Archiwa tagu: giallo

Małe szaleństwo

Schizo/ Schizofrenia (1976)

Utalentowana łyżwiarka figurowa, Samantha wychodzi za mąż za swojego narzeczonego Alana i przeprowadza się do Londynu. Miodowy miesiąc nowożeńców zakłóca jednak głębokie przekonanie kobiety, że w ślad za nią podąża ktoś kto życzy jej wyjątkowo źle. Tym kimś ma być niejaki William Haskins, człowiek, który przed laty położył cień na życiu Samanthy.

Cieszę się ilekroć udaje mi się trafić na jakiś filmowy staroć z gatunku, którego jeszcze nie miałam okazji zobaczyć. Tym bardziej w takim czasie jak ten, gdy moje spotkania z kinem współczesnym notorycznie kończą się rozczarowaniem. Gdyby nie zapas recenzji nie miałabym Wam ostatnio nawet co polecić.

“Schizofrenia” to horror psychologiczny w reżyserii Pete’a Wakera, którego filmografię ledwo liznęłam. Widziałam bodaj tylko “Dom długich cieni”, ale chyba zdecyduję się na nadrobienie innych tytułów.

“Schizo” nie odstaje estetyką od kina grozy lat ’70. Lekko ziarnisty obraz i szarpiąca nerwy muzyka. Można ją lubić lub nie. Rozpoznacie tu też fascynację nurtem giallo.

Scenariusz nastawiony jest na wywiedzenie widza w pole: Wszystkie początkowo założenia względem tej historii zostaną zmętnione i w końcu obalone. Jest to jednak proces dość mozolny i śledzenie powolnego tkania sieci intryg może Wam zbrzydnąć jeśli należycie do widzów mniej cierpliwych. Nie mniej jednak należy docenić precyzje twórców, bo to właśnie psychologiczna roszada jest najmocniejszym punktem filmu.

Poznajemy tu perspektywę zastraszonej kobiety, którą poczucie zagrożenia spycha na granicę szaleństwa. Samantha boryka się z brakiem wiary ze strony otoczenia i coraz silniejszym przekonaniem, że będzie zmuszona stoczyć walkę o swoje życie, samotną walkę. Tymczasem doskonale aktorsko wykreowany antagonista depcze jej po piętach. Każde pojawienie się na ekranie Williama podkręca napięcie. To jeszcze nic. Pamiętajcie bowiem, że wszystko jest kwestią perspektywy;)

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:7

Napięcie: 6

Klimat: 7

Zabawa:6

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:7

62/100

W skali brutalności: 1/10

Morderstwo, którego nie było

Piercing (2018)

Młody mąż i świeżo upieczony ojciec, Reed marzy o morderstwie. Najchętniej zabiłby własne dziecko, ale nie jest skończonym psychopatą, więc postanawia zabić kogoś obcego. W tym celu umawia się z prostytutką specjalizującą się w sado-maso, którą zamierza zabić w hotelu zgodnie z wymarzonym scenariuszem. Kiedy w pokoju hotelowym pojawia się Jackie  szybko okazuje się, że nic nie będzie tak jak planował.

Po seansie z najnowszą “Klątwą“, którą ku mojemu zdziwieniu nakręcił Nicolas Pesce, zastanawiałam się co też ten wyjątkowo zdolny facet zrobi z hajsem za tą chałturę. Niestety na to, przyjdzie mi pewnie poczekać. Za to udało mi się namierzyć jego film nakręcony po “Oczach matki“, a przed sequelem remake “Klątwy”. Owym filmem jest “Piercing”. Pesce zaskoczył mnie po raz kolejny. Trzy filmy, trzy kompletnie różne style. Reżyser kameleon.

“Piercing” uderza w klasykę, ale w jej inną odsłonę, inną dekadę. Estetyka wykonania każe myśleć o kinie z lat ’70, może ’80. Włoskie giallo i to takie z VHS. Wszystko od dźwięku, przez zdjęcia i scenografię aż do, uwaga, czołówki budzi skojarzenie z kinem innej epoki. Ależ mi to smakowało!

Fabuła filmu opiera się na powieści Ryu Murakamiego, którego twórczość znam tylko z ekranizacji. Widzieliście japońską “Grę wstępną“? To właśnie jego książka przeniesiona na ekran. Wyraźnie widać więc w jego twórczości zainteresowania tematyką sado-maso i wisielczy humor. Nie inaczej sprawa wygląda w przypadku “Piercingu”.

To kolosalnie szalony film. Z prostej historii o morderczych zamiarach wyciągnięto tyle obłędu ile się dało.

Mamy tu teatr na dwóch aktorów. Psychologiczne aspekty ich charakterów, aż domagają się większej wnikliwości, jednak japońska powściągliwość Murakamiego stawia ostrą granicę, a Pesce nie zamierzał jej przekraczać. Ten oszczędny wgląd w intencje i motywacje bohaterów procentuje wrażeniem groteski.

Czy “Piercing” jest brutalny? Coś się znajdzie. Bardziej odczuwalna jest ona w poczuciu nieuchronności tego co się stanie, w fantazjach i wspomnieniach, ale kiedy pojawia się tu i teraz robi to bez ostrzeżenia.

Obsadowo film porządny. W przypadku tak okrojonej obsady wszytko mogło się posypać, ale szczęśliwie warsztat Christophera Abbota i Mii Wasikowskiej nie stoi na papierowych nogach, więc solidnie i z wyczuciem.

Podsumowując, wszystko mi się tu podobało, chętnie zostałabym na dłużej w tej bajce.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność:8

To coś:8

73/100

W skali brutalności:2/10