Archiwa tagu: atmospheric horror

Wind of psycho change

Wind/ Wiatr (2018)

Ameryka, koniec XIX wieku. Lizzy i jej mąż Isaak zamieszkują odludne, nieustannie smagane przez wiatr tereny Stanów. Ich jedynymi towarzyszami jest para młodych małżonków, Emma i Gideon. Długotrwała izolacja i problemy małżeńskie to nie jedyne zmartwienia Lizzy, nabiera ona bowiem przekonania, że ziemia, na której żyje jest nawidzona przez preriowe demony. Gdy Isaak opuszcza ich dom Lizzy musi stoczyć z owymi demonami samotną walkę. Pytanie, z czym tak naprawdę ma do czynienia?

„Wiatr” jest debiutem dwóch filmowców w spódnicach, Teresy Sutherland- scenarzystki i Emmy Tammi – reżyserki. Dwie kobiety stworzyły horror opowiadany z punktu widzenia kobiety, ale jeśli spodziewacie się ckliwości i na siłę upychanych wątków romantycznych to zapomnijcie o tym.

Krążą pogłoski, że „Wiatr” nie jest zupełnie oryginalnym pomysłem i w dużej mierze opiera się na „Wichrze” z 1928 roku nakręconym przez Szweda, reżysera między innymi „Furmana śmierci„. Jak jest faktycznie nie wypowiem się ponieważ z przykrością muszę stwierdzić, że „Wichru” nie widziałam. Oczywiście mam zamiar nadrobić.

Wracając do tego co wiem: „Wiatr” jest mroczny, miejscami surowy i posiada silny ładunek emocjonalny. Dla mnie bomba. Podobał mi się szalenie.

Klimat w zasadzie buduje się sam, za sprawą samego doboru miejsca akcji i czasów, w których akcja się toczy. Połączenie grozy ze światem zarezerwowanym dla westernu coraz bardziej mi się podoba. Fabuła rozwija się bardzo powoli, pewnie niektórzy będą narzekać, ale ja tak właśnie lubię.

Rozpoczynając seans znajdziemy się mniej więcej w środku tej historii. Lizzy i Isaak grzebią martwą Emmę. Isaak opuszcza farmę obiecując żnie szybki powrót.Co doprowadziło do  śmierci młodej kobiety? Kim jest? Dowiemy się z czasem, za sprawą przywoływanych przez Lizzy retrospekcji przeplatających bieżące wydarzenia.

Jedne i drugie są nie mniej angażujące, choć nie powiem, miłośnicy prostych liniowych narracji mogą odnieść wrażenie chaosu. Co najważniejsze i muszę to podkreślić w filmie pojawiła się scena, która autentycznie mnie zmroziła. SPOILER: Rozmowa Lizzy z demonem pod postacią księdza KONIEC SPOILERA. Nie często się to zdarza, a więc szacun dla miłych pań twórczyń.

Ogólnie sceny nacechowane grozą- są, są – istnieją tu bez wymuszenia, dobrze zmontowane, z rozważnym użyciem efektów.

„Wiatr” ma też w sobie sporo z thrillera, czy horroru psychologicznego, bo interpretacja wydarzeń wcale nie jest oczywista. Charakter zdarzeń, ich kontekst, sposób w jaki przedstawiono nam główną bohaterkę – bardzo ciekawie skrojona postać – daje przestrzeń na domysły. Kreacje aktorskie, szczególnie mam tu na myśli odtwórczynie głównej bohaterki zapadają w pamięć.

Muszę więc z ogromną radością przyznać, że od czasu „Czarownicy” żaden film nie spodobał mi się tak bardzo. Jestem bardzo ciekawa Waszych wrażeń, bo oglądała go w w stanie poczytalności ograniczonej gorączką;)

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność:8

To coś:9

77/100

W skali brutalności:1/10

 

 

Taniec czarownicy

Suspiria/ Odgłosy (2018)

suspiria

Berlin 1977 rok. Wychowywana w wiosce Amiszów płomiennowłosa Amerykanka, Susan Banion przybywa do podzielonego murem Berlina by dołączyć do mieszczącej się po zachodniej stronie miasta szkoły baletowej.

Utalentowana dziewczyna szybko zyskuje aprobatę Madame Blanc, która powierza jej główną rolę w autorskiej choreografii Volk. Tak się składa, że Susie zastępuje w tej roli niedawno zaginioną tancerkę Patricie, która znikła bez wieści.

Za sprawą panującej w szkole atmosfery Susan szybko nabiera przekonania, że jest częścią czegoś więcej niż tylko tanecznego przedstawienia.

suspiria

Pamiętam moje pogardliwe parsknięcia na wieść o tym, że ktoś poważył się na remake’owanie dzieła mistrza włoskiego giallo, Dario Argento. Nie wnikałam kim jest ów śmiałek, ani kogo umieści w obsadzie. Gdybym wówczas wiedziała, że nowa „Suspiria” będzie pierwszym horrorem w dorobku reżysera melodramatów, a w roli głównej zostanie obsadzona Dakota „Pięćdziesiąt twarzy Greya” Johnson, chyba bym przeszła załamanie.

Jestem autentycznie zaskoczona tym, co zaserwował Luca Guadagnino. Powiedzieć, że spodziewałam się kompletnej klapy to chyba mało. Tymczasem dostałam film, który mnie, chyba mogę to powiedzieć, zachwycił.

Nigdy nie przeszło mi przez myśl, że w dziele Argento można coś ulepszyć, dopóki nie skonfrontowałam się z nową wersją tej historii.

Rzecz pierwsza i najważniejsza: Taniec. Jak teraz przywołuje w pamięci dzieło Argento, widzę jak niewiele go w nim było, choć akcja rozgrywała się przecież w szkole baletu.

Tu, w nowej „Suspirii” z tańca uczyniono swoisty język magii jakim posługują się filmowe bohaterki. Sceny poświęcone na zaprezentowanie choreografii są chyba jeszcze lepsze niż te w „Czarnym łabędziu, choć może to złe porównanie, bo tam prezentowano najbardziej klasyczną formę baletu.

Każdy pokaz tańca w nowej „Suspirii” wygląda jak mistyczny obrzęd. Nie sądziłam, że taniec może przerazić, że może prezentować i budzić tak skrajne emocje. Nie ma się czemu dziwić, bo znawcą tematu nie jestem, ale liczy się efekt, a ten jest murowany.

suspiria

Taniec towarzyszy praktycznie każdej stricte horrorowej scenie. W jednej ze scen widzimy tańczącą Susan, a przejścia ukazują nam dotkliwie okaleczaną inną z tancerek. To jeden z nielicznych tak słusznie użytych efektów w kinie grozy. Taniec jest więc głównym nośnikiem grozy, jeśli chodzi o mój osobisty odbiór. Zawsze towarzyszą mu psychodeliczne elementy.

Wizje, efekty, charakteryzacja (Matka Markot wymiata). Muzyki jest stosunkowo niewiele, w porównaniu z Goblinami, które zjadły starą „Suspirie„, tu faktycznie mamy więcej tytułowych odgłosów (oddech, szmer, szept, westchnienie), które są obecne na pierwszym planie bardziej niż ścieżka muzyczna. Szalenie spodobała mi się też sama kolorystyka zdjęć. Taka… postarzana, zupełnie jakby oglądała film z lat ’70 czy ’80.

Mimo, że nadal jestem pod urokiem scenografii starej „Suspirii” to wcale nie mogę narzekać, na tą zaprezentowaną w nowej. Bardzo dużo starania włożono, w odzwierciedlenie za jej pomocą charakteru lat ’70. Jest zdecydowanie bardziej minimalistycznie niż w oryginale, ale czy przez to gorzej? Mnie się podobało.

suspiria

Jeśli chodzi o fabułę, to główne założenia oryginału zostały utrzymane, z tym, że w przypadku nowej „Suspirii” dodano elementy z pozostałych części trylogii Argento „Matki łez” i „Inferno”.

Dużą uwagę poświecono wątkom politycznego i społecznego tła. Z Susan zrobiono ex amiszkę, która wyrzeka się swoich korzeni. Wprowadzono też na arenę psychiatrę z traumą wojenną. Gdzieś po kątach jakiś odbiornik wciąż nadaje informacje na temat terrorystycznych zamachów i zamieszek na tle politycznym. To wszytko sprawia, że wydarzenia w szkole baletowej silniej osiadają w świecie realnym, w świecie zwykłych ludzi. A wewnętrzne rozłamy jakie są udziałem grupy czarownic, mają swoje odzwierciedlenie w rozłamach otaczającego je świata. Sędziwy psychiatra co jakiś czas wyrzuca z siebie psychoanalityczne interpretacje. A czym innym jest proces psychoanalityczny jak nie burzeniem ładu? To w jakiś sposób podkreśla też pewną nieuchronność nadciągających zmian. Przez cały film towarzyszy nam wrażenie, że zaraz coś się wydarzy, a cięciwa naciągnięta została do maximum.

suspiria

Teraz chyba wypada się pokajać za negatywne nastawienie do Dakoty… No, wiem, jedna rola w kiepskim filmie nie czyni z niej złej aktorski. Muszę przyznać, że w „Suspirii” pokazała klasę i babcia (Tippi Herden mam na myśli) byłaby z niej dumna. Mimo wszystko uważam jednak, że to Tilda Swinton ze swoją niesamowitą aparycją skradła ten występ. Ją akurat zawsze lubiłam. Ucieszył mnie też widok Mii Goth, która wciela się w postać tancerki Sary.

suspiria

Pomimo wszystkich swoich uprzedzeń muszę przyznać, że nowa „Suspiria” spodobała mi się szalenie. I nich tam Argento się na mnie gniewa.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:8

Klimat:10

Napięcie:8

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność:5

To coś:9

77/100

W skali brutalności:3/10

Taka dziura

The Hole in the Ground (2019)

the hole in the ground

Sara O’Neill i jej mały synek Chris przeprowadzają się do domu położonego w lesie nieopodal niewielkiego miasteczka. Chłopiec liczy, że wkrótce dołączy do nich ojciec, ale wszytko skazuje na to, że to właśnie jego osoba była przyczyną nagłej zmiany miejsca zamieszkania.

Wkrótce po przeprowadzce Sara dowiaduje się, że w pobliskim miasteczku żyje kobieta, która jeśli wierzyć urban legend odpowiada za śmierć swojego dziecka. Sarę bardzo porusza ta historia, nie wie jednak, że wkrótce i ona zostanie postawiona w sytuacji, w której poważnie zacznie rozważać zabicie małego Chrisa.

„Dziura w ziemi”, bo tak dosłownie można tłumaczyć tytuł irlandzkiej produkcji, to dzieło debiutantów wyprodukowane przez studio słynące z horrorów niskobudżetowych.

Scenariusz filmu przywodzi na myśl takie produkcje jak „Babycall„, „Nowa córka”, czy wreszcie „Inwazje porywaczy ciał”. Ciężko tu mówić o oryginalnym pomyśle twórców.

the hole in the ground

Mamy tu do czynienia z typowym dla paranoid thrillera zagraniem, gdzie główną bohaterkę posądzić można o obłęd. Sara nabiera bowiem przekonania, że jej syn nie jest jej synem. Choroba psychiczna to oczywiście jedna z dwóch dróg interpretacji jakie możemy obrać.

Wg. drugiej wersji możemy dać wiarę zeznaniom Sary, chłopaczek faktycznie zachowuje się jakby nie był sobą, a towarzyszące owym zachowaniom zjawiska z goła nadnaturalne spokojnie mogą uwiarygodnić taką opcję. Przebieg akcji to więc klasyczne przeciąganie liny od opcji pierwszej do drugiej.

the hole in the ground

W takiej sytuacji warto byłoby zaskoczyć widza i finalnie podać rozwiązanie wykraczające po za te ramy, ale w przypadku „The Hole in the Ground” tak się nie dzieje. Jedyna nadzieja w rozbuchanej wyobraźni widza, który wykaże się dobrą wolą i po swojemu zinterpretuje wydarzenia dodając od siebie to i owo. Mogę więc orzec, że fabularnie jest bez rewelacji.

Inna sprawa wykonanie. Tu zarówno na poziomie aktorstwa, jak i całej otoczki realizacyjnej tworzącej klimat filmu jest o wiele lepiej. Pojawia się sporo niezłych horrowych zagrań i momentów dobrze wpływających na nastrój grozy. Z tego też względu film ogląda się całkiem przyjemnie.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:6

59/100

W skali brutalności:1/10

Nie porzuca się przyjaciół

Animas (2019)

animas

Nastoletni Abraham mierzy się z problemami rodzinnymi. Przemocowy ojciec na skraju bankructwa i pogrążona w depresji matka. Jedyną bliską chłopakowi osobą jest rówieśniczka, Alex, która wspiera przyjaciela jak tylko może. Ich relacja jest jednak zagrożona, gdy chłopak zaczyna spotykać się z Anchi, która dostrzega, że Alex wcale nie pomaga Abrahamowi, wręcz przeciwnie.

„Animas” to horror albo psychologiczny thriller, który pojawił się niedawno na platformie Netflix. Jest to produkcja hiszpańsko języczna nakręcona we współpracy z Belgijskimi twórcami.

Punktem wyjścia tej historii jest wątek dramatyczny ukazujący trudy życia nastolatka w rodzinie naznaczonej patologią. Abraham jest zamknięty w sobie i jedyną relacją jaką udało mu się nawiązać jest przyjaźń z Alex. Pewnego dnia to się zmienia. W życiu Abrahama pojawia się inna dziewczyna, to motywuje Abrahama do walki o siebie i swoje życie. Pytanie, czy będzie w nim miejsce dla starej kumpeli? Im bardziej chłopak oddala się od Alex tym bardziej burzy się jego wewnętrzna stabilizacja. Pojawiają się halucynacje i inne osobliwe doświadczenia.

animas

Główną siłą filmu jest efekt zaskoczenia, który nadaje historii innego wymiaru. Nie jest on trudny do rozgryzienia, ale też nie mogę powiedzieć by twórcy nie odwracali uwagi widza na tyle skutecznie by tajemnica pozostałą tajemnicą wystarczająco długo.

animas

Cała niespodzianka jest udana, choć nie mogę Wam wmawiać, że twórcy zaprezentowali tu coś nowatorskiego i niespotykanego. Temat był już poruszany w wielu produkcjach i powróci pewnie nie raz. Podobał mi się jednak sposób w jaki go wykorzystano. Na poziomie realizacji film daje sobie radę i nie ma się do czego przyczepić.

Ot całkiem dobra oferta, która jeśli już zwróci Waszą uwagę powinna ją skutecznie utrzymać aż do końca seansu.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:7

Napięcie:7

Klimat:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:8

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:7

65/100

W skali brutalności:1/10

Młoda, gniewna, nawiedzona

 Pyewacket (2017)

peyewacket

Nastoletnia Leah próbuje pogodzić się ze śmiercią ojca szukając pocieszenia w okultystycznych wierzeniach. Gdy jej pogrążona w żałobie matka postanawia sprzedać ich rodzinny dom i przenieść się wraz z córką w nowe miejsce dziewczyna jest zrozpaczona. Przeprowadzka nie poprawia ani stanu matki Leah ani ich relacji. Po jednej z kłótni dziewczyna stwierdza, że jej rodzicielka powinna umrzeć. W lesie w pobliżu nowego domu Leah odprawia satanistyczny rytuał mający wysłać jej matkę wprost do piekła.

Opis filmu Adama MacDonada, ani odrobinę nie zachęcił mnie do seansu. Podejrzewam, że Wy również nie czujcie się szczególnie zachęceni tym co nasmarowałam powyżej. Zbuntowana nastolatka i czary mary – brzmi to jak tandetny teen horror, któremu bliżej do groteski niż do grozy, a jednak.

peyewacket

Obejrzałam go od niechcenia, ale wcale nie żałuję. „Pyewacket” ma coś w sobie i jest to coś całkiem niegłupiego. Owszem, bohaterką jest młoda gniewna wyznawczyni heartagramu (czy są na sali fani HIM’a?;) i jej drama wcale nie musi was przekonać, jednak wcale nie jawiła mi się jako emo nastka, tylko bohaterka z krwi i kości.

Podobni jej matka, która używając nieodpowiednich słów by wyrazić swoją rozpacz doprowadziła do eksplozji złości i żalu u swojej pociechy. Ich relacja jest bardzo żywa i nie można jej posadzić o przegięcie.

peyewacket

Co się tyczy wątki pt. czary mary, sprawa nie jest tak oczywista jak każe sądzić filmowy opis.

Wydarzenia następujące od momentu, w którym Leah wybiega z domu uzbrojona w guślarki ekwipunek nacechowane są grozą. Szybkie teledyskowe ujęcia, niejasne przebłyski, migawki wskazują, że ewidentnie ‚coś tu się dzieje’, ale czy jest to groza nadprzyrodzona? Ano właśnie, tu jest matka pogrzebana…

Mamy więc horror nastrojowy z wątkami etykietowanymi jako paranormalne, ale warstwa dramatyczna/psychologiczna każe nam szukać zupełnie innej interpretacji następujących po sobie wydarzeń. I wcale nie doszukuję się jej na siłę.

peyewacket

Na minus filmu mogę odnotować nieco zbyt powolny wstęp. Celowo rozwleczone wątki obyczajowe mogą zniechęć. W moim przypadku całkowicie uśpiły czujność i odłączyły radary poszukiwacza grozy. Może to i lepiej, bo finalnie przyniosło mi to zaskoczenie. Pozytywne, jak najbardziej.

 Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat: 7

Napięcie: 7

Zaskoczenie:7

Zabawa:7

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:7

66/100

w skali brutalności:1/10

Nie ma miłosierdzia dla grzeszników

Welcome tu Mercy aka  Beatus (2018)

welcome to mercy

Madeline samotnie wychowująca córeczkę Willow na wieść o ciężkiej chorobie ojca przybywa do rodzinnego domu na Łotwie. Odeszła stamtąd jako dziecko. Jak sama mówi, została porzucona przez matkę Yelene i ojca Franka.

Zgodnie z przewidywaniami nie czeka ją tam ciepłe powitanie. Matka wyraźnie nie cieszy się z obecności córki i namawia ją do przeniesienia się do pensjonatu na czas pobytu w rodzinnej wsi. Nie jest to jednak możliwe, dlatego Yelena niechętnie pozwala by córka i wnuczka spędziły z nią noc pod jednym dachem.

Pierwszy dziwny incydent zdarza się jeszcze tej samej nocy. Madeline lunatykuje, zaś nazajutrz dochodzi do jeszcze dziwniejszego zdarzenia. Madeline atakuje własną córkę, a na jej ciele pojawiają się rany, które opiekujący się Frankiem ksiądz identyfikuje jako stygmaty.

Za namową księdza i matki, kobieta udaje się po pomoc do pobliskiego ,gdzie przyjdzie jej się zmierzyć z prawdą o swoich rodzicach.

welcome to mercy

„Wlecome to Mercy” to produkcja, która zdecydowanie zwróci uwagę miłośników horrorów o zabarwieniu psychologicznym i jednocześnie religijnym. Oba te czynniki kształtują fabułę filmu i w dużej mierze decydują o użytych tu środkach wyrazu.

Jak na dzieło hollywoodzkie jest to obraz bardzo niehollywoodzki;).

Wcielająca się w główną rolę Kristen Ruhlin jest jednocześnie autorką scenariusza. Wyszykowała dla widzów historię, która porusza temat opętania i religii ogólnie, w bardziej psychologicznym ujęciu. Do tego dodajmy jeszcze bardzo naturalistyczny, nie plastikowy, nie komputerowo wygenerowany świat przedstawiony i mamy do czynienia z filmem, który spokojnie mógłby powstać przed rokiem 2000.

welcome to mercy

Wątek główny, tajemnica związana z rodziną Madeline i jej przypadłością rzucona na surowo, oprawiona w mainstreeam nie zrobiłaby pewnie takiego wrażenia. Pewnie uznałabym ją za banał, tak coś czuje, jednak ujęta w niemal poetycką ramę to zupełnie inna perspektywa. Zdarzenia niesamowite są tu naprawdę niesamowite, a brak dosłowności w serwowaniu kolejnych porcji retrospekcji nasuwa więcej przeraźliwych skojarzeń niż szwedzki stół w domu kanibala.

Technicznie film jest perełką, narracyjnie doskonale gra na emocjach i choć wiem, że nie każdemu się spodoba, bo taki inszy niż inne, to wierzę, że fanów będzie jakiś miał.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:7

67/100

W skali brutalności:1/10

Nie dam Ci spać

Mara (2018)

mara

Policyjna psycholog Kate Fuller zostaje wezwana na miejsce zbrodni dokonanej najprawdopodobniej przez żonę na mężu. Zadaniem Kate jest przesłuchanie jedynego świadka zdarzenia, mianowicie małej córeczki małżonków, Sophie. Przerażone dziecko stwierdza, że tatę zabiła Mara i że nie powinna, w ogóle rozmawiać z Kate, bo ta zabierze od niej mamusie. Niejasne zeznania dziecka i pełne emocjonalnego wybuchu słowa oskarżonej skutkują zamknięciem matki Sophie w szpitalu psychiatrycznym.

Wtedy Kate zaczynają dopadać wątpliwości. Zaczyna doświadczać sennych koszmarów, a zagłębiając się w sprawę domniemanego morderstwa trafia na całą serie doniesień o przypadkach podobnych, niejasnych śmierci. Najbardziej nieprawdopodobna wersja nabiera realnych kształtów, gdy Mara osobiście odwiedza Kate.

mara

Po sukcesie „Koszmaru z ulicy wiązów” jeszcze w latach osiemdziesiątych żaden z filmowców zajmujących się gatunkiem horroru nie tykał tematu sennych koszmarów. Takowe pojawiały się jedynie jako wątek poboczny i żaden filmowy antybohater nie umiał tak skutecznie uśmiercać śpiących ludzi jak czynił to Freddy Krueger. W ostatnich latach coś się zmieniło, bo jestem wstanie przypomnieć sobie przynajmniej dwa filmowe tytuły, których tematem była śmierć we śnie. Najpierw był „Dead Awake”, a ostatnio „Slumber„. Obydwa filmy odnosiły śmierć we śnie do znanego nauce zaburzenia snu zwanego sennym paraliżem.

Na czym polega ten stan będziecie mogli dowiedzieć się właśnie z seansu z „Marą”. To właśnie tu jedna z postaci, doktorek prowadzący grupę wsparcia dla osób doświadczających zaburzeń snu tłumaczy na czym z naukowego punktu widzenia rzecz polega. Tym z Was, którzy sami doświadczyli sennego paraliży nie trzeba tego tłumaczyć, a samo zjawisko jest dość powszechne. Być może ten fakt zapewni filmowi sukces. Każdy kto doświadczył owego stanu z pewnością wczuje się w sytuacje przedstawionych tu bohaterów z trwogą będzie śledził wersje wydarzeń, w której paraliż senny kończy się śmiercią.

mara

Sęk w tym, że nie mamy tu do czynienia z naukową wersją przedstawienia tematu, choć jak wspomniałam taka interpretacja jest tu obecna. W „Marze” paraliż senny spowodowany jest atakiem sennego demona, tak zwanej Mary. Filmowa Mara wygląda jak duch z azjatyckiej „Klątwy” lub inna Anja Rubik po tygodniowym pobycie na dnie studni. Komputerowy efekt jest całkiem niezły.

Technika pozwoliła tu też na zmontowanie kilku zacnych scen, przy których możecie lekko podskoczyć na siedzisku. Są to zagrywki typowe dla współczesnego horroru, ale umiejętnie stosowane dają jakiś tam efekt. Aktorstwo nie budzi zastrzeżeń choć jakbym miała typować najsłabsze ogniwo, to postawiłabym na ‚dziewczynę Bonda’ panią Kurylenko, która nie szczególnie skradła moje serce w roli Kate.

Filmowa narracja przebiega gładko. Schemat goni schemat więc próżno tu szukać jakichkolwiek innowacji. Przesłanie filmu też jest z gruntu proste: miej czyste sumienie, a będziesz spał spokojnie;)

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:6

60/100

W skali brutalności:1/10

Jestem czarownicą

Hagazussa (2017)

hagazussa

Akcja filmu toczy się w XV wieku w małej wiosce w Austriackich Alpach. Gdzieś na jej obrzeżach, wysoko w górach, głęboko w lesie, żyje mała Alburn ze swoją matką. W końcu kobieta zapada na dziwną chorobę i umiera. Alburn zostaje sama.

Nie wiemy jak wyglądało jej dzieciństwo bez matki. Ponownie widzimy ją jako dorosłą kobietę z maleńkim dzieckiem wiodącą ten sam żywot co jej zmarła matka. Pewnego dnia Alburn przynosi do swojej chaty czaszkę, czaszkę swojej matki. Od tej chwili zaczynają ją nachodzić niepokojące myśli i wizje. Alburn zaczyna wierzyć w to co mówią o niej okoliczni wieśniacy, jest wiedźmą.

hagazussa

„Hagazussa”, czyli „Klątwa czarownicy”, czy też „Pogańska klątwa” to koprodukcja Austrii i Niemiec reklamowana jako europejska odpowiedź na święcącą sukcesy „Czarownicę: Bajkę ludową z Nowej Anglii”.

Jeśli spojrzeć na fabułę obydwu filmów, przyjrzeć się sposobom prowadzenia filmowej narracji, umiłowaniu do symboli, metafor i oparcie całego pomysłu na ludowych wierzeniach związanych z czarownicami to porównanie wcale nie jest głupie, ani naciągane.

Wątpliwe jednak jest by to Europejczycy papugowali Amerykanów, a nie na odwrót. Już nie chodzi mi nawet o Hollywoodzką mentalność, która każe fabryce snów wpompowywać bajońskie sumy w ulepszanie cudzych pomysłów. O ile wiem, to prace nad „Hagazussa” rozpoczęły się przed produkcją „The Witch”. Bardziej więc prawdopodobne wydaje mi się, że do twórców tego drugiego dotarły słuchy o tym, że jakiś Austriak bez grosza przy duszy podłapał fajny temat i coś tam sobie próbuje klecić.

hagazussa

Najpewniej jednak obydwa filmy powstały zupełnie niezależnie i być może tylko obecnie panująca wśród filmowców moda na zainteresowanie gusłami, która mnie zresztą cieszy, sprawiła, że oto powstały dwa tak podobne i dobre filmy.

Ciężko mi jest opowiedzieć się po którejś ze stron. Powiedzieć, wolę ten, czy ten. Oba szalenie mi się podobały. Myślę, też że większość fanów „Czarownicy” równie dobrze odbierze „Hagazussa”. Co prawda ten drugi, jest jeszcze mniej mainstreamowy, jeszcze bardziej posępny w wymowie, jeszcze trudniejszy w jednoznacznej interpretacji. O ile w „Czarownicy” było mało kwestii mówiony, o tyle w „Hagazussie” nie ma ich prawie wcale. Tę historię opowiadają obrazy, ale jakie obrazy! Jak opowiadają!

hagazussa

Tych, których udało mi się kiedyś przekonać do seansu z „Sennenthutschi„, którego akcja również rozgrywała się w pięknych alpejskich okolicznościach przyrody i który również poruszał wątek wierzeń w czarownice, chyba już nie muszę szczególnie nakłaniać do zapoznania się z „Hagazussą” 😉

Filmowe zdjęcia powalają. Są mroczne, posępne, nastrojowe i piękne. Budują klimat filmu, budują całą historię, w której jak wspomniałam pada niewiele słów.

Fabuła skupia się na postaci naszej bohaterki, Alburn, która poznajemy jako małą dziewczynkę czule opiekującą się chorą mamą.Obie żyją w izolacji, skazane na nią przez lokalną społeczność, dla których samotna matka stanowi idealna kandydatkę na czarownicę.

hagazussa

Podobne piętno spada na Alburn kiedy dorasta. Kobieta bez wątpienia jest dziwna, szczególnie osobliwie prezentuje się jej zażyłość z wiejskim inwentarzem. Tu czytelne wydaje się nawiązanie do konszachtów czarownic z diabłem przychodzącym pod postacią kozła.

Jeśli chodzi o sceny nastawione na budowanie nastroju grozy, to jest ich tu cała masa, ale nie z rodzaju tych ‚skocznych’, chodzi raczej o powolne przejazdy kamerą po twarzach i miejscach, które same w sobie budzą niepokój. Oczywiście największą uwagę przykuwa rozgrywka finałowa, która jednak nie przyniesie odpowiedzi, na które mogliście liczyć, czy Alburn jest czarownicą czy odwaliło jej z samotności?

Film oczywiście polecam.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:7

Klimat:10

Napięcie:7

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:9

74/100

W skali brutalności:2/10

Nie wracaj do domu

Jack Goes Home (2016)

jack goes home

Jack na kilka dni musi opuścić ciężarną narzeczoną, by powrócić do rodzinnego domu. Tam czeka na niego matka, która w wyniku tragicznego wypadku straciła męża, ojca Jacka. Kobieta pogrążona jest w dziwnym stanie, który w ciągu kilkudniowego pobytu syna w domu pogarsza się.

Żałoba zaczyna przypominać obłęd, który zdaje się udzielać Jackowi, szczególnie gdy udaje mu się odnaleźć stare nagranie pozostawione dla niego przez ojca. Wbrew woli coraz agresywniejszej matki Jack postanawia zmierzyć się z tym co pozostawił po sobie jego ojciec.

Thomas Deker, twórca „Jack Goes Home” wpadł mi w oko już… Hym, dawno. Oczywiście jako aktor, odtwórca ról pięknookich, mrocznych młodzieńców. Wówczas do głowy mi nie przyszło, że jeszcze przed trzydziestką nakręci własny film. Po obejrzeniu go mogę dodać jeszcze, taki dobry film.

Internety głoszą, że „Jack…” to horror. Moim zdaniem z horrorem ma raczej mało wspólnego, chyba, że horror zinterpretujemy jako ciężar warstwy dramatycznej.

jack goes home

Właśnie te wątki, stricte dramatyczne najbardziej przykuły moją uwagę. Nie jest to jednak lekka obyczajówka, pojawiają się elementy thrillera, wątek szaleństwa, kilka scen, w których gości nastrój grozy (sceny na strychu), więc gatunkowo postawiłabym na thriller psychologiczny i jako taki w mojej ocenie sprawdził się świetnie.

Dekerowi udało się namówić na współpracę naprawdę dobrych aktorów. Na ich czele staje odtwórca roli Jacka, młodszy brat Kevina Samego W Domu, który ma zadatki na bardzo solidnego aktora. Wypatrzyłam go już w Nocnym Słuchaczu„.

jack goes home

Partneruje mu rewelacyjna jak zawsze Lin Shaye, która wciela się w postać jego matki. Ta dwójka kradnie całe show. Nie znajdzie się tu miejsce na typowo horrorwe zagrywki w stylu nie wiem, Jamesa Wan’a. Cała potworność tkwi w ludziach i właśnie na ich sportretowaniu skupia się scenariusz.

A historia, kluczowa w tym projekcie, ma do zaoferowania całkiem dużo, jeśli nie trafi na typowo mainstreamowego odbiorcę.

Wszystko opiera się na rodzinnej tajemnicy, wcale nie łatwej do rozwiązania, z którą mierzy się nasz bohater. Tymczasem jego matka wcale nie chce mu tego ułatwić. Może to szaleństwo, a może przestroga.

jack goes home

Między nimi aż kipi od emocji i stanowi to świetny spektakl. W miarę rozwoju fabuły zaciera się granica między rzeczywistością a projekcją.

Finał jest doprawdy mocny. Jeśli macie wątpliwości czy sięgnąć po ten film, mówię Wam, warto.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:9

Klimat:8

Napięcie:8

Zabawa:9

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:8

75/100

W skali brutalności:1/10

Tylko po cichu

A Quiet Place/ Ciche miejsce (2018)

ciche miejsce

Evelyn i Lee to małżeństwo z dwojgiem dzieci. Przyszło im żyć w nieprzyjaznych czasach, w których każdy głośniejszy dźwięk może skończyć się śmiercią. W świecie praktycznie całkowicie pozbawionym ludzkich istot żyją stwory o niezwykle czułym aparacie słuchu.Potrafią bezbłędnie zlokalizować ofiarę i błyskawicznie ją zabić. Ci, którzy chcą przetrwać muszą pogodzić się z egzystencją w całkowitej ciszy.

Ten cichy, milczący wręcz horror stał się jak dotąd najgłośniejszym filmem roku. Mimo, że jest reżyserskim debiutem zostawił w tyle konkurencję. Może to znak, że coś zmienia się w mentalności grona odbiorców horrorów?

ciche miejsce

Byłam bardzo ciekawa tego obrazu nie tylko z powodu pozytywnych opinii krytyków i widzów.

Finalnie produkcja okazała się… dobra. Może nawet bardzo dobra, może najlepsza jaką będę mieć okazję widzieć w tym roku. Dlatego, że jest dobrze zrealizowana, utrzymana w klimacie, który lubię z dobrym aktorstwem i składnym scenariuszem. Nie mniej jednak muszę przyznać, że nie zrobiła na mnie takiego wrażenia bym mogła uznać ją za przełomową i wybitnie wyjątkową.

Generalnie cały zamysł jest dość prosty. Oto mamy jakąś apokalipsę, która zmiotła z powierzchni ziemi większość istnień ludzkich i została zasiedlona przez potwory. Potwory te używają echolokacji, a ich zmysł słuchu jest wyczulony na tyle, że usłyszą najmniejsze pierdnięcie.

ciche miejsce

Rodzina Abbottów porozumiewa się ze sobą w języku migowym zachowując wszelkie środki ostrożności. Zdarzają się jednak sytuacje nieprzewidziane, więc ich egzystencja naznaczona została dramatem utraty jednego potomka. Teraz Evelyn spodziewa się kolejnego dziecka.

Fabułę śledziłam z zainteresowaniem, jest to film przyjemny dla oka. Dla fanów skocznych scen znajdzie się kilka ujęć frontalnych ataków. Elementem stricte horrorowych są też wizualizacje samych potworów. Wyglądają dość poprawnie, mieszcząc się w standardach kina sci -fi, ale bez większego polotu mówiąc szczerze.

ciche miejsce

To co najlepiej udało się w filmie Krasinskiego to stworzenie atmosfery permanentnego zagrożenia, to, że w sytuacji strachu bohaterom odmówiono najbardziej ludzkiej reakcji, czyli krzyku. To właśnie sceny w których protagoniści muszą milczeć choć instynkt podpowiada im coś zupełnie innego doceniłam najbardziej.

Cóż więcej mogę rzec, śmiało oglądajcie, bez oporów.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:8

70/100

W skali brutalności:2/10