Archiwa tagu: horror kostiumowy

W kleszczach lęku od początku

The Nightcomers (1971)

Majętny właściciel rozległej posiadłości i wuj dwójki osieroconych dzieci postanawia wyjechać na stałe tym samym pozostawiając opiekę nad domem oraz Florą i Miles’em  swojej służbie: Gosposi Pani Gips, Guwernantce Pannie Jessel i dozorcy Quintowi. Sytuacja w domu szybko wymyka się spod kontroli, a arystokrata jest zmuszony wrócić, bo zarówno dozorca jak i guwernantka giną w niejasnych okolicznościach.

Czy są na sali osoby, które nie znają opowieści Henry’ego Jamesa “W kleszczach lęku”?  Powieść wielokrotnie ekranizowana, poddawana fabularnym wariacjom, cieszy się ogromną i niewątpliwie zasłużoną popularnością. Nie zdawałam sobie jednak sprawy, że ktoś postarał się o filmowy prequel “W kleszczach lęku”. Zasiadając do seansu z “Koszmarami” zupełnie nie miałam świadomości, że właśnie z nim będę mieć do czynienia – Po co czytać opisy filmów, jak można nie czytać?;) Szybko połapałam się jednak co i jak i z ciekawością śledziłam jak narodziła się właściwa historia “W kleszczach lęku”.

Wszystko zaczyna się od wyjazdu wuja Flory i Milesa. Człowiek ten wyraźnie nie jest zainteresowany wychowywaniem siostrzeńców, wręcz nie zamierza przebywać w ich pobliżu. Ciężar opieki przerzuca na służbę. Możecie być zszokowani takim zagraniem, ale nie jest to znowu takie niepopularne rozwiązanie wśród osób, które mogły sobie na to pozwolić finansowo.

W każdym razie od tego wydarzenia wszystko się zaczyna. Poznajemy więc teoretycznie młodsze wersje Flory i Milesa- teoretycznie, bo chyba we wszystkich znanych mi ekranizacjach oryginału dzieciaki wyglądały na młodsze;). Poznajemy też niesławnego Quinta i Pannę Jessel. Fabula skupia się na przedstawieniu ich wzajemnych relacji i wpływie jaki wywarły one na dwoje dzieci pozostawionych pod ich opieką.

Marlon Brando w roli Quinta to szelma, obibok i dewiant wypada rewelacyjnie. Jego relacja z ‘ukochaną’ Jessel nacechowana jest sadystycznie, a i oddziaływania wychowawcze na dzieciaki pozostawiają wiele do życzenia. Mamy tu więc do czynienia z obrazem powolnego wypaczania młodych umysłów przez otaczające ich zepsucie osób niezrównoważonych psychicznie, z którymi pozostają w izolacji.

Nie jest to typowy horror, zdecydowanie, ale czy takim też było w “Kleszczach lęku”? Atmosfera jest tu mniej gęsta, choć wszystko intensyfikuje się, gdy zbliżamy się do finału, czyli  śmierci Quinta i Jessel. W każdym razie historia jest ciekawa i nieźle zrealizowana.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie: 6

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Walory techniczne: 7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:7

63/100

W skali brutalności:1/10

Diabeł interesuje się słabymi

Gwen (2018)

XIX wieczna Walia. Na nieprzyjaznych terenach Snowdonii leży farma należąca do rodziny nastoletniej Gwen. Od chwili wyruszenia ojca na wojnę Gwen wraz z matką i młodszą siostrą muszą borykać się same z trudami codziennego życia. Owy trud bynajmniej nie procentuje, a problemów z jakimi muszą mierzyć się kobiety jest coraz więcej. W sąsiedztwie umierają ludzie i zwierzęta gospodarcze, w końcu i matka Gwen zaczyna chorować. Otoczona górami farma zaczyna się jawić jako miejsce przeklęte i opuszczone przez boga.

“Gwen” to kolejny miły memu sercu horror kostiumowy wykorzystujący elementy folkloru. Jego akcja rozgrywa się w XIX wieku na terenach obecnego parku narodowego Snowdonii na północy wysp Brytyjskich. Nie zabraknie tu pięknych krajobrazów, które mogą sprawiać agorafobiczne wrażenie. Nieustannie świszczący wiatr, rozległe przestrzenie pokryte głównie kamieniami, trawą i błotem. Niewielka zaniedbana farma i niewielu bohaterów.

Na ich czele stoi Gwen, która może Wam się kojarzyć z Tomasine z “Czarownicy”. Jest to kolejna dorastająca dziewczyna, która dźwiga brzemię opieki nad bliskimi przy jednoczesnym wykluczeniu z gromady. Gdy matka dziewczyny zaczyna chorować ta nie może liczyć na pomoc. Atak, którego doświadcza w czasie nabożeństwa w lokalnym kościele staje się przyczyną ostracyzmu ze strony ludzi, widzących w tym dzieło diabelskie.

Kto jest tu antybohaterem musicie ocenić sami. Bez wątpienia na farmie dzieje się coś niepokojącego, ale co to jest? Czy przyczyną jest załamanie nerwowe matki, czy coś nadnaturalnego? A może to wszytko dzieło ludzi i ich okrucieństwa i pazerności? Mam na ten temat swoje zdanie, ale nie chcę Wam nic narzucać.

Obraz ma wspaniały klimat, w którym groza może w pełni rozkwitać. Ma też dobrze zbudowaną warstwę dramatyczną, historycznie uzasadnione tło społeczne, które stanowi doskonałą przestrzeń do budowania historii wcale nie paranormalnej tylko zwyczajnie po ludzku tragicznej. Ta gatunkowa uniwersalność jeśli chodzi o mój odbiór działa zdecydowanie na plus, choć dla miłośników czystości gatunkowej i bardziej ewidentnie horrowych rozwiązań może stanowić problem.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:8

70/100

W skali brutalności:2/10

Gdzie jest wilk

Wilkołak (2018)

Polska, rok 1945. Grupa dzieci pod opieką najstarszej z nich, Hani, przybywa do prowizorycznego sierocińca zorganizowanego w zrujnowanej posiadłości pośrodku lasu, gdzieś w górach. Tam po wyzwoleniu z obozu Gross -Rosen mogą cieszyć się namiastką wolności. Jednak ta wolność naznaczona jest obozową traumą i głodem, który doskwiera dzieciom w zasadzie pozostawionym samym sobie. Czekając na pomoc ze strony Rosjan zostają otoczeni przez błąkające się w okolicy esesmańskie psy, szkolone do zabijania uciekających więźniów.

Nie uronię żadnej okazji by poobcować z polskim kinem grozy, choćby miało to być najchujowsze kinowe doświadczenie sezonu ;D Oczywiście liczyłam się z tym zasiadając do seansu z “Wilkołakiem”, ale miałam też nadzieję na coś… bo ja wiem? Super?

Nie mogę powiedzieć by film zawiódł nadzieje, ale obeszło się też bez fajerwerków.

Czy ma szanse spodobać się szerszej publiczności? Myślę, że tak. Wojenne klimaty jeśli chodzi o polskie kino nadal są na topie, jednak nie jest to dzieło spod znaku opowieści o bohaterskich powstańcach przepełnionych ideałami, czy dzieło bardzo polityczne. Dzieciakom z filmu Panka bliżej do bohaterów z “Władcy much” niż z “Kamieni na szaniec”.

Mimo, że nie jest to typowy horror w mainstreamowym rozumieniu, może przysporzyć przykrych skojarzeń. Jeśli chodzi o mnie, największe wrażenie zrobił na mnie niezwykle naturalistyczny obraz dziecięcej natury wypaczonej i naznaczonej obozowym piekłem.

Te dzieci, z których znaczna część całe swoje dzieciństwo spędziła w pasiastych pidżamach bardziej przypomina zdziczałe zwierzątka niż istoty ludzkie. Jedna z dziewczynek nie nauczyła się nawet mówić, czy to z powodu braku możliwości rozwoju czy z problemów natury psychologicznej. Ich jedynym celem jest przetrwanie, zaspokojenie najniższych potrzeb. Ich rzedkie zabawy są odzwierciedleniem  tego czym przesiąkły: przemoc, destrukcja, tresura. Na dziecięcych aktorach spoczywa cały ciężar filmu i one ten ciężar podźwignęły za co im chwała.

Punktem kulminacyjnym jest pojawienie się psów, niemieckich owczarków, jawiących się niczym wilki, które wyszły z lasu na polowanie. Jednak czy to one są rzeczywistymi antybohaterami? Chyba dość szybko zmienicie zdanie:)

Tytułowy wilkołak, to nie postać z legend, obrośnięty sierścią człowiek wyjący do księżyca, a raczej metafora pewnej transformacji, transformacji w swojego własnego wroga. Z resztą takich metafor jest tu więcej, przemycane są nawet w … ubraniach, co przydaje całej historii pewnej baśniowości, podobnie jak obsadzenie na pierwszym planie dzieci.

Klimat filmu jest dość klaustrofobiczny z racji ograniczonej przestrzeni na jakiej się rozgrywa, a dodajmy jeszcze do tego późniejsze uwięzienie z powodu wroga czającego się u drzwi. Świetne wrażenie robi też sama posiadłość wybrana na miejsce akcji. Stary pałacyk, który mimo że lata świetności ma już dawno za sobą nadal jest wielkopańskim pałacem, do którego grupa zdziczałych dzieci pasuje jak Karolak do roli amanta.

Podsumowując, wrażenia bardzo pozytywne, jednakże nadal czekam na pełny rozkwit polskiego kina grozy i może, może się kiedyś doczekam;)

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:7

65/100

W skali brutalności:1/10

Zostaniemy w domu

We Have always lived in the castle/ Zawsze mieszkałyśmy na zamku (2018)

Siostry Blackwood, Constance i Merricat mieszkają w rodzinnej posiadłości sprawując opiekę nad kalekim wujem jako jedynym krewnym. Żyją odcięte od świata zewnętrznego naznaczone piętnem rodziny, która zwykłą wymordowywać swoich członków. Ich względny spokój zostaje zakłócony intruzem, dalszym krewnym, który postanawia z nimi zamieszkać.

I w tym miejscu jestem wygrana, bo mam już za sobą lekturę książki na podstawie, której powstał film. I cieszę się bardzo, bo nie jestem przekonana by ta ekranizacja mnie do niej zachęciła. Nie wiem nawet czy to wina sposobu realizacji filmu, czy raczej kwestia tego, że książka jest dość trudna do przełożenia na język filmu. W fabule nie ma większej dynamiki, nie buduje napięcia, a jej sens ukryty jest pod powierzchnią.

Książkę czytałam dość dawno, a i tak odczułam bolesny brak głębi, a to co w książce wydawało się oczywiste tu wydało się wręcz łopatologicznie wyłożone.

Tak więc film zdecydowanie nie jest najbardziej pożądanym sposobem na zapoznanie się z tą historią, którą, no przecież, byłam zachwycona, czytając. Nie mogę przyczepić się do aktorstwa, bo obsada została dobrana całkiem zgrabnie.  Nie bardzo pasował mi natomiast wystrój tytułowego zamku. Nie zgodny z moim wyobrażeniem, jakiś taki… mało mroczny, mało zapuszczony.

Cóż więcej mogę powiedzieć? Ciężko mi szczerze zachęcać do seansu z filmem, choć nie jest znowu ‘taki ostatni’, za to mogę potwierdzić raz jeszcze: przeczytajcie książkę Shirley Jackson.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

to coś:5

53/100

W skali brutalności:1/10

Kiedy byłem tam po raz pierwszy

Little Stranger/ Ktoś we mnie (2019)

Latem ’47 roku wiejski lekarz doktor Faraday zostaje wezwany do posiadłości Hundrets Hall by zaradzić dolegliwością młodej pokojówki. Po tej wizycie oferuje lekarską pomoc panu domu, młodemu dziedzicowi majątku Ayersów okaleczonemu Roderickowi, na co ten przystaje. Wkrótce Farady zostaje przyjacielem rodziny. Siostra Rodericka pozwala lekarzowi na zaloty, tymczasem jej ogarnięty traumą brat zwierza mu się, że rodowa posiadłość jest nawidzona.

“Little Stranger” to utrzymany w gotyckim klimacie ‘niby horror’. Dlaczego niby wyjaśnię później.

Scenariusz filmu powstał w oparciu o powieść Sary Waters, znanej filmożercom chociażby ze “Służącej”. Reżyserem obrazu jest Lenny Abraham, któremu sławę przyniósł oskarowy “Pokój”. Zapowiada się nieźle, co?

Muszę jednak trochę przygasić entuzjazm potencjalnych widzów, bo mimo ogromnego potencjału jaki dostrzegam w tej historii wydaje mi się, że nie został on do końca wykorzystany.

I w sumie nie wiem gdzie leży tego przyczyna, być może niektóre opowieści rozkwitają jedynie w wersji papierowej?

Odniosłam wrażenie, że jako widz zostałam pominięta w łańcuchu informacyjnym i wiele ledwie dostrzegalnych elementów tej historii nie zostało należycie przełożonych na język filmu.

Co do ‘niby horroru’: Pojawia się sygnał jakoby dom miał być nawiedzony, ale zdaje się nikt nie drąży tego tematu i nikogo to szczególnie nie interesuje. Gotycki klimat, wręcz stworzone dla ghost story miejsce akcji, ale na tym koniec.

Nie zgniewam się, dramaty też lubię. Ale co z dramatem? Tu też mamy rzucony temat: Postać głównego bohatera, wiejskiego lekarza, zamkniętego w sobie starego kawalera. Facet wyraźnie ma obsesje na punkcie Hunters Hall, która zaczęła się jeszcze w jego dzieciństwie, w latach świetności domostwa i rodu, kiedy to jego matka pracowała tam jako pokojówka.

Teraz, dorosły już Faraday dostępuje zaszczytu obcowania z obiektem swojego pożądania. Jeszcze chwila i być może zostanie panem posiadłości żeniąc się z córką właścicielki. Na zgłębienie przypadku bohatera, nie macie jednak co liczyć, bo jest nieprzenikniony. Wiele rzeczy trzeba sobie dopowiedzieć. Pytanie czy nie zbyt wiele? SPOILER: Moim zdaniem Faraday skrycie nienawidził Ayersów. Odpowiadał za śmierć Susan, za zabicie Caroline i jej matki i za zamkniecie Rodericka w szpitalu. KONIEC SPOILERA.

Martwi mnie fakt, że niewielu widzów będzie chciało na tyle zagłębić się w tą historię by dostrzec jej tragizm. Użyte tu środki wyrazu są zbyt niepozorne by przykuwać uwagę od pierwszej chwili,  a w dodatku nie jest to kino zbyt rozrywkowe.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:6

60/100

W skali brutalności: 0/10