Archiwa tagu: australijski horror

Troje to już tłok

Gone/ Droga donikąd (2007)

droga donikąd

Alex wyrusza na wycieczkę po Australii. Wkrótce ma spotkać się ze swoją dziewczyną, Sophie i spędzić z nią romantyczne wakacje we dwoje. Najpierw jednak trafia na innego młodego turystę, Amerykanina, Tylera, który oferuje mu wspólną zabawę z dopiero co poznanymi paniami, a później odstawienie wprost w ramiona ukochanej.

Tak też się dzieje. Impreza udała się bardziej niż Alex przewidział, a nazajutrz Tyler wyrusza wraz z nim do Sophie. Dziewczyna jest zachwycona nową znajomością i chętnie przystaje na pomysł Tylera by podróżowali we troje. Alex jest jednak podejrzliwy. Nie podoba mu się nachalność Tylera i sposób w jaki reaguje na Sophie. Oczywiście złe przeczucia okazują się niczym w porównaniu z właściwą rangą zagrożenia.

Thriller „Droga donikąd” to reżyserski debiut Australijczyka wspieranego przez dwóch bardziej doświadczonych scenarzystów. Jeden z nich odpowiadał za reżyserię dwóch bardzo udanych produkcji, „Kobieta w czerni” (remake) i „Eden Lake„. „Gone” zaś spokojnie można zaliczyć do bezpiecznych średniawek.

Jest to jeden z tych filmów, gdzie widz szybko i bez problemu zlokalizuje zagrożenie i przez resztę czasu pozostaje jedynie obserwowanie tego, jak poradzą sobie z nim niczego nieświadomi bohaterzy.

droga donikąd

Niektórych taka forma prowadzenia fabuły może irytować, bo nie wszystkim łatwo przychodzi patrzenie na ludzką naiwność, ale jeśli zagryźć zęby… Ostatecznie co poczęliby psychopaci, gdyby wszyscy protagoniści byli czujni i nieustępliwi;)?

Historia rozpoczyna się w momencie, gdy Alex poznaje Tylera, który niczym dobry Samarytanin zgarnia go z ulicy i oferuje bezinteresowną pomoc. Już w chwili, gdy wyruszają po Sophie, Tyler ma haka na Alexa. Z dnia na dzień bohater coraz bardziej obawia się, że jeśli zrobi coś nie po myśli towarzysza, ten wytoczy ciężkie działa.

Tyler wydaje się mieć bardzo określony cel i stopniowo go realizuje. Nie da się ukryć, że naiwność Sophie i bezradność Alexa bardzo mu sprawę ułatwia. Chwyty jakie stosuje antybohater są coraz brutalniejsze. Pewnym jest, że nastąpi eskalacja.

droga donikąd

Ja wspomniałam, nie jest to film obfitujący w niespodzianki. Jedyny zwrot akcji na jaki możemy liczyć to chwila, w której Sophie przejrzy na oczy, a Alex weźmie się w garść.

To taka historia z morałem, by ostrożnie zawierać znajomości, kolejna z serii ‚naiwni kontra świat zbrodni’.

Jest opowiedziana w całkiem przystępny sposób i nie mierzi wykonaniem, co nie znaczy, że powali Was klimatem, czy sposobem stopniowania napięcia. Aktorstwo też nie jest walorem godnym wyróżnienia. Ot, kolejny średniak na zabicie czasu.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:4

Aktorstwo:6

Walory techniczne:6

Oryginalność:5

To coś:6

55/100

W skali brutalności:2/10

W czasie burzy

Storm Warning/ Przed burzą (2007)

przed burza

Pia i Rob wybierają się na wycieczkę łódką. Gdy nad zatoką zbierają się czarne chmury i nadchodzi odpływ para ląduje na mieliźnie wśród niezliczonego pustkowia. Wędrując w deszczu znajdują schronienie na zniszczonej farmie. Okazuje się, że jej właścicielami są moi ulubieni wiejscy sodomici, którzy zapewnią protagonistom wieczór pełen wrażeń.

przed burza

Chyba wspominałam już, że w moim odczuciu australijskie horrory są niezwykle brutalne. „Przed burzą” potwierdza tę myśl, choć oczywiści wśród innych obrazów jego twórców znajdą się też wyjątki. Scenarzystę Everett De Roche możecie kojarzyć z dwóch odsłon „Długiego weekendu„, czy „Patricka”, mi znanego raczej z remake.

„Przed burzą” znacznie się od nich różni. To pełnokrwisty horror z brudem, błotem, deszczem i masą walających się flaków. No, może przesadziłam, masę flaków to mamy w innym australijskim horrorze, „Martwicy mózgu„. Tu mamy, powiedzmy, ilość optymalną dla fana horrorów.

przed burza

Film wykorzystuje konwencje survival horroru, choć nie spełnia wszystkich jego wymogów.

Wszytko zaczyna się od feralnej wycieczki. Piękna para grzęźnie na mieliźnie, z nieba leje się deszcz i uderzają pioruny. Wbrew własnym obawom bohaterzy lecą niczym ćmy do światła. Złe przeczucia się sprawdzają. Wkrótce zostają nakryci w domu trzech mężczyzn – ojca i dwóch synów. Trudno stwierdzić, który z nich jest najbardziej wykolejony. Palmę pierwszeństwa oddam ojcu rodziny z racji wieku.

Wiejscy sodomici są stosownie do swojej klasy brudni, wulgarni i okrutni. Marzy im się gwałt na pięknej Pii, ale moment ten jest odwlekany, przez co wrażliwy widz cierpi w napięciu. Rob zostanie potraktowany adekwatnie do swojej płci, bo niestety nie mogą z niego zrobić większego użytku jak tylko popastwić się fizycznie.

Atmosfera wszechobecnego okrucieństwa, lejący się z ekranu syf nie pozostawia wątpliwości z jakim filmem mamy do czynienia. Nagromadzenie scen z udziałem krwi zwiększa się w miarę jak przesuwa się filmowa taśma. Finał to już absolutna eksplozja niesmaku, aczkolwiek moją uwagę przykuł inny fragment. Nie wiem czy powinnam rzucać takiego spoilera, ale nie mogę utrzymać palców na wodzy.

przed burza

SPOILER: Hitem seansu jest scena, w której Pia montuje sobie w pochwie potłuczoną butelkę- oczywiście ostrzem do zewnątrz. W ten sposób skutecznie hamuje zapędy starego sodomity przed gwałtem. Sekwencję dopełnia scena w której Azor, stróż naszych sodomitów, rzuca się na krwawa maź, która została po niecierpliwym penisie właściciela. KONIEC SPOILERA.

Aktorsko film stoi na przyzwoitym poziomie. Efekty gore wyglądają tak, jak powinny, a całości dopełnia ciemna tonacja zdjęć i nie powiem, całkiem dobra ścieżka dźwiękowa. Poleca widzom rządnym ‚odrobiny’ krwi.

Moja ocena:

Straszność:7

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:7

Zaskoczenie:4

Zabawa:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:6

61/100

W skali brutalności:4/10

Zbrodnie magazynowe

Storage/ Magazyn (2009)

magazyn

Pewnego wieczoru, gdy nastoletni Jimmy wraca wraz z ojcem z kina zostają zaatakowani przez zamaskowanego sprawce w podziemnym przejściu. Ojciec chłopaka stawia opór i uzbrojony złodziej dźga go nożem.

Jimmy bardzo źle znosi stratę ojca, wtedy z pomocą przychodzi mu wuj Leonard, który jest właścicielem magazynu, w którym w wynajętych pomieszczeniach najróżniejsi ludzie przechowują swoje rzeczy.

Jimmy zaczyna pracę u wuja. Szybko orientuje się, że magazyn jest świetnym miejscem na ukrycie swoich najbrudniejszych sekretów. Chłopak podejrzewa, że jeden z wynajmujących ukrywa w swoim składzie dowody zbrodni, morderstwa. Wkrótce wraz z wujem sprawdzą magazyn pana Piaseckiego…

Wszyscy, którzy widzieli obraz „Milczenie owiec” widzą już, że pomysł na ukrycie dowodów zbrodni w prywatnym magazynie, do którego nie ma dostępu praktycznie nikt po za wynajmującym, jest świetnym rozwiązaniem. Wszyscy Ci, którzy choć fragmentarycznie widzieli słynne „Wojny magazynowe” na Discovery wiedzą, jak wiele niespodzianek można spotkać w takim magazynie.

magazyn

Australijczyk, Michael Craft, twórca głównie krótkometrażówek, wykorzystał ten pomysł w swoim thrillerze. Jest to jednocześnie jego debiut pełnometrażowy.

„Magazyn” łączy w sobie elementy kryminału, gdzie młody chłopak bawi się w detektywa, thrillera psychologicznego, gdy pewne kwestie okazują się być mocno odmienne od założeń i horroru, gdy dochodzi do krwawych mordów.

Na pierwszym planie mamy nastolatka pałającego chęcią zemsty za bezsensowną śmierć ojca. Trauma jakiej doznał uwrażliwia go na wszelkie wykroczenia, jakich dopuszczają się ludzi w jego otoczeniu. Pech chce, że trafia do wujkowego magazynu, gdzie aż roi się od tajemnic i podejrzeń o najgorsze: Fabryka metamfetaminy w jednym składzie, bankrut ukrywający swój majątek przed komornikiem, szalona wdowa, która stworzyła w magazynie upiorne sanktuarium ku pamięci męża, pedofil, który przechowuje pamiątki po swoich harcach, czy wreszcie Pan Piasecki, który ukrywa w magazynie zakrwawione damskie ciuchy.

magazyn

Pytaniem jest, czy nasz młody daje się ponieść paranoi, czy faktycznie mężczyzna, którego ma na oku jest podejrzany? Gdy młody dzielnie włamuje się do magazynu, na czym zresztą zostanie nakryty przez wuja Leonarda, wszystko wydaje się być jasne. Ale moi drodzy, spójrzmy na pasek postępu, to dopiero połowa filmu. Wydarzy się jeszcze wiele. Ale niestety nie mogę Wam powiedzieć co.

magazyn

„Magazyn” jest sprawnie zbudowany fabularnie. Znajdzie się miejsce na młodzieńcze rozterki, brawurowe akcje śledcze, czy wreszcie otwarty atak na ofiarę. Do tego sporo psychologii, bo jak napisałam, pewne rzeczy nie są takimi, na jakie wyglądają i nie chodzi mi tu o wątpliwości względem Pana od damskich ciuchów.

Warto ten film obejrzeć, bo dobrze trzyma w napięciu i choć nie wszytko jest w nim doskonałe –  chociażby gra aktorska – to całość punktuje na plus.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:8

Klimat:6

Napięcie:8

Zabawa:8

Zaskoczenie:8

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:7

To coś:7

68/100

W skali brutalności:2/10

Uśmierć swój mózg

Brain dead/ Martwica mózgu (1992)

martwica mozgu

Lionel Cosgrove mieszka z matką w dużym domu. Układ sił w tej rodzinnie uporczywie kojarzył mi się z historią Bates’ów. Apodyktyczna starsza Pani zrobi wszytko, żeby jedyny synuś, mimo że już dorosły nie oddalił się od mamusinej spódnicy. W czasie jednej z prób sabotażu związku syna z miejscową sklepikarką Pani Cosgrove padnie ofiarą dzikiego zwierza. Dokładnie szczuro-małpy z Sumatry. Ten paskudnik dotkliwie ukąsi ją, gdy będzie śledzić syna w czasie randki w zoo. Już nazajutrz okaże się, że stwór, który powstał w wyniku gwałtu kolonii szczurów na małpach z wyspy (!!) jest nosicielem zarazy, a zarazę tą określamy ‚MARTWICĄ MÓZGU’.

martwica mozgu

Peter Jackson na chwilę obecną kojarzony jest głównie z kasowymi produkcjami o niekończących się podróżach po świecie stworzonym przez Tolkiena. Jako, że fanką tego typu opowieści nie jestem, bardzo brakuje mi starego Jacksona, który nie generował wszystkiego komputerowo.

Jego pierwszym filmem jest horror „Bad taste”, który nakręcił za własne pieniądze. Później była „Martwica mózgu”. Kolejnym większym już przedsięwzięciem były „Niebiańskie stworzenia„, traktujące o parze młodocianych morderczyń – do tej pory jest to jeden z moich ulubionych filmów. A jeszcze później hobbity elfy i golumy. Ostatnim filmem w jego reżyserii jaki przypadł m do gustu była „Nostalgia anioła”.

Ciężko mi uwierzyć, że ktoś z taką pozycja w Hollywood zaczynał od filmowych grotesek, zlanych 300 litrami sztucznej krwi, z amatorskim aktorstwem i scenariuszem opartym na absurdzie. (Może kiedyś wróci do korzeni, jeśli w tym hobbitolandzie nie zrobiło mu się za wygodnie)

„Martwica mózgu”, czy się komuś podoba, czy też nie, jest filmem kultowym. Ilekroć go oglądam nie jestem w stanie oswoić się z takim przyrostem obrzydliwości jakie podtyka nam pod nos twórca.

martwica mozgu

Pierwszą z najmocniejszych scen w tym filmie jest konsumpcja deseru. Powoli rozkładająca się mamusia Lionela zasiada przy stole ze swoimi gośćmi, strzela do talerza jednego z nich ropą z rany na ręku a na koniec zjada własne ucho…

To dopiero początek filmu.

Im dalej posuwa się fabuła tym większe nagromadzenie potworności. Potworności zmajstrowanych w niewyobrażalnie naturalistyczny sposób. Jeśli jakiś widz, po seansie z kilkunastoma zombie movie uważa, że na temat gnijących ludzkich szczątek wie już wszytko, powinien poznać stwory ulokowane w domu Castgrove.

Mamusia Loinela nie będzie bowiem długo osamotniona w swojej chorobie. Dołączy do niej pielęgniarka – z wspaniale rozwaloną szyją, ksiądz i kilka innych przypadkowych ofiar zarazy.

To co Jackson wyprawia ze swoimi bohaterami przechodzi wszelkie pojęcie. Pojebana groteska to najdelikatniejsze określenie jakiego można użyć by nazwać ten stan rzeczy.

martwica mozgu

Poczucie humoru jakim operuje twórca jest obrzydliwe, nie wiadomo, czy się śmiać, czy się zrzygać.

Zazwyczaj nie znoszę takich filmów, ale przy sile przekazu, przy bezwzględności Jacksona nie jestem w stanie fuknąć z niesmakiem. Śledzę więc z rosnącym niedowierzaniem dalszy rozwój wypadków.

Ja sama w pewnym momencie zaczęłam interpretować ten pokaz gore, jako taką przewrotną metaforę wyniszczającego wpływu zaborczego rodzica. Mamusia mimo iż jest już martwa nadal dezorganizuje życie synka.

Finał tej historii to zbiorowa masakra martwych mózgów przy użyciu kosiarki. Krew jest wszędzie, ale nie jakiś zgrabne połyskujące kropelki jakie widzieliśmy chociażby w nowej „Carrie„, lecz prawdziwa, lepka maź rozlewająca się na wszystkie strony.

martwica mozgu

Teatr absurdu i okropności.

Trzeba mieć mocny żołądek i raczej nie polecam zajadania pizzy przed ekranem.

To bardzo specyficzny rodzaj rozrywki i jeżeli ktoś zechce potraktować ją poważnie to przy próbie zracjonalizowania przedstawionych wydarzeń może się nabawić martwicy mózgu:)

Moja ocena:

Straszność:9

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:9

Zaskoczenie:5

Aktorstwo:6

Oryginalność:10

To coś:9

Walory techniczne:10

81/100

W skali brutalności:7/10

Lola Cię pokocha

Loved ones (2009)

loved ones

Nastoletni Brent to chmurny młodzieniec, który paląc trawkę i słuchając heavy metalu radzi sobie z z traumą jaką był dla niego wypadek samochodowy, w którym zginął jego tata. Pogrążona w depresji matka po cichu obwinia za to syna nie mniej jednak szaleje z niepokoju gdy pewnego dnia Brent znika. Jak się okazuje nie jest to przypadek odosobniony, bo w małym australijskim miasteczku często znikają młodzi, przystojni chłopcy.

To nie jest kolejny teen slasher – To Wam mogę ogłosić już na wstępie.

Ten horror w istocie bazuje na wielu konwencjach. Od ostrego torture porn po czarną komediethriller psychologiczny z bardzo wprawnym portretem chorego oprawcy. Dzieje się w świecie nastolatek, w dodatek akcja osadzona jest w dniu szkolnego balu, ale nie spodziewajcie się świra z siekierą, który będzie rąbał młodych jurnych oraz słodkie i niewinne w ramach standardowego schematu.

Kto będzie sprawcą tragedii możecie domyślić się dość szybko. I sądzę, że większość świata będzie takim rozwiązaniem fabularnym usatysfakcjonowana.

Już na początku seansu zerkałam podejrzliwie na dziecinnie wyglądającą Lolę, która zalotnie zerka na Brenta, nawet w chwili gdy ten oddaje się rozpuście ze swoją laską;)

Postać Loli to mistrzostwo świata. Szalone kobiety są moimi faworytkami pośród wszelkich złoczyńców. A ‚różowa księżniczka’ jak najbardziej wpisuje się w ten typ bohaterki.

loved ones

Twórca filmu wpadł na pomysł by z przeciętnej nastolatki, która w różowym kajeciku wkleja zdjęcia swojej sympatii zrobić totalnie odjechaną świruskę. Lola to bez wątpienia wizjonerka jeśli chodzi o relacje damsko-męskie.

loved ones

Cały obraz balansuje między grozą i groteską. Wszytko jest tu jakby… nie na miejscu, po zniekształcane i po naciągane do granic możliwości.

Wszystko w tym filmie jest jaskrawe niczym różowa sukienka naszej księżniczki. Kadry są bardzo wyraziste i ostre, muzyka potrafi wepchnąć się na pierwszy plan.

A fabuła, czego tu nie ma… Po za fajnie ukazaną psychologią, a może raczej psychopatologią, ucieszymy oko licznymi nieoszczędzającymi widza scenami tortur. Jest wątek kazirodczy, jest nawet kanibalizm.

loved ones

Jest to horror raczej mało popularny, prawdopodobnie z racji swojej niestandardowości i dziwności. To obraz skierowany do fanów porytych filmów, serio, ostrzegam😉

Moja ocena:

Straszność:9

Fabuła:9

Klimat:8

Napięcie:9

Zaskoczenie:7

Zabawa:10

Walory techniczne:8

Oryginalność:8

Aktorstwo:8

To coś:8

84/100

W skali brutalności:6/10

Australijski gatunek

Primal/ Instynkt drapieżcy (2010)

primal recenzja

Grupa znajomych wybiera się na kemping na australijskim odludziu. Nie jadą tam jednak imprezować – przynajmniej niektórzy –  tylko zbierać materiały do doktoratu. Nie wiem, co dokładnie mieli tam zbadać, ale duże zainteresowanie wzbudziły w towarzystwie ścienne malowidła w jaskini. Ekipa jak na poważnych naukowców przystało obfotografowała rysunki natomiast przeszła do porządku dziennego nad zmutowanych królikiem z mega zębiskami:) Przesłanek co do tego, że coś jest nie tak z miejscową fauną i florą jest znacznie więcej jednak wszystkie zostają przez bohaterów zignorowane i dopiero tragiczna w skutkach kąpiel w miejscowych wodach sprawia, że zaczynają coś chwytać.

primal recenzja

„Primal” to klasycznie głupi survival horror, połączony poniekąd z animal atack. Bohaterzy muszą stoczyć krwawą walkę z osobą, która niegdyś była im bliska,  teraz jednak zmieniła się w krwiożerczego stwora.

Początek filmu nasunął mi myśl, że będzie to obraz w stylu „Ruins„, ale gdzie tam, zupełnie nie ta półka.

Muzyka, zdjęcia, sceny gore– jak najbardziej na plus, ale niestety scenariusz jest już po prostu głupi, bohaterzy zachowują się idiotycznie, a sam wątek przewodni jest zbyt absurdalny żeby można było mówić o jakimkolwiek realizmie sytuacyjnym.

primal recenzja

Im dalej w las tym gorzej, a finałowe sceny przedstawiają już tak niestworzone wydarzenia, że mogą opaść ręce.

primal recenzja

Z nudów, można obejrzeć, ale nie jest to horror, który bym komuś mogła polecić. Tępo akcji jest na tyle szybkie, że mimo wszytko z rozbiegu można cały film obejrzeć🙂

Moja ocena:

Straszność:7

Fabuła:4

Klimat:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:3

Zdjęcia:7

Aktorstwo:4

To coś:2

Oryginalność:6

Dialogi:4

47/100

Na łonie natury

Long Weekend/ Długi weekend (1978)

&

Long Weekend/ Długi weekend (2008)

długi weekend recenzja

długi weekend recenzja

Na okoliczność długiego weekendu majowego będzie dziś o dwóch produkcjach traktujących o weekendowych przygodach pewnych małżeństw.

Po raz pierwszy horror „Długi weekend” został nakręcony jeszcze w latach ’70 przez Colina Egglestona na podstawie scenariusza Everetta De Roche. W roku 2008 doczekaliśmy się remake w wykonaniu Jamie’go Blanksa. Autorem scenariusza znowu był De Roche.

Peter i Marcia (W przypadku remake:Carla) wybierają się na weekendowy wypoczynek za miasto. Ku rozpaczy kobiety Peter zamiast zabrać żonkę do ekskluzywnego hotelu pakuje ją do terenówki i wywozi na zapomnianą przez ludzi australijską plażę. Kobieta nie jest delikatnie mówiąc zachwycona… Przez dłuższą część obydwu filmów obserwujemy potyczki pary. Ona jest obrażona, on wkurwiony, później ona jest wkurwiona, a on sfrustrowany…

Jako że nie mamy tu do czynienia z melodramatem lecz z horrorem obraz relacji partnerskiej w końcu schodzi na dalszy plan, bo of course zaczynają się dziać dziwne rzeczy.

długi weekend recenzja

Miastowi niezbyt obyczajnie zachowują się w plenerze: tu kangurka potracą, tu butelki rozrzucą, biedne mróweczki potraktują środkiem owadobójczym etc. Matka natura ma jednak na to swoją odpowiedz.

długi weekend recenzja

Horror ekologiczny – nie wiem czy to trafne określenie, ale niechaj będzie – nie jest tak niespotykanym tematem, jak by się wydawało. Pisałam tu już o horrorze Last winter”, w którym to bohaterzy zostają dopadnięci przez duchy ekosystemu na dalekiej północy. Znanym filmem poruszającym ten motyw jest także „The Happening”. Jednakże jako prekursorowi tegoż pomysłu palmę pierwszeństwa należy oddać Egglestonowi i jego „Long weekend” z 1978 roku.

W porównaniu z wyżej wymienionymi filmami akty zemsty dokonywane na bohaterach przez matkę naturę są mniej nadprzyrodzone. Początkowo mogłoby się wydawać- nic wielkiego, nic nadzwyczajnego – przyroda nie wytacza od razu ciężkich dział. Ostrzega naszą parę, grozi palcem, niestety żadne z nich nie widzi płynącego z tego morału.

długi weekend recenzja

Coś się dzieje, coś niedobrego, ale tylko wszech wiedzący widz ( a jakże) dzięki wprowadzeniu przez twórców w odpowiedni nastrój, dzięki klarownym podpowiedziom, wskazywaniu palcem winowajców, zrozumie co tu się wyprawia.

Pisząc o nastroju mam tu na myśli ciepły słoneczny klimat, cudowny krajobraz dzikiej, australijskiej przyrody, który z momentu na moment zmienia się w duszny, mroczny, ciężki by stać się polem bitwy dla walki człowieka z naturą.

długi weekend recenzja

Jeżeli miałbym wskazać faworyta z pośród tych dwóch produkcji postawiłabym rzecz jasna na oryginał. Nawet efekt pierwszeństwa (najpierw obejrzałam remake) nie obroni nowszego filmu, gdyż to oryginał miażdży klimatem. Muzyka filmowa, która jakby ożywia się w momentach, gdy matce naturze dzieje się krzywda silnie przykuwa uwagę i to właśnie ona jest tym palcem wskazującym widzowi winowajców.

Nowsza produkcja nie jest wiele gorsza, scenariusz praktycznie co do joty ten sam, choć trochę jakby chciał złagodzić przestępstwa bohaterów, usprawiedliwić ich. W oryginale Peter to totalny miastowy wsiok- ale oksymoron – który pcha się w dzicz nie bardzo wiedząc po co, sowicie sobie popija, strzela do wszystkiego co się rusza, jak nic się nie rusza to też sobie postrzela ,bo jest taki fun i  stara się cały czas robić na złość swojej lubej. W remake mamy sytuacje trochę inną – obydwoje są bez wątpienia idiotami, ale chyba nie aż tak… Starsza produkcja bardziej przejaskrawia ich zachowania.

długi weekend recenzja

Filmy na pewno zainteresują zwolenników plenerowych horrorów, żalem zacisną gardziołko wrażliwemu na krzywdę fauny i flory. Ostrzegam jednak, że nie są to produkcje obstawione efektami i wartką akcją.

Moja ocena:

Długi weekend: 7/10

Długi weekend- remake: 6/10

Patrz i ucz się 24

Acolytes/ Akolici (2008)

akolici recenzja

Akolita z definicji jest amatorem. To człowiek aspirujący do zostania „Kimś”. To ktoś kto dopiero się uczy.

„Akolici” to horror Australijski. Doświadczenie  z twórczością Australijczyków nakazywałoby spodziewać się czegoś bardzo brutalnego, krwawego, ale nie tym razem.

Mark przyjaźni się z Chalsey  i jej chłopakiem Jamesem. Pewnego dnia po szkole szwendając się po pobliskim lesie napotyka mężczyznę, który ni mniej ni więcej zakopuje czyjeś zwłoki. Mark wraz z przyjaciółmi postanawia sprawdzić kto leży w leśnym grobie.

akolici recenzja

Okazuje się, że została tam pochowana naga kobieta. Nastolatki łączą to z zaginięciami w okolicy. Początkowo chcą anonimowo zgłosić znalezisko na policji, ale w końcu zmieniają zdanie i nieśmiały Mark wpada na pomysł wyśledzenia mordercy kobiety. Wie jakim samochodem jeździ mężczyzna, wie, że mieszka gdzieś w okolicy. Nic prostszego.

Dzieciaki nie chcą jednak znaleźć mężczyzny by oddać go w ręce wymiaru sprawiedliwości tylko po to, by użyć go do pozbycia się pewnego oprycha, który kilka lat temu zgwałcił Jamesa i Marka, gdy ci byli bezbronnymi dzieciakami.Kłopot w tym, że Pan Morderca wcale nie ma ochoty poddać się szantażowi trójki wyrostków. W miarę rozwoju akcji okazuje się, że jedno z nastolatków wydaje się być na jak najlepszej drodze do przerośnięcia mistrza.

akolici recenzja

akolici recenzja

Film zapowiadał się na typowy teen horrorek. Obawiałam się, że będzie to coś w stylu „Grabarza” jednak już po pierwszych minutach filmu zorientujemy się, że nie jest to film tak prosty jak amerykańska produkcja. Tło wydarzeń, charakterystyka bohaterów, klimat, znacznie przerasta to, co można nazwać banałem. To zapewne ma wpływ na marną ocenę na FB. Zawsze jest to kwestia oczekiwań widza. Jeśli ktoś szuka historii o bananowych dzieciach, którzy spotykają Pana morderce, który przez pozostałą część filmu będzie ich ścigał z łopatą, będzie pisk, cyki i miłosne wyznania to raczej nie zainteresują go Akolici.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:7

Zdjęcia:7

Aktorstwo:7

Zabawa:7

Dialogi:6

Zaskoczenie:8

To coś:7

Oryginalność:7

67/100

„Trzy ma\u0142pki hu\u015btaj\u0105 si\u0119 w\u015br\u00f3d drzew i dra\u017cni\u0105 pana krokodyla”

Black water/ Martwa rzeka (2007)

martwa rzeka

To chyba pierwszy animal attack o jakim tu wspominam. Nie chciałam tego podgatunku traktować po macoszemu, ale ja po prostu takich filmów nie lubię. Przyszedł jednak czas na „Martwa rzekę”, raczej niskobudżetową produkcję australijską.

Grace, jej mąż Adam i siostra Lee wybierają się na wycieczkę małą łódeczką po rzece. Tak sobie płyną, gdy niespodzianie ich łódeczka zostaje wywrócona przez krokodyla. Ich nie wart wspomnienia przewodnik szybko zostaje pożarty, a Adam, Grace i Lee znajdują schronienie na drzewie.

martwa rzeka

W tym miejscu rozpoczyna się walka o przetrwanie, którą będziemy śledzić przez półtorej godziny, raz z większym, raz z mniejszym zaangażowaniem.

Aktorskie naturszczyki wypadają bardzo sympatycznie przed kamerą. Krokodyl też prezentuje się okazale i co więcej jest prawdziwy, nie wygenerowany komputerowo. Podobno w czasie kręcenia filmu zeżarł jedną kamerę:)

martwa rzeka

Cała sekwencja przyczynowo skutkowa w fabule jak na film z podgatunku animal attack całkiem sensownie trzyma się kupy. Nie została ozdobiona nadmiernie przedramatyzowanymi chwilami rzewnych pożegnań, miłosnych wyznań i tym podobnego bełkotu. Bohaterzy sporo milczą i po prostu patrzą na brudną rzekę wypatrując krokodyla. Może się to wydawać monotonne, ale jednak sprzyja budowaniu napięcia bardziej niż histeryczne szczebiotanie.

Niestety scenariusz oparty jest na tym samym błędnym przekonaniu, co większość filmów, w którym bohaterom przychodzi zmierzyć się niebezpiecznym zwierzęciem. Zazwyczaj- i tak też jest w przypadku „Martwej rzeki”-  zwierz przebiegłością i finezją dorównuje filmowym psychopatom. Działa tak, jak by specjalnie chciał pognębić rozbitków, a nie ich po prostu sobie zjeść.

martwa rzeka

Film dostaje ode mnie duży plus za: zaskakujące – jak dla mnie- wytypowanie jedynego, który przeżył – biorąc pod uwagę filmowe tendencję, obstawiałam inną osobę, oraz za sceny „tańca z krokodylem”, które to jak na niskobudżetowy film wypadają bardzo dobrze.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:6

Klimat:7

Zaskoczenie:6

Zabawa:7

Dialogi:6

Aktorstwo:6

To coś:6

Oryginalność:4

Zdjęcia:6

58/100

Sen we śnie 26

Picnic at Hanging Rock/ Piknik pod wiszącą skałą (1975) – Film

vs

Picnic at Hunging Rock/ Piknik pod wiszącą skałą Joan Lindsay – książka

piknik pod wiszącą skałą fil i książka

piknik pod wiszącą skałą film i książka

Historia pt. „Piknik pod wiszącą skałą” jest jak impresjonistyczny obraz. Widzimy tylko rozmazane kontury zdarzeń. Obraz jest silnie prześwietlony australijskim słońcem. Nic nie jest takie jakim się wydaje. Ta historia spokojnie mogła by być snem.

Trudno napisać recenzję filmu, który obejrzałam dzisiejszego poranka, nie wspominając o książce, na podstawie, której powstał.

Powieść australijskiej pisarki powstała rzekomo na podstawie autentycznych wydarzeń. Tu, z miejsca mogę wyprowadzić czytelnika, czy ewentualnego widza z błędu. Swego czasu przeszukałam dostępne mi źródła (tak, wuj google:) w celu dokopania się do jakiś dokumentów dotyczących sprawy. Nic oczywiście nie znalazłam. Historia jest fikcyjna. Jeżeli bliżej jej się przyjrzeć można się dopatrzeć wielu pomyłek fabularnych, które o tym świadczą. Chociażby święto świętego Walentego w roku 1900, kiedy to rozgrywa się akcja, wypadło w środę. Wg. historii opisanej przez Joan, była to sobota.

Książkę czytałam bardzo dawno temu, jeszcze za nim dowiedziałam się, że istnieje ekranizacja. Do tej pory pamiętam bolesną przeprawę przez tą opowieść. Książki raczej nie polecę. Chyba, że ktoś jest fanem NA PRAWDĘ rozwlekłych opisów i nadmiernie kwiecistego języka. Jeśli chodzi o fabułę, adaptacja filmowa jest bardzo wierna książkowemu pierwowzorowi.

Pamiętam, że po lekturze „Pikniku…” byłam bardzo rozczarowana, gdy okazało się, że autorka nie znalazła żadnego zakończenia wyjaśniającego opisane wypadki.

Film w dużej mierze przyczynił się do popularyzacji książki. Ekranizacja Petera Weina jest zaliczana do klasyki kina i jeśli o mnie chodzi to w pełni zasługuje na miano arcydzieła, jakim został okrzyknięty. Jednak jak to zazwyczaj bywa z arcydziełami, klasykami kina, czy literatury, grono zadowolonych odbiorców nie jest zbyt szerokie. Na pewno więcej osób przyzna wyższość filmowi niż książce.

Historia, którą opowiada nie trafi do każdego, nie każdy będzie zadowolony z takiego rozwiązania, jakim jest pozostawienie tajemnicy tajemnicą do końca. Ja, ostatecznie, po rozważeniu wszystkich za i przeciw jestem na tak, choć jak wspomniałam po przeczytaniu książki byłam rozczarowana 🙂 O tym dlaczego zmieniłam zdanie, będzie później.

Rok 1900, Woodend, Australia. Dzień świętego Walentego. Mieszkanki pensji dla panien Appleyard College wraz z nauczycielką algebry wybierają się na piknik nieopodal tytułowej Wiszącej Skały. Powieściowy opis tego miejsca jakoś nie pobudził mojej wyobraźni, jednak obraz australijskiej prerii zaprezentowany w filmie jest bardzo sugestywny: Wielka skała, „czekająca od milionów lat”, palące słońce i grupa dziewcząt w jasnych sukniach i kapeluszach oddająca się u jej podnóży biernej kontemplacji. Obraz iście rajski. Dziewczęta wyglądają jak zawieszone w czasie, senne nimfetki. Zupełnie odcięte od tego co dzieje się poza nimi. W tle przejmująca muzyka grana na lutni.

piknik pod wiszącą skałą film i książka

piknik pod wiszącą skałą film i książka

Czwórka z nich postanawia oddalić się trochę od reszty grupy. Wiedzione jakąś dziwną siłą wspinają się wyżej i wyżej, penetrując zakamarki czarownego miejsca. Tylko jedna z nich, pulchna Edith, narzeka na zmęczenie i złe samopoczucie. Wydaje się nie wrażliwa i wręcz oporna na mistyczną moc, która niesie pozostałe dziewczęta. Jest zdziwiona ich zachowaniem. Dziewczęta zdejmują buty, pończochy, jakby całkowicie chciały zjednoczyć się z przyrodą, spacerują bosymi stopami po piasku, pustynnej roślinności i ostrych kamieniach. Prowadzą jakieś niejasne, przesiąknięte odległą metaforyką rozmowy- tak z resztą dzieje się już niemal od początku filmu- jakby dziewczęta w pewnym sensie były przygotowane na coś niezwykłego. Dziwność ich słów i zachowań narasta w raz z rozwojem zdarzeń.

piknik pod wiszącą skałą film i książka

W końcu trójka dziewcząt  znika w jednym z zakamarków w śród plątaniny skał zostawiając rozhisteryzowaną i zapłakaną Edith. Dziewczyna jest w szoku. Nie wie czego świadkiem tak naprawdę była. Biegnie do reszty grupy, gdzie dowiaduje się, że i nauczycielka gdzieś wsiąkła. Nikt nie jest w stanie wyjaśnić zniknięcia czterech dziewcząt i nauczycielki.

Tak pozostanie aż do końca tej historii.

piknik pod wiszącą skałą film i książka

Mam kilka swoich teorii na temat okoliczności zniknięcia dziewcząt. Nie będę się jednak nimi dzielić, żeby nie sugerować nic tym, którzy z opowieścią, czy książkową, czy filmową, zamierzają się dopiero zapoznać. Właśnie ta tajemniczość, ta mnogość różnych skojarzeń i dowolność interpretowania jest największą zaletą tej opowieści. Każdy dopatrzy się tu czegoś innego.

Istnieje wydany po śmierci autorki ostatni rozdział powieści, wyjaśniający co stało się z dziewczętami. Pierwszy wydawca nie zgodził się na inne zakończenie, chciał pozostawić historię taką, jaką była. Nie dziwię mu się wcale, gdyż rozwiązanie zaproponowane przez autorkę powieści, po pierwsze psuje to co w historii najwartościowsze i po drugie, dla mnie osobiście wydaje się poniżej poziomu całej historii.

SPOILER: A jest ono takie: Do trzech ze spacerujących dziewcząt dołącza ich nauczycielka, w samej bieliźnie. Przekonuje jej do zdjęcia gorsetów. Wszystkie  trafią do szczeliny w skale podążając za wężem, uprzednio zostają zmienione w jakieś gady, czy płazy. (WHAT THE FUCK?) Kwestia jakiś manipulacji przy czasoprzestrzeni nasunęła się i mnie, ale bez ewoluowania w zwierzęta i znikania w dziurach. Ah i jeszcze jedno ad. tego rozdziału: dziewczyna, która zostaje odnaleziona po tygodniu nie zdążyła zmienić się w gada/płaza i zniknąć gdyż spadający głaz zamknął szczelinę.KONIEC SPOILERA

Moja ocena:

Piknik pod wiszącą skałą- książka: 6/10

Piknik pod wiszącą skałą- film: 9/10