Archiwa tagu: Baza recenzji Syndykatu ZwB

Cień

Piętno – Przemysław Piotrowski

Igor Brudny komisarz stołecznej policji pewnej nocy dowiaduje się, że ma brata bliźniaka. Co więcej brat ten jest poszukiwany w sprawie morderstwa dokonanego w Zielonej Górze. To właśnie tam  na widok publiczny zostaje wystawione makabryczne dzieło stworzone z rozprutych zwłok. Głównym podejrzanym za tę zbrodnie jest zaginiony lekarz Filip Torchan. Mężczyzna, o którym wiemy tylko tyle, że na chwilę przed zniknięciem jego oczom ukazał się Cień. Cień, który od lat prześladował jego i jego brata. Cień przeszłości, która wróciła.

Przemysław Piotrowski, autor powieści nie jest debiutantem, ale „Piętno” jest jego pierwszą książką, którą miałam okazję przeczytać. Swego czasu o pisarzu było dość głośno za sprawą powieści „Kod Himmlera”, później ukazały się „Radykalni” i „Droga do Piekła”.

Sam Piotrowski swego czasu zajmował się dziennikarstwem śledczym dotyczącym spraw kryminalnych i myślę, że ten właśnie obszar zainteresowań zaowocował powieścią „Piętno”.

Gatunkowo „Piętno” można przypisać do gatunku kryminalnego, jednak nie mamy tu do czynienia z powieścią gatunkowo czystą. Spokojnie może ona podpadać po kategorię thrillera, a nawet horroru jeśli weźmiemy pod uwagę ogólny nastrój opowieści i szereg makabrycznych elementów w niej zawartych.

Moje spotkania z powieściami, których głównymi bohaterami są stróże prawa albo osoby bezpośrednio związane z wymiarem sprawiedliwości,  nader często owocują rozczarowaniem. Twardzi gliniarze nie robią na mnie wrażenia, bo ich portrety psychologiczne opierają się na jednowymiarowym schemacie zaś obraz śledztwa przypomina utkaną z domysłów i domorosłych fantazji przeplatankę nonsensów i kilku utrwalonych w społecznej świadomości stereotypów. Trudno trafić na powieść, która może choć wydać się wiarygodna. Muszę przyznać, że w przypadku Piotrowskiego spodziewałam się tego rodzaju wtop, ale ku mojemu zaskoczeniu wcale nie było tak źle:) Powiem więcej, autor sprawnie pominął większość pułapek i choć nie całkiem uciekł od stereotypów to udało mu się stworzyć fabułę, która jest przekonująca. Jak wspomniałam, nie trzymał się kurczowo prawideł zarezerwowanych dla kryminału zamiast tego wprowadził elementy niecodzienne, odbiegające od popularnych schematów.

Ktoś może powiedzieć, że facet poleciał w fantastykę, ale właśnie te pozornie niewytłumaczalne fabularne ruchy, którymi rozpoczyna rozgrywkę prowadzą do efektownego szach mat, którego nie da się zbyć wzruszeniem ramion.

Powieściowy antagonista jest tak tajemniczy jak to tylko możliwe. Nie wiemy, czy mamy tu do czynienia z wytworem chorego umysłu, a jeśli tak to kto tu jest chory, z intrygą na miarę konia trojańskiego, czy może jednym i drugim? Trudno mi sobie wyobrazić by ktoś z czytelników powiedział, że finał go rozczarował.

Warstwa dramatyczna powieści nie jest u dodatkiem, nie spotkamy tu wątkowych zapychaczy stron, wszystkie składniki lądują w daniu dnia i spełniają swoją fabularną rolę.

Wydźwięk powieści jest brutalny, ale gdy dotrzecie do sedna sprawy zastanowicie się, czy aby na pewno rozpruty brzuch, czy zdarta twarz jest tym co najbardziej mrozi krew w żyłach.

Jeśli chodzi o styl powieści to bardzo widoczne jest tu dziennikarskie zacięcie autora. Narracja jest dynamiczna, dialogi żywe i naturalne. Tempo powieści równe z dobrze wymierzonymi środkami ciężkości i stopniowaniem napięcia. Sposób w jaki autor dawkuje informacje może doprowadzić do szału i sprawia, że emocje jakie towarzyszą czytaniu nie opadają aż do finału. A jeśli o informacjach mowa, znalazłam tam wiele smaczków, których raczej nie spotkamy w przeciętnej literaturze kryminalnej. Bardzo dobrze przeprowadzony reacherch, z szacunkiem dla czytelnika, który nie jest zbywany wodolejstwem.

Reasumując: „Piętno” to świetna powieść. Na pewno jedna z lepszych jakie czytałam w ostatnim czasie. I coś mi mówi, że doczeka się pewnego rodzaju kontynuacji, z czego rada jestem ogromnie.

Moja ocena: 9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

Wielkie wydarzenia poruszają się na małych zawiasach

Instytut – Stephen King

Tim Jamieson, który w nieprzyjemnych okolicznościach zakończył karierę policji dociera do małego miasteczka w Karolinie Północnej i obejmuje tam posadę nocnego stróża. Mimo, że początkowo swoją mglistą przyszłość wiązał z przeprowadzką do Nowego Jorku przeczucie każe mu zakotwiczyć w DuPray.

Wkrótce to właśnie tam jego ścieżki skrzyżują się z pewnym małoletnim geniuszem w wielkich tarapatach. Jedenastoletni Luke Ellis zostaje zabrany od kochających rodziców i wtrącony w tryby maszyny zwanej Instytutem. Bezlitosne przedsiębiorstwo zajmujące się porywaniem i wykorzystywaniem niezwykłych dzieci już postawiło na nim krzyżyk. Jedyną drogą ocalenia jest ucieczka

Przyznam, że do nowości regularnie serwowanych przez mistrza grozy, Stephena Kinga podchodzę z dość zmiennym zainteresowaniem. Niekiedy chwytam je zaraz po premierze, innym razem po długim czasie od nich, a jeszcze inne tytuły całkowicie pomijam. Tak się złożyło, że we wrześniu kiedy premierę miało polskie wydanie „Instytutu” ja czytałam „Dallas ’63” 😀 i ani w głowie było mi rzucać wszystko żeby na czas przedstawić Wam swoje wrażenia z wycieczki po „Instytucie”. King jest zresztą na tyle spopularyzowany, że jakoś nie wydaje mi się by konieczne było przypominanie o nim komukolwiek;)

Ale do meritum: Czy „Instytut” mi się podobał? Zaliczam go do Kingowskich średniawek. Przede wszystkim ten ‚horror roku 2019’ nie jest do końca horrorem. To bardziej młodzieżowa powieść sci-fi – jakkolwiek to brzmi. Oczywiście coś na postrach tam znajdziecie, ale generalnie nie wydaje mi się by budzenie grozy było jej kluczowym zadaniem.

Tytułowy „Instytut” jawi się jako ustrukturyzowany Hotel „Panorama”, bo jego wnętrze wysysa z dzieci ‚niezwykłość’. Główny bohater, genialny jedenastolatek zostaje porwany i zamknięty w tej placówce. „O tym miejscu można powiedzieć to samo, co mówią o mafii: kiedy już tam wejdziesz, nie ma wyjścia”.

Poznaje tam inne podobne sobie dzieci, posiadające podobne, niezwykłe właściwości. Rodzą się przyjaźnie, pojawiają się pierwsze zauroczenia, jak na letnim obozie, tylko, że to nie jest letni obóz.

Intryga wokół działalności instytutu opiera się na ulubionych teoriach spiskowych. No dobra, bez starożytnych kosmitów 😉 Dzieci posiadające pewne nadnaturalne zdolności są tu wykorzystywane do eksperymentu na światową skalę. Eksperyment kończy się uśmierceniem każdego z nich, nie ma innej drogi.

Wraz z naszym sympatycznym bohaterem poznajemy całą infrastrukturę placówki. Dzięki temu, że autor obdarza Ellisa ponadprzeciętnym intelektem, karty zostają odkryte dość szybko;) Chociaż z drugiej strony i przeciętnie bystry małolat były w stanie dodać dwa do dwóch. Dlatego też czasami śmieszyło mnie, że pewne oczywistości wkładane w usta Luke są tu ukazane jako przejaw niebagatelnej inteligencji. Jeśli już to cechą godną podziwu u Luka byłą raczej jego emocjonalna dojrzałość, a ta wcale nie musi iść w parze z potencjałem poznawczym.

No mniejsza. King postarał się byśmy dowiedzieli się czego trzeba o Instytucie. Poznamy tam każdy kąt. Zadbał też o przedstawienie dziecięcych bohaterów. Najwięcej napracował się nad Avery’m, jest to postać moim zdaniem najbardziej dopieszczona uwagą mistrza. Najmłodszy i jednocześnie obdarzony największymi zdolnościami mieszkaniec Instytutu wzbudza czułość jaką szalone nauczycielki przedszkolne mogą żywić do tzw. trudnych dzieci 😉

Czyta się to całkiem przyjemnie. W końcu to King, być inaczej nie może, ale ale… mam pewne ‚ale’. Pomijając główny w moim przypadku problem samej tematyki i przynależności gatunkowej z którymi nie do końca mi po drodze, na pewnym etapie lektury zaczęłam się nudzić. Kiedy tak jak wspomniałam wszystko stało się jasne dość szybko pozostało tylko czekanie na wielki finał. Tak, finał też jest łatwy do przewidzenia, więc w sumie zostało czekanie na koniec. Gdyby nie talent Kinga do snucia opowieści, czegokolwiek by ona nie dotyczyła, zwyczajnie rzuciłabym tą książkę w kąt.

Ciężko mi ocenić czy powinnam Was zachęcać do lektury, czy raczej podejść do sprawy ostrożnie? Wyznawcy Kinga i tak spałaszują, a reszcie zostawiam sprawę do rozwagi.

Moja ocena: 5+/10

Wódka, spluwa i martwa dziewczyna

Amnezja – Frederico Axat

„Martwa dziewczyna z dziurą w piersi leżała w moim salonie.” Od tych słów rozpoczyna się historia Johna Brenera, dwudziestosiedmioletniego alkoholika, składająca się na fabułę powieści „Amnezja”. Bohater staje przed niełatwym zadaniem odtworzenia ostatnich godzin życia poprzedzających przebudzenie w towarzystwie zwłok.

Niektórzy twierdzą, że najtrudniej opowiada im się o lekturach, które najbardziej im się podobały, bo trudno jest obrać w słowa bezbrzeżny zachwyt. Inni mają problem ze skrytykowaniem tych, które nie przypadły im do gustu, bo jak to zrobić biorąc pod uwagę fakt, że nasz odbiór książki jest kwestią subiektywną, a nie prawdą objawioną, choć w danym momencie może nam się wydawać, że właśnie przeczytana książka nie ma szansy spodobać się nikomu.

Ja natomiast mam problem ze średniakami. Książkami niezłymi, ale takimi, które nie bardzo jest za co wyróżnić. Tak jest w przypadku „Amnezji”. Teraz muszę zdecydować, czy mam Was do lektury zachęcić, czy zniechęcić?

Co trzeba przyznać autorowi, szybko wszedł w temat. Złota zasada suspensu mówi, że historia zaczyna się od wybuchu i od tej chwili napięcie ma tylko wzrastać. Wydaje się, że Axat pisząc swój thriller wziął to sobie do serca, ale … No, właśnie. Szybkie zawiązanie wątku narzuciło autorowi tempo, którego nie był w stanie utrzymać. Kiedy chmura kurzu towarzysząca wybuchowi opadła akcja wyhamowała.

Dzięki temu, mieliśmy szansę poznać bliżej naszego narratora, historię jego dzieciństwa, która naprawdę robi spore wrażenie, ale czkawką odbiło się to na rytmie opowieści. Długo musiałam czekać na następny skok napięcia. Praktycznie aż do finału. Temu z kolei nie można odmówić efektu zaskoczenia, ale czy to rozwiązanie mi się podobało? A tak, średnio na jeża. I taka też jest moja ocena. Dodaje punkt za język powieści, który wydał mi się prosty i niewymuszony.

Moja ocena: 6/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i s-ka

Była sobie terapeutka

Terapeutka – Bev Thomas

Ruth Harland jest terapeutką z dwudziestopięcioletnim stażem. Pracuje z pacjentami i przewodzi ośrodkowi leczenia traumy. Jest rozwódką i matką dorosłych już bliźniaków. Przed dwoma laty, jej syn Tom przepadł bez wieści. Teraz w pewnym sensie powrócił. Powrócił pod postacią pacjenta, Dana, któremu Ruth chce za wszelką cenę pomóc. Gdyby tylko wiedziała kim jest w rzeczywistości…

Rzadko kiedy trafiam na książki napisane jakby specjalnie z myślą o mnie. Spełniające moje wysokie oczekiwania w kwestii standardów wprowadzania wątków psychologicznych. Zdarza się to w dwóch przypadkach. Kiedy autor pisze o zaburzeniu, na które sam cierpi, lub gdy autor posiada specjalistyczną wiedzę w tej dziedzinie dzięki styczności z osobami chorującymi. I nie chodzi o styczność z rodzaju: dziś w markecie spotkałam wariatkę.

Tak się składa, że Bev Thomas autorka „Terapeutki”, sama terapeutką jest. I to się kurczę czuje. Czuje od pierwszych stron i czuje przez całą powieść.

W związku z tym słyszałam o książce wiele krytycznych opinii. Większość dotyczyła właśnie zarzutu o zbyt naukowe podeście do fabuły. Kurczę, a jakie ma być? Czy książkowy thriller musi porażać naiwnością?

Nie znoszę wodolejstwa, nie znoszę, gdy autor porywa się z motyką na słońce i prawi o czymś, o czym nie ma pojęcia. Jestem na to uczulona. Ile razy spotkałam się z książkami, które portretują np. dzieci z autyzmem (tak, miejsce trzecie w Top DSM zaraz obok schizofrenii i osobowości mnogiej),  jako posiadające nadprzyrodzone moce, które ni z gruchy ni z pietruchy zaczynają recytować Tybetańską Księgę Umarłych, z którą styczności nigdy nie miały, albo wyginają widelce siłą umysłu. Później przychodzi do gabinetu psychologa rodzić z diagnozą od psychiatry: autyzm dziecięcy. Wystraszony, przejęty i zażenowaniem przyznaje, że nie zauważył takich to, a takich, objawów u swojego dziecka. A skąd pomysł, że takie to, a takie, objawy dziecko powinno mieć? Możesz zapytać ze zdziwieniem, ale już wiesz, już kurczę wiesz, co usłyszysz w odpowiedzi. Bo w takim, a takim, filmie, lub takiej, a takiej, książce było takie dziecko i ono… 

Dlatego właśnie beletrystyka potrzebuje autorów świadomych tego, o czym piszą. Nawet jeśli dla kogoś będzie to zbyt trudne w odbiorze i mało rozrywkowe.

Dla mnie „Terapeutka” była rozrywką wciągającą, absorbującą i pouczającą. Narratorka i bohaterka w jednej osobie wpada kolejno we wszytki pułapki jakie może na nas zastawić nasz własny umysł i wygenerowane przez niego subiektywne odczucia.

Na początek obraz jej relacji z dziećmi. Rodzicielska rozpacz, gdy nie rozumiesz i nie potrafisz pomóc własnemu synowi. Wykręcony model macierzyństwa, matka kwoka, matka helikopter – jakby napisali na blogu pateringowym. Gdzieś w tym wszystkim bezradnie kołujący mąż, nie dość światły by brać jego zdanie pod uwagę. I drugie dziecko, dziecko bohater, wychowane w poczuciu winy za to, że ‚jest normalne’. Wreszcie praca, cholernie obciążająca praca. Rola gąbki wchłaniającej ludzkie łzy.

Seria zdarzeń sprawia, że gąbka traci chłonność i wszystko się wylewa. Ruth traci czujność wobec nowego pacjenta. Chce mu pomóc, bo widzi w nim swojego syna. Przeniesienie level hard. Zaczyna łamać procedury, naginać się, ustępować. Traci ostrość widzenia. Zostaje wywiedziona w pole. Cienka linia pomiędzy skrzywdzonym dzieckiem, a socjopatą zostaje zatarta. Ruth wpada. Mimo całego doświadczenia, całej wiedzy, instynktu i wszystkich przymiotów dobrego specjalisty, daje ciała. Wobec emocji jesteśmy bezbronni. A historia antybohatera, cała jego postać? Precyzyjnie zakreślona, wnikliwa. Terapeucie może się wydawać, że ze swojego miejsca widzi wszystko, widzi więcej, to on udostępnia pacjentowi wgląd w jego emocje. Ale co jeśli patrzy pod złym kątem? Jeśli nie zauważy zacienionego obszaru?

Kurczę, ale to było dobre.

Moja ocena: 9/10

Porozmawiajmy o zbrodni

Rozmowy z seryjnymi mordercami – Christopher Berry-Dee

Co sprawia, że ludzi tak interesują historie seryjnych morderców? Polski psycholog kryminalny doktor Daniel Boduszek stwierdził kiedyś, że chodzi o adrenalinę, dreszczyk emocji, któremu towarzyszy śledzenie losów osób wyjętych z pod prawa. Rozważając to na gruncie filozoficznym może chodzić o mroczny pierwiastek ludzkiej natury, który każde nam spoglądać w ciemność. (Nietzsche się kłania) Myślę, że jedno nie wyklucza drugiego, a krótka wycieczka po mrocznej otchłani może być frapującym doświadczeniem, pod warunkiem, że odbywa się w kontrolowanych warunkach;)

Ciężko mi oszacować jak wiele godzin spędziłam w ‚otchłani’, ale z pewnością zdarzało mi się zejść niżej niż w czasie przeprawy z książką Christoper’a Berry’ego Dee.

Facet jest kryminologiem śledczym, który postanowił przybliżyć zwykłym obywatelom zagadnienia z którymi spotykał się w pracy. Liczba jego publikacji o tematyce kryminalnej jest doprawdy imponująca. „Rozmowy z seryjnymi mordercami” są bodaj pierwszą z nich, która ukazała się w polskim przekładzie. Wydawnictwo Czarna Owca ma w planie cały cykl wydań, więc wypatrujcie zapowiedzi.

Sięgając po książkę, której tytuł ni mniej ni więcej wskazuje, że składać się będzie z zapisów rozmów z seryjnymi mordercami, spodziewałam szeregu wywiadów. Mieliście okazje obejrzeć dokument „Iceman- wyznania mordercy”? Jeśli nie prędziutko nadrabiajcie. Jego rozmowa z psychiatrą dr. Dietzem wstrząsnęła mną i liczyłam na podobne odczucia w czasie lektury z książką „Rozmowy…”. Tymczasem otrzymałam kolejne hym… biografie. Poczułam się zawiedziona, bo spodziewałam się zupełnie innej formuły. Tytułowe rozmowy pojawiają się w skrawkach i są zdominowane przez relacje z procesów, śledztwa, opowieści o dzieciństwie każdego kolejnego sprawcy.

Nie miałabym takiemu rozwiązaniu nic do zarzucenia, gdyby nie fakt, że moje oczekiwania były z goła inne. Każdy rozdział to inny znany morderca seryjny. No, może poza niesławnym mieszkańcem domu Amityville, który moim zdaniem jest raczej mordercą masowym niż seryjnym. Nie mniej jednak po raz pierwszy miałam okazję przyjrzeć się sprawie Ronniego Defeo bez paranormalnej otoczki jaką wokół niej zbudowano. No, horroru by raczej z tego nie było;)

Całą resztę bohaterów już miałam okazję spotkać na kartach innych książek. A więc kogo my tu mamy?

Harvey Louis Caringnan, Arthur Shawcross, John Scripps, Hanry Lee Lucas, Alieen Wuornos, Kanneth McDuff, Carol Bundy, Douglas Clark. Dość popularny zestaw, ale bez szlagierowych przebojów jak Edd Gain, czy Dahmmer 😉 co zwiększa szansę dla Was na zapoznanie spotkanie z kimś z kim jeszcze nie mieliście do czynienia.

Mimo, że historie były mi znane zaznaczyłam w sobie w książce kilka smaczków, jak ten dotyczących pewnych skłonności u populacji mężczyzn z chromosomem XYY, czy inne naukowe odniesienia na które wcześniej nie trafiłam.

W żaden sposób nie mogę więc uznać czasu poświęconego na lekturę za zmarnowany, ale obawiam, się, że tytuł publikacji może rozbudzać u czytelnika apetyt na coś co oferuje ona w zbyt małym stopniu. Myślę też, że dla kogoś mniej obeznanego z tematem z pewnością będzie o wiele bardziej trafiona. Sama autora w żaden sposób nie skreślam i czekam na polskie wydania reszty jego książek.

Moja ocena: 6+/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

PS. Jeśli miałabym Wam polecić książkę o tej tematyce, która najbardziej do mnie trafiła będę tu bardzo oryginalna. Kiedyś szperając w necie natrafiłam na plik  word, zatytułowany „Antologia seryjnych morderców”. Brak autora, brak numeru IBSN, opracowanie zupełnie amatorskie, brak podanych źródeł. Żadna następna książka tego typu nie zrobiła na mnie takiego wrażenia. Tak więc Gallu Anonimie, kimkolwiek jesteś, masz u mnie browar.

Nasza apokalipsa

Ostatni – Hanna Jameson

U progu zimy do położonego w Szwajcarii hotelu zjeżdżają goście. Wśród nich jest amerykański historyk John Keller. Nikt z nich nie zdaje sobie sprawy, że w tej chwili znany im świat znika. Wojna nuklearna zabija miliardy ludzi, a grupa hotelowych gości i obsługi być może są ostatnimi ocalałymi.

Zebrani budują swój mały odizolowany świat od podstaw jednocześnie dbając o przeszłość skrzętnie spisywaną w kronikach historyka. Wtedy w zbiorniku wodnym na dachu budynku odkrywają zwłoki dziewczynki.

Przyznaje się bez bicia, że do lektury „Ostatniego” przyciągnęły mnie rozliczne zapewnienia o klimacie książki mającym być zbliżonym do „Lśnienia”. Nie czytałam poprzednich powieści autorki, ale też nie ma co się temu dziwić, bo dopiero za sprawą „Ostatniego” o Hannie Jameson usłyszał cały literacki świat.

Zupełnie nie pociągała mnie natomiast kwestia motywu przewodniego, nie inaczej jak kolejnej wizji post apokaliptycznego świata. Już od czasów zimnej wojny jest to motyw spopularyzowany na tyle, że ciężko jest w tym temacie o jakieś novum. Sama żywię gorącą nadzieję, że jeśli do owej apokalipsy dojdzie znajdę się w grupie szczęśliwców, którym nie przypadnie w udziale oglądanie świata już po niej;) Po lekturze książki „Ostatni” tylko się w tych życzeniach utwierdzam.

Hanna Jensen w swojej powieści zadbała o to by porządnie nastraszyć każdego oponenta teorii spiskowych. Może nie znajdziecie tu wielu elementów horroru sci-fi jako takiego, jednak nie powiem by nie było strasznie. Brak słońca, szarość, zmiana klimatu i wreszcie bardzo ludzkie, typowe dla naszego gatunku problemy. Tak, być może nie mamy tu nic nowego, a mimo to  autorce nie może odmówić entuzjazmu neofity.

Główną siłą napędową tej historii są emocje jakie wzbudza w czytelniku. U mnie dominowała złość, ale przygnębienie solidnie walczyło o palmę pierwszeństwa. Nie mogło też obyć się bez potknięcia o psychologie, a gdzie psychologia tam zwykle znamiona obłędu. Nasz bohater- narrator mocno fiksuje się wokół tematu śmierci dziewczynki. W pewnym momentach miałam wręcz wrażenie, że dąży on do udowodnienia, że za całe zło jakie spadło na świat odpowiada ta sama osoba, która bez skrupułów zabiła dziecko. Tak, to my wszyscy ją zabiliśmy. Mamy więc pełen rozstrzał dociekań od kwestii politycznych do filozoficznych – jest ciekawie. Z uwagi na brak jednego konkretnego gatunku, do którego zdecydowanie można by przypisać powieść ma ona szansę znaleźć szerokie grono zadowolonych czytelników.

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

Piękna czy bestia

Jej piękna twarz – Robyn Harding

Frances Metcalfe boi się, że ktoś dowie się kim jest i co zrobiła. Żyje cichutko, na paluszkach, trawiona przez poczucie winy. Nie wierzy, że mąż może ją kochać, bo nie jest dostatecznie atrakcyjna. Nie wierzy, że jest dobrą matką, bo ona i jej dziecko nie spotkało się z akceptacją w środowisku dzieci i rodziców z prestiżowej prywatnej szkoły. Nie utrzymuje kontaktów z rodziną, nie ma przyjaciół. Nie robi kariery.

Wtedy poznaje Kate. Kate, która ma wszystko czego brakuje Frances, a mimo to ten chodzący ideał uznał ją za wartą swojej przyjaźni. Frances uważa, że to zbyt piękne żeby mogło być prawdziwe. I ma rację. Kate nie jest prawdziwa, jest kimś zupełnie innym.

Nie miałam wcześniej do czynienia z twórczością Robyn Harding, ale po lekturze „Jej piękna twarz” przypuszczam, że się to zmieni. Książkę, która wpadła mi w ręce gatunkowo przypisałabym do thrillera psychologicznego z odrobią kryminału.

Mamy tu narrację na dwa głosy. Główna oś akcji to bieżące wydarzenia z życia Frances, jej męża i synka oraz Kate i jej rodziny, w tym nastoletniej córki Daisy. Z drugiej strony mamy tajemniczego narratora, Dj’a. Wiemy, że jest małym chłopcem, który w tragicznych okolicznościach stracił starszą siostrę. Dj, relacjonuje swoje życie po zabójstwie siostry. W miarę rozwoju wydarzeń zbliżamy się do odkrycia tego, co łączy historie Franses z opowieścią Dj’a.

„Jej piękna twarz” to opowieść o psychopacie, choć początkowo nic na to nie wskazuje. To chyba jeden z jej największych plusów. Kulisy życia z psychopatą wcale nie wyglądają tak jak moglibyście sobie wyobrażać. To historia życia naznaczonego chęcią zemsty, poczuciem winy, życia bez miłości, za to z ogromem tajemnic.

Nie chcę Wam zdradzać zbyt wiele jeśli idzie o szczegóły, bo zepsułabym niespodziankę. Mogę jedynie powiedzieć, że jest ciekawie. Ciekawe sylwetki bohaterów, interesujące twisty fabularne i bardzo wymowna pointa. Styl pisarki sprzyja angażowaniu się w śledzenie akcji.

Polecam? Polecam.

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i s-ka

 

Noc cudów

Próba sił – T. S. Tomson

Małe miasteczko Tensas w Luizjanie w przeddzień świąt Bożego Narodzenia mierzy się z zimą stulecia. Rose, niepełnosprawną staruszkę nawiedzają koszmarne sny, jej sąsiad niespodziewanie popełnia samobójstwo, a na wnuczkę napada wataha wilków. Nikt z mieszkańców nie wie, że do miasta zbliża się coś jeszcze, coś z czym wybrani będą zmuszeni zmierzyć się podejmując największą w swoim życiu próbę sił.

„To noc interesów szanowny Panie, noc interesów”

Ilekroć na polskiej scenie wydawniczej pojawia się pisarz, który podejmuje tematykę grozy machina promocji uporczywie zapewnia czytelników, że oto będą tu mieli do czynienia z polskim Stephenem Kingiem.

Ilu już takich polskich Kingów przeczytałam, nie zliczę, ale zapewnić Was mogę, że żaden z nich nawet w 30% nie zbliżył się do stylu mistrza z za oceanu. Nie twierdzę, ze powinni, ale po prostu nie odmiennie bawią mnie takie porównania z dupy. Jeśli więc teraz powiem Wam, że pojawił się u nas autor, który faktycznie pełnymi garściami czerpie z Kinga i odtwarza klimat jego powieści, to dacie mi wiarę? Pewnie nie, ale liczę, że przynajmniej zwróciłam Waszą uwagę.

Pod pseudonimem T.S. Tomson kryje się polak. Dlaczego pisze pod zagranicznym pseudonimem, dlaczego umieścił akcję powieści za oceanem, możecie dowiedzieć się z lektury wywiadu z nim. W każdym razie autor na tyle przesiąkł Kingiem, że w swojej książce mówi jego głosem, może niebrzmi to oryginalnie, ale myślę, że miłośnikom Stephena przypadnie to do gustu.

Mamy tu podobnie gawędziarski styl opowieści. Właśnie te fragmenty poświęcone przywoływanym historiom z przeszłości poszczególnych bohaterów uważam za najbardziej udane. A gdzie dobra historia, tam i ciekawy bohater. Tych tu nie zabraknie, a moją faworytką jest Rose. Rose i jej koszmary to najintensywniejsze horrorwe motywy w powieści. Bardzo żywe, wbijające się w głowę.

„Próba sił” jest przebogata w wątki, dlatego znajdziecie tu wiele niepozornych wstawek, które może nie odgrywają kluczowej roli w życiu głównych bohaterów, ale dla czytelnika będą przepysznym smaczkiem. Tu mam szczególnie na myśli wątek latarni zwanej migotką, czy pewnego amatora dzieci. Swoją drogą, spotkanie tego człowieka z pewnym wyjątkowym chłopcem uważam za najmocniejszy i najlepszy fragment dialogowy w książce. Jeśli już jesteśmy przy dialogach, muszę być uczciwa, bo to Tomsonowi zbytnio nie poszło – za wyjątkiem rozmowy pedofila z chłopcem – to była miazga.  Autor dużo lepiej radzi sobie z mową zależną, gdzie może spuścić ze smyczy swoją tendencję do rozbudowanych form językowych. Myślę, że trochę pokonała go tu ilość bohaterów, bo każda kolejna postać to swoisty styl wypowiedzi, konieczność przystosowania języka do postaci, podtrzymanie dynamiki rozmowy etc. Ciężka to sprawa kiedy do Tensas ściągają ludzie z różnych warstw społecznych o kompletnie różnych charakterach;)

Jeśli chodzi o temat przewodni książki podobał mi się. Mamy tu poniekąd watek religijny, ale tylko poniekąd. Tomson nie przegiął i nie jest zbyt biblijnie jak na mój prób tolerancji. Podobał mi się finał tej rozgrywki.

Najmocniejszym elementem książki jest chyba jej klimat. Zimny i mroczny, tak jak tygryski lubią najbardziej. Wiem, że w powieści są błędy nie wyłapane na etapie korekty, ale cóż, taka wola wydawcy by korektę robić po swojemu. A kto by się tam szczególnie pochylał nad debiutantem;) Dlatego ja na błędy litościwie oko przymykam, bo w kontekście całościowego potencjału książki nie są tak istotne.

A potencjał jest. I w pomyśle i w wykonaniu. Jak na debiut styl i język też wygląda wręcz podejrzanie dojrzale. King chyba byłby dumny z takiego wychowanka;) Powiem Wam jeszcze, że autor nadal pisze i pisze bardzo ciekawe rzeczy, więc być może „Próba sił” jest tylko próbą sił?

Moja ocena: 7+/10

Za książkę dziękuję autorowi i wydawnictwu Novae Res

*Książka objęta patronatem Biblii Horroru

Ze śniegiem wracam

Zimowe nawiedzenie – Dan Simmons

Dale Stewart po tym jak jego życie prywatne i zawodowe legło w gruzach popada w depresję. Nie chce już żyć, ale wychodzi cało z samobójczej próby. Jednak jego psychika jest w strzępkach, a on czuje, że musi się cofnąć bo stoi o krok od przepaści.

Cofa się aż do krainy dzieciństwa, małego miasteczka w Ilinois, gdzie pewnego lata doszło do serii niewytłumaczalnych wydarzeń. Pisarz postanawia na nowo skonfrontować się z przeszłością. Nadchodzi zima gdy Dale Stewart wraca do Elm Haven.

Tak, „Zimowe nawiedzenie” jest kontynuacją „Letniej nocy”, mimo, że pomiędzy publikacjami obydwu książek pojawiły się jeszcze dwa tytuły powiązane z tematem.

Jeśli pamiętacie „Letnią noc” pamiętacie też Dale’a. Dale wraca do miasteczka i lokuje się na farmie niegdyś należącej do rodziny jego nieżyjącego przyjaciela, Dune’a.

W recenzji „Letniej nocy” wspominałam, że był on moim ulubionym bohaterem i bardzo odżałowałam jego śmierć, to też z radością przyjęłam fakt, że Dune nie umarł tak do końca;) Dune Mc Bride, który przecież chciał zostać pisarzem, jest narratorem „Zimowego nawiedzenia”.

„Zimowe nawiedzenie”, choć tytuł dość jednoznacznie wskazuje nam gatunek do jakiego należałoby przypisać powieść ma w sobie tyle samo horroru co powieści psychologicznej.

Być może dlatego, miłośnicy „Letniej nocy” byli nieco rozczarowani, bo jeśli chodzi o wartkość akcji jest zdecydowanie bardziej stonowana. Grzebanie w zatartych wspomnieniach, umartwianie nad obecnym stanem rzeczy, kiepskie widoki na przyszłość. Nie brzmi wesoło, ale czy Dan Simmoms pisze wesołe historie? No nie. Mnie „Zimowe nawiedzenie” bardzo przypadło do gustu.

Moja ocena: 8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

Nikt Ci nie uwierzy

Niewiarygodne – Ken Armstrong, T. Christian Miller

Rok 2008. Przedmieścia Seattle. Nastoletnia Marie zgłasza na policji gwałt. Wg. słów dziewczyny zamaskowany napastnik wdarł się do jej domu, obezwładnił ją i dokonał gwałtu. W toku prowadzonego śledztwa, pod presją kolejnych przesłuchań, pytań podważających wiarygodność dziewczyny postanawia ona wycofać zgłoszenie. Teraz to Mary staje przed sądem, oskarżona o składanie fałszywych zeznań. Ale jak było naprawdę?

„Niewiarygodne” nie jest historią samego gwałtu, a raczej jego konsekwencji dla ofiary. Media, fundacje, organizacje pożytku publicznego, osoby pracujące z ofiarami gwałtów, a nie rzadko i same ofiary apelują do społeczeństwa by nie pozostawiać sprawców przestępstw bezkarnymi. Te apele jednak nie zdają się na wiele bo statystyki mówią sam za siebie – większość ofiar przestępstw seksualnych nie zgłasza się na policję. Dlaczego? O tym właśnie opowie Wam książka „Niewiarygodne”.

Być może jej tytuł jest już Wam znany, bo na podstawie tej samej historii, którą przywołują autorzy powstał serial Netflixa. Serial, swoją drogą bardzo dobry, jednak to książce oddaje palmę pierwszeństwa.  Książka wywiera silny wpływ na czytelnika. Mamy możliwość poznać perspektywę różnych osób i ich spojrzenie na sprawę. Możemy wierzyć. Możemy się wahać i wątpić.

Wersja filmowa może się wydawać atrakcyjniejsza w odbiorze, ale pomija wiele kwestii, scenariusz nie jest w stanie zmieścić tego ogromu krzywdy jaki został wyrządzony bohaterkom książki. Tak, bo bohaterek jest więcej. W dwa lata po donosie Mary, gdy tej została już przypięta łatka ‚niewiarygodnej’ na światło dzienne wychodzą kolejne przestępstwa, łudząco przypominające to rzekomo nie popełnione na Mary. Tu muszę pochwalić walory stricte detektywistyczne książki. Musimy dojść do tego kto jest sprawcą i jak działa. Czemu wybierał właśnie takie ofiary, co je łączy? Jego zamysł okaże się cokolwiek szokujący.

Nie mamy tu do czynienia z historią wymyśloną. To literatura faktu, choć może się wydawać… hym… jak mówi sam tytuł ‚niewiarygodna’.

Bardziej wytrwałych zachęcam do lektury, dla leniuszków, polecam wersję serialową.

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca