Archiwa tagu: Baza recenzji Syndykatu ZwB

Człowiek wilk

Sfora – Przemysław Piotrowski

W Zielonej Górze ponownie dochodzi do zbrodni. W oczach zwykłych obywateli za brutalny, nacechowany kanibalistycznie mord na zakonnicy musiał odpowiadać nie człowiek, a wilkołak. Rozpoczyna się obława, której przywodzić będą Igor Brudny i inspektor Czarnecki, odpowiedzialni za schwytanie Rzeźnika z Nietkowa.

Przemysław Piotrowski szturmuje polski rynek wydawniczy z pomocą historii w której zbrodnia początkowo brana za nadprzyrodzoną okazuje się dziełem człowieka. Najczęściej człowieka bardzo zranionego, którego społeczność w której żył uczyniła potworem i to niekoniecznie w metaforycznym ujęciu.  Myślę, że jest to prawidłowość która utrzyma się w całym cyklu wydawniczym. Jest to jej znak rozpoznawczy i cecha wyróżniająca.  W pierwszej części serii pt. “Piętno” poznajemy komisarza Igora Brudnego, który zmuszony jest zmierzyć się z demonami przeszłości powracając do Zielonej Góry i tropiąc człowieka odpowiedzialnego za serię zabójstw. Po rozwiązaniu jednej sprawy szybko zmuszony jest do zaangażowania się w kolejną. Przeszłość wyraźnie się o niego upomina i nie ustępuje.

To co najbardziej frapuje w w prozie autora to jego umiejętność budowania historii, wspartej na solidnych fundamentach. Jako dziennikarz kryminalny odrobił lekcje więc cały obraz dochodzenia przedstawiony jest w sposób nie urągający wiarygodności. Do tego dochodzi nieźle wykreowani bohaterzy i dobre pomysły na zagadki – a jak wiadomo bez tego nie da się napisać dobrego kryminału. To co powinno poruszyć, poruszyło, to co powinno wystraszyć, wystraszyło. Klimat opowieści: surowy, zimny świetnie koresponduje z treścią. Warunek jest jedne: musicie lubić kryminały.

Moja ocena: 7+/10

Dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

Bilet do muzeum snów

Wszystkie grzechy korporacji Somnium – Dawid Kain

Korporacja Somnium kontroluje wszystkie aspekty ludzkiego życia, kontroluje rzeczywistość. W rządzonym przez nią świecie spełniają się ludzkie marzenia o nieśmiertelności i koszmary o braku możliwości ucieczki.

Do tej pory wspominam moje ostatnie spotkanie z przedziwną prozą Dawida Kaina jakie miało miejsce przy okazji lektury “Oczu pełnych szumu“. Sięgając po zbiór “Wszystkie grzechy korporacji Somnium” liczyłam na podobne wrażenia. To co dostałam przerosło moje oczekiwania.

Na najnowszy tytuł składa się siedem historii, ale wcale nie tworzą one opasłego tomisk, a niewielką książeczkę, którą można pochłonąć na raz. Pytanie tylko jak długo potrwa strawienie jej zawartości:)

Pierwsze opowiadanie “Matki na przemiał”, bo chyba należy je nazywać opowiadaniami to narracja uwięzionego w nieśmiertelności mężczyzny. Trawiony przez obojętność snuje opowieść o rzeczywistości w której wszystko jest wieczne więc nic nie ma żadnej wartości. Bohater wraz z przyjaciółką- choć to może nie jest trafione określenie- trafia na anomalię w Nano budząc  nadzieję na niemożliwe- na destrukcję. Moja ocena: 8/10

“Wersje” to istny “Matrix” i “Incepcja” w jednym. Opowieść o świecie, gdzie ponownie mamy do czynienia z kontrolą rzeczywistości, ale na nieco innym poziomie. Rzecz dotyczy alternatywnych wersji ludzkich  żyć i zdarzeń. Mały błąd w systemie może doprowadzić do tego, że zaczynamy żyć innym niż własne życiem i nawet tego nie zauważamy. Brzmi znajomo? 😉 Moja ocena: 8/10

“Ciele i krwi” wchodzimy na grząski grunt religii. I tu korporacja Somnium ma swoje udziały. Czemu by nie zrobić z Chrześcijańskiego Mesjasza towaru sprzedawanego w kapsułkach? Ups, a może to już się dzieje? Bohater tej historii odkrywa brudną prawdę o tym, w co ślepo wierzył i w co pokładał nadzieję. Historia przewrotna żeby nie rzecz wywrotowa. bardzo mi pasi. Moja ocena: 8/10

“Dwadzieścia trzy minuty” to małe mistrzostwo małych form. W krótkiej opowieści Dawid Kain zogniskował tyle tragizmu ile tylko było możliwe. Bizzaro boli. Fabuły nie mogę Wam zbytnio zdradzić, bo popsułabym niespodziankę. Ale dobre to było, bardzo dobre. Moja ocena:9/10

“Książę kłamców” to mój kolejny top topów. Bohater w szponach książkowego nałogu. Literatura o narkotycznej działalności, czytelnik jako ćpun w całej ćpuńskiej poniewierce. Muszę Wam dać choć fragment:

“Oczywiście dorośli w końcu zorientowali się, że czytamy więcej niż mieści się w ustawowo ustalonych normach. Najpierw wylecieliśmy ze szkoły – nie godząc się na odwyk w lokalnym Zakładzie Skrzywdzonych Literacko ani nawet w klinice im. Jane Austen – także  z domów. I jak było do przewodzenia – skończyliśmy na streecie, kurwiąc się, kombinując, byle tylko zdobyć nową dawkę prozy.”

Na tym nieszczęścia narratora się nie kończą. Każdy ćpun musi w końcu otrzymać swój złoty strzał. W jego przypadku będzie to oczywiście książka. Moja ocena: 10/10

Kolejne morze emocji wylało na mnie ostatnie z opowiadań , “Monument”. Recz o ojcu niepełnosprawnego dziecka. O trudach życia, opieki, wychowania, a w końcu o stracie. Wszystko zaprezentowane w takim stylu, że trudno się zdecydować, czy jest bardziej straszno czy smutno. Moja ocena: 9/10

Słowem podsumowania mogę powiedzieć tylko jedno. “Wszystkie grzechy korporacji Somnuium” to podręcznikowy przykład na to, że nie potrzeba wcale grubych tomów by pomieścić wiele potworów. Książka z pewności przypadnie do gustu miłośnikom fabuł z rodzaju “Black mirror”, a ja – emocjonalnie poturbowana –  poczekam tu na więcej.

Moja ocena: 9/10

Dziękuję wydawnictwu IX

 

Obsesja jest najlepszą inspiracją

Obsesja – Adrian Bednarek

Oskar Blajer siedem lat później. Młody mężczyzna opuszcza mury prywatnej kliniki psychiatrycznej. Jego pisarska kariera kwitnie, gdy wydaje kolejne powieści o policjantce mającej swój pierwowzór w utraconej miłości autora. Powrót do normalności w jego przypadku jest jednak tylko złudzeniem. Oskara trawi obsesja od której nie jest w stanie się uwolnić. Pokręcona relacja z lekarką tylko pogłębia jego problemy i tęsknotę za tym, czego już nie odzyska. A gdyby niemożliwe uczynić możliwym?

“Inspiracja” dała początek trylogii Adriana Bednarka, której bohaterem jest młody, zakochany chłopak. Jego wielka miłość znalazła tragiczny koniec, wszystko przez to, że życiu Oskara piękne blondynki o turkusowych oczach można spotkać równie łatwo co seryjnego zabójce. Okoliczności śmierci Luizy Ostrowskiej były na tyle traumatyzujące, że z niego samego uczyniły zimnokrwistego mordercę. Kiedy żegnamy bohatera na ostatnich stronach “Inspiracji” wiemy, że nic nie będzie już normalne. Akcja “Obsesji”, drugiego tomu trylogii Bednarka rozpoczyna się z chwilą gdy jej bohater wychodzi na wolność. Wolność kontrolowaną , naznaczoną manipulacją ze strony lekarza psychiatrii. Oskar musi sam znaleźć sposób na ukojenie wewnętrznego bólu. I znajduje. Tu Drodzy Czytelnicy zaczyna się prawdziwa jaza. Jazda w stylu Bednarka, gdzie trup ściele się gęsto, a kierującym jest człowiek o chorym umyśle. Porwanie, a nawet morderstwo w imię realizacji fantazji? Jak można uzasadnić okrucieństwo tak żeby jego wykonawca nie wydał się obmierzłym typem? Adrian jest w tym mistrzem.

Nie jest to jednak książka dla wszystkich. Adrian mocno celuje w warstwę czysto rozrywkową, jakkolwiek rozumieć pojęcie rozrywki, więc miłośnicy poważniejszego podejścia do gatunku nie znajdą tu wiele dla siebie. Jeśli chodzi o mój odbiór to “Obsesja” nie należy ona do moich ulubionych książek. Doceniam, ale czekam na prawdziwą, dopieszczoną petardę ze strony autora.

Moja ocena: 7/10

*Książka objęta patronatem Biblii Horroru

Na początku była ciemność

Dunkel – Jakub Bielawski

Jest rok 1945 i właśnie skończyła się wojna. Na Dolny Śląsk ściągają hordy nadbużańskich przesiedleńców. Ludzi wyrwanych z korzeniami brodzących pośród zgliszczy poniemieckiej rzeczywistości, na której mają zbudować swój świat od nowa. Wraz z nimi wędrują ich lęki, fobie i traumy.  Obsieją nimi opitą krwią ziemię i wychowają na niej swoje dzieci. Spowite ciemnością i przesiąknięte mrokiem historie ich losów opowie Wam Dunkel.

“Dunkel” z języka niemieckiego oznacza ciemność. Pisząc swoją najnowszą powieść Kuba Bielawski wybrał ciemność za przewodnika. Strach przed nią jest jednym z najbardziej atawistycznych, najbardziej pierwotnym z ludzkich lęków. Nie dziwi mnie więc jego wybór, sięgając do korzeni musiał się z nim zbratać. Spędzić z własnym Dunkelem wiele nocy i dni. Wsłuchać się w jego głos.

Kuba jest historykiem, więc tło  powieści oparte zostało na solidnych fundamentach. Zawsze jednak może trafić się ktoś kto powie: to nie było tak! I autor wcale nie będzie musiał się z tego tłumaczyć, bo sposób narracji jaki obrał całkowicie uzasadnia subiektywizm relacji. Obcujemy tu z literaturą, która opowiada się sama. Jej narratorem jest mgliste wspomnienie, zawodna pamięć i emocjonalność jednostki. Bardzo wątpliwe jest by ktoś, poza naszym narratorem był w stanie dostrzec ciemność w oczach Kazi i poczuć miękkość jasnej Sophie. To sprawia, że mamy tu do czynienia z przeszłością, która wciąż żyje, oddycha i ma swój ciąg dalszy. Płynie własnym rytmem i unosi się jak dym nad paleniskiem. Tu wszystko jest żywe. Bez wątpienia tą zasługę należy oddać pisarskiemu warsztatowi Jakuba. On potrafi pisać. Jego talent opowiadania ożywia język. Nie wiem jak to robi. Tokarczuk powinna już czuć oddech Bielawskiego na plecach

Nie mogę powiedzieć by “Dunkel” podobał mi się bardziej, lub mniej niż “Ćma”. Podobał mi się inaczej. I nie było to łatwe podobanie. To książka o traumie, która budzi traumę.  Kiedy czytałam o przeżyciach przodków Jakuba, cały czas myślałam o moich własnych, babciach, dziadkach, prababciach, pradziadkach..

Czytałam tę książkę w środku słonecznego maja, a wrażenia jakie z niej wyniosłam przypominały raczej zimę stulecia.

Choć “Dunkel” to ciemność u mnie pozapalał wszystkie światła. Zaczęłam myśleć o rzeczach, o których wcześniej nie myślałam, nie w kontekście siebie. Wiem czym jest trauma pokoleniowa, ale tylko od strony podręcznikowej, akademickiej. U Kuby jest jakby żywą, samoświadomą istotą. To stawia problematykę książki w zupełnie innym… świetle.
Myślę, że u wielu osób z naszego pokolenia może wywołać podobne wrażenia. Ba, jestem tego pewna. To bardzo ważna książka.

Obstawiam, że wyzuła autora jak gąbkę i wiele go  kosztowała. To się czuje w każdym słowie. Mam nadzieję, że napisanie jej przyniosło mu ulgę.

Spotkanie Dunkelem uświadomiło mi obecność własnej ciemności. Serio, to był jak cios w szczękę. Nie mam w rodzinie przesiedleńców, ani wypędzonych. Moja rodzina była w centrum wszystkiego przez cały czas i nie mówię tego na zasadzie, cytując dialog z “Samych swoich”

“- Myślmy więcej przeszli

– A my przejechali”

tylko kurczę, każdy ma swojego Dunkela i każdy jest Dunkelem.

Moja ocena: 10/10

Dziękuję autorowi za możliwość przeczytania książki i wydawnictwu Vesper za piękny egzemplarz

Szukaj mnie

Oczami Aleksandry – Natasha Bell

Alexandra Southwood zostaje uznana za zaginioną z chwilą gdy nie wraca do domu. Nikt nie wie, co spotkało kobietę po wyjściu z pracy na Uniwersytecie. Nie wie tego kochający mąż, ani dwie córeczki. Nie wiedzą tego policjanci prowadzący śledztwo. I oczywiście nie wie tego czytelnik.

O książce Natashy Bell słyszałam w większości mało pochlebne opinie i co chcę Wam zdradzić na samym początku, nie jestem skłonna ich podzielić.

Natasha Bell z pewnością nie napisała książki typowej, próżno tu szukać demonicznego literackiego portretu oprawcy pojedynkującego się z bystrym detektywem. Tu narrację przejmuje bohaterka, zaginiona bohaterka, która  – co zaznacza na wstępie – może tylko domniemać co dzieje się z jej bliskimi pod jej nieobecność. Chyba każdy zastanawiał się jakby wyglądałby świat bez nich, świat z którego znikasz bez śladu. Czy kochający mąż byłby dalej kochający? Jak wyglądałoby nasze życie we wspomnieniach najbliższych przyjaciół. Czy jest szansa, że ktokolwiek trafi na nasz trop?

Biorąc pod uwagę finalne rozwiązanie zagadki zniknięcia Aleksandry, autorka podjęła się tu zadania karkołomnego, z którego w mojej ocenie wybrnęła zwycięsko. Tak, bardzo spodobał mi się zamysł, ale w żaden sposób nie mogę Wam go zdradzić. Historia jest mętna, a subiektywność narracji pozwoliła jej na zapędzenie czytelnika, tam gdzie autorka chciała.

Mimo, że dość wcześnie w mojej głowie pojawił się właściwy trop – dotyczący przynajmniej  3/4 zagadki – to nie odbieram tego jako słaby punkt, czy potknięcie ze strony Bell. Myślę, że tak właśnie miało się stać. Ciężko trawie opowieści, których autor nadmiernie przywiązuje wagę do zaskoczenia czytelnika i celowo nie daje mu najmniejszych szans na zdobycie choć szczątkowych informacji. Dużo większą sztuką, w mojej ocenie, jest takie rozegranie partii by mimo wskazówek, mimo forów, jakie otrzymuje czytelnik autor dalej angażował go w rozgrywkę i kontrolował sytuację.

W przypadku “Oczami Aleksandry” dostajemy nie tylko tajemnicę do odkrycia. Musimy poznać główną bohaterkę, jej pokręconą dwoistą naturę, jej pełne sprzeczności dążenia. To właśnie jest główny temat książki. Kluczem do polubienia jej jest więc nie tylko radocha spowodowana zaskoczeniem fabułą, ale też swego rodzaju wejście w buty tytułowej Aleksandry i współodczuwanie z nią. Jeśli jej postać będzie zbyt przegięta jak na Wasze standardy nie ma szans byście zaangażowali się w jej opowieść. A Aleksandra może wydać się przegięta 😉 Jest artystką w pełnym tego słowa rozumieniu, dużo mówi o swoim pojmowaniu sztuki i nie chodzi tu bynajmniej o malarstwo pejzażowe a o performance oscylujący na granicy dobrego obyczaju. Jako że żywo interesuję się tematem, w moim przypadku to, co inny czytelnik uzna za smętne pierdzielenie było czymś w rodzaju dyskusji z pokrewną duszą:)  Jeśli chodzi o moją ocenę to zdecydowanie trafiona zatopiona.

Moja ocena: 8/10

Dziękuję wydawnictwu Czarna Owca