Archiwa tagu: ghost story

Powrót czerwonego balonika

It: Chapter two/ To: Rozdział 2

Minęło 27 lat odkąd siedmioro dzieciaków z Derry zmierzyło się upiornym klaunem z kanałów pod miastem. Billy, Beverly, Ben, Stan, Richie, Eddie i Mike wyszli z potyczki z Pennyvise’m cało i doczekali dorosłości. Niestety zła nie da się zabić tak do końca, ono zawsze znajdzie drogę powrotną. Można tylko uciec i zapomnieć, jak uczynili to członkowie ‘klubu frajerów’.

Mike, który jako jedyny pozostał w Derry , w 27 lat od momentu starcia telefonuje do swoich przyjaciół informując ich, że To wróciło. Przyjaciele zobowiązani solenną przysięgą przybywają do Derry by jeszcze raz podjąć rękawice.

O ile bohaterzy filmu “To” (2017)  na wielki come back ‘Tego’ musieli czekać 27 lat, o tyle filmowcy uwinęli się z tematem w dwa lata i widzowie mogą już cieszyć się z kontynuacji historii. Czy faktycznie mamy powody do radości, to już kwestia indywidualna;)

Tak, jak przewidziałam pisząc o ‘rozdziale pierwszym‘, segment drugi traktuje o dorosłych wersjach małych bohaterów i ich powrocie do krainy dzieciństwa.

Mike jako jedyny pozostał na miejscu, niby strażnik gotowy zaalarmować oddział gdy tylko parszywiec Pennywise wychyli się z kanału. Jedyny czarnoskóry członek klubu frajerów nie zdołał ułożyć sobie życia, wciąż ślęczy nad książkami łącząc etat bibliotekarza z prywatną paranoją na punkcie Pennywise’a. Włosy Beverly nadal płoną, ale niestety jej serce zapłonęło do mężczyzny będącego swoistym klonem jej psycho tatusia. Beverly z ochotą wraca do przyjaciół z dzieciństwa, wciąż nie łapiąc czyje serce spaliła w zimowym ogniu. Hipochondryczny Eddie pochował nadopiekuńczą matkę dzięki czemu wyfrunął z gniazda wprost do sektora finansowego. Richie został mało zabawnym, ale bogatym komikiem i do Derry wrócił wypasioną bryką. Bill, który zapoczątkował krucjatę w ’89 został poczytnym pisarzem, któremu sam Stephen King wytknie skłonność do kiepskich zakończeń. Dorosły Ben został architektem i … ciachem. Spektakularna metamorfoza jego powierzchowności z tłustego cielaka i zgrabnego byczka robi na jego przyjaciołach większe wrażenie, niż CGI na widzach “TO: Rozdział 2”. Zabrakło tylko Stana, ale o nieobecnych nie mówimy;)

Wbrew moim założeniach kontynuacja filmu nie trzyma się tak mocno czasów współczesnych. Widz co i ruch przenoszony jest do lat ’80, za sprawą maniakalnie stosowanych retrospekcji. Może gdyby nie to, film nie byłby takim molochem. Szczęśliwie owe retrospekcje nie są kadrami wyciętymi z jedynki i odtworzonymi raz jeszcze, a fragmentami do tej pory nie prezentowanymi widowni. Pojawiają się ilekroć luki w pamięci dorosłych egzemplarzy frajerów uzupełniają się o nowe informacje z przeszłości. Dla twórców filmu stanowią też doskonały pretekst do rzucenia widzowi w twarz kolejnej porcji efektów.

Tak, efekty. Efekty są tym czym żyje “To: Rozdział 2”, czym oddycha. O komputerowo wygenerowanych maszkar i wszelkich potworności jest aż duszno, aż gęsto. Nie podobało mi się to. Obraz jest przeładowany  jump scenami, a to zawsze daje efekt odwrotny od zamierzonego.

Gwiazdorska obsada radzi sobie całkiem nieźle, choć jak dla mnie trochę ich skrzywdzono dialogami. Masa patosu, infantylność, inteligencja zdecydowanie poniżej przeciętnej. Ponownie najbardziej podobał mi się Pennywise, dopóki nie władowali mu w dupę rażącej porcji CGI. Po tym gwałcie nie jest już taki sam, a szkoda.

Reasumując, film sobie obejrzałam i o tyle. W porównaniu z pierwszym wypada zdecydowanie słabiej, a co to będzie jak zrobią “To: Rozdział 1/2”? Tak, Moi Drodzy, sukces finansowy obydwu produkcji pobudził apetyt twórców. Ci rozpływając się w zachwycie nad własnym geniuszem the best’u, który to podsunął im patent ukrytych wspomnieć, już zaczęli mędrkować, że z samych wspomnień ‘pomiędzy’ można by zmajstrować scenariusz. Tak więc być może niebawem dowiemy się jaką kieckę Beverly założyła na ślub ze swoim mężem-dupkiem, czemu Bill pisze kiepskie zakończenia i ile szczurów Mike ubił na strychu biblioteki.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:5

51/100

W skali brutalności:2/10

Karma, czyli sumienie

Karma/ Karma (2018)

Manny i Alicia są młodym małżeństwem z problemami finansowymi. Owe problemy zmuszają ich do zamieszkania z teściami. Manny nie może znaleźć pracy, więc ojciec jego małżonki daje mu etat w swojej agencji nieruchomości. Praca Manny’ego nie ma jednak polegać na uszczęśliwianiu kolejnych rodzin nowymi domami, a odbieraniu ich zadłużonym lokatorom.

W czasie jednej z eksmisji Manny jest zmuszony wyrzucić na bruk dawnego kolegę i jego chorą matkę. Walcząc z własnym sumieniem w końcu decyduje się udowodnić teściowi, że nadaje się do wykonywanej pracy. Wkrótce po tym zdarzeniu na Manny’ego i jego bliskich zaczynają spadać kolejne nieszczęścia.

“Karma” to termin obecny w wierzeniach hinduizmu i buddyzmu, ale nie tylko osoby z tych kręgów religijnych wierzą w jej istnienie. Karmiczne podejście jest dość uniwersalne, wszystko sprowadza się do życia w myśl zasady: co zasiejesz to zbierzesz, to co czynisz innym wraca do Ciebie.

Teraz już chyba wiecie o czym jest film Nicka Simona i co robi słowo ‘karma’ w tytule. Z uwagi na gatunek możecie się spodziewać, że ‘suka karma’ uderzy tu z dużym impetem.

Bóg Iswara, czyli Hinduistyczny dostarczyciel karmy, objawia się tu jako siła iście demoniczna i nie tylko sprowadza nieszczęścia na tych, którzy ‘zasłużyli’, ale  i targa ludźmi po podłodze, uderza o ściany – jak na amerykańskiego demona przystało.

Nasz sympatyczny bohater Manny gdy orientuje się, z czym ma do czynienia stara się przebłagać zły los, oszukać przeznaczenie.

Założenia fabularne filmu nie są złe. Wykorzystanie motywu karmy jest dość ciekawym posunięciem, ale wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

Nie jest to obraz wysokich lotów. Warsztat aktorski i wszystkie aspekty techniczne są na bardzo przeciętnym poziomie, a i scenariusz można by trochę podrasować. Zabrakło jakiegokolwiek elementu zaskoczenia, czegoś co wyróżniłoby film spośród innych horrorów z demonicznymi siłami.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:6

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:5

Aktorstwo:5

Oryginalność:6

To coś:5

48/100

W skali brutalności: 1/10

Czerwony

La influencia/ Zła siła (2019)

Alicia  zmuszona jest wrócić do swojego rodzinnego domu by pomóc w opiece nad pogrążoną w śpiączce matką. Z uwagi na traumatyzujące dzieciństwo nie jest to łatwy powrót. Im dłużej Alicia przebywa w tym otoczeniu tym żywsze stają się wspomnienia, zaś złowroga aura domu zdaje się oddziaływać także na jej męża i córkę.

Przypuszczam, że na koniec października posypie się sporo horrorowych propozycji – halloween, no wiecie –  i nawet bym się z tego powodu cieszyła gdyby nie fakt, że ilość zazwyczaj nie idzie w parze z jakością.

“Zła siła” to jedna z propozycji od Netflixa. Produkcja rodem z Hiszpanii więc nauczona doświadczeniem spodziewałam się czegoś fajnego i klimatycznego, zapomniałam tylko, że era świetnych horrorów z tego rejonu chyba już powoli przemija i coraz częściej natykam się na zupełnie średnie hiszpańskie horrory.

“Zła siła” jest właśnie zupełnie średni, a jeśli chciałabym być uszczypliwa to stwierdziłabym wręcz, że marny. Marność odnoszę głównie do fabuły, która wydaje się dość dziurawa na poziomie scenariusza i niekoniecznie oryginalna.

Ale film ma też zalety, że tak powiem ‘smaczki’. Kilka scen zwróciło moją szczególną uwagę w sposób, który zdarza mi się rzadko. Doceniam też scenografię, rekwizyty, czy zdjęcia. A, i aktorstwo.

Ogólnie od strony technicznej jest klawo, tylko ta historia, a może raczej sposób jej opowiedzenia mocno zgrzyta. Ma ciekawe drobne elementy, ale patrząc całościowo, nie sprawdza się. Tak więc wrzucam do ‘da się obejrzeć’, ale bez polecania.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:5

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:5

55/100

W skali brutalności:2/10

Annabelle w domu Warrenów

Annabelle comes home/ Annabelle wraca do domu (2019)

Ed i Lorriane Warrenowie, małżeństwo demonologów i ekspertów od zjawisk nadprzyrodzonych wyrusza na kolejny wyjazd służbowy. Swoją córkę Judy pozostawiają pod opieką zaufanej babysitterki Mary Ellen, która ma opiekować się dziewczynką w ich domu.

Tak też się dzieje, jednak do Judy i Mary Ellen dołącza przyjaciółka tej drugiej Daniela, nastolatka, która w tragicznych okolicznościach straciła ojca. Daniela bardzo interesuje się pracą Warrenów i wierzy, że w zamkniętym pomieszczeniu w ich domu znajdzie coś co pomoże jej nawiązać kontakt ze zmarłym. I znajduje, lalkę będącą katalizatorem zjawisk nadprzyrodzonych – Annabelle.

Wszystko zaczęło się od Jamesa Wana i jego “Obecności“. To tu po raz pierwszy pojawiają się postaci demonologów, Eda i Loriane, bohaterów autentycznych, których prace mogą zainspirować nie jednego twórcę horrorów. I inspirują. Hollywood wyciąga ile może z historii zapoczątkowanej przez Wan’a, tworząc swoiste universum, w którym każdy duch, czy demon może doczekać się własnej historii z swoim imieniem na plakacie filmowym.

Demoniczna lalka “Annabelle pojawiła się zaraz po pierwszej odsłonie “Obecności”. Wyszedł z tego marny film, który jednak kontynuowano.

I dalej kręci się ta karuzela. Kolejne nazwiska reżyserów, kolejne historie, które łączą się ze sobą, ale w niekoniecznie klarowny sposób.

“Annabelle wraca do domu” wg. chronologii wydarzeń rozgrywa się przed wydarzeniami z “Obecności”  i jej sequelu a po wydarzeniach z “Annabelle” i “Annabelle 2“. Właśnie wszytko sobie porządkowałam w głowie gdy dostrzegłam, że w piwnicy Warrenów poza nieszczęsną Annabelle znajdziemy też przedmioty wyniesione z domów bohaterów “Obecności” i Obecności 2″, tak więc zbaraniałam i postanowiłam odpuścić zagłębianie się w chronologie. Wam radzę to samo.

Zastanawiałam się też co oznacza tytuł “Wraca do domu”. To znaczy, że jej pierwotnym miejscem zamieszkania był dom Warrenów? A może “comes” powinniśmy traktować jako “przybyć”? Miałoby to więcej logiki: Annabelle wreszcie dociera tam gdzie jej miejsce.

Ale dobra, zostawmy te czcze rozważania i do rzeczy: Czy “Annabelle wraca do domu” jest dobrym horrorem? To zależy. Jeśli porównać ją z innymi franczyznami, typu Zakonnica“, czy nawet pierwsza część “Annabelle” nie jest najgorzej. Nie ma tu za dużo efektów – jak na standardy universum – a te, które są nie są najgorsze, historia też jest znośna choć nazwanie ją intrygującą byłoby znacznym przegięciem.

Co jest pewnym novum, scenariusz dużą uwagę poświęca rodzinnie Warrenów. Może nie tyle Ed’owi i Lorianne bezpośrednio, ale wchodzimy w ich świat, do ich domu do ich rodziny, a główną bohaterką jest ich córka. To osobiście odnotowuję na plus.

Ale czy to wystarczy by film w szczególny sposób wyróżnić? Nie. Osobiście jestem już zmęczona wątkami z “Obecności” i kolejnymi produkcjami robionymi trochę na siłę. Zaczyna to przypominać wietnamski bazar, nikt nic nie rozumie, połowa się zgubiła, ale wszyscy kupują.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:5

52/100

W skali brutalności:1/10

Miałam złe przeczucia

The Haunting of Sharon Tate (2019)

Młodziutka żona znanego Hollywoodzkiego reżysera wraca z Europy, gdzie odwiedzała zapracowanego  małżonka by oczekiwać na narodziny ich pierwszego dziecka w ich wspólnym domu w Los Angeles. Towarzyszy jej były partner, a obecnie dobry przyjaciel Jay, przyjaciółka Abigail i jej chłopak Wojtek.

Otoczoną troskliwą opieką Sharon nawiedzają jednak niepokojące przeczucia, szczególnie związane z niejakim Charlie’im który uporczywie nachodzi jej włości by skontaktować się z producentem muzycznym, od którego Sharon i jej mąż najmują dom. Złe przeczucia coraz bardziej nasilają się przyjmując obraz strasznych wizji, aż pewnego wieczoru urzeczywistniają się.

W tym roku kina na całym świecie szturmuje nowy film Tarantino. Traktuje on o morderstwie popełnionym w ’69 na żonie Romana Polańskiego i jej przyjaciołach w domu przy Cielo Drive w Los Angeles. Nie jego jedynego zafrapował ten temat. Miałam już okazję oglądać jeden wyjątkowo mierny filmowy twór nakręcony na podstawie tych wydarzeń, “Wataha u drzwi“.

Jak widać jeszcze ktoś postanowił zmierzyć się z tą historią. Daniel Farrands lubi bawić się historiami prawdziwymi (“Dziewczyna z sąsiedztwa“), jednak wydaje mi się, że wypuszczenie filmu o najsłynniejszym morderstwie w Hollywood, w dodatku w tym samym roku co Tarantino to skok na głęboką i wyjątkowo mętną wodę.

Większość widzów przekreśliła ten projekt już po seansie z jego trailerem. Ja osobiście nie mogłam uwierzyć własnym oczom widząc tytuł “The Haunting of Sharon Tate”. To ona była opętana? – Moja pierwsza myśl. Musiałam to zobaczyć na własne oczy i mimo, że większość z was czeka pewnie na moje wrażenia po “Annabelle wraca do domu”, który to właśnie wyłonił się z czeluści internetu, to postanowiłam zostawić lalkę na deser i przyjrzeć się temu cokolwiek dziwnemu przedsięwzięciu Farrandsa.

Jak wspomniałam film nie cieszy się dobrą opinią, choć domyślam się że część ocen została wystawiona przedwcześnie. Nie, nie bronię tego filmu, ale chciałabym Wam powiedzieć, że jest w nim coś dobrego.

Aktualnie mozolnie brnę przez lekturę “Helter Skelter…” więc zasiadając do seansu z ‘nawiedzoną sharon’ sądziłam, że nie uświadczę niczego nowego. Tak, nadal uważałam, że słówko “Haunting” pojawiło się tak jakby przypadkiem -wypadkiem, albo gwoli zasiania zamętu. Co się okazało, wcale nie.

Fabuła filmu skupia się na przeżyciach wrażliwej młodej kobiety, która instynktownie wyczuwa zagrożenie. Jej przeczucia są tak silne, że przestaje odróżniać senne koszmary od rzeczywistości. Nie mam pojęcia czy prawdziwa Sharon Tate miała takowe przeczucia, ale chyba nie powiecie mi, że nie jest to pewna …. innowacja jeśli idzie o tą historie. Słysząc o niej wszyscy z automatu myślą o samym akcie morderstwa.  A co jeśli Wam powiem, że nie zobaczycie morderstwa Sharon na ekranie? Zaintrygowani?

Jeszcze nie widziałam nowego filmu Tarantino, ale on podobno nie skupia się na samym akcie zabójstwa, ale to nadal nie jest to co odwalił – to chyba właściwe słowo – Daniel Farrands. SPOILER:  Jego produkcji bliżej do horroru paranormalnego niż home invasion, którego można by się spodziewać. Widzimy tu wersję wydarzeń, wersję złudną, wersję życzeniową, w której Sharon Tate i jej przyjaciele zaciekle walczą o życie i wygrywają. Pozornie, bo finalnie okazuje się, że jednak nie. Sharon myśli, że przetrwała zamach na swoje życie, do chwili gdy dostrzega swoje własne zwłoki. KONIEC SPOILERA. Wiem, brzmi to jak bredzenie wariata, ale w tym wariactwie coś było. Coś co mnie, no nie wiem, poruszyło?

Technicznie film wypada blado. Głównie za sprawą obsady. Czy była gwiazdka Disney’a nie jest wymarzoną słodką buzią, którą można obsadzić w roli niezbyt utalentowanej ale ładnej aktorski? No, widać nie, bo Hilary Duff – tak, nie żartuję, Lizzie McGuire –  jest aktorskim drewnem i nigdy nie opuściła klubu myszki Miki. Czytając wypowiedzi Romana Polańskiego na temat jego żony szczególnie często trafiałam na określenie “Słodka”, ale która młoda żona nie jest słodka w oczach męża? Hilary Duff chyba szczególnie wzięła to sobie do serca, bo przesłodziła kreacje roli Sharon, bardzo mnie to drażniło nim przywykłam. Reszta obsady nie wypada wcale lepiej, bo każda wypowiadana przez nich kwestia wydaje się siłą wepchnięta w ust. Nie wiem więc, czy typując najgorszego aktora z całej obsady filmu postawiłabym na Duff.

Osoby bardzo mocno zaangażowane w analizowanie prawdziwych wydarzeń w domu Polańskiego mogą być mocno zniesmaczone, bo ja sama, choć do takowych nie należę zauważyłam dużo naciągnięć, przegięć i pomyłek. I słowo ‘pig’ napisane na szybie zamiast na ścianie wcale nie jest największym z nich.

Wszystko zostało dostosowane do wizji twórcy. Równie dobrze mógłby być to film o innej kobiecie, która ma złe przeczucia, ale nikt jej nie słucha bo ‘winne są hormony ciężarnej’ i zostaje zamordowana. Mógłby, i z pewnością wyszło by mu to na zdrowie. Wtedy każdy uznałby go po prostu za mocno średni film, a nie potwarz rzuconą w stronę tragicznej historii, która wydarzyła się na prawdę.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:4

Aktorstwo:4

Oryginalność:6

To coś:6

49/100

W skali brutalności:1/10

Utopię Twoje dzieci

The Curse of La Llorona/ Topielisko. Klątwa La Llorony (2019)

Los Angeles, lata ’70 XX wieku. Wdowa po policjancie, Anna Tate Garcia samotnie wychowuje dwoje dzieci i pracuje w opiece społecznej. W czasie jednego ze zleceń odkrywa, że podopieczna opieki społecznej Patricia Avlwarez od dłuższego czasu więzi swoich dwóch synów. Po jej interwencji, wbrew agresywnemu sprzeciwowi ich matki, chłopcy zostają zabrani z domu. Wkrótce po tym obydwaj zostają utopieni w pobliskiej rzece przez nieznanego sprawcę.

Wtedy w głowie Anny po raz pierwszy świta myśl, że być może pani Alvarez chroniła przed czymś synów, nie zaś ich więziła. Na refleksje jest jednak zdecydowanie za późno bowiem przyjdzie jej na własnej skórze przekonać się z czym musiała mierzyć się Patricia Alvarez.

Odziana w biel kobieta z niemowlęciem na ręku – La Llorona, czyli płaczka jest bohaterką legend szczególnie popularnych wśród Latynoamerykanów. Jej korzenie sięgają jeszcze czasów Azteków i odnoszą się do bogini Cihuacóatl.

Współcześnie płaczka jest patronką kobiet zmarłych w czasie połogu. Symbolizuje najgorsze nowiny i stanowi zwiastun nieszczęścia. Jeśli chodzi o jej ‘ludzkie’ pochodzenie jest kilka wersji i żadna Moi Drodzy nie jest dokładnie tą, którą przywołuje film Michaela Chavesa. Są moim zdaniem mocniejsze, ale że Hollywood czuje się szczególnie zobowiązany zachować pewną poprawność idąc w masowego odbiorce nie jestem zdziwiona takim przedstawieniem sprawy. Ba, gdyby “Topielisko” nie było dziełem czysto komercyjnym i typowo mainstreamowym mogłabym się chyba spodziewać znacznie lepszego wykorzystania potencjału tkwiącego w postaci antybohaterki. Jest jednak jak jest.

A jest standardowo. Pewnie niektórzy z Was połapali się, że film próbuje chwytać się najsłynniejszych obecnie motywów wyciągniętych z opowieści Warrenów. Jakąś okrężną drogą przypisano go bowiem do uniwersum Obecności” stąd migawka z lalką Annabelle i znajomy ksiądz Perez. Mimo, że jakąś wielką fanką “Obecności” nie jestem, to mocno mnie zniesmacza ta tendencja taśmowego produkowania miernych acz wysokobudżetowych straszaków, które jedyne co mogą robić to grzać się w blasku sławy James’a Wana i naciągać naiwną gawiedź liczącą na poziom, do którego te produkcje nie mają szans się zbliżyć.

“Topielisko” może nie przynosi takiego ogromu rozczarowania jak zrobiła to “Zakonnica“, czy pierwsza odsłona “Annabelle, ale wcale nie jest za dobrze.

Przede wszystkim jest to film na wskroś na wylot komercyjny. Ma być efektownie, ma być dynamicznie, pal licho nastrój, napięcie, czy jakieś inne archaiczne przymioty horroru. Tak jak “Obecność” plusowała u mnie fajnie oddanym klimatem lat ’70 to w przypadku “Topieliska” jest on zupełnie nie odczuwalny. Gdyby nie napis na ekranie “Los Angeles 1973” i stary telewizor w salonie  prawdopodobnie zapomniałabym, że akcja została osadzona w tamtych latach.

Straszenie w filmie ogranicza się tylko i wyłącznie do nagłych emanacji komputerowo wygenerowanej antybohaterki i tylko w przypadku jednej, czy dwóch scen poświecono kawałeczek taśmy na uprzednie zbudowanie maleńkiego wstępu.

A efekty moi drodzy, na bogato. Komputerowa zmora gości na ekranie bardzo często. Na tyle często, że można do niej szybko przywyknąć i przestaje robić jakiekolwiek wrażenie. Jej historia, jak wspomniałam na początku, robi marne wrażenie. Jak na bohaterkę tak tragiczną, psychologia jej postaci trąci nie małym zaniedbaniem. Aktorstwo nie najgorsze, ale żeby się czymś szczególnie zachwycić to też nie bardzo jest czym.

Są jednak spore szanse, że nie przyśniecie w czasie seansu z filmem, bo dzieje się dużo i szybko. No to, tak się sprawy mają.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:4

Napięcie: 5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne: 6

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:4

49/100

W skali brutalności:1/10

 

Pani Jeziora

Rusalka: Ozero myortvykh/ Rusałka: Jezioro umarłych (2018)

Roma i Marina mają wkrótce wziąć ślub. W związku z tym zdarzeniem młody narzeczony uczestniczy w wieczorze kawalerskim, który zostaje zorganizowany w domu nad jeziorem. Ów dom jest w posiadaniu jego rodziny, jednak ta dawno go już opuściła. Roma i Marina mają otrzymać posiadłość w prezencie ślubnym. Narzeczona pragnie zobaczyć dom nim zgodnie z wolą ojca Romy zostanie on spieniężony. Właśnie tam Roma spotyka tajemniczą dziewczynę. Całuje ją i od tej chwili jego los jest już przesądzony.

Cieszyłam się na seans z tą całą “Rusałką”. Jeśli czytacie też recenzje książek, o których piszę, to zauważyliście pewną prawidłowość: poluje na te z wątkami słowiańskiego folkloru. I czekam, aż ktoś robi piękny horror w oparciu o słowiańską mitologię.

“Rusałka”, która dotarła do nas z Rosji rozbudziła moją nadzieję, że może, może… to właśnie to?

Widziałam trzy dobre rosyjskie horrory “Julenkę” , “III” i  “Martwe córki“. Nie dociera ich do nas wiele, więc jest to całkiem niezły wynik.

Niestety “Rusałka” została nakręcona całkowicie na modę amerykańską. Przypomina konwencjonalne teen horrory z motywem nadprzyrodzonego zagrożenia, które próbuje wyeliminować młodych bohaterów.

Motywacja tytułowej antybohaterki jest dość oczywista a i z jej historią się nie wysilono. Nie wydaje mi się żeby należycie wykorzystano tkwiący w niej potencjał.

Film niezbyt angażuje, niezbyt ciekawi, ale jest miły dla oka i może stanowić jakąś rozrywkę, szczególnie dla miłośników mainstreamu. Daję plusa za ładną buzię Mariny i za wybór pleneru do kręcenia filmu. I to chyba na tyle:)

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:5

51/100

w skali brutalności:1/10

Gdy trup nie jest martwy

I’ll Take Your Dead/ Zabiorę twoje trupy (2018)

Wdowiec William mieszka na odludnej farmie wraz z dorastającą córką Glorią. Jego praca polega na pozbywaniu się zwłok na zlecenie ludzi, którzy zwykli po prostu podrzucać mu trupy do utylizacji pod dom. Gloria zdaje sobie sprawę z profesji ojca i tłumaczy ją sobie na swój sposób, ponad to wierzy, że zmarli nadal są obecni w jej życiu. Widuje ich w domu, nawiązują z nią kontakt.

Pewnego dnia jeden z trupów nawiązuje też kontakt z ojcem dziewczynki. Jak się szybko okazuje, nie jest to kwestia nadprzyrodzona, a zwykła fuszerka, której dopuścili się niedoszli zabójcy.

Muszę przyznać, że “Zabiorę twoje trupy” przykuwa uwagę tytułem;) Początek filmu może sugerować, że będziemy tu mieli do czynienia z ghost story   (jeśli odrzucimy interpretacje o traumie Glorii, której wynikiem jest widywanie ofiar pracy ojca).

Sprawy zmieniają bieg, gdy jeden z trupów okazuje się nie być trupem. Młoda kobieta podrzucona pod dom wraz z innymi zwłokami okazuje się być nadal żywa. William ma dylemat, czy podtrzymać ją przy życiu, czy dobić. Ów dylemat dzieli z córką, która początkowo gorąco namawia go do dokończenia roboty.

Tu film wchodzi w etap dramatu. Scenariusz poświęca sporo uwagi sylwetkom bohaterów, nie pozwalając sobie na jednoznaczności. Czy William jest zimnym skurwysynem, czy opiekuńczym ojcem? Czy Gloria ma kuku na móniu, czy jest po prostu samotna?

Finałowa rozgrywka to już thriller, bo jak wiadomo niezutylizowany trup może skomplikować życie.

Film jest całkiem zgrabny. Zakończenie było dość przewidywalne, ale jednak oglądało mi się go całkiem dobrze. Nie mogę urągać na niedoróbki realizacyjne, czy inną niestaranność. Pochwałą należy się też obsadzie, szczególnie najmłodszej aktorce. Nie jest to z pewnością produkcja, która wzbudzi zachwyt, ale jest… no, zadowalająca.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła: 7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność: 7

To coś:6

61/100

W skali brutalności: 1/10

Ostatnie zdjęcie

Polaroid (2019)

Bird jest nieśmiałą nastolatką, która pracuje w antykwariacie. Właśnie tam jej kolega znajduje stary aparat typu polaroid z lat ’70, który postanawia sprezentować dziewczynie. To właśnie jemu Bird robi pierwsze zdjęcie, a wkrótce po tym zabiera archaiczny sprzęt na domówkę. Tam uwiecznia na fotografii kilku znajomych i swoją sympatię Connora. Tego samego dnia do Bird dociera informacja o śmierci kolegi z antykwariatu. Dziewczyna szybko nabiera przekonania, że śmierć czeka każdą z osób uwiecznionych na jej zdjęciach.

“Polaroid” to nic innego jak kolejny teen horror, w którym złowroga siła próbuje wyeliminować grupę nastolatków. Tym razem zło tkwi w starym aparacie.

 

Jak na horror debiutanta technicznie jest całkiem niezły, ale brakuje to jakiegokolwiek powiewu świeżości, który mógłby wyróżnić go z szeregu jemu podobnych.

Mnie film skojarzył się nieco ze starszym i lepszym “Time lapses” i z … “Laleczką Chucky”. Drugi tytuł może Was zaskoczyć, więc już spieszę z wyjaśnieniem. Oczywiście podobieństwo w sferze opętanego przedmiotu to pierwsza rzecz, ale chodzi też o samą scenę, w której zło w ów przedmiot wnika. Generalnie jest to jeden z wielu wtórnych  elementów w tym filmie.

Praktycznie przez cały czas trwania seansu z “Polaroidem” miałam wrażenie deja vu i jakbym miała wyróżnić jakąś cechę charakterystyczną byłby mi ciężko. No, dobra, nie zabili aparatem psa. I chwałą im za to oczywiście. Zapunktowali.

Cała reszta to, no cóż… typowo manistreamowy pomysł, który stara się zaskoczyć widza, ale przez kurczowe trzymanie się ram nie ma na to szansy. Ogląda się go jednak przyzwoicie i jeśli chcecie zabić trochę czasu czymś niegroźnym, to będzie to bezpieczny wybór.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:7

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:5

51/100

W skali brutalności:1/10

 

Kolejna guwernantka w kleszczach lęku

The Turn the Scerw/ Tajemnica guwernantki (1992)

Nieśmiała i lękliwa Jenny zostaje zatrudniona jako guwernantka dwójki dzieci mieszkających pod opieką wuja w okazałej posiadłości. Na miejscu szybko ocenia, że zdrowie i życie dzieci jest zagrożone. Owym zagrożeniem mają być duchy zamieszkujące dom.

“W kleszczach lęku” Henry’ego Jamesa jest jedną z popularniejszych książek z gatunku grozy. Powieść parokrotnie była przekładana na język filmu, bądź służyła scenarzystom jako przedmiot fabularnych wariacji i źródło inspiracji.

W przypadku filmu Rusty’ego Lemorade mamy do czynienia z dość wierną adaptacją. Polski dystrybutor pozwolił sobie na zmianę tytułu, dlatego mimo wcześniejszych poszukiwań wszelkich możliwych filmowych wersji tej historii jakoś na tą akurat nie trafiłam. Czy straciłam wiele? Raczej nie. W porównaniu z pierwszą ekranizacją z roku 1961 wypada bardzo bladziutko. Natomiast co do tej 2009… Nie bardzo ją pamiętam:) Ale za to mogę rzecz, że jest lepsza od ‘wariacji’ pt. “Głosy w ciemności”.

Wierzę, że sama historia jest Wam znana, wszystkie niuanse z nią związane, i te z pod znaku horroru i te z pod znaku thrillera psychologicznego. W tej akurat wersji ich potencjał nie został w pełni wykorzystany. To ogólnie produkcja raczej niższych lotów jeśli chodzi o realizację.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

50/100

W skali brutalności:1/10