Archiwa tagu: ghost story

Nie ma tu nic dobrego

Empty rooms/ Puste pokoje (2010)

Maddie po odejściu od partnera kupuje dom za kusząco niską cenę. Wprowadza się do niego wraz ze swoim adopcyjnym synem i pragnie rozpocząć nowe życie. Nowy dom robi pierwsze złe wrażenie na chłopcu jednak Maddie zrzuca jego reakcje na karb autyzmu, na który cierpi chłopiec. Wkrótce sama zaczyna doświadczać dziwnych doznań, aż w końcu zła atmosfera domu przeradza się we frontalny atak.

Nie wiem co mnie podkusiło, żeby sięgnąć po ten film. Tytuł “Empty rooms” swoją prostotą robił dużo lepsze wrażenie niż kolejne ‘egzorcyzmy’, ‘opętania’, ‘nawiedzenia’… ‘takiego a takiego’ w domu ‘takim a takim’. Niestety wszelkie dobro związane z tą produkcją kończy się na tytule. Dodatkowo film jest tak zły, że najwyraźniej zakończył dalsze próby debiutującego reżysera, działania w tejże roli, bo po “Empty rooms” nie wypuścił już nic więcej.

Oczywiście jest to kolejny film o nawiedzonym domu z lekką nutką paranoi, co też jest częstym wątkiem. W tym wszystkim scenariusz nie jest może najgorszy, bo nie można mu zarzuć braku konsekwencji, jakiejś rażącej głupoty czy tego typu spraw. Jest do bólu prosto, ale to jest do przeżycia. Niestety mankamenty realizacyjne to już inna para kaloszy. Aktorstwo lekko powyżej dna, zaś technologia kręcenia – od obrazu po dźwięk – puka o dno od spodu…

Wprost ciężko na to patrzeć i tego słuchać. Zupełna amatorka, brak polotu, brak podstawowych umiejętności i możliwości technicznych. “Empty rooms” nie ma w sobie nawet najmniejszego pierwiastka, który mogłabym pochwalić, więc nie pozostaje mi nic innego jak odwieźć Was od pomysłu seansu z nim. Ratuj się kto może.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:4

Klimat:4

Napięcie:3

Zabawa:4

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:1

Aktorstwo:3

Oryginalność:2

To coś:1

24/100

W skali brutalności: 1/10

Co gryzie Jennifer

Gnaw/ Apartament 212 (2017)

Jennifer po rozstaniu z agresywnym mężem wynajmuje skromne mieszkanie w nieciekawej dzielnicy. Próbuje odzyskać spokój jednak żyje w ciągłym lęku przed swoim ex. Nieustające lamenty jakie słyszy z mieszkania sąsiadki również nie dają jej spokoju. W końcu Jennifer decyduje się wyciągnąć do kobiety pomocą dłoń, jednak jest już za późno – sąsiadka popełnia samobójstwo, co jest kolejnym traumatycznym przeżyciem dla bohaterki.

Od tego momentu stan psychiczny Jennifer jeszcze się pogarsza co ma też odzwierciedlenie w zdrowi fizycznym. Każdej nocy na jej ciele pojawiają się ślady po ugryzieniach, których pochodzenia nikt nie jest w stanie stwierdzić.

“Gnaw”,produkcja hiszpańsko- amerykańska oscyluje wokół psycho thrillerabody horroru. Te dwa podgatunki są jednymi z moich ulubionych i fakt, że weszły w koalicję za sprawą filmu Haylar’a Garci bardzo mnie cieszy. Finalnie mamy tu do czynienia z czymś jeszcze, ale nie chcę Was naprowadzać na ten trop, bo popsuję niespodziankę.

“Gnaw” szybko mnie zaangażował w opowiadaną historię. Dużo czasu poświęcono na zarysowanie warstwy dramatycznej, czyli przedstawienie sytuacji życiowej Jennifer, co stanowi punkt wyjścia dla wszystkich filmowych wydarzeń. Dzięki temu jej los nie był mi obojętny.

Najmocniejszym, moim zdaniem, elementem fabuły jest wątek przypadłości bohaterki. Plamy na jej ciele, kojarzące się z jakość nieprzyjemną chorobą zakaźną, albo zażywaniem twardych narkotyków to punkt zapalny w całej historii.

Najpierw podobne objawy widzimy bowiem u sąsiadki Jennifer. Widzimy jak cierpiąca kobieta jest mijana z obojętnością, a nawet gorzej. Widzimy jak patrzy na nią Jennifer. To samo spotka ją samą i to już wkrótce.

Bez skuteczne poszukiwanie pomocy, podejrzenia jakie są kierowane w jej stronę i ostracyzm z jakim spotyka się w czasie rozmowy o pracę. Wszystko to wpędza ją w poczucie paranoi. 

We wszelkiego rodzaju body horrorach środek ciężkości zwykle spoczywający na jakimś zewnętrznym antybohaterze przesuwany jest na osobę bohatera, na jego własne ciało, tak jakby ono było wrogiem, ono chciało zabić naszego bohatera. Dokąd można uciec od samego siebie? Jak się bronić? Body horrory żerują na naszym lęku przed chorobami, nie boją się wizualizować najgorszego i na tym polega ich siła. Muszę stwierdzić, że nie spotkałam dotąd filmu z tego gatunku, który nie zrobiłby na mnie wrażenia.

Wątek typowy dla body horroru, wątek paranoid thrillera to nie wszystko co oferuje scenariusz, bo nieoczekiwany – przynajmniej przeze mnie zwrot akcji otwiera inną perspektywę.

Czy warto było zbaczać w tym kierunku ocenicie sami. Ja jestem z tego filmu całkiem zadowolona.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:7

63/100

W skali brutalności:2/10

Powrót czerwonego balonika

It: Chapter two/ To: Rozdział 2

Minęło 27 lat odkąd siedmioro dzieciaków z Derry zmierzyło się upiornym klaunem z kanałów pod miastem. Billy, Beverly, Ben, Stan, Richie, Eddie i Mike wyszli z potyczki z Pennyvise’m cało i doczekali dorosłości. Niestety zła nie da się zabić tak do końca, ono zawsze znajdzie drogę powrotną. Można tylko uciec i zapomnieć, jak uczynili to członkowie ‘klubu frajerów’.

Mike, który jako jedyny pozostał w Derry , w 27 lat od momentu starcia telefonuje do swoich przyjaciół informując ich, że To wróciło. Przyjaciele zobowiązani solenną przysięgą przybywają do Derry by jeszcze raz podjąć rękawice.

O ile bohaterzy filmu “To” (2017)  na wielki come back ‘Tego’ musieli czekać 27 lat, o tyle filmowcy uwinęli się z tematem w dwa lata i widzowie mogą już cieszyć się z kontynuacji historii. Czy faktycznie mamy powody do radości, to już kwestia indywidualna;)

Tak, jak przewidziałam pisząc o ‘rozdziale pierwszym‘, segment drugi traktuje o dorosłych wersjach małych bohaterów i ich powrocie do krainy dzieciństwa.

Mike jako jedyny pozostał na miejscu, niby strażnik gotowy zaalarmować oddział gdy tylko parszywiec Pennywise wychyli się z kanału. Jedyny czarnoskóry członek klubu frajerów nie zdołał ułożyć sobie życia, wciąż ślęczy nad książkami łącząc etat bibliotekarza z prywatną paranoją na punkcie Pennywise’a. Włosy Beverly nadal płoną, ale niestety jej serce zapłonęło do mężczyzny będącego swoistym klonem jej psycho tatusia. Beverly z ochotą wraca do przyjaciół z dzieciństwa, wciąż nie łapiąc czyje serce spaliła w zimowym ogniu. Hipochondryczny Eddie pochował nadopiekuńczą matkę dzięki czemu wyfrunął z gniazda wprost do sektora finansowego. Richie został mało zabawnym, ale bogatym komikiem i do Derry wrócił wypasioną bryką. Bill, który zapoczątkował krucjatę w ’89 został poczytnym pisarzem, któremu sam Stephen King wytknie skłonność do kiepskich zakończeń. Dorosły Ben został architektem i … ciachem. Spektakularna metamorfoza jego powierzchowności z tłustego cielaka i zgrabnego byczka robi na jego przyjaciołach większe wrażenie, niż CGI na widzach “TO: Rozdział 2”. Zabrakło tylko Stana, ale o nieobecnych nie mówimy;)

Wbrew moim założeniach kontynuacja filmu nie trzyma się tak mocno czasów współczesnych. Widz co i ruch przenoszony jest do lat ’80, za sprawą maniakalnie stosowanych retrospekcji. Może gdyby nie to, film nie byłby takim molochem. Szczęśliwie owe retrospekcje nie są kadrami wyciętymi z jedynki i odtworzonymi raz jeszcze, a fragmentami do tej pory nie prezentowanymi widowni. Pojawiają się ilekroć luki w pamięci dorosłych egzemplarzy frajerów uzupełniają się o nowe informacje z przeszłości. Dla twórców filmu stanowią też doskonały pretekst do rzucenia widzowi w twarz kolejnej porcji efektów.

Tak, efekty. Efekty są tym czym żyje “To: Rozdział 2”, czym oddycha. O komputerowo wygenerowanych maszkar i wszelkich potworności jest aż duszno, aż gęsto. Nie podobało mi się to. Obraz jest przeładowany  jump scenami, a to zawsze daje efekt odwrotny od zamierzonego.

Gwiazdorska obsada radzi sobie całkiem nieźle, choć jak dla mnie trochę ich skrzywdzono dialogami. Masa patosu, infantylność, inteligencja zdecydowanie poniżej przeciętnej. Ponownie najbardziej podobał mi się Pennywise, dopóki nie władowali mu w dupę rażącej porcji CGI. Po tym gwałcie nie jest już taki sam, a szkoda.

Reasumując, film sobie obejrzałam i o tyle. W porównaniu z pierwszym wypada zdecydowanie słabiej, a co to będzie jak zrobią “To: Rozdział 1/2”? Tak, Moi Drodzy, sukces finansowy obydwu produkcji pobudził apetyt twórców. Ci rozpływając się w zachwycie nad własnym geniuszem the best’u, który to podsunął im patent ukrytych wspomnieć, już zaczęli mędrkować, że z samych wspomnień ‘pomiędzy’ można by zmajstrować scenariusz. Tak więc być może niebawem dowiemy się jaką kieckę Beverly założyła na ślub ze swoim mężem-dupkiem, czemu Bill pisze kiepskie zakończenia i ile szczurów Mike ubił na strychu biblioteki.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:5

51/100

W skali brutalności:2/10

Karma, czyli sumienie

Karma/ Karma (2018)

Manny i Alicia są młodym małżeństwem z problemami finansowymi. Owe problemy zmuszają ich do zamieszkania z teściami. Manny nie może znaleźć pracy, więc ojciec jego małżonki daje mu etat w swojej agencji nieruchomości. Praca Manny’ego nie ma jednak polegać na uszczęśliwianiu kolejnych rodzin nowymi domami, a odbieraniu ich zadłużonym lokatorom.

W czasie jednej z eksmisji Manny jest zmuszony wyrzucić na bruk dawnego kolegę i jego chorą matkę. Walcząc z własnym sumieniem w końcu decyduje się udowodnić teściowi, że nadaje się do wykonywanej pracy. Wkrótce po tym zdarzeniu na Manny’ego i jego bliskich zaczynają spadać kolejne nieszczęścia.

“Karma” to termin obecny w wierzeniach hinduizmu i buddyzmu, ale nie tylko osoby z tych kręgów religijnych wierzą w jej istnienie. Karmiczne podejście jest dość uniwersalne, wszystko sprowadza się do życia w myśl zasady: co zasiejesz to zbierzesz, to co czynisz innym wraca do Ciebie.

Teraz już chyba wiecie o czym jest film Nicka Simona i co robi słowo ‘karma’ w tytule. Z uwagi na gatunek możecie się spodziewać, że ‘suka karma’ uderzy tu z dużym impetem.

Bóg Iswara, czyli Hinduistyczny dostarczyciel karmy, objawia się tu jako siła iście demoniczna i nie tylko sprowadza nieszczęścia na tych, którzy ‘zasłużyli’, ale  i targa ludźmi po podłodze, uderza o ściany – jak na amerykańskiego demona przystało.

Nasz sympatyczny bohater Manny gdy orientuje się, z czym ma do czynienia stara się przebłagać zły los, oszukać przeznaczenie.

Założenia fabularne filmu nie są złe. Wykorzystanie motywu karmy jest dość ciekawym posunięciem, ale wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

Nie jest to obraz wysokich lotów. Warsztat aktorski i wszystkie aspekty techniczne są na bardzo przeciętnym poziomie, a i scenariusz można by trochę podrasować. Zabrakło jakiegokolwiek elementu zaskoczenia, czegoś co wyróżniłoby film spośród innych horrorów z demonicznymi siłami.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:6

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:5

Aktorstwo:5

Oryginalność:6

To coś:5

48/100

W skali brutalności: 1/10

Czerwony

La influencia/ Zła siła (2019)

Alicia  zmuszona jest wrócić do swojego rodzinnego domu by pomóc w opiece nad pogrążoną w śpiączce matką. Z uwagi na traumatyzujące dzieciństwo nie jest to łatwy powrót. Im dłużej Alicia przebywa w tym otoczeniu tym żywsze stają się wspomnienia, zaś złowroga aura domu zdaje się oddziaływać także na jej męża i córkę.

Przypuszczam, że na koniec października posypie się sporo horrorowych propozycji – halloween, no wiecie –  i nawet bym się z tego powodu cieszyła gdyby nie fakt, że ilość zazwyczaj nie idzie w parze z jakością.

“Zła siła” to jedna z propozycji od Netflixa. Produkcja rodem z Hiszpanii więc nauczona doświadczeniem spodziewałam się czegoś fajnego i klimatycznego, zapomniałam tylko, że era świetnych horrorów z tego rejonu chyba już powoli przemija i coraz częściej natykam się na zupełnie średnie hiszpańskie horrory.

“Zła siła” jest właśnie zupełnie średni, a jeśli chciałabym być uszczypliwa to stwierdziłabym wręcz, że marny. Marność odnoszę głównie do fabuły, która wydaje się dość dziurawa na poziomie scenariusza i niekoniecznie oryginalna.

Ale film ma też zalety, że tak powiem ‘smaczki’. Kilka scen zwróciło moją szczególną uwagę w sposób, który zdarza mi się rzadko. Doceniam też scenografię, rekwizyty, czy zdjęcia. A, i aktorstwo.

Ogólnie od strony technicznej jest klawo, tylko ta historia, a może raczej sposób jej opowiedzenia mocno zgrzyta. Ma ciekawe drobne elementy, ale patrząc całościowo, nie sprawdza się. Tak więc wrzucam do ‘da się obejrzeć’, ale bez polecania.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:5

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:5

55/100

W skali brutalności:2/10