Archiwa tagu: blogi o książkach

Piękna czy bestia

Jej piękna twarz – Robyn Harding

Frances Metcalfe boi się, że ktoś dowie się kim jest i co zrobiła. Żyje cichutko, na paluszkach, trawiona przez poczucie winy. Nie wierzy, że mąż może ją kochać, bo nie jest dostatecznie atrakcyjna. Nie wierzy, że jest dobrą matką, bo ona i jej dziecko nie spotkało się z akceptacją w środowisku dzieci i rodziców z prestiżowej prywatnej szkoły. Nie utrzymuje kontaktów z rodziną, nie ma przyjaciół. Nie robi kariery.

Wtedy poznaje Kate. Kate, która ma wszystko czego brakuje Frances, a mimo to ten chodzący ideał uznał ją za wartą swojej przyjaźni. Frances uważa, że to zbyt piękne żeby mogło być prawdziwe. I ma rację. Kate nie jest prawdziwa, jest kimś zupełnie innym.

Nie miałam wcześniej do czynienia z twórczością Robyn Harding, ale po lekturze „Jej piękna twarz” przypuszczam, że się to zmieni. Książkę, która wpadła mi w ręce gatunkowo przypisałabym do thrillera psychologicznego z odrobią kryminału.

Mamy tu narrację na dwa głosy. Główna oś akcji to bieżące wydarzenia z życia Frances, jej męża i synka oraz Kate i jej rodziny, w tym nastoletniej córki Daisy. Z drugiej strony mamy tajemniczego narratora, Dj’a. Wiemy, że jest małym chłopcem, który w tragicznych okolicznościach stracił starszą siostrę. Dj, relacjonuje swoje życie po zabójstwie siostry. W miarę rozwoju wydarzeń zbliżamy się do odkrycia tego, co łączy historie Franses z opowieścią Dj’a.

„Jej piękna twarz” to opowieść o psychopacie, choć początkowo nic na to nie wskazuje. To chyba jeden z jej największych plusów. Kulisy życia z psychopatą wcale nie wyglądają tak jak moglibyście sobie wyobrażać. To historia życia naznaczonego chęcią zemsty, poczuciem winy, życia bez miłości, za to z ogromem tajemnic.

Nie chcę Wam zdradzać zbyt wiele jeśli idzie o szczegóły, bo zepsułabym niespodziankę. Mogę jedynie powiedzieć, że jest ciekawie. Ciekawe sylwetki bohaterów, interesujące twisty fabularne i bardzo wymowna pointa. Styl pisarki sprzyja angażowaniu się w śledzenie akcji.

Polecam? Polecam.

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i s-ka

 

Noc cudów

Próba sił – T. S. Tomson

Małe miasteczko Tensas w Luizjanie w przeddzień świąt Bożego Narodzenia mierzy się z zimą stulecia. Rose, niepełnosprawną staruszkę nawiedzają koszmarne sny, jej sąsiad niespodziewanie popełnia samobójstwo, a na wnuczkę napada wataha wilków. Nikt z mieszkańców nie wie, że do miasta zbliża się coś jeszcze, coś z czym wybrani będą zmuszeni zmierzyć się podejmując największą w swoim życiu próbę sił.

„To noc interesów szanowny Panie, noc interesów”

Ilekroć na polskiej scenie wydawniczej pojawia się pisarz, który podejmuje tematykę grozy machina promocji uporczywie zapewnia czytelników, że oto będą tu mieli do czynienia z polskim Stephenem Kingiem.

Ilu już takich polskich Kingów przeczytałam, nie zliczę, ale zapewnić Was mogę, że żaden z nich nawet w 30% nie zbliżył się do stylu mistrza z za oceanu. Nie twierdzę, ze powinni, ale po prostu nie odmiennie bawią mnie takie porównania z dupy. Jeśli więc teraz powiem Wam, że pojawił się u nas autor, który faktycznie pełnymi garściami czerpie z Kinga i odtwarza klimat jego powieści, to dacie mi wiarę? Pewnie nie, ale liczę, że przynajmniej zwróciłam Waszą uwagę.

Pod pseudonimem T.S. Tomson kryje się polak. Dlaczego pisze pod zagranicznym pseudonimem, dlaczego umieścił akcję powieści za oceanem, możecie dowiedzieć się z lektury wywiadu z nim. W każdym razie autor na tyle przesiąkł Kingiem, że w swojej książce mówi jego głosem, może niebrzmi to oryginalnie, ale myślę, że miłośnikom Stephena przypadnie to do gustu.

Mamy tu podobnie gawędziarski styl opowieści. Właśnie te fragmenty poświęcone przywoływanym historiom z przeszłości poszczególnych bohaterów uważam za najbardziej udane. A gdzie dobra historia, tam i ciekawy bohater. Tych tu nie zabraknie, a moją faworytką jest Rose. Rose i jej koszmary to najintensywniejsze horrorwe motywy w powieści. Bardzo żywe, wbijające się w głowę.

„Próba sił” jest przebogata w wątki, dlatego znajdziecie tu wiele niepozornych wstawek, które może nie odgrywają kluczowej roli w życiu głównych bohaterów, ale dla czytelnika będą przepysznym smaczkiem. Tu mam szczególnie na myśli wątek latarni zwanej migotką, czy pewnego amatora dzieci. Swoją drogą, spotkanie tego człowieka z pewnym wyjątkowym chłopcem uważam za najmocniejszy i najlepszy fragment dialogowy w książce. Jeśli już jesteśmy przy dialogach, muszę być uczciwa, bo to Tomsonowi zbytnio nie poszło – za wyjątkiem rozmowy pedofila z chłopcem – to była miazga.  Autor dużo lepiej radzi sobie z mową zależną, gdzie może spuścić ze smyczy swoją tendencję do rozbudowanych form językowych. Myślę, że trochę pokonała go tu ilość bohaterów, bo każda kolejna postać to swoisty styl wypowiedzi, konieczność przystosowania języka do postaci, podtrzymanie dynamiki rozmowy etc. Ciężka to sprawa kiedy do Tensas ściągają ludzie z różnych warstw społecznych o kompletnie różnych charakterach;)

Jeśli chodzi o temat przewodni książki podobał mi się. Mamy tu poniekąd watek religijny, ale tylko poniekąd. Tomson nie przegiął i nie jest zbyt biblijnie jak na mój prób tolerancji. Podobał mi się finał tej rozgrywki.

Najmocniejszym elementem książki jest chyba jej klimat. Zimny i mroczny, tak jak tygryski lubią najbardziej. Wiem, że w powieści są błędy nie wyłapane na etapie korekty, ale cóż, taka wola wydawcy by korektę robić po swojemu. A kto by się tam szczególnie pochylał nad debiutantem;) Dlatego ja na błędy litościwie oko przymykam, bo w kontekście całościowego potencjału książki nie są tak istotne.

A potencjał jest. I w pomyśle i w wykonaniu. Jak na debiut styl i język też wygląda wręcz podejrzanie dojrzale. King chyba byłby dumny z takiego wychowanka;) Powiem Wam jeszcze, że autor nadal pisze i pisze bardzo ciekawe rzeczy, więc być może „Próba sił” jest tylko próbą sił?

Moja ocena: 7+/10

Za książkę dziękuję autorowi i wydawnictwu Novae Res

*Książka objęta patronatem Biblii Horroru

Obcy, wersja książkowa

Obcy: 8 Pasażer Nostromo – Alan Dean Foster

Siedmioosobowa załoga kosmicznego statku handlowego Nostromo po zakończonej misji ma wracać na Ziemię, gdy zostają zaalarmowani przez system o pochodzącym z planety LV-426 sygnale SOS. Chcąc nie chcąc, muszą zbadać pochodzenie wezwania. Tak trafiają na planetę i obcy statek. Na miejscu w czasie misji badawczej odkrywają żywy organizm. Nie wiedzą z jak niebezpieczną formą życia mają do czynienia.

Może zacznę od samobiczowania, bo chyba wypada. Jako ogromna fanka filmowej serii „Obcego” dopuściłam się haniebnego wręcz zaniedbania i jak dotąd nie napisał recenzji z żadnej z czterech – jedynych słusznych, moim zdaniem – części antologii. Shame on me.

Ale za to przybywam do Was z książką, bo wiecie, albo nie wiecie, ale „Obcy” istnieje też pod tą postacią. W tym roku wydawnictwo Vesper postanowiło o tym fakcie przypomnieć polskim czytelnikom.

Książka, o której mowa powstała nie tyle w oparciu o film co o jego scenariusz, dlatego ku mojemu zaskoczeniu mamy tu pewne nieścisłości względem tego co możecie zobaczyć na ekranie. Zmiany te nie wpływają jakoś znacząco na odbiór tej historii, ale dzięki lekturze książki możecie przekonać się co zostało wycięte z filmu. Może nie jest tego dużo, ale jeśli ogląda się „Obcego” z równie maniakalną częstotliwością jak czynię to ja rozbieżności mocno rzucają się w oczy.

Choć chciałabym Was przekonać do lektury książki, bo książki trzeba czytać, no, bo poszerzamy zakres słownictwa i co tam jeszcze, to muszę oddać palmę pierwszeństwa filmowi.

Autor książki, który zawodowo zajmuje się ‚pisarstwem filmowym’ posiada pewną manierę biegania na skróty. Mimo, że papier to nie taśma filmowa, trochę na niego żydził.

Zabrakło mi większego stopniowania napięcia, rozszerzenia opisów zdarzeń. Co prawda w czasie lektury Obcy nie stanął przed oczami mojej wyobraźni jak żywy, ale ostatecznie nie było też najgorzej.

Plusem jest z pewnością to, że dzięki możliwości zapoznania się z ‚wyciętymi’ fragmentami trochę lepiej poznajemy bohaterów, na co nie starczyło czasu w wersji filmowej.

Dobrą robotę robią ilustrację autorstwa Macieja Kamudy. W polskim wydaniu znajdziemy też posłowie autorstwa Piotra Goćka.

Moi Drodzy, jeśli więc należycie do grona fanów filmowego „Obcego”, to do zapoznania się z książką chyba nie muszę Was jakość szczególnie zachęcać, prawda?

Moja ocena: 8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Vesper

Ofelia w krainie Fauna

Labirynt Fauna – Cornelia Funke, Guillermo del Toro

Rok 1944. Trzynastoletnia Ofelia wraz z ciężarną matką przyjeżdża na Hiszpańską prowincję gdzie przebywa jej ojczym, kapitan frankowskiej armii. Dziewczynce nie podoba się w nowym domu, dopóki nie odkrywa ukrytego w lesie labiryntu. Okazuje się on drzwiami do zupełnie innego świata. Poznaje też Fauna, który uświadamia Ofelię, że właśnie jego królestwo jest jej prawdziwym domem, co więcej musi o ten dom zawalczyć wypełniając trzy zadania.

Książka na podstawie filmu? Nie jest to zagrywka codzienna, jednak coraz częściej spotykana, zwłaszcza w przypadku bardziej spopularyzowanych produkcji filmowych.

Do takowych bez wątpienia należy obraz Guillermo del Toro „Labirynt Fauna” z 2006 roku, który też doczekał się książki.

Przyznam, że nie połączyła mnie z nim miłość od pierwszego wejrzenia. W roku premiery filmu byłam szczeniarą niewiele starszą od jego małej bohaterki i nie rozumiałam zawartych w filmie alegorii, odwołań do mitologii, a i samo przesłanie filmu jawiło mi się dość mgliście.

Obejrzałam go parę lat później i przepadłam. Dlatego też po książkę sięgnęłam nie tyle chętnie co wręcz z zapałem deliryka, który dorwał się do butelki;)

Nie liczyłam po prawdzie na wrażenia lepsze od tych filmowych – każdy kto widział film wie o czym mówię – i nie wiem czy to kwestia tego, że dawno nie odświeżałam sobie filmu, ale książka pochłonęła mnie jeszcze bardziej. Świat Ofelii był jeszcze żywszy, o ile to możliwe.

Guillermo del Toro o partnerująca mu w projekcie pisarka Cornelia Funke zadbali o to by książka nie była jedynie papierowym odpowiednikiem filmu, scenariuszem pod postacią książki. Warstwa narracyjna jest wzmocniona, przekaz jest silniejszy, bardziej złożony, rozbudowany.

Historia Ofelii wydała mi się jeszcze smutniejsza, jej wewnętrzna walka trudniejsza, a wyobraźnia, która stworzyła świat Fauna potężniejsza.

Dla tych, którzy nie mieli okazji poznać „Labiryntu Fauna pod żadną postacią muszę powiedzieć, że jest to opowieść przypominająca nieocenzurowaną wersję bajek braci Grimm, ma też w sobie coś z „Alicji w krainie czarów”. Generalnie skupia się na mrocznej odsłonie dziecięcej wyobraźni, która odżywa w trudnych okolicznościach, mając być obroną przed rzeczywistością, ostatecznie wciąga i atakuje dziecko. Jest pełna symboli zaczerpniętych z mitologii pogańskich, a co niektórzy dopatrują się w niej wątków satanistycznych.

Polskie wydanie od Zysku, prezentuje się przepięknie, wystarczy rzut oka na okładkę, ale to nie wszystko. W książce znajdziecie tez ilustracje Allena Wiliamsa, aż chce się kupić dziecku pod choinkę – ale wiecie, to chyba nie jest najlepszy pomysł, za to dla wyrośniętego amatora grozy jak najbardziej;)

Moja ocena: 10/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

Wyniki konkursu

WYNIKI KONKURSU PATRONACKIEGO

Drodzy Parafianie, dziś spieszę do Was z wynikami konkursu patronackiego, który ogłosiłam w połowie listopada. Waszym zadaniem było między innymi wymyślenie pytania, które stanie się częścią wywiadu z debiutującym autorem. Miały być trzy nagrody książkowe, ale będą cztery, bo Mikołaj bogaty;) . Powieści T. S. Tomson’a  „Próba sił” powędrują do:

1. Piotra G.

2. Jacka G.

3. Rafała P.

4. Kingi J.

W imieniu swoim i autora dziękuję wszystkim za udział i mam nadzieję, że po przeczytaniu książek podzielicie się z gromadą swoimi wrażeniami;)

A całość wywiadu z autorem opublikuję jutro, czekajcie, bo warto;)

Najbardziej nawiedzony dom w Ameryce

Amityville Horror – Jay Anson

Jest grudzień 1975 roku. Rodzina Lutz, Katie, jej dzieci z pierwszego małżeństwa i mąż George wprowadzają się do nowego domu w Amityville przy Ocean Avenue 112. Dobili świetnego interesuje nie zrażeni krwawą historią posiadłości. Niestety ich amerykański sen zmienia się w koszmar, gdy dom okazuje się nawiedzony.

Tak, Moi Drodzy, przed Wami pierwsze polskie wydanie książki o nawiedzonym domu Amityville znanym na całym świecie głównie za sprawą serii filmowych horrorów.

Nie wiem jak to się stało, że do tej pory żaden polski wydawca nie zdecydował się na przetłumaczenie książki i przedstawienie jej polskim czytelnikom. Na szczęście jest Vesper, na Vesper zawsze można liczyć. Wydana w twardej oprawie książka, przyciąga okładką i tradycyjnie uzupełniona jest o ilustracje, mroczne ilustracje autorstwa Macieja Kamudy. Prezentuje się świetnie i myślę, że nawet bez stosownej rekomendacji każdy fan horrorów będzie chciał mieć ją na swojej półce.

Osobiście byłam szalenie ciekawa zawartości. Moim głównym pytaniem było na ile książkowy oryginał  różni się od ekranizacji i jej remake’u? I tu szok pierwszy: Jody jest chłopcem. Tak więc – różnice są.

Książka powstała na podstawi relacji rodziny Lutz, spisanej przez pisarza Jay’a Andsona, który jak szybko zorientujecie się czytając wstęp wydawał się gorąco wierzyć słowom bohaterów. Myślę też, że sporo dodał tam od siebie, żeby uatrakcyjnić historię i tak w dwa lata po krótkim, bo zaledwie 28 dniowym, pobycie Lutzów na Long Island po raz pierwszy wydano „The Amityville Horror”.

Gdy już przebrnęłam przez wstęp, który bardziej mnie zniechęcił niż uwiarygodnił sprawę, miałam obawę, że książka przyjmie postać czegoś w rodzaju literatury faktu ze skrzętnie wyliczonymi emanacjami zjawisk nadprzyrodzonych i bez jakiejkolwiek fabuły. Okazało się, że jest inaczej co jest niewątpliwym plusem książki. Czyta się ją ot, jak powieść, gdzie mamy wstęp, rozwinięcie, punkt kulminacyjny i zakończenie. Znajdzie się przestrzeń na stworzenie portretów psychologicznych bohaterów, na zbudowanie napięcia i klimatu. Język jest przystępny.

Oczywiście dla większości czytelników, którzy jak mniemam znają już tą historię za sprawą filmów nie będzie aż takiego wow, jak u zupełnych neofitów, nie mniej jednak nadal uważam, że dla fanów grozy jest to pozycja obowiązkowa.

Moja ocena: 8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Vesper

Ze śniegiem wracam

Zimowe nawiedzenie – Dan Simmons

Dale Stewart po tym jak jego życie prywatne i zawodowe legło w gruzach popada w depresję. Nie chce już żyć, ale wychodzi cało z samobójczej próby. Jednak jego psychika jest w strzępkach, a on czuje, że musi się cofnąć bo stoi o krok od przepaści.

Cofa się aż do krainy dzieciństwa, małego miasteczka w Ilinois, gdzie pewnego lata doszło do serii niewytłumaczalnych wydarzeń. Pisarz postanawia na nowo skonfrontować się z przeszłością. Nadchodzi zima gdy Dale Stewart wraca do Elm Haven.

Tak, „Zimowe nawiedzenie” jest kontynuacją „Letniej nocy”, mimo, że pomiędzy publikacjami obydwu książek pojawiły się jeszcze dwa tytuły powiązane z tematem.

Jeśli pamiętacie „Letnią noc” pamiętacie też Dale’a. Dale wraca do miasteczka i lokuje się na farmie niegdyś należącej do rodziny jego nieżyjącego przyjaciela, Dune’a.

W recenzji „Letniej nocy” wspominałam, że był on moim ulubionym bohaterem i bardzo odżałowałam jego śmierć, to też z radością przyjęłam fakt, że Dune nie umarł tak do końca;) Dune Mc Bride, który przecież chciał zostać pisarzem, jest narratorem „Zimowego nawiedzenia”.

„Zimowe nawiedzenie”, choć tytuł dość jednoznacznie wskazuje nam gatunek do jakiego należałoby przypisać powieść ma w sobie tyle samo horroru co powieści psychologicznej.

Być może dlatego, miłośnicy „Letniej nocy” byli nieco rozczarowani, bo jeśli chodzi o wartkość akcji jest zdecydowanie bardziej stonowana. Grzebanie w zatartych wspomnieniach, umartwianie nad obecnym stanem rzeczy, kiepskie widoki na przyszłość. Nie brzmi wesoło, ale czy Dan Simmoms pisze wesołe historie? No nie. Mnie „Zimowe nawiedzenie” bardzo przypadło do gustu.

Moja ocena: 8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

Nikt Ci nie uwierzy

Niewiarygodne – Ken Armstrong, T. Christian Miller

Rok 2008. Przedmieścia Seattle. Nastoletnia Marie zgłasza na policji gwałt. Wg. słów dziewczyny zamaskowany napastnik wdarł się do jej domu, obezwładnił ją i dokonał gwałtu. W toku prowadzonego śledztwa, pod presją kolejnych przesłuchań, pytań podważających wiarygodność dziewczyny postanawia ona wycofać zgłoszenie. Teraz to Mary staje przed sądem, oskarżona o składanie fałszywych zeznań. Ale jak było naprawdę?

„Niewiarygodne” nie jest historią samego gwałtu, a raczej jego konsekwencji dla ofiary. Media, fundacje, organizacje pożytku publicznego, osoby pracujące z ofiarami gwałtów, a nie rzadko i same ofiary apelują do społeczeństwa by nie pozostawiać sprawców przestępstw bezkarnymi. Te apele jednak nie zdają się na wiele bo statystyki mówią sam za siebie – większość ofiar przestępstw seksualnych nie zgłasza się na policję. Dlaczego? O tym właśnie opowie Wam książka „Niewiarygodne”.

Być może jej tytuł jest już Wam znany, bo na podstawie tej samej historii, którą przywołują autorzy powstał serial Netflixa. Serial, swoją drogą bardzo dobry, jednak to książce oddaje palmę pierwszeństwa.  Książka wywiera silny wpływ na czytelnika. Mamy możliwość poznać perspektywę różnych osób i ich spojrzenie na sprawę. Możemy wierzyć. Możemy się wahać i wątpić.

Wersja filmowa może się wydawać atrakcyjniejsza w odbiorze, ale pomija wiele kwestii, scenariusz nie jest w stanie zmieścić tego ogromu krzywdy jaki został wyrządzony bohaterkom książki. Tak, bo bohaterek jest więcej. W dwa lata po donosie Mary, gdy tej została już przypięta łatka ‚niewiarygodnej’ na światło dzienne wychodzą kolejne przestępstwa, łudząco przypominające to rzekomo nie popełnione na Mary. Tu muszę pochwalić walory stricte detektywistyczne książki. Musimy dojść do tego kto jest sprawcą i jak działa. Czemu wybierał właśnie takie ofiary, co je łączy? Jego zamysł okaże się cokolwiek szokujący.

Nie mamy tu do czynienia z historią wymyśloną. To literatura faktu, choć może się wydawać… hym… jak mówi sam tytuł ‚niewiarygodna’.

Bardziej wytrwałych zachęcam do lektury, dla leniuszków, polecam wersję serialową.

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

Córki, siostry, morderczynie

Córeczki – Adrian Bednarek

Ewa jest niedoszłą policjantką prowadzącą sklep z drogimi, sportowymi butami. Pola to niedoszła studentka medycyny trudniąca się dawaniem lekcji pole dance. Obie zupełnie różne kobiety łączy silna więź. Silniejsza niż więzy krwi, która nawiązała się w czasie dwóch sądnych dla nich nocy jeszcze w czasach dzieciństwa. Każda z nich kogoś wówczas straciła. Obie zyskały życie, to wtedy przestały być ‚córeczkami’, a stały się ‚siostrami’, które przetrwały. Po latach samotnego dźwigania ciężaru traumatycznej przeszłości spotykają się by poznać odpowiedzi.

Nowa książka Adriana Bednarka wylądowała. To już trzecia powieść z poza ‚diabelskiej’ serii, więc wszyscy Ci, którzy żywili obawę, że Adrian będzie pisarzem jednego pomysłu mają już solidne zapewnienie, że tak nie jest. „Córeczki” to powieść, którą miałam okazję czytać jeszcze przed wydawcą i mam nadzieję, że redakcja jakoś znacznie nie wpłynęła na jej kształt, bo inaczej pisząc o niej popełnię jakąś gafę;) Swoją drogą, na Adriana spadł fejm w postaci polecajki  na okładce od -powiedzmy- sław polskiego kryminału. Hoho. Muszę w końcu poczytać tą Puzyńską, jak poleca Bednarka to może nie jest najgorsza;)

Wszyscy, którzy znają poprzednie książki Adriana, wiedzą, że lubuje się on w czarnych kobiecych charakterach. Nawet jeśli są tylko widmem przeszłości jak w przypadku Klary Sobańskiej, to autor wyposaża białogłowy w ostre pazurki.

Takie są też tytułowe córeczki. Moja imienniczka Ewa, postać która zaskarbiła sobie o wiele więcej mojej sympatii, niż młodsza bohaterka Pola, to inicjatorka całego zamieszania. To ona chce poznać odpowiedzi na dręczące ją pytania. to ona chce zdemaskować człowieka, który pewnej nocy wdarł się do jej rodzinnego domu i…

Samotne śledztwo nie przynosi jednak większych rezultatów, do czasu gdy natyka się na historię łudząco podobną do jej własnej. Odszukuje więc drugą ‚córeczkę’, Polę. Od tej pory narwana Pola łączy siły z Ewą i razem rozpoczynają polowanie na widmową postać człowieka nazywanego przez nie „Strachem na wróble”. Moi drodzy, nie mogę Wam zdradzić zbyt wiele. Nie powiem co spotkało obydwie dziewczyny, bo choć sama szybko domyśliłam się o co się tu rozchodzi, nie chce psuć potencjalnej niespodzianki czytelnikowi. Tym bardziej nie mogę zareklamować książki wychwalając walory pierdolca głównego antybohatera. Pierdolec jest dobry i myślę, że nikt nie powinien być rozczarowany personą głównego czarnego charakteru.

Tak jak powinno się to odbywać w porządnym thrillerze „Córeczkom” nie zabraknie napięcia, nastroju tajemnicy i kilku mocniejszych smaczków. Charakterne dziewczyny grają ostro, a ich przeciwnik też do amatorów nie należy. Adrian zadbał też o kontekst psychologiczny tworząc obrazy dość specyficznych rodzin. Relacje między matkami a córkami są opisane w sposób mogący zadawać kłam o bezgraniczności rodzicielskiej miłości. Myślę, że w przypadku większości z Was pojawi się w głowie pytanie: a co ja bym zrobił?

Najważniejsze jest jednak to, że historia wciąga i każdy kto się z nią zetknie będzie chciał wraz z bohaterkami znaleźć odpowiedzi.

Moja ocena:8/10

Za książkę dziękuję autorowi

Mam wiele pytań

Nie mam więcej pytań – Gillian McAlister

Dwie siostry spotykają się na sali sądowej. Jedna jest ofiarą pragnącą poznać prawdę o śmierci swojej córeczki, druga jest oskarżoną, potencjalnie winną śmierci siostrzenicy.

Wybaczcie mi taki skrótowy opis, ale czasem mniej znaczy więcej. 

Książka Gillian McAlister brytyjskiej pisarski, którą jeden tytuł dzieli od debiutu, jest właśnie taka: nie pojawiają się w niej zbytki w postaci opasłych opisów, a faktów, które znamy u jej początku jest doprawdy niewiele.

Historia przyjmuje formę dramatu sądowego, bo praktycznie wszystkie wydarzenia dzieją się właśnie tam na sądowej sali. To dzięki zeznaniom kolejnych świadków poznajemy poprzedzające teraźniejszą sytuację wydarzenia.

Każdy kto zna „Dwunastu gniewnych ludzi”, „Zabić drozda”, czy inne tego rodzaju opowieści, wie, jak wciągające mogą być opowieści przedstawiane z perspektywy procesu sądowego. Nie inaczej jest w przypadku „Nie mam więcej pytań”.

Tytuł zawiera słowa klucze, które pojawiają się w każdym rozdziale i zwykle stanowią kropkę nad i w kolejnej relacji. A relacji jednego wydarzenia, jednego wieczoru jest wiele. Mamy tu do czynienia  z niełatwą kilkuosobową narracją. To pozwala nam na śledzenie tej sytuacji z kilku perspektyw. To coraz popularniejszy chwyt bo łakomy wiedzy czytelnik chce wiedzieć jak najwięcej. A dobry pisarz wie jak ten apetyt wykorzystać. Im więcej wersji tym większe zamieszanie, większa huśtawka. Szala winy i niewinności przechyla się to na jedną to na drugą stronę.

Poza niewątpliwie intrygującą kwestią oskarżenia o morderstwo mamy tu do czynienia z całą masą wątków mogących w znacznym stopniu wpłynąć na nasz odbiór tej historii.

Poznajmy tu dwie siostry, ciekawe osobowości bez dwóch zdań. Jedna jest roztargnioną artystką ze skłonnością do kieliszka, druga wzorową obywatelką spełniającą się w pracy charytatywnej. Z tym że artystka jest ciepła, spontaniczna i  mimo swoich wad budzącą sympatię osobą. Pani wzorowa wydaje się zimna i nieprzystępna, coś tłumiąca, coś ukrywająca. Czy w takiej sytuacji łatwo uzyskać klarowny osąd? Zdecydowanie nie i na tym właśnie polega siła tej książki. Nie oderwiecie się do czasu, gdy faktycznie nie będzie już o co zapytać.

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i s-ka