Archiwa tagu: gore

Morderstwo, którego nie było

Piercing (2018)

Młody mąż i świeżo upieczony ojciec, Reed marzy o morderstwie. Najchętniej zabiłby własne dziecko, ale nie jest skończonym psychopatą, więc postanawia zabić kogoś obcego. W tym celu umawia się z prostytutką specjalizującą się w sado-maso, którą zamierza zabić w hotelu zgodnie z wymarzonym scenariuszem. Kiedy w pokoju hotelowym pojawia się Jackie  szybko okazuje się, że nic nie będzie tak jak planował.

Po seansie z najnowszą „Klątwą„, którą ku mojemu zdziwieniu nakręcił Nicolas Pesce, zastanawiałam się co też ten wyjątkowo zdolny facet zrobi z hajsem za tą chałturę. Niestety na to, przyjdzie mi pewnie poczekać. Za to udało mi się namierzyć jego film nakręcony po „Oczach matki„, a przed sequelem remake „Klątwy”. Owym filmem jest „Piercing”. Pesce zaskoczył mnie po raz kolejny. Trzy filmy, trzy kompletnie różne style. Reżyser kameleon.

„Piercing” uderza w klasykę, ale w jej inną odsłonę, inną dekadę. Estetyka wykonania każe myśleć o kinie z lat ’70, może ’80. Włoskie giallo i to takie z VHS. Wszystko od dźwięku, przez zdjęcia i scenografię aż do, uwaga, czołówki budzi skojarzenie z kinem innej epoki. Ależ mi to smakowało!

Fabuła filmu opiera się na powieści Ryu Murakamiego, którego twórczość znam tylko z ekranizacji. Widzieliście japońską „Grę wstępną„? To właśnie jego książka przeniesiona na ekran. Wyraźnie widać więc w jego twórczości zainteresowania tematyką sado-maso i wisielczy humor. Nie inaczej sprawa wygląda w przypadku „Piercingu”.

To kolosalnie szalony film. Z prostej historii o morderczych zamiarach wyciągnięto tyle obłędu ile się dało.

Mamy tu teatr na dwóch aktorów. Psychologiczne aspekty ich charakterów, aż domagają się większej wnikliwości, jednak japońska powściągliwość Murakamiego stawia ostrą granicę, a Pesce nie zamierzał jej przekraczać. Ten oszczędny wgląd w intencje i motywacje bohaterów procentuje wrażeniem groteski.

Czy „Piercing” jest brutalny? Coś się znajdzie. Bardziej odczuwalna jest ona w poczuciu nieuchronności tego co się stanie, w fantazjach i wspomnieniach, ale kiedy pojawia się tu i teraz robi to bez ostrzeżenia.

Obsadowo film porządny. W przypadku tak okrojonej obsady wszytko mogło się posypać, ale szczęśliwie warsztat Christophera Abbota i Mii Wasikowskiej nie stoi na papierowych nogach, więc solidnie i z wyczuciem.

Podsumowując, wszystko mi się tu podobało, chętnie zostałabym na dłużej w tej bajce.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność:8

To coś:8

73/100

W skali brutalności:2/10

Panna Zemsta

Revenge/ Zemsta (2017)

revenge

Żonaty kochanek Jen, Richard zabiera ją na upojny wypadzik do swojej willi położonej pośrodku pustkowia. Niestety jego kumple, z którymi zaplanował polowania zaraz po tym jak odstawi swoją lalę, zjawiają się przed czasem. Wspólna impreza zaprawiana alkoholem i narkotykami mocno pobudza wyobraźnie średnio atrakcyjnych kompanów Richarda. Szczególnie Stan wyjątkowo napala się na blondwłose cudo. Korzystając z krótkiej nieobecności Richarda następnego dnia, próbuje dobrać się dziewczynie do majtek. Gdy ta odrzuca jego awanse, rozjuszony Stan gwałci ją na oczach niezamierzającego interweniować Dimitra.

Powrót kochanka nie przynosi Jen spodziewanego ratunku. Richard z obawy o konsekwencje wyskoku kolegi postanawia pozbyć się problemu w postaci zgwałconej dziewczyny. Ta jednak nie poddaje się nawet gdy jej los wydawał się już przesądzony.

revenge

Jak już zapewne zorientowaliście się dzięki dużo mówiącemu tytułowi filmu, jest to obraz nurtu Rape&Revenge. Czyli kolejny po serii „Pluję na twój grób” obraz ukazujący walkę skrzywdzonej kobiety ze zwyrodniałymi mężczyznami.

Wielu widzów zaznajomionych ze wspomnianą serią zarzucało jej brak realizmu i logiki. Oczywiście sama nie byłam ślepa na te uchybienia, jednak nie miały one nigdy znaczącego wpływu na mój odbiór tych historii, bo zasadniczo ich przeznaczenie było inne niż dokumentowanie rzeczywistości;) Te filmy mają w sobie coś  feministycznego. Pokazują, że kobieta, którą obsadza się z zasady w roli ofiary potrafi tę sytuację odwrócić i …zemścić się, zamiast przez lata leczyć traumę u seksuologa.

Jeśli chodzi o „Revenge” francuskiej reżyserski dodatkowo dochodzą do tego elementy rodem z kina akcji i to takiego gdzie wybuchy zawsze są głośne, rany krwawią podwójnie, za zabicie kogoś wcale nie jest prostym zadaniem.

revenge

W „Revenge” wszystko dzieje się bardzo szybko więc jest to w dużym stopniu atrakcyjne dla niecierpliwego widza. Nieustanny pościg, sprzyja montowani szybkich ujęć, a charakter historii sprawia, że napięcie jest mocno wyczuwalne.

Co do logiki zdarzeń, do której wrócę raz jeszcze, wszystko od momentu, gdy Richard i spółka zapędzają Jen na urwisko jest coraz większą fantastyką. Powiem Wam to wprost: laska powinna nie żyć. A jednak.

Można powiedzieć, że narodziła się na nowo. Głupia lala kręcąca tyłkiem przed każdym męskim rozporkiem, przekonana o swojej wyjątkowości zapewnionej przez walory fizyczne, skonała na pustyni. Ta nowa wersja Jen to fighterka, która doznawszy niebagatelnych obrażeń ma siłę by zmierzyć się z trzema uzbrojonymi i bezwzględnymi drapieżnikami. Dziewczyna robi show, Drodzy Państwo.

revenge

Męska część publiczności będzie bardzo zadowolona, bo kamera niezwykle często kieruje swoje szklane oko na wypukłości sylwetki bardzo apetycznej aktorki. Rządni krwi pasjonaci mocniejszych efektów wizualnych też narzekać nie powinni. Odstrzelone ucho, szkło w stopie, wydłubane oczy, rozjebany łeb. Wszystkiego urodzaj. Fajnie się to ogląda, a historia mimo niezliczonej ilości logicznych nadużyć trzyma się swojego toru i nie powiem by mnie nudziła choć przez chwilę.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:7

Zabawa:8

Napięcie:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:6

64/100

W skali brutalności: 4/10

Przerażający klaun

Terrifier (2017)

terrifier

Dwie przyjaciółki Tara i Dawn wracają z halloweenowej imprezy, gdy natrafiają na gościa, w przebraniu klauna, który autentycznie wywołuje dreszcze w mniej pijanej z obydwu dam. Klaun podąża w ślad za nimi. Gdy okazuje się, że ktoś przebił opony w aucie dziewczyn te czekając na pomoc ze strony siostry Tary wpadają w łapska chorego zwyrodnialca.

W ogóle nie miałam ochoty na ten film i jak się okazuje słusznie. „Terrifier” został nakręcony w nawiązaniu do antologii krótkometrażówek „Cukierek albo psikus” z 2013 roku i jest dziełem tych samych twórców. Z jakiegoś powodu uznali oni, że sukces nawiązującego do stylistyki tanich horrorów z lat ’80 dzieła „Cukierek albo psikus” jest warty powtórzenia.

Powiem szczerze, że już ich starsze dziełko nie zaskarbiło sobie mojej szczególnej sympatii. Tak, owszem fajnie odtwarzał stylistykę kina klasy B, ale dla mnie to trochę za mało. Zawsze jednak może być gorzej i „Terrifier” jest tu dobrym przykładem. Twórcy tak się rozsmakowali w podrabianiu stylu niskobudżetowych straszaków złotej ery slasherów, że zabrnęli o parę liter za daleko w klasyfikacji. Z kina klasy B, zrobiło się kino klasy Z.

Wydaje mi się, że fabularnie film ma do zaoferowania jeszcze mniej niż klasycznie przygłupie fabuły typowych rąbanek. W zasadzie odebrałam to jako parodię.

terrifier

Slashery nigdy nie powalały realizmem, jednak ich plus był taki, że nigdy nie starały się być bardziej gore od gore. Tu postawiono na dokładną ekspozycje krwawej łaźni, przez co możemy obcować z jeszcze większą liczbą nonsensów. Weźmy choćby scenę przepołowienia dziewczyny…

Sama historia, która jak wspomniałam jest prostodusznie głupawa zaczyna się od zapoznania z sylwetką klauna mordercy. Widzimy jedną z jego cudem ocalonych ofiar, która co prawda załatwiła drania, ale jego zwłoki w magiczny sposób znikły. Gdzieś w międzyczasie następuje coś co przy dużej dawce dobrej woli można określić mianem zwrotu akcji, który to wyjaśnia zagadkę – oj tak, czapki z głów.

Jednak główny ciężar opiera się na próbach zainteresowania widza potyczką Tary z klaunem. Tu spodziewajcie się wszystkiego złego. Jeśli coś można spieprzyć w scenie pojedynku ofiary z oprawcą to możecie być pewni, że tu zostanie do spieprzone dokumentnie.

terrifier

Czy ten film może się w ogóle komuś podobać? O tak! Nie bez powodu mówi się o kulcie kina klasy Z. Jego fani z pewnością dostrzegą tu dużo dobrego dla siebie. Ja niestety nie zapiszę się do grona fanów „Terrifier”.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:4

Klimat:5

Napięcie:4

Zabawa:4

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:4

Aktorstwo:5

Oryginalność:6

To coś:3

43/100

W skali brutalności:4/10

Zaraza

[Rec] (2007)

rec

Reporterka Angela wraz ze swoim kamerzystą Pablem zamierzają nakręcić materiał o pracy strażaków. W tym celu zamierzają towarzyszyć im w trakcie pracy, nie unikając obecności przy niebezpiecznych zadaniach tej grupy zawodowej. Po krótkim obchodzie remizy wraz ze swoim bohaterami wyruszają na pierwszą akcję. Zgłoszenie przychodzi z jednej z madryckich kamienic, gdzie starsza kobieta swoim zachowaniem zaalarmowała sąsiadów. Angela i Pablo przybywając na miejsce nie zdają sobie sprawy, że trafili w miejsce rozpoczynającej się epidemii.

Stary, dobry „Rec”, w końcu przyszedł czas bym odświeżyła go po latach i być może spojrzała na niego łaskawszym okiem niż w czasie pierwszego i jedynego jak dotąd seansu. Muszę, przyznać, że nie chciałam iść do grobu głosząc jak mantrę że nie przepadam za „Rec’em”, z powodu konwencji w jakiej został nakręcony. Ostatecznie tylko krowa nie zmienia poglądów, a ja przez ostatnie lata dałam szansę wielu filmowym paradokumentom. Niektóre z nich paradoksalnie okazały się godne uwagi, a ja przywykłam nieco do oczopląsu jaki fundowali mi operatorzy.

Niesłabnąca popularność horrorów kręconych z ręki zmusiła mnie do przywyknięcia do tej niewygodnej dla oka formy, cóż poradzić, coś oglądać trzeba. Stwierdziłam więc, że po przejściu solidnej porcji ofert od ‚pijanych strachem kamerzystów’ wrócę do „Rec’a” i sprawdzę, czy tym razem zauważę w nim coś poza latająca kamerą.

rec

Muszę przyznać, że pozytywne nastawienie zrobiło robotę. Starałam się nie zwracać tak mocno uwagi na to co mnie wkurzało i skupić się na tym co pochwalić mogę. A co mogę pochwalić?

Przede wszystkim dynamizm akcji. Tak na prawdę nie mamy tu przestojów. W fragmentach, w których akcja mogła by ‚umrzeć’, kamera zostaje wyłączona z tego, czy innego powodu i powraca w pełni kolejnej akcji. Niekiedy tracimy wizję w momentach napięcia, by powrócić z jeszcze większym przytupem. Takie chwyty trzymają przed ekranem dość skutecznie.

Jak wspomniałam dzieje się dużo. W ofercie mamy ataki trawionych przez chorobę ludzi, zmieniających się w coś na kształt zombie, którzy nie patyczkują się z bardziej wrażliwym widzem. Ekspozycja okropności jest szeroka. Wszystko dzięki prostej, ale konkretnej charakteryzacji.

rec

Duży plus daje za lokalizację. Dość ponura kamienica z wąskimi korytarzami to miejsce w jakim nikt nie chce się znaleźć. Nasi bohaterzy są zmuszeni tu pozostać, a pozyskanie pomocy z zewnątrz okazuje się wysoce kłopotliwe. Cała obsada wygląda na naturszczyków, nikt nie stosuje wielkich popisów aktorskich.

rec

Przewodnikiem w tej historii jest młodziutka reporterka Angela, która pewnie co poniektórych wkurzy. Nie mniej jednak jestem w stanie zaakceptować taki a nie inny pomysł na postać.

Reasumując, mój powrót do „Rec’a” okazał się mniej bolesny niż zakładałam, a to już bardzo dużo.

Moja ocena:

Straszność: 4

Fabuła:7

klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:5

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:6

60/100

W skali brutalności:3/10

Prawdziwie rozrywkowy

Tallon Falls (2017)

tallon falls

Czwórka znajomych,Sean, Lyndsey, Lance i Ryder udają się na rekreację do stanu smażonych kurczaków. Na małej stacji benzynowej wpadają na informację o lokalnej atrakcji, Domu Grozy. Jak się okazuje przybytek cieszy się ogromną popularnością. Młodym udaje się jednak dostać bilety i tak wkraczają do świata niezwykle realistycznego horroru. Nie wiedzą jednak, że ich wejściówki, są, można rzec, vipowskie i gwarantują dodatkowe atrakcje.

„Tallon Falls” będący owocem pracy nikomu nieznanego debiutanta niestety nie grzeszy oryginalnością. Niektórzy porównują go do serii „Hostel”, ze względu na przynależność do gatunku torture porn, gdzie turyści padają ofiarą nietypowej, lokalnej rozrywki, ale to porównanie może okazać się o wiele nad wyrost, jeśli chodzi jakość obydwu produkcji. Ponadto „Hostel” był chyba pierwszym horrorem ukazującym w taki sposób motyw handlu ludźmi. Mogę się oczywiście mylić, ale nic takiego sobie nie przypominam.

„Tallon Falls” w swoim zamyślę do złudzenia przypomina „The House of October Bullit„, czyli horror gdzie grupa młodych ludzi poszukuje wrażeń w Domach grozy, aż kończą jako …eksponaty. Tu mamy w zasadzie to samo, z tym, że wizyta naszych bohaterów w upiornym przybytku jest dziełem przypadku.

Fabuła, jak na torture porn przystało skupia się na zaprezentowaniu tortur. Nasi bohaterzy, goście w domu grozy, przechadzają się korytarzami i oglądają utkwione za szybami przedstawienia. Oczywiście są przekonani, że to lipa. Lance z zapałem zadaje kilka strzałów prądem człowiekowi uwięzionemu na krześle elektrycznym, doskonale się przy tym bawiąc i będąc pewnym, że to tylko aktorski pokaz.

tallon falls

tallon falls

Myślę, że każdy widz w tym momencie już doskonale wie, że tak nie jest. Mnie lampka zapaliła się w momencie, gdy protagoniści stojąc w niemożebnie długiej kolejce po bilet zostają przepuszczeni, przez jednego z organizatorów, po tym jak mówią, że przyjechali z daleka.

Sami zainteresowani, zaś nie prędko zorientują się o co chodzi, nawet znalezisko z pokaźną stertą nagrań snuff nie poprowadzi ich na właściwe tory myślowe. Wkrótce wylądują w klatce i wkrótce zacznie się jatka.

Jatka całkiem udana jak na standardy kina niskobudżetowego. Tortury są ostre i efektowne. Fani tego rodzaju widoków, będą mieli na czym zawiesić oko. Wrażliwcy z niesmakiem pokręcą głowami. To w tym momencie akcja znajdzie kulminację. Oczywiście jedyna myślą tych, którzy jeszcze nie zostali zakatowani jest, jak stąd uciec. Obraz ucieczki, który powinien być przyczółkiem największego napięcia najbardziej nuży i irytuje brakiem logiki.

Efekt finalny jest cokolwiek średni. Technicznie nie wygląda to źle, ale zabrakło oryginalnych pomysłów, zakończenie zwykła kalka. Nawet wygląd oprawców, zwierzęce maski są wtórne do porzygu. Nie znalazłam tu wiele dla siebie.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

54/100

W skali brutalności:4/10

Nie tylko zabobony

Superstition/ Zabobony (1982)

superstition

W małym miasteczku Blak Point przed dwustoma laty wykonano wyrok śmierci na oskarżonej o konszachty z szatanem czarownicy Elondrze Sharack. Wkrótce po tym zdarzeniu na związanych z nim osobach zaczyna ciążyć klątwa. Zemsta zza grobu jednak nigdy się nie kończy i nowe nieszczęścia spadają na przybyłą do Black Point rodzinę. Sprawę kolejnych makabrycznych zbrodni bada inspektor Carl Strugess wraz z miejscowym księdzem Davidem.

„Zabobony” nie należą do czołówki najpopularniejszych horrorów z lat osiemdziesiątych. Ja sama prędko na niego nie trafiłam. Można go przypisać zarówno do grona slasherów ze względu na serię makabrycznych mordów stanowiących główną oś fabuły jak i do grona horrorów paranormalnych ze względu na nadnaturalne wątki żywe w tej historii.

superstition

Twórcy filmu to duet reżysera, między innymi, klasycznego „The Town That Dreaded Sundown” i scenarzysty…. „Strażnika Teksasu”. Połączenie ciekawe i efekt nie mniej intrygujący.

Uważam, że film jest wart uwagi przynajmniej z kilku powodów. Waszą uwagę z pewnością zwróci muzyka. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że jest rżnięta z „Lśnienia” Kubricka i tylko dla niepoznaki została podrasowana. A wiadomo, że muzyka w „Lśnieniu” była wybitna, więc pozytywne wrażenia przekładają się też na odbiór naśladowcy. Sceny grozy nie oszczędzają widza, nawet jak na slasher, gdzie rąbanka musi być. Tu jest jej sporo i w dodatku dość pomysłowej. Twórcy serii  „Oszukać przeznaczenie” mogli znaleźć tu inspirację. Można nawet odważnie rzec, że film zawiera elementy gore.

superstition

Nadprzyrodzona warstwa wydarzeń dodaje wszystkiemu smaku. Scenariusz pana od „Strażnika Teksasu” wykorzystuje schemat obecnie bardzo popularny mianowicie wprowadza moty śledztwa paranormalnego. Obecnie to nic nowego, ale w latach osiemdziesiątych hołdowano większej czystości gatunkowej i nie wplatano elementów właściwych dla kryminału w fabułę filmu typu ghost story. Jest to duży plus, nie tylko ze względu na element nowości, ale przede wszystkim ze względu na praktyczny efekt takiego zabiegu, czyli większe możliwości stosowania twistów fabularnych. Nasi czołowi bohaterzy są zresztą dość ciekawymi postaciami, a ich działania możemy śledzić z zainteresowaniem.

Reasumując, „Zabobony” to pozycja warta uwagi, szczególnie dla widzów lubiących klimat starych horrorów. Dziwi mnie stosunkowo niewielka popularność tego obrazu.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

64/100

W skali brutalności:3/10

To coś:7

64/100

W skali brutalności:3/10

Zatrucie pokarmowe

Raw aka Grave (2016)

raw

Młodziutka Justine zaczyna studia na wydziale weterynarii. Jest wegetarianką, jak wszyscy z jej rodziny, w tym starsza siostra studiująca na tej samej uczelni. W czasie studenckich otrzęsin zostaje zmuszona do zjedzenia surowej króliczej nerki. Po tej nagłej odmianie w diecie dziewczyna zaczyna chorować. Na jej ciele pojawia się wysypka, a w głowie rodzi się nowy nieznany dotąd głód, głód surowego mięsa.

Czego ja o tym filmie nie słyszałam… Na długo przed tym, gdy miałam okazję go zobaczyć dotarła do mnie cała fala pogłosek o jego zajebistości. Jednak wiecie, co? Nabrałam apetytu na coś czego francuska reżyserka wcale nie zaserwowała. Dlatego właśnie tak unikam, czytania o filmach, których jeszcze nie widziałam, oglądania trailerów itp. W przypadku „Raw” nie dało się tego uniknąć. Miała być totalna masakra, a dostałam… No właśnie, co?

„Raw” wcale nie jest tak obrzydliwy jak niesie gminna wieść. Nie zwymiotowałam, nie zrobiło mi się słabo, nie miałam ochoty odwrócić wzroku.

Mimo wszytko wcale nie uważam tego filmu za kiepski, zwyczajnie machina promocji nieco przegięła pałę. Jego fabuła usiana jest elementami gore, może nawet body horroru, ma zadatki w stronę kina kanibalistycznego, jednak coś czuję, że taki „Cannibal Holocaust”, którego nawiasem nadal nie mam odwagi obejrzeć, zrobił by zdecydowanie większe wrażenie:)

Fabuła filmu skupia się na młodej bohaterce, która od chwili opuszczenia rodzinnego domu, jawiącego się jako bezpieczny klosz, przeżywa pewnego rodzaju wyzwolenie. Początkowo przerażona i niechętna przełamuje kolejne bariery- pierwszą jest zjedzenie surowego mięsa – aż całkiem się zatraca.

raw

To o czym było najgłośniej, czyli wizualna brutalność, to sceny nieco sadomasochistycznego seksu i konsumpcja ludzkiego mięsa. Tak naprawdę jakieś wrażenie zrobiła na mnie tylko scena z palcem, kiedy Justine konsumuje go jak smakowitego szaszłyka. Wygląda to intrygująco, ale bardziej niż na sam element gore warto zwrócić uwagę na twarz bohaterki. Ekspresja aktorska młodziutkiej odtwórczyni roli Justine zdaje się być najmocniejszym elementem filmu.

raw

Fabularnie wszytko wydaje się dość oczywiste, aż przychodzi finał, a wraz z nim mały surprise. Oczywiście istnieją wcześniejsze przesłanki by stwierdzić, że COŚ  tu jest nie tak, gdzieś musi być przyczyna, ale mimo wszytko byłam dość strwożona takim wyjaśnieniem.

„Raw” mimo, że jest filmem debiutantki,a może właśnie dlatego, widać w nim własny styl. Francuska reżyserka nie podąża ślepo za mainstreamem i nie zrobiła filmu ładniuśkiego. Jego klimat kojarzy się z pewną surowością, niedbałością, naturalizmem. Główna bohaterka przedstawiana nam jest w dość bezkompromisowy sposób z całym wachlarzem swoich słabości. kojarzyła mi się nawet z Pauline z „Chirurgicznej precyzji„.

raw

Jeśli więc liczycie na wstrząsy za sprawą nagromadzenia makabreski w tym filmie, to się przeliczycie. Makabreska jest, ale nie stanowi głównej treści filmu. Jest bardzo rozumnie wykorzystana i dzięki temu nie odziera filmu z realizmu, na którym sądzę bardzo zależało reżyserce. Film mogę polecić większości z Was, bo wierzę, że żołądki macie jednak mocniejsze niż owiani legendą rzygający widzowie z Los Angeles.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa;7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność:7

to coś:7

70/100

W skali brutalności:4/10

Z odchłani wszelkiego piekla

The Void (2016)

void

W czasie nocnego dyżuru do starego szpitala trafia nieprzytomny mężczyzna, którego policjant Daniel znalazł na poboczu w opłakanym stanie. Opiekę nad pacjentem przejmuje między innymi Alison, żona wspomnianego policjanta.

Jeszcze tej nocy w budynku dojdzie do szeregu dziwnych i przerażających zdarzeń mających związek z grupą zamaskowany wyznawców nieznanego kultu, którzy zgromadzą się przed szpitalem.

Bardzo ciężko było mi opisać fabułę „The Void”. Wymęczyłam powyższy opis, a przeglądając w sieci strony filmowe widzę, że nie tylko ja miałam problem ze złożeniem tej fabuły w całość.

Miałam w ogóle zaniechać pisania o nim, a jego rosnąca popularność i dyskusje z nią związane poniekąd zmusza mnie do tego.

void

Można powiedzieć że „The Void” to horror z krwi i kości, jakich już się nie kręci. Jego wizualny aspekt robi spore wrażenie zważywszy na ilość efektów i upiornych charakteryzacji zmajstrowanych niskim kosztem.

Dopatrzyłam się w nim pokaźnej ilości scen zasługujących na specjalne wyróżnienie za sam pomysł i zdjęcia.

Zacznę trochę od dupy strony, bo od finału gdzie widziałam jedno z najlepszych ujęć piekła czy też alternatywnego świata śmierci. Wielkie wow. Porównywalne wrażenia miałam ostatnio w ’81 🙂 Żartuje, nie był mnie wtedy na świecie. Ale faktycznie w ’81 Fulci nakręcił Hotel siedmiu bram” i jego finałowa scena to coś zbliżonego do obrazu z finału „The Void”.

Mimo, że zasadniczo żywych trupów tu nie spotkamy, przynajmniej nie w postaci zombie to mamy tu sporą dawkę gore, które mogą Wam przypomnieć włoskie obrzydliwości. Cała estetyka filmu stworzona jest na mode lat ’80. Mamy tu ludzi zmieniających się w potwory wzorem Coś, fantasmagoryczne sytuacje i bohaterów przypominających oprawę „W paszczy szaleństwa”, czy „Hellrisera” i dużo dużo naleciałości z Lovecrafta.

Czyżby horror idealny? Otóż nie.

Filmowi jest daleko do ideału głównie ze względu na warstwę narracyjną, niemożebnie bełkotliwą i chaotyczną. Scenariusz olewa podstawy konstrukcyjne filmowej historii. Nie wiadomo tak naprawdę kto jest tu głównym bohaterem, bo nikt nie wysuwa się na prowadzenie. Wszyscy zostali wrzuceni do jednego worka. Nikogo nie zdołałam bliżej poznać, a śledząc rozwój wypadków kilkakrotnie zastanawiałam się ‚a kto to jest?’ Wszytko za sprawą braku jakiegokolwiek fabularnego wstępu. Właściwa akcja rozpoczyna się praktycznie od progu i już po chwili mamy pierwsze spotkanie z makabreską. Nim jeszcze wszyscy zdążą się przedstawić. To z kolei przekłada się na braki w stopniowaniu napięcia, braku próby zaangażowania widza w tą historię.

void

Miałam wrażenie, że twórcy są tak napaleni na wystraszenie widza, że nie liczy się dla nich nic więcej. Oglądałam ten film niczym ciąg absurdu i ohydy i tak też go zapamiętam mimo wszystkich ciepłych skojarzeń i udanych odwołań do klasycznych już horrorów.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:5

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:9

Aktorstwo:6

Oryginalność:8

To coś:6

62/100

W skali brutalności:4/10

W piekle wszyscy lubią popcorn

31 (2016)

31 film

Przeddzień Halloween grupa pięciorga pracowników wesołego miasteczka zostaje uprowadzona przez zorganizowaną grupę amatorów tortur i morderstw. Trafiają do siedziby prawdziwych świrów, którzy to planują zabawić się z nimi przez kolejne dwanaście godzin.

Mojego uwielbienia do pierwszych filmów Roba Zombiego nigdy nie kryłam. Tak jak nie kryłam tego, że kondycja jego późniejszych dokonań, kierunek jego rozwoju, że tak ujmę nie napawa mnie większym optymizmem.

Pomysł na „31” wydawał mi się powrotem do źródła, do starej estetyki w której nakręcono „Dom 1000 trupów” i „Bękartów diabła„. Niestety między mną a „31” nie zaiskrzyło. Oczywiście, jest to chory i pojebany film, ale zabrakło mi tu tego pierwiastka obłędu, który tak mocno przywiązał mnie do rodziny Firefly, że płakałam nad ich losem w sequelu.

Nie wiem na co mam zrzucić winę za taki stan rzeczy?

Początek filmu to wejście w temat, czyli zapoznanie z protagonistami o wulgarnym usposobieniu i swawolnej naturze. Na ich czele staje Charly  – oczywiście żonka reżysera Sherii Moon Zombie. w tej części filmu widać starania twórcy by wystylizowć realia na lata 70, stroje, muzyka, kolorystyka zdjęć etc. Jest całkiem przyjemnie, jest całkiem dobrze.

31 film

Jednak gdy akcja wchodzi we właściwy etap wszytko co dobre znika. Przenosimy się do jakiejś ciemnej nory, kolorystyka nabiera metalicznego odcienia, znika ziarnistość z obrazu i oto lata 70 w magiczny i niezrozumiały dla mnie sposób idą w zapomnienie.

31 film

Rozpoczyna się sekwencja kolejnych pozrywanych zdjęć tworzących jakaś dziwną rozsypankę ujęć, montażysta tnie jak szalony i dłuższych ujęć nie mamy tu prawie wcale aż do finałowej sceny, gdy znowu wracamy na amerykańskie pustkowie. Cały ciężar fabuły spoczywa więc na nieracjonalnych, nielogicznych potyczkach bohaterów z antybohaterami, nakręconymi tak nieudolnie, że w pewnych momentach nie wiedziałam kto zabija a kto jest zbijany.

Nie byłam w stanie skupić się na śledzeniu akcji i bardzo niewiele mnie ona obchodziła. Tak dotrwałam do finału, który podobnie jak początkowa partia filmu dorobił się u mnie plusika. Bardzo dobra scena finałowa nie rekompensuje jednak dużych braków w całokształcie.

31 film

Widać, że Zombiemu nadal nie brakuje pomysłów na ciekawe charakterystyki pojebańców, ale niestety w tym wszechobecnym nieprzemyślanym chaosie nie zdołałam ich zbyt dobrze poznać, co stwierdzam z żalem.

Dodam, że film udało mi się obejrzeć w całości dopiero przy drugim podejściu. Niezbyt dobrze.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:5

50/100

W skali brutalności:3/10

Dlaczego miałabym Cię zabić?

The Eyes of My Mother/ Oczy matki (2016)

oczy matki

Francisca mieszka na odludnej farmie wraz z matką i ojcem. Pewnego dnia, pod nieobecność ojca do domu zakrada się szaleniec. Mężczyzna zabija matkę dziewczynki, ale na swoim czynie zostaje nakryty przez męża ofiary. Ten pogrzebawszy zwłoki żony, okalecza morderce i skutego łańcuchami zamyka w szopie. Więziony przez wiele lat staje się w końcu jedynym towarzyszem Francescki, która w końcu dorasta. W raz z nią rośnie jej fascynacja brutalnością i psychopatyczna chęcią posiadania kogoś na własność.

No, co za film, Drodzy Państwo. Już w parę minut po seansie stwierdziłam, że oto obraz, który podzieli widzów. I miałam rację.

Tak zwana szeroka grupa odbiorców do której kierowany jest komercyjnie wyszlifowany repertuar kinowy nie ma tu co szukać. Tylko się biedactwa wynudzą, zniesmaczą a i tak pewnie nie dotrwają do końca filmu. I nawet nie mam im tego za złe, nie każdy musi lubić takie dziwolągi jak obraz Nicolasa Pesce. Wielbiciele dziwolągów natomiast spokojnie się w tym odnajdą.

Jak wiecie, ja owym wielbicielem jestem, toteż film przypadł mi do gustu, choć nie powiem bym była obłędnie zachwycona. Film ma wady, z czego najbardziej rzuca się w oczy, bardzo nierówna narracja. Mamy tu sporo niejasnych przeskoków, urwanych tematów i niedopowiedzeń. Z uwagi na sam temat filmu, który czyni go wcale nie łatwym w odbiorze i te zabiegi dodatkowo utrudniają odbiór i trzeba mieć coś z kinowego masochisty by przełknąć to od tak.

Jest to film w dużej mierze opowiedziany obrazem, nie słowem, do tego czarno- biały więc przebija tu w mojej ocenie sentyment do kina niemego. Zdjęcia charakteryzują się długimi ujęciami, dużą ilością scen skupiających się na prezentacji otoczenia wydarzeń niż samym wydarzeniom. Doskonale poznamy wystrój farmy, położenie domu etc. Taki mały świat głównej bohaterki. Tak mały, że można rzec klaustrofobiczny. Jej egzystencja przypomina żałosny żywot Ed’a Geina, który możecie sobie wyobrazić dzięki rozlicznym dokumentom i filmom fabularnych opartym na jego historii.

oczy matki

Sama bohaterka jawi nam się jak rasowy psychopata. Ale nie taki jakim widzi go Hollywood. Jest wyprana z emocji do granic możliwości. Widać to już w scenach bezpośrednio po śmierci matki, gdy zakrada się do szopy gdzie tkwi uwiązany morderca i nawiązuje z nim relacje. Wszyscy chyba spodziewaliśmy się innego obrotu sprawy. Bohaterka jest zafascynowana śmiercią, ale dopiero później odkryje radość płynącą z mordowania, póki co jej zainteresowanie jest czysto … naukowe.

Wiele tu będzie scen zdolnych zszokować, choć paradoksalnie nie można filmowi zarzucić by obfitował dosadnym gore. Wręcz przeciwnie, widzimy, że Frann coś kroi, ale tylko z kontekstu możemy wiedzieć, co kroi. Widzimy jak wkłada zakrwawione mięso do lodówki, a wyobraźnia robi resztę: to szczątki człowieka, ona zamierza jej zjeść, etc.

Więcej tu wiec sugestii niż dosłowności, za co bardzo chwalę twórcę, bo nie od dziś uważam, że reżyserzy powinni bardziej zawierzyć widzom, zamiast sprzedawać nam ‚gotowce’ sprzedać ‚sugestie’. Dzięki temu każdy wedle własnych możliwości umysłowych dośpiewa sobie resztę na miarę zapotrzebowania czy to na makabrę czy to na coś innego.

oczy matki

„The Eyes of my mother” jest reżyserskim debiutem, co więcej jest to film chłopaczka dwudziestosiedmioletniego, jego kariera i zmysł twórczy jest więc jeszcze w powijakach, a już wyskoczył z czymś takim. Co to będzie dalej?

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:6

Zaskoczenie:6

Zabawa:7

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:8

To coś:8

70/100

W skali brutalności:2/10