2/10

Smutna królowa maja

Midsommar/ Midsomar. W biały dzień (2019)

Studentka psychologii, Dani w traumatyzujących okolicznościach traci rodziców i siostrę. Po tym zdarzeniu jej najbliższą osobą zostaje chłopak, z którym spotyka się od trzech lat, Christian. Ten nie koniecznie służy jej wsparciem, ale dobrodusznie zabiera ją na ‘naukową’ wyprawę wraz ze swoimi kolegami. Ich celem jest mała osada w Szwecji gdzie wychował się jeden ze wspomnianych kolegów.

Grupa studentów ma zamiar zgłębiać tam antropologiczne zagwozdki towarzyszące obcowaniu z gromadą wyznającą kult obupłciowej bogini natury. Serdeczne przyjęcie przez ludzi żyjących jakby w innej epoce początkowo bardzo podoba się amerykanom. Niestety kult ma też mroczne oblicze, które to nasi bohaterzy poznają od najbrutalniejszej strony.

Czekałam na ten film. Poprzedni obraz Ari Aster’a zrobił na mnie na tyle pozytywne wrażenie, że zaczęłam żywić poważne nadzieje, że świat filmowego horroru idzie ku lepszemu. “Midsommar. W biały dzień” to kontra dla mainstreamu. Nie ma tu żadnych zagrywek mogących kojarzyć się z tym do czego przyzwyczaiły nas hollywoodzkie produkcje. Jest wprost przekornym horrorem. Zamiast mroku nocy, mamy biały dzień.

Z pewnością zorientowaliście się, że będzie tu mowa o horrorze folklorystycznym, a  ten oto gatunek lubię przeogromnie, oczywiście pod warunkiem, że serwowane gusła są podane ze smakiem.

“Midsommar” w głównej części rozgrywa się w Szwecji i czyni z jednego z popularnych tam świąt coś czemu bliżej do czarnej mszy, niż radosnego święta lata. Ciekawa jestem co na to Szwedzi;) Oczywiście ta upiorna część obchodów zarezerwowana jest tylko dla grupy wybrańców, którzy nader poważnie podchodzą do kultu natury.

Obraz dziewięciodniowego święta, w którym przyjdzie uczestniczyć ‘przyjezdnym’ od początku robi jakiej niejasno niepokojące wrażenie. Niby wszyscy są serdeczni, uśmiechnięci i otwarci z drugiej strony nawet w małych gestach, spojrzeniach, czy z lekka wyrażanym myślom towarzyszy jakieś drugie znaczenie. To poczucie niepokoju udziela się widzowi. Dziwne przeczucie nieuchronności czegoś.

Jasne słońce, które praktycznie nie zachodzi przez cały czas trwania akcji zamiast poprawiać wszystkim nastrój powoduje wrażenie, nie wiem, duszności? Tak, atmosfera jest zdecydowanie duszna, gęsta. Kiedy w końcu poleje się krew- nie nie ma jej dużo- możecie być pewni, że te konkretne sceny będą na tyle naturalistyczne na ile to tylko możliwe w filmowym świecie. Hej, w końcu to święto natury.

Kultywowane tu tradycje, każda jedna, nawet najdrobniejsza, dla człowieka osadzonego we współczesnej cywilizacji, wyda się dziwna, a co za tym idzie w jakiś sposób złowroga. Zdecydowanie, osada i jej mieszkańcy robią robotę. Jeśli widzieliście kiedyś “Wicker man’a”, jeden z najbardziej znanych horrorów folklorystycznych – mam oczywiście na myśli oryginał, nie remake, wiecie czym to się je.

Przyjezdni to oczywiście osoby, z którymi może utożsamiać się współczesny widz. Na czele tej gromady mamy Dani ze świetną rolę Florence Pugh. Dziewczynę bardzo… uwikłaną. Jak dowiadujemy się z filmowego wstępu, Dani opiekowała się swoją pokręconą siostrą, co dość mocno wkurzało jej chłopaka, któremu obce są opiekuńcze instynkty. W końcu siostra zrobiła coś przez co Danii już nie musi się nią opiekować, za to jej samej przydałoby się wsparcie ze strony Christiana. Ten, cóż…. Obraz związku tych dwojga to podręcznikowy przykład wypalenia. Związek się już skończył, ale Dani jeszcze tego nie zauważyła. A kiedy w końcu zauważy… to wianki z głów;)  Jeśli chcielibyśmy spłycić sprawę jest to film o tym, jak dziewczyna traci faceta w czasie wspólnych wakacji ;).

Na szczęście nie ma tu miejsca na płyciznę, choć, można by zarzucić scenariuszowi pewną przewidywalność. Mnie to osobiście nie przeszkadzało, bo czekanie na coś nieuchronnego też nosi znamiona sposobu na grozę. Tak więc, bierzcie i oglądajcie, Wy, wyznawcy kultu horrorów innych.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:8

Klimat:10

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:8

To coś:8

75/100

W skali brutalności:2/10

Diabeł interesuje się słabymi

Gwen (2018)

XIX wieczna Walia. Na nieprzyjaznych terenach Snowdonii leży farma należąca do rodziny nastoletniej Gwen. Od chwili wyruszenia ojca na wojnę Gwen wraz z matką i młodszą siostrą muszą borykać się same z trudami codziennego życia. Owy trud bynajmniej nie procentuje, a problemów z jakimi muszą mierzyć się kobiety jest coraz więcej. W sąsiedztwie umierają ludzie i zwierzęta gospodarcze, w końcu i matka Gwen zaczyna chorować. Otoczona górami farma zaczyna się jawić jako miejsce przeklęte i opuszczone przez boga.

“Gwen” to kolejny miły memu sercu horror kostiumowy wykorzystujący elementy folkloru. Jego akcja rozgrywa się w XIX wieku na terenach obecnego parku narodowego Snowdonii na północy wysp Brytyjskich. Nie zabraknie tu pięknych krajobrazów, które mogą sprawiać agorafobiczne wrażenie. Nieustannie świszczący wiatr, rozległe przestrzenie pokryte głównie kamieniami, trawą i błotem. Niewielka zaniedbana farma i niewielu bohaterów.

Na ich czele stoi Gwen, która może Wam się kojarzyć z Tomasine z “Czarownicy”. Jest to kolejna dorastająca dziewczyna, która dźwiga brzemię opieki nad bliskimi przy jednoczesnym wykluczeniu z gromady. Gdy matka dziewczyny zaczyna chorować ta nie może liczyć na pomoc. Atak, którego doświadcza w czasie nabożeństwa w lokalnym kościele staje się przyczyną ostracyzmu ze strony ludzi, widzących w tym dzieło diabelskie.

Kto jest tu antybohaterem musicie ocenić sami. Bez wątpienia na farmie dzieje się coś niepokojącego, ale co to jest? Czy przyczyną jest załamanie nerwowe matki, czy coś nadnaturalnego? A może to wszytko dzieło ludzi i ich okrucieństwa i pazerności? Mam na ten temat swoje zdanie, ale nie chcę Wam nic narzucać.

Obraz ma wspaniały klimat, w którym groza może w pełni rozkwitać. Ma też dobrze zbudowaną warstwę dramatyczną, historycznie uzasadnione tło społeczne, które stanowi doskonałą przestrzeń do budowania historii wcale nie paranormalnej tylko zwyczajnie po ludzku tragicznej. Ta gatunkowa uniwersalność jeśli chodzi o mój odbiór działa zdecydowanie na plus, choć dla miłośników czystości gatunkowej i bardziej ewidentnie horrowych rozwiązań może stanowić problem.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:8

70/100

W skali brutalności:2/10

To zła energia

The House of Pine Street (2015)

Jennifer i jej małżonek Luke za radą apodyktycznej matki kobiety, opuszczają Chicago i wracają do jej rodzinnego miasteczka w Kansas. Wprowadzają się do nowego domu i tam oczekują narodzin pierwszego dziecka.

Jennifer traktuje przeprowadzkę jako stan przejściowy i wyczekuje powrotu do miasta. Jej mąż i matka gorąco wierzą, że zmiana miejsca dobrze zrobi Jennifer, której stan psychiczny drastycznie pogorszył się gdy zaszła w ciążę.

Wszyscy szybko przekonują się, że jest wręcz odwrotnie, bo Jen uważa, że w domu gnieździ się zła energia.

“House of Pine Street” to horror braci Keeling, dosyć anonimowych w filmowym świecie. Wspomniana produkcja nie przysporzyła im popularności, bo  choć krytycy chwalili obraz to ma rażąco niskie oceny jeśli chodzi o zwykłych widzów. Właściwie szczerze się temu dziwię. Widziałam nie jedno i z całą pewnością mogę powiedzieć, że widziałam dużo gorsze straszaki. Mogę wręcz stwierdzić, że film mi się podobał.

Nie mam żadnych zarzutów względem wykonania filmu. Technicznie stoi na całkiem przyzwoitym poziomie, aktorstwo jest okej a sam pomysł… Cóż. Jest to dość typowy film o nawiedzonym domu.

Zgodnie z mainstreamowym przykazem mamy tu młode małżeństwo z problemami, które pchnęły ich do zmiany miejsca zamieszkania. Owe problemy wiążą się ze stanem psychicznym ciężarnej kobiety coby sceptyczny widz mógł przypisać wszelkie nadprzyrodzone wydarzenia błędnej interpretacji splątanego umysłu kobiety.

Co więc przypadło mi do gustu? Po pierwsze scenariusz nie jest tak boleśnie schematyczny jak otaczającego go ramy. W wielu miejscach obraz ma odwagę wykroczyć poza nie.

Nasz bohaterka nie jest typowa. Nie wiem czy zauważyliście, ale większość ciężarnych kobiet w horrorach to radosne pingwiny, nawet jeśli dopada je huśtawka nastroju to żadna z nich o ile dobrze pamiętam nie traktowała ciąży jako niewygodnej wpadki (przecież wszystkie kobiety o tym marzą), a przeprowadzka do nowego domu to dla niej kara za to, że nie ma ochoty wejść w nową rolę.

Jej mąż siedzi pod pantoflem teściowej, co tez nie jest popularnym motywem.

W sąsiedztwie mamy tajemniczą kobietę, która jednak wcale nie gada jak nawiedzona, ale przykuwa uwagę ze smutkiem opowiadając o przypadłości swoich córek. No, córki też robią wrażenie. Nagle okazało się, że można straszyć innym zaburzeniem rozwojowym u dzieci niż autyzm;)

Pojawia się też wątek medium/jasnowidza, jak zwał tak zwał i tu też mamy odstępstwo. Żadnych egzorcyzmów, okadzania szałwią, mówienia językami etc. Pan medium urzekł mnie swoją pokorą w podejściu do tematu, a także świeżą jego interpretacją. No, dobra, Ameryki nie odkrył, ale obeszło się bez wyciągania z czeliści piekieł błyszczącego nowością demona;)

Brak słodko pierdzącego finału, jak i uniknięcie pokazowego dramatu też zasługuje na pewne wyróżnienie.

Podejrzewam, że w za sprawą imponującej fali bardziej rozreklamowanych filmów i Wam mógł umknąć ten tytuł. Z tego miejsca, mogę go polecić.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Aktorstwo:7

Walory techniczne:7

Oryginalność:6

To coś:7

63/100

W skali brutalności:1/10

Cudowny

Prodigy/ Prodigy: Opętany (2019)

Ośmioletni Miles Blume, jedyny syn Sary i Johna zaczyna przejawiać dziwne zachowania. Są one na tyle niepokojące, że Sarah postanawia udać się z nim do specjalistki. Ta skonsternowana opowieściami o napadach agresji chłopca i mówieniu obcymi językami stwierdza, że jest on nieprzeciętnie inteligentny, ale może się za tym kryć coś więcej. Tak Sarah trafia do Arthura Jackobsona, który wprowadza Milesa w stan przypominający hipnozę. W ten sposób odkrywa, że w ciele chłopca ukrywa się ktoś jeszcze.

Słysząc zapowiedzi tytułu, przeszło mi przez myśl, że będziemy tu mieli do czynienia z remake mało znanego obrazu z 2016  pod tym samym tytułem. Opowiadając Wam o tamtym filmie wspomniałam o tkwiącym w nim potencjale, nie do końca wykorzystanym. Jednak mimo wszelkich podobieństw- tytuł, główny dziecięcy bohater – są to dwa zupełnie oddzielne twory.

Horror Nicolasa Mc Carthy’ego to w sumie kolejny film grozy o opętanym dziecku. Mówię o tym wprost nie tylko dlatego, że polski tytuł krzyczy o tym wystarczająco głośno, ale też z uwagi na scenariusz, który nie stawia na element zaskoczenia w kwestii dolegliwości chłopca. 

Oczywiście nie jest całkowicie pozbawiony, powiedzmy twistów, ale są one dość jasną konsekwencją poprzedzających je wydarzeń i myślę, że ciężko tu mówić o efekcie zaskoczenia.

Co do ładunku grozy na metr kwadratowy, to wbrew temu co mogliście słyszeć o krzyczącej w niebo głosy widowni na sali kinowej nie znajdziemy tu wiele scen mogących zrobić tak silne wrażenie. Jeśli chodzi o mój osobisty odbiór to jedynie ujęcie ‘zmiany twarzy’ Milesa mnie ruszyło, cała reszta… cóż. Nie jest źle, ale nie mogę powiedzieć by był to horror z rodzaju autentycznie przerażających.

Może się jednak podobać, bo jakby nie patrzeć, filmy o ‘popieprzonych, złych dzieciach’ mają sporą rzeszę amatorów i sama do niej należę. To zdecydowanie plus. Z drugiej jednak strony: ile można? Czy pojawia się tu coś oryginalnego? No, nie.

Z czystym sumieniem daję jednak punkty za kreacje aktorskie, chłopca, matki i Jackobsena. Zdjęcia i cała reszta też bez zarzutów. Film ogólnie przyjemny, ale w pamięć szczególnie mi nie zapadnie.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:5

To coś:6

60/100

W skali brutalności:1/10

 

Wind of psycho change

Wind/ Wiatr (2018)

Ameryka, koniec XIX wieku. Lizzy i jej mąż Isaak zamieszkują odludne, nieustannie smagane przez wiatr tereny Stanów. Ich jedynymi towarzyszami jest para młodych małżonków, Emma i Gideon. Długotrwała izolacja i problemy małżeńskie to nie jedyne zmartwienia Lizzy, nabiera ona bowiem przekonania, że ziemia, na której żyje jest nawidzona przez preriowe demony. Gdy Isaak opuszcza ich dom Lizzy musi stoczyć z owymi demonami samotną walkę. Pytanie, z czym tak naprawdę ma do czynienia?

“Wiatr” jest debiutem dwóch filmowców w spódnicach, Teresy Sutherland- scenarzystki i Emmy Tammi – reżyserki. Dwie kobiety stworzyły horror opowiadany z punktu widzenia kobiety, ale jeśli spodziewacie się ckliwości i na siłę upychanych wątków romantycznych to zapomnijcie o tym.

Krążą pogłoski, że “Wiatr” nie jest zupełnie oryginalnym pomysłem i w dużej mierze opiera się na “Wichrze” z 1928 roku nakręconym przez Szweda, reżysera między innymi “Furmana śmierci“. Jak jest faktycznie nie wypowiem się ponieważ z przykrością muszę stwierdzić, że “Wichru” nie widziałam. Oczywiście mam zamiar nadrobić.

Wracając do tego co wiem: “Wiatr” jest mroczny, miejscami surowy i posiada silny ładunek emocjonalny. Dla mnie bomba. Podobał mi się szalenie.

Klimat w zasadzie buduje się sam, za sprawą samego doboru miejsca akcji i czasów, w których akcja się toczy. Połączenie grozy ze światem zarezerwowanym dla westernu coraz bardziej mi się podoba. Fabuła rozwija się bardzo powoli, pewnie niektórzy będą narzekać, ale ja tak właśnie lubię.

Rozpoczynając seans znajdziemy się mniej więcej w środku tej historii. Lizzy i Isaak grzebią martwą Emmę. Isaak opuszcza farmę obiecując żnie szybki powrót.Co doprowadziło do  śmierci młodej kobiety? Kim jest? Dowiemy się z czasem, za sprawą przywoływanych przez Lizzy retrospekcji przeplatających bieżące wydarzenia.

Jedne i drugie są nie mniej angażujące, choć nie powiem, miłośnicy prostych liniowych narracji mogą odnieść wrażenie chaosu. Co najważniejsze i muszę to podkreślić w filmie pojawiła się scena, która autentycznie mnie zmroziła. SPOILER: Rozmowa Lizzy z demonem pod postacią księdza KONIEC SPOILERA. Nie często się to zdarza, a więc szacun dla miłych pań twórczyń.

Ogólnie sceny nacechowane grozą- są, są – istnieją tu bez wymuszenia, dobrze zmontowane, z rozważnym użyciem efektów.

“Wiatr” ma też w sobie sporo z thrillera, czy horroru psychologicznego, bo interpretacja wydarzeń wcale nie jest oczywista. Charakter zdarzeń, ich kontekst, sposób w jaki przedstawiono nam główną bohaterkę – bardzo ciekawie skrojona postać – daje przestrzeń na domysły. Kreacje aktorskie, szczególnie mam tu na myśli odtwórczynie głównej bohaterki zapadają w pamięć.

Muszę więc z ogromną radością przyznać, że od czasu “Czarownicy” żaden film nie spodobał mi się tak bardzo. Jestem bardzo ciekawa Waszych wrażeń, bo oglądała go w w stanie poczytalności ograniczonej gorączką;)

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność:8

To coś:9

77/100

W skali brutalności:1/10

 

 

Taniec czarownicy

Suspiria/ Odgłosy (2018)

suspiria

Berlin 1977 rok. Wychowywana w wiosce Amiszów płomiennowłosa Amerykanka, Susan Banion przybywa do podzielonego murem Berlina by dołączyć do mieszczącej się po zachodniej stronie miasta szkoły baletowej.

Utalentowana dziewczyna szybko zyskuje aprobatę Madame Blanc, która powierza jej główną rolę w autorskiej choreografii Volk. Tak się składa, że Susie zastępuje w tej roli niedawno zaginioną tancerkę Patricie, która znikła bez wieści.

Za sprawą panującej w szkole atmosfery Susan szybko nabiera przekonania, że jest częścią czegoś więcej niż tylko tanecznego przedstawienia.

suspiria

Pamiętam moje pogardliwe parsknięcia na wieść o tym, że ktoś poważył się na remake’owanie dzieła mistrza włoskiego giallo, Dario Argento. Nie wnikałam kim jest ów śmiałek, ani kogo umieści w obsadzie. Gdybym wówczas wiedziała, że nowa “Suspiria” będzie pierwszym horrorem w dorobku reżysera melodramatów, a w roli głównej zostanie obsadzona Dakota “Pięćdziesiąt twarzy Greya” Johnson, chyba bym przeszła załamanie.

Jestem autentycznie zaskoczona tym, co zaserwował Luca Guadagnino. Powiedzieć, że spodziewałam się kompletnej klapy to chyba mało. Tymczasem dostałam film, który mnie, chyba mogę to powiedzieć, zachwycił.

Nigdy nie przeszło mi przez myśl, że w dziele Argento można coś ulepszyć, dopóki nie skonfrontowałam się z nową wersją tej historii.

Rzecz pierwsza i najważniejsza: Taniec. Jak teraz przywołuje w pamięci dzieło Argento, widzę jak niewiele go w nim było, choć akcja rozgrywała się przecież w szkole baletu.

Tu, w nowej “Suspirii” z tańca uczyniono swoisty język magii jakim posługują się filmowe bohaterki. Sceny poświęcone na zaprezentowanie choreografii są chyba jeszcze lepsze niż te w “Czarnym łabędziu, choć może to złe porównanie, bo tam prezentowano najbardziej klasyczną formę baletu.

Każdy pokaz tańca w nowej “Suspirii” wygląda jak mistyczny obrzęd. Nie sądziłam, że taniec może przerazić, że może prezentować i budzić tak skrajne emocje. Nie ma się czemu dziwić, bo znawcą tematu nie jestem, ale liczy się efekt, a ten jest murowany.

suspiria

Taniec towarzyszy praktycznie każdej stricte horrorowej scenie. W jednej ze scen widzimy tańczącą Susan, a przejścia ukazują nam dotkliwie okaleczaną inną z tancerek. To jeden z nielicznych tak słusznie użytych efektów w kinie grozy. Taniec jest więc głównym nośnikiem grozy, jeśli chodzi o mój osobisty odbiór. Zawsze towarzyszą mu psychodeliczne elementy.

Wizje, efekty, charakteryzacja (Matka Markot wymiata). Muzyki jest stosunkowo niewiele, w porównaniu z Goblinami, które zjadły starą “Suspirie“, tu faktycznie mamy więcej tytułowych odgłosów (oddech, szmer, szept, westchnienie), które są obecne na pierwszym planie bardziej niż ścieżka muzyczna. Szalenie spodobała mi się też sama kolorystyka zdjęć. Taka… postarzana, zupełnie jakby oglądała film z lat ’70 czy ’80.

Mimo, że nadal jestem pod urokiem scenografii starej “Suspirii” to wcale nie mogę narzekać, na tą zaprezentowaną w nowej. Bardzo dużo starania włożono, w odzwierciedlenie za jej pomocą charakteru lat ’70. Jest zdecydowanie bardziej minimalistycznie niż w oryginale, ale czy przez to gorzej? Mnie się podobało.

suspiria

Jeśli chodzi o fabułę, to główne założenia oryginału zostały utrzymane, z tym, że w przypadku nowej “Suspirii” dodano elementy z pozostałych części trylogii Argento “Matki łez” i “Inferno”.

Dużą uwagę poświecono wątkom politycznego i społecznego tła. Z Susan zrobiono ex amiszkę, która wyrzeka się swoich korzeni. Wprowadzono też na arenę psychiatrę z traumą wojenną. Gdzieś po kątach jakiś odbiornik wciąż nadaje informacje na temat terrorystycznych zamachów i zamieszek na tle politycznym. To wszytko sprawia, że wydarzenia w szkole baletowej silniej osiadają w świecie realnym, w świecie zwykłych ludzi. A wewnętrzne rozłamy jakie są udziałem grupy czarownic, mają swoje odzwierciedlenie w rozłamach otaczającego je świata. Sędziwy psychiatra co jakiś czas wyrzuca z siebie psychoanalityczne interpretacje. A czym innym jest proces psychoanalityczny jak nie burzeniem ładu? To w jakiś sposób podkreśla też pewną nieuchronność nadciągających zmian. Przez cały film towarzyszy nam wrażenie, że zaraz coś się wydarzy, a cięciwa naciągnięta została do maximum.

suspiria

Teraz chyba wypada się pokajać za negatywne nastawienie do Dakoty… No, wiem, jedna rola w kiepskim filmie nie czyni z niej złej aktorski. Muszę przyznać, że w “Suspirii” pokazała klasę i babcia (Tippi Herden mam na myśli) byłaby z niej dumna. Mimo wszystko uważam jednak, że to Tilda Swinton ze swoją niesamowitą aparycją skradła ten występ. Ją akurat zawsze lubiłam. Ucieszył mnie też widok Mii Goth, która wciela się w postać tancerki Sary.

suspiria

Pomimo wszystkich swoich uprzedzeń muszę przyznać, że nowa “Suspiria” spodobała mi się szalenie. I nich tam Argento się na mnie gniewa.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:8

Klimat:10

Napięcie:8

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność:5

To coś:9

77/100

W skali brutalności:3/10

Taka dziura

The Hole in the Ground (2019)

the hole in the ground

Sara O’Neill i jej mały synek Chris przeprowadzają się do domu położonego w lesie nieopodal niewielkiego miasteczka. Chłopiec liczy, że wkrótce dołączy do nich ojciec, ale wszytko skazuje na to, że to właśnie jego osoba była przyczyną nagłej zmiany miejsca zamieszkania.

Wkrótce po przeprowadzce Sara dowiaduje się, że w pobliskim miasteczku żyje kobieta, która jeśli wierzyć urban legend odpowiada za śmierć swojego dziecka. Sarę bardzo porusza ta historia, nie wie jednak, że wkrótce i ona zostanie postawiona w sytuacji, w której poważnie zacznie rozważać zabicie małego Chrisa.

“Dziura w ziemi”, bo tak dosłownie można tłumaczyć tytuł irlandzkiej produkcji, to dzieło debiutantów wyprodukowane przez studio słynące z horrorów niskobudżetowych.

Scenariusz filmu przywodzi na myśl takie produkcje jak “Babycall“, “Nowa córka”, czy wreszcie “Inwazje porywaczy ciał”. Ciężko tu mówić o oryginalnym pomyśle twórców.

the hole in the ground

Mamy tu do czynienia z typowym dla paranoid thrillera zagraniem, gdzie główną bohaterkę posądzić można o obłęd. Sara nabiera bowiem przekonania, że jej syn nie jest jej synem. Choroba psychiczna to oczywiście jedna z dwóch dróg interpretacji jakie możemy obrać.

Wg. drugiej wersji możemy dać wiarę zeznaniom Sary, chłopaczek faktycznie zachowuje się jakby nie był sobą, a towarzyszące owym zachowaniom zjawiska z goła nadnaturalne spokojnie mogą uwiarygodnić taką opcję. Przebieg akcji to więc klasyczne przeciąganie liny od opcji pierwszej do drugiej.

the hole in the ground

W takiej sytuacji warto byłoby zaskoczyć widza i finalnie podać rozwiązanie wykraczające po za te ramy, ale w przypadku “The Hole in the Ground” tak się nie dzieje. Jedyna nadzieja w rozbuchanej wyobraźni widza, który wykaże się dobrą wolą i po swojemu zinterpretuje wydarzenia dodając od siebie to i owo. Mogę więc orzec, że fabularnie jest bez rewelacji.

Inna sprawa wykonanie. Tu zarówno na poziomie aktorstwa, jak i całej otoczki realizacyjnej tworzącej klimat filmu jest o wiele lepiej. Pojawia się sporo niezłych horrowych zagrań i momentów dobrze wpływających na nastrój grozy. Z tego też względu film ogląda się całkiem przyjemnie.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:6

59/100

W skali brutalności:1/10

Nie porzuca się przyjaciół

Animas (2019)

animas

Nastoletni Abraham mierzy się z problemami rodzinnymi. Przemocowy ojciec na skraju bankructwa i pogrążona w depresji matka. Jedyną bliską chłopakowi osobą jest rówieśniczka, Alex, która wspiera przyjaciela jak tylko może. Ich relacja jest jednak zagrożona, gdy chłopak zaczyna spotykać się z Anchi, która dostrzega, że Alex wcale nie pomaga Abrahamowi, wręcz przeciwnie.

“Animas” to horror albo psychologiczny thriller, który pojawił się niedawno na platformie Netflix. Jest to produkcja hiszpańsko języczna nakręcona we współpracy z Belgijskimi twórcami.

Punktem wyjścia tej historii jest wątek dramatyczny ukazujący trudy życia nastolatka w rodzinie naznaczonej patologią. Abraham jest zamknięty w sobie i jedyną relacją jaką udało mu się nawiązać jest przyjaźń z Alex. Pewnego dnia to się zmienia. W życiu Abrahama pojawia się inna dziewczyna, to motywuje Abrahama do walki o siebie i swoje życie. Pytanie, czy będzie w nim miejsce dla starej kumpeli? Im bardziej chłopak oddala się od Alex tym bardziej burzy się jego wewnętrzna stabilizacja. Pojawiają się halucynacje i inne osobliwe doświadczenia.

animas

Główną siłą filmu jest efekt zaskoczenia, który nadaje historii innego wymiaru. Nie jest on trudny do rozgryzienia, ale też nie mogę powiedzieć by twórcy nie odwracali uwagi widza na tyle skutecznie by tajemnica pozostałą tajemnicą wystarczająco długo.

animas

Cała niespodzianka jest udana, choć nie mogę Wam wmawiać, że twórcy zaprezentowali tu coś nowatorskiego i niespotykanego. Temat był już poruszany w wielu produkcjach i powróci pewnie nie raz. Podobał mi się jednak sposób w jaki go wykorzystano. Na poziomie realizacji film daje sobie radę i nie ma się do czego przyczepić.

Ot całkiem dobra oferta, która jeśli już zwróci Waszą uwagę powinna ją skutecznie utrzymać aż do końca seansu.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:7

Napięcie:7

Klimat:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:8

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:7

65/100

W skali brutalności:1/10

Młoda, gniewna, nawiedzona

 Pyewacket (2017)

peyewacket

Nastoletnia Leah próbuje pogodzić się ze śmiercią ojca szukając pocieszenia w okultystycznych wierzeniach. Gdy jej pogrążona w żałobie matka postanawia sprzedać ich rodzinny dom i przenieść się wraz z córką w nowe miejsce dziewczyna jest zrozpaczona. Przeprowadzka nie poprawia ani stanu matki Leah ani ich relacji. Po jednej z kłótni dziewczyna stwierdza, że jej rodzicielka powinna umrzeć. W lesie w pobliżu nowego domu Leah odprawia satanistyczny rytuał mający wysłać jej matkę wprost do piekła.

Opis filmu Adama MacDonada, ani odrobinę nie zachęcił mnie do seansu. Podejrzewam, że Wy również nie czujcie się szczególnie zachęceni tym co nasmarowałam powyżej. Zbuntowana nastolatka i czary mary – brzmi to jak tandetny teen horror, któremu bliżej do groteski niż do grozy, a jednak.

peyewacket

Obejrzałam go od niechcenia, ale wcale nie żałuję. “Pyewacket” ma coś w sobie i jest to coś całkiem niegłupiego. Owszem, bohaterką jest młoda gniewna wyznawczyni heartagramu (czy są na sali fani HIM’a?;) i jej drama wcale nie musi was przekonać, jednak wcale nie jawiła mi się jako emo nastka, tylko bohaterka z krwi i kości.

Podobni jej matka, która używając nieodpowiednich słów by wyrazić swoją rozpacz doprowadziła do eksplozji złości i żalu u swojej pociechy. Ich relacja jest bardzo żywa i nie można jej posadzić o przegięcie.

peyewacket

Co się tyczy wątki pt. czary mary, sprawa nie jest tak oczywista jak każe sądzić filmowy opis.

Wydarzenia następujące od momentu, w którym Leah wybiega z domu uzbrojona w guślarki ekwipunek nacechowane są grozą. Szybkie teledyskowe ujęcia, niejasne przebłyski, migawki wskazują, że ewidentnie ‘coś tu się dzieje’, ale czy jest to groza nadprzyrodzona? Ano właśnie, tu jest matka pogrzebana…

Mamy więc horror nastrojowy z wątkami etykietowanymi jako paranormalne, ale warstwa dramatyczna/psychologiczna każe nam szukać zupełnie innej interpretacji następujących po sobie wydarzeń. I wcale nie doszukuję się jej na siłę.

peyewacket

Na minus filmu mogę odnotować nieco zbyt powolny wstęp. Celowo rozwleczone wątki obyczajowe mogą zniechęć. W moim przypadku całkowicie uśpiły czujność i odłączyły radary poszukiwacza grozy. Może to i lepiej, bo finalnie przyniosło mi to zaskoczenie. Pozytywne, jak najbardziej.

 Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat: 7

Napięcie: 7

Zaskoczenie:7

Zabawa:7

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:7

66/100

w skali brutalności:1/10