Archiwa tagu: ghost story

Co jest Doktorku?

Doctor Sleep/ Doktor Sen (2019)

Mały Danny Torrance, nie jest już małym Dannym. Jest facetem w średnim wieku i wszystkie znaki na niebie i ziemi pokazują, że równia pochyła po której lata temu stoczył się jego ojciec, szalony Jack Torrance, będzie też jego udziałem.

Ze szponów alkoholowego nałogu dużego Danny’ego wyrywa pewne wydarzenie. Można powiedzieć, że doszedł do ściany, albo osiągnął dno. Zmierzając przed siebie spotyka człowieka, który wyciąga do niego pomocną dłoń. Danny się ogarnia, zaczyna pracę w hospicjum. Wtedy w jego życie wkracza lśniące dziecko. Dorastająca Abra wzywa na oślep pomocy. Do jej domu zbliżają się ludzie-nieludzie, chcący nakarmić się jej lśnieniem, tak jak zrobili to z innym dzieckiem i robili od wielu, wielu lat.

literacką wersją kontynuacji „Lśnienia” Stephena Kinga miałam do czynienia już ładnych parę lat temu. Ku mojemu zaskoczeniu dość mi się spodobała, choć może nie jestem miłośniczką sequeli, czy filmowych czy książkowych, tą uznałam za w jakiś sposób uzasadnioną. Widać, że King miał w tej materii coś jeszcze do powiedzenia i nie chodziło tylko zarobek.

Wkrótce po ukazaniu się powieści „Doktor sen” rozpoczęto pierwsze przymiarki do ekranizacji. Napisano scenariusz, wytypowano reżysera. Ostatecznie film powstał jednak na podstawie pomysłu i w reżyserskim wykonaniu bardzo solidnego Mike Flanagana. Tak, jest to jeden z niewielu współczesnych reżyserów, który trzyma się na topie i zachowuje poziom, jeśli chcecie znać moje zdanie.

Każdy kto wie, jak poważnie konfliktowa okazała się filmowa wersja „Lśnienia”, której dokonał Stanley Kubrick zdaje sobie pewnie sprawę z tego, że przełożenie na ekran kontynuacji tej historii będzie zadaniem karkołomnym. Stephen King jeszcze nad grobem Kubricka ciosał nad nim kołki za to, jak przedstawił w swoim filmie jego autorską historię.

Jeśli czytaliście „Doktora…” z pewnością zwróciliście uwagę nad przedmowę od autora, w której dobitnie podkreśla, że pisze kontynuację „Lśnienia” w swojej i tylko w swojej wersji. Mike Flanagan musiał jednak podejść do sprawy kompleksowo. I powiem Wam, że wybrnął z tej kałabanii po mistrzowsku. Ukłonił się ładnie mistrzowi grozy i wykorzystał sympatię widzów do ekranizacji Kubricka.

Jak więc nakręcić kontynuacje jednocześnie dwóch utworów, których zakończenia zasadniczo się różnią? SPOILER: Finał filmowego „Doktora…” rozgrywa się w hotelu Panorama- tak tym samym, który poszedł z dymem w książkowej wersji „Lśnienia”. Ocalał jednak w wizji Kubricka. Dlatego też filmowy Dan robi to co w książkowej wersji zrobił jego ojciec- puszcza Panoramę z dymem. Prawda, że sprytnie? KONIEC SPOILERA. Reżyser „Doktora…” uszanował wersję Kubricka dzięki czemu mógł z niej czerpać pełnymi garściami zarzucając widza retrospekcjami. Zrobił też to, czego Kubrick nie zrobił i może dzięki temu trochę obłaskawił Kinga?

Retrospekcje z udziałem starego Jacka Torrance’a- z nowym aktorem- nie do końca ukazują go w takim świetle w jakim widział go Kubrick. Jest bardziej złamanym życiem człowiekiem, który był łakomym kąskiem dla duchów Panoramy niż szalonym pijakiem- czyli Flangan ukazał go w tych fragmentach tak jak chciał King.

Czy mi jako, powiedzmy, zatwardziałej zwolenniczce team Kubrick to przeszkadzało? Zupełnie nie. Pamiętajmy, że dla małego przerażonego  Danny’ego jakim był w „Lśnieniu” ojciec faktycznie mógł jawić się w ten sposób – jako okrutnik, monstrum, po latach zaś gdy poniekąd podzielił jego los, przeszedł się w jego butach, wpadł w to samo gówno, mógł go widzieć zupełnie inaczej – tak jak chciał King. Koło się zamyka. Ten chwyt tylko dowodzi zmyślności reżysera „Doktora…”

Lecimy dalej. Pomijając kwestię finału scenariusz filmu dość mocno trzyma się książki, wiadomo, że na taśmie filmowej nie udało się upchnąć wszystkiego, ale w przypadku ekranizacji chyba nie ma co traktować skrótów jako rażących zmian. Jeśli komuś podobała się więc książka film też powinien skonsumować ze smakiem.

Aktorstwo jest dobre, choć jakbym miała być upierdliwa to wcielająca się w postać Abry młoda aktorka trochę raziła mnie sztywnością ruchów, natomiast bardzo dobre wrażenie zrobiła na mnie filmowa Rose. W książce wyobrażałam ją sobie całkiem inaczej, ale jest to zmiana na plus. No i Evan McGregor, który przyznam – gdy zobaczyłam go na trailerze zupełnie nie pasował mi na Danny’ego – zrobił dobrą robotę. W swojej kreacji skupił się na ukazaniu dramatyzmu sytuacji postaci. Widział ten ciężar na jego barkach i dzięki temu angażowałam się w jego rozterki.

Technicznie film też wypada bardzo dobrze, ale nie ma co się dziwić patrząc na budżet. Bardzo podobały mi się na nowo nakręcone sceny ze starego „Lśnienia” to jak silnie obraz starał się odtworzyć klimat. Efekty, choć nie był ich znowu tak wiele, uderzały w te same tony. Nie mogę jednak odżałować,  że nie pojawiły się znienawidzone przez Kinga rzeki krwi;)

Reasumując, film przyjemny, ale raczej dla wąskiej grupy odbiorców- fanów Kinga. Choć z drugiej strony, czy ta grupa jest wąska? Miłośnicy grozy w pełnej klasie mogą być nieco rozczarowani, bo nie ma tu zbyt wiele typowo horrorowych zagrań, narracja jest raczej nieśpieszna i mocno obyczajowa.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie;6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:6

62/100

W skali brutalności:1/10

Kto ma wisieć

The Gallows Act 2 /Szubienica: akt 2 (2019)

Auna Rue rozpoczyna naukę w nowym liceum, którego program nastawiony jest na rozwijanie talentów teatralnych uczniów. Dziewczyna wierzy, że tam zostanie odkryta przez łowców talentów i zrobi karierę na Broodway’u jak paru innych absolwentów szkoły.

Szukając popisowego numeru, który zaprezentuje natrafia na treść utworu „Szubienica”, sztuki noszącej miano przeklętej. Własną interpretację utworu publikuje na swoim kanale. Okazuje się, że jej aktorski popis zainteresował jedną z gwiazd słynnej sztuki, Charliego. Z tym, że Charlie jest jakby… martwy.

Nie sądziłam, że ktokolwiek wpadnie na pomysł kręcenia drugiej części „Szubienicy”, ale się myliłam. O dziwo „akt 2” nie jest franczyzą. Widać nie było chętnych by ogrzać się w wątpliwym blasku sławy pierwszej „Szubienicy„;)  (Ej, komuś w ogóle podobał się ten film?)

Tak więc część drugą zafundowali nam twórcy jedynki. Nie wiem, czy jest to kontynuacja, czy bardziej próba rehabilitacji, bo tym razem duet zgodnych filmowców obrał nieco innych kierunek. Tym razem nie uderzyli w konwencję verite. Mamy do czynienia z klasyczną formą operatorską. Stabilna kamera i te sprawy. Widać budżet tym razem większy. I aktorzy też jakby bardziej aktorscy, lepsza selekcja podczas łapanki widać;)

W każdym razie, bardziej da się to oglądać i mogę powiedzieć, ze nowa „Szubienica” mozolnie dobrnęła do poziomu średniaka. Główna bohaterka jest całkiem miła dla oka, choć gust filmowy ma raczej kiepski;)

Jej historia to uparte próby zaistnienia w czym niewątpliwie pomaga jej test tytułowej „Szubienicy”. Jako, że „Szubienica” jest przeklęta, a Auna Rue nieświadomie podejmuje tak zwaną „Próbę Charliego” odbija się to na jej zdrowiu psychicznym. Auna jest prześladowana. Szuka drogi ucieczki. Czy jej się uda? Na szczęście nie. Scenariusz nie został popsuty happy end’em  i nie mówię Wam o tym by spoilerować, tylko gwoli pochwały finału. A jeśli chcecie prawdziwy spoiler to zapraszam.

SPOILER: Końcowy twist fabularny to chyba najlepsza część filmu. Nie tylko dlatego, że zaskakuje, ale stanowi też pewne wyjaśnienie. Ta, Anua, nie jest tak głupiutka bez powodu. Anua trafiła na sieć intryg pracowicie usnutych przez uczniów prestiżowej szkoły celem zdjęcia klątwy. KONIEC SPOILERA.

Czy Anua powinna się złościć o takie zakończenie swojej historii? Bynajmniej, wszak została gwiazdą, tak jak chciała;) Tak, więc ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu okazało się, że w przypadku chujowego filmu, sequel nie musi być tylko gorszy.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:6

55/100

W skali brutalności:1/10

 

Nie ma tu nic dobrego

Empty rooms/ Puste pokoje (2010)

Maddie po odejściu od partnera kupuje dom za kusząco niską cenę. Wprowadza się do niego wraz ze swoim adopcyjnym synem i pragnie rozpocząć nowe życie. Nowy dom robi pierwsze złe wrażenie na chłopcu jednak Maddie zrzuca jego reakcje na karb autyzmu, na który cierpi chłopiec. Wkrótce sama zaczyna doświadczać dziwnych doznań, aż w końcu zła atmosfera domu przeradza się we frontalny atak.

Nie wiem co mnie podkusiło, żeby sięgnąć po ten film. Tytuł „Empty rooms” swoją prostotą robił dużo lepsze wrażenie niż kolejne ‚egzorcyzmy’, ‚opętania’, ‚nawiedzenia’… ‚takiego a takiego’ w domu ‚takim a takim’. Niestety wszelkie dobro związane z tą produkcją kończy się na tytule. Dodatkowo film jest tak zły, że najwyraźniej zakończył dalsze próby debiutującego reżysera, działania w tejże roli, bo po „Empty rooms” nie wypuścił już nic więcej.

Oczywiście jest to kolejny film o nawiedzonym domu z lekką nutką paranoi, co też jest częstym wątkiem. W tym wszystkim scenariusz nie jest może najgorszy, bo nie można mu zarzuć braku konsekwencji, jakiejś rażącej głupoty czy tego typu spraw. Jest do bólu prosto, ale to jest do przeżycia. Niestety mankamenty realizacyjne to już inna para kaloszy. Aktorstwo lekko powyżej dna, zaś technologia kręcenia – od obrazu po dźwięk – puka o dno od spodu…

Wprost ciężko na to patrzeć i tego słuchać. Zupełna amatorka, brak polotu, brak podstawowych umiejętności i możliwości technicznych. „Empty rooms” nie ma w sobie nawet najmniejszego pierwiastka, który mogłabym pochwalić, więc nie pozostaje mi nic innego jak odwieźć Was od pomysłu seansu z nim. Ratuj się kto może.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:4

Klimat:4

Napięcie:3

Zabawa:4

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:1

Aktorstwo:3

Oryginalność:2

To coś:1

24/100

W skali brutalności: 1/10

Co gryzie Jennifer

Gnaw/ Apartament 212 (2017)

Jennifer po rozstaniu z agresywnym mężem wynajmuje skromne mieszkanie w nieciekawej dzielnicy. Próbuje odzyskać spokój jednak żyje w ciągłym lęku przed swoim ex. Nieustające lamenty jakie słyszy z mieszkania sąsiadki również nie dają jej spokoju. W końcu Jennifer decyduje się wyciągnąć do kobiety pomocą dłoń, jednak jest już za późno – sąsiadka popełnia samobójstwo, co jest kolejnym traumatycznym przeżyciem dla bohaterki.

Od tego momentu stan psychiczny Jennifer jeszcze się pogarsza co ma też odzwierciedlenie w zdrowi fizycznym. Każdej nocy na jej ciele pojawiają się ślady po ugryzieniach, których pochodzenia nikt nie jest w stanie stwierdzić.

„Gnaw”,produkcja hiszpańsko- amerykańska oscyluje wokół psycho thrillerabody horroru. Te dwa podgatunki są jednymi z moich ulubionych i fakt, że weszły w koalicję za sprawą filmu Haylar’a Garci bardzo mnie cieszy. Finalnie mamy tu do czynienia z czymś jeszcze, ale nie chcę Was naprowadzać na ten trop, bo popsuję niespodziankę.

„Gnaw” szybko mnie zaangażował w opowiadaną historię. Dużo czasu poświęcono na zarysowanie warstwy dramatycznej, czyli przedstawienie sytuacji życiowej Jennifer, co stanowi punkt wyjścia dla wszystkich filmowych wydarzeń. Dzięki temu jej los nie był mi obojętny.

Najmocniejszym, moim zdaniem, elementem fabuły jest wątek przypadłości bohaterki. Plamy na jej ciele, kojarzące się z jakość nieprzyjemną chorobą zakaźną, albo zażywaniem twardych narkotyków to punkt zapalny w całej historii.

Najpierw podobne objawy widzimy bowiem u sąsiadki Jennifer. Widzimy jak cierpiąca kobieta jest mijana z obojętnością, a nawet gorzej. Widzimy jak patrzy na nią Jennifer. To samo spotka ją samą i to już wkrótce.

Bez skuteczne poszukiwanie pomocy, podejrzenia jakie są kierowane w jej stronę i ostracyzm z jakim spotyka się w czasie rozmowy o pracę. Wszystko to wpędza ją w poczucie paranoi. 

We wszelkiego rodzaju body horrorach środek ciężkości zwykle spoczywający na jakimś zewnętrznym antybohaterze przesuwany jest na osobę bohatera, na jego własne ciało, tak jakby ono było wrogiem, ono chciało zabić naszego bohatera. Dokąd można uciec od samego siebie? Jak się bronić? Body horrory żerują na naszym lęku przed chorobami, nie boją się wizualizować najgorszego i na tym polega ich siła. Muszę stwierdzić, że nie spotkałam dotąd filmu z tego gatunku, który nie zrobiłby na mnie wrażenia.

Wątek typowy dla body horroru, wątek paranoid thrillera to nie wszystko co oferuje scenariusz, bo nieoczekiwany – przynajmniej przeze mnie zwrot akcji otwiera inną perspektywę.

Czy warto było zbaczać w tym kierunku ocenicie sami. Ja jestem z tego filmu całkiem zadowolona.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:7

63/100

W skali brutalności:2/10

Powrót czerwonego balonika

It: Chapter two/ To: Rozdział 2

Minęło 27 lat odkąd siedmioro dzieciaków z Derry zmierzyło się upiornym klaunem z kanałów pod miastem. Billy, Beverly, Ben, Stan, Richie, Eddie i Mike wyszli z potyczki z Pennyvise’m cało i doczekali dorosłości. Niestety zła nie da się zabić tak do końca, ono zawsze znajdzie drogę powrotną. Można tylko uciec i zapomnieć, jak uczynili to członkowie ‚klubu frajerów’.

Mike, który jako jedyny pozostał w Derry , w 27 lat od momentu starcia telefonuje do swoich przyjaciół informując ich, że To wróciło. Przyjaciele zobowiązani solenną przysięgą przybywają do Derry by jeszcze raz podjąć rękawice.

O ile bohaterzy filmu „To” (2017)  na wielki come back ‚Tego’ musieli czekać 27 lat, o tyle filmowcy uwinęli się z tematem w dwa lata i widzowie mogą już cieszyć się z kontynuacji historii. Czy faktycznie mamy powody do radości, to już kwestia indywidualna;)

Tak, jak przewidziałam pisząc o ‚rozdziale pierwszym‚, segment drugi traktuje o dorosłych wersjach małych bohaterów i ich powrocie do krainy dzieciństwa.

Mike jako jedyny pozostał na miejscu, niby strażnik gotowy zaalarmować oddział gdy tylko parszywiec Pennywise wychyli się z kanału. Jedyny czarnoskóry członek klubu frajerów nie zdołał ułożyć sobie życia, wciąż ślęczy nad książkami łącząc etat bibliotekarza z prywatną paranoją na punkcie Pennywise’a. Włosy Beverly nadal płoną, ale niestety jej serce zapłonęło do mężczyzny będącego swoistym klonem jej psycho tatusia. Beverly z ochotą wraca do przyjaciół z dzieciństwa, wciąż nie łapiąc czyje serce spaliła w zimowym ogniu. Hipochondryczny Eddie pochował nadopiekuńczą matkę dzięki czemu wyfrunął z gniazda wprost do sektora finansowego. Richie został mało zabawnym, ale bogatym komikiem i do Derry wrócił wypasioną bryką. Bill, który zapoczątkował krucjatę w ’89 został poczytnym pisarzem, któremu sam Stephen King wytknie skłonność do kiepskich zakończeń. Dorosły Ben został architektem i … ciachem. Spektakularna metamorfoza jego powierzchowności z tłustego cielaka i zgrabnego byczka robi na jego przyjaciołach większe wrażenie, niż CGI na widzach „TO: Rozdział 2”. Zabrakło tylko Stana, ale o nieobecnych nie mówimy;)

Wbrew moim założeniach kontynuacja filmu nie trzyma się tak mocno czasów współczesnych. Widz co i ruch przenoszony jest do lat ’80, za sprawą maniakalnie stosowanych retrospekcji. Może gdyby nie to, film nie byłby takim molochem. Szczęśliwie owe retrospekcje nie są kadrami wyciętymi z jedynki i odtworzonymi raz jeszcze, a fragmentami do tej pory nie prezentowanymi widowni. Pojawiają się ilekroć luki w pamięci dorosłych egzemplarzy frajerów uzupełniają się o nowe informacje z przeszłości. Dla twórców filmu stanowią też doskonały pretekst do rzucenia widzowi w twarz kolejnej porcji efektów.

Tak, efekty. Efekty są tym czym żyje „To: Rozdział 2”, czym oddycha. O komputerowo wygenerowanych maszkar i wszelkich potworności jest aż duszno, aż gęsto. Nie podobało mi się to. Obraz jest przeładowany  jump scenami, a to zawsze daje efekt odwrotny od zamierzonego.

Gwiazdorska obsada radzi sobie całkiem nieźle, choć jak dla mnie trochę ich skrzywdzono dialogami. Masa patosu, infantylność, inteligencja zdecydowanie poniżej przeciętnej. Ponownie najbardziej podobał mi się Pennywise, dopóki nie władowali mu w dupę rażącej porcji CGI. Po tym gwałcie nie jest już taki sam, a szkoda.

Reasumując, film sobie obejrzałam i o tyle. W porównaniu z pierwszym wypada zdecydowanie słabiej, a co to będzie jak zrobią „To: Rozdział 1/2”? Tak, Moi Drodzy, sukces finansowy obydwu produkcji pobudził apetyt twórców. Ci rozpływając się w zachwycie nad własnym geniuszem the best’u, który to podsunął im patent ukrytych wspomnieć, już zaczęli mędrkować, że z samych wspomnień ‚pomiędzy’ można by zmajstrować scenariusz. Tak więc być może niebawem dowiemy się jaką kieckę Beverly założyła na ślub ze swoim mężem-dupkiem, czemu Bill pisze kiepskie zakończenia i ile szczurów Mike ubił na strychu biblioteki.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:5

51/100

W skali brutalności:2/10

Karma, czyli sumienie

Karma/ Karma (2018)

Manny i Alicia są młodym małżeństwem z problemami finansowymi. Owe problemy zmuszają ich do zamieszkania z teściami. Manny nie może znaleźć pracy, więc ojciec jego małżonki daje mu etat w swojej agencji nieruchomości. Praca Manny’ego nie ma jednak polegać na uszczęśliwianiu kolejnych rodzin nowymi domami, a odbieraniu ich zadłużonym lokatorom.

W czasie jednej z eksmisji Manny jest zmuszony wyrzucić na bruk dawnego kolegę i jego chorą matkę. Walcząc z własnym sumieniem w końcu decyduje się udowodnić teściowi, że nadaje się do wykonywanej pracy. Wkrótce po tym zdarzeniu na Manny’ego i jego bliskich zaczynają spadać kolejne nieszczęścia.

„Karma” to termin obecny w wierzeniach hinduizmu i buddyzmu, ale nie tylko osoby z tych kręgów religijnych wierzą w jej istnienie. Karmiczne podejście jest dość uniwersalne, wszystko sprowadza się do życia w myśl zasady: co zasiejesz to zbierzesz, to co czynisz innym wraca do Ciebie.

Teraz już chyba wiecie o czym jest film Nicka Simona i co robi słowo ‚karma’ w tytule. Z uwagi na gatunek możecie się spodziewać, że ‚suka karma’ uderzy tu z dużym impetem.

Bóg Iswara, czyli Hinduistyczny dostarczyciel karmy, objawia się tu jako siła iście demoniczna i nie tylko sprowadza nieszczęścia na tych, którzy ‚zasłużyli’, ale  i targa ludźmi po podłodze, uderza o ściany – jak na amerykańskiego demona przystało.

Nasz sympatyczny bohater Manny gdy orientuje się, z czym ma do czynienia stara się przebłagać zły los, oszukać przeznaczenie.

Założenia fabularne filmu nie są złe. Wykorzystanie motywu karmy jest dość ciekawym posunięciem, ale wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

Nie jest to obraz wysokich lotów. Warsztat aktorski i wszystkie aspekty techniczne są na bardzo przeciętnym poziomie, a i scenariusz można by trochę podrasować. Zabrakło jakiegokolwiek elementu zaskoczenia, czegoś co wyróżniłoby film spośród innych horrorów z demonicznymi siłami.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:6

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:5

Aktorstwo:5

Oryginalność:6

To coś:5

48/100

W skali brutalności: 1/10

Czerwony

La influencia/ Zła siła (2019)

Alicia  zmuszona jest wrócić do swojego rodzinnego domu by pomóc w opiece nad pogrążoną w śpiączce matką. Z uwagi na traumatyzujące dzieciństwo nie jest to łatwy powrót. Im dłużej Alicia przebywa w tym otoczeniu tym żywsze stają się wspomnienia, zaś złowroga aura domu zdaje się oddziaływać także na jej męża i córkę.

Przypuszczam, że na koniec października posypie się sporo horrorowych propozycji – halloween, no wiecie –  i nawet bym się z tego powodu cieszyła gdyby nie fakt, że ilość zazwyczaj nie idzie w parze z jakością.

„Zła siła” to jedna z propozycji od Netflixa. Produkcja rodem z Hiszpanii więc nauczona doświadczeniem spodziewałam się czegoś fajnego i klimatycznego, zapomniałam tylko, że era świetnych horrorów z tego rejonu chyba już powoli przemija i coraz częściej natykam się na zupełnie średnie hiszpańskie horrory.

„Zła siła” jest właśnie zupełnie średni, a jeśli chciałabym być uszczypliwa to stwierdziłabym wręcz, że marny. Marność odnoszę głównie do fabuły, która wydaje się dość dziurawa na poziomie scenariusza i niekoniecznie oryginalna.

Ale film ma też zalety, że tak powiem ‚smaczki’. Kilka scen zwróciło moją szczególną uwagę w sposób, który zdarza mi się rzadko. Doceniam też scenografię, rekwizyty, czy zdjęcia. A, i aktorstwo.

Ogólnie od strony technicznej jest klawo, tylko ta historia, a może raczej sposób jej opowiedzenia mocno zgrzyta. Ma ciekawe drobne elementy, ale patrząc całościowo, nie sprawdza się. Tak więc wrzucam do ‚da się obejrzeć’, ale bez polecania.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:5

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:5

55/100

W skali brutalności:2/10

Annabelle w domu Warrenów

Annabelle comes home/ Annabelle wraca do domu (2019)

Ed i Lorriane Warrenowie, małżeństwo demonologów i ekspertów od zjawisk nadprzyrodzonych wyrusza na kolejny wyjazd służbowy. Swoją córkę Judy pozostawiają pod opieką zaufanej babysitterki Mary Ellen, która ma opiekować się dziewczynką w ich domu.

Tak też się dzieje, jednak do Judy i Mary Ellen dołącza przyjaciółka tej drugiej Daniela, nastolatka, która w tragicznych okolicznościach straciła ojca. Daniela bardzo interesuje się pracą Warrenów i wierzy, że w zamkniętym pomieszczeniu w ich domu znajdzie coś co pomoże jej nawiązać kontakt ze zmarłym. I znajduje, lalkę będącą katalizatorem zjawisk nadprzyrodzonych – Annabelle.

Wszystko zaczęło się od Jamesa Wana i jego „Obecności„. To tu po raz pierwszy pojawiają się postaci demonologów, Eda i Loriane, bohaterów autentycznych, których prace mogą zainspirować nie jednego twórcę horrorów. I inspirują. Hollywood wyciąga ile może z historii zapoczątkowanej przez Wan’a, tworząc swoiste universum, w którym każdy duch, czy demon może doczekać się własnej historii z swoim imieniem na plakacie filmowym.

Demoniczna lalka „Annabelle pojawiła się zaraz po pierwszej odsłonie „Obecności”. Wyszedł z tego marny film, który jednak kontynuowano.

I dalej kręci się ta karuzela. Kolejne nazwiska reżyserów, kolejne historie, które łączą się ze sobą, ale w niekoniecznie klarowny sposób.

„Annabelle wraca do domu” wg. chronologii wydarzeń rozgrywa się przed wydarzeniami z „Obecności”  i jej sequelu a po wydarzeniach z „Annabelle” i „Annabelle 2„. Właśnie wszytko sobie porządkowałam w głowie gdy dostrzegłam, że w piwnicy Warrenów poza nieszczęsną Annabelle znajdziemy też przedmioty wyniesione z domów bohaterów „Obecności” i Obecności 2″, tak więc zbaraniałam i postanowiłam odpuścić zagłębianie się w chronologie. Wam radzę to samo.

Zastanawiałam się też co oznacza tytuł „Wraca do domu”. To znaczy, że jej pierwotnym miejscem zamieszkania był dom Warrenów? A może „comes” powinniśmy traktować jako „przybyć”? Miałoby to więcej logiki: Annabelle wreszcie dociera tam gdzie jej miejsce.

Ale dobra, zostawmy te czcze rozważania i do rzeczy: Czy „Annabelle wraca do domu” jest dobrym horrorem? To zależy. Jeśli porównać ją z innymi franczyznami, typu Zakonnica„, czy nawet pierwsza część „Annabelle” nie jest najgorzej. Nie ma tu za dużo efektów – jak na standardy universum – a te, które są nie są najgorsze, historia też jest znośna choć nazwanie ją intrygującą byłoby znacznym przegięciem.

Co jest pewnym novum, scenariusz dużą uwagę poświęca rodzinnie Warrenów. Może nie tyle Ed’owi i Lorianne bezpośrednio, ale wchodzimy w ich świat, do ich domu do ich rodziny, a główną bohaterką jest ich córka. To osobiście odnotowuję na plus.

Ale czy to wystarczy by film w szczególny sposób wyróżnić? Nie. Osobiście jestem już zmęczona wątkami z „Obecności” i kolejnymi produkcjami robionymi trochę na siłę. Zaczyna to przypominać wietnamski bazar, nikt nic nie rozumie, połowa się zgubiła, ale wszyscy kupują.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:5

52/100

W skali brutalności:1/10

Miałam złe przeczucia

The Haunting of Sharon Tate (2019)

Młodziutka żona znanego Hollywoodzkiego reżysera wraca z Europy, gdzie odwiedzała zapracowanego  małżonka by oczekiwać na narodziny ich pierwszego dziecka w ich wspólnym domu w Los Angeles. Towarzyszy jej były partner, a obecnie dobry przyjaciel Jay, przyjaciółka Abigail i jej chłopak Wojtek.

Otoczoną troskliwą opieką Sharon nawiedzają jednak niepokojące przeczucia, szczególnie związane z niejakim Charlie’im który uporczywie nachodzi jej włości by skontaktować się z producentem muzycznym, od którego Sharon i jej mąż najmują dom. Złe przeczucia coraz bardziej nasilają się przyjmując obraz strasznych wizji, aż pewnego wieczoru urzeczywistniają się.

W tym roku kina na całym świecie szturmuje nowy film Tarantino. Traktuje on o morderstwie popełnionym w ’69 na żonie Romana Polańskiego i jej przyjaciołach w domu przy Cielo Drive w Los Angeles. Nie jego jedynego zafrapował ten temat. Miałam już okazję oglądać jeden wyjątkowo mierny filmowy twór nakręcony na podstawie tych wydarzeń, „Wataha u drzwi„.

Jak widać jeszcze ktoś postanowił zmierzyć się z tą historią. Daniel Farrands lubi bawić się historiami prawdziwymi („Dziewczyna z sąsiedztwa„), jednak wydaje mi się, że wypuszczenie filmu o najsłynniejszym morderstwie w Hollywood, w dodatku w tym samym roku co Tarantino to skok na głęboką i wyjątkowo mętną wodę.

Większość widzów przekreśliła ten projekt już po seansie z jego trailerem. Ja osobiście nie mogłam uwierzyć własnym oczom widząc tytuł „The Haunting of Sharon Tate”. To ona była opętana? – Moja pierwsza myśl. Musiałam to zobaczyć na własne oczy i mimo, że większość z was czeka pewnie na moje wrażenia po „Annabelle wraca do domu”, który to właśnie wyłonił się z czeluści internetu, to postanowiłam zostawić lalkę na deser i przyjrzeć się temu cokolwiek dziwnemu przedsięwzięciu Farrandsa.

Jak wspomniałam film nie cieszy się dobrą opinią, choć domyślam się że część ocen została wystawiona przedwcześnie. Nie, nie bronię tego filmu, ale chciałabym Wam powiedzieć, że jest w nim coś dobrego.

Aktualnie mozolnie brnę przez lekturę „Helter Skelter…” więc zasiadając do seansu z ‚nawiedzoną sharon’ sądziłam, że nie uświadczę niczego nowego. Tak, nadal uważałam, że słówko „Haunting” pojawiło się tak jakby przypadkiem -wypadkiem, albo gwoli zasiania zamętu. Co się okazało, wcale nie.

Fabuła filmu skupia się na przeżyciach wrażliwej młodej kobiety, która instynktownie wyczuwa zagrożenie. Jej przeczucia są tak silne, że przestaje odróżniać senne koszmary od rzeczywistości. Nie mam pojęcia czy prawdziwa Sharon Tate miała takowe przeczucia, ale chyba nie powiecie mi, że nie jest to pewna …. innowacja jeśli idzie o tą historie. Słysząc o niej wszyscy z automatu myślą o samym akcie morderstwa.  A co jeśli Wam powiem, że nie zobaczycie morderstwa Sharon na ekranie? Zaintrygowani?

Jeszcze nie widziałam nowego filmu Tarantino, ale on podobno nie skupia się na samym akcie zabójstwa, ale to nadal nie jest to co odwalił – to chyba właściwe słowo – Daniel Farrands. SPOILER:  Jego produkcji bliżej do horroru paranormalnego niż home invasion, którego można by się spodziewać. Widzimy tu wersję wydarzeń, wersję złudną, wersję życzeniową, w której Sharon Tate i jej przyjaciele zaciekle walczą o życie i wygrywają. Pozornie, bo finalnie okazuje się, że jednak nie. Sharon myśli, że przetrwała zamach na swoje życie, do chwili gdy dostrzega swoje własne zwłoki. KONIEC SPOILERA. Wiem, brzmi to jak bredzenie wariata, ale w tym wariactwie coś było. Coś co mnie, no nie wiem, poruszyło?

Technicznie film wypada blado. Głównie za sprawą obsady. Czy była gwiazdka Disney’a nie jest wymarzoną słodką buzią, którą można obsadzić w roli niezbyt utalentowanej ale ładnej aktorski? No, widać nie, bo Hilary Duff – tak, nie żartuję, Lizzie McGuire –  jest aktorskim drewnem i nigdy nie opuściła klubu myszki Miki. Czytając wypowiedzi Romana Polańskiego na temat jego żony szczególnie często trafiałam na określenie „Słodka”, ale która młoda żona nie jest słodka w oczach męża? Hilary Duff chyba szczególnie wzięła to sobie do serca, bo przesłodziła kreacje roli Sharon, bardzo mnie to drażniło nim przywykłam. Reszta obsady nie wypada wcale lepiej, bo każda wypowiadana przez nich kwestia wydaje się siłą wepchnięta w ust. Nie wiem więc, czy typując najgorszego aktora z całej obsady filmu postawiłabym na Duff.

Osoby bardzo mocno zaangażowane w analizowanie prawdziwych wydarzeń w domu Polańskiego mogą być mocno zniesmaczone, bo ja sama, choć do takowych nie należę zauważyłam dużo naciągnięć, przegięć i pomyłek. I słowo ‚pig’ napisane na szybie zamiast na ścianie wcale nie jest największym z nich.

Wszystko zostało dostosowane do wizji twórcy. Równie dobrze mógłby być to film o innej kobiecie, która ma złe przeczucia, ale nikt jej nie słucha bo ‚winne są hormony ciężarnej’ i zostaje zamordowana. Mógłby, i z pewnością wyszło by mu to na zdrowie. Wtedy każdy uznałby go po prostu za mocno średni film, a nie potwarz rzuconą w stronę tragicznej historii, która wydarzyła się na prawdę.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:4

Aktorstwo:4

Oryginalność:6

To coś:6

49/100

W skali brutalności:1/10

Utopię Twoje dzieci

The Curse of La Llorona/ Topielisko. Klątwa La Llorony (2019)

Los Angeles, lata ’70 XX wieku. Wdowa po policjancie, Anna Tate Garcia samotnie wychowuje dwoje dzieci i pracuje w opiece społecznej. W czasie jednego ze zleceń odkrywa, że podopieczna opieki społecznej Patricia Avlwarez od dłuższego czasu więzi swoich dwóch synów. Po jej interwencji, wbrew agresywnemu sprzeciwowi ich matki, chłopcy zostają zabrani z domu. Wkrótce po tym obydwaj zostają utopieni w pobliskiej rzece przez nieznanego sprawcę.

Wtedy w głowie Anny po raz pierwszy świta myśl, że być może pani Alvarez chroniła przed czymś synów, nie zaś ich więziła. Na refleksje jest jednak zdecydowanie za późno bowiem przyjdzie jej na własnej skórze przekonać się z czym musiała mierzyć się Patricia Alvarez.

Odziana w biel kobieta z niemowlęciem na ręku – La Llorona, czyli płaczka jest bohaterką legend szczególnie popularnych wśród Latynoamerykanów. Jej korzenie sięgają jeszcze czasów Azteków i odnoszą się do bogini Cihuacóatl.

Współcześnie płaczka jest patronką kobiet zmarłych w czasie połogu. Symbolizuje najgorsze nowiny i stanowi zwiastun nieszczęścia. Jeśli chodzi o jej ‚ludzkie’ pochodzenie jest kilka wersji i żadna Moi Drodzy nie jest dokładnie tą, którą przywołuje film Michaela Chavesa. Są moim zdaniem mocniejsze, ale że Hollywood czuje się szczególnie zobowiązany zachować pewną poprawność idąc w masowego odbiorce nie jestem zdziwiona takim przedstawieniem sprawy. Ba, gdyby „Topielisko” nie było dziełem czysto komercyjnym i typowo mainstreamowym mogłabym się chyba spodziewać znacznie lepszego wykorzystania potencjału tkwiącego w postaci antybohaterki. Jest jednak jak jest.

A jest standardowo. Pewnie niektórzy z Was połapali się, że film próbuje chwytać się najsłynniejszych obecnie motywów wyciągniętych z opowieści Warrenów. Jakąś okrężną drogą przypisano go bowiem do uniwersum Obecności” stąd migawka z lalką Annabelle i znajomy ksiądz Perez. Mimo, że jakąś wielką fanką „Obecności” nie jestem, to mocno mnie zniesmacza ta tendencja taśmowego produkowania miernych acz wysokobudżetowych straszaków, które jedyne co mogą robić to grzać się w blasku sławy James’a Wana i naciągać naiwną gawiedź liczącą na poziom, do którego te produkcje nie mają szans się zbliżyć.

„Topielisko” może nie przynosi takiego ogromu rozczarowania jak zrobiła to „Zakonnica„, czy pierwsza odsłona „Annabelle, ale wcale nie jest za dobrze.

Przede wszystkim jest to film na wskroś na wylot komercyjny. Ma być efektownie, ma być dynamicznie, pal licho nastrój, napięcie, czy jakieś inne archaiczne przymioty horroru. Tak jak „Obecność” plusowała u mnie fajnie oddanym klimatem lat ’70 to w przypadku „Topieliska” jest on zupełnie nie odczuwalny. Gdyby nie napis na ekranie „Los Angeles 1973” i stary telewizor w salonie  prawdopodobnie zapomniałabym, że akcja została osadzona w tamtych latach.

Straszenie w filmie ogranicza się tylko i wyłącznie do nagłych emanacji komputerowo wygenerowanej antybohaterki i tylko w przypadku jednej, czy dwóch scen poświecono kawałeczek taśmy na uprzednie zbudowanie maleńkiego wstępu.

A efekty moi drodzy, na bogato. Komputerowa zmora gości na ekranie bardzo często. Na tyle często, że można do niej szybko przywyknąć i przestaje robić jakiekolwiek wrażenie. Jej historia, jak wspomniałam na początku, robi marne wrażenie. Jak na bohaterkę tak tragiczną, psychologia jej postaci trąci nie małym zaniedbaniem. Aktorstwo nie najgorsze, ale żeby się czymś szczególnie zachwycić to też nie bardzo jest czym.

Są jednak spore szanse, że nie przyśniecie w czasie seansu z filmem, bo dzieje się dużo i szybko. No to, tak się sprawy mają.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:4

Napięcie: 5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne: 6

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:4

49/100

W skali brutalności:1/10