Archiwa tagu: horror kostiumowy

Diabeł interesuje się słabymi

Gwen (2018)

XIX wieczna Walia. Na nieprzyjaznych terenach Snowdonii leży farma należąca do rodziny nastoletniej Gwen. Od chwili wyruszenia ojca na wojnę Gwen wraz z matką i młodszą siostrą muszą borykać się same z trudami codziennego życia. Owy trud bynajmniej nie procentuje, a problemów z jakimi muszą mierzyć się kobiety jest coraz więcej. W sąsiedztwie umierają ludzie i zwierzęta gospodarcze, w końcu i matka Gwen zaczyna chorować. Otoczona górami farma zaczyna się jawić jako miejsce przeklęte i opuszczone przez boga.

“Gwen” to kolejny miły memu sercu horror kostiumowy wykorzystujący elementy folkloru. Jego akcja rozgrywa się w XIX wieku na terenach obecnego parku narodowego Snowdonii na północy wysp Brytyjskich. Nie zabraknie tu pięknych krajobrazów, które mogą sprawiać agorafobiczne wrażenie. Nieustannie świszczący wiatr, rozległe przestrzenie pokryte głównie kamieniami, trawą i błotem. Niewielka zaniedbana farma i niewielu bohaterów.

Na ich czele stoi Gwen, która może Wam się kojarzyć z Tomasine z “Czarownicy”. Jest to kolejna dorastająca dziewczyna, która dźwiga brzemię opieki nad bliskimi przy jednoczesnym wykluczeniu z gromady. Gdy matka dziewczyny zaczyna chorować ta nie może liczyć na pomoc. Atak, którego doświadcza w czasie nabożeństwa w lokalnym kościele staje się przyczyną ostracyzmu ze strony ludzi, widzących w tym dzieło diabelskie.

Kto jest tu antybohaterem musicie ocenić sami. Bez wątpienia na farmie dzieje się coś niepokojącego, ale co to jest? Czy przyczyną jest załamanie nerwowe matki, czy coś nadnaturalnego? A może to wszytko dzieło ludzi i ich okrucieństwa i pazerności? Mam na ten temat swoje zdanie, ale nie chcę Wam nic narzucać.

Obraz ma wspaniały klimat, w którym groza może w pełni rozkwitać. Ma też dobrze zbudowaną warstwę dramatyczną, historycznie uzasadnione tło społeczne, które stanowi doskonałą przestrzeń do budowania historii wcale nie paranormalnej tylko zwyczajnie po ludzku tragicznej. Ta gatunkowa uniwersalność jeśli chodzi o mój odbiór działa zdecydowanie na plus, choć dla miłośników czystości gatunkowej i bardziej ewidentnie horrowych rozwiązań może stanowić problem.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:8

70/100

W skali brutalności:2/10

Gdzie jest wilk

Wilkołak (2018)

Polska, rok 1945. Grupa dzieci pod opieką najstarszej z nich, Hani, przybywa do prowizorycznego sierocińca zorganizowanego w zrujnowanej posiadłości pośrodku lasu, gdzieś w górach. Tam po wyzwoleniu z obozu Gross -Rosen mogą cieszyć się namiastką wolności. Jednak ta wolność naznaczona jest obozową traumą i głodem, który doskwiera dzieciom w zasadzie pozostawionym samym sobie. Czekając na pomoc ze strony Rosjan zostają otoczeni przez błąkające się w okolicy esesmańskie psy, szkolone do zabijania uciekających więźniów.

Nie uronię żadnej okazji by poobcować z polskim kinem grozy, choćby miało to być najchujowsze kinowe doświadczenie sezonu ;D Oczywiście liczyłam się z tym zasiadając do seansu z “Wilkołakiem”, ale miałam też nadzieję na coś… bo ja wiem? Super?

Nie mogę powiedzieć by film zawiódł nadzieje, ale obeszło się też bez fajerwerków.

Czy ma szanse spodobać się szerszej publiczności? Myślę, że tak. Wojenne klimaty jeśli chodzi o polskie kino nadal są na topie, jednak nie jest to dzieło spod znaku opowieści o bohaterskich powstańcach przepełnionych ideałami, czy dzieło bardzo polityczne. Dzieciakom z filmu Panka bliżej do bohaterów z “Władcy much” niż z “Kamieni na szaniec”.

Mimo, że nie jest to typowy horror w mainstreamowym rozumieniu, może przysporzyć przykrych skojarzeń. Jeśli chodzi o mnie, największe wrażenie zrobił na mnie niezwykle naturalistyczny obraz dziecięcej natury wypaczonej i naznaczonej obozowym piekłem.

Te dzieci, z których znaczna część całe swoje dzieciństwo spędziła w pasiastych pidżamach bardziej przypomina zdziczałe zwierzątka niż istoty ludzkie. Jedna z dziewczynek nie nauczyła się nawet mówić, czy to z powodu braku możliwości rozwoju czy z problemów natury psychologicznej. Ich jedynym celem jest przetrwanie, zaspokojenie najniższych potrzeb. Ich rzedkie zabawy są odzwierciedleniem  tego czym przesiąkły: przemoc, destrukcja, tresura. Na dziecięcych aktorach spoczywa cały ciężar filmu i one ten ciężar podźwignęły za co im chwała.

Punktem kulminacyjnym jest pojawienie się psów, niemieckich owczarków, jawiących się niczym wilki, które wyszły z lasu na polowanie. Jednak czy to one są rzeczywistymi antybohaterami? Chyba dość szybko zmienicie zdanie:)

Tytułowy wilkołak, to nie postać z legend, obrośnięty sierścią człowiek wyjący do księżyca, a raczej metafora pewnej transformacji, transformacji w swojego własnego wroga. Z resztą takich metafor jest tu więcej, przemycane są nawet w … ubraniach, co przydaje całej historii pewnej baśniowości, podobnie jak obsadzenie na pierwszym planie dzieci.

Klimat filmu jest dość klaustrofobiczny z racji ograniczonej przestrzeni na jakiej się rozgrywa, a dodajmy jeszcze do tego późniejsze uwięzienie z powodu wroga czającego się u drzwi. Świetne wrażenie robi też sama posiadłość wybrana na miejsce akcji. Stary pałacyk, który mimo że lata świetności ma już dawno za sobą nadal jest wielkopańskim pałacem, do którego grupa zdziczałych dzieci pasuje jak Karolak do roli amanta.

Podsumowując, wrażenia bardzo pozytywne, jednakże nadal czekam na pełny rozkwit polskiego kina grozy i może, może się kiedyś doczekam;)

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:7

65/100

W skali brutalności:1/10

Zostaniemy w domu

We Have always lived in the castle/ Zawsze mieszkałyśmy na zamku (2018)

Siostry Blackwood, Constance i Merricat mieszkają w rodzinnej posiadłości sprawując opiekę nad kalekim wujem jako jedynym krewnym. Żyją odcięte od świata zewnętrznego naznaczone piętnem rodziny, która zwykłą wymordowywać swoich członków. Ich względny spokój zostaje zakłócony intruzem, dalszym krewnym, który postanawia z nimi zamieszkać.

I w tym miejscu jestem wygrana, bo mam już za sobą lekturę książki na podstawie, której powstał film. I cieszę się bardzo, bo nie jestem przekonana by ta ekranizacja mnie do niej zachęciła. Nie wiem nawet czy to wina sposobu realizacji filmu, czy raczej kwestia tego, że książka jest dość trudna do przełożenia na język filmu. W fabule nie ma większej dynamiki, nie buduje napięcia, a jej sens ukryty jest pod powierzchnią.

Książkę czytałam dość dawno, a i tak odczułam bolesny brak głębi, a to co w książce wydawało się oczywiste tu wydało się wręcz łopatologicznie wyłożone.

Tak więc film zdecydowanie nie jest najbardziej pożądanym sposobem na zapoznanie się z tą historią, którą, no przecież, byłam zachwycona, czytając. Nie mogę przyczepić się do aktorstwa, bo obsada została dobrana całkiem zgrabnie.  Nie bardzo pasował mi natomiast wystrój tytułowego zamku. Nie zgodny z moim wyobrażeniem, jakiś taki… mało mroczny, mało zapuszczony.

Cóż więcej mogę powiedzieć? Ciężko mi szczerze zachęcać do seansu z filmem, choć nie jest znowu ‘taki ostatni’, za to mogę potwierdzić raz jeszcze: przeczytajcie książkę Shirley Jackson.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

to coś:5

53/100

W skali brutalności:1/10

Kiedy byłem tam po raz pierwszy

Little Stranger/ Ktoś we mnie (2019)

Latem ’47 roku wiejski lekarz doktor Faraday zostaje wezwany do posiadłości Hundrets Hall by zaradzić dolegliwością młodej pokojówki. Po tej wizycie oferuje lekarską pomoc panu domu, młodemu dziedzicowi majątku Ayersów okaleczonemu Roderickowi, na co ten przystaje. Wkrótce Farady zostaje przyjacielem rodziny. Siostra Rodericka pozwala lekarzowi na zaloty, tymczasem jej ogarnięty traumą brat zwierza mu się, że rodowa posiadłość jest nawidzona.

“Little Stranger” to utrzymany w gotyckim klimacie ‘niby horror’. Dlaczego niby wyjaśnię później.

Scenariusz filmu powstał w oparciu o powieść Sary Waters, znanej filmożercom chociażby ze “Służącej”. Reżyserem obrazu jest Lenny Abraham, któremu sławę przyniósł oskarowy “Pokój”. Zapowiada się nieźle, co?

Muszę jednak trochę przygasić entuzjazm potencjalnych widzów, bo mimo ogromnego potencjału jaki dostrzegam w tej historii wydaje mi się, że nie został on do końca wykorzystany.

I w sumie nie wiem gdzie leży tego przyczyna, być może niektóre opowieści rozkwitają jedynie w wersji papierowej?

Odniosłam wrażenie, że jako widz zostałam pominięta w łańcuchu informacyjnym i wiele ledwie dostrzegalnych elementów tej historii nie zostało należycie przełożonych na język filmu.

Co do ‘niby horroru’: Pojawia się sygnał jakoby dom miał być nawiedzony, ale zdaje się nikt nie drąży tego tematu i nikogo to szczególnie nie interesuje. Gotycki klimat, wręcz stworzone dla ghost story miejsce akcji, ale na tym koniec.

Nie zgniewam się, dramaty też lubię. Ale co z dramatem? Tu też mamy rzucony temat: Postać głównego bohatera, wiejskiego lekarza, zamkniętego w sobie starego kawalera. Facet wyraźnie ma obsesje na punkcie Hunters Hall, która zaczęła się jeszcze w jego dzieciństwie, w latach świetności domostwa i rodu, kiedy to jego matka pracowała tam jako pokojówka.

Teraz, dorosły już Faraday dostępuje zaszczytu obcowania z obiektem swojego pożądania. Jeszcze chwila i być może zostanie panem posiadłości żeniąc się z córką właścicielki. Na zgłębienie przypadku bohatera, nie macie jednak co liczyć, bo jest nieprzenikniony. Wiele rzeczy trzeba sobie dopowiedzieć. Pytanie czy nie zbyt wiele? SPOILER: Moim zdaniem Faraday skrycie nienawidził Ayersów. Odpowiadał za śmierć Susan, za zabicie Caroline i jej matki i za zamkniecie Rodericka w szpitalu. KONIEC SPOILERA.

Martwi mnie fakt, że niewielu widzów będzie chciało na tyle zagłębić się w tą historię by dostrzec jej tragizm. Użyte tu środki wyrazu są zbyt niepozorne by przykuwać uwagę od pierwszej chwili,  a w dodatku nie jest to kino zbyt rozrywkowe.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:6

60/100

W skali brutalności: 0/10

Wind of psycho change

Wind/ Wiatr (2018)

Ameryka, koniec XIX wieku. Lizzy i jej mąż Isaak zamieszkują odludne, nieustannie smagane przez wiatr tereny Stanów. Ich jedynymi towarzyszami jest para młodych małżonków, Emma i Gideon. Długotrwała izolacja i problemy małżeńskie to nie jedyne zmartwienia Lizzy, nabiera ona bowiem przekonania, że ziemia, na której żyje jest nawidzona przez preriowe demony. Gdy Isaak opuszcza ich dom Lizzy musi stoczyć z owymi demonami samotną walkę. Pytanie, z czym tak naprawdę ma do czynienia?

“Wiatr” jest debiutem dwóch filmowców w spódnicach, Teresy Sutherland- scenarzystki i Emmy Tammi – reżyserki. Dwie kobiety stworzyły horror opowiadany z punktu widzenia kobiety, ale jeśli spodziewacie się ckliwości i na siłę upychanych wątków romantycznych to zapomnijcie o tym.

Krążą pogłoski, że “Wiatr” nie jest zupełnie oryginalnym pomysłem i w dużej mierze opiera się na “Wichrze” z 1928 roku nakręconym przez Szweda, reżysera między innymi “Furmana śmierci“. Jak jest faktycznie nie wypowiem się ponieważ z przykrością muszę stwierdzić, że “Wichru” nie widziałam. Oczywiście mam zamiar nadrobić.

Wracając do tego co wiem: “Wiatr” jest mroczny, miejscami surowy i posiada silny ładunek emocjonalny. Dla mnie bomba. Podobał mi się szalenie.

Klimat w zasadzie buduje się sam, za sprawą samego doboru miejsca akcji i czasów, w których akcja się toczy. Połączenie grozy ze światem zarezerwowanym dla westernu coraz bardziej mi się podoba. Fabuła rozwija się bardzo powoli, pewnie niektórzy będą narzekać, ale ja tak właśnie lubię.

Rozpoczynając seans znajdziemy się mniej więcej w środku tej historii. Lizzy i Isaak grzebią martwą Emmę. Isaak opuszcza farmę obiecując żnie szybki powrót.Co doprowadziło do  śmierci młodej kobiety? Kim jest? Dowiemy się z czasem, za sprawą przywoływanych przez Lizzy retrospekcji przeplatających bieżące wydarzenia.

Jedne i drugie są nie mniej angażujące, choć nie powiem, miłośnicy prostych liniowych narracji mogą odnieść wrażenie chaosu. Co najważniejsze i muszę to podkreślić w filmie pojawiła się scena, która autentycznie mnie zmroziła. SPOILER: Rozmowa Lizzy z demonem pod postacią księdza KONIEC SPOILERA. Nie często się to zdarza, a więc szacun dla miłych pań twórczyń.

Ogólnie sceny nacechowane grozą- są, są – istnieją tu bez wymuszenia, dobrze zmontowane, z rozważnym użyciem efektów.

“Wiatr” ma też w sobie sporo z thrillera, czy horroru psychologicznego, bo interpretacja wydarzeń wcale nie jest oczywista. Charakter zdarzeń, ich kontekst, sposób w jaki przedstawiono nam główną bohaterkę – bardzo ciekawie skrojona postać – daje przestrzeń na domysły. Kreacje aktorskie, szczególnie mam tu na myśli odtwórczynie głównej bohaterki zapadają w pamięć.

Muszę więc z ogromną radością przyznać, że od czasu “Czarownicy” żaden film nie spodobał mi się tak bardzo. Jestem bardzo ciekawa Waszych wrażeń, bo oglądała go w w stanie poczytalności ograniczonej gorączką;)

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność:8

To coś:9

77/100

W skali brutalności:1/10

 

 

O trzech takich co obudzili mumię

The Mummy/ Mumia (1959)

mumia

Trzech archeologów John Banning, jego ojciec i jego wuj natrafiają na niezwykłe znalezisko, grobowiec egipskiej księżniczki, kapłanki mało popularnego bóstwa. Banning senior oraz wuj Johna, czym prędzej wkraczają do grobowca zakłócając spokój strażnika księżniczki, rozeźlonego świętokradczymi badaniami. Na mężczyzn spada klątwa, która dosięgnie ich nawet w dalekiej Anglii.

mumia

Hammerowska “Mumia” stanowi remake dwóch filmów, “Ręki mumii” i  jego kontynuacji “Grobowca mumii” wytwórni Universal. Osobiście nastawiałam się raczej na remake innego tytułu Universala mianowicie “Mumii” z 1939 roku. Ale może to i lepiej, bo będę mogła na świeżo zapoznać się z oryginałem.

“Mumia” obok “horroru Draculi” i “Przekleństwa Frankensteina” uważana jest za jeden z najlepszych Hammerowskich tworów. Mimo, że dwóch pozostałych obrazów jeszcze nie miałam okazji poznać (shame on me), to “Mumia” bardzo przypadła mi do gustu.

Chyba nikomu nie muszę mówić, że horrory brytyjskiej wytwórni Hammer są dość specyficzne i część widzów woli oddać sprawiedliwość Uiversalowi, jednak nie da się ukryć, że te ‘małe potworki’ mają swój urok i nie da się ich pomylić z niczym innym.

mumia

Nazwisko reżysera “Mumii”, Terence Fishera jest Wam z pewnością znane, bo to naczelny twórca Hammera, podobnie jak odtwórcy ról głównych: Christopher Lee, którego możecie mieć problem rozpoznać, za sprawą kostiumu tytułowego bohatera i Robert Cushing występujący jako ostatnia ofiara klątwy mumii, czyli John Banning.

Najwięcej punktów jeśli chodzi o ocenę tegoż filmu, mimo całego uwielbienia dla obsady muszę oddać scenografii. To ona w zasadzie robi ten film. Wiem, że dla współczesnego widza może trącić tandetą, ale ja kocham tą teatralność, tą pieczołowitość w każdym dodatku.

Walory horrorowe nie bardzo przeszły próbę czasu, bo potężny Christopher Lee pakujący się do wnętrza budynku przez mały świetlik pod sufitem wypada trochę śmiesznie, nie mniej jednak nie po to oglądam stare produkcje by porównywać je z nowymi pod względem efektów.

Mimo tych dyskusyjnych dla współczesnego widza atrakcji wizualnych warstwa narracyjna trzyma się dobrze. Angielski humor, trochę przekory i całkiem zgrabne dialogi – pomijając tendencję do łopatologicznego przedstawiania faktów – przyczyniają się do płynnego prowadzenia opowieści.

Wracając do obsady, jako najlepszą rolę typuję Christophera Lee, mimo że nie powiedział w tym filmie ani słowa,a  jego mimika skryta była pod bandażami kostiumu mumii. Grał gestami i oczami, a te oczy, smutne oczy pogrążonego w rozpaczy kochanka pałającego morderczymi zapędami kupuję całkowicie.

mumia

Najtrudniej ocenić mi sam scenariusz, bo nie oglądałam ani “Grobowca…” ani “Ręki…”, więc nie wiem co Amerykanie zaproponowali w zamian, ale chyba i bez tego mogę stwierdzić, że historia jest bardzo prosta, klasyczna i oczywista. Chyba nie było aspiracji na więcej.

Dla fanów Hammera pozycja obowiązkowa, choć podejrzewam, że Ci dawno mają ją za sobą.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:8

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:5

to coś:8

63/100

W skal brutalności:1/10

Nie sztuką jest zabić

The Limehouse Golem/Golem z Limehouse (2016)

golem z limehoue

W Limehouse w Londynie grasuje morderca. Jego zamiarem jest stworzenie wiekopomnego dzieła, choć metoda opiera się na destrukcji. Nieznany sprawca odbiera życie kolejnym osobom. Rozwiązanie zagadki kryminalnej przypada w udziale sędziwemu acz niedoświadczonego w sprawach zabójstw detektywowi. John Kildare swoją uwagę kieruje na osoby związane z miejscowym teatrem.

Tytuł filmu “Golem z Limehouse” był mi znany bowiem istnieje książka pod tym tytułem autorstwa Brytyjczyka Petera Ackroyda. Niestety nie miałam okazji jej przeczytać. Wiem o niej tyle, że w pewnym stopniu opisana w niej historia nawiązuje do postaci Kuby Rozpruwacza. Na ile to prawda nie wiem. Moje rażenia po filmie raczej nie są spójne z tą teorią. Ale wiadomo, dziewiętnastowieczna Anglia równa się Kuba Rozpruwacz.

Obraz Juana Carlosa Mediny (“Granice bólu“) kategoryzowany jest jako horror jednak jest w tym pewna przesada. Horror z niego żaden, bo ani nie stara się stworzyć atmosfery grozy, ani nie posuwa się do mainstreamowych zabiegów mający wywołać gwałtowną reakcję lękową.

Fabularnie jest to kryminał, przy dobrych wiatrach thriller. Klimat epoki został nieźle oddany, ale zabrakło mi tu autentyczności, bowiem wizualnie jest dość plastikowo, a nie sprzyja to mrocznej atmosferze, która powinna być atrybutem filmu o seryjnym zabójcy.

golem z limehoue

Nie wiem jak filmowy scenariusz ma się do oryginalnej wersji literackiej, więc nie mogę jej pochwalić ani skrytykować na zasadzie porównań. Ogólnie mówiąc, historia jest niezła. Styl narracji zakłada byśmy przyglądali się kolejnym podejrzanym o straszne zbrodnie. Każdy zostaje wzięty pod lupę przez bystrego śledczego. Wszytko jednak zmierza do tego by finał zaskoczył widza. Czy mnie na serio zaskoczył, tu mam wątpliwości.

SPOILER: Dobitność z jaką zaznaczano charakterystykę naszej Lizzie od razu kierowała podejrzenia w jej stronę. Bystra, ambitna, z tęgą traumą za sobą.KONIEC SPOILERA.

golem z limehoue

Technicznie, jak wspomniała, trochę zbyt plastikowo. Aktorzy wypadają nie najgorzej z drobnymi wyjątkami. Tak, po raz kolejny przekonałam się, że pięknooka Olivia Cook aktorką jest marną. Dostała tu główną rolę, ale moje oczy i tak kierowały się na Marie Valverdę, która niesprawiedliwie robiła za trzeci plan.

golem z limehoue

Reasumując, mogło być o wiele lepiej. Myślę, że ta historia miała o wiele większy potencjał niż to co zobaczyli w niej twórcy filmu. Ale o tym przekonam się dopiero gdy przeczytam książkę.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:5

53/100

W skali brutalności:1/10

Złe wychowanie

La Residencja/ Rezydencja (1969)

la residencja

W tytułowej rezydencji gdzieś na terenie Hiszpanii początku XX wieku mieści się szkoła dla dziewcząt prowadzona przez surową dyrektorkę Madame Fourneau. Do placówki przybywa nowa uczennica, córka kabaretowej śpiewaczki, Teresa. Nastolatka szybko odkrywa, że dyscyplina panująca w szkole ma dużo z sadyzmu, a uczennice starające się dostosować do panujących tu warunków są gotowe na wiele.W końcu dziewczęta zaczynają znikać.

“Rezydencja” jest pierwszym ‘nietelewizyjnym’ dziełem Urugwajskiego reżysera Narciso Serrador’a, twórcy słynnego “Czy zabił byś dziecko?”.

Jak na końcówkę lat ’60 “Rezydencja” wyróżnia się na tle popularniejszych zachodnich produkcji. Nie ma w sobie nic z Hammer’owskiego kiczu, bliżej jej do zmyślnych Hitchcockowskich intryg, czy zbrodni królujących w świecie giallo.

Jest to wyjątkowo smakowity thriller psychologiczny, którego finał ma zaskoczyć i pewnie w wielu przypadkach tak właśnie będzie. Posiada klimat typowy dla opowieści gotyckich, a jednak króluje tu freudowska psychologia.

la residencja

Jeśli widzieliście “Dziewczęta w mundurkach” zapewne nasunie Wam się przyjemne skojarzenie z tym tytułem.

Fabuła filmu skupia się na prezentacji internatowego życia nastoletnich dziewcząt, które z różnych przyczyn zostały wysłane do tej placówki. Większość z nich posądzana jest o niemoralne prowadzenie się, czy inne nieprzystojne przewinienia. W przypadku Teresy chodziło o jej pochodzenie i reputację jej matki. Dziewczyna jawi się jako bardzo skromna i układna dlatego też szybko pada ofiarą ‘grupy trzymającej władzę’ w szkole.

la residencja

O ile psychiczne i fizyczne znęcanie się jest w tej szkole codziennością o tyle sporą nowość sanowi seria morderstw. Tak, dziewczęta zaczynają znikać, a nasze podejrzenia szybko kierują się w stronę największych szkolnych sadystek, dyrektorki i jej ‘faworyty’. Pod uwagę weźmiecie też zapewne inne opcje, ale tożsamość mordercy i przyczynę jego działań poznacie dopiero w finale. Ten finał jest jak najbardziej war uwagi, choć nie zaprzeczę, że trochę wcześniej zwęszyłam sprawę.

la residencja

Mamy tu wiec bardzo ciekawy miks kina nastrojowego z powolnymi przejazdami kamerą po ciemnych zakamarkach i bogatej scenografii z kinem psychologicznym mogącym być przykładem solidności w realizacji motywu szaleństwa i zbrodni.Co ciekawe nie zabraknie tu scen morderstw, które spokojnie można skojarzyć z włoskim giallo.

Dla mnie jest to połączenie wręcz wymarzone i mogę sobie tylko pluć w brodę, że nie obejrzałam tego filmu wcześniej.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne: 8

Aktorstwo:8

Oryginalność: 7

To coś:9

73/100

W skali brutalności:2/10

Gotyk po nowemu

Penny Dreadful/ Dom grozy – Sezon 1-3 (2014-2016)

penny dredful

W wiktoriańskim Londynie dzieją się potworne rzeczy. Groza zdejmuje zarówno arystokratów jak i plebs. Każdy może tu spotkać potwora, każdy może stać się potworem. Niektórzy urodzili się z upiornymi darami, inni zostali poprowadzeni w otchłań. To tu dochodzi do spotkania z legendarnym Draculą, dotkniętym klątwą wilkołakiem, samotnym potworem Frankensteina, równie samotnym Frankensteinem, opętaną niewiastą, wiedźmami nawiedzającymi noce, wiecznie pięknym Dorianem Gray’em i samym Lucyferem.

“Penny Dreadful” był jednym z najczęściej polecanych mi serialów przez czytelników bloga. Już po premierze pierwszego sezonu dochodziły do mnie głosy zachwytu. Ale ilekroć słyszałam, że w serial telewizyjnym mam obcować z klasyką literatury gotyckiej, mam przełknąć jakieś hollywoodzkie innowacje w fabule “Draculi” czy “Frankensteina” zęby zaciskały mi się z niechęci.

Za dużo razy widziałam jak pazerni amerykanie wycierają sobie gęby tymi pięknymi historiami robiąc z nich karykatury dostosowane do komercyjnych wyborów widowni. Widowni, która najczęściej i tak nie znała oryginałów wykorzystywanych dzieł i miała je w dupie -Dracula to taki kuzyn Edwarda, nie?

Zapierałam się więc rękami i nogami przed “Penny Dreadful”. Paradoksalnie okazało się, że serial, który nawet swoim tytułem nawiązuje do taniej literatury grozy popularnej w robotniczych dzielnicach wiktoriańskiego Londynu, wcale nie krzywdzi klasyki, nie odwraca się do niej dupą i nie ośmiesza ku uciesze gawiedzi.

penny dredful

Teraz mi jest nawet przykro, że obejrzałam już trzy sezony i następnego nie będzie. Tyle jeszcze można by z tego pomysłu wyciągnąć!

Jak wspomniałam moje największe obawy budziły kreacje postaci w scenariuszu serialu. Główną bohaterką filmu jest niejaka Vanessa Ives, młoda arystokratka o zdolnościach paranormalnych. W jakiś sposób umie nawiaząc kontakt z ‘tama stroną’, czy też może ‘tamta strona’ uparcie nawiązuje kontakt z nią. Poznajemy ją, gdy wraz ze starszym gentlemanem prowadzi poszukiwania swojej przyjaciółki, Miny. Gentleman, sir Malcolm jest ojcem zaginionej. Już na sam dźwięk imienia Mina, powinna Wam się zapalić, lampka: aha, oblubienica Draculi. I faktem jest, że Mina została poniesiona w ciemność przez jej księcia. Nie mniej jednak, to właśnie Vanessa jest głównym obiektem zainteresowań wszelkich złych mocy. Poszukiwanie zaginionej kumpeli to dopiero początek. Dzięki temu wątkowi poznajemy całą ‘grupę zadaniową’ do której dołącza rewolwerowiec o wyjątkowo dwoistej naturze oraz młody doktor marzący o wskrzeszaniu zmarłych. Gdzieś tam dobrze bawi się też Dorian Gray znany z “Portretu Doriana Gray’a, a w ostatnim sezonie trafi się jeszcze doktor Jekyl.

O ile nasza główna bohaterka nie ma wyraźnego pierwowzoru w literaturze o tyle większość postaci jest żywcem wyciągnięta z gotyckiej klasyki. Podobnie jest zresztą z większością serialowych wątków. Tematem przewodnim jest oczywiście nieśmiertelna walka dobra ze złem. Vanessa robi tu za przedmiot targu między jasną a ciemną strona mocy i gdyby nie bardzo dobrze zbudowana psychologia tej postaci było by bardzo licho,  typowo.

penny dredful

Zresztą, zanim dobrze poznamy tą historię trochę się schodzi. Osobiście nie byłam wcale oczarowana sezonem pierwszym. Dopiero stopniowe dobudowywanie wątków, wikłanie relacji między postaciami sprawiło, że wsiąkłam.

Dla mnie hitem jest postać potwora Frankensteina. Wiecie już chyba, że uwielbiam powieść Mary Shelly, a nad losem jej bohatera roniłam łzy. W serialu ta postać jest znacznie rozbudowana. Oczywiście pojawią się nieścisłości, cóż, ale nie wypadają one na niekorzyść. Postać potwora, wzrusza jeszcze bardziej, a co ciekawe nawet Victor Frankenstein bardziej przekonał mnie do siebie. Po lekturze powieści bardzo go znielubiłam, tu dał się poznać lepiej. O bohaterach i ich decyzjach trudno coś jednoznacznie powiedzieć. Kto zły, kto dobry, to raczej nie rozstrzygnięta kwestia, historie, które niosą ze sobą postaci wcale nie są proste.

penny dredful

Kurczę, ogólnie ten serial jest cholernie smutny. Dramatyzm jest bardzo żywy mimo tej sztucznie nadbudowanej warstwy paranormalnej, która napędza wydarzenia.

Nie da się ukryć, że jest to zasługa aktorstwa, zdecydowanie z wyższej półki. Wizualnie produkcja także robi dobre wrażenie. Obraz Londynu jest taki jaki pamiętamy z wykorzystanych tu powieści. Jest mroczny, tajemniczy, wielowarstwowy. Arystokratyczne salony, i śmierdzące palarnie opium, wystawne przyjęcia i powolne konanie w zaułkach. Po za wizualnym wrażeniem jest też kontekst wydarzeń, tych marginalnych, tych w tle, społeczne problemy wyłożono bardzo drastycznie.

Obok filmowej muzyki też nie da się przejść obojętnie, niejaki Abel Korzeniowski wymiata. Zdjęcia to dzieło tego samego człowieka, który wyczarował mi “Downton Abbey”, zaś nad całą produkcją czuwał scenarzysta “Gladiatora”, producent “Sweeny Todda” wraz z Samem Medesem którego twórczość kocham bezwarunkowo.

Tak, polubiłam “Penny Dreadful” i kajam się za moje uprzedzenia.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:10

Napięcie:7

Zaskoczenie:6

Zabawa:9

Walory techniczne:10

Aktorstwo:9

Oryginalność:7

To coś:8

77/100

W skali brutalności:2/10

Czarownica z lasu

The Witch (2015)

the witch

Rok 1630. Rodzina imigranta z Wielkiej Brytanii Wiliama, zostaje wygnana z purytańskiej osady. Zmuszeni są szukać szczęścia w niegościnnych terenach Nowej Anglii, mając przed sobą perspektywę zbliżającej się zimy.

William, jego żona Kate i czwórka dzieci osiedlają się nieopodal rozległego lasu, na zupełnym odludziu. Nowa egzystencja przyprawia ich o dreszcze nie tylko z przyczyn ekonomicznych, ale także w związku mocno zakorzenionymi wierzeniami na temat natury czyhającego na nich zła.

Zło emanuje się szybko. Podczas zabawy z najmłodszym z rodu, Samem nastoletnia Thomasin na moment spuszcza go z oczu. Niemowlę znika. Od tamtej pory skala nieszczęść nawiedzających rodzinę gwałtownie wzrasta. Kto jest temu winien? Siły nieczyste gnieżdżące się w lesie, a może diabeł jest stałym rezydentem farmy Wiliama?

the witch

Jakże podobał mi się ten film! Że ach:) Już w ubiegłym roku został doceniony przez krytyków i mimo iż stanowi on debiut reżysera i scenarzysty w jednej osobie, przebił się do masowej dystrybucji. Ciężko mi jednoznacznie prorokować jaka będzie ocena publiczności, bo obraz jest bardzo daleki od mainstreamu. Ci, którzy widząc tytuł “Witch” napalą się na historię czarownic w stylu serialu “Salem“, czy innych współczesnych produkcji poruszających tematykę mogą się gorzko rozczarować. Natomiast Ci, liczący na jakieś novum w oklepanym temacie powinni tej produkcji przyklasnąć. Jak będzie, się okaże. Ja jestem filmem zachwycona.

Nie jest to horror, który ma na celu wzbudzić groteskowy lęk, poprzez stałe zagrania z gwałtownymi emanacjami komputerowo wygenerowanych straszydeł. Efektów nie uświadczymy tu wiele, a to co zobaczymy zaprezentowane jest ze smakiem.

To co najbardziej spodobało mi się w realizacji tego projektu to bijący z każdego kadru naturalizm. Szarobura kolorystyka, przygnębiające plenery, oszczędna przestrzeń. Na rzecz owego naturalizmu świadczy też świetne odwzorowanie klimatu czasów w jakich rozgrywa się historia, kostiumy, scenografia. Wszystko zaprezentowane bardzo realistycznie. Nie jest to forma jaka może kojarzyć się z kinem grozy opartym na wątkach paranormalnych. Tu przywykliśmy do innej estetyki, bogatszej, bardziej przejaskrawionej.

Porównując “The Witch” z innymi filmami poruszającymi podobną tematykę, z podobnym tłem wizualnym można doznać sporego zaskoczenia. Weźmy np. obraz lasu z remake “Evil Dead“. Taki śliczniutki, dopieszczony, nasycony kolorami, mroczny aż do przesady, od razu widzimy, że to siedlisko zła. Weźmy teraz z XVII wieczny las w Nowej Anglii przedstawiony w “The Wich”. Tu zło nie obawia się tak bezczelnie. Jednak widząc brodzących w gęstwinie bohaterów, widząc rosłego uszatego na środku ścieżki mamy czytelny sygnał, że coś tu się dzieje. Jedno spojrzenie w dziwne oczy dzikiego stworzenia i już rośnie poziom niepokoju. Gałęzie drzew wcale nie muszą obłapiać bohatera.

the witch

Dzięki temu umiarowi, każdy najmniejszy sygnał od razu zostanie wychwycony przez widza, który nie zostanie przygnieciony nawałnicą niewyjaśnionych zdarzeń, a ukuty igiełką strachu.

Obok tak naturalistycznej warstwy wizualnej stoi bardzo niejednoznaczna fabuła. Początkowe sceny sugerują nam, że czary w świecie przedstawionym w filmie w jakiś sposób istnieją. Są zaprezentowane za pomocą sugestii, ale nie ukazując nam wszystkiego. Widzimy raczej cienie niż prawdziwe wydarzenia. To jest pewnego rodzaju wskazówka dla filmowej pointy. Czy to dzieje się naprawdę, czy jest tylko cieniem podejrzenia rzuconym w wyniku rozpaczy?

Sytuacja w jakiej znajduje się rodzina Williama jest nieciekawa. Wygnani, w zasadzie na własne życzenie, odcięci od ochrony jaką dawał purytańska społeczność. Targani niepokojem o własny los.

Kiedy w niewyjaśnionych okolicznościach znika mały Sam pojawiają się pierwsze podejrzenia. Ojciec rodziny,William stara się racjonalizować sytuacje. Chce wierzyć, że niemowlę porwał wilk. Ale co jeśli nie było żadnego wilka?

Tu chytre spojrzenie małżonki Williama kieruje się w stronę najstarszej córki, Thomasin. Sprawa jest przedstawiona w tak mało kategoryczny sposób, że w pewnym stopniu jesteśmy w stanie podzielić to podejrzenie. Kilka scen z udziałem dziewczyny, może zachwiać realizm sytuacji. Jednak nie jest ona jedyną podejrzaną. Może czarownicą z lasu jest jej mała siostrzyczka, Mercy? Może mała Mercy i jej braciszek bliźniak Jonas sprzedali dziecięce dusze diabłu pod postacią gospodarczego zwierzęcia, czarnego kozła o imieniu Philip? Absurdalne? Niekoniecznie, jeśli przyjrzeć się ich dziecięcym zabawom. Może bliźniaki są po prostu rozbestwione i krnąbrne, a może ich zabawy z Czarnym kozłem, ‘szepty’ to sprawa innej natury?

the witch

Wszytko przedstawione jest w taki sposób byśmy nie wiedzieli nic.

Ogromną rolę odgrywa tu warstwa dramatyczna scenariusza. Akcja osadzona jest w XVII wieku, a jej bohaterami są koloniści. Nędza jaką dzieli rodzina jest ważnym elementem całej układanki. Może im wszystkim odwaliło z głodu? Brak zrozumienia, brak rozsądnej perspektywy sprawia, że wszyscy w końcu kierują swoje myśli w stronę wiary w nadnaturalne. Bóg ich każe, szatan kusi, czarownice rzucają uroki.

Wycieczka małego Caleba do lasu w towarzystwie starszej siostry też nie musi być jednoznacznie odczytana jako pułapka czarownicy. Może młodemu odwaliło na tle seksualnym? Może czuł się winny z powodu fizycznego pociągu jaki odczuwał do Thomasin?

the witch

Obłęd w drobną kratkę. Ziarno niepokoju zostaje zasiane co pociąga za sobą oczywiste plony. Wybuch i eskalacja ich lęku przybierze krwawy wymiar. Jedna z końcowych scen z udziałem matki była tu czystym ukłonem w stronę horroru. Jeśli zobaczycie film z pewnością odgadniecie, o który fragment mi chodzi.

Techniczne film jest dopieszczony na miarę hollywoodzkich produkcji. Dźwięk, montaż, prowadzenie kamery, bardzo precyzyjne ujęcia. Sceny z wyskakującymi potworami zastąpiono tu jedynie gwałtowniejszymi zrywami filmowej muzyki. To się bardzo sprawdza i pasuje do wyważonego tonu opowieści. Aktorstwo też przyniosło miłe wrażenia. W zasadzie wszyscy bez wyjątku spisali się na medal. Jak jak zawsze najbardziej doceniam role najmłodszych. Mała Mercy była upiornym dzieckiem. Jej ekspresja skojarzyła mi się z rolą Anny Paquin w “Fortepianie”.

Epilog, który pozornie opowiada się jednoznacznie po jednej z wersji wydarzeń nie przekonał mnie do końca. Osobiście ucięłabym temat wcześniej, pozostawiając kwestię nierozstrzygniętą, ale to z kolei mogło by zaboleć zwolenników czystości gatunkowej, którzy mogli by taki rozgrzebany temat odnotować na minus dla horrorowych kryteriów.

“The Witch” będzie na pewno jedną z lepszych tegorocznych produkcji w mojej ocenie. Jeśli chodzi o moje wymogi względem kina grozy to wywiązał się z nich przepysznie.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:8

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

walory techniczne:10

Aktorstwo: 9

Oryginalność:8

To coś:9

79/100

W skali brutalności:1/10