Archiwa tagu: horory z lat ’70 i ’80

To nie jest magia

Magic/ Magia (1978)

Charles ‘Corky’ Withers jest aspirującym iluzjonistą. Niestety mimo wytężnej pracy na swoim warsztatem jego pierwszy poważny występ kończy się fiaskiem. Za radą swojego mentora ‘Merlina’ postanawia uatrakcyjnić swoje występy.

Odpowiedzią na potrzeby publiczności okazuje się zaangażowanie do show kukiełki. Teraz Corky jest już nie tylko magikiem, ale i brzuchomówcą. Agent Corky’ego wróży mu wielką karierę jednak ten postanawia skryć się w miejscu, gdzie spędził dzieciństwo by tylko z lalką o imieniu Fat’s dzielić swoją tajemnicę.

Legenda głosi, że to właśnie film Richarda Attenborought’a pt. “Magia” zainspirowała Metallice do stworzenia kawałka “Sad but true”. Z uwagi na to, że Kirk jest wielkim fanem filmowych horrorów wcale mnie to nie dziwi.

Scenariusz filmu bazuje na nudnawej – zdaniem wielu -powieści Williama Goldmana. Czy nudnawa, czy nie, apetyt na zrealizowanie filmowej wersji powieści miał podobno sam Spielberg, ale Attenborought go ubiegł.

“Magia” jest też uważa na prekursora “Laleczki Chucky”, ale spokojnie, to historia w zupełnie innym tonie.

Nie jest to produkcja zbyt rozrywkowa. To miejscami ciężkawy horror psychologiczny, w którym stracha ma napędzić nie tyle demoniczne oblicze lalki, co obłęd głównego bohatera.

A w głównego bohatera wciela się nikt inny a młodziutki jak szczypiorek na wiosnę Anthnhy Hopkins. Tak młodego Lectera to jeszcze nie widziałam;)

W roli Corky’ego wypada przepysznie. Jego charyzma jest tu jeszcze nieśmiała, ale już daje o sobie znać. Hopkins bez trudu dźwiga cały ciężar dramaturgii tkwiący w tej opowieści.

Film jest pozbawiony większej gwałtowności, przynajmniej do póki nie znajdziemy się w odpowiednim punkcie. Nie mamy tu więc wielu atrakcji chyba, że będzie nią dla Was samo baczne przyglądanie się przesłankom szaleństwa.

Przedmiotem całej sprawy jest relacja naszego bohatera ze swoim drugim ja. Nieśmiertelny motyw doktora Jekylla i mr. Hyde’a. Pojawiają się bohaterowie poboczni, jak sympatia z dzieciństwa kipiąca infantylnością i niczego nie świadoma, oraz Ci którzy próbują interweniować by wyciągnąć Corky’ego z paszczy szaleństwa.

Film ma bardzo przyjemnie nieprzyjemny klimat i ogląda się go bardzo dobrze. Pytanie tylko czy ton ten opowieści trafi w potrzeby temperamentu danego widza. Z tym, to już może być różnie, ale ja klasykę zawsze polecam, bo warto znać.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:9

Oryginalność:7

To coś:7

67/100

W skali brutalności:1/10

Balanga studencka

The House on Sorority Row/ Dom Pani Slater (1983)

Kilka absolwentek college’u planuje urządzić imprezę z okazji zakończenia studiów. Wszystkie one są lokatorkami niejakiej Pani Slater od lat prowadzącej dom studencki dla dziewcząt. Sędziwa kobieta ani myśli zgodzić się z tym pomysłem, zamiast tego nakazuje byłym już studentkom jak najszybciej opuścić jej włości.

Vicky, jedna z dziewcząt wyjątkowo zachodzi jej za skórę swoim frywolnym zachowaniem narażając się tym samym na wybuch agresji ze strony staruszki. Upokorzona dziewczyna do spółki z koleżankami planuje zemstę na pani Slater, niestety plan wymyka się z pod kontroli i martwe ciało staruszki ląduje na dnie basenu.

“Dom Pani Slater” nigdy nie znalazł się w czołówce najpopularniejszych horrorów nurtu slash. Sama miałam duży problem z dokopaniem się do niego, a o tym, że mi się to w końcu udało ostatecznie zadecydował przypadek.

“Dom pani Slater” był pierwszym horrorem nakręconym przez Marka Rosmana i pierwszym jego filmem w ogóle. Przeglądając jego filmografię aż dziw bierze, że gość od “Lizzy McGuire” i innych tego rodzaju produkcji zaczynał właśnie w ten sposób. Dziwi to tym bardziej, że w “Domu pani Slater” widać ogromne zamiłowanie do gatunku i jego znajomość.

Tak, “Dom Pani Slater” jest podręcznikowym slasherem. Ze wszystkimi slasherowymi zaletami i typowymi w tym podgatunku wadami. Obraz nie ma szansy spodobać się osobom nie lubiącym slasherów. Osobiście wolę te z nurtu camp, albo backwoods, ale nie mogę powiedzieć bym miała powody pogardzić opowieścią osadzoną w studenckim bractwie.

Sam scenariusz jest schematyczny i podporządkowany nieśmiertelnym prawom slashera. Mamy więc naszą tytułową bohaterkę,która pada ofiarą niewybrednego żartu zakończonego jej zgonem. Kwestia zgonu jednak okazuje się wątpliwa, gdy w czasie imprezy w bractwie zakamuflowane przez studentki ciało znika z basenu. Czyżby jednak Pani Slater przeżyła i to właśnie ona wymierza bolesne razy swoją laską tym, którzy w tak głupi sposób mogli pozbawić ją życia?

Widzom takich obrazów jak “Piątek 13ego” z automatu przyjdzie do głowy alternatywne rozwiązanie, również popularne w slasherach, więc nie jestem pewna czy możemy tu mówić o niespodziance, choć taki mógł być zamiar scenarzysty.

Podobnie schematycznie wypadają charakterystyki naszych oprawczyń. Mamy tu typowe kontinuum: Od najczarniejszego charakteru ucieleśnionego w postaci rozkapryszonej i kipiącej złością Vicky aż do prawie niewinnej Katey, która jako jedyna z gromady okazywała skrupuły względem zatajenia morderstwa. Mamy kilka ‘kuropatw’, jak zwykłam nazywać dziewczęta niczym niewyróżniające się i akcent- chyba komediowy- czyli głupiutką Morgan, która swoimi ‘przygotowaniami do zgonu’ udowodniła jak cienka jest granica między chujowym aktorstwem, a wybitną kreacją głupiej blondynki.

Jeśli już jestem przy rozwiązaniach o zabarwieniu humorystycznym to nie mogę nie wspomnieć o scenie z policjantem i kontenerem. Gotowy temat na pastisz. Z resztą, momentów, które można uznać za bardziej śmieszne niż straszne – szczególnie zdaniem współczesnego widza znajdziemy tu od groma. Praktycznie każda scena mordu za sprawą realizacji stricte technicznej trąci czymś co ociera się o groteskę.

Najciekawiej w tym wszystkim wypada kreacja tytułowej Pani Slater, kobieta z przeszłością, z wyraźnym rysem obłędu i mroczną tajemnicą. Szkoda, że tak szybko umarła;)

Ubawiłam się na tym filmie, a to chyba najważniejsze.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:8

60/100

W skali brutalności:2/10

Zwykła zabawka

Child’s Play/ Laleczka Chucky (1988) & Child’s Play/Laleczka (2019)

Remake, remake, wszędzie remake. Reamke’a doczekała się też pierwsza odsłona “Laleczki Chucky”, na którą jakimś sposobem trafiłam do kina. Z uwagi na to, że fabularnie filmy zasadniczo się różnią, zmuszona jestem niejako rozbić, przynajmniej opisową część wpisu, na dwie części. Zacznę od klasyka:

Ścigany przez policję przestępca Charles Lee Rey z pomocą czarnej magii w chwili swojej śmierci importuje swoją złą duszę do interaktywnej zabawki “Good boy”.

Ten konkretny egzemplarz trafia w ręce małego chłopca, Andy’ego wychowywanego przez samotną, zapracowaną mamę, Karen. Lalka, która miała być prezentem staje się przekleństwem ściągającym ofiary śmiertelne i chcącą przejąć ciało chłopca.

Klasyczna “Laleczka Chucky” nakręcona przez Toma Hollanda stworzyła ikonę popkultury w osobie rudej, wrednej lalki. Mimo, że pomysł na uczynienie z przedmiotu dziecięcej zabawy antybohatera pojawił się już wcześniej, chociażby w nakręconym rok wcześniej “Dolls” to właśnie Chucky stał się nieśmiertelny w swojej sławie.

Teraz pomysł z przestępcą parającym się Voodoo i zaklinającym lalkę może wydawać się śmieszny nawet jak na standardy kina rozrywkowego. Być może właśnie dlatego twórca remake postarał się o inną genezę Chucky’ego.

Oryginał doczekał się aż sześciu sequeli, z czego każdy kolejny coraz bardziej skręcał w stronę groteski. Ta groteska, w odpowiedniej porcji była też obecna w pierwszej odsłonie “Laleczki Chucky” jednak nie skończyło się to źle dla projektu, wręcz przeciwnie.

Może właśnie dzięki unikaniu patosu, film nie naraził się na niebezpieczną śmieszność. Pierwszy Chucky, bawi i straszy. Jest w tym dość skuteczny, choć sama nie uważam się za wielką fankę tego bohatera.

Porównując obecnie starszą wersję i jej remake muszę jednak przyznać, że film nie zestarzał się tak bardzo, jak to bywało w przypadku niektórych formatów. O dziwo, dotyczy to nawet scen śmierci, które nadal można oglądać z przyjemnością – jakkolwiek to brzmi;)

Nowa “Laleczka” to już nie “Laleczka Chucky”, lecz tylko “Laleczka”, choć tytuł oryginalny pozostawiono bez zmian.

Spokojnie, nadal ma na imię Chucky, jest podły i rudy:) W jego powstanie nie jest wplątana magia Voodoo, a magia technologii, dokładnie sztuczna inteligencja.

Produkt pod nazwą “Buddy” trafia do setek samotnych dzieciaków chcących mieć własnego przyjaciela. Andy’emu, na oko jedenastoletniemu chłopaczkowi trafia się jednak egzemplarz wybrakowany. Klątwą jaka spada na lalkę są tym razem zdjęte zabezpieczenia, które działając prawidłowo uniemożliwiają małemu robocikowi sianie zniszczenia. Jednak Chucky Andy’ego jest rozhamowany pod każdym względem i mimo najlepszych intencji krzywdzi ludzi i …. chlip, chip… kotki.

Swoją misję bycia najlepszym przyjacielem traktuje nader serio i nie cofnie się przed niczym by uszczęśliwić swojego właściciela. Szczegółów Wam nie zdradzę, ale trup ściele się gęsto, a scena z kosiarką mm… midzio. Właśnie w ten sposób wyobrażałam sobie scenę z “Misery” Kinga, scenę obecną tylko w książce.

Nie da się ukryć, że remake poszedł z duchem czasu. Jest to nowa “Laleczka” dla nowego pokolenia. Ja będąc niejako pomiędzy, ze swoją oceną też pozostanę pomiędzy. Być może część widzów będzie rozżalona, że nadprzyrodzony rodowód Chucky, zastąpiono czymś bardziej przyziemnym, ale czy przez to jest mniej straszny?

Mnie, ku mojemu zaskoczeniu nowa wersja historii spodobała się. Zarówno na poziomie pomysłu, jak i wykonania. Dużego plusa daję odtwórcy roli nowego Andy’ego, ale zaminusowali u mnie tym kotem cholernie.

Podsumowując, jeśli macie chęć wybrać się do kina na nową wersję “Laleczki” możecie to spokojnie uczynić, myślę, że nie będzie zawodu. Starszej wersji, kłaniam się nisko, nadal z nabożnym szacunkiem, ale bez zachwytu.

Moja ocena:

Laleczka Chucky (1988) – 7/10

W skali brutalności:2/10

Laleczka (2019)- 7+/10

W skali brutalności:3/10

To był gwałt

La casa sperduta nel parco/ Dom na skraju parku (1980)

dom na skraju parku

Tom i Lisa udają się na przyjęcie do znajomych. Niestety po drodze ich auto ma awarię. Z pomocą przychodzi im dwóch typków, którzy naprawiwszy problem wpraszają się na wspólną imprezę. Tak wszyscy trafiają do tytułowego domu na skraju parku, gdzie na jaw wychodzi, że nieoczekiwani goście to seksualni przestępcy.

Aj, dawno nie oglądałam nic starego. Los skierował moje oko na sympatycznie brzmiący tytuł “Dom na skraju parku”. Opis wskazał, że najpewniej będę tu mieć do czynienia z home invasion, a sceny otwierające film, ni mniej ni więcej przedstawiające gwałt, kazały mi się nastawić na coś na film naznaczony przemocą seksualną.

“Dom na skraju parku” ma sporo wspólnego z “Ostatnim domem po lewej” i nie chodzi mi tylko o pewne podobieństwo w tytule. Fani filmu Wesa Cravena z pewnością rozpoznają w jednym z antagonistów Davida Hessa, czyli niesławnego Kurga z “Ostatniego…”. Drugiego z czarnych charakterów możecie kojarzyć z “Canibal Ferox”. Zapowiada się ostro, czyż nie?

dom na skraju parku

Jednak jeśli pamiętacie niektóre z moich refleksji na temat sposobu prezentowania scen przemocy i mordu we włoskim kinie wiecie, że jednym z moich głównych zarzutów było zastępowanie upiornych krzyków przerażenia orgazmicznym spazmem jaki wydawały z siebie katowane włoskie aktorki. Za cholerę nie jestem w stanie się do tego przekonać i ilekroć słyszę te namiętne westchnienia z miejsca pojawia się u mnie uśmiech rozbawienia, cokolwiek nie na miejscu jeśli idzie o właściwy odbiór scen przemocy.

dom na skraju parku

Tak też zadziało się w przypadku tegoż filmu. Jako że jego twórcą jest Ruggero Deodato (tu pojawiają się czołowe tytuły włoskiego kina kanibalistycznego) zaczęłam się poważnie zastanawiać, czy jego aktorzy pożerani przez kanibali też wydawali z siebie takie porno westchnienia;)

Tak więc jak już zapewne się domyślacie w filmie tym będziecie obcować z przemocą seksualną. Ale zapomnijcie o scenach rodem ze starego “Pluję na twój grób” gdzie nie ma się wątpliwości co do wyrządzanej krzywdy. Tu… naprawdę w pewnym momencie się pogubiłam.

Scen rozbieranych, scen jednoznacznie erotycznych jest urodzaj. W zasadzie można by ten film puścić w paśmie erotyków na TV4, ale jeśli chodzi o przemoc? No… nie jestem przekonana.

dom na skraju parku

Finał tej historii, dość zaskakujący przenoszący ją do kategorii rape and revegne niejako tłumaczy tak osobliwe zachowanie ofiar, ale mimo wszystko miałam wrażenie, że twórcy ciężko się zdecydować, czy chce widza podjarać, czy przerazić. Dopiero ostatnia ofiara zabiegów zaczęła budzić moje współczucie- przynajmniej się opłakała, co do reszty dam, brakowało tylko by oplotły swoich gwałcicieli nogami w miłosnym uniesieniu;/ Być może to właśnie ta dziwna niejednoznaczność sprawiła, że film ten został wciągnięty na listę zakazanych, i tak na dobrą sprawę wypłynął dopiero po roku 2000. Albo wrzucili go tak z rozpędu ‘za nazwisko reżysera’.

dom na skraju parku

Z całą pewnością historia ma potencjał i choć nie mówię tego często warto by ją remakeować.

Podobno były nawet takie plany, ale przewidywana na rok 2016 premiera filmu nie odbyła się. Nie wiem nawet, czy obsada weszła na plan, czy może śmierć odtwórcy jednej z głównych ról położyła kres wszelkim zamiarom nie młodego już reżysera.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:4

56/100

W skali brutalności:2/10

Dziewczyna antychrysta

L’Anticristo/ Antychryst (1974)

antichristo

Dorosła córka znanego arystokraty Ippolita w wyniku doznanego w dzieciństwie wypadku jest sparaliżowana. Brak władzy w  noga wpędził ją w gorycz samotności i całkowitej zależności od ojca. Nie pomaga wizyta w uzdrowiskowym sanktuarium. Dopiero seanse hipnotyczne przeprowadzone w myśl teorii o psychicznym podłożu niepełnosprawności kobiety sprawiają, że staje ona na nogach. Niestety regresywny seans wpędza Ippolitę w znacznie większe kłopoty.

“Antychryst” stanowi doskonały przykład horroru religijnego. Piekielne moce biorą tu we władanie wrażliwą duszę skrzywdzonej bohaterki. Początkiem opętania jest hipnoza w czasie, której kobieta przeżywa regresję do swojego poprzedniego wcielenia. Zaczyna się jazda.

antichristo

Choć jeśli mam być szczera tego, że mamy tu do czynienia z  kinem grozy możecie być pewni już od pierwszych scen, wcale nie trzeba czekać na szczególny rozwój wydarzeń. Początkowe partie filmu to przede wszystkim przejaskrawiona ekspresja odtwórczyni głównej roli, pokaz iście teatralnej gotycko kiczowatej scenografii i BAM… muzyka Morricone, która robi do prawdy upiorne wrażenie w połączeniu z natarczywie nadużywanymi strunami głosowymi kolejnych aktorów.

Film jest bardzo krzykliwy. Stworzono go na fali sukcesu “Egzorcysty“, ale włosi przegięli w tych materiach, które i tak szokowały w filmie Friedkina. Często ocierają się wręcz o groteskę i kicz, ale nie da się ukryć, że włosi pewne elementy horroru wykorzystują inaczej niż robi to Hollywood. Niestety bezmiar aspiracji twórców zapędził ich w kozi róg w momencie gdy zaczęli na poważanie serwować nam efekty specjalne.A te są.. no, przemilczę.

antichristo

Ważnym elementem fabuły są wątki seksualne i te znajdują odzwierciedlenie w namiętnych westchnieniach naszej Ippolity, równie częstych co nieludzkie krzyki a także w konkretnych scenach jak nieliche nawiązanie do “Dziecka Rosemary” w scenie bluźnierczego seksu z diabłem. Niezaspokojone potrzeby natury seksualnej pretendują też do roli przyczyny całego zamieszania, bo nasza bohaterka podobnie jak jej poprzednie wcielenie roi sobie namiętne wizje i wyraźnie nie radzi sobie z brakiem spełnienia. Ot jakiś frywolny penis na wyciągnięcie reki zażegnał by kryzys dużo szybciej niż hipnoza i wszelkie odprawiane w dalszej partii filmu gusła.

antichristo

Minusem produkcji jest fakt, że całe to pobojowisko wlecze się trochę przy długo i w pewnym momencie nawet lizanie rzygowin przestaje robić wrażenie. Nie postarano się tu o stopniowanie napięcia,a fabuła lecie sobie samobieżnie od jednej sceny do drugiej, jakby scenarzysta pogubił się w notatkach i co poniektórym może się odechcieć ogarniać ten chaos. Nie miej jednak na swój sposób to ciekawa oferta.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:5

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

to coś:6

56/100

W skali brutalności:2/10

Dom uciech i śmierci

The Nesting (1981)

nesting

Młoda pisarka Lauren Cochran za radą swojego terapeuty przenosi się z Nowego Jorku na wieś, by tam odzyskać spokój ducha i pozbyć się uporczywych objawów agorafobii. Gdy wraz ze swoim znajomym, Markiem dociera w okolice gdzie planowała osiąść jej oczom ukazuje się okazałe stare domostwo. Jak sama twierdzi nigdy go nie widziała, a mimo to stworzyła jego obraz na kartach ostatniej powieści. Kobieta postanawia zarzucić wcześniejsze plany i wynająć właśnie ten dom.

Jego właścicielem okazuje się stary pułkownik, który cokolwiek dziwnie reaguje na widok Lauren. Nie mniej jednak kobiecie udaje się zrealizować plan wynajmu za pośrednictwem wnuka pułkownika i wkrótce zostaje lokatorką domostwa. Tam jednak nie znajduje spodziewanego spokoju, a agorafobia okazuje się najmniejszym problemem.

“Nesting” nie jest znanym filmem. Jego reżyser nie ma dużego dorobku. To rościło mi nadzieję na coś oryginalnego, ale niestety, “Nesting” to typowy reprezentant ghost story, jedynie pewne fabularne wybiegi, które sprawiły, że w wielkiej Brytanii uznano go za obsceniczny stawowi pewne novum, albo też ukłon w stronę gatunku slashera.

nesting

Nie mniej jednak nie jest to obraz, który powala na kolana, ale obejrzałam go, bo miałam palącą ochotę na obejrzenie czegoś starszego. W tej roli się sprawdził. To dokładnie taki film jakie kręcono w latach osiemdziesiątych. Żadnych szczególnych efektów, ale przynajmniej dobra jakość dźwięku.

Spora część filmowych wydarzeń rozgrywa się w biały dzień, ale klimat wcale na tym nie traci, bo w tych promienistych kadrach jest coś podstępnego. Z uwagi na fakt, że nie jest to superprodukcja, w którą wpompowano miliony, nie może się też pochwalić wyróżniającą się obsadą. Filmografia odtwórczyni głównej roli ogranicza się do paru ról, ale za to John Carradine powinien zwrócić waszą uwagę. Wciela się tu w postać pułkownika, jest też narratorem opowieści. Facet ma świetny głos, stworzony do filmów grozy. “Nesting” może też poszczycić się niezłą muzyką.

nesting

Scenariusz filmu mieści się w ścisłych ramach opowieści o nawiedzonym domu. Samo domostwo, jego architektura zrobiła na mnie większe wrażenie niż sama jego historia, ale może to kwestia mojej niechęci do wątków rodem z “Niewolnicy Izaury”. Mimo wszytko seans z “Nesting” muszę uznać za całkiem zadowalający. Dostałam od tegoż filmu to czego potrzebowałam, czyli klimatu kina lat ’80. bez wygórowanych oczekiwań może na film zalukać.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

55/100

W skali brutalności:3/10

Nie tylko zabobony

Superstition/ Zabobony (1982)

superstition

W małym miasteczku Blak Point przed dwustoma laty wykonano wyrok śmierci na oskarżonej o konszachty z szatanem czarownicy Elondrze Sharack. Wkrótce po tym zdarzeniu na związanych z nim osobach zaczyna ciążyć klątwa. Zemsta zza grobu jednak nigdy się nie kończy i nowe nieszczęścia spadają na przybyłą do Black Point rodzinę. Sprawę kolejnych makabrycznych zbrodni bada inspektor Carl Strugess wraz z miejscowym księdzem Davidem.

“Zabobony” nie należą do czołówki najpopularniejszych horrorów z lat osiemdziesiątych. Ja sama prędko na niego nie trafiłam. Można go przypisać zarówno do grona slasherów ze względu na serię makabrycznych mordów stanowiących główną oś fabuły jak i do grona horrorów paranormalnych ze względu na nadnaturalne wątki żywe w tej historii.

superstition

Twórcy filmu to duet reżysera, między innymi, klasycznego “The Town That Dreaded Sundown” i scenarzysty…. “Strażnika Teksasu”. Połączenie ciekawe i efekt nie mniej intrygujący.

Uważam, że film jest wart uwagi przynajmniej z kilku powodów. Waszą uwagę z pewnością zwróci muzyka. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że jest rżnięta z “Lśnienia” Kubricka i tylko dla niepoznaki została podrasowana. A wiadomo, że muzyka w “Lśnieniu” była wybitna, więc pozytywne wrażenia przekładają się też na odbiór naśladowcy. Sceny grozy nie oszczędzają widza, nawet jak na slasher, gdzie rąbanka musi być. Tu jest jej sporo i w dodatku dość pomysłowej. Twórcy serii  “Oszukać przeznaczenie” mogli znaleźć tu inspirację. Można nawet odważnie rzec, że film zawiera elementy gore.

superstition

Nadprzyrodzona warstwa wydarzeń dodaje wszystkiemu smaku. Scenariusz pana od “Strażnika Teksasu” wykorzystuje schemat obecnie bardzo popularny mianowicie wprowadza moty śledztwa paranormalnego. Obecnie to nic nowego, ale w latach osiemdziesiątych hołdowano większej czystości gatunkowej i nie wplatano elementów właściwych dla kryminału w fabułę filmu typu ghost story. Jest to duży plus, nie tylko ze względu na element nowości, ale przede wszystkim ze względu na praktyczny efekt takiego zabiegu, czyli większe możliwości stosowania twistów fabularnych. Nasi czołowi bohaterzy są zresztą dość ciekawymi postaciami, a ich działania możemy śledzić z zainteresowaniem.

Reasumując, “Zabobony” to pozycja warta uwagi, szczególnie dla widzów lubiących klimat starych horrorów. Dziwi mnie stosunkowo niewielka popularność tego obrazu.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

64/100

W skali brutalności:3/10

To coś:7

64/100

W skali brutalności:3/10

Złe plony

The Curse/ Klątwa (1987)

klątwa

Pewnej nocy na farmie bogobojnego Nathana Hayesa rozbija się meteoryt. Lokalny deweloper zapobiega dokładnemu zbadaniu składu chemicznego znaleziska by nie wzbudzić sensacji mogącej zaszkodzić jego interesom.

Meteoryt znajduje się na famie Hayesa tylko przez jedną noc, po czym znika. Farmer nie wie, że kosmiczny odpad wniknął w jego ziemie niekorzystnie wpływając na wody gruntowe, z których korzysta. Wkrótce okazuje się, że bujne plony jakimi zaowocowały jego uprawy są tak samo szkodliwe dla zwierząt jak i dla ludzi.

Wybierając ten film nie miałam świadomości, że będę mieć do czynienia z kolejną filmową wersją historii spisanej przez Lovecrafta w “Kolorze z przestworzy”.

Widziała ich już parę, jedne lepsze inne gorsze. W przypadku “Klątwy” skojarzenie z twórczością pisarza przyszło dość szybko, bo szkielet fabuły został zachowany na tyle by nie odbiegać dalece od oryginału.

Jak widzicie, jest to jednak obraz z końcówki lat osiemdziesiątych, co ma swoje konsekwencje. Jest to jednocześnie kino niskobudżetowe, co także szybko staje się odczuwalne.

klątwa

Głównym bohaterem filmu, jest nastoletni Zachary, w tej roli szybko rozpoznacie uroczego Gordona z “Stań przy mnie”, który jest synem wspomnianego farmera i jedynym członkiem rodziny, który przyjmuje do wiadomości, że od rozbicia się meteorytu sprawy przybrały zły obrót. Wyczuwa, że woda z ich studni zmieniła smak, dostrzega w zachowaniu zwierząt hodowlanych niepokojące zmiany, wreszcie widzi co dzieje się z ludźmi, którzy spożywają plony ze skażonej ziemi.

Tak jak w opowiadaniu Lovecrafta, pierwsze oznaki choroby pojawiają się u matki rodziny. Ojciec uznaje że to kara z złe prowadzenie się i unika tematu. Brat Zacharego jest wszystko żerny i poważnie przygłupi, chłopiec skupia się więc na wyratowaniu z opresji młodszej siostry. Jedynym dorosłym mogącym pomóc chłopcu jest miejscowy lekarz.

klątwa

Całość historii stanowi kompilację kina sci-fi i kina grozy.

Fabularne wygibasy wokół oryginału, nadały filmowi klimat kina klasy B lat 80, gdzie nie wszytko musi być logiczne, grunt żeby dużo się działo. Miejscami efekty godzą w realizm i to w znacznym stopniu, jednak charakteryzacja zachorzałej familii, główny element horroru, jest jak najbardziej zadowalająca.

klątwa

Film ogląda się całkiem przyjemnie i w zasadzie jest to argument ostateczny, bo czego jeszcze można w tym przypadku oczekiwać.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:7

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:6

63/100

W skali brutalności:2/10

Kobieta demon

Mausoleum/ Mauzoleum (1983)

mausoleum

Susan Walker jako dziewczynka traci w tragicznych okolicznościach rodziców. W dniu pogrzebu zrozpaczona wbiega od budynku mauzoleum, gdzie wedle rodowej legendy mieszka demon.

Susan dorasta pod okiem ciotki bez żadnych objawów mogących potwierdzić prawdziwość rodzinnych podań jakoby po wejściu do mauzoleum miał nią zawładnąć zły duch. Gdy jest już dorosłą kobietą, panią Farrell, demoniczna legenda każe o sobie przypomnieć.

“Mauzoleum” to godny reprezentant kina klasy B. Zrodził się w umyśle twórcy, który zadbał by wszystkie elementy kiczu i groteski znalazły ucieleśnienie w jego tworze. Jest to więc nic więcej jak kolejny hicior ery VHS, który rozbawi do rozpuku współczesnego, młodego widza. Co się tyczy sentymentalistów lubujących się w estetyce tego rodzaju kina to seans z “Mausoleum” będzie świetną pożywką dla wspomnień.

Jak na kino tej klasy przystało fabuła nie jest szczególnie wymyślna. Oscyluje wokół gatunku ghost story i ogólnie horroru paranormalnego, gdzie jasnowłosa niewiasta staje się ofiarą demona.

Niskich lotów aktorstwo, szczególnie odtwórczyni głównej roli zostało zrekompensowane solidną porcją erotyzmu. Nasza dama często biega półnaga, przeżywa seksualne wyzwolenie pod orędziem demona, kusząco roznamiętniona i mordercza jak na femme fatale przystało. Jej opętanie staje się obiektem obserwacji psychiatry, który poddaje ją hipnozie jak to zwykł robić każdy psychiatra na pierwszej wizycie pacjenta;) Ciotka Susan bezwzględnie daje wiarę rodzinnej legendzie, która ciąży na damskich przedstawicielkach rodu i odżywa po odwiedzinach w mauzoleum.

mausoleum

Wkrótce znajduje dla tej teorii potwierdzenie. Ludzie z otoczenia Susan albo giną albo są świadkami jej dziwnego zachowania. Im bardziej rozkręca się akcja tym więcej mamy scen z użyciem efektów specjalnych – jakościowo przystających do klasy filmu. Na finiszu jest już jazda bez trzymanki. Oczy naszej demonicy jarzą się na zielono aż w końcu ujrzymy demona w pełni demonicznym obliczu. Będzie ubaw.

Analizując ten film, choć ktoś powie, że nie ma tu co analizować, przyszło mi do głowy, że w łatwy sposób można by uczynić go prawie inteligentnym. Gdyby tylko nie szarżować tak z efektami czyniąc opętanie Susan rzeczą oczywistą. Można by pograć w domniemania, zrobić z Susan wariatkę, która w dzieciństwie straciła rodziców co było dla niej wielkim szokiem i na domiar złego trafiła pod opiekę nawiedzonej ciotki. Ta chcąc chronić Susan wpaja jej etos życia jak najdalszy od grzechu – coby demona trzymać  na smyczy – aż Susan staje się kobietą i przeżywa kryzys tożsamości. Seksualność się rozbudza i kobieta zaczyna warować. Wierzy, że demon steruje jej złym zachowaniem etc. Byłoby znacznie ciekawiej, ale niestety wariatom oczy nie świecą na zielono, więc gdzie tu fun? Trzeba spłaszczyć fabułę i zaszaleć z efektami żeby było przaśnie jak na festynie.

mausoleum

Wracając do tego co jest, a nie co mogłoby być, słowem podsumowania mogę rzec jedynie, że film nie bardzo przypadł mi do gustu. Kiczu jest jak na mój gust za dużo, a kulawe dialogi i ogólny sposób prowadzenia fabuły nie pozostawia wątpliwości, że zwoje mózgowe można sobie odkręcić na czas seansu z “Mausoleum”.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie:4

Zabawa:4

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:5

Aktorstwo:4

Oryginalność:4

to coś:4

45/100

W skali brutalności:1/10

Morderczy szał

Frenzy/ Szał (1972)

frenzy

W Londynie grasuje seryjny morderca kobiet zwany ‘krawaciarzem’. Krawaciarz ma sadystyczne zapędy, gwałci i dusi swoje ofiar własnymi krawatami. Ofiar stale przybywa, a wkrótce jedną z nich stanie się Brenda, była żona Richarda Blaney’a. Z racji pojawienia się naocznego świadka podejrzenie pada na Richarda.

O “Szale” często mówi się, że to ostatni dobry film Hitchcocka. Nie oglądałam dwóch następnych, które jeszcze zdążył zrealizować przed śmiercią, więc ciężko tu potwierdzić to stwierdzenie. Faktem jednak jest, że jest to jeden z bardziej docenianych obrazów mistrza suspensu.

Alfred nakręcił go ‘na starych śmieciach’, czyli w rodzinnej Anglii. Jak zwykle dobrze przemyślał wybór historii opartej na literackim pierwowzorze i wybór scenarzysty, który bezkompromisowo spełnił jego wolę mieszając nieco w fabule, tak że odstawała od oryginału.

Wrócił do Anglii i wrócił też do tematu, dzięki, któremu odniósł największy sukces – do motywu seryjnego zabójcy szczęśliwie porzucając kino szpiegowskie.

Mimo iż jest to bardzo późny film Hitchcocka i pozbawiony jest wielu charakterystycznych dla twórcy elementów- gdzie ślicznotki na miarę Grace Kelly? – to nadal jest to nieodzowne dziecię swego ojca. Hitchcocka można rozpoznać w ciętych ripostach, dowcipnych i inteligentnych dialogach i przede wszystkim w suspensie.

frenzy

Intryga kryminalna zbudowana jest bardzo dobrze mimo, że niektórzy mogą urągać na to, że Hitch tak szybko zdradza nam tożsamość mordercy- nie martwcie się, facet wie co robi. Mimo że prędko dowiemy się kto zabija, nie znaczy, że nie będzie tu elementu zaskoczenia- będzie jedynie prędko zostanie wprowadzony.

Mamy tu w zasadzie dwóch męskich bohaterów – głównych bohaterów – kobiety tradycyjnie po Hitchcockowsku robią za dodatek do wystroju – którzy mają wzbudzić w widzu niepokój. Pierwszym jest agresywny pijaczek frustrat, wściekły na cały świat zazdrosny o cudze sukcesy, drugim jest jego przyjaciel z sukcesami, ale nie w interesującej go branży – miłości – nadal poszukuje kobiety, która spełni jego specyficzne oczekiwania. To któryś z nich jest zabójcą działającym w morderczym szale.

To co Was pewnie zainteresuje, sceny morderstw. Hitchcock podszedł do sprawy odważnie, bo mamy i gwałty i duszenia. Nie cień noża, nie krew na ścianie. Jak na dzisiejsze standardy mogą się one wydać bardzo asekuranckie, ale przypomnijcie sobie jak to było kiedyś, jak było we wcześniejszych filmach Alfreda.Ofiary wyglądają delikatnie mówiąc nieestetycznie co też musiało budzić spory bulwers.

frenzy

Obok ciemnej strony mamy popis Hitchcockowskich żarcików. Nawet potencjalnym antybohaterom udaje się rozbawić widza, a takie postaci jak duet detektyw i jego żona to istni kabareciarze. Twórcy zapewniają nam więc rozrywki różnego rodzaju. W mojej ocenie jest to zdecydowanie jeden z najlepszych filmów Hitchcocka.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:7

Zabawa:9

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:8

71/100

W skali brutalności:2/10