Archiwa tagu: horory z lat ’70 i ’80

W kleszczach lęku od początku

The Nightcomers (1971)

Majętny właściciel rozległej posiadłości i wuj dwójki osieroconych dzieci postanawia wyjechać na stałe tym samym pozostawiając opiekę nad domem oraz Florą i Miles’em  swojej służbie: Gosposi Pani Gips, Guwernantce Pannie Jessel i dozorcy Quintowi. Sytuacja w domu szybko wymyka się spod kontroli, a arystokrata jest zmuszony wrócić, bo zarówno dozorca jak i guwernantka giną w niejasnych okolicznościach.

Czy są na sali osoby, które nie znają opowieści Henry’ego Jamesa “W kleszczach lęku”?  Powieść wielokrotnie ekranizowana, poddawana fabularnym wariacjom, cieszy się ogromną i niewątpliwie zasłużoną popularnością. Nie zdawałam sobie jednak sprawy, że ktoś postarał się o filmowy prequel “W kleszczach lęku”. Zasiadając do seansu z “Koszmarami” zupełnie nie miałam świadomości, że właśnie z nim będę mieć do czynienia – Po co czytać opisy filmów, jak można nie czytać?;) Szybko połapałam się jednak co i jak i z ciekawością śledziłam jak narodziła się właściwa historia “W kleszczach lęku”.

Wszystko zaczyna się od wyjazdu wuja Flory i Milesa. Człowiek ten wyraźnie nie jest zainteresowany wychowywaniem siostrzeńców, wręcz nie zamierza przebywać w ich pobliżu. Ciężar opieki przerzuca na służbę. Możecie być zszokowani takim zagraniem, ale nie jest to znowu takie niepopularne rozwiązanie wśród osób, które mogły sobie na to pozwolić finansowo.

W każdym razie od tego wydarzenia wszystko się zaczyna. Poznajemy więc teoretycznie młodsze wersje Flory i Milesa- teoretycznie, bo chyba we wszystkich znanych mi ekranizacjach oryginału dzieciaki wyglądały na młodsze;). Poznajemy też niesławnego Quinta i Pannę Jessel. Fabula skupia się na przedstawieniu ich wzajemnych relacji i wpływie jaki wywarły one na dwoje dzieci pozostawionych pod ich opieką.

Marlon Brando w roli Quinta to szelma, obibok i dewiant wypada rewelacyjnie. Jego relacja z ‘ukochaną’ Jessel nacechowana jest sadystycznie, a i oddziaływania wychowawcze na dzieciaki pozostawiają wiele do życzenia. Mamy tu więc do czynienia z obrazem powolnego wypaczania młodych umysłów przez otaczające ich zepsucie osób niezrównoważonych psychicznie, z którymi pozostają w izolacji.

Nie jest to typowy horror, zdecydowanie, ale czy takim też było w “Kleszczach lęku”? Atmosfera jest tu mniej gęsta, choć wszystko intensyfikuje się, gdy zbliżamy się do finału, czyli  śmierci Quinta i Jessel. W każdym razie historia jest ciekawa i nieźle zrealizowana.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie: 6

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Walory techniczne: 7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:7

63/100

W skali brutalności:1/10

Piękna Greta

La morte ha sorriso all’assasino/ Śmierć uśmiecha się do mordercy (1973)

Początek XX wieku. Pod pałacem rodziny von Ravensbruck rozbija się kareta wioząca młodą kobietę. Anonimowa piękność okazuje się być zdrowa na ciele, jednak konsekwencją wypadku jest całkowita amnezja. Z naszyjnika zawieszonego na szyi kobiety doktor von Ravenbruck odczytuje, że prawdopodobnie ma ona na imię Greta.

Piękna Greta dochodzi do siebie pod troskliwą opieką mieszkańców pałacu. Wkrótce rozkochuje w sobie zarówno doktora jak i jego żonę, Evę. Poryw namiętności doprowadza tę drugą do karygodnego czynu, zaś czyn ten pociąga konsekwencje w postaci ukazania prawdziwej tożsamości tajemniczej Grety.

Kiedy tylko zobaczyłam na ekranie nazwisko: Klaus Kinski aż zapiałam z zachwytu. Tak, myślę, to będzie nielicho odjebane dzieło. Finalnie okazuje się jednak, że aktor choć odgrywa istotną rolę w całej historii to z ekranu znika dość szybko.

Nie mniej jednak nadal jest to dzieło wykręconego Włocha, który uwielbiał go obsadzać w swoich produkcjach. A produkcje te… cóż są nie mniej odjechane, co kreacje Kinskiego. Jeśli jesteście fanami horrorów i jeszcze nie mieliście styczności z twórczością Joe D’Amato to koniecznie musicie jej choć liznąć. I myślę, że “Śmierć uśmiecha się do mordercy” na początek będzie akuratne. Nie radziłabym zaczynać od “Ludożercy“, czy “Buio Omega” bo to będzie trauma;)

Akcja “Śmierć uśmiecha się do mordercy” rozgrywa się na początku ubiegłego wieku. Piękne damy wciśnięte w gorsety, pałacowe piwnice i dworskie nieobyczajne obyczaje.

Fabuła nie jest zbyt skomplikowana, ale też nie przypomina klasycznej i prostej opowieści grozy. Mamy tu wątki kazirodcze, lesbijskie, trochę nekrofilii, zamurowanie żywcem, wyjątkowo drapieżnego kota i wyjątkowo odpychającą charakteryzację. Znajdzie się coś dla fanów gore, ale nie tyle co zwykle u D’Amato.

Sama bawiłam się przednio, przyjmując bez sprzeciwu wszystkie typowe dla starego włoskiego horroru zagrania. Kwestia przyzwyczajenia i wyrobienia sobie tolerancji. Jeśli i Wy jesteście do tego skłonni macie szansę dobrze barwić się w czasie seansu z filmem całkiem różnym od współczesnego kina.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:7

Zaskoczenie: 6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:8

67/100

W skali brutalności: 3/10

Nosferatu, to ty?

Hanno cambiato faccia/ Zmiana oblicza (1971)

Szeregowy pracownik korporacji Nosferatu, Alberto Valle zostaje zaproszony przez swojego szefa, inżyniera Giovanniego Nosferatu do jego domu, willi położonej na kompletnym odludziu. Po drodze mężczyzna napotyka roznegliżowaną autostopowiczkę Laurę, która towarzyszy mu w dalszej podróży, cały czas starając się odwieźć go od pomysłu przyjęcia gościny inżyniera. Mimo tego Alberto wkrótce przekracza próg willi swojego chlebodawcy. Jest pod ogromnym wrażeniem zarówno samego domu jak i jego właściciela.

Klasyka miewa ciężko los. Każdy ją zna, przynajmniej w teoretycznych założeniach i każdy robi z nią co chce. Doczekaliśmy się nieskończenie wielu wariacji na temat takich utworów jak “Frankenstein“, czy “Dracula“. Są to bowiem szlagierowe tytuły. Niektóre są bardziej, inne mniej, udane. “Zmiana oblicza”, która wzięła na warsztat “Draculę” Brama Stockera wprowadziła mnie w osłupienie.

Większość z Was zmierzyła się już chyba, z nowym serialowym Draculą od Netflixa. Ja odpadłam po trzech odcinkach, nie chcąc wiedzieć jak dalej będzie przebiegać ta profanacja zwłok. Sięgając po “Zmianę oblicza”, w krótkim czasie po moim spotkaniu z Netflixowym “Draculą” nie miałam świadomości, że sięgam po kolejną wariację na jego temat. Wariację, która dla odmiany bardzo przyjemnie mnie zaskoczyła.

Tak popadłam w przedziwną konsternację widząc to przedziwne połączenie horroru gotyckiego z satyrą społeczną. Nie jest to znowuż pomysł taki ‘od radajca’, bo czasem mi się zdaje, że to właśnie horror wampiryczny jako pierwszy wysunął oskarżycielski palec w postawę konsumpcjonizmu.

Nie mniej jednak jak dotąd nie spotkałam się z tak dobitnym i symbiotycznym podejściem do obydwu zagadnień. Włoski Dracula, nie jest szlachcicem a przedsiębiorcą, korporacyjnym guru, który sprzedaje wszystko i każdemu. To jak bezgraniczny jest jego apetyt momentami ociera się o groteskę. Reklamy rodzinnego pakietu LSD dostępnego w sieci marketów Nosferatu chyba już nigdy nie zapomnę o_O

Klimat filmu jest nie mniej dziwaczny niż jego treść. Z jednej strony mamy do czynienia z niewątpliwą elegancją, zachęcającym szykiem odzwierciedlonym zarówno w postawie naszego inżyniera Nosferatu jak i we wnętrzu jego willi, robiącej przecież za zamek Draculi. Z drugiej strony w tym jasnym obliczu, wręcz wylizanych gładkościach  kryje się jakiś podstępny brud i ciemność.

Wszechobecna technologia, nieustannie deklamowane reklamy stanowią tu nowy rodzaj wampirzej hipnozy, nowy mesmeryzm, któremu poddawany jest bohater, Alberto. W miarę jak postępuje akcja jest coraz dziwniej i dziwniej. Bohater jest w pułapce, nie inaczej niż było to w oryginalnej historii.

O tak. Ten film to prawdziwa gratka i nie wiem jak wytłumaczyć sobie fakt, że nie zaskarbił sobie popularności.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:8

Zabawa:9

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:9

To coś:8

76/100

W skali brutalności: 1/10

To nie jest magia

Magic/ Magia (1978)

Charles ‘Corky’ Withers jest aspirującym iluzjonistą. Niestety mimo wytężnej pracy na swoim warsztatem jego pierwszy poważny występ kończy się fiaskiem. Za radą swojego mentora ‘Merlina’ postanawia uatrakcyjnić swoje występy.

Odpowiedzią na potrzeby publiczności okazuje się zaangażowanie do show kukiełki. Teraz Corky jest już nie tylko magikiem, ale i brzuchomówcą. Agent Corky’ego wróży mu wielką karierę jednak ten postanawia skryć się w miejscu, gdzie spędził dzieciństwo by tylko z lalką o imieniu Fat’s dzielić swoją tajemnicę.

Legenda głosi, że to właśnie film Richarda Attenborought’a pt. “Magia” zainspirowała Metallice do stworzenia kawałka “Sad but true”. Z uwagi na to, że Kirk jest wielkim fanem filmowych horrorów wcale mnie to nie dziwi.

Scenariusz filmu bazuje na nudnawej – zdaniem wielu -powieści Williama Goldmana. Czy nudnawa, czy nie, apetyt na zrealizowanie filmowej wersji powieści miał podobno sam Spielberg, ale Attenborought go ubiegł.

“Magia” jest też uważa na prekursora “Laleczki Chucky”, ale spokojnie, to historia w zupełnie innym tonie.

Nie jest to produkcja zbyt rozrywkowa. To miejscami ciężkawy horror psychologiczny, w którym stracha ma napędzić nie tyle demoniczne oblicze lalki, co obłęd głównego bohatera.

A w głównego bohatera wciela się nikt inny a młodziutki jak szczypiorek na wiosnę Anthnhy Hopkins. Tak młodego Lectera to jeszcze nie widziałam;)

W roli Corky’ego wypada przepysznie. Jego charyzma jest tu jeszcze nieśmiała, ale już daje o sobie znać. Hopkins bez trudu dźwiga cały ciężar dramaturgii tkwiący w tej opowieści.

Film jest pozbawiony większej gwałtowności, przynajmniej do póki nie znajdziemy się w odpowiednim punkcie. Nie mamy tu więc wielu atrakcji chyba, że będzie nią dla Was samo baczne przyglądanie się przesłankom szaleństwa.

Przedmiotem całej sprawy jest relacja naszego bohatera ze swoim drugim ja. Nieśmiertelny motyw doktora Jekylla i mr. Hyde’a. Pojawiają się bohaterowie poboczni, jak sympatia z dzieciństwa kipiąca infantylnością i niczego nie świadoma, oraz Ci którzy próbują interweniować by wyciągnąć Corky’ego z paszczy szaleństwa.

Film ma bardzo przyjemnie nieprzyjemny klimat i ogląda się go bardzo dobrze. Pytanie tylko czy ton ten opowieści trafi w potrzeby temperamentu danego widza. Z tym, to już może być różnie, ale ja klasykę zawsze polecam, bo warto znać.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:9

Oryginalność:7

To coś:7

67/100

W skali brutalności:1/10

Balanga studencka

The House on Sorority Row/ Dom Pani Slater (1983)

Kilka absolwentek college’u planuje urządzić imprezę z okazji zakończenia studiów. Wszystkie one są lokatorkami niejakiej Pani Slater od lat prowadzącej dom studencki dla dziewcząt. Sędziwa kobieta ani myśli zgodzić się z tym pomysłem, zamiast tego nakazuje byłym już studentkom jak najszybciej opuścić jej włości.

Vicky, jedna z dziewcząt wyjątkowo zachodzi jej za skórę swoim frywolnym zachowaniem narażając się tym samym na wybuch agresji ze strony staruszki. Upokorzona dziewczyna do spółki z koleżankami planuje zemstę na pani Slater, niestety plan wymyka się z pod kontroli i martwe ciało staruszki ląduje na dnie basenu.

“Dom Pani Slater” nigdy nie znalazł się w czołówce najpopularniejszych horrorów nurtu slash. Sama miałam duży problem z dokopaniem się do niego, a o tym, że mi się to w końcu udało ostatecznie zadecydował przypadek.

“Dom pani Slater” był pierwszym horrorem nakręconym przez Marka Rosmana i pierwszym jego filmem w ogóle. Przeglądając jego filmografię aż dziw bierze, że gość od “Lizzy McGuire” i innych tego rodzaju produkcji zaczynał właśnie w ten sposób. Dziwi to tym bardziej, że w “Domu pani Slater” widać ogromne zamiłowanie do gatunku i jego znajomość.

Tak, “Dom Pani Slater” jest podręcznikowym slasherem. Ze wszystkimi slasherowymi zaletami i typowymi w tym podgatunku wadami. Obraz nie ma szansy spodobać się osobom nie lubiącym slasherów. Osobiście wolę te z nurtu camp, albo backwoods, ale nie mogę powiedzieć bym miała powody pogardzić opowieścią osadzoną w studenckim bractwie.

Sam scenariusz jest schematyczny i podporządkowany nieśmiertelnym prawom slashera. Mamy więc naszą tytułową bohaterkę,która pada ofiarą niewybrednego żartu zakończonego jej zgonem. Kwestia zgonu jednak okazuje się wątpliwa, gdy w czasie imprezy w bractwie zakamuflowane przez studentki ciało znika z basenu. Czyżby jednak Pani Slater przeżyła i to właśnie ona wymierza bolesne razy swoją laską tym, którzy w tak głupi sposób mogli pozbawić ją życia?

Widzom takich obrazów jak “Piątek 13ego” z automatu przyjdzie do głowy alternatywne rozwiązanie, również popularne w slasherach, więc nie jestem pewna czy możemy tu mówić o niespodziance, choć taki mógł być zamiar scenarzysty.

Podobnie schematycznie wypadają charakterystyki naszych oprawczyń. Mamy tu typowe kontinuum: Od najczarniejszego charakteru ucieleśnionego w postaci rozkapryszonej i kipiącej złością Vicky aż do prawie niewinnej Katey, która jako jedyna z gromady okazywała skrupuły względem zatajenia morderstwa. Mamy kilka ‘kuropatw’, jak zwykłam nazywać dziewczęta niczym niewyróżniające się i akcent- chyba komediowy- czyli głupiutką Morgan, która swoimi ‘przygotowaniami do zgonu’ udowodniła jak cienka jest granica między chujowym aktorstwem, a wybitną kreacją głupiej blondynki.

Jeśli już jestem przy rozwiązaniach o zabarwieniu humorystycznym to nie mogę nie wspomnieć o scenie z policjantem i kontenerem. Gotowy temat na pastisz. Z resztą, momentów, które można uznać za bardziej śmieszne niż straszne – szczególnie zdaniem współczesnego widza znajdziemy tu od groma. Praktycznie każda scena mordu za sprawą realizacji stricte technicznej trąci czymś co ociera się o groteskę.

Najciekawiej w tym wszystkim wypada kreacja tytułowej Pani Slater, kobieta z przeszłością, z wyraźnym rysem obłędu i mroczną tajemnicą. Szkoda, że tak szybko umarła;)

Ubawiłam się na tym filmie, a to chyba najważniejsze.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:8

60/100

W skali brutalności:2/10