Archiwa tagu: blogi o książkach

Cień

Piętno – Przemysław Piotrowski

Igor Brudny komisarz stołecznej policji pewnej nocy dowiaduje się, że ma brata bliźniaka. Co więcej brat ten jest poszukiwany w sprawie morderstwa dokonanego w Zielonej Górze. To właśnie tam  na widok publiczny zostaje wystawione makabryczne dzieło stworzone z rozprutych zwłok. Głównym podejrzanym za tę zbrodnie jest zaginiony lekarz Filip Torchan. Mężczyzna, o którym wiemy tylko tyle, że na chwilę przed zniknięciem jego oczom ukazał się Cień. Cień, który od lat prześladował jego i jego brata. Cień przeszłości, która wróciła.

Przemysław Piotrowski, autor powieści nie jest debiutantem, ale „Piętno” jest jego pierwszą książką, którą miałam okazję przeczytać. Swego czasu o pisarzu było dość głośno za sprawą powieści „Kod Himmlera”, później ukazały się „Radykalni” i „Droga do Piekła”.

Sam Piotrowski swego czasu zajmował się dziennikarstwem śledczym dotyczącym spraw kryminalnych i myślę, że ten właśnie obszar zainteresowań zaowocował powieścią „Piętno”.

Gatunkowo „Piętno” można przypisać do gatunku kryminalnego, jednak nie mamy tu do czynienia z powieścią gatunkowo czystą. Spokojnie może ona podpadać po kategorię thrillera, a nawet horroru jeśli weźmiemy pod uwagę ogólny nastrój opowieści i szereg makabrycznych elementów w niej zawartych.

Moje spotkania z powieściami, których głównymi bohaterami są stróże prawa albo osoby bezpośrednio związane z wymiarem sprawiedliwości,  nader często owocują rozczarowaniem. Twardzi gliniarze nie robią na mnie wrażenia, bo ich portrety psychologiczne opierają się na jednowymiarowym schemacie zaś obraz śledztwa przypomina utkaną z domysłów i domorosłych fantazji przeplatankę nonsensów i kilku utrwalonych w społecznej świadomości stereotypów. Trudno trafić na powieść, która może choć wydać się wiarygodna. Muszę przyznać, że w przypadku Piotrowskiego spodziewałam się tego rodzaju wtop, ale ku mojemu zaskoczeniu wcale nie było tak źle:) Powiem więcej, autor sprawnie pominął większość pułapek i choć nie całkiem uciekł od stereotypów to udało mu się stworzyć fabułę, która jest przekonująca. Jak wspomniałam, nie trzymał się kurczowo prawideł zarezerwowanych dla kryminału zamiast tego wprowadził elementy niecodzienne, odbiegające od popularnych schematów.

Ktoś może powiedzieć, że facet poleciał w fantastykę, ale właśnie te pozornie niewytłumaczalne fabularne ruchy, którymi rozpoczyna rozgrywkę prowadzą do efektownego szach mat, którego nie da się zbyć wzruszeniem ramion.

Powieściowy antagonista jest tak tajemniczy jak to tylko możliwe. Nie wiemy, czy mamy tu do czynienia z wytworem chorego umysłu, a jeśli tak to kto tu jest chory, z intrygą na miarę konia trojańskiego, czy może jednym i drugim? Trudno mi sobie wyobrazić by ktoś z czytelników powiedział, że finał go rozczarował.

Warstwa dramatyczna powieści nie jest u dodatkiem, nie spotkamy tu wątkowych zapychaczy stron, wszystkie składniki lądują w daniu dnia i spełniają swoją fabularną rolę.

Wydźwięk powieści jest brutalny, ale gdy dotrzecie do sedna sprawy zastanowicie się, czy aby na pewno rozpruty brzuch, czy zdarta twarz jest tym co najbardziej mrozi krew w żyłach.

Jeśli chodzi o styl powieści to bardzo widoczne jest tu dziennikarskie zacięcie autora. Narracja jest dynamiczna, dialogi żywe i naturalne. Tempo powieści równe z dobrze wymierzonymi środkami ciężkości i stopniowaniem napięcia. Sposób w jaki autor dawkuje informacje może doprowadzić do szału i sprawia, że emocje jakie towarzyszą czytaniu nie opadają aż do finału. A jeśli o informacjach mowa, znalazłam tam wiele smaczków, których raczej nie spotkamy w przeciętnej literaturze kryminalnej. Bardzo dobrze przeprowadzony reacherch, z szacunkiem dla czytelnika, który nie jest zbywany wodolejstwem.

Reasumując: „Piętno” to świetna powieść. Na pewno jedna z lepszych jakie czytałam w ostatnim czasie. I coś mi mówi, że doczeka się pewnego rodzaju kontynuacji, z czego rada jestem ogromnie.

Moja ocena: 9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

Wódka, spluwa i martwa dziewczyna

Amnezja – Frederico Axat

„Martwa dziewczyna z dziurą w piersi leżała w moim salonie.” Od tych słów rozpoczyna się historia Johna Brenera, dwudziestosiedmioletniego alkoholika, składająca się na fabułę powieści „Amnezja”. Bohater staje przed niełatwym zadaniem odtworzenia ostatnich godzin życia poprzedzających przebudzenie w towarzystwie zwłok.

Niektórzy twierdzą, że najtrudniej opowiada im się o lekturach, które najbardziej im się podobały, bo trudno jest obrać w słowa bezbrzeżny zachwyt. Inni mają problem ze skrytykowaniem tych, które nie przypadły im do gustu, bo jak to zrobić biorąc pod uwagę fakt, że nasz odbiór książki jest kwestią subiektywną, a nie prawdą objawioną, choć w danym momencie może nam się wydawać, że właśnie przeczytana książka nie ma szansy spodobać się nikomu.

Ja natomiast mam problem ze średniakami. Książkami niezłymi, ale takimi, które nie bardzo jest za co wyróżnić. Tak jest w przypadku „Amnezji”. Teraz muszę zdecydować, czy mam Was do lektury zachęcić, czy zniechęcić?

Co trzeba przyznać autorowi, szybko wszedł w temat. Złota zasada suspensu mówi, że historia zaczyna się od wybuchu i od tej chwili napięcie ma tylko wzrastać. Wydaje się, że Axat pisząc swój thriller wziął to sobie do serca, ale … No, właśnie. Szybkie zawiązanie wątku narzuciło autorowi tempo, którego nie był w stanie utrzymać. Kiedy chmura kurzu towarzysząca wybuchowi opadła akcja wyhamowała.

Dzięki temu, mieliśmy szansę poznać bliżej naszego narratora, historię jego dzieciństwa, która naprawdę robi spore wrażenie, ale czkawką odbiło się to na rytmie opowieści. Długo musiałam czekać na następny skok napięcia. Praktycznie aż do finału. Temu z kolei nie można odmówić efektu zaskoczenia, ale czy to rozwiązanie mi się podobało? A tak, średnio na jeża. I taka też jest moja ocena. Dodaje punkt za język powieści, który wydał mi się prosty i niewymuszony.

Moja ocena: 6/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i s-ka

Była sobie terapeutka

Terapeutka – Bev Thomas

Ruth Harland jest terapeutką z dwudziestopięcioletnim stażem. Pracuje z pacjentami i przewodzi ośrodkowi leczenia traumy. Jest rozwódką i matką dorosłych już bliźniaków. Przed dwoma laty, jej syn Tom przepadł bez wieści. Teraz w pewnym sensie powrócił. Powrócił pod postacią pacjenta, Dana, któremu Ruth chce za wszelką cenę pomóc. Gdyby tylko wiedziała kim jest w rzeczywistości…

Rzadko kiedy trafiam na książki napisane jakby specjalnie z myślą o mnie. Spełniające moje wysokie oczekiwania w kwestii standardów wprowadzania wątków psychologicznych. Zdarza się to w dwóch przypadkach. Kiedy autor pisze o zaburzeniu, na które sam cierpi, lub gdy autor posiada specjalistyczną wiedzę w tej dziedzinie dzięki styczności z osobami chorującymi. I nie chodzi o styczność z rodzaju: dziś w markecie spotkałam wariatkę.

Tak się składa, że Bev Thomas autorka „Terapeutki”, sama terapeutką jest. I to się kurczę czuje. Czuje od pierwszych stron i czuje przez całą powieść.

W związku z tym słyszałam o książce wiele krytycznych opinii. Większość dotyczyła właśnie zarzutu o zbyt naukowe podeście do fabuły. Kurczę, a jakie ma być? Czy książkowy thriller musi porażać naiwnością?

Nie znoszę wodolejstwa, nie znoszę, gdy autor porywa się z motyką na słońce i prawi o czymś, o czym nie ma pojęcia. Jestem na to uczulona. Ile razy spotkałam się z książkami, które portretują np. dzieci z autyzmem (tak, miejsce trzecie w Top DSM zaraz obok schizofrenii i osobowości mnogiej),  jako posiadające nadprzyrodzone moce, które ni z gruchy ni z pietruchy zaczynają recytować Tybetańską Księgę Umarłych, z którą styczności nigdy nie miały, albo wyginają widelce siłą umysłu. Później przychodzi do gabinetu psychologa rodzić z diagnozą od psychiatry: autyzm dziecięcy. Wystraszony, przejęty i zażenowaniem przyznaje, że nie zauważył takich to, a takich, objawów u swojego dziecka. A skąd pomysł, że takie to, a takie, objawy dziecko powinno mieć? Możesz zapytać ze zdziwieniem, ale już wiesz, już kurczę wiesz, co usłyszysz w odpowiedzi. Bo w takim, a takim, filmie, lub takiej, a takiej, książce było takie dziecko i ono… 

Dlatego właśnie beletrystyka potrzebuje autorów świadomych tego, o czym piszą. Nawet jeśli dla kogoś będzie to zbyt trudne w odbiorze i mało rozrywkowe.

Dla mnie „Terapeutka” była rozrywką wciągającą, absorbującą i pouczającą. Narratorka i bohaterka w jednej osobie wpada kolejno we wszytki pułapki jakie może na nas zastawić nasz własny umysł i wygenerowane przez niego subiektywne odczucia.

Na początek obraz jej relacji z dziećmi. Rodzicielska rozpacz, gdy nie rozumiesz i nie potrafisz pomóc własnemu synowi. Wykręcony model macierzyństwa, matka kwoka, matka helikopter – jakby napisali na blogu pateringowym. Gdzieś w tym wszystkim bezradnie kołujący mąż, nie dość światły by brać jego zdanie pod uwagę. I drugie dziecko, dziecko bohater, wychowane w poczuciu winy za to, że ‚jest normalne’. Wreszcie praca, cholernie obciążająca praca. Rola gąbki wchłaniającej ludzkie łzy.

Seria zdarzeń sprawia, że gąbka traci chłonność i wszystko się wylewa. Ruth traci czujność wobec nowego pacjenta. Chce mu pomóc, bo widzi w nim swojego syna. Przeniesienie level hard. Zaczyna łamać procedury, naginać się, ustępować. Traci ostrość widzenia. Zostaje wywiedziona w pole. Cienka linia pomiędzy skrzywdzonym dzieckiem, a socjopatą zostaje zatarta. Ruth wpada. Mimo całego doświadczenia, całej wiedzy, instynktu i wszystkich przymiotów dobrego specjalisty, daje ciała. Wobec emocji jesteśmy bezbronni. A historia antybohatera, cała jego postać? Precyzyjnie zakreślona, wnikliwa. Terapeucie może się wydawać, że ze swojego miejsca widzi wszystko, widzi więcej, to on udostępnia pacjentowi wgląd w jego emocje. Ale co jeśli patrzy pod złym kątem? Jeśli nie zauważy zacienionego obszaru?

Kurczę, ale to było dobre.

Moja ocena: 9/10

Porozmawiajmy o zbrodni

Rozmowy z seryjnymi mordercami – Christopher Berry-Dee

Co sprawia, że ludzi tak interesują historie seryjnych morderców? Polski psycholog kryminalny doktor Daniel Boduszek stwierdził kiedyś, że chodzi o adrenalinę, dreszczyk emocji, któremu towarzyszy śledzenie losów osób wyjętych z pod prawa. Rozważając to na gruncie filozoficznym może chodzić o mroczny pierwiastek ludzkiej natury, który każde nam spoglądać w ciemność. (Nietzsche się kłania) Myślę, że jedno nie wyklucza drugiego, a krótka wycieczka po mrocznej otchłani może być frapującym doświadczeniem, pod warunkiem, że odbywa się w kontrolowanych warunkach;)

Ciężko mi oszacować jak wiele godzin spędziłam w ‚otchłani’, ale z pewnością zdarzało mi się zejść niżej niż w czasie przeprawy z książką Christoper’a Berry’ego Dee.

Facet jest kryminologiem śledczym, który postanowił przybliżyć zwykłym obywatelom zagadnienia z którymi spotykał się w pracy. Liczba jego publikacji o tematyce kryminalnej jest doprawdy imponująca. „Rozmowy z seryjnymi mordercami” są bodaj pierwszą z nich, która ukazała się w polskim przekładzie. Wydawnictwo Czarna Owca ma w planie cały cykl wydań, więc wypatrujcie zapowiedzi.

Sięgając po książkę, której tytuł ni mniej ni więcej wskazuje, że składać się będzie z zapisów rozmów z seryjnymi mordercami, spodziewałam szeregu wywiadów. Mieliście okazje obejrzeć dokument „Iceman- wyznania mordercy”? Jeśli nie prędziutko nadrabiajcie. Jego rozmowa z psychiatrą dr. Dietzem wstrząsnęła mną i liczyłam na podobne odczucia w czasie lektury z książką „Rozmowy…”. Tymczasem otrzymałam kolejne hym… biografie. Poczułam się zawiedziona, bo spodziewałam się zupełnie innej formuły. Tytułowe rozmowy pojawiają się w skrawkach i są zdominowane przez relacje z procesów, śledztwa, opowieści o dzieciństwie każdego kolejnego sprawcy.

Nie miałabym takiemu rozwiązaniu nic do zarzucenia, gdyby nie fakt, że moje oczekiwania były z goła inne. Każdy rozdział to inny znany morderca seryjny. No, może poza niesławnym mieszkańcem domu Amityville, który moim zdaniem jest raczej mordercą masowym niż seryjnym. Nie mniej jednak po raz pierwszy miałam okazję przyjrzeć się sprawie Ronniego Defeo bez paranormalnej otoczki jaką wokół niej zbudowano. No, horroru by raczej z tego nie było;)

Całą resztę bohaterów już miałam okazję spotkać na kartach innych książek. A więc kogo my tu mamy?

Harvey Louis Caringnan, Arthur Shawcross, John Scripps, Hanry Lee Lucas, Alieen Wuornos, Kanneth McDuff, Carol Bundy, Douglas Clark. Dość popularny zestaw, ale bez szlagierowych przebojów jak Edd Gain, czy Dahmmer 😉 co zwiększa szansę dla Was na zapoznanie spotkanie z kimś z kim jeszcze nie mieliście do czynienia.

Mimo, że historie były mi znane zaznaczyłam w sobie w książce kilka smaczków, jak ten dotyczących pewnych skłonności u populacji mężczyzn z chromosomem XYY, czy inne naukowe odniesienia na które wcześniej nie trafiłam.

W żaden sposób nie mogę więc uznać czasu poświęconego na lekturę za zmarnowany, ale obawiam, się, że tytuł publikacji może rozbudzać u czytelnika apetyt na coś co oferuje ona w zbyt małym stopniu. Myślę też, że dla kogoś mniej obeznanego z tematem z pewnością będzie o wiele bardziej trafiona. Sama autora w żaden sposób nie skreślam i czekam na polskie wydania reszty jego książek.

Moja ocena: 6+/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

PS. Jeśli miałabym Wam polecić książkę o tej tematyce, która najbardziej do mnie trafiła będę tu bardzo oryginalna. Kiedyś szperając w necie natrafiłam na plik  word, zatytułowany „Antologia seryjnych morderców”. Brak autora, brak numeru IBSN, opracowanie zupełnie amatorskie, brak podanych źródeł. Żadna następna książka tego typu nie zrobiła na mnie takiego wrażenia. Tak więc Gallu Anonimie, kimkolwiek jesteś, masz u mnie browar.

Druga twarz

Outsider – Stephen King

Jedenastoletni Frank Peterson zostaje znaleziony martwy. Jego brutalne morderstwo budzi oburzenie w społeczności Flint City dlatego, gdy pojawia się podejrzany, detektyw Raplh Anderson doprowadza do szybkiego zatrzymania osobnika. Okazuje się nim Terry Maitland miejscowy trener.

Wszyscy gorąco wierzą w jego winę, nawet gdy pojawia się dowód, że w czasie popełnienia zbrodni Terry był zupełnie gdzie indziej. Kolejne nieścisłości, wreszcie nowe niecodzienne tropy zmuszają zawziętych sceptyków do otwarcia się na zupełnie nową drogę interpretacji zdarzeń.

King w wersji kryminalnej to mój najmniej ulubiony King. Lubię Kinga w wersji psychothriller („Misery„), lubię Kinga w wersji obyczajowej („Dolores”) i oczywiście, w wersji pure horror. Z tym, że tego ostatniego jakość mało doświadczam w tym czasie.

Szumny horror roku 2019 „Instytut” okazał się bardziej powieścią sci-fi, a poprzednie nowości jakie czytałam to seria o detektywie Hodgesie. Nie twierdzę, że King zupełnie się w tej materii nie sprawdza, ale kurczę tęskni mi się za czymś na miarę „Ręki mistrza„. Tak, uważam że to najlepsza powieść grozy Kinga i niech mnie Jack Torrance gania za to z kijem do krykieta, albo siekierą, jak mu Kubrick da.

Po „Outsidera” sięgnęłam dlatego, że obiecywał klasyczną grozę. A tymczasem, czytam czytam. I nic. Jest morderstwo i morderca i kolejny detektyw, który w przeciwieństwie do Hodgesa nie był stanie we mnie wzbudzić sympatii. I choć King spycha paranormalną stronę tej historii na margines tak długo jak się da ona w końcu dochodzi do głosu i uwaga, właśnie dzięki postaci wyciągniętej z serii o Hodgesie. Ostateczne rozwiązanie zagadki zbrodni leży daleko poza śledczymi procedurami i bardzo się z tego cieszę, bo choć liznęłam horroru.

W tym momencie bardzo żałuję, że King nie jest jakimś początkującym pisarzem, który mógłby otrzymać uczciwego kopa w tyłek od czytelników ze słowami: Wróć jak napiszesz horror. Tymczasem facet pisze co chce i nadal jest królem grozy.

Gdyby nie to, żem tak głodna starej kingowskiej grozy to z pewnością przyjęłabym „Outsidera” z większą aprobatą. Bo jakby nie patrzeć wątek tytułowego „Outsidera”, ten byt będący przyczyną całego zamieszania, jest świetny i naprawdę daje do myślenia. Sądzę  nawet, że King osadził go w rzeczywistości kryminalnego śledztwa celowo, by z impetem wskazać konsekwencje istnienia takiego ‚dziwa’. Zrobił to dobrze i tylko moje nie warte uwagi roszczenia dzielą tę książkę od naprawdę pozytywnej oceny.

Moja ocena:6/10

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Prószyński i s-ka

Biblia Horroru rozdaje

ROZDANIE KSIĄŻKOWE

Drodzy Parafianie, dawno nie było żadnego konkursu, więc chyba warto coś w tej materii zadziałać. Mam dla was dwie książki od wydawnictwa Czarna Owca. Same skarby. Pierwsza to powieść dobrze znanej Camilli Lackberg, która z przytupem rozpoczęła nową serię. Tak to pierwsza część „Złotej klatki”. Drugi tom ukaże się już wkrótce, więc jeśli ktoś chce jeszcze nadrobić zaległości z pierwszym to jest to doskonała okazja. O książce pisałam na blogu jakiś czas temu.

Druga nagroda to nowość prosto z drukarni, „Rozmowy z seryjnymi mordercami” Christophera Berry-Dee. Gratka dla każdego zainteresowanego tematyką  wielokrotnych zabójstw popełnianych niekoniecznie zrównoważonych osobników.

Fundatorem nagród jest wydawnictwo Czarna Owca. Organizatorem  jest Biblia Horroru. Koszt wysyłki nagród pokrywa organizator. Rozdanie dedykowane jest czytelnikom bloga, fanom na facebooku i obserwatorom na instagramie.

Aby zdobyć któryś z egzemplarzy książek trzeba:

1.Należeć do zaszczytnego grona fanów Biblii Horroru na facebooku, lub obserwatorów na instagramie (Albo jedno i drugie)

2. Wyrazić chęć otrzymania książki w komentarzu, decydując którą książkę chcecie otrzymać i dlaczego. Komentarz umieszczacie postem konkursowym na facebooku lub instagramie. Możecie potwierdzić zgłoszenie komentarzem na blogu.

3. Udostępniacie informacje o rozdaniu na swojej tablicy na facebooku, lub w relacji na instagramie oznaczając Biblię Horroru.

4. Zapraszacie kogoś ze znajomych do udziału oznaczając te osoby w komentarzu pod postem konkursowym na facebooku lub instagramie.

5. Będzie miło jeśli zlajkujecie/dodacie do obserwowanych także fundatora nagród, czyli Wydawnictwo Czarna Owca.

*Linki do fanpage i profilu na instagramie znajdziecie w panelu bocznym strony. W wersji mobilnej zjedzcie na sam dół strony.

Zabawa potrwa do niedzieli 8 marca. Zgłoszenia do północy. Wyniki ogłoszę w ciągu trzech dni od zakończenia rozdania.

Wszytko jasne? Zatem do dzieła.

Duchy wiktoriańskich świąt

Wigilia pełna duchów. Zbiór opowiadań

– M.R. James, Arthur Conan Doyle, F. Marion Crawford, Elizabeth Gaskell, Edith Warton, Mrs. J.H. Riddell, Adrew Haggard, G. B. Burgin, Emily Arnold, Isabella F. Romer

Wszystko zaczęło się od Charlesa Dickensa i jego „Opowieści wigilijnej”. Być może jej wartość edukacyjna obecnie przysłania jej czysto rozrywkowe walory jak dreszczyk grozy, ale można powiedzieć, że ta historia rozbudziła apetyt wiktoriańskiego społeczeństwa na krótkie ghost story i od tamtej pory podobne utwory były publikowane w czasopismach właśnie w okresie świąt.

Wydawnictwo Zysk i s-ka postanowiło wybrać dwanaście spośród najpopularniejszych około świątecznych ghost story tamtych czasów i wydać je na polski rynek. Nie wszystkie z nich to opowiadania napisane w XIX wieku, część z nich to utwory młodsze siegające pierwszej połowy XX wieku. Nazwiska niektórych twórców powinny być Wam zdecydowanie znane, jak chociażby Arthur Conan Doyle, ‚ojciec’ detektywa Holmes’a.

Wyobraźcie sobie ten klimacik. Świąteczny wieczór w gronie rodziny i dwudziestki najbliższych przyjaciół, dobre jedzenie i napitek, migotanie świec, wszyscy zbierają się w salonie, odpalają cygara i wyczekują tegorocznej opowieści o duchach. Tak było. Kiedy będziecie sięgać po tę książkę wyobraźcie sobie taka otoczkę.

Sama nie miałam okazji zafundować sobie świątecznej oprawy przy czytaniu. Patronat miał pierwszeństwo i „Wigilię pełną duchów” przeczytałam na długo po świętach, nie mniej jednak nie mogę powiedzieć, bym nie odczuła nastroju jaki z niej bije.

Klimat tych historii to najmocniejsza strona tej publikacji. Co do treści, to jak to bywa w zbiorach: są utwory słabsze, średnie i czarne konie tego wyścigu. A więc, po kolei:

Pierwsze opowiadanie „Dom pod włoskim Orzechem” z 1882 roku to historia, oczywiście, starego domostwa, w którym straszy. Już wspominałam, że w ghost story najbardziej lubię pierwiastek smutku. No bo czym są opowieści o duchach jak nie opowieściami o śmierci? Tęsknocie jaką pozostawia. W przypadku „Domu pod Orzechem” jest to tęsknota małego chłopca. Moja ocena: 7/10

Drugie opowiadanie, „Duch Panny Młodej” (1986) było natomiast… dziwne. Opisywało dziwną przypadłość na którą cierpiała wybranka serca narratora opowieści. Kobieta swoją powłokę cielesną dzieliła z duchem, czy też demonem, albo cierpiała na osobowość wieloraką. W każdym razie trzydziestostronicowe miłosne westchnienia nie szczególnie mnie wzruszyły, ale doceniam pomysł, ostatecznie doczekał się on wielu naśladowców w kulturze grozy. Moja ocena: 5/10

Niewątpliwie najsłabszym opowiadaniem, choć jednocześnie najbardziej oryginalnym była „Modlitwa Sir Hugona”. Jej bohaterami jest para duchów, tytułowy Sir Hugon i jego żona. Duchy obserwując zaloty dwóch młodzieńców skierowanych do jednej dziewczyny przekomarzają się coraz silniej angażując się w obserwowane widowisko. Obraz zalotów przyjmuje coraz bzdurniejszą postać – rowerowe wyścigi i te spray. To mogła być doprawdy ciekawa perspektywa, ale kompletnie nieudolnie przedstawiona. Czyta się to ciężko. Moja ocena: 3/10.

„Opowieść starej piastunki” z 1852 to już zdecydowanie moje klimaty. Narracja przedstawiona z punktu widzenia sędziwej niani, która opowiada swoim podopiecznym historię z życia ich matki, którą to miała okazje zajmować się jako młoda dziewczyna. Historia po kobiecemu sentymentalna, przepełniona uczuciem do opisywanego dziecka, ale posiadająca bardzo wymowny pierwiastek grozy. Groza zogniskowana jest w starej rezydencji do której trafia niania wraz ze swoją podopieczną po śmierci jej rodziców. Rezydencja jest cokolwiek dziwna i porządnie daje w kość każdemu kto przekroczy próg. Duchy jednak mają powody by interesować się jej mieszkańcami. Jest to może nie szczególnie wymyślna ghost story, ale ma kopa. Klimacik jak w Kobiecie w czerni„. Baardzo fajna rzecz. Moja ocena: 7+/10

Dalej mamy trzy opowiadania tego samego autora. Tak się złożyło, że ich kolejność zazębia się też z ich jakością w mojej ocenie. Zaczynamy od „Ducha  lalki” z 1896 roku. Jest to historia mężczyzny trudniącego się naprawianiem lalek, który bardzo osobiście angażuje się w wykonywaną pracę. Jak się okazuje na kartach opowiadania, lalki potrafią mu się odwdzięczyć, dzieje się tak bowiem gdy życie jego córki jest zagrożone a lalka imieniem Nina przychodzi z nieoczekiwaną pomocą. „Duch lalki”  jest sprawnie napisany, pomysł przyjemny, element grozy jest. Moja ocena:6/10

„Wrzeszcząca czaszka” z 1911 roku, najmłodsze z opowiadań zbioru, otwiera grono moich faworytów. Jego fabułą łączy w sobie cechy opowieści kryminalnej, nastrojowego horroru, psychoanalitycznej rozprawy i ghost story oczywiście. Opowiadanie przyjmuje formę dialogu, a raczej monologu. Jest swego rodzaju zapisem wypowiedzi jaką narrator kieruje do swojego rozmówcy w czasie wieczornego spotkania. Odpowiedzi towarzysza nie są tu umieszczone, ale możemy się domyślać jego reakcji na słowa przyjaciela, ba, w to miejsce możemy wstawić nasze własne odpowiedzi. O czym jest? A przeczytajcie tytuł raz jeszcze. No, właśnie, o wrzeszczącej czaszce. Moja ocena: 8/10

Im dalej tym lepiej. Właśnie dlatego, przez drugą połowę książki przeszłam jak burza. Ostatnie opowiadanie z pośród trzech przypisanych temu samemu autorowi. „Górna koja” przenosi nas na morze. Narrator i bohater opowieści opowiada o podróży liniowcem ‚Kamczatka’. Swojej ostatniej podróży nią. Nie, nie umarł, ale było blisko. Na pokładzie feralnego statku natrafił bowiem na nawiedzoną koję i jej wyjątkowo upierdliwego lokatora. Historia trzyma w napięciu, jest ciekawa i pomysłowa jednocześnie. Klimat super. Moja ocena: 8+/10

Zostajemy na morzu, ale liniowiec zmieniamy na statek wielorybniczy w „Gwieździe polarnej”. Klimat jak „Terroru”, więc fani tego dzieła Simmonsa są już pewnie żywo zainteresowani. Z opowiadania bije arktyczny chłód i agorafobiczny obłęd. Jest groza i jest smutek. Bardzo ciekawy bohater pierwszoplanowy. Mój faworyt? No prawie:) Moja ocena: 9/10

Moim faworytem jest „Później” sama nie wiem czemu. Na moją wyobraźnie jakoś szczególnie mocno podziałała wizja ducha przybywającego w biały dzień do domu bohaterów opowiadania. Podobała mi się też przewrotność tej historii. Skąd mamy wiedzieć, że duch jest duchem? Myślę, że to opowiadanie byłoby świetnym materiałem na scenariusz filmowego horroru. Moja ocena:9+/10

„Jesion” to gratka dla wielbicieli wątków czarnej magii i czarownic, może do tej grupy za koniecznie nie należę, ale spodobało mi się. Duży plus za finał z przytupem. Moja ocena:7/10

„Duch skarbca” jeśli mam być brutalnie szczera wypada nędznie. Może dlatego, że przypadło mi go czytać zaraz po czołówce zbioru. Historia ducha, która pomaga spłacić długi i tym samym dać szansę na połączenie się parze bohaterów. Narratorka mi nie podeszła, jej opowieść pozbawiona była charyzmy. Moja ocena: 5/10

„Nekromanta – duch a czarna magia” ostatnie i jednocześnie najstarsze opowiadanie, bo z roku 1842, to znowu wątek miłosny, nie tak jednak cacany jak u poprzednika. Mamy tu bowiem tajemnicze zginięcie, wizję śmierci i intrygę. Jest nieźle. Moja ocena: 6/10

Jako całość: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

 

Piękna czy bestia

Jej piękna twarz – Robyn Harding

Frances Metcalfe boi się, że ktoś dowie się kim jest i co zrobiła. Żyje cichutko, na paluszkach, trawiona przez poczucie winy. Nie wierzy, że mąż może ją kochać, bo nie jest dostatecznie atrakcyjna. Nie wierzy, że jest dobrą matką, bo ona i jej dziecko nie spotkało się z akceptacją w środowisku dzieci i rodziców z prestiżowej prywatnej szkoły. Nie utrzymuje kontaktów z rodziną, nie ma przyjaciół. Nie robi kariery.

Wtedy poznaje Kate. Kate, która ma wszystko czego brakuje Frances, a mimo to ten chodzący ideał uznał ją za wartą swojej przyjaźni. Frances uważa, że to zbyt piękne żeby mogło być prawdziwe. I ma rację. Kate nie jest prawdziwa, jest kimś zupełnie innym.

Nie miałam wcześniej do czynienia z twórczością Robyn Harding, ale po lekturze „Jej piękna twarz” przypuszczam, że się to zmieni. Książkę, która wpadła mi w ręce gatunkowo przypisałabym do thrillera psychologicznego z odrobią kryminału.

Mamy tu narrację na dwa głosy. Główna oś akcji to bieżące wydarzenia z życia Frances, jej męża i synka oraz Kate i jej rodziny, w tym nastoletniej córki Daisy. Z drugiej strony mamy tajemniczego narratora, Dj’a. Wiemy, że jest małym chłopcem, który w tragicznych okolicznościach stracił starszą siostrę. Dj, relacjonuje swoje życie po zabójstwie siostry. W miarę rozwoju wydarzeń zbliżamy się do odkrycia tego, co łączy historie Franses z opowieścią Dj’a.

„Jej piękna twarz” to opowieść o psychopacie, choć początkowo nic na to nie wskazuje. To chyba jeden z jej największych plusów. Kulisy życia z psychopatą wcale nie wyglądają tak jak moglibyście sobie wyobrażać. To historia życia naznaczonego chęcią zemsty, poczuciem winy, życia bez miłości, za to z ogromem tajemnic.

Nie chcę Wam zdradzać zbyt wiele jeśli idzie o szczegóły, bo zepsułabym niespodziankę. Mogę jedynie powiedzieć, że jest ciekawie. Ciekawe sylwetki bohaterów, interesujące twisty fabularne i bardzo wymowna pointa. Styl pisarki sprzyja angażowaniu się w śledzenie akcji.

Polecam? Polecam.

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i s-ka

 

Noc cudów

Próba sił – T. S. Tomson

Małe miasteczko Tensas w Luizjanie w przeddzień świąt Bożego Narodzenia mierzy się z zimą stulecia. Rose, niepełnosprawną staruszkę nawiedzają koszmarne sny, jej sąsiad niespodziewanie popełnia samobójstwo, a na wnuczkę napada wataha wilków. Nikt z mieszkańców nie wie, że do miasta zbliża się coś jeszcze, coś z czym wybrani będą zmuszeni zmierzyć się podejmując największą w swoim życiu próbę sił.

„To noc interesów szanowny Panie, noc interesów”

Ilekroć na polskiej scenie wydawniczej pojawia się pisarz, który podejmuje tematykę grozy machina promocji uporczywie zapewnia czytelników, że oto będą tu mieli do czynienia z polskim Stephenem Kingiem.

Ilu już takich polskich Kingów przeczytałam, nie zliczę, ale zapewnić Was mogę, że żaden z nich nawet w 30% nie zbliżył się do stylu mistrza z za oceanu. Nie twierdzę, ze powinni, ale po prostu nie odmiennie bawią mnie takie porównania z dupy. Jeśli więc teraz powiem Wam, że pojawił się u nas autor, który faktycznie pełnymi garściami czerpie z Kinga i odtwarza klimat jego powieści, to dacie mi wiarę? Pewnie nie, ale liczę, że przynajmniej zwróciłam Waszą uwagę.

Pod pseudonimem T.S. Tomson kryje się polak. Dlaczego pisze pod zagranicznym pseudonimem, dlaczego umieścił akcję powieści za oceanem, możecie dowiedzieć się z lektury wywiadu z nim. W każdym razie autor na tyle przesiąkł Kingiem, że w swojej książce mówi jego głosem, może niebrzmi to oryginalnie, ale myślę, że miłośnikom Stephena przypadnie to do gustu.

Mamy tu podobnie gawędziarski styl opowieści. Właśnie te fragmenty poświęcone przywoływanym historiom z przeszłości poszczególnych bohaterów uważam za najbardziej udane. A gdzie dobra historia, tam i ciekawy bohater. Tych tu nie zabraknie, a moją faworytką jest Rose. Rose i jej koszmary to najintensywniejsze horrorwe motywy w powieści. Bardzo żywe, wbijające się w głowę.

„Próba sił” jest przebogata w wątki, dlatego znajdziecie tu wiele niepozornych wstawek, które może nie odgrywają kluczowej roli w życiu głównych bohaterów, ale dla czytelnika będą przepysznym smaczkiem. Tu mam szczególnie na myśli wątek latarni zwanej migotką, czy pewnego amatora dzieci. Swoją drogą, spotkanie tego człowieka z pewnym wyjątkowym chłopcem uważam za najmocniejszy i najlepszy fragment dialogowy w książce. Jeśli już jesteśmy przy dialogach, muszę być uczciwa, bo to Tomsonowi zbytnio nie poszło – za wyjątkiem rozmowy pedofila z chłopcem – to była miazga.  Autor dużo lepiej radzi sobie z mową zależną, gdzie może spuścić ze smyczy swoją tendencję do rozbudowanych form językowych. Myślę, że trochę pokonała go tu ilość bohaterów, bo każda kolejna postać to swoisty styl wypowiedzi, konieczność przystosowania języka do postaci, podtrzymanie dynamiki rozmowy etc. Ciężka to sprawa kiedy do Tensas ściągają ludzie z różnych warstw społecznych o kompletnie różnych charakterach;)

Jeśli chodzi o temat przewodni książki podobał mi się. Mamy tu poniekąd watek religijny, ale tylko poniekąd. Tomson nie przegiął i nie jest zbyt biblijnie jak na mój prób tolerancji. Podobał mi się finał tej rozgrywki.

Najmocniejszym elementem książki jest chyba jej klimat. Zimny i mroczny, tak jak tygryski lubią najbardziej. Wiem, że w powieści są błędy nie wyłapane na etapie korekty, ale cóż, taka wola wydawcy by korektę robić po swojemu. A kto by się tam szczególnie pochylał nad debiutantem;) Dlatego ja na błędy litościwie oko przymykam, bo w kontekście całościowego potencjału książki nie są tak istotne.

A potencjał jest. I w pomyśle i w wykonaniu. Jak na debiut styl i język też wygląda wręcz podejrzanie dojrzale. King chyba byłby dumny z takiego wychowanka;) Powiem Wam jeszcze, że autor nadal pisze i pisze bardzo ciekawe rzeczy, więc być może „Próba sił” jest tylko próbą sił?

Moja ocena: 7+/10

Za książkę dziękuję autorowi i wydawnictwu Novae Res

*Książka objęta patronatem Biblii Horroru

Obcy, wersja książkowa

Obcy: 8 Pasażer Nostromo – Alan Dean Foster

Siedmioosobowa załoga kosmicznego statku handlowego Nostromo po zakończonej misji ma wracać na Ziemię, gdy zostają zaalarmowani przez system o pochodzącym z planety LV-426 sygnale SOS. Chcąc nie chcąc, muszą zbadać pochodzenie wezwania. Tak trafiają na planetę i obcy statek. Na miejscu w czasie misji badawczej odkrywają żywy organizm. Nie wiedzą z jak niebezpieczną formą życia mają do czynienia.

Może zacznę od samobiczowania, bo chyba wypada. Jako ogromna fanka filmowej serii „Obcego” dopuściłam się haniebnego wręcz zaniedbania i jak dotąd nie napisał recenzji z żadnej z czterech – jedynych słusznych, moim zdaniem – części antologii. Shame on me.

Ale za to przybywam do Was z książką, bo wiecie, albo nie wiecie, ale „Obcy” istnieje też pod tą postacią. W tym roku wydawnictwo Vesper postanowiło o tym fakcie przypomnieć polskim czytelnikom.

Książka, o której mowa powstała nie tyle w oparciu o film co o jego scenariusz, dlatego ku mojemu zaskoczeniu mamy tu pewne nieścisłości względem tego co możecie zobaczyć na ekranie. Zmiany te nie wpływają jakoś znacząco na odbiór tej historii, ale dzięki lekturze książki możecie przekonać się co zostało wycięte z filmu. Może nie jest tego dużo, ale jeśli ogląda się „Obcego” z równie maniakalną częstotliwością jak czynię to ja rozbieżności mocno rzucają się w oczy.

Choć chciałabym Was przekonać do lektury książki, bo książki trzeba czytać, no, bo poszerzamy zakres słownictwa i co tam jeszcze, to muszę oddać palmę pierwszeństwa filmowi.

Autor książki, który zawodowo zajmuje się ‚pisarstwem filmowym’ posiada pewną manierę biegania na skróty. Mimo, że papier to nie taśma filmowa, trochę na niego żydził.

Zabrakło mi większego stopniowania napięcia, rozszerzenia opisów zdarzeń. Co prawda w czasie lektury Obcy nie stanął przed oczami mojej wyobraźni jak żywy, ale ostatecznie nie było też najgorzej.

Plusem jest z pewnością to, że dzięki możliwości zapoznania się z ‚wyciętymi’ fragmentami trochę lepiej poznajemy bohaterów, na co nie starczyło czasu w wersji filmowej.

Dobrą robotę robią ilustrację autorstwa Macieja Kamudy. W polskim wydaniu znajdziemy też posłowie autorstwa Piotra Goćka.

Moi Drodzy, jeśli więc należycie do grona fanów filmowego „Obcego”, to do zapoznania się z książką chyba nie muszę Was jakość szczególnie zachęcać, prawda?

Moja ocena: 8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Vesper