Archiwa tagu: atmospheric horror

W noc cmentarnych psot

Boys in the Trees (2016)

boys in the trees

Australia, koniec lat ’90. Nastoletni Corey właśnie kończy liceum i marzy o nauce w Nowojorskiej szkole artystycznej celem rozwijania swojej fotograficznej pasji. Chłopak wyróżnia się na tle bandy swoich kolegów nie mających żadnych aspiracji po za paleniem trawy, jazdą na deskorolce i pukaniem gościnnych w nogach koleżanek.

W noc halloween oddala się od grupy swoich kumpli i napotyka swojego przyjaciela z dzieciństwa Jonaha. Ich znajomość zakończyła się lata temu, obecnie Jonah może liczyć jedynie na szyderstwa i kopniaki zarówno ze strony Corey’a jak i jego zastępu idiotów.

Tej nocy jest jednak inaczej. Corey wpada na Jonaha i daje się namówić na wspólny nocny spacer po miasteczku śladem upiornych opowieści jakie snuli w dzieciństwie w podobny halloweenowy wieczór.

boys in the trees

Wiecie co, po raz kolejny przez swoje uprzedzenia ominęłabym wartościowy obraz. Spojrzałam jednym okiem na plakat, który nieprzyjemnie skojarzył mi się z serialami o nastoletnich wilkołakach, czy innych wampirach, zbyt plastikowy by reprezentować coś, co mogłoby przykuć moją uwagę.

Szczęśliwie przyszedł czas filmowego głodu i z braku laku sięgnęłam po film,który miał być ‚teen padaką’. Zamiast ‚teen padaki’ dostałam nostalgiczny, klimatyczny thriller łączący w sobie kino psychologiczne z opowieściami z dreszczykiem.

boys in the trees

Spodobał mi się przeogromnie zarówno ze względu na treść jak i na swoja formę.

Wszytko to zasługa prawie debiutanta, który sam spisał scenariusz i wyreżyserował obraz. Mimo, że nastoletnie dramaty od dawna nie są już moim udziałem przyjemnie było wybrać się w taką sentymentalną podróż do czasu wielkich wyborów i często też wielkich błędów.

Obraz skojarzył mi się i było to skojarzenie bardzo intensywne towarzyszące mi praktycznie od początku seansu z „Donie’m Darko”, a to chyba dobrze, prawda?

Wszytko zaczyna się od spotkania Corey’a i Jonaha. Wiemy, że ten pierwszy wraz z bandą swoich przygłupich koleżków regularnie dokucza temu drugiemu.Czym zasłużył sobie na to niepozorny chłopaczynka nie wiemy, ale śledząc rozwój wydarzeń w czasie ich spotkania możemy zorientować się, że Jonah to na swój sposób oryginał. Nie przypomina typowego, szkolnego kozła ofiarnego.

boys in the trees

Jonah sprytnie wmanewrowuje Coryea w grę, w którą grali w  dzieciństwie. Nie mogę sobie w tym momencie przypomnieć jej nazwy, była jakaś pokopana. Chłopcy wyruszają na wspólną przechadzkę po mieście odwiedzając kolejne upiorne zdaniem Jonaha miejsca. Towarzyszą temu opowieści chłopca, które wizualizują się przed oczami widza w formie mini horrorów.

Są świetne, a jak głęboka jest ich symbolika dowiecie się na finiszu. Nie będę ukrywać że fabuła skrywa przed widzem pewną tajemnice. Być może domyślicie się sprawy wcześniej, ale nie sądzę żebyście pojęli wszystko.

boys in the trees

Z całej tej filmowej opowieści sączy się smutek. Tak jak lubię najbardziej w filmach grozy. Przesiąknięty jest nim każdy kadr każde filmowego słowo. Kontekst całej sprawy jest niezwykle dramatyczny, myślę że dużo bardziej niż moglibyście się spodziewać.

Jeśli zdecydujecie się na seans z „Boys in the Trees” przygotujcie się na coś czego nie oglądamy codziennie w kinie grozy.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:10

Klimat:10

Napięcie:7

Zaskoczenie:8

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:9

to coś:10

74/100

W skali brutalności:1/10

Jesteśmy w lesie

Ritual/ Rytuał (2018)

rytuał

By uczcić pamięć zmarłego przyjaciela, czterech mężczyzn udaje się na samczy treking po szwedzkich górach. Z uwagi na to, że pomysłodawca wypadu zmarł nim doczekał się pozytywnego rozpatrzenia swojej wakacyjnej oferty, kumple spędzają czas na smutno. Szczególnie Luke będący świadkiem śmierci Roberta nie może uciszyć głosu sumienia podpowiadającego mu, że mógł zrobić coś by pomóc kumplowi. Wyrzuty sumienia i konflikty w stadzie z nich wynikające szybko okazują się małym zmartwieniem wobec wyzwań survivalu. Gdy jeden z gości doznaje kontuzji reszta decyduje się na przeprawę przez las by skrócić trasę. 

Po słabym początki roku, który na Netflixie rozpoczął thriller „Open house”, platforma rehabilituje się propozycją horroru, która szybko zjednała sobie sympatię widzów.

„Rytuał” wbrew podejrzeniom, jakie może nasuwać tytuł w żadnym stopniu nie jest horrorem religijnym, tak więc obejdzie się bez księży i recytacji tekstu rytuału rzymskiego, który od nadmiernej ekspozycji w świecie filmowego horroru będzie niebawem popularniejszy od „Ojcze Nasz”:).

Mamy tu raczej horror rozpoczynający się jak klasyczny survival, który w miarę rozwoju akcji przechodzi w rytm nastrojówki, gdzie paranormalne zdarzenia wiążą się z lokalnym, skandynawskim folklorem.

Już od pierwszych ujęć widzimy, że brytyjski twórca ma na swój film pomysł. Wie, jaką historię chce stworzyć i buduje pod nią solidne podwaliny przykuwając uwagę widza dramatycznym otwarciem. Gdy przenosimy się w plener, nikt już nie może mieć wątpliwości co do zdolności operatorskich współtwórców, którzy będą nas uwodzić pięknymi panoramami szwedzkich gór. Wszytko w stosownie mglistej tonacji kolorów i bez zbytków w postaci plastikowych upiększeń.

Wczucie się w klimat i zaangażowanie w historię przychodzi bez trudów. Bohaterzy niby niewyróżniający się, a jednak sympatyczni będą dobrymi przewodnikami po mrokach lasu, do którego skierują swoje kroki, gdy sytuacja wymusi obranie drogi na skrót.

rytuał

rytuał

W lesie jest nie mniej czarownie niż na otwartej przestrzeni, jednak szybko przekonamy się jak błyskawicznie urok przyrody znika. Widok rozprutego i zawieszonego na drzewie pięknego okazu łosia to pierwsza z lepszych stricte horrorowych scen. Twórcy nie patyczkowali się z widzem, więc na tej jednej ekspozycji się nie skończy.

Nie myślcie jednak, że nastrój tajemnicy zdezerterował na rzecz prostych uroków bezrozumnej rąbanki. Owszem znajdą się tu sceny krwawe i nieprzyjemne, ale dużo większe wrażenie robi to, czego nie widać. Nasi bohaterzy zaczyna doświadczać przerażających koszmarów, a przebudzenie  z nich wcale nie będzie przyjemniejsze. Tu muszę pochwalić aktorów, bo nie łatwo jest przekonać widza, by zobaczył śmierć w oczach dorosłych dobrze zbudowanych samców rodzaju ludzkiego. W tej kwestii nawet mistrz suspensu szedł na łatwiznę posługując się białogłowymi trwożącymi się bez trudu i bez umiaru.

Jak wspomniałam pojawia się tu wątek lokalnego folkloru i pewnych wierzeń. Wierzeń w to, co nadnaturalne i powinno zostać niezauważalne. I tak też jest przez większość filmu, jednak w końcu niewyobrażone zło ukarze swoje oblicze i jest to oblicze bardzo zadowalające – jak dla mnie zajechało trochę Lovecraftem, ale bez prostego kalkowania za to z pomysłem, którego wykonawca efektu nie powinien się wstydzić.

Reasumując produkcja na poziomie, do której muszę Was zachęcić, a coby na coś ponarzekać to powiem, że pierwsza polowa filmu lepsza od drugiej:)

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:8

71/100

W skali brutalności:2/10

Dom uciech i śmierci

The Nesting (1981)

nesting

Młoda pisarka Lauren Cochran za radą swojego terapeuty przenosi się z Nowego Jorku na wieś, by tam odzyskać spokój ducha i pozbyć się uporczywych objawów agorafobii. Gdy wraz ze swoim znajomym, Markiem dociera w okolice gdzie planowała osiąść jej oczom ukazuje się okazałe stare domostwo. Jak sama twierdzi nigdy go nie widziała, a mimo to stworzyła jego obraz na kartach ostatniej powieści. Kobieta postanawia zarzucić wcześniejsze plany i wynająć właśnie ten dom.

Jego właścicielem okazuje się stary pułkownik, który cokolwiek dziwnie reaguje na widok Lauren. Nie mniej jednak kobiecie udaje się zrealizować plan wynajmu za pośrednictwem wnuka pułkownika i wkrótce zostaje lokatorką domostwa. Tam jednak nie znajduje spodziewanego spokoju, a agorafobia okazuje się najmniejszym problemem.

„Nesting” nie jest znanym filmem. Jego reżyser nie ma dużego dorobku. To rościło mi nadzieję na coś oryginalnego, ale niestety, „Nesting” to typowy reprezentant ghost story, jedynie pewne fabularne wybiegi, które sprawiły, że w wielkiej Brytanii uznano go za obsceniczny stawowi pewne novum, albo też ukłon w stronę gatunku slashera.

nesting

Nie mniej jednak nie jest to obraz, który powala na kolana, ale obejrzałam go, bo miałam palącą ochotę na obejrzenie czegoś starszego. W tej roli się sprawdził. To dokładnie taki film jakie kręcono w latach osiemdziesiątych. Żadnych szczególnych efektów, ale przynajmniej dobra jakość dźwięku.

Spora część filmowych wydarzeń rozgrywa się w biały dzień, ale klimat wcale na tym nie traci, bo w tych promienistych kadrach jest coś podstępnego. Z uwagi na fakt, że nie jest to superprodukcja, w którą wpompowano miliony, nie może się też pochwalić wyróżniającą się obsadą. Filmografia odtwórczyni głównej roli ogranicza się do paru ról, ale za to John Carradine powinien zwrócić waszą uwagę. Wciela się tu w postać pułkownika, jest też narratorem opowieści. Facet ma świetny głos, stworzony do filmów grozy. „Nesting” może też poszczycić się niezłą muzyką.

nesting

Scenariusz filmu mieści się w ścisłych ramach opowieści o nawiedzonym domu. Samo domostwo, jego architektura zrobiła na mnie większe wrażenie niż sama jego historia, ale może to kwestia mojej niechęci do wątków rodem z „Niewolnicy Izaury”. Mimo wszytko seans z „Nesting” muszę uznać za całkiem zadowalający. Dostałam od tegoż filmu to czego potrzebowałam, czyli klimatu kina lat ’80. bez wygórowanych oczekiwań może na film zalukać.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

55/100

W skali brutalności:3/10

Jezioro bożków

Neverlake (2013)

neverlake

Nastoletnia Jenny przerywa naukę w Nowym Jorku by spędzić trochę czasu z ojcem mieszkającym w Toskanii. Niestety ojciec pochłonięty praca naukową nad etruskim rzemiosłem nie poświęca jej zbyt wiele uwagi.

W czasie samotnej przechadzki nad słynne jezioro bożków, leżące nieopodal posiadłości ojca dziewczyna spotyka niewidomą mieszkankę pobliskiego sierocińca. Wkrótce Jenny zaprzyjaźnia się z mieszkającymi tam dziećmi i regularnie je odwiedza. Pewnej nocy to właśnie oni wyjawiają jej tajemnice dotyczącą kultu jeziora bożków.

neverlake

Przyznam się bez bicia, że przy pierwszym podejściu do tego filmu – jakiś tydzień temu – wyłączyłam go po dziesięciu, może piętnastu minutach. To co mnie odstraszyło zapewne jest tez przyczyną małej popularności filmu wśród widzów. Tak się jednak złożyło, że jakaś dobra dusza zachęciła mnie do seansu umieszczając komentarz z tytułem na blogu. W związku z tym uatrakcyjniłam sobie prasowanie ponownie włączając film;) Obejrzałam do końca i nie tylko dlatego, że w porównaniu z moją nienawidzoną domową czynnością nawet kiepski film jest dobry. Otóż okazało się, że mimo dużych niedostatków realizacyjnych „Neverlake” naprawdę jest filmem wartym uwagi.

W pierwszym kontakcie obraz wypada kanciasto. W aktorstwo odtwórców najważniejszych ról wkrada się nienaturalna sztywność – mam tu szczególnie na myśli ojca i córkę – ale postarałam to sobie wytłumaczyć. Ostatecznie nasza Jenny przybywa do domu ojca, którego prawie nie zna, ciężko w takiej sytuacji czuć się swobodnie i vive versa. Ostatecznie ograniczona ekspresja tatusia przełożyła się też na moje odczucia względem jego osoby- jakiś taki podejrzany. Za to pacynkowata Jenny okazała się idealną ofiarą sytuacji. Jak to mówią, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

neverlake

Twórcom filmu daleko do hollywoodzkich potentatów kina, budżecik lichy, więc trzeba się więcej nakombinować. Zamiast plastikowych efektów dostajemy rozmyte mary i chałupniczo majstrowane cuda, które tworzą bardzo specyficzny świat przedstawiony tej historii.

neverlake

Byłoby to jednak na nic gdyby nie sama historia, unurzana w mistycznej mgle starożytnych etruskich legend. Jednakowoż cała fabuła filmu, jej główna oś to nie tylko wątki mityczne. Tu twórcy zaserwowali nieoczekiwanie sprawną intrygę – nie powiem, że odkrywczą, bo mieliśmy już do czynienia z  podobnymi sprawami, ale nie ukrywam, że nie spodziewałam się zastać tu tego rodzaju kwiatków.

Reasumując, biję się w pierś za uprzedzenia, bo film dobry, choć zapewne nie spełni oczekiwań większości, jak to niskobudżetówki.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zaskoczenie:7

Zabawa:7

Walory techniczne:6

Aktorstwo:5

Oryginalność:6

To coś:7

62/100

W skali brutalności:1/10

Przyśni Ci się śmierć

Slumber (2017)

slumber

Do kliniki specjalizującej się w zaburzeniach snu zgłasza się rodzina szukająca pomocy. Każdej nocy gdy tylko zapadną w sen zaczynają lunatykować, a w tym lunatycznym transie robią rzeczy mogące zagrozić ich życiu. W najgorszej sytuacji jest syn państwa Morgan, który doznaje paraliżu sennego, który każdorazowo osłabia jego zdrowie. Mały Daniel jest przekonany, że nawiedzająca go we śnie istota w końcu doprowadzi do jego śmierci.

Film Johnantana Hopkinsa był jednym z głośniejszych tegorocznych horrorów. Informacje o nim krążyły w sieci na długo przed premierą zapowiadając dobre kinowe widowisko. Entuzjazm widowni opadł wkrótce po pierwszych pokazach filmu. Nie wiem już co tam konkretnie nie pasowało szanownej publice, mogę za to powiedzieć co nie pasowało mi.

Produkcja kuleje głównie na poziomie scenariusza. Brakuje tu dobrego prowadzenia historii, która szybko staje się niespójna i nielogiczna – pomijając liczne nonsensy – złe wypośrodkowanie napięcia sprawia, że nie wiemy jaki etap tej historii właśnie poznajemy, czy to jeszcze wstęp, czy już finał. Film urywa się bez doprowadzenia widza do punktu w którym mógłby stwierdzić że poznał jakieś konkrety lub zdążył pogodzić się z faktem, że pewne rzeczy mają zostać tajemnicą. Wszystko jest rozpieprzone bez ładu i składu. Nie mogę tego zrzucić na karb celowego zabiegu, bo film bije mainstreamowymi wybiegami po oczach i ciężko mi tu dostrzec aspiracje w kierunku oryginalności. Po prostu ktoś nie przemyślał do końca fabuły.

slumber

slumber

Drugim minusem jest aktorstwo odtwórczyni głównej bohaterki, czyli kreującej panią doktor pracującą we wspomnianej klinice zaburzeń snu. Ma ona osobiste przejścia związane z badanym przez siebie problemem, ale po drewnianej odtwórczyni tej roli nie widać nawet krzty emocjonalnego zaangażowania. Ma w sobie mniej więcej tyle aktorskiego entuzjazmu co hostessa po całym dniu stania w markecie z ekspozycja pasztetów.

„Slumber” ma jednak plusy i tych plusów najbardziej nie mogę odżałować, bo zmarnowały się na ołtarzu kiepskiego scenariusza.

Bardzo podobał mi się główny motyw- koszmary senne, paradoksalnie nie tak popularny w kinie grozy. Twórcom udało się nakręcić masę dobrych scen ukazujących ten problem, mam tu szczególnie na myśli nocne maratony rodziny Morganów. Ujęcia wypadają bardzo ciekawie i profesjonalnie w porównaniu z innymi aspektami produkcji.

Te plusy robią nam na wstępie duży apetyt na ten film, zapowiadają, że będzie klawo. Niestety są to nadzieje płonne jak sami się przekonacie, albo już przekonaliście.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie:4

Zaskoczenie:4

Zabawa:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:5

Oryginalność:5

To coś:5

49/100

W skali brutalności: 1/10

Pomyśl życzenie

Wish Upon (2017)

wish upon

Nastoletnia Clare Shannon od chwili samobójczej śmierci matki mieszka z ojcem trudniącym się wywozem śmieci, co stanowi przyczynę kompleksów dziewczyny.

Pewnego dnia pan Shannon wraca do domu z wygrzebanym ze śmietnika skarbem – piękną, starodawną pozytywką z chińskimi inskrypcjami. Daje ją w prezencie córce, a tej udaje się ustalić, że wedle chińskich wierzeń przedmiot ten potrafi spełniać życzenia.

Gdy Clare wypowiada jedno z nich nie bardzo wierzy w ich spełnienie. Okazuje się jednak, że pozytywka faktycznie owo życzenie spełnia. Niestety w życiu nie ma nic za darmo, a Clare wkrótce się przekona, że za każde ze spełnionych życzeń przyjdzie jej zapłacić.

wish upon

Nie miejcie złudzeń, „Wish upon” jest typowym teen horrorem, który raczej nie będzie w stanie Was wystraszyć. Jego twórca co prawda kręcił się w okolicy poważniejszych produkcji jako operator i wreszcie jako reżyser, ale scenariusz autorstwa Barbary Marshall nie dał Leonettiemu szansy na stworzenie kina grozy z prawdziwego zdarzenia. Film jest oczywiście bardzo przyjemny, jak to teen horrory, gdzie problemom związanym z dorastaniem zazwyczaj poświęca się więcej uwagi niż aspektom paranormalnym. Tu mamy większą równowagę wątków, więc obraz nie przynosi rozczarowania jakie nieodmiennie mi towarzyszy gdy mam do czynienia z mazgajowatymi nielatami w horrorach.

Nasza boahaterka, dość sympatyczne acz niemożebnie zakompleksione dziewczę, otrzymuje od taty niefartowny prezent. Mimo iż nie dowierza w magiczną moc pozytywki postanawia powierzyć jej swoje marzenie. Marzenie brzydkie, bo dotyczy ukarania niefajnej koleżanki. Niefajna koleżanka dostaje kuksańca z rozbiegu, a rozochocona Clare nie zauważa nawet, że spełnienie marzenia zbiegło się w czasie ze zgonem jej czworonożnego przyjaciela.

wish upon

Wypowiada kolejne życzenie, które pociąga kolejną krwawą zapłatę. Dziewczyna ma do dyspozycji aż siedem życzeń. W końcu, z trudem bo z trudem, zaczyna kojarzyć fakty. Tu rozpoczyna się badanie pozytywki. Ach, rychło w czas, zupełnie jak czytanie instrukcji obsługi po zepsuciu gadżetu.

Fabuła prosta, dość przewidywalna, ale finalnie może przynieść efekt zaskoczenia. Zakończenie przypadło mi do gustu.

Strachu, jak wspomniałam nie będzie tu dużo. Jakieś próby w tym kierunku zostały podjęte, ale mocnych horrorowych scen się tu nie dopatrzyłam. Reasumując, film sympatyczny, niegroźny.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła: 6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność: 5

To coś:5

57/100

W skali brutalności:1/10

Długa droga do domu

Si-gan-wi-ui jib aka The house of disappeared (2017)

house of disappeard

Kang Mi-hee zostaje skazana na dwadzieścia pięć lat więzienia za podwójne zabójstwo, męża i synka. Zostaje złapana z nożem w dłoni nad zwłokami tego pierwszego, zaś ciało syna nigdy nie zostało odnalezione. Po odsiedzeniu wyroku, sędziwa kobieta wraca do swojego domu, gdzie dopadają ją duchy przeszłości. Może to sumienie, a może w domu Kang Mi-hee faktycznie dzieje się coś strasznego? Młody wikary miejscowej parafii jako jedyny wydaje się interesować staruszką i jako jedyny dopuszcza możliwość, że nie ona odpowiada za tragedię z przed lat.

Czy ten skrót fabularny coś Wam mówi? A powinien. Nie od razu zorientowałam się, że w przypadku „House of disappeard” mamy do czynienia z tą samą historię co w „La Casa del fin de los tiempos”.

Do głowy by mi nie przyszło, że Koreańczycy mogą remake’ować wenezuelski horror, a jednak. Coś mi jednak świtało, a gdy zaczęłam przywidywać dalszy rozwój fabuły- co nie jest łatwe w przypadku tak pomysłowego scenariusza – w końcu do mnie dotarło, że gdzieś już to widziałam. To przeważnie Amerykanie podkupują koreańskie, czy południowo amerykańskie scenariusze i przerabiają je wtłaczając w plastikowe formy, a tu proszę, koreańczy zrobili remake. Wciąż uczę się o ich filmowych zwyczajach i nadal mnie zaskakują.

Remake jest oczywiście bardzo dobry i pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że lepszy niż oryginał, gdyby nie fakt, że wenezuelską wersję oglądałam bardzo dawno temu i w tym momencie w mojej głowie walczy ze sobą efekt świeżości z efektem pierwszeństwa.

To, że Korea Południowa potrafi robić kino grozy głoszę jak mantrę i fakt, że będę Was zachęcać do kolejnej produkcji z tego kraju już Was chyba nie zaskoczy.

W filmie mamy doskonałą intrygę, tajemnicę, której rozwiązania nikt nie powinien mieć szansy przewidzieć i wspaniałą atmosferę horroru paranormalnego.

house of disappeard

house of disappeard

Wszystkie wydarzenia skupiają się na domu, opuszczonym przez lata odsiadki gospodyni. Nastrój, aura obrazu jest przygnębiająca i powiem Wam, że film może stanowić ciężki emocjonalny gips dla wrażliwych. Sceny, te z założenia straszne robią całkiem dobre wrażenie, ale nie są też po hollywoodzku nachalne.

Z fabuły zdradzić wiele nie mogę, co oczywiste skoro scenariusz bazuje na efekcie zaskoczenia, więc musicie mi zaufać.

Miłośnicy koreańskiego kina pewnie i tak go obejrzą, a osoby uczulone na skośne kino odsyłam do wenezuelskiej wersji oryginalnej – na poziomie fabuły ni odnotowałam większych zmian. A najlepiej obejrzyjcie jeden i drugi, a co.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klima:9

Napięcie:8

Zaskoczenie:9

Zabawa:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:9

73/100

W skali brutalności:1/10

Bo kto przysięgę naruszy

Droga w świetle księżyca (1972)

droga w swietle ksiezyca

„Bo kto przysięgę naruszy,  ach biada jemu za życia biada i biada jego złej duszy”

Młody szlachcic Julian Starzeński wraca do rodzinnego dworu z zagranicznych nauk. Tam czeka na niego ojciec, który pragnie by syn zajął się gospodarstwem oraz młoda macocha , której do tej pory Julian nie miał okazji poznać.

We dworze panuje ciężka atmosfera – Podobnie jak i w cały kraju po klęsce powstania listopadowego.

Ukochana Henryka, Katarzyna pragnie jak najszybciej opuścić to miejsce, a i jego syn tuż po przybyciu zaczyna doświadczać dziwnych wizji. Widzi w nich swą zmarło matkę, która upomina się o złożoną przez laty przysięgę.

droga w swietle ksiezyca

„Droga w świetle księżyca” to kino polskie okresu jego świetności- przynajmniej w mojej ocenie. Już dawno miałam go obejrzeć, ale ciągły napływ nowości, na których recenzję najbardziej czekacie odciągał mnie od filmów, które lubię najbardziej. – Że jestem dziwakiem lubiącym polskie horrory to już wiecie.

Scenariusz „Drogi…” podobnie jak w wielu przypadkach filmów z tamtego okresu powstał w oparciu o klasyczną literaturę grozy. Autor opowieści, Amrose Bierce, nie jest tak znany jak Poe czy nawet Lewis, ale Witold Orzechowski twórca filmu upodobał sobie jego twórczość.

W czasie z jednym z późniejszych wywiadów z reżyserem wyjaśnia on dlaczego w czasach PRL polscy filmowcy tak często sięgali po literaturę dawną jako źródło inspiracji. Nie chodziło tu tyle o jej wspaniałość ile o zmylenie cenzury. Czujni cenzorzy widząc obraz, którego akcja rozgrywa się w ubiegłym wieku w odmiennym politycznie czasie nie warczeli tak bardzo.Widzowie cieszyli się na wspomnienie o narodowowyzwoleńczych zrywach i w pakiecie dostawali sporą dawkę romantycznego ducha. A że literatura okresu np. romantyzmu, po którą często sięgano miała w sobie duży pierwiastek niesamowitości, sprawiło to, że Polacy zaczęli kręcić horrory.

Znakiem rozpoznawczym większości starych, polskich filmów grozy jest duża doza melodramatyzmu. Najczęściej pojawia się tu jakaś bladolica demoniczna kobieta i jej roznamiętniony umiazgacz, co tez jest cechą literatury romantycznej. Tak więc Polacy kręcili romantyczne horrory.

„Droga w świetle księżyca” jest jednym z nich. Nie znam fabuły oryginału, ale z tego co wiem to jego autor najczęściej obierał jako miejsce akcji Amerykę Północną i tam rozwodził się nad życiem jej osadników. Witold Orzechowski musiał więc spolszczyć historię i osadził ją w naszej pięknej ojczyźnie w czasach panowania carskiej Rosji.

Film otwiera scena rodem z wiejskich legend. Młody panicz i jego woźnica jadą drogą w świetle wschodzącego księżyca. Nagle woźnica dostrzega na niebie klucz ptaków, frunących w dziwnej konfiguracji. Odczytuje to jako zły omen i nie chce dalej jechać. Panicz nie baczący na zabobony przejmuje lejce i w końcu docierają do ojcowskiego dworu.

droga w swietle ksiezyca

Tam osacza ich dziwna atmosfera,a wkrótce zaczynają się dziać rzeczy niesamowite. Julian zaczyna widywać swoją matkę, która zmarła gdy był chłopcem. W ten sposób przypomina sobie o przysiędze jaką jego ojciec Henryk złożył umierającej: nigdy ponownie się nie ożeni. A Henryk już złamał przysięgę biorąc za żoną młodą guwernantkę/nauczycielkę muzyki.

Piękna Kasia- mnie osobiście jej uroda nie powaliła- wpada w oko młodemu i zaczynają się problemy. Jak duże możecie się spodziewać, znając naturę romantycznych tragedii.

droga w swietle ksiezyca

Klimat filmu przypadł mi do gustu już od pierwszych ujęć na drodze, dalej jest tylko lepiej, bo i mary senne i makabryczne widzenia, ruiny zamczyska, opuszczone cmentarze i lasy zimowe. Wszystko co lubię.

Dla fanów bardziej wyrazistego horroru mamy tu dwa świetnie nakręcone morderstwa. Urągać mogę jedynie na odtwórczynie głównej roli kobiecej- francuskiej aktorki – która ani nie wydała mi się zniewalająco piękna, ani nie powala warsztatem. Rządzi za to brać męska, Mieczysław Voit, czy młody Jerzy Zelnik.

Zdjęcia super, muzyka jeszcze lepsza. Andrzej Korzyński twórca muzyki do chociażby „Panny nikt” przemycił tu nuty z pogranicza szaleństa, pogańskich obrządków i zadbał tym samym o uwydatnienie niepokoi. Ja lubię, kto nie lubi jego strata 😉

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:5

Zabawa;7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:6

Oryginalność:7

To coś:8

65/100

W skali brutalności:1/10

Dom ducha

I Am the Pretty Thing That Lives in the House (2016)

i am pretty thing lives in that house

Młoda pielęgniarka ze złamanym sercem rozpoczyna pracę w starym domu starej kobiety. Jej podopieczna to pisarka z demencją Iris Blom, która niegdyś raczyła swoich czytelników opowieściami grozy o duchach, które żyją w jej domu. Teraz tych lokatorów ma okazję poznać pielęgniarka Lily

„I am the pretty thing…” to nowość produkcji Netflixa, w reżyserii Oz’a Perkinsa – tak syna sławnego Normana Batesa. Ciężko więc się dziwić, że miałam względem tego filmu pewne oczekiwania.

Początek filmu gdzie z ciemności wyłania się rozmyty kadr prezentujący młodą kobietę w kostiumie z dawnej epoki wskazywał, że z dużym prawdopodobieństwem trafiłam tu na mój ulubiony horror kostiumowy, z gotyckim klimatem i bez współczesnych graficznych zagrywek.

W tym też miejscu pojawia się w zasadzie cała opowieść zamknięta w jednym monologu o duchach, które ‚gniją’ samotnie w domu, w którym dokonały swojego żywota.

i am pretty thing that lives in the house

Ten monolog, jak wspomniałam opowiada w zasadzie cały film, nic ponad to już nie usłyszymy, a nostalgiczne słowa ducha będą się jedynie odbijać od ścian w pusty domu. Są jego jedyną treścią, co mimo  starań stanowi bardzo lichy fundament. Ten fundament nie utrzymał ciężaru oczekiwań jakie widz może stawiać wobec kina grozy.

Bardzo lubię minimalizm, proste historie zamknięte w pięknych ramach, ale w przypadku „I am pretty thing…” trochę przedobrzyli. Tematyka filmu oscyluje na granicy metafizycznych przeżyć, niejasnych przeczuć nostalgicznego smutku. To bardzo dobre połączenie, lubię się trochę zadumać przy historiach z drugiej strony życia, ale … no właśnie co? Powiem to krótko, film mnie znudził, uśpił i nie wykorzystał swoje szansy na wzbudzenie emocji.

Ta piękna forma, ten ambitny temat spoczął na mieliźnie z powodu zbyt wysoko postawionej poprzeczki – nie proporcjonalnie wysoko wobec tego co faktycznie zaoferował.

Mamy tu powolne, powłóczyste wręcz ujęcia z krzesłem przytwierdzonym do ściany jako główny punk praktycznie w każdej ze scen – może to alegoria do filmowego przesłania – jesteś uwięziona.

Mamy narratorkę, która powtarza wciąż tę samą kwestię o gnijących duchach i niemożności wyrwana się z impasu śmierci- bardzo dobry monolog, jeśli słyszy się go raz, ale powtarzany przez ponad godzinę z ogromną częstotliwością traci na sile rażenia i zmienia się w majak i bełkot.

i am pretty thing that lives in the house

Ostatecznie zamiast przezywać artystyczne uniesienie trwałam w zawieszeniu nie mniejszym niż te gnijące duchy, czekając aż coś się wydarzy. Jeśli zamierzeniem Perkinsa było wprowadzenie widza w taki właśnie nastrój to spisał się medalowo. Życie po śmierci jest bardzo nudne.

Pamiętam, że nico podobny motyw wykorzystano w w filmie „Obecność” – i nie chodzi mi o „Obecność” Vana, tylko „Presence”. Tam mimo rażąco powolnej narracji i krańcowo pasywnej akcji miałam z seansu pewną przyjemność. Wiedziałam, że toczy się tam jakaś historia. W „I am pretty thing…” miałam wrażenie, że obcuje z chaotycznie posklejanymi scenami kręconymi bez scenariusza. Nie wiedziałam, czy ta historia w ogóle dokądś zmierza, czy cokolwiek ma zamiar się tu wydarzyć?

Nie mam absolutnie zarzutów względem szkieletu tej historii: mamy dom pełen duchów, szaloną staruszek i jej pielęgniarkę, która jak oświadcza w pierwszych minutach wkrótce dołączy do szeregu duchów domu. No fajnie, proso i konkretnie. Opowiedziano ją jednak w sposób, który nie ma szansy zaciekawić. Na pewno znajdą się widzowie, którzy docenią rozmywające się postaci duchów, czy owo filmowe przesłania o impasie i gniciu, ale w moim przypadku odczucia są cokolwiek chłodne.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:7

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:4

49/100

W skali brutalności:0/10

Widzę Cię w mroku

Lights Out/ Kiedy gasną światła (2016)

kiedy zgasna swiala

Po śmierci drugiego męża Sophie pogrąża się w psychicznym dołku, który uniemożliwia jej opiekę nad synkiem, Martinem. Interweniować musi córka Sophie z pierwszego małżeństwa, młodziutka Becca. To właśnie ona odkryje, że za psychicznym załamaniem matki stoi coś więcej niż żałoba.

„Kiedy gasną światła” jest reżyserskim debiutem Davida Sandberga, który po raz pierwszy miał okazję zabłysnąć w długim metrażu. Inspiracją dla scenariusza był jego króciutki, kilku minutowy mini horrorek pod tym samym tytułem, który nakręcił parę lat wcześniej. Dzięki wsparciu scenarzysty znanymi z sequeliprequeli mógł rozwinąć swoją historię w pełnometrażowy horror.

Fabuła filmu, jak na nią spojrzeć surowym okiem niczym się nie wyróżnia spośród popularnych nastrojówek.

Główyny motyw przewodni to rozgrywka między obłędem, a nawiedzeniem, choć nie przeprowadzona na zasadzie klasycznego pojedynku dwóch wersji prawdy. Tu oba te motywy uzupełniają się, co tworzy w pewnym sensie nową jakość obydwu motywów. Dla mnie na plus.

W przypadku „Kiedy gasną światła” plakietka ‚horror nastrojowy’ nie została przypięta przypadkiem z braku lepszego określenia. Ten film ma naprawdę fajny klimat.

kiedy zgasna swiala

Wszystkie straszne sceny zbudowane są na podstawie tego, co reżyser zaprezentował w swoim krótkometrażowym debiucie. Sprawa wygląda następująco. Jest ciemność. W ciemności dostrzegamy ‚coś’. Szybko zapalamy światło. Coś znika. Gasimy. Coś znowu się pojawia. Bardzo prosty zabieg i bardzo skuteczny. Oparty na pierwotnym ludzkim lęku przed ciemnością kiedy to wyobraźnia podsuwa nam przerażającą interpretacje słabo widocznego obrazu.

kiedy zgasna swiala

Straszne momenty w filmie nie są więc jakoś szczególnie przekombinowane. Nawet gdy w miarę rozwoju akcji lepiej możemy przyjrzeć się temu co czai się w domu Sophie. Widać w tym zamiłowanie do gatunku i szacunek do widza.

Fabuła nie przynosi niespodzianek, których objawienie spowodowałoby opad dolnej szczęki, ale coś tam sobie wymyślili i nie są to rozwiązania, których mogłabym się czepiać.

Jak wspomniałam technicznie jest dość minimalistycznie, co do aktorstwa też nie mam zarzutów. Teresa Palmer to niezwykle sympatyczne dziewczę i miło się ją ogląda na ekranie. Trudniejszą rolę miała Maria Bello w roli szalonej mamuśki i jak zazwyczaj dała radę.

Film więc całkiem dobry, jak najbardziej do obejrzenia choć nie oszołamiający.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:7

Klimat: 9

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:7

65/100

W skali brutalności:1/10