Archiwa tagu: azjatycki horror

Klątwa wiecznie żywa

The Grudge/ The Grudge: Klątwa (2020)

Jest rok 2006. Owdowiała policjantka i samotna matka czterolatka, detektyw Muldoon przeprowadza się do małego amerykańskiego miasta i rozpoczyna pracę. Tajemnicza śmierć i przeklęty dom idą na pierwszy ogień. Śledztwo prowadzi ją w głąb przesądów i wierzeń rodem z Japonii.

Pamiętacie wielki boom na skośne kino grozy, który rozpoczął się wraz z wejściem w XXI wiek? Wszystko zaczęło się od japońskiego „The Ring” i od tamtej pory czarnowłose i bladolice zjawy szturmowały serca wielbicieli horrorów. Sama byłam jednym z takich widzów. Poszukiwałam coraz to nowszych, bardziej wykręconych filmowych tematów. Nawet jeśli japońska kultura nie była dla mnie do końca zrozumiała to uwielbiałam klimat tych obrazów. W swoich poszukiwaniach oddalałam się coraz bardziej na wschód od Japonii, aż w końcu trafiłam na kino południowo koreańskie i moje serce tam już zostało.

Kiedy w ubiegłym roku ktoś wpadł na pomysł by odgrzać franczyzę „The Ring” – I powstał „The Rings – kwestią czasu był następny ruch, czyli ruszenie franczyzy drugiego najpopularniejszego przywleczonego z Japonii straszaka, „Klątwa”.

„Klątwy” jakoś nigdy nie polubiłam. Szczególną animozją darzyłam jej amerykański remake. Chyba nawet nie pofatygowałam się z jego recenzją. Nie mniej jednak staram się oglądać nowości, chociażby po to żeby Wam o nich pisać. Dlatego też zmęczyłam nową „Klątwę”, a nowa „Klątwa” mi się odwzajemniła i zmęczyła mnie.

Fabułą stara się być skomplikowana. W jej centrum stoi para detektywów. Jeśli ktoś zechce przeanalizować ich losy dojdzie do wniosku, że mają przesrane. Nieprzepracowane traumy, żałoba. Ona straciła małżonka, on matkę i kumpla. Co więcej kumpla stracił na rzecz przeklętej chaty. Za chwilę pojawi się też agent nieruchomości, który też ma przesrane, bo też wszedł do niewłaściwego domu. Przesrane ma też pewna kontrowersyjna kobieta pomagająca ludziom umrzeć. Przesrane ma też ta, której ma w śmierci pomóc, a także jej mąż. Wszyscy mają przesrane, co tu dużo mówić.

Ale zaraz, skąd w amerykańskiej mieścinie japońska klątwa? Już na początku filmu dowiadujemy się, że wszystko zaczęło się od Pani Landers, która przywlokła japońskiego syfa z przeklętej chaty, którą widzieliście w remake „Klątwy” z 2004 roku. Wszystko jest jasne i pozostaje nam tylko śledzić to, jak bardzo wszyscy mają… co? Przesrane.

Film wyładowany jest tym, co wielbiciele mainstreamu lubią najbardziej, czyli jump sceare, potocznie zwanymi przeze mnie skocznymi scenkami. Wszystko odbywa się w bardzo standardowym stylu. Oglądałam to tak, jednym okiem, drugim układając puzzle z puchatymi kotkami.

Do większego zaangażowania w seans zmusiły mnie dopiero popisy pani Matheson. To jedyny wart wyróżnienia punkt programu. Pierwsza babcia horroru, czyli Lin Shaye jak zwykle po mistrzowsku pozamiatała temat. Poza tym film bardzo średni i zbędny jeśli idzie o moje zdanie.

A teraz najlepsze: Wiecie kto go zrobił? W życiu bym nie zgadła. Nicolas Pesce, który tak przepięknie wyszedł poza ramy Hollywood swoim „Oczy matki„.

Kurczę, gdyby facet pozwolił sobie na przedstawienie sprawy „Klątwy” od bardziej psychologicznej strony. Jako zjawisko dziedziczenia traumy, obłęd udzielony, masową histerię ludzi zepchniętych w ciemność. Ależ by to było smaczne. Nie mógł? Nie potrafił? Nie pozwolono mu?

Tak, zgromcie teraz gościa, zjedzcie go żywcem w podzięce za ten upadek. Kiedy rozważałam to, ilu zajebistych, nieszablonowych twórców przeszło na kasówki doszłam do wniosku, że wolę jednak trzymać się nadziei, że to nie zmiana stylu tylko jednorazowy skok na kasę. W końcu musi za coś kręcić swoje pomysły, a takie przedsięwzięcia jak sequele remake’ów upaćkane efektami i skrojone na miarę masowego gustu są jednak solidnie wynagradzane przez wytwórnie.

Tak więc, Panie Pesce, czekam co teraz zmajstrujesz za ten hajsik 🙂

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne: 7

Aktorstwo:6

Oryginalność: 3

To coś:4

49/100

W skali brutalności: 1/10

Kto ma sześć palców

Savaha: The Sixt Finger aka  Sa-ba-ha (2019)

Pastor Park zajmuje się demaskowaniem podejrzanych grup religijnych i ich ciemnych spraw. Jego uwagę przykuwa zgromadzenie o nazwie „Jelenie wzgórze”, z guru nazywanym generałem na jego czele.

Kiedy Park wraz ze swoim współpracownikiem postanawia przyjrzeć się sprawie okazuje się, że nie on jeden zainteresował się ową sektą. Kapitan policji Hwang obsadził w roli głównego podejrzanego w sprawie o morderstwo właśnie jednego z członków „Deer Mount”

„Svaha: The sixt finger” to kolejny koreański horror, który ku mej uciesze wylądował na Netflixie.

Jego twórca dał mi się poznać jako wielbiciel motywów religijnych w kinie grozy toteż nie dziwi mnie, że jego kolejny film obraca się znowuż wokół wątków wierzeń. Jego „Priests” na tyle zaskarbiło sobie moją sympatię, że do seansu z „Svaha…” podeszłam z dużym entuzjazmem. Oczywiście jeśli jeszcze nie widzieliście wspomnianej produkcji gorąco Was do tego zachęcam.

Film zaczynamy od… poznania głównego antagonisty. Gdzieś w Korei przyszły na świat bliźnięta. Jedno z nich nie jest jednak człowiekiem. Następnie zapoznajemy się z sylwetką naszego zakręconego Pastora i jego współpracownika, pełniącego rolę kogoś w rodzaju detektywa.

Pastor Park zaczyna się interesować Jelenim Wzgórzem”, zaś Jelenie Wzgórze interesuje się demonem, który ukrywa się w ciele człowieka w nieznanym miejscu. Z kolei sposób w jaki się nim… hym… interesuje, skłania policję do interwencji. Tak to mniej więcej wygląda.

Jednakże jako, że jest to horror koreański nie hollywoodzki próżno tu o proste ścieżki i łatwe rozwiązania. Obserwowanie zarówno policyjnego śledztwo jak i działań podejmowane przez Park’a stanowią dla widza rozrywkę, w której nie obejdzie się bez myślenia;) Intryga prezentuje się ciekawie, jej założenia są solidne i nawet jak na horror z wątkami paranormalnymi nie brakuje tu logicznego zamysłu. I chyba za to tak lubię koreańskie kino grozy.

Oczywiście polecam, bo nie mogę zrobić inaczej:)

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:7

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:7

70/100

W skali brutalności:1/10

Proste morderstwo

Sando-me no Satsujin aka The third Murder (2017)

third murder

Misumi zostaje przyłapany na gorącym uczynku. Przyznaje się więc do zamordowania prezesa fabryki, w której pracował. Sprawa wydaje się prosta jednak adwokat, Shigemori, uważa podany naprędce motyw zbrodni za naciągany. Kolejne rozmowy z oskarżonym tylko utwierdzają go w przekonaniu, że sprawa ma drugie, a może i trzecie dno.

Skupiona na filmowych dokonaniach Koreańczyków prawie zarzuciłam oglądanie filmów rodem z Japonii, choć to od niej zaczęło się moje zainteresowanie skośnym kinem. Tym razem trafiłam na obraz wcale o tym nie wiedząc, najbardziej docenianego na międzynarodowej arenie współczesnego japońskiego reżysera. Ba, trafiłam, podobno, na jego najsłabszy film. Nie pozostaje mi więc nic innego jak zainteresować się tymi uważanymi za najlepsze.

„Third Murder” Hirokazu Koreedy jako jedyny w jego filmografii mogę podciągnąć pod gatunek grozo podobny, bo mamy tu do czynienia połączeniem psychologicznego thrillera, kryminału i dramatu sądowego. Połączenie, jeśli idzie o moje osobiste preferencje, wyborne.

Film zresztą w żadnym aspekcie mnie nie rozczarował. Fragmentami obraz przyjmuje bardzo poetycki wymiar, szczególne sceny poświęcone retrospekcjom, ale to chyba warstwa dialogowa najbardziej wbija w fotel.

third murder

Wszytko skupia się na relacji oskarżonego i jego adwokata. Już od pierwszych ujęć wiedziałam, że będzie to bardzo interesująca potyczka, a rozgryzienie prawdziwego charakteru głównego bohatera, czy też antybohatera, nie będzie łatwym zadaniem. Za aktorstwo Kôji Yakusho należą się wielkie brawa.

Sama historia opowiedziana na sali przesłuchań, później na sali sądowej, jest tak pokrętna, że królestwo temu kto szczerze mógł powiedzieć, że przewidział rozgrywające się tu wydarzenia.

third murder

Szczerze mogę Wam ten obraz polecić. Szczególnie tym z Was, którzy podzielają mój zachwyt koreańskimi thrillerami. Nie odstaje od szczególnie od nich i myślę, że może się podobać.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:7

Zaskoczenie:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

oryginalność:6

To coś:7

68/100

W skali brutalności:1/10

Rzeźnicy

 Bluebeard/ Sinobrody (2017)

sinobrody


 Seung-hoon jest lekarzem zatrudnionym w małej klinice. W pracy wykonuje głównie badania gastroskopii. W czasie jednego z nich, uśpiony pacjent zaczyna zdradzać szczegóły pewnego zdarzenia, konkretnie opisuje jak pozbyć się zwłok. Seung-hoon jest zdziwiony tym bardziej, że pacjentem jest staruszek z sąsiedztwa.

Mężczyzna zaczyna uważnie przyglądać się staruszkowie i jego rodzinie, szczególnie synowi i wnukowi.

Dawno nie pisałam o żadnym filmie z Korei Południowej, prawda? Dobra, to był kiepski żart. Tak, mam dla Was kolejny świetny południowo -koreański thriller o seryjnym mordercy. Oczywiście stanowi przykład krańcowej przewrotności na poziomie scenariusza.

sinobrody

sinobrody

Jak to bywa zazwyczaj w przypadkach filmów ‚zakręconych’, usianych fabularnymi twistami za wiele Wam zdradzić nie mogę. Jeśli chodzi o największe zalety tej produkcji – po za ogólnym pomysłem – zaliczyłabym do nich klimat. Szybko wprowadzi Was w poczucie zagrożenia. W pewnym momencie już dźwięk dzwonka do drzwi głównego bohatera- bardzo irytujący – uruchamiał we mnie przekonanie że zaraz coś się wydarzy. Oczywiście metaliczna kolorystyka zdjęć z miejsca kojarzyła mi się z nożami, tasakami i innymi szeroko tu eksponowanymi narzędziami zbrodni. Uprzedzam, nie jest to film wybitnie brutalny. Bardziej liczy się tu tajemnica, którą musimy odkryć. Z tym odkrywaniem zdeczka się zejdzie. Wprawni oglądacze tego typu zwichrowanych historii może coś wyczują, ale nie mogę powiedzieć, że jest przewidywalnie. Przekonało mnie tez aktorstwo, generalnie już przywykłam do stylu w jakim grają aktorzy z Korei Południowej. Jestem całkowicie za i liczę, że podzielicie mój entuzjazm.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:8

Zabawa:9

Zaskoczenie:8

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:8

76/100

W skali brutalności: 2/10

Zaginione siostry

Sil-jong aka Missing (2009)

missing

Hyeon-a wraz ze swoim chłopakiem odwiedzają małą restaurację na prowincji. Jej właścicielem jest niejaki Pan-kon, który od razu wzbudza podejrzenie dziewczyny. Nie spodziewa się ona jednak, że starszy mężczyzna o przebiegłym spojrzeniu jest seryjnym mordercą, a ona będzie jego trzecią ofiarą. Podczas gdy Hyeon-a przeżywa katusze więziona przez Pan-kon, jej siostra  Hyeon-jeong rusza na jej poszukiwania.

„Missing” to jeden z nieco starszych koreańskich thrillerów. Mimo, że zostaje w tyle za moimi faworytami jeśli chodzi o kino koreańskie, to nadal jest to bardzo udana produkcja, którą muszę Wam polecić. Jest jednocześnie jedną z brutalniejszych.

Temat popularny – seryjny morderca. W tym przypadku fabuła czerpie nieco z autentycznej historii pewnego siedemdziesięcioletniego rybaka, który u schyłku swego żywota rozpoczął morderczą karierę, zabijając trzy kobiety.

Film można podzielić na dwie części. Pierwsza skupia się na postaci pierwszej z sióstr, młodszej, rozrywkowej Hyeong-a, która jest przetrzymywana przez zwyrodnialca. Tu poznajemy jego zbrodniczy kunszt, jego sadystyczne upodobania. Nie obejdzie się bez drastycznych scen, gwałt, etc.

missing

Druga połowa filmu jest poświęcona działaniom, starszej z sióstr, tej odpowiedzialnej i rozważnej. Dziewczynie dość szybko udaje się ustalić gdzie mniej więcej słuch o jej siostrze zaginął, ale na niewiele się to zdaje, bo miejscowa policja nie dostrzega przesłanek o popełnieniu przestępstwa. Hyeong-jeong można rzec bierze sprawy w swoje ręce i tak dochodzi do niezbyt szczęśliwej konfrontacji z psycholem.

missing

Jak na solidny thriller przystało, nie zabraknie tu napięcia. Scenariusz nie patyczkuje się z bohaterami, więc happy end jest tu bardzo wątpliwą sprawą. Aktorzy dają radę, choć pewne manieryzmy typowe dla Azjatów są tu bardziej widoczne niż w młodszych filmach z tego kraju. Na prowadzenie wysuwa się tu Seong-kun Mun, który mógłby wiele nauczyć innych filmowych zboków. Film raczej z kategorii tych mocniejszych więc przestrzegam.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:7

Zaskoczenie:5

Zabawa:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:7

64/100

W skali brutalności:5/10

Z pamiętnika seryjnego mordercy

Memoir of a Murderaka  Sal-in-ja-eui Gi-eok-beob/ Wyznania mordercy (2015)

memoir of a murder

 Byeong-soo właśnie dowiaduje się, że cierpi na alzhaimera. Jedyną radę jaką dostaje od lekarza to, by pielęgnował wspomnienia póki może. Tak też postanawia uczynić Byeong -soo. Rezygnuje ze swojej praktyki weterynaryjnej po tym jak przez pomyłkę uśmierca kota i skupia się na spisywaniu swoich wspomnień. Wspomnień nie byle jakich, bo wspomnień seryjnego mordercy, który ostatnią ofiarę zabił przed siedemnastoma laty. Niestety okoliczności zmuszą go kolejnego pościgu w ślad za osobą, która zasługuje na śmierć, gdy na swojej drodze spotyka godnego, albo niegodnego, zastępce.

Kiedy przeczytałam, że „Meoir of murder” to historia seryjnego mordercy z demencją produkcji koreańskiej, wiedziałam, że muszę ten film zobaczyć.

Koreańczycy jak zwykle, niebanalni. Co prawda cała opowieść nie zrodziła się w głowie twórców filmu, lecz pisarza, autora powieści pod tym samym tytułem, nie mniej jednak uderzające jest to, że moi ulubieńcy znowu wyszli na przeciw moim potrzebom. Ile razy zastanawiałam się co dzieje się z seryjnymi mordercami na starość? Oczywiście tymi, którym starości było dane dożyć. Dlaczego przestali zabijać? A może nie przestali? Co porabiał Zodiak? Jak emeryturę spędził Kuba Rozpruwacz? I wielu wielu innych, o których nawet nie dane nam było usłyszeć, bo ich zbrodnie nigdy nie wyszły na jaw, albo nie zostały rozwiązane właściwie.

memoir of a murder

Byeong-soo jest odpowiedzią na te pytania. Po zabiciu ostatniej ofiary miał wypadek i skupił się na wychowywaniu córki. Teraz cierpi na zaniki pamięci i walczy jak lew by zachować odrobinę przytomności umysłu. Wtedy na jego drodze staje, można rzec, sobowtór. Młody sprawny i zabójczy. Byeong- soo nakrywa go praktycznie na gorącym uczynku. Wystarczy jedno spojrzenie w oczy by drapieżnik rozpoznał drapieżnika.

memoir of a murder

Młody morderca oczywiście nie chce być złapany, w pogardzie ma próby zdemenciałego starca, układa plan.Byeong- soo wie, że jego umysł powoli zanika, ale mordercze zwyczaje pozostają. ów brak jasności umysłu po stronie naszego staruszka niejednokrotnie każde nam poddawać w wątpliwość jego osąd sytuacji.

Ich pojedynek dostarczy wielu emocji. Bez hollywoodzkiej kaskaderki i efekciarstwa, czyli po koreańsku, czyli tak jak lubię. Ze świetnym aktorstwem po męskiej stronie obsady i urodnym po damskiej. Jest to pojedynek między dwoma czarnymi charakterami, bo jeden i drugi ulepieni są z tej samej gliny, nawet historie ich naznaczonego przemocą dzieciństwa można przyrównać. Oczywiście, Byeong-soo zabijał tylko tych, którzy ‚zasługiwali na śmierć tym jak żyli’, ale przecież tak mówi każdy seryjny, czyż nie. Mimo tego jestem pewna, że starszy pan przekona Was by to jemu kibicować.

Nie będę ukrywać, że thriller „Wyznania mordercy” mnie zachwycił. Próbuje desperacko przypomnieć sobie jakiś koreański thriller, który mnie nie zachwycił, by pokazać, że tli się we mnie trochę obiektywizmu, ale nic z tego. Albo koreańskie kino jest tak bezbłędne, albo postradałam rozum;)

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:9

Klimat:8

Napięcie:9

Zaskoczenie:7

Zabawa:9

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:8

To coś:9

78/100

W skali brutalności:2/10

Śmierć jest inspirująca

Sei mong se jun/ Zdjęcie śmierci (2004)

zdjęcie śmierci

Nastoletnia Jiney jest zdolną fotografką, ale nadal poszukuje swojej inspiracji, która uczyniła by jej zdjęcia naprawdę wyjątkowymi. Pewnego dnia staje się świadkiem wypadku samochodowego w wyniku, którego ginie mężczyzna. Jiney z fascynacją w oczach obserwuje ulatujące z mężczyzny życie. Zaczyna uwieczniać tą chwilę. Jest zachwycona uzyskanym efektem i od tej pory poszukuje śmierci by móc ją fotografować. Niestety ta fascynacja ma dla niej zgubne skutki.

„Zdjęcie śmierci” nie jest najnowszą produkcją. Wypłynęła jeszcze w czasach popularności „The Ring”. Film został więc zrobiony na typowo azjatycką modę przez to niekoniecznie zaspokaja zachodnie apetyty, choć nie powiem by nie zyskał swoich amatorów, podobnie jak gro skośnych straszaków. Twórca filmu odpowiada za takie produkcje jak „Oko”, czy „Odrodzenie”, a na pewnym etapie swojej kariery zaczął też kręcić w Stanach, gdzie powstał między innymi film „Posłańcy„.

Pisząc, że film jest robiony typowo po azjatycku, nie miałam na myśli fabuły, bo ta w przeciwieństwie do szlagierowych skośnych horrorów nie skupia się na wątkach paranormalnych lecz na psychologicznym można rzec psychodelicznych.

zdjęcie śmierci

zdjęcie śmierci

Wszytko kręci się wokół kiełkującej i rozrastającej się obsesji głównej bohaterki – obsesji na punkcie fotografowania agonii i śmierci. Co jest typowo azjatyckie, akcja w ogóle nie jest dynamiczna. Wielu widzów stwierdzi przez to, że film jest nudny. Nie podważam tego, niektórzy po prostu potrzebują silniejszych bodźców żeby zaangażować się w jakąś historię. Skośny styl to też niedomówienia i metafory, choć muszę przyznać, że akurat w tej sferze „Zdjęcie śmierci’ nie powinno się wydać trudnym w odbiorze.

Bardzo przypadła mi do gustu cała oprawa techniczna jak muzyka, zdjęcia i ich montaż. Pod tymi względami widać perfekcjonizm twórcy. Sam pomysł na film też niekiepski. Fabuła całkiem okej pod względem wątku głównego i towarzyszącym mu tajemnic i niespodzianek.

Przyjemny film, a jeśli ktoś szczególnie lubuje się w azjatyckim kinie grozy nie powinien go pomijać.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:6

66/100

W skali brutalności:2/10

Długa droga do domu

Si-gan-wi-ui jib aka The house of disappeared (2017)

house of disappeard

Kang Mi-hee zostaje skazana na dwadzieścia pięć lat więzienia za podwójne zabójstwo, męża i synka. Zostaje złapana z nożem w dłoni nad zwłokami tego pierwszego, zaś ciało syna nigdy nie zostało odnalezione. Po odsiedzeniu wyroku, sędziwa kobieta wraca do swojego domu, gdzie dopadają ją duchy przeszłości. Może to sumienie, a może w domu Kang Mi-hee faktycznie dzieje się coś strasznego? Młody wikary miejscowej parafii jako jedyny wydaje się interesować staruszką i jako jedyny dopuszcza możliwość, że nie ona odpowiada za tragedię z przed lat.

Czy ten skrót fabularny coś Wam mówi? A powinien. Nie od razu zorientowałam się, że w przypadku „House of disappeard” mamy do czynienia z tą samą historię co w „La Casa del fin de los tiempos”.

Do głowy by mi nie przyszło, że Koreańczycy mogą remake’ować wenezuelski horror, a jednak. Coś mi jednak świtało, a gdy zaczęłam przywidywać dalszy rozwój fabuły- co nie jest łatwe w przypadku tak pomysłowego scenariusza – w końcu do mnie dotarło, że gdzieś już to widziałam. To przeważnie Amerykanie podkupują koreańskie, czy południowo amerykańskie scenariusze i przerabiają je wtłaczając w plastikowe formy, a tu proszę, koreańczy zrobili remake. Wciąż uczę się o ich filmowych zwyczajach i nadal mnie zaskakują.

Remake jest oczywiście bardzo dobry i pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że lepszy niż oryginał, gdyby nie fakt, że wenezuelską wersję oglądałam bardzo dawno temu i w tym momencie w mojej głowie walczy ze sobą efekt świeżości z efektem pierwszeństwa.

To, że Korea Południowa potrafi robić kino grozy głoszę jak mantrę i fakt, że będę Was zachęcać do kolejnej produkcji z tego kraju już Was chyba nie zaskoczy.

W filmie mamy doskonałą intrygę, tajemnicę, której rozwiązania nikt nie powinien mieć szansy przewidzieć i wspaniałą atmosferę horroru paranormalnego.

house of disappeard

house of disappeard

Wszystkie wydarzenia skupiają się na domu, opuszczonym przez lata odsiadki gospodyni. Nastrój, aura obrazu jest przygnębiająca i powiem Wam, że film może stanowić ciężki emocjonalny gips dla wrażliwych. Sceny, te z założenia straszne robią całkiem dobre wrażenie, ale nie są też po hollywoodzku nachalne.

Z fabuły zdradzić wiele nie mogę, co oczywiste skoro scenariusz bazuje na efekcie zaskoczenia, więc musicie mi zaufać.

Miłośnicy koreańskiego kina pewnie i tak go obejrzą, a osoby uczulone na skośne kino odsyłam do wenezuelskiej wersji oryginalnej – na poziomie fabuły ni odnotowałam większych zmian. A najlepiej obejrzyjcie jeden i drugi, a co.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klima:9

Napięcie:8

Zaskoczenie:9

Zabawa:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:9

73/100

W skali brutalności:1/10

Toście wdepnęli

Ham-jeong aka Deep Trap (2015)

deep trap

Bezdzietne małżeństwo wybiera się na wycieczkę na odludną wyspę by tam popracować nad swoją relacją. Na miejscu trafiają do ‚restauracji’ niejakiego Seong -Cheol Parka, którą mężczyzna prowadzi wraz z żoną. Wycieczkowicze zostają u nich na noc, a wkrótce z powodu awarii samochodu zmuszeni są zostać dłużej. Każda kolejna godzina spędzona u Parków nastręcza podejrzeń, że ich los jest zagrożony.

Thriller z Korei Południowej, czyli to co tygryski lubią najbardziej.

W roli głównej mamy weterana koreańskiego kina, Dong-seok Ma, który kręci po kilka a nawet kilkanaście filmów rocznie. Ostatnio widziany w „Pociągu do Busan”. To jego rola  Parka zdominowała „Deep trap” – jak na porządnego antybohatera przystało.

Fabuła filmu kręci się wokół czterech osób Joon-sik Kwon i jego żony, oraz Seong- Cheola i jego żony.

deep trap

Gdy wycieczkowicze trafiają do restauracji Parków, rozpoczyna się biesiada, już wiemy, że będzie z tego klops. Joon-sik wyraźnie ma problem z alkoholem co skrzętnie wykorzystuje właściciel restauracji. Podstępem wmanewrowuje go w bardzo nie fajną sytuację po to by zrealizować własny cel. Szybko zorientujemy się, że Parka ma kuku na móniu, a położenie jego żony, tak samo jak przyjezdnych, jest bardzo nieciekawe.

deep trap

Mamy tu ciekawą rozgrywkę psychologiczną, ale też sporo brutalnej akcji. Fabularnie jest zdecydowanie dobrze. Jak na thriller przystało będzie napięcie i element zaskoczenia. Na tle kina koreańskiego wypada dobrze, choć nie bardzo dobrze. Filmowcy z tego kraju tak wywindowali poziom, że czasem sami nie są w stanie mu sprostać. Nie mniej jednak jest to udana produkcja, zwłaszcza dla kogoś kto lubi takie klimaty.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:6

67/100

W skali brutalności:2/10

Służąca, złodziejka, kochanka

Ah-ga-ssi/ Służąca (2016)

służąca

Sook-he, młoda Koreanka, sierota wychowana przez paserkę, zaczyna pracę w charakterze pokojówki u japońskiej arystokratki mieszkającej z wujem. Nawiązuje silną więź ze swoją chlebodawczynią mimo, że w jej domu znalazła się w niekoniecznie przyjaznych zamiarach.

Gdy tylko pojawiała się informacja o nowym filmie Parka, wiedziałam, że będzie to dobry film, który muszę zobaczyć. Kiedy już wiedziałam, że będzie to film, którego akcja osadzona będzie na wschodzie wiedziałam, że będzie piękny. Lubię tego reżysera za to, że mimo sukcesów na zachodzie, mimo romansów z Hollywood nadal jest wierny temu co najlepsze w kinie koreańskim. „Stocker” bardzo przypadł mi do gustu, ale zdecydowanie wolę te filmy Parka, których akcja rozgrywa się w jego ojczyźnie.

służąca

Co ciekawe za inspirację dla scenariusza posłużyła powieść, której akcja rozgrywa się w wiktoriańskiej Anglii w XIX wieku. Park wspólnie z Seo-Gyeong Jeong sprawnie przeniósł jej fabułę do Korei. Książkę z chęcią bym przeczytała zwłaszcza, że porównywana jest z twórczością Willkiego Collinsa, a ten to lubi dobre intrygi.

Intryg w „Służącej” nie zabraknie. Opowieść dzieli się na trzy części z czego każda dostarcza nam nowych informacji, stanowi inteligentny fabularny twist i kończy się efektem zaskoczenia.

służąca

Taka historia musi dostarczyć sporo emocji, choć czytałam recenzje które zarzucają „Służącej” nudę. No nie wiem, z czego to może wynikać… Albo wiem, ale nie chce być uszczypliwa:)

Chyba mogę się zaliczyć do grona oszalałych i bezkrytycznych fanek koreańskiego kina więc w „Służącej” nie dostrzegam wad. Sprawy techniczne zostawię lepiej mądralom, które lepiej uzasadnią zachwyt efektem końcowym, dość, że przyznam, że całkowicie utknęłam w świecie przedstawionym. Film jest piękny, historia fascynująca. Nie zabraknie tu ani sensualności, ani humoru ani suspensu. Dla mnie bomba. Tyle, że to nie horror:)

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:9

Klimat:9

Napięcie:8

Zaskoczenie:9

Zabawa:9

Walory techniczne:10

aktorstwo:9

Oryginalność:8

To coś:8

80/100

W skali brutalności:0/10