Archiwa tagu: horror psychologiczny

Zabij pasterza

Charlie mówi/ Charlie Says/ Charlie mówi (2018)

Od trzech lat, które zdążyły upłynąć od najsłynniejszych zbrodni w Hollywood, Leslie Van Hounten (Lulu), Patricia Krenwinkel (Katie) i Susan Atkins (Sadie) przebywają w celi śmierci. Mają tam zostać jeszcze długo, bo karę śmierci ostatecznie zmieniono na dożywocie.

Naczelnik więzienia widząc, że konieczna izolacja dziewcząt nie wpływa dobrze na ich resocjalizację, postanawia dopuścić do nich więzienną edukatorkę Karlene Faith. Kobieta regularnie spotyka się z osadzonymi dziewczynami Mansona próbując wykorzenić z ich głów nauki, za sprawą których dokonały zbrodni i trafiły za kratki.

Zastanawiałam się, czy w ogóle pisać Wam o tym filmie, bo nie szczególnie wpisuje się gatunkowo w tematykę bloga, ale pomyślało mi się, że jakby nie patrzeć ten rok należy do publikacji, i filmowych i książkowych poświęconych sprawie Mansona. Nie chciałam więc go pomijać, zwłaszcza, że nie skupia się on ani na osoba bezpośrednich ofiar, ani na mózgu operacji, czyli Mansonie, a na jego wyznawczyniach – oprawczyniach i ofiarach jednocześnie.

Nie wiem na ile scenariusz filmu odpowiada faktycznym wydarzeniom, bo wiem jedynie, że inspiracją do niego była literatura faktu, między innymi głośnią książką „Rodzina”. Dlatego też nie mogą Wam powiedzieć, że oto w tej chwili zasiadając do seansu z „Charlie mówi” poznacie tajniki prania mózgu jakiemu zostały poddane trzy młode morderczynie, albo, że poznacie kulisy ich odsiadki. Nie mniej jednak z pewnością poznacie interesującą historię.

Film w bardzo zgrabnym ujęciu prezentuje nam charakterystyki trzech bohaterek i nierówną walkę jaką toczy ich nauczycielka by w och głowach wreszcie zaświtała logiczna myśl. Postać Karlene bardzo mi zaimponowała. Raz, że zgodziła się zająć osadzonymi budzącymi tak ogromne kontrowersje, dwa, że zrobiła to z taką empatią. Nie, nie wparowała do ich celi, nie rozsadziła po kątach, nie okładała książkami po głowach. Nawet ani razu nie powiedziała im, że są pojebane, choć takie słowa cisnęłyby się na usta każdemu kto posłuchałby odtwarzanych przez nie banialuk.

Spotkania z nauczycielką przypominają bardziej terapię, niż edukację. Zadanie Karlene jest bardzo trudne, bo jak skonfrontować kogoś z myślą, że w mgnieniu oka przesrał sobie życie w imię czegoś, co jest wytworem fantazji? Widzimy jak szala przechyla się na stronę bolesnej prawdy, choć wdrukowane przez Mansona prawidła działają jak szwajcarski zegarek mimo swojej absurdalności.

Bardzo dobre kreacje aktorskie odtwórczyń ról Lulu, Sadie i Katie sprawiają, że nie da się ich ocenić kategorycznie i jednoznacznie. Z jednej strony są to jednostki, które nie mają żadnych wyrzutów sumienia w związku z zimnokrwistą zbrodnią, z drugiej strony prezentują się jak zagubione dzieci, żyjące w świecie bajek i cały czas powtarzające: Charlie mówi.

Retrospekcje skupiające się głównie na wspomnieniach Lulu – tej, która łamie się jako pierwsza – ukazują historie początku końca. Widzimy Mansona głosiciela, widzimy Mansona niespełnionego artystę, widzimy Mansona sadystę, widzimy Mansona pasterza.

Widzimy też trzy dziewczyny, które całkowicie straciły dla niego głowę. Nie, nie będę analizować dlaczego i nie będę Wam przedstawiać własnych wniosków, bo chcę żebyście zobaczyli to sami i ułożyli w głowach po swojemu.

Film jest smutny, bo jak inaczej może być, jeśli mamy do czniania z historią bezsensownych zbrodni i zmarnowanych żyć. Zachęcam do obejrzenia Moi Drodzy.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:7

63/100

W skali brutalności:1/10

Światło

Lighthouse/ Latarnia (2019)

Koniec XIX wieku w Nowej Anglii. Młody Kanadyjczyk Ephraim Winslow porzuciwszy fach drwala przyjmuje posadę latarnika na małej skalistej wyspie. Jego szefem jest stary wilk morski Thomas Wake, który z surowością wprowadza młodzieńca w arkana pracy latarnika.

Przez długie cztery tygodnie obydwaj mężczyźni skazani są na swoje i tylko swoje towarzystwo. Stary nie oszczędza młodego przydzielając mu jak najbardziej niewdzięczne zajęcia, nie dopuszczając natomiast do właściwego stanowiska – strażnika światła latarni. Ephriam jest coraz bardziej sfrustrowany, a izolacja dodatkowo wzmaga nieprzyjemne odczucia.

Wyjaśniając Wam o czym traktuje najnowszy film twórczy „Czarownicy. Bajki ludowej z Nowej Anglii” posłużę się słowami samego reżysera: To film o tym, że nic dobrego nie wyjdzie z sytuacji, kiedy zamkniemy dwóch facetów w wielkim fallusie.

Trzeba przyznać, że Robert Eggers ma wyśmienite poczucie humoru, choć obcując z jego twórczością bierzcie ją jak najbardziej na serio.

Nie muszę Wam chyba przypominać jak wielkie wrażenie zrobił na mnie jego poprzedni obraz. Wieści o kolejnym przyjęłam z zapalczywym entuzjazmem. Nie rozczarował mnie, choć nie wiem czy Thomas wyparł z mojego serca Tomasine;)

Obydwa filmy, choć mogą wydawać się zupełnie inne mają wiele punktów wspólnych. Mają bardzo zbliżony klimat, choć las i morze to inna bajka, ale w obydwu przypadkach mamy do czynienia z miejscami odizolowanymi, gdzie nasi bohaterzy toczą nierówną walkę z siłami natury i samym sobą.

W „Czarownicy…” mamy pierwiastek kobiecy, a w „Latarni” męski. A dalej znowu podobieństwa. Konflikt: Młodość i starość. Tradycja i rutyna kontra łamanie zasad i bunt. Stłumiona cielesność domagająca się głosu.

Z uwagi na to, że mamy tu do czynienia z teatrem dwóch aktorów, ich kreacje muszą być silne i są.

Sama historia jest prosta, można ja sprowadzić do bardzo uniwersalnego archetypu, ale jej oprawa czyni ją niebanalną. Niebanalną mimo rozlicznych odniesień do innych znanych tworów.

Wrażenia wizualne są niezrównane. Jeśli ktoś z taką namiętnością traktuje czarno-białe filmy to popadnie w zachwyt. Ja popadłam.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:10

Napięcie:7

Zaskoczenie:6

Zabawa:8

Walory techniczne:10

Aktorstwo:10

Oryginalność:8

To coś:9

78/100

W skali brutalności:2/10

Tylko krew

Bloodline (2018)

Evan Cole jest szczęśliwym mężem, świeżo upieczonym ojcem i szkolnym psychologiem na co dzień zajmującym się udzielaniem wsparcia nastolatkom mierzącym się z różnymi problemami. Każdy dzień pracy upływa mu na słuchaniu nie rzadko zatrważających zwierzeń.

Evan czuje się coraz mocniej sfrustrowany tym, że w wielu sytuacjach nie jest w stanie pomóc podopiecznym, nie bez podjęcia radykalnych kroków. Pewnego dnia po wysłuchaniu kolejnego wyznania nie wytrzymuje i postanawia osobiście rozliczyć się z winowajcą krzywdzącym dziecko.

Tytuł „Bloodline” z pewnością wzbudził przyjemne skojarzenia u fanów twórczości zespołu „Slayer”;) Wbrew temu, na co może wskazywać ów tytuł jest to film raczej umiarkowanie krwawy. Oczywiście sceny śmierci są tu obecne i stanowią główny wątek fabuły, ale nie spodziewajcie się rzek krwi.

Gatunkowo obraz przystaje bardziej do psycho thrillera z seryjnym zabójcą w roli głównej aniżeli slashera, czy filmu gore, lub torture porn. Głównie za sprawą naszego bohatera-antybohatera.

Nie małym zaskoczeniem była dla mnie twarz odtwórcy roli głównej. Co Stifler robi w horrorze?;) Ano gra i gra bardzo dobrze, Moi Drodzy. Widząc go z poważną, posępną miną, całą swoją postawą okazujący profesjonalizm była pod dużym wrażeniem. Debiutujący reżyser najwyraźniej pozwolił mu wyjść po za pudełko i dobrze zrobił.

Początek filmu w żaden sposób nie zapowiada jakie licho siedzi w Evanie. Jest przybity, trochę wyzuty z emocji, ale bardziej odbierałam to jako objaw zawodowego wypalenia niż rys socjopatyczny. Z drugiej strony, czy Evan jest socjopatą?

Śledząc drogę jaka doprowadziła Evana do vendetty, którą ostatecznie odprawia, wcale mu się nie dziwiłam. To kwestia osobistych doświadczeń zawodowych, ale miałam ochotę poklepać go po ramieniu i powiedzieć: Stary, wiem co czujesz.

Evan nie zabijał dla przyjemności, choć z drugiej strony udział w spełnieniu czyjejś karmy, dopełnienie sprawiedliwości, musiało mu sprawiać frajdę, a może tylko ulgę?

W każdym razie bohater „Bloodline” nie jest typowym mordercą. Nie bez udziału w całej sytuacji był jego żona, niezbyt szczęśliwa młoda mama i jej teściowa, tak, nazwijmy ją ‚mamą Stiflera’. Mama Stiflera wymiata.

Sceny śmierci ofiar też wypadają dobrze, może dlatego, że Evan nie ogranicza się do samego zabijania;). Tak więc, film jak najbardziej nice i spokojnie możecie obaczyć.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne: 8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:7

64/100

W skali brutalności:/2/10

Co gryzie Jennifer

Gnaw/ Apartament 212 (2017)

Jennifer po rozstaniu z agresywnym mężem wynajmuje skromne mieszkanie w nieciekawej dzielnicy. Próbuje odzyskać spokój jednak żyje w ciągłym lęku przed swoim ex. Nieustające lamenty jakie słyszy z mieszkania sąsiadki również nie dają jej spokoju. W końcu Jennifer decyduje się wyciągnąć do kobiety pomocą dłoń, jednak jest już za późno – sąsiadka popełnia samobójstwo, co jest kolejnym traumatycznym przeżyciem dla bohaterki.

Od tego momentu stan psychiczny Jennifer jeszcze się pogarsza co ma też odzwierciedlenie w zdrowi fizycznym. Każdej nocy na jej ciele pojawiają się ślady po ugryzieniach, których pochodzenia nikt nie jest w stanie stwierdzić.

„Gnaw”,produkcja hiszpańsko- amerykańska oscyluje wokół psycho thrillerabody horroru. Te dwa podgatunki są jednymi z moich ulubionych i fakt, że weszły w koalicję za sprawą filmu Haylar’a Garci bardzo mnie cieszy. Finalnie mamy tu do czynienia z czymś jeszcze, ale nie chcę Was naprowadzać na ten trop, bo popsuję niespodziankę.

„Gnaw” szybko mnie zaangażował w opowiadaną historię. Dużo czasu poświęcono na zarysowanie warstwy dramatycznej, czyli przedstawienie sytuacji życiowej Jennifer, co stanowi punkt wyjścia dla wszystkich filmowych wydarzeń. Dzięki temu jej los nie był mi obojętny.

Najmocniejszym, moim zdaniem, elementem fabuły jest wątek przypadłości bohaterki. Plamy na jej ciele, kojarzące się z jakość nieprzyjemną chorobą zakaźną, albo zażywaniem twardych narkotyków to punkt zapalny w całej historii.

Najpierw podobne objawy widzimy bowiem u sąsiadki Jennifer. Widzimy jak cierpiąca kobieta jest mijana z obojętnością, a nawet gorzej. Widzimy jak patrzy na nią Jennifer. To samo spotka ją samą i to już wkrótce.

Bez skuteczne poszukiwanie pomocy, podejrzenia jakie są kierowane w jej stronę i ostracyzm z jakim spotyka się w czasie rozmowy o pracę. Wszystko to wpędza ją w poczucie paranoi. 

We wszelkiego rodzaju body horrorach środek ciężkości zwykle spoczywający na jakimś zewnętrznym antybohaterze przesuwany jest na osobę bohatera, na jego własne ciało, tak jakby ono było wrogiem, ono chciało zabić naszego bohatera. Dokąd można uciec od samego siebie? Jak się bronić? Body horrory żerują na naszym lęku przed chorobami, nie boją się wizualizować najgorszego i na tym polega ich siła. Muszę stwierdzić, że nie spotkałam dotąd filmu z tego gatunku, który nie zrobiłby na mnie wrażenia.

Wątek typowy dla body horroru, wątek paranoid thrillera to nie wszystko co oferuje scenariusz, bo nieoczekiwany – przynajmniej przeze mnie zwrot akcji otwiera inną perspektywę.

Czy warto było zbaczać w tym kierunku ocenicie sami. Ja jestem z tego filmu całkiem zadowolona.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:7

63/100

W skali brutalności:2/10

To nie jest magia

Magic/ Magia (1978)

Charles ‚Corky’ Withers jest aspirującym iluzjonistą. Niestety mimo wytężnej pracy na swoim warsztatem jego pierwszy poważny występ kończy się fiaskiem. Za radą swojego mentora ‚Merlina’ postanawia uatrakcyjnić swoje występy.

Odpowiedzią na potrzeby publiczności okazuje się zaangażowanie do show kukiełki. Teraz Corky jest już nie tylko magikiem, ale i brzuchomówcą. Agent Corky’ego wróży mu wielką karierę jednak ten postanawia skryć się w miejscu, gdzie spędził dzieciństwo by tylko z lalką o imieniu Fat’s dzielić swoją tajemnicę.

Legenda głosi, że to właśnie film Richarda Attenborought’a pt. „Magia” zainspirowała Metallice do stworzenia kawałka „Sad but true”. Z uwagi na to, że Kirk jest wielkim fanem filmowych horrorów wcale mnie to nie dziwi.

Scenariusz filmu bazuje na nudnawej – zdaniem wielu -powieści Williama Goldmana. Czy nudnawa, czy nie, apetyt na zrealizowanie filmowej wersji powieści miał podobno sam Spielberg, ale Attenborought go ubiegł.

„Magia” jest też uważa na prekursora „Laleczki Chucky”, ale spokojnie, to historia w zupełnie innym tonie.

Nie jest to produkcja zbyt rozrywkowa. To miejscami ciężkawy horror psychologiczny, w którym stracha ma napędzić nie tyle demoniczne oblicze lalki, co obłęd głównego bohatera.

A w głównego bohatera wciela się nikt inny a młodziutki jak szczypiorek na wiosnę Anthnhy Hopkins. Tak młodego Lectera to jeszcze nie widziałam;)

W roli Corky’ego wypada przepysznie. Jego charyzma jest tu jeszcze nieśmiała, ale już daje o sobie znać. Hopkins bez trudu dźwiga cały ciężar dramaturgii tkwiący w tej opowieści.

Film jest pozbawiony większej gwałtowności, przynajmniej do póki nie znajdziemy się w odpowiednim punkcie. Nie mamy tu więc wielu atrakcji chyba, że będzie nią dla Was samo baczne przyglądanie się przesłankom szaleństwa.

Przedmiotem całej sprawy jest relacja naszego bohatera ze swoim drugim ja. Nieśmiertelny motyw doktora Jekylla i mr. Hyde’a. Pojawiają się bohaterowie poboczni, jak sympatia z dzieciństwa kipiąca infantylnością i niczego nie świadoma, oraz Ci którzy próbują interweniować by wyciągnąć Corky’ego z paszczy szaleństwa.

Film ma bardzo przyjemnie nieprzyjemny klimat i ogląda się go bardzo dobrze. Pytanie tylko czy ton ten opowieści trafi w potrzeby temperamentu danego widza. Z tym, to już może być różnie, ale ja klasykę zawsze polecam, bo warto znać.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:9

Oryginalność:7

To coś:7

67/100

W skali brutalności:1/10

Zagubieni w trawie

In the Tall Grass/ W wysokiej trawie (2019)

Rodzeństwo Becky i Cal podróżują międzystanową do Kalifornii. Becky jest w zaawansowanej ciąży i kiepsko znosi podróż toteż zmuszeni są przystanąć na odludziu. Z pobocza dobiega ich głos chłopca wołającego o pomoc z wysokiej trawy zarastającej rozległy teren przy drodze.

Najpierw Cal, a później jego siostra ruszają w ślad za głosem dziecka. Odnalezienie go okazuje się niemożliwe, co więcej sami gubią się w wysokiej trawie. Błądząc pośród gęstwiny w palącym słońcu zdają sobie sprawę, że pole posiada niezwykłe właściwości, które rychło doprowadzą do ich śmierci.

Czy wspominałam już, że „W wysokiej trawie” jest moim ulubionym opowiadaniem Kinga? Oczywiście zaraz za „Ciałem”. A więc jeśli nie wspominałam to wspominam teraz. Już podczas lektury marzył mi się seans z filmem na jego podstawie i choć z ekranizacjami bywa różnie to cieszę się, że ta powstała. Jej twórcą, zarówno na poziomie scenariusza jak i reżyserii jest Vincenzo Natali (Cube”, serial „Hannibal„), solidny człowiek, który solidnie podszedł do tematu.

Próbując przywołać w pamięci szczegóły opowiadania nie przypominam sobie elementów, które jakość szczególnie zostały przekształcone, choć moja pamięć może być zawodna. Z pewnością historię rozbudowano, dodano do niej, ale nie jest to raczej kwestia zapędów twórcy filmu ile wymóg samego opowiadania, które jest zwyczajnie za krótkie na długi metraż.

W ogromnym stopniu to właśnie minimalizm historii tak mnie urzekł w opowiadaniu, ale nie mogę powiedzieć, by to co zaproponował Natali nie było warte uwagi. Ktoś może uznać, że niekończący się pościg wśród zieleni wieje nudą, ale w moim przypadku odnotowuje to na plus. Autentycznie umordowałam się wraz z bohaterami i lepiej wczułam się w ich sytuację: zmęczenie, panikę.

Najmocniejszym punktem programu jest trawa. Wysoka gęsta trawa. Ktoś by powiedział, takie nic. Ale każdy kto ceni wyobraźnię Kinga wie, że ten autor potrafi wycisnąć grozę ze wszystkiego. Pole trawy okazuje się idealnym miejsce na horror. Nie trudno zginąć w miejscu, w którym nie widać horyzontu. Nie trudno zabłądzić, gdy dokoła wszystko jest takie samo. Agorafobia i klaustrofobia w jednym. Jest i pierwiastek nadprzyrodzony. To nie jest zwykłe pole. Zdaje się ono przemieszczać bohaterów, ale i w nich samych czynić zmiany. A może to nie magia tylko czysta psychologia? Nic tak skutecznie jak zagrożenie życia nie wyciąga z ludzi najgorszych instynktów – i to tak się składa też jest jeden z ulubionych punktów bazowych dla Kinga.

Prezentowana tu historia jest naprawdę niezła, a i sposób jej ukazania przy pomocy dość prostych środków wyrazu działa. Atmosfera grozy jest odczuwalna, a to przecie główny wymóg filmowego horroru.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:7

65/100

W skali brutalności:2/10

Trudno znaleźć dobrą nianie a jeszcze trudniej dobre dziecko

Nanny/ Niania (1965)

Dziewięcioletni Joey po dwóch latach wraca z ośrodka dla trudnych dzieci do swojego rodzinnego domu. Tu wita go pogrążona w depresji po śmierci córki i siostry Joey’a matka, surowy ojciec i uprzedzająco miła niania. Młody panicz jest krnąbrny i zagniewany, za wszystkie domowe nieszczęścia wini starą nianię. Chłopiec marzy o pozbyciu się jej z domu.

Film z Bette Davis z ’65 roku wpadł mi w oko lata temu. Zwróciłam na niego uwagę krótko po seansie z Co się zdarzyło Baby Jane” i polowałam na jakąkolwiek wersje nadającą się do obejrzenia. Każdy miłośnik starych filmów, wie, że takie polowania bywają karkołomne i mało efektywne, ale w końcu się udało. „Niania” nieoczekiwanie wyłoniła się z czeluści internetu.

Film stanowi ekranizację powieści Marryam Modell, której niestety nie znam i pewnie prędko nie poznam.Podobnie jak w przypadku wspomnianej „Baby Jane…” jest to historia trzymająca się w gatunku psychologicznego thrillera.

Tytułowa bohaterka, w którą wciela się niezawodna jak zawsze Bette Davis to stara niania, która od pokoleń zajmuje się dziećmi z rodziny pani domu. Jak nie trudno się domyślić pracy z dziećmi poświeciła całe życie, ale na koniec zdarzyła jej się wpadka. Tą wpadką wydaje się być mały panicz Joey, który według niani i wszystkich domowników odpowiada na śmierć swojej małej siostry.

Po tym zdarzeniu chłopiec został odesłany do specjalnej placówki, co dokładnie było bezpośrednią przyczyną zesłania wolę nie zdradzać, by nie odsłaniać zbyt wielu kart w tym rozdaniu.

Zagadka, choć jej finał mógł niektórych rozczarować jest jednak bardzo zmyślna. O powodzeniu całego szwindla w dużym stopniu zadecydowała jakość aktorstwa obsady i sposób w jaki wykreowano poszczególne postaci. Bette Davis, choć nie mówię tego z przyjemnością, nie jest czarnym koniem tego wyścigu. Jest nim mały Wiliam Dix, w roli paniątka. Młody aktor zagrał w zaledwie dwóch produkcjach, a szkoda, bo uważam, że to niespotykany, samorodny talent.

Warstwa dramatyczna i psychologiczna zdominowała ten film, choć nie można powiedzieć by nie było w nim grozy. Groza obecna jest tu pod postacią pewnego rodzaju szaleństwa. Scena śmierci małej siostry Joey’a zdecydowanie działa tak jak powinna.

Nie mamy tu żadnych efektownych akcji, większej brutalności, czy choćby kropli krwi. Film z klasą, można rzec i przy tym bardzo intrygujący.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:8

Aktorstwo:9

Oryginalność:8

To coś:8

73/100

W skali brutalności:1/10

Zmierzch człowieczeństwa

Ciemno, prawie noc (2019)

Alicja Tabor jest pochodzącą z Wałbrzycha dziennikarką.  Reportaż nad którym aktualnie pracuje poświęcony jest sprawie zaginięć dzieci do jakich doszło w jej rodzinnym mieście.

Alicja przyjeżdża więc do domu, z którym nie wiąże najcieplejszych wspomnień i rozpoczyna dziennikarskie śledztwo. Każdy kolejny wywiad unaocznia ogrom zepsucia jakie trawi mieszkańców niegdysiejszych ziem odzyskanych. Zaś sama Alicja zagłębiając się w śledztwo odkrywa coraz więcej powiązań z historią swojego dzieciństwa.

„Ciemno, prawie noc” to kolejny polski produkt filmowy oscylujący w okolicy gatunku grozy. Kryminał, może thriller, na pewno ciężkie kino psychologiczne. Za reżyserie odpowiada Borys Lankosz, który miał już okazję przekładać literaturę  na język filmu. Wówczas dokonał tego z prozą Miłoszewskiego, konkretnie z „Ziarnem prawdy”, które miałam okazję czytać. Film też widziałam i z całym szacunkiem, nie moje klimaty, niezbyt wysokie loty. Natomiast „Ciemno, prawie noc” to już skok na głęboką wodę.

Film jest przepełniony metaforyką, aż roi się tu od wątków onirycznych, baśniowych. Tu gdzie autor prozy może popuścić pasa, w dużej mierze zdać się na wyobraźnię czytelnika, półgębkiem przemycić pewne informacje filmowiec musi zmieścić się w ramach. Jak bezlitośnie ciasne potrafią być te ramy pokazuje cały szereg filmowych adaptacji literackich, które mimo ogromnego sukcesu pierwowzoru okazały się kompletnym fiaskiem.

Nie powiem, żeby „Ciemno, prawie noc” zdecydowanie należał do tego grona, ale po seansie z filmem poczułam paląca wręcz potrzebę zgłębienia tej historii. Tak, trzeba przeczytać książkę. Podobno Lnkoszowi odradzano branie się za prozę Joanny Bator i oglądając jego filmowe zmagania z tą historią jestem w stanie znaleźć temu uzasadnienie. To nie jest historia zbyt filmowa. Skróty bardzo jej nie służą, nie tylko dlatego, że nie pozwalają się rozpędzić, ale ze względu na wymuszone przez język filmu uproszczenia. Myślę, że wiem, co chciała przekazać autorka „Ciemno, prawie noc”, ale w filmowy skrót tej pointy przypomina przechadzkę po gabinecie strachu. Nie ma żadnej równowagi między dobrem, a złem. Jest tylko zło, i to jednej kategorii.

Ten film mnie zdołował. Jego klimat, któremu świetnie przysłużyły się zdjęcia Koszałki, jest dojmująco przygnębiający. Każdy kolejny kadr jest bardziej posępny od poprzedniego. Nigdy nie byłam w Wałbrzychu i kojarzę go głównie z lektury „Panny Nikt”, ale podejrzewam, że taki obraz miasta i jego mieszkańców nie zachwyci osób, które się z niego wywodzą.

To film poświęcony piętnowaniu krzywd wyrządzonym dzieciom, ale moi drodzy, nie jest to warsztat teoretyczny i grożenie palcem. Wszelkie odmiany okropności są tu rzucone widzowi w twarz, bez żadnego znieczulenia. Matka molestująca córkę, przymiarka do zbiorowego gwałtu na dziecku, bicie i wszelkie inne nadużycia. Kurwa, nawet skalpowanie. Aż chce się powiedzieć, co ta Bator miała w głowie?! Ale zaraz, czy ona to wymyśliła? Czy takie rzeczy się nie działy i nie dzieją?

A w tym wszystkim mamy jeszcze baśń. Baśń o potworach zwanych kotojadami i kociarach przybywających na ratunek, magiczne perły, jabłka i króliczą norę, w której leży martwa dziewczynka.

Główna oś fabularna nie jest wymyślna. Ot mamy dziennikarkę z traumą, którą życie zawodowe popycha w głąb wspomnień z dzieciństwa. Leci „Ostrymi przedmiotami„, czyż nie? Pod tym względem nie ma fajerwerków, ale myślę, że taki punkt wyjścia jest wystarczający – na dobry złego początek;)

Żałuję seansu z filmem i nie dlatego, że jest zły. Uważam, że jest dobry, może bardzo dobry, a przynajmniej niezły. Szkoda mi że nie poznałam tej historii w jej pierwotnej formie.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:9

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:7

70/100

W skali brutalności:3/10

Diabeł interesuje się słabymi

Gwen (2018)

XIX wieczna Walia. Na nieprzyjaznych terenach Snowdonii leży farma należąca do rodziny nastoletniej Gwen. Od chwili wyruszenia ojca na wojnę Gwen wraz z matką i młodszą siostrą muszą borykać się same z trudami codziennego życia. Owy trud bynajmniej nie procentuje, a problemów z jakimi muszą mierzyć się kobiety jest coraz więcej. W sąsiedztwie umierają ludzie i zwierzęta gospodarcze, w końcu i matka Gwen zaczyna chorować. Otoczona górami farma zaczyna się jawić jako miejsce przeklęte i opuszczone przez boga.

„Gwen” to kolejny miły memu sercu horror kostiumowy wykorzystujący elementy folkloru. Jego akcja rozgrywa się w XIX wieku na terenach obecnego parku narodowego Snowdonii na północy wysp Brytyjskich. Nie zabraknie tu pięknych krajobrazów, które mogą sprawiać agorafobiczne wrażenie. Nieustannie świszczący wiatr, rozległe przestrzenie pokryte głównie kamieniami, trawą i błotem. Niewielka zaniedbana farma i niewielu bohaterów.

Na ich czele stoi Gwen, która może Wam się kojarzyć z Tomasine z „Czarownicy”. Jest to kolejna dorastająca dziewczyna, która dźwiga brzemię opieki nad bliskimi przy jednoczesnym wykluczeniu z gromady. Gdy matka dziewczyny zaczyna chorować ta nie może liczyć na pomoc. Atak, którego doświadcza w czasie nabożeństwa w lokalnym kościele staje się przyczyną ostracyzmu ze strony ludzi, widzących w tym dzieło diabelskie.

Kto jest tu antybohaterem musicie ocenić sami. Bez wątpienia na farmie dzieje się coś niepokojącego, ale co to jest? Czy przyczyną jest załamanie nerwowe matki, czy coś nadnaturalnego? A może to wszytko dzieło ludzi i ich okrucieństwa i pazerności? Mam na ten temat swoje zdanie, ale nie chcę Wam nic narzucać.

Obraz ma wspaniały klimat, w którym groza może w pełni rozkwitać. Ma też dobrze zbudowaną warstwę dramatyczną, historycznie uzasadnione tło społeczne, które stanowi doskonałą przestrzeń do budowania historii wcale nie paranormalnej tylko zwyczajnie po ludzku tragicznej. Ta gatunkowa uniwersalność jeśli chodzi o mój odbiór działa zdecydowanie na plus, choć dla miłośników czystości gatunkowej i bardziej ewidentnie horrowych rozwiązań może stanowić problem.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:8

70/100

W skali brutalności:2/10

Idealna nuta

The Perfection/ Perfekcja (2018)

Charlotte jest utalentowaną wiolonczelistką, niestety opieka nad chorą matką zmusiła ją do zrezygnowania z nauki i uniemożliwiła karierę.

Teraz, gdy matka zmarła, Charlotte postanawia wrócić do muzyki. W tym celu odnawia znajomość ze swoim nauczycielem Antonem w czasie prestiżowego konkursu muzycznego w Azji. Tam poznaje inną uczennice mistrza, Lizzie, która w przeciwieństwie do niej znajduje się na szczycie.

Mimo dzielących je różnić kobiety nawiązują dość intensywną znajomość i wkrótce wyruszają we wspólną podróż, której celem jednak nie jest zacieśnianie więzi, a coś zupełnie innego.

Cóż za dziwny twór! Netflix zdążył mnie przyzwyczaić do różnych treści serwowanych na platformie i nie rzadko trafiam tam na produkcje… wyróżniające się. Czy pozytywnie, czy negatywnie, to już inna kwestia, w każdym razie dalekie od tego co proponuje repertuar kin.  Nie inaczej jest z „Perfekcją”.

Richard Shepard odpowiadający zarówno za scenariusz jak i za reżyserie znany jest głównie z produkcji seriali. Ma na swoim koncie „Salem„, „Criminal minds”, ale i lżejsze historie. Mogę przypuszczać, że właśnie  serialowe doświadczenia miały znaczny wpływ na wielowątkowość „Perfekcji”, która przez cały tok akcji wykonuje dwa na tyle wielkie przeskoki, jakbyśmy mieli do czynienia z dwoma osobnymi historiami. Jednakże wątki splecione są na tyle sprawnie, że tworzą cokolwiek dziwną, a jednak integralną całość.

Wszytko zaczyna się od przedstawienia sylwetki Charlotte. Utalentowana dziewczyna, która jednak nie mogła rozwijać talentu spotyka kogoś kto, można rzecz wykorzystał szansę, którą jej odebrano. No, tu mili państwo szykuje się intryga. Osobiście podejrzewałam Charlotte o najgorsze intencje, ba, był w filmie taki etap, że prawie jej potwierdzono, ale tu znowu zwrot.

Wycieczka dziewcząt po Szanghaju, jej przebieg, sprawił, że całkowicie zarzuciłam swoje podejrzenia. No, kurczę, ja tu rozkminiam toxic relationship, a szykuje się historia o epidemii jakiejś dżumy, czy innego zombizmu. To jak rozwiązano tę kwestie wprawiło mnie w niemałe osłupienie, ale to jeszcze nie koniec. Osłupień. Moich.

Tak, im dalej w las tym więcej grzybów, robi się z tego dobrze porąbana opowieść. Może trochę nazbyt porąbana? No, to musicie ocenić sami. Mnie trochę męczyło wrażenie, że twórca chciał przekazać w tym filmie więcej niż mógł. No, taśmy nie stykło. Przez co pojawia się tu sporo momentów niejasności, przykrej konsternacji. Narracja jest mocno poszarpana, co może utrudniać odbiór.

Technicznie film jest bardzo dobry. Zdjęcia szczególnie w końcowym hymmm…. akcie zwracają dużą uwagę. Położono nacisk na artyzm i nastrój, a i obsada wypada bardzo dobrze. Z pewnością „Perfekcja” jest warta sprawdzenia, a czy się spodoba, to już kwestia bardzo indywidualna.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:6

Zaskoczenie:9

Zabawa:7

Walory techniczne: 8

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:7

68/100

W skali brutalności:2/10