Archiwa tagu: gniot

Zła June

June (2015)

Dziewięcioletnia June trafia do rodziny zastępczej w osobach pary średnio zaangażowanej w wychowanie własnych, a co dopiero cudzych dzieci. Opiekun socjalny dziewczynki obiecuje jej, że wkrótce znajdzie dla niej lepszy dom, jednak w przypadku dziewczynki żadne miejsce nie jest bezpieczne. Największym zagrożeniem dla June jest bowiem ona sama, a raczej drzemiące w niej mroczne alter ego.

Oto kolejny już w ostatnim czasie film z cyklu: nie wiem po co to oglądałam. Serio, mam ostatnio jakiegoś pecha i każdy odpalony horror okazuje się rozczarowaniem – dodam, że jest to raczej delikatnie ujęte 😉 A później dziw, że na blogu coraz więcej recenzji książek, a coraz mniej filmów, ale co ja Wam mogę o tego typu produkcji napisać?

Obraz stworzony przez debiutanta, który – nie zanosi się by kontynuował pracę twórczą. Może to i lepiej.

W „June” zabrakło wszystkiego, włącznie z dobrym pomysłem na fabułę. Bo co tu mamy? Ano mamy kolejną historię ocierającą się o paranormal horror, w którym głównym zjawiskiem paranormalnym jest osoba dziecka. Wątki religijne, dziwny kult, którego oblicze widzimy w migawkach i ich dążenia do… no, do tego do czego zwykle dążą tego typu wykolejeńcy.

Nasza mała bohaterka, June, to trochę takie Damien Thorn w sukience, albo Kingowska Carrie w miniaturze. W dziewczynce drzemie siła, nad którą nikt nie jest w stanie zapanować, włącznie z nią samą.

Takie dziecko z pewnością przyciągnęłoby uwagę i na to z pewnością liczył pomysłodawca ino problem w tym, że ktoś jeszcze wpadł na taki pomysł… około kilkunastu ktosiów… Tak więc, nie mamy tu nic nowatorskiego, a propozycja podania tego wyjałowionego już do gruntu zamysłu nie nadrabia wykonaniem.

W zasadzie jedynym światełkiem w tunelu jest tu mała odtwórczyni tytułowej roli. Dziecko serio gra nieźle, a swoją aparycją przypomina Elle Fanning i chyba to mnie zmyliło, żem po ten film sięgnęła. Mojego czasu spędzonego z tym filmem nikt mi nie odda, ale Wy jeszcze możecie go wykorzystać i zróbcie to darując sobie ten tytuł.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:4

Klimat:5

Napięcie:4

Zabawa:4

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:5

Aktorstwo:6

Oryginalność:3

To coś:3

39/100

W skali brutalności:1/10

Nie ma tu nic dobrego

Empty rooms/ Puste pokoje (2010)

Maddie po odejściu od partnera kupuje dom za kusząco niską cenę. Wprowadza się do niego wraz ze swoim adopcyjnym synem i pragnie rozpocząć nowe życie. Nowy dom robi pierwsze złe wrażenie na chłopcu jednak Maddie zrzuca jego reakcje na karb autyzmu, na który cierpi chłopiec. Wkrótce sama zaczyna doświadczać dziwnych doznań, aż w końcu zła atmosfera domu przeradza się we frontalny atak.

Nie wiem co mnie podkusiło, żeby sięgnąć po ten film. Tytuł „Empty rooms” swoją prostotą robił dużo lepsze wrażenie niż kolejne ‚egzorcyzmy’, ‚opętania’, ‚nawiedzenia’… ‚takiego a takiego’ w domu ‚takim a takim’. Niestety wszelkie dobro związane z tą produkcją kończy się na tytule. Dodatkowo film jest tak zły, że najwyraźniej zakończył dalsze próby debiutującego reżysera, działania w tejże roli, bo po „Empty rooms” nie wypuścił już nic więcej.

Oczywiście jest to kolejny film o nawiedzonym domu z lekką nutką paranoi, co też jest częstym wątkiem. W tym wszystkim scenariusz nie jest może najgorszy, bo nie można mu zarzuć braku konsekwencji, jakiejś rażącej głupoty czy tego typu spraw. Jest do bólu prosto, ale to jest do przeżycia. Niestety mankamenty realizacyjne to już inna para kaloszy. Aktorstwo lekko powyżej dna, zaś technologia kręcenia – od obrazu po dźwięk – puka o dno od spodu…

Wprost ciężko na to patrzeć i tego słuchać. Zupełna amatorka, brak polotu, brak podstawowych umiejętności i możliwości technicznych. „Empty rooms” nie ma w sobie nawet najmniejszego pierwiastka, który mogłabym pochwalić, więc nie pozostaje mi nic innego jak odwieźć Was od pomysłu seansu z nim. Ratuj się kto może.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:4

Klimat:4

Napięcie:3

Zabawa:4

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:1

Aktorstwo:3

Oryginalność:2

To coś:1

24/100

W skali brutalności: 1/10

Nunnica

The Nun/ Zakonnica (2018)

zakonnica

Lata ’50. W starym zakonie na Rumuńskiej prowincji dochodzi do samobójczej śmierci jednej z sióstr. Celem zbadania sprawy na miejsce zdarzenia przybywa watykański wysłannik ojciec Burke. Przybywa on w asyście nowicjuszki, Irene. Szybko okazuje się, że problemem zakonu nie jest depresyjny wystrój, który pchnął zakonnice na linę, a demoniczna postać starająca się obrzydzić życie mniszkom.

Jeśli Wam powiem, że wcale nie chciałam oglądać tego filmu i zrobiłam to tylko dla recenzji, to docenicie moją ofiarę?;)

Tak, słyszałam, że film „nie jest taki zły”, ale wcale mnie to nie przekonało i słusznie, bo jest taki zły. Jeśli  „Krucyfiks„, horror z  nieco podobnymi założeniami fabularnymi był słaby to w  takim razie ten jest fchuj słaby.

zakonnica

Nie znalazłam w nim żadnej zalety i poddaje w wątpliwość sens jego powstania. Oczywiście rozumiem intencje. Po premierze drugiej części „Obecności” postać upiornej Zakonnicy zwróciła uwagę większości widzów. Toteż postanowiono poświęcić jej całą osobną produkcję, jak to stało się w przypadku nawiedzonej lalki, Annabelle po premierze pierwszej części „Obecności„. Efekt w obydwu przypadkach jest podobny.

Fabularnie film oferuje głównie nudę. Wszytko opiera się na bardzo topornych wątkach z rodzaju tych, które znają już wszyscy i chyba wszyscy mają już dość. Do tego mało ciekawi bohaterzy, tak szablonowi i papierowi jak to tylko możliwe i zupełny brak pomysłu na antybohaterkę. Tytułowa zakonnica dużo i chętnie prezentuje swoje zakazane oblicze.

zakonnica

Niezwykle silne wsparcie technologii sprawia, że cały świat przedstawiony w filmie odbieramy jako jakiś sztucznie wygenerowany twór pozbawiony realizmu. Jeśli w fabule pojawia się jakaś dziura, naprędce jest łatana przy pomocy pierwszego lepszego nielogicznego zagrania. Ciężko tu o jakiś ciąg przyczynowo skutkowy, który pozwoliłby mi logicznie streścić szczególnie drugą część obrazu. Dzieją się tu cuda i dziwy jakich nie powstydziliby się twórcy Indiany Jonesa.

zakonnica

Jest efektownie, głośno i w założeniu powinno być też strasznie. Niestety gdzieś została przekroczona granica między grozą a groteską. Rozliczne emanacje złej zakonnicy odarły ją ze wszelkich posiadanych tajemnic, więc jeśli celem produkcji było oswojenie widza z bodaj najstraszniejszym bohaterem „Obcności 2” to spisali się na medal. „Zakonnica” to poważny kandydat na najgorszy horror roku.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:4

Klimat:5

Napięcie:4

Zabawa:3

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:5

Aktorstwo:6

Oryginalność:3

To coś:3

37/100

W skali brutalności:1/10

Nie śmieszny i nie straszny

Le manoir/ Rezydencja (2017)

rezydencja

Grupa młodych ludzi postanawia spędzić sylwestra w okazałej, starej rezydencji. Mroczna historia domostwa nabiera nowego wymiaru, gdy seria fatalnych wypadków zbiera śmiertelne żniwo.

„Rezydencja” to kolejny horror od Netflixa. Niestety kolejny nieudany. Zmontowany przez debiutantów do tej pory sprawdzających swoje siły w krótkich metrażach.

Na swój pełnometrażowy horror nie mieli zbytnio ani pomysłu, ani warunków technicznych. O ile te drugie dałoby się przeżyć, gdyby fabuła choć trochę angażowała o tyle kompletna mielizna na polu wątku przewodniego pogrzebała wszelką nadzieję.

rezydencja

Film można odbierać dwojako: jako horror, lub jako komedię. Niestety walory horrorowe oparte na starych kliszach niskiej jakości slashera nie zdają egzaminu. Żarty są za to czerstwe i wymuszone. Ostatnim gwoździem do trumny jest aktorstwo a raczej jego brak. Film cienki jak dupa Pytona Znad Wisły.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:4

Klimat:5

Napięcie:4

Zabawa:4

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:4

Oryginalność:3

To coś:3

39/100

W skali brutalności:2/10

Przyżyć ten pokój

Escape room (2017)

escape room

Czwórka młodych amerykanów w tym sieciowy ‚znawca’ tematyki grozy, postanawia odwiedzić jeden z Escape Room’ów w Los Angeles, którego właściciel, Brice desperacko walczy o klientów. Nie widzą oni, że jeden z ostatnich nabytków właściciela mocno skomplikuje prostą rozrywkę, a wydostanie się z Escape Room’u w komplecie okaże się niemożliwe.

Z miejsca ogłaszam, że nie jest to ten sam film, który niedawno straszył w kinach. Jest to produkcja z tego samego roku, pod tym samym tytułem, wygrzebana z czeluści internetów. Jego twórcą jest Peter Dukes, znany tyle o ile głównie z horrorów krótkometrażowych.

Zasiadając do seansu byłam przekonana, że będę mieć do czynienia ze wspomnianą produkcją kinową, a tu taki mały zonk. Szczęśliwie uprzedzona o raczej niskich lotach kinowego „Escape Room’u” nie byłam szczególnie rozczarowana poziomem oglądanej produkcji niezależnie od jej pochodzenia. Tak czy siak była nastawiona na gniot i gniot dostałam. Szkoda tylko, że powstały aż dwa, co znaczy, że jeszcze jeden przede mną.

escape room

Fabuła tegoż tworu skupia się na popularnej rozrywce jaką stanowią ‚pokoje ucieczki’. Jeśli ktoś z Was odwiedził takowy wie o czym mowa, tym którzy się w to nie bawili spieszę z wyjaśnieniem.  W zabawie pod tytułem Escape Room chodzi o wydostanie się z określonego pomieszczenia, lub grupy pomieszczeń w jak najkrótszym czasie, dzięki rozwiązaniu serii zagadek i podążaniu za ukrytymi wskazówkami. Co ciekawsze Escape Roomy oferują jeszcze dodatkowe atrakcje mające podkręcić wrażenia.

Bohaterzy filmu wkraczają do takiego właśnie przybytku. Zarówno ich charakterystyka jak i aktorstwo drze za łeb z żałości. Mamy tu bowiem dwie pary: puszczalską brunetkę której partneruje przemądrzały recenzent oraz anielską blondynkę, której towarzyszy opiekuńczy acz pierdołowaty ukochany. Nikt z tej ekipy nie wykazał się jakimikolwiek zdolnościami aktorskimi, z drugiej jednak strony warto podkreślić, że scenariusz nie przewidział niczego w czym mogliby się wykazać.

Fabuła nie została szczególnie przemyślana. Ot mamy zdesperowanego przedsiębiorcę, Brice’a, który napala się na przywrócenie świetności swemu biznesowi. W tym celu ze sklepu z osobliwymi suwenirami kradnie skrzynie’ z demonem’.

Faktycznie podkręca to atmosferę wewnątrz escape roomu. Sytuacja wymyka się z pod kontroli, groźba pozbawienia życia, jeśli uczestnicy nie rozwiążą zagadki staje się całkiem realna. Wszytko to rozgrywa się pod nosem właściciela, który jest zbyt opieszały by zdecydować się na interwencję mimo, że wyraźnie coś idzie nie tak. W założeniu akcja powinna być wartka jednak każdorazowo w następstwie większego zrywu przystaje, przez co większość czasu spędzimy na popatrywaniu na zrezygnowanych bohaterów tkwiących w kucki pod ścianą.

escape room

Od samego początku, do samego końca wszytko w scenariuszu „Escape room” jest boleśnie naciągane. Brak realizmu, logiki i choćby śladowej myśli przewodniej sprawia, że nie da się w ta historię zaangażować, trzeba jedynie przez nią przebrnąć, co uczyniłam w heroicznym geście ku przestrodze tym, który chcieliby popełnić ten sam błąd. Film jest zły, po prostu. Nic dodać nic ująć. Bzdurny, nudny i byle jaki.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:4

Klimat:5

Napięcie:4

Zabawa:4

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:5

Aktorstwo:4

Oryginalność:3

To coś:3

36/100

W skali brutalności:2/10

Incydent z kosmitami

Gracefield incydent (2017)

gracefield

Małżonkowie Matt i Jessica udają się wraz z czwórką przyjaciół na weekendowy wyjazd do Gracefield by wypocząć i poimprezować w domu nad jeziorem. Po dotarciu na miejsce rozkręcają party, ale tuż po zmroku imprezowy nastrój przerwa niespodziewany incydent. Bohaterzy zauważają błysk na niebie i postawiają sprawdzić co też rozbiło się w okolicznym lesie. Znajdują coś co przypomina kawałek skały i postanawiają zabrać to ze sobą. Wkrótce zorientują się, że w okolicy grasuje stwór o nieprzyjaznych zamiarach.

„Gracefield incydent” to horror sci- fi traktujący o spotkaniu z kosmoludami. Nakręcony został w formule found footage za niewielkie pieniądze. Ostatnio miałam okazję oglądać coś w bardzo podobnym stylu i nie było źle. Niestety nie mogę tego powiedzieć o „Gracefield incydent”. Film jest po prostu mierny i nie dajcie się zwieść zachętom co poniektórych internautów.

Wszystko od A do Z jest tu złe.

Zacznę od podstaw: W konwencji paradokumentu liczy się naturalność i zbudowanie jak największego realizmu. Tu nie ma na to szansy i nie tylko ze względu na temat filmu, czyli spotkanie z ufo.

gracefield

Scenariusz aż kipi od nonsensów i pomyłek, a dialogi są tak durne i nierzeczywiste, że trudne do zaakceptowania nawet w kinie sci-fi. Aktorstwo po prostu leży, zaś wkładane w usta tych miernych aktorów wypowiedzi to już kopanie leżącego.

Najgorszy jest jednak odtwórca głównej roli, naszego final boy’a Matta. Facet jest żałosny i bredzi jakby się denaturatu opił. Jak się stało, że został tu obsadzony? A no tak, jest też reżyserem i scenarzystą. To ci fart. Jednym słowem wszystkie największe ‚atuty’ produkcji zawdzięczamy jednej osobie;)

gracefield

Jest to film kręcony z ręki, można rzec ‚kręcony z oka’, bo nasz bohater zafundował sobie kamerę w sztucznej gałce. Oko parę razy mu wypada, zostaje wylizane przez psa, ale Matta to nie zraża.

Jeśli miałaby wymieniać wszystkie pomyłki logiczne w scneriuszu zabrakło by mi dnia, więc powiem tylko, że takiego szeregu durnych rozwiązań dawno nie widziałam w jednym filmie. Upchano tu motywy ze Znaków„, „Dnia niepodległości” i paru innych produkcji, zmiksowano i wylano na bogu ducha winnego widza.

Przesłanie tego całego zamieszania jest równie wartościowe co wczorajsze piernięcia,a obleczone w taki patos, że apel smoleński jest przy tym chowa.

Drodzy Państwo, odradzam seans z „Gracefield incydent”…

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:3

Napięcie:4

Klimat:4

Zaskoczenie:4

Zabawa:3

Walory techniczne:3

Aktorstwo:2

Oryginalność:3

To coś:3

30/100

W skali brutalności:1/10

Pa, pa

The Secrets of Emily Blair (2016)

secrets of emily blair

pielęgniarka Emily w czasie pracy zostaje zaatakowana przez jednego z pacjentów. Bełkoczący bezdomny rzuca się na nią i aplikuje jej doustnie jakiś czarny wyziew, co skutkuje radykalną zmianą zachowania u kobiety. Emily ma wkrótce wyjść za mąż. Jej narzeczonego bardzo niepokoi jej zachowanie. Sprawą interesują się też znajomy duchowny. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują n to, że Emily została opętana.

Napisałabym, że dawno nie widziałam tak durnego filmu, ale nie byłaby to prawda. Produkcji w tym stylu widuje nader dużo, a urodzaj filmów z motywem egzorcyzmu dodatkowo zwiększa prawdopodobieństwo trafienia na gniota.

„The Secret of Emily Blair” gniotem jest niewątpliwie. Zabrakło tu i dobrego pomysłu i dobrej realizacji. Film miał niewielki budżet, ale to nie tłumaczy jego jakości, ostatecznie pomysł nic nie kosztuje, a tu już na etapie powstawania scenariusza dano ciała.

Pierwszą rzeczą jaka na pewno rzuci Wam się w oczy to drewniane aktorstwo i toporne dialogi. Później zobaczycie efekty, które zapewne ostatecznie utwierdzą Was w przekonaniu, że nie będzie to dobra produkcja.

secrets of emily blair

secrets of emily blair

W natłoku produkcji o tej tematyce wcale nie jest łatwo o zrobienie czegoś co wyróżni film. Twórcy historii Emily chyba nawet nie mieli takowych aspiracji. Zmajstrowali obraz schematyczny i nieprzemyślany.

Pierwszą partię filmu, gdy nasza Emily zaczyna wariować da się jeszcze jakoś przeżyć, ale gdy przejdziemy do rytuału egzorcyzmów już nie da rady przymknąć oka na tak dużą ilość niedociągnięć. Dialogi są jeszcze durniejsze, aktorstwo jeszcze gorsze, a efekty jeszcze żałośniejsze. W żaden sposób nie jestem w stanie znaleźć w tej produkcji czegoś co zdołałabym pochwalić… a może? Mogę pochwalić operatora, że nie zepsuł zdjęć i tyle.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:4

Klimat:4

Napięcie:3

Zabawa:4

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:4

Aktorstwo:4

Oryginalność:3

To coś:3

33/100

W skali brutalności: 1/10

Przyjdź demonie

The Possession Experiment (2016)

possesion experiment

W ramach projektu na zajęcia z teologii studenci Brandon i Clay postanawiają nakręcić dokument o egzorcyzmach. Do współpracy zapraszają młodą studentkę medycyny i wspólnie wyruszają do domu, gdzie przed dwudziestoma laty odbył się nieudany rytuał wypędzania demona z niejakiej Tracy. Nie poprzestają jednak na badaniu terenu i walorów historycznych. By dogłębnie zbadać temat Brandon postanawia dobrowolnie przywołać demona by ten zagnieździł się w jego ciele.

„The Possesion experiment” był pierwszym z horrorów jakie wyświetlano na halloweenowym maratonie grozy z kinach Helios. Jako że nie udało mi się tam stawić osobiście, jedynie rozdałam kilka wejściówek dla Was, postanowiłam, że tak czy siak muszę sprawdzić co tam było grane. Ten horror niebawem trafi do polskich kin w regularnym repertuarze więc jak się okazuje pisana mu była szeroka dystrybucja, co mocno mnie dziwi zważywszy na jego poziom.

Wiadomo, że na srebrny ekran trafiają nie tyle najlepsze filmy, co te najlepiej wypromowane. Komercyjne nosy dystrybutorów potrafią jednak odróżnić totalną szmirę od filmu, który może nie przedstawia wybitnych walorów artystycznych, ale prezentuje się na tyle poprawnie by zadowolić mniej wymagających niedzielnych widzów horrorów. W związku z tym doprawdy nie wiem co kierowało osobami, które postanowiły wypuścić ten film w świat głównym wejściem.

„Possesion experiment” można zarzucić nie tylko banalne i schematyczne podejście do tematu opętania – to akurat norma – ale też wykonanie, które świadczy o kompletnym braku pojęcia o technice robienia filmu.

Podejrzewam, że scenarzyści „Trudnych spraw” i podobnych tworów lepiej rozpisali by tę historię. Walić to, nawet obsada z „Trudnych spraw” potrafi na spontanie wypluć z siebie lepsze dialogi. Scena, w której następuje najważniejszy zwrot akcji – twist tak wydumany, że olaboga – czyli rozmowa Brandona z ojcem, to chyba najgorzej zagrana scena jaką miałam okazję zobaczyć w filmie od wielu wielu lat. Nie wiem nawet jak mam to opisać. Odjęło mi mowę. W czasie seansu z ty filmem stwierdziłam, że do tej pory nadużywałam stwierdzenia ‚poziom poniżej wszelkiego poziomu’. W tym momencie ten film sięgnął dna.

possesion experiment

O ile do aktorów z pierwszego planu potrafiłam się przyzwyczaić, no grają jak grają, ale towarzystwo drugoplanowe i trzecioplanowe trafiło tam chyba z ulicznej łapanki. Zgroza.

Nie wiem jakim budżetem dysponowali twórcy, ale nie starczyło na dobrego operatora, miałam wrażenie, że zapożyczyli człowieka z ‚Podrywaczy’. Kąt kręcenia w sam raz do ‚takich’ produkcji. Ujęcia kręcone klasycznie przeplatają się z konwencją found footage, ale te pierwsze zdecydowanie dominują. Nie wiem czy to dobrze, w przypadku tego filmu.

Mamy więc niezbyt ciekawą historię spisaną przez scenarzystę bez znajomości podstaw scenopisarstwa, aktorów, którzy mogli by co najwyżej zagrać siano w jasełkach, i kamerzystę, który przejechał przez cały film nie potrafiąc zrobić jednego dobrego zbliżenia. Nie wspomniałam jeszcze o efektach. Tak, były. Opętanie nie obejść się bez stosownej charakteryzacji i drobnych bajerów z komputera. Są stosowne do poziomu całego filmu.

possesion experiment

Jestem bezlitosna, co? Dobrze, niech pomyślę, czy było tu coś dobrego? Hym… no może krótkie skrawki scen halucynacji Brandona. Były niezłe. Pewnie trafiły tam przypadkiem. Plus też za muzykę przy napisach końcowych – choć nie wiem, czy faktycznie była obiektywnie dobra, czy po prostu ciepło mi się kojarzyła z końcem męki.

Wiem, że są tacy, którym film się podobał na tyle by ocenić go powyżej średniej- bez kitu, chyba są niepoczytalni, ale nie sądzę by wśród większości z Was znaleźli się tacy osobnicy. Filmu nie polecam, polecić nie mogę, nie mam sumienia Was krzywdzić.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:3

Klimat:3

Napięcie:3

Zabawa:2

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:3

Aktorstwo:3

Oryginalność:3

To coś:2

26/100

W skali brutalności:1/10

Zdarzyło się z Heaven’s Veil

The Veil (2016)

veil

„23 marca 1985 roku czterdziestu siedmiu członków sekty Heaven’s Veil popełniło zbiorowe samobójstwo”. W dwadzieścia lat później dokumentalistka Maggie ze swoją ekipą dociera do miejsca zbrodni wraz z jedyną wówczas ocalałą, Sarą. Kobieta jest bardzo zmotywowana by dotrzeć do zaginionych materiałów dotyczących działania sekty Jima Jacobsa. Sara ma jej pomóc w dotarciu do prawdy o tym, co wydarzyło się przed laty.

Amerykańska produkcja „The Veil” luźno nawiązuje do wydarzeń jakie miały miejsce na pewnej farmie w Kalifornii w 1970 roku. To tam doszło do masowego samobójstwa dwudziestu siedmiu osób należących do sekty Heaven’s Gate. To całkiem przyjemny temat na film grozy. Skutecznie poprowadzony mógłby zaowocować dobrą produkcją. Niestety, nie udało się to twórcom „The Veil”.

W pierwszych scenach filmu poznajemy Sarę. Sara jest dorosłą kobietą z poważnymi problemami. Wydarzenie jakiego była uczestnikiem w dzieciństwie zaowocowało trwałym urazem. W tej roli zobaczymy znaną z serialu American horror story” Lily Rabe. Jej widok nastroił mnie pozytywnie, choć pierwsze sceny z jej udziałem nie powalają operatorskimi zdolnościami twórców. Niestety w ślad za Sarą podąża Maggie.

Maggie również ma ciekawą historię do opowiedzenia, jest bowiem córką jednego z policjantów, którzy jako pierwsi dotarli na miejsce zbiorowego samobójstwa członków sekty Heaven’s Veil. Maggie nie wie, co tak naprawdę wydarzyło się tego dnia, ale wie, że wkrótce po tym jej ojciec także popełnił samobójstwo. Brzmi ciekawie, ale nie w ustach… Jessiki Alby.

Chyba w całym Hollywood nie ma znanej aktorski, którą darzę taką awersją. Jest bardzo przyjemną dla oka panią, ale jako aktorka zawsze wypada tragicznie i konsekwentnie pociąga na dno każdą filmową produkcję ze swoim udziałem. Nie ma za grosz talentu, każda grana przez nią postać to czarowna niewiasta o cielęcym spojrzeniu, z którego bije bezdenna głupota. Bardzo ucieszyło mnie, że bum na tę aktorkę się skończył a ona zajęła się czymś innym, z dala od srebrnego ekranu. Niestety, jak widać, wróciła na gościnne występy, nadal ma tą anielsko frajerską minę i drażni mnie swoją obecnością ;/

veil

Mówiąc szczerze, Lily Rabe, z którą dla odmiany sympatyzuję, nie wypadła w tym filmie wiele lepiej…

Film jest niestety slaby i to pod wieloma względami.

Sam pomysł na motyw sekty i jej działalności zakończonej tak a nie inaczej, jest niezły. W dobrych rękach, w które trafił chociażby „Red State” wypadłby pewno klawo. Tu sprawa została skopana dokumentnie… A właśnie: dokument. Bo nasza słodka Maggie i jej przyboczni z rozchwianą emocjonalnie Sarą na czele, chcą nakręcić dokument. Mają się na niego składać cudem wygrzebane ‚taśmy prawdy’, czyli nagrania Jima Jackoba z udziałem jego trzódki wiernych.

Tu należałoby się spodziewać filmu kręconego na poły klasycznie na poły w konwencji found footage. Tu mamy jednak większe zamieszanie, spowodowane kompletnym brakiem konsekwencji. Owszem zobaczymy tu kilka fragmentów, które całkiem dobrze imitują nagrania amatorskie, rejestrujących głownie przemowy guru, ale im dalej rozwija się fabuła, im więcej tego rodzaju retrospekcji się pojawia, tym bardziej tracą one na swojej ‚paradokumentalności’.

W końcu stare nagrania niczym nie różnią się od kręconych na bieżąco wydarzeń z udziałem Sary, Maggie etc. Jakby twórcy kompletnie się zgubili. Jednocześnie chcieli kręcić paradokument, ale w razie potrzeby, częstej z resztą, przechodzili do klasycznych form kręcenia. Wypada to dupnie i chaotycznie.

Chaos jest z resztą domeną tego obrazu – mimo jego schematyczności: przybycie na miejsce zbrodni, zaginiecie jednego z dokumentalistów, wyprawa dwójki dokumentalistów ‚po pomoc’- nie wiem w zasadzie jakie pomocy oczekiwali – wizja Sary, która doprowadza do znalezienia innej siedziby sekty oraz taśm i kolejne przeskoki z retrospekcji do wizji i teraźniejszości.

veil

Takim chwiejnym krokiem przebiega fabuła filmu, napędzana nie logicznym ciągiem zdarzeń, a wymęczonymi wymysłami.

W końcu docieramy do prawdy. W zasadzie już nie wiem w jaki sposób do owego objawienia doszło, bo straciłam wątek, jednak faktem jest, że finalna niespodzianka związana z przyczyną samobójstwa ojca Maggie jest niezła.

Gdyby nie tak idiotyczny, niekonsekwentny, męczący i dziwny sposób narracji coś by z tego było. A tak radość z odkrycia tajemnicy Havens Veil nie była tak duża jak radość z tego, że ten film w końcu dobiegł końca.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:4

Klimat:5

Napięcie:4

Zaskoczenie:7

Zabawa:4

Walory techniczne:3

Aktorstwo:4

Oryginalność:4

To coś:3

40/100

W skali brutalności:1/10

Victor Frankenstein – historia bzdurna

Victor Frankenstein (2015)

victor frankenstein

Pewnego razu, w pewnym cyrku był sobie akrobaty błazen. Błazen był zakochany pięknej akrobatce i marzył, że ta odwzajemni jego uczucie. W czasie jednego z występów, piękna akrobatka spada z wysokości i gdyby nie szybka interwencja biegłego w sztukach medycznych błazna biedulka pożegnałaby się z życiem.

Na umiejętności biednego garbusa uwagę zwraca jeden z widzów, jest nim młody student królewskiej akademii medycznej, Victor Frankenstein. To on odmienia los błazna, zabiera go z cyrku, uświadamia o jego zdolnościach i pomaga pozbyć się wrzodu an plecach branego za garba. W zamian Błazen któremu nadano imię Igor ma pomóc mu w badaniach nad wskrzeszeniem zwłok. Tak też się dzieje.

victor frankenstein

Mój boże, ile to gniotów nieraz przyjdzie mi obejrzeć w jeden wieczór… O drugim niewypale, który miałam nieprzyjemność obejrzeć zeszłego wieczoru będzie jutro.

A dziś… profanacja klasycznej historii Victora Frankensteina w reżyserii Paula McGuiana – kimkolwiek jest.

Kiedy doszły mnie słuchy o planowanym odsmażeniu historii spisanej jeszcze w erze Mickiewicza przez młodą Mary Shelley nie miałam jakiś wielkich obaw. Co prawda historia miała skupiać się nie na losach potwora stworzonego przez Frankensteina, lecz na historii samego lekarza geniusza. No cóż, może być. Ostatecznie w oryginale, Victor był jedynie narratorem, a cała uwaga skupiała się na losach jego stwora.

Muszę to powiedzieć: po raz kolejny Hollywood pograł sobie w chuja z klasyką.

Nic, absolutnie nic w tym filmie nie zgadza się z oryginalną historią. Ręce mi opadły już na sam dźwięk imienia Igor, czyli postaci z jednego z pobocznych tworów, które tylko nawiązywały do historii Frankensteina.

Nie, moim drodzy, nigdy nie było żadnego garbatego, wyłupiastego Igora powtarzającego teatralnym szeptem: Tak Paaaanieee.

To wymysł twórców filmów. Paradoksalnie cała filmowa opowieść w tej wersji skupia się właśnie na Igorze. Na jego moralnych wątpliwościach względem zamiarów wskrzeszania ludzi, jego mdłej miłostki do akrobatki. Tak się to wlecze przez ponad dwie godziny. Tytułowy Frankenstein to natomiast pajacowaty cynik, który stracił w  dzieciństwie brata i wyrzuty sumienia z tym związane pchnęły go do nekromanckich zabiegów. Chyba nie muszę zaznaczać, że w książce sprawa wygląda inaczej. Charyzmę powieściowego Victora zastąpiono tanimi sztuczkami i popisami walki wręcz. Nie powiem żebym przepadała za tą postacią w takiej wersji w jakiej ukazała ją pisarka, ale przynajmniej budził we mnie jakiej emocje, tu jedynie śmieszność.

Filarem tej… fabuły są więc: niespełniona miłość nieistniejącego Igora, potyczki z policją tropiącą Frankensteina za kradzieże zwierzęcych zwłok i oczywiście iście komediowe próby pokonania śmierci poprzez wskrzeszenie. Wiecie, że Frankenstein wskrzesił szympansa? Tak, tak to tu wygląda. Dopiero u schyłku tej niekończącej się opowieści pojawia się właściwy potwór, którego trudno jest zabić bo za radą Igora Victor uposażył go w naddatek organów…. Potwór oczywiście w końcu zginie, po efektownej walce wręcz, która prawie doprowadził do ruiny zamek, gdzie Victor prowadził badania.

victor frankenstein

Na miejscu Daniela Radcliffe’a odleciałabym z planu zdjęciowego na miotle, a jednak został i zagrał tego nieszczęsnego Igora, w parze ze znanym z chociażby „Wanted” Jamesem McAvoy’em w roli Victora. Większość tego co widzimy w tym filmie powstała dzięki dobrodziejstwu dużego budżetu przeznaczonego na efekty komputerowe, gładkie pięknaśne, że ach. Obejrzenie tego filmu do końca było z mojej strony dużą ofiarą. Jeśli chcecie zapoznać się z historia „Frankensteina” polecam sięgnąć albo po powieść, albo ekranizację z 1994 roku.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:2

Klimat:3

Napięcie:3

Zaskoczenie:5

Zabawa:2

Walory techniczne:5

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:1

32/100

W skali brutalności: 1/10