Archiwa tagu: czarna komedia

Kto bogatemu zabroni

Ready or not/ Zabawa w pochowanego (2019)

Grace wychodzi za mąż za Alexa tym samym wstępując do możnej rodziny Le Domas. W noc zaślubin rodzinna tradycja nakazuje młodym wziąć udział w rodzinnej grze. Grace jako nowa członkini rodu ma zaszczyt wylosować ją z pomocą tajemniczej skrzyni, która jest w rodzinie od pokoleń i stanowi dla nich swoiste sacrum. Los wskazuje, że familia ma się podjąć rozgrywki w chowanego.

Le Domas’i bardzo poważnie podchodzą do tradycji, a w tym momencie ni mniej ni więcej owa tradycja nakazuje im uzbroić się i… zabić Grace. Pod warunkiem, że uda im się ją znaleźć przed świtem. W przeciwnym razie cały ród przepadnie, zgodnie ze słowami niejakiego pana LeBaila, który ową skrzynką obdarował przodka rodu tym samym sprowadzając na niego bogactwo i powinność kultywowania tradycji.

Nie wiem jak wy, ale osobiście nie lubię weselnych gier. Nie mniej jednak to, co serwują La Domasi to szczyt groteski w tym zakresie. O ile arystokracja ma swoje dziwne zwyczaje o tyle polowania na pannę młodą w noc zaślubin to chyba jedna z oryginalniejszych rozrywek. Właśnie na kanwie tego stereotypu bogatych dziwaków zbudowany jest pomysł „Zabawy w pochowanego”. Muszę przyznać, że tym razem polska wersja tytułu całkiem się udała;)

Film kategoryzowany jest jako horror/ czarna komedia i myślę, że spełnia założenia obojga gatunków.

Elementów czarnego humoru zobaczymy tu co nie miara i myślę, że jest to humor raczej z tych zgrabnych. Zamysł trąci groteską, ale jest to groteska z rodzaju tych upiorniejszych.

Obsada doskonale wczuła się w swoje rolę – choć uważam, że Samara Weaving w kolejnym już filmie pokazuje to samo – i stanowią ciekawy pochód porąbańców.

Akcji nie brakuje dynamiki i to kolejny plus. Fabuła skupia się na pościgu za panną młodą, która z wdziękiem walczy o przetrwanie, szukając sprzymierzeńców wśród mieszkańców posiadłości. Los nikogo tu nie oszczędza więc będzie całkiem krwawo.

Najmocniejszą stroną filmu jest jego wartość rozrywkowa. Nie wiem, czy ktoś się na nim szczególnie przestraszy, ale scenariusz przynajmniej stara się trzymać w napięciu. Dla mnie całkiem niezły.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:6

60/100

W skali brutalności:2/10

Camp slasher, historia prawdziwa

You Might be the killer (2018)

you might be the killer

Chuck właśnie ma kończyć zmianę w sklepie, w którym pracuje, gdy odbiera telefon od swojego przyjaciela Sama. Chłopak jest jednym z opiekunów na letnim obozie dla dzieciaków i stamtąd właśnie telefonuje.

Kompletnie przerażony oznajmia przyjaciółce, że kilkoro z towarzyszących mu opiekunów padło ofiarą zamaskowanego mordercy. Chuck jako specjalistka od świat horroru staje się jego telefonicznym konsultantem od spraw przetrwania w sytuacji rodem ze slashera klasy b. 

Uśmiałam się. Całkiem szczerze uśmiałam się na tym filmie, a to całkiem spore osiągnięcie. Tak jak mało który horror potrafi mnie wystraszyć, tak w niewielu przypadkach jestem skłonna docenić humor sytuacyjny filmów stanowiących parodie horroru.

W zasadzie taki przypadki jestem w stanie zliczyć na palcach jednej ręki. Wliczając nieśmiertelny już cykl „Strasznych filmów”, jestem skłonna do tego grona dorzucić nowszą serię  braci Wayans „Dom bardzo nawiedzony” 1 i 2, Straszny hiszpański film„, „Porąbanych i „Final Girls„, z czego właśnie dwa ostatnie tytuły dotyczą parodiowania shlasherów.

„You might be the killer” mimo że nie przewyższa wymienionych, w mojej ocenie jest całkiem dobrym filmem pastiszowym. Skutecznie obnaża wady konstrukcyjne konwencji, prezentując zarówno punkt widzenia slasherowych protagonistów, slasherowego antagonisty, jak i… widza, bo kimże innym jest Chuck jak nie wszechwiedzącym widzem z memów, który tym razem ma szansę udzielić bohaterowi wskazówek jak wyjść z horrorowej masakry cało?

you might be the killer

Spodobał mi się zamysł i spodobało wykonanie. Camp Clera Vista to miejsce gdzie toczy się akcja oparta na retrospekcji przywołanej w czasie rozmowy telefonicznej, jednej z dwóch czy trzech, bo w końcu Sam musi mieć czas na zrealizowanie zaleceń koleżanki.

Miejsce przypomina dobrze znane z camp slasherów obozy, a rozliczne nawiązania do klasycznych filmów z tego nurtu może odebrać jako swoisty hołd dla gatunku.

Śmieszki śmieszkami, ale tylko podchodząc z szacunkiem do nieśmiertelnych reguł slashera nasz bohater ma szansę wyjść z opresji. Jak… złożone jest jego położenie nie zdradzę, bo po co, bystrzaki jesteście to się połapiecie sami;)

you might be the killer

„You Might be the killer” polecam przede wszystkim osobom rozmiłowanym w podgatunku slashera, oni mają szansę docenić to co oferują twórcy.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:7

64/100

W skali brutalności:2/10

Śmierć i sława

Tragedy girls (2017)

tragedy girls

Dwie nastoletnie przyjaciółki Sadie i Mckayla uwielbiają błyszczeć. Chcą zyskać popularność dzięki lokalnej tragedii, serii brutalnych morderstw. Dziewczyny zakładają w tym celu stronę internetową gdzie dzielą się nowinkami dotyczącymi kolejnych nieszczęść spadających na miasto jednocześnie deklarując, że to właśnie one, zdemaskują ich sprawcę.

„Tragedy girls” obraz nieznanego mi dotąd duetu twórców stanowi kolejną próbę ukazania slasherowej konwencji w krzywym zwierciadle. Biorąc pod uwagę serię porażek jakie składają się na większość tego typu przedsięwzięć jest to zamiar karkołomny. Z drugiej strony sukces tych, którym się jakimś sposobem udało kusi by dorzucić swoje pięć groszy.

„Tragedy girls” wyśmiewa także, a może przede wszystkim kulturę socjal mediów, która karmi się czym popadnie. Nie pogardzić ani gołym cycem ani śmiercią. Dwie bohaterki filmu dochodzą do wniosku, że na tym drugim polu można zaistnieć dużo bardziej. Jaki plan mają panny, nie zdradzę, bo sprawa jest bardziej popieprzona niż może się wydawać.

Cały zamysł filmu opiera się na satyrycznym przedstawieniu faktów. Mamy tu czarny humor stosowany z dużym rozmachem, który myślę, zaskarbi sobie sympatię wielu z Was, Pomyleńcy, już w pierwszych minutach filmu.

Miejscami przypomina komedię pomyłek, bo los zdaje się nie sprzyjać dwóm marzycielkom, innym razem idzie jak z płatka, jakby żerowanie na ludzkim nieszczęściu było gotową recepta na sukces.

tragedy girls

Każdy dobrze Wam znany element składowy filmowe slashera: profil antybohatera, wątek mediów, policji, społeczne tło zdarzenia został tu stosownie przejaskrawiony, żeby nie rzec, odwrócony. Jest się z czego pośmiać. a co z walorami horrorowymi?

Są tu obecne mniej więcej na tym samym poziomie co w zwykłej rąbance. Jest krew, rozłupane czachy i rozczłonkowane kończyny. Wygląda to całkiem dobrze, więc amatorzy posoki powinni być kontenci.Gorzej z tymi oczekującymi strachu.

Z czystym sumieniem stwierdzam, że film przyjemny, choć zdecydowanie nie nastawiony na sianie popłochu.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:6

61/100

w skali brutalności:2/10

Opiekunka z piekła rodem

Babysitter (2017)

babysitter

Dwunastoletni Cole, wrażliwy i sympatyczny chłopiec po raz kolejny zostaje sam w domu pod opieką swojej ulubionej opiekunki, nastoletniej Bee. Za namową koleżanki z sąsiedztwa postanawia sprawdzić co też jego starsza przyjaciółka porabia gdy jej podopieczny już zasypia. Okazuje się, że przypuszczenia jego małej kumpeli są niczym wobec przerażającej rzeczywistości. Podglądając Bee w czasie zabawy z zaproszonymi do jego domu przyjaciółmi odkrywa prawdziwe, przerażające oblicze swojej opiekunki.

„Babysitter” to kolejna utrzymana w konwencji horroru komediowego propozycja od Netflixa. Podobnie jak „Little evil” w moim przypadku przyniósł on więcej rozczarowania niż uciechy. O grozie nawet nie wspominając. No, dobra, może nie był tak zły jak poprzednia Netflixowa produkcja w tym klimacie, bo w przeciwieństwie do „Little evil” nie przerwałam seansu, ale żeby powiedzieć o satysfakcji z filmu to dużo jeszcze brakuje.

Fabuła filmu opiera się na absurdzie. Dwunastolatek zadurzony w swojej niani postanawia ją poszpiegować. Jest przekonany, że jego przyjaciółka nie jest taka jak inne nastoletnie nianie. Na pewno nie sprowadzi do domu chłopaka ani pijanych znajomych. Chłopak się rozczaruje srodze. Tu zaczyna się absurd.

babysitter

Pojawia się motyw satanizmu, ale obleczony w taką groteskę, że na grozę wynikającą z faktu obcowania z mrocznymi siłami nie mamy co liczyć. Jest krwawo i wesoło. Czarny humor i brak konsekwencji w scenariuszu, kiedy już na dobre zostają puszczone wodze fantazji. Seria, w założeniu zabawnych, scenek, dużo krwi i zamieszania i to tyle.

Jak dla mnie to licha oferta, choć przyznam, że film ma swojej zalety. Po pierwsze nie wymaga absolutnie żadnego wysiłku umysłowego, po drugie technicznie jest sprawnie zrobiony dzięki czemu miło się na niego patrzy. A aktorka wcielająca się w Bee też bardzo fajna sztuka i nawet posiadająca jakieś zdolności aktorskie – na standardy tego typu kina akuratne.

babysitter

Oglądajcie jeśli taka wola, ale pomijając tę produkcję nie będziecie szczególnie stratni.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:4

49/100

W skali brutalności:2/10

Prawdziwe burgery z prawdziwych Amerykanów

American Burger/ Amerykański burger (2014)

amerykanski burger

Uczniowie amerykańskiej szkoły są na wycieczce kulturoznawczej w Europie. W planie wycieczki jest zwiedzanie przedsiębiorstwa produkującego amerykańskie burgery.

Jak się okazuje właściciel przybytku burgery robi nieco inaczej niż nakazywałaby amerykańska tradycja – robi je z ludzi, ściśle hołdując zasadzie: prawdziwe amerykańskie burgery robi się z prawdziwych amerykanów.

amerykanski burger

„Amerykański burger” o dziwo nie jest filmem amerykańskim. Jest to produkcja szwedów, którzy bardzo dosłownie potraktowali mit amerykańskiego konsumpcjonizmu.

Jest to horror komediowy, więc spokojnie. Ukazuje w przejaskrawiony sposób motywy zaczerpnięte za teen slasherów made in USA.

Jak na horror komediowy przystało mamy tu spora dawkę czarnego humoru, nabijkę ze stereotypów i nielogicznych schematów.

amerykanski burger

O dobry pastisz kina grozy wcale nie jest tak łatwo jak mogłoby się wydawać, to też i do „Amerykańskiego burgera” trzeba podejść z rezerwą.

Wasz odbiór filmu zależy w zasadzie od oczekiwań, dobrej woli i dobrego nastroju. Jeśli akurat macie ochotę na coś, na serio, co faktycznie ma szansę zmrozić krew w żyłach będziecie sobie pluć w brodę, że sięgnęliście po taki shit. Jeśli natomiast cechuje Was dystans do horrorowego świata przedstawionego, macie dzień na głupawkę, proszę bardzo, „Amerykański burger” nie będzie złą opcją.

Generalnie jestem zwolenniczką takiego prześmiewczego podejścia i uważam, że trochę czarnego humoru od czasu do czasu nie zaszkodzi.

amerykanski burger

„Amerykański burger” od początku do końca jest nastawiony na szydzenie z tego co zwykle ma budzić lęk. Wszytko do konstrukcji postaci, po zaprezentowany tu ciąg zdarzeń zostało ukazane w krzywym zwierciadle. Do tego dochodzi mocno ograniczony budżet filmowców. I cóż, albo to do Was trafi albo nie. Dla mnie było to całkiem niezłe.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:7

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:5

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:5

50/100

W skali brutalności:2/10

Jedyny horror z Mołdawii to najlepszy horror z Mołdawii

They’re watching (2016)

theyre watching

Ekipa telewizyjnego show wyrusza wgłąb Mołdawskiej wsi by nakręcić materiał o znanej amerykańskiej artystce, która postanowiła porzucić życie w Los Angeles by oddawać się artystycznym podnietom z dala od cywilizacji. Dziennikarze po zapoznaniu się z Becky szybko orientują się, że ani ona, ani oni nie są mile widziani w tej okolicy. Wszytko ma związek z legendą o czarownicy, która sto lat temu spalono tu na stosie.

Kolejny paradokument made in USA, ale tym razem w połączeniu z Mołdawią. No, cóż amerykanie ludzie światowi toteż szerokie pojęcie o wszystkim mają.

Oglądając ten film myślałam, że w tym przypadku formuła found footage autentycznie została wymuszona przez niski budżet, ale wygląda na to, że twórcy mieli do dyspozycji trzy i pół bańki i na pewno nie przeznaczyli ich na dobre efekty specjalne – dotrwacie do końca filmu, będziecie wiedzieć, dlaczego o tym wspominam.

theyre watching

theyre watching

Może bilety lotnicze do Mołdawii takie drogie, nie wiem.

Film nie wypiera się humorystycznego zabarwienia, które moim zdaniem przewyższa tu walory horrorowe. Żebyście tylko nie pomyśleli, że to przewyższenie to jakieś wielkie osiągnięcie, co to to nie. Cała produkcja pod wieloma aspektami jest  słaba.

Sam pomysł, niezbyt oryginalny, ale nie najgorszy. Mamy motyw małej społeczności, obcego kraju, gdzie rządzi zabobon i uprzedzenie. Nasi bohaterzy doświadczą tego rzecz jasna na własnej skórze. Co żeby było ciekawiej uświadczymy tu nawet fabularnego twistu, ale wysiłek scenarzysty by zaskoczyć widza, przypuszczam poszedł na marne.

Tak jak wspomniałam film sprawdza się bardziej jako komedia i za to chociażby należy się plusik.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:2

Aktorstwo:5

Oryginalność:4

To coś:4

43/100

W skali brutalności: 2/10

Prawdziwe delicje

Delicatessen (1991)

deliacessen

W post apokaliptycznej rzeczywistości próbują odnaleźć się mieszkańcy niewielkiego robotniczego miasta we Francji. To tu znajduje się kamienica z kilkorgiem bohaterów, do których wkrótce dołącza cyrkowiec Louison, który zostaje zatrudniony jako konserwator budynku.

Mężczyzna nie zdaje sobie sprawy, że jego kariera zakończy się wraz z pierwszym kryzysem żywnościowym, bowiem kamienica jest siedliskiem grupy kanibali, pod wodzą rzeźnika Clapeta. Z powodu problemów z żywnością mieszkańcy kamienicy godzą się na takie rozwiązanie, dlatego każdy nowo przybyły prędzej, czy później kończy na talerzu.

delicatessen

Tym razem na przeszkodzie stanie im córka rzeźnika, która pechowo zakochuje się w Lousonie i sprowadza swoim pobratymcom na kark ‚troglodytów’, wojujących wegetarian kryjących się w podziemiach.

„Delicatessen” raczej nie jest horrorem, bliżej mu do czarnej komedii, ale ze względu na poruszane tu wątki i osobliwy klimat tej opowieści postanowiłam umieścić ba blogu wzmiankę właśnie o tym tytule. Film szalenie mi się spodobał, bo jest taki inny. Inny pod każdym niemal względem począwszy od treści po wykonanie.

Fabuła to obraz egzystencji mieszkańców kamienicy, skupionych na przetrwaniu w dobie kryzysu. Nie bardzo wiemy co dzieje się na zewnątrz budynku, jak wygląda reszta miasta, ale możemy domyślić się, że nie jest to złota era.

Sąsiedzi żyją niczym w szklanej bańce, oddzieleni i skupieni na podtrzymaniu tego co zostało. Oddają się swoim zajęciom w czterech ścianach domu, tworząc swoisty ekosystem zależności.

Ich głównym problem jest pożywienie. Rzeźnik nie mając dostępu do zwierzęcego mięsa postanowił zadbać o żołądki swoich sąsiadów inaczej, serwując im ludzkie mięso. Co ciekawe wszyscy się na to godzą i nikt nie wnika. Dopiero pojawienie się w kamienicy cyrkowca Louisona zmienia układ sił.

„Delicatessen” to chyba pierwszy film ukazujący perspektywę czasów po apokalipsie w krzywym zwierciadle. Satyra na trudne czasy. Sposób w jaki przedstawiono bohaterów filmu, tj. mieszkańców kamienicy, wielobarwny tłum pełen najdziwniejszych ludzkich okazów przywodzi na myśl objazdowy gabinet osobliwości.

deliacessen

Wszyscy bardzo się starają by zrujnowana kamienica nadal pamiętała czasy świetności i stanowiła ostatni bastion normalności w okrytym pyłem świecie. Nie zabraknie tu humoru mimo przykrych okoliczności przyrody.

Elementy horroru odnajdziemy w motywie kanibalizmu stanowiący główną oś fabuły choć przemycony w bardzo delikatny sposób.

delicatessen

O samej apokalipsie wiemy nie wiele. Widzimy, że słońce ledwo świeci, otoczenie kamienicy skrywa gęsty pył. Zdjęcia utrzymane w kolorze sepi są niczym żywa stara fotografia. Scenografia i kostiumy przywodzą na myśl lat ’50. Wszytko wypada bardzo teatralnie i ciężko mi przywołać inny film, który dawałby porównywalne wrażenia wizualne.

Jeśli nie jesteście oporni na innowacje to film jak najbardziej polecam. Został on doceniony zarówno przez widzów jak i krytyków, taka zgodność rzadko się zdarza a wiec coś musi być na rzeczy. Reżyser filmu nakręcił później takie hiciory jak czwarta część „Obcego” czy „Amelia” – zdolny chłopina.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:9

Klimat:10

Napięcie:6

Zabawa:9

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:10

Aktorstwo:9

Oryginalność:10

to coś:9

80/100

W skali brutalności:1/10

Bój się dziewczyny o oczach Bette Davis

Final girls/ Dziewczyny śmierci (2015)

dziewczyny śmierci

Nastoletnia Max niedawno straciła w matkę w wypadku samochodowym. A jej mama to nikt inny jak gwiazda kultowego horroru z lat ’80 „Obóz skąpany we krwi”. W związku z tym kumpel Max, Duncan i jego siostra Gerttie namawiają dziewczynę do uczestnictwa w specjalnym pokazie starego horroru. Max nie jest zachwycona taką formą oddania hołdu mamie zwłaszcza, że ta wcieliła się tam w ostać szeregowej ofiary. Ostatecznie przystojny Chris namawia Max na randkę w kinie. Zjawia się tam też jego była, Vicky. Wszyscy udają się na seans w trakcie którego niefortunnym zrządzeniem losu rodem z Oszukać przeznaczenie” na sali wybucha pożar. Max i jej kumple szukając drogi ucieczki przedostają się za ekran. Jednak nie znajdują tam spodziewanego wyjścia ewakuacyjnego lecz… świat przedstawiony horroru „Camp Bloodbath”.

„Dziewczyny  śmierci” to zdaniem wielu, zwłaszcza Was, drodzy czytelnicy, to jeden z najlepszych horrorów jakie ujrzały światło dzienne w ubiegłym roku. Ja sama nie nastawiałam się na niego zbyt pozytywnie, bo filmów, które to w założeniu mają oddawać cześć nieśmiertelnej formule camp slashera powstało sporo, jednak niewielu współczesnych twórców naprawdę czuje ten klimat toteż efekt najczęściej bywa mierny. A tu taka miła niespodzianka:)

dziewczyny śmierci

Tak, film bardzo mi się spodobał, bo posiada wszystkie elementy niezbędne do dobrej zabawy.

Za sprawą wykorzystania motywu ‚filmu w filmie’ sprawnie balansujemy między przeszłością a teraźniejszością, co skutkuje podwójną perspektywą. Fajnie jest śledzić losy bohaterów, którzy patrzą na stare slashery naszymi oczami. Rozumieją zasady świata przedstawionego. To tak jakbyśmy to my trafili do starego horroru z całą nasza wiedzą wyniesioną z wielu godzin seansów ze starymi slasherami. Pewnie sądzicie, że poradzilibyście sobie świetnie, tak też sądziła Max i jej przyjaciele. Efekt takiego przekonania bywał do prawdy przezabawny.

Zderzenie dwóch światów- bohaterów starego slashera śpiewających „Kumbaya” i konsekwentnie dążących do kopulacji z cynicznymi małolatami dla których seryjny zabójca to postać fikcyjna i niegroźna tworzy połączenie komedii pomyłek z czarnym humorem. Jedną z najlepiej ukazujących to scen jest fragment w której Duncan próbuje strzelić sobie selfie z mordercą przekonany, że filmowa postać nic mu nie zrobi.

dziewczyny śmierci

Fabułą filmu z gruntu opiera się na takim samym założeniu jak każdy slasher – przetrwać do końca. Max i spółka wierzą, że jeżeli będą się trzymać filmowej Final Girl, Pauli, nic im nie grozi, ale na schemacie filmu powstaje rysa i Paula ginie. Kto może zostać Final Girl? Kto ich uratuje?

Ważnym motywem jest też wątek matki Max, która to po trzech latach od śmierci rodzicielki znowu ma szanse ją zobaczyć, dotknąć, porozmawiać. Tu nie powiem, nawet się troszkę wzruszyłam przy scenach finałowych. Wszytko to daje nam fany balans między pastiszem a historią opowiadaną na serio.

dziewczyny śmierci

Nie mam żadnych zarzutów względem pomysłu na tę historię, jest krwawo, jest seksownie, jest zabawnie, jest nawet sentymentalnie. Nie można by jednak osiągnąć takiego efekt gdyby nie praca włożona w wykonanie tego pomysłu. Twórcy włożyli masę wysiłku w wierne oddanie klimatu dawnych camp slasherów,  zdjęcia, muzyka,  aktorstwo, dialogi, wszytko ekstra. Jestem naprawdę pod ogromnym wrażeniem. Do tego jeszcze spore grono lubianych przeze mnie aktorów w obsadzie: Nina Dobrev, Taissa Farmiga, Alexander Ludwig. Bardzo fajnie. Z pewnością „Dziewczyny śmierci” staną obok „Porąbanych” na liście moich ulubionych horrorów komediowych.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:9

klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:10

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:10

Aktorstwo:9

Oryginalność:8

To coś:8

79/100

W skali brutalności:2/10

Free Birds

Devil’s Rejects/ Bękarty Diabła (2005)

bękarty diabła

Rodzinka Firefly doskonale bawi się na swojej farmie w Teksasie, o czym mieli okazję przekonać się wszyscy, którzy widzieli film „Dom 1000 trupów.

„Bękarty diabła” stanowią sequel horroru Rob’a Zombie’ego.

Krótko po tym jak kolejne dzieciaki zniknęły bez śladu a wraz z nimi ekipa poszukiwawcza złożona z trzech policjantów, dzielny szeryf Wyldell wyrusza śladem ostatniego tropu na jaki trafili policjanci- wprost na farmę rodziny Firefly. Fabułę filmu otwiera ‚totalna rozpierducha’ której dokonują gliniarze. Niestety udaje im się ustrzelić tylko jednego członka rodziny, RJ i pojmać matkę Firefly. Cipcia i Otis uciekają a ‚Knypek’ Tiny jest w tym czasie zajęty zabawą ze zwłokami w plenerze.

Para zbiegów, niczym Bony i Clyde ruszają w podróż ku ocaleniu wolności. Z pomocą przychodzą im krewniacy- nie mniej popieprzeni niż reszta rodziny – a ofiarami padną przypadkowi przyjezdni, których ‚Bękarty diabła’ dopadną w motelu.

bękarty diabła

„Bękarty diabła”, drugi film Zombie’ego bardzo różni się od „Domu tysiąca trupów”. Różni się przede wszystkim pomysłem. Tu nie uświadczymy atrakcji rodem z festiwalu gore, obłęd też przygasa. Co ciekawe mimo mojego wielkiego zachwytu nad pierwszą odsłona przygód rodzinki morderców wcale nie uważam „Bękartów…” za film słabszy.

Twórca odżegnuje się tu od nieco teledyskowego sposobu kręcenia, pełnego przerywników, hardcorowych wstawek i ostrej muzyki. Zamiast tego serwuje nam kino drogi, wywołujące skojarzenia z najlepszymi filmami o mordercach tułaczach.

bękarty diabła

Jest zdecydowanie bardziej poważny. Przypuszczam, że sukces „Domu…” nieco go zaskoczył dlatego odnoszę wrażenie, że dopiero teraz, od projektu pod tytułem „Bękarty diabła”, zaczął traktować swoją pracę reżyserską serio.

O ile „Dom…” tarzał się w oparach absurdu tu mamy bardzo klarowny ciąg wydarzeń. Od strony technicznej „Bękarty…” wypadają fenomenalnie. Jaskrawe słońce, pustynne plenery, kurz i zaschnięta krew. Większość filmowych ujęć zasługuje na specjalne wyróżnienie.

Do tego muzyka takich klasyków jak Terry Reid – jak ja go kocham! – czy Lynard Skynard, zamiast straszyć ostrością … wzrusza.

No, tak muszę to powiedzieć, prawie się spłakałam w finale filmu poruszona okrutnym losem zbiegłych sadystów. Dziwne, jak wspaniale Rob odwrócił tutaj rolę dobra i zła. Dzięki temu, że skupiamy się tu głównie na postaciach uciekinierów możemy ich bliżej poznać. Zżyć się z nimi nawet bym rzekła. Oczywiście Rob nie zrobił z nich misiaczków przytulaczków, ale obdarzył ich szatańska naturę bardzo ludzkim pierwiastkiem. Mogę powiedzieć, że Baby i spółka chyba po raz pierwszy doświadczyli uczucia strachu zarezerwowanego przecież dla ich ofiar. Skutek tego jest taki, że wczułam się w ich przykrą sytuację bardziej niż w los oprawianych małolatów w pierwszym filmie.

Makabry jest tu zdecydowanie mniej, a może po prostu sposób jej prezentowania nie jest tak jaskrawy i kiczowaty. Zagrania jakie stosują bohaterzy/antybohaterzy są jednak nie mniej bezwzględne niż to było w przypadku pierwszej odsłony filmu. Cięty język i czarny humor nadal przoduje.

bękarty diabła

Akcja nie ustaje, lecz nie jest tak chaotyczna jak w przypadku „Domu…”, traci na tym odczucie paranoi, ale większa klarowność fabuły sprawia, że nie stanowi on tylko czczej rozrywki, lecz jest całkiem rozsądnym filmem o czymś. Powiedziałabym, że sprawdza się nie tylko jako horror.

Dla miłośników „Domu 1000 trupów” pozycja obowiązkowa.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:8

Zaskoczenie:6

Zabawa:10

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność:9

To coś:10

81/100

W skali brutalności:2/10

Gdybyś tu mieszkał już byłbyś w domu

House of 1000 corpses/ Dom tysiąca trupów (2003)

dom 1000 trupów

Przeddzień Halloween czworo przyjaciół  trafia na stacje benzynową prowadzoną przez ekscentrycznego klowna nazywanego Kapitanek Spauldingiem. Tam po zapoznaniu się z eksponatami jego ‚Alei morderców’ postanawiają zgłębić zagadkę ‚Dead wood” czyli miejsca gdzie stracono miejscowego zabójcę ‚szaleńca i mistrza chirurgii ‚Doktora Stana’.

Na trasie nieopodal miasteczka Rackville spotykają autostopowiczkę, która w momencie awarii auta proponuje im pomoc którą mają uzyskać w jej pobliskim domu.

Właśnie tak dwie pary małolatów trafiają do tytułowego ‚Domu tysiąca trupów’ gdzie króluje szaleństwo i sadyzm.

dom 1000 trupów

Jak bardzo typowo brzmi ten opis, jednakże o filmie Rob’a Zombie’ego, bodaj jednym z moich ulubionych, mogę powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jest typowy.

Jeśli oglądaliście „Krzyk” Craven’a wiecie jak wyśmienicie można się zabawić znaną konwencją horroru. Rob Zombie robi coś bardzo podobnego, choć ciężko uznać „Dom tysiąca trupów” za pastisz mimo królującego tu czarnego humoru.

Rob Zombie, człowiek orkiestra, śpiewa, kręci i pali kociętami w piecu, był skarbnica niebywale wykręconych pomysłów. Używam czasu przeszłego bo jego ostatnie dokonania nie bardzo przypadły mi do gustu. Facet dalej unika mainstreamu, ale jego dzieła nie są już tak obłędne, tak charakterystyczne. A szkoda.

Po raz pierwszy miałam okazję obejrzeć ten film jakoś przed maturą. Razem z trójką znajomych postanowiliśmy rozpocząć akcje bezalkoholowych weekendów, z obawy, że nasze młode umysły nie udźwigną ciężaru wiedzy jeśli dalej będziemy uprawiać weekendowy alkoholizm. Zamiast tego grywaliśmy w monopol, i urządzaliśmy seanse horrorów. Na jednym z nich obejrzałam „Dom tysiąca trupów”. Nie wiem, czy to kwestia młodego wieku, a co za tym idzie większej podatności na wizualne sugestie, ale po obejrzeniu „Domu tysiąca trupów” znalazłam się w dużo gorszym stanie umysłu niż po nie jednym alkoholowym weekendzie. Jak na to teraz patrzę z perspektywy czasu to podejrzewam, że wystąpiły u mnie objawy paniki i stresu pourazowego. Ten film mnie zniszczył. I za to go kocham.

dom 1000 trupów

Teraz wracam do niego już spokojniej, jednak nie da się ukryć, że to co wtedy działało na mnie tak mocno nadal potrafię docenić.

Wtedy jeszcze nie zdawałam sobie sprawy z tego, że Rob Zombie składa tu hołd całemu gatunkowi horroru.

W filmie pojawiają się migawki starych horrorów z lat ’30, ’40 i dalej. Pojawiają się kadry, które możecie rozpoznać, jeśli lubujecie się w czarno-białym kinie. Pojawiają się też sugestie i nawiązania wplecione w fabułę filmu za pomocą postaci i ciągu wydarzeń.

„Dom 1000 trupów” nawiązuje do takich obrazów jak „Stary mroczny dom, Wilkołak„, „American Gothic„, „Ra-animator”, czy szeregu bardzo klasycznych slasher’ów jak np. „Teksańska masakra piłą mechaniczną”.

Pojawia się wiele nawet pobocznych sytuacji jawnie oszpecających amerykańską mentalność i popkulturę, chociażby fascynację seryjnymi mordercami. Niby przypadkowe migawki przerywające właściwą fabułę są całkowicie nieprzypadkowe i jeszcze podkręcają atmosferę szaleństwa, która całą sobą wylewa się z głównej fabuły.

To co jest w tym filmie najistotniejsze to chyba wyśmienite kreacje antybohaterów, rodziny porąbańców, którzy na swojej farmie w Teksasie oddają się najbardziej zwyrodniałym praktykom wszytko to w atmosferze dobrej zabawy.

dom 1000 trupów

Najpierw poznajemy ‚autostopowiczkę’ Weronice Ellen Firefly zwaną „Baby” w polskim tłumaczeniu „Cipcią”. Cipcia to bardzo fajna cipcia, seksowna, z burzą blond loków i anielska twarzyczką. Co do tego, że jest obłąkana nie ma najmniejszych wątpliwości już od pierwszych scen z jej udziałem. Później widzimy jak oprawia jednego z protagonistów, ale jak wskazują migawki to nie jest szczyt jej możliwości. W tę postać wcieliła się późniejsza zona Rob’a, Seri Moon, za co została doceniona tytułem „Królowej krzyku”. Fakt, głos ma nie od parady, jej upiorny śmiech jest jednym z mocniejszych elementów obłędnej atmosfery domu.

dom 1000 trupów

Dalej mamy jej mamusie, ‚bardzo pracowita kurwę’ zwaną matką Firefly, która po za kurestwem trudni się ludobójstwem przewodząc wesołej gromadzie swoich dzieci – a trochę ich ma. Na czele latorośli obok słodkiej Cipci stoi Otis (Bill Mosely) chirurg artysta, którego dzieło stworzone ze zwłok jednego z protagonistów będziecie mieli okazje podziwiać.

Dalej mamy marginalnie zarysowaną postać Tiny’ego milczącego olbrzyma i najmłodszego synusia, RJ, którego powierzchowność została naznaczona piromańskimi zapędami ojca. Kto jest ojcem tej wesołej gromady będziecie mieli okazję przekonać się w następnej części, „Bękartach diabła”. Na koniec mamy sympatycznego dziadziunia, którego można nazwać maskotką drużyny.

Wszyscy oni posiadają cechy największych popaprańców jakie mógł wymyślić twórca kina grozy, a jednak dających się lubić.

Większość filmowych scen mogłabym nazwać ulubionymi, ale postaram się wyłonić te moim zdaniem najlepsze. Po pierwsze występ Baby w czasie halloweenowego wieczorku przed zaproszonymi gośćmi. Dalej halloweenowe after party w plenerze kiedy wszyscy radośnie oddają się złożeniu do grobu swoich gości. Na koniec sceny w podziemiach farmy gdzie jedyną ocalałą spotykają… eh… co ją tak nie spotyka. Istny popis najwyższej klasy gore.

dom 1000 trupów

Wiem, że za sprawą tego filmu Zombie nabawił się tyle samo fanów co antyfanów. Ja uważam ten projekt za bardzo udany i polecam zapoznanie się z nim wszystkim tym, którzy jeszcze nie mieli takiej okazji, chociażby po to by mieć o nim własne zdanie.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:10

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:10

Aktorstwo:9

Oryginalność:8

To coś:10

82/100

W skali brutalności:3/10