Archiwa tagu: horror psychologiczny

Guwernantka w kleszczach lęku

The Turning/ Guwernantka (2020)

Młoda nauczycielka Kate, rezygnuje z posady by podjąć się pracy w charakterze guwernantki małej Flory. Dziewczynka jest jedną z dwójki osieroconego rodzeństwa Fairchildów i od odejścia poprzedniej nauczycielki  w okazałej posiadłości mieszka tylko z gosposią, panią Grose. Jej brat Miles przebywa w szkole z internatem. Kate bardzo przypada do gustu nowa rola, ale szybko zaczyna czuć się nieswojo, do czego mocno przyczynia się nieoczekiwane wydalenie ze szkoły Miles’a i jego powrót do domu.

Oto mamy kolejną filmową wariację na temat powieści Henry’ego Jamesa “W kleszczach lęku”. Tym razem znana większości fanów grozy historia skrywa się pod tytułem “The Turning”, w polskiej wersji “Guwernantka”.

Film Florii Sigismodii dość swobodnie podchodzi do swojego pierwowzoru. Całkowicie pomija postać wuja, który jakby nie patrzeć stanowił ważny element układanki składającej się na sytuację guwernantki.

Ciężar odpowiedzialności za jej stan psychiczny przenosi na Milesa, który w tej ekranizacji jawi się jeszcze mroczniej. Akcja jest uwspółcześniona, domostwo mimo swojego zabytkowego charakteru nie jest posępną gotycką siedzibą, raczej lekko podupadającym, ale nadal pełnym przepychu domostwem z własną historią i oczywiście ‘trupami w szafie’.

Kate bardzo szybko nabiera przekonania, że owe trupy z szafy bardzo aktywnie uczestniczą w życiu domowników. Wzorem swoich poprzedniczek także ta młoda guwernantka gorąco wierzy, że duchy zmarłych lokatorów, złe duchy mają szkodliwy wpływ na dzieci. Ich dziwne zachowania zaczyna przypisywać czemuś na kształt opętania. Ta teoria bardziej zwraca jej uwagę niż wcześniejsze domysły na temat traumatycznych przeżyć dzieci, samotności i dość swobodnego wychowania.

Całość prezentuje się ciekawie, ale nie ma tu miejsc na fabularne niespodzianki. Uwspółcześnienie akcji muszę przyznać nieco odarło tą historię z jej naturalnego klimatu. Nie mam natomiast żadnych zarzutów względem obsady. Dzieciaki grają na medal. Mała Brooklynn Price wraz Finnem Wolfhardem to jedni z lepszych filmowych Flor i Milesów jakich widziałam w tych rolach.

Film jak najbardziej do obejrzenia, bez większych zachwytów, ale na cięgi jakie zbiera w sieci też nie zasłużył.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła: 6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność: 4

50/100

W skali brutalności:1/10

To coś: 6

W kleszczach lęku od początku

The Nightcomers (1971)

Majętny właściciel rozległej posiadłości i wuj dwójki osieroconych dzieci postanawia wyjechać na stałe tym samym pozostawiając opiekę nad domem oraz Florą i Miles’em  swojej służbie: Gosposi Pani Gips, Guwernantce Pannie Jessel i dozorcy Quintowi. Sytuacja w domu szybko wymyka się spod kontroli, a arystokrata jest zmuszony wrócić, bo zarówno dozorca jak i guwernantka giną w niejasnych okolicznościach.

Czy są na sali osoby, które nie znają opowieści Henry’ego Jamesa “W kleszczach lęku”?  Powieść wielokrotnie ekranizowana, poddawana fabularnym wariacjom, cieszy się ogromną i niewątpliwie zasłużoną popularnością. Nie zdawałam sobie jednak sprawy, że ktoś postarał się o filmowy prequel “W kleszczach lęku”. Zasiadając do seansu z “Koszmarami” zupełnie nie miałam świadomości, że właśnie z nim będę mieć do czynienia – Po co czytać opisy filmów, jak można nie czytać?;) Szybko połapałam się jednak co i jak i z ciekawością śledziłam jak narodziła się właściwa historia “W kleszczach lęku”.

Wszystko zaczyna się od wyjazdu wuja Flory i Milesa. Człowiek ten wyraźnie nie jest zainteresowany wychowywaniem siostrzeńców, wręcz nie zamierza przebywać w ich pobliżu. Ciężar opieki przerzuca na służbę. Możecie być zszokowani takim zagraniem, ale nie jest to znowu takie niepopularne rozwiązanie wśród osób, które mogły sobie na to pozwolić finansowo.

W każdym razie od tego wydarzenia wszystko się zaczyna. Poznajemy więc teoretycznie młodsze wersje Flory i Milesa- teoretycznie, bo chyba we wszystkich znanych mi ekranizacjach oryginału dzieciaki wyglądały na młodsze;). Poznajemy też niesławnego Quinta i Pannę Jessel. Fabula skupia się na przedstawieniu ich wzajemnych relacji i wpływie jaki wywarły one na dwoje dzieci pozostawionych pod ich opieką.

Marlon Brando w roli Quinta to szelma, obibok i dewiant wypada rewelacyjnie. Jego relacja z ‘ukochaną’ Jessel nacechowana jest sadystycznie, a i oddziaływania wychowawcze na dzieciaki pozostawiają wiele do życzenia. Mamy tu więc do czynienia z obrazem powolnego wypaczania młodych umysłów przez otaczające ich zepsucie osób niezrównoważonych psychicznie, z którymi pozostają w izolacji.

Nie jest to typowy horror, zdecydowanie, ale czy takim też było w “Kleszczach lęku”? Atmosfera jest tu mniej gęsta, choć wszystko intensyfikuje się, gdy zbliżamy się do finału, czyli  śmierci Quinta i Jessel. W każdym razie historia jest ciekawa i nieźle zrealizowana.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie: 6

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Walory techniczne: 7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:7

63/100

W skali brutalności:1/10

Uważaj na sąsiadów swych, bo lubią dawać cynk

1BR (2019)

Sarah przeprowadza się do Los Angeles. Marzy o pracy projektantki mody, ale najważniejsze jest dla niej znalezienie swojego miejsca z dala od ojca, który zdradzał jej umierającą matkę. Udaje jej się wynająć wymarzone mieszkanie w ładnym apartamentowcu na spokojnym osiedlu. Sympatyczni sąsiedzi, las pomocnych rąk, duch wspólnoty… Sarah może cieszyć się tym wszystkim, ale tylko do czasu. Do czasu gdy zacznie łamać zasady społeczności.

To już drugi straszak traktujący negatywnych w skutkach próbach wicia własnego gniazdka, jaki udało mi się obejrzeć w ostatnim czasie… Tym razem jest to obraz debiutującego w długim metrażu Davida Marmora. Gatunkowo stanowi przykład kina psychologicznego, ale bardziej thrillera niż horroru. Jest raczej oszczędny w środkach, więc nie rozpiszę się na temat jego walorów technicznych i raczej skupię się na warstwie tekstowej.

Fabuła filmu skupia się na postaci młodej kobiety, która otwiera nowy etap w życiu. Chce odciąć się od korzeni i zacząć życie w bardziej przyjaznym środowisku. Społeczność apartamentowca wydaje się być odpowiedzią na jej potrzeby. Grupa zawsze uśmiechniętych, serdecznych ludzi o dobrych intencjach. Tak, dobre intencje…

Sarah jednak nie czuje się tam dobrze, dziwne nocne hałasy w mieszkaniu, a później anonimowe liściki sugerujące, że ktoś odkrył, że złamała lokatorski regulamin. Sytuacja się zaognia. Do czego to wszystko zmierza łatwo możecie się domyślić śledząc dalsze kroki społeczności podejmowane względem Sary. Nim dziewczyna się zorientuje znajdzie się w pułapce. I nie jest to tylko pułapka ideologiczna. Z ideologiami jest ten problem, że zawsze znajdzie się ktoś, kto nie cofnie się przed niczym by wcielić je w życie. Tak oto parafrazując mojego niegdysiejszego profesora: Kaszanka dla wszystkich i nie ma miejsca na pęto cienkiej. Sarah zmuszona jest podporządkować się północnokoreańskiemu modelowi życia.

Seans z “1BR” to obserwowanie nierównej walki jednostki ze wspólnotą. Tortury i pranie mózgu, by wreszcie rozegrać bitwę ostateczną przeciwko samemu sobie o siebie. Dobrze opowiedziana historia z dobrym, mocnym finałem. Myślę, że film ma szansę się spodobać, szczególnie osobom lubującym się w antyutopiach, opowieściach z rodzaju “Żon ze Stepford”.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:8

Klimat:6

Napięcie:7

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:7

63/100

W skali brutalności:1/10

Oto Wasz dom

Vivarium (2019)

Młode narzeczeństwo, Gemma i Tom szukają wspólnego gniazdka. W tym celu udają się na osiedle domów jednorodzinnych. Miejsce przyprawia o dreszcze, chłodem surowością i minimalizmem. Przypomina bardziej makietę niż miejsce do życia. Kiedy oprowadzający ich po domu numer 9 agent nieruchomości stwierdza, że jest to idealne miejsce dla młodych rodzin, Gemma i Tom już wiedzą, że nie chcą do owego grona rodzin należeć. Wsiadają do auta i odjeżdżają. A przynajmniej próbują odjechać. Kolejne pętle wokół osiedla utwierdzają ich w przekonaniu, że z tego miejsca nie ma wyjścia. Wszystkie drogi prowadzą do domu numer 9, ich domu.

“Vivarium” to thriller, może nawet horror, sci-fi stanowiący dość bezpośrednią metaforę błędnego koła życia.

“Vivarium” nie bez powodu zrymowało mi się z ‘akwarium’.

Naszym bohaterom przychodzi egzystować na wydzielonej przestrzeni, w której zostają umieszczeni wbrew swojej woli. Ktoś dostarcza im niezbędne do przetrwania fanty. Po kilku dniach spędzonych na bezowocnych próbach wydostania się z osiedla pod ich drzwi podrzucone zostaje dziecko. Niemowlę. Ich zadaniem jest go wychowanie. Chłopiec rośnie wyjątkowo szybko, wręcz z dnia na dzień, ale jego dziwność zdecydowanie oddziela go od przeciętnego dziecka. Bardziej przypomina małego robota idealnie wpisując się tym w sztuczność otoczenia osiedla. Mimo tego Gemma przywiązuje się do niego i wypełnia narzuconą misję bycia matką.

Bohaterzy są obserwowani, ale tak naprawdę nie wiedzą kto kontroluje ich sytuację. Kto sprawił, że się w niej znaleźli? Oszczędny w formie obraz bije po oczach swoim podskórnym znaczeniem. Przypadek Gemmy i Toma to migawka z życia przeciętnej pary. Znajdują dom, gdzie wychowują dziecko. Żyją według narzuconego przez uzus społeczny scenariusza. Bez możliwości ucieczki, oderwania się od schematu. Pojawienie się dziecka oddala od siebie parę, konflikty dążeń pojawiają się w miarę rozwoju relacji. Przetrwanie staje się celem samym w sobie. Oto błędne koło życia, gdzie największe znaczenie ma brak znaczenia.

Muszę przyznać, że to bardzo udana produkcja. Groza bazuje tu na jednym z głównych lęków współczesnego człowieka: lęku przed brakiem sensu życia. A także lęku przed brakiem wolnej woli decydowania o swoich poczynaniach, wreszcie lęku przed impasem, brakiem perspektywy na zmianę, rozwój. Lękiem młodych ludzi wchodzących w dorosłe życie niczym w pułapkę.

Symboliczny jest tu też numer mieszkania: 9. Przyjrzyjcie się tej cyfrze. Podążając wzrokiem od jej początku tak zwanego ogonka trafiamy do koła z którego już nie ma wyjścia. Wszystko w tym filmie wydaje się przemyślane i mimo skrajnego minimalizmu w formie są tu obecne fragmenty mogące zszokować widza, a z pewnością mogące sprawić, że groza sytuacji dwójki bohaterów stanie się mu wyjątkowo bliska.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:7

67/100

W skali brutalności:1/10

Pokuta

The Lodge (2019)

Dzieci Richarda, dorastający Aidan i mała Mia zostają zmuszone przez ojca do świątecznego pobytu w górskiej chacie w towarzystwie jego nowej narzeczonej. Od śmierci ich matki minęło pół roku, a dla dwójki dzieci samobójstwo matki było wielką traumą.

Na przededniu świąt Richard opuszcza bliskich planując dołączyć do nich jak najszybciej, tymczasem jego dziewczyna Grace i jego dzieci będą musiały zmierzyć się z niebagatelnie trudną i dziwną sytuacją. Zamieć śnieżna odcina kontakt ze światem zewnętrznym, a w górskiej chacie dochodzi do zdarzeń, które trudno racjonalnie wytłumaczyć.

Wiem jak brzmi ten opis. Kolejna rodzina w kłopocie, na którą zwalają się jeszcze duchy, czy inne demony. Moi Drodzy, to nie tak. “The Lodge” tylko pozornie jest kolejnym mainstreamowym ghost story. Ten obraz to wynik kolejnej współpracy horroru psychologicznego “Widzę, widzę”. Jeśli przypadł Wam on do gustu równie mocno co mnie, chyba nie potrzeba lepszej rekomendacji.

“The Lodge” dobiera się do każdego schematu, pochylając nad klasyką jak “Lśnienie“, “Coś”, czy “Inni” i wywraca do góry kołami wszystko czego nauczyliśmy się latami kolejnych horrorówych seansów. Operuje atmosferą rodem z najlepszych nastrojówek, wykorzystuje przewrotne twisty fabularne, sięga do ciemnej psychologii traumy.

Spodobał mi się od pierwszych ujęć, obchodząc się z widzem bez emocjonalnych ulg i pokazując jak się sprawy mają.

Na samo wejście mamy samobójstwo matki – porzuconej żony i rozpacz jej dzieci. Mamy chłodnego ojca, lekarza psychiatrę, który lekceważy emocje swoich dzieci w ślepym pędzie do nowego życia ze swoją pacjentką Grace. Wreszcie trafiamy w oko cyklonu, czyli do górskiej chaty otoczonej śniegiem. Widzimy tu ludzi… w kłopocie.

Richard wyjeżdża zostawiając dzieci pod opieką narzeczonej. Smutne i zagniewane dzieciaki i Grace, która ma wyraźne problemy sama ze sobą. Wkrótce dowiemy się, że dźwiga na swoich barkach ciężar życia w ekstremalnej sekcie religijnej. Nie opowie o tym przy kominku, zamiast tego widzowi zaserwowane zostają wyjątkowo sugestywne migawki jej wspomnień. To jeszcze nic. Najlepsze się zacznie. Bardzo chciałbym Wam o tym opowiedzieć, ale nie bardzo mogę. Oczywiście mogłabym kręcić idąc śladem kolejnych tropów jakie możemy wychwycić w czasie seansu, ale nie chcę tego robić. Obejrzyjcie.

Cała produkcja to techniczne cacuszko. Same zdjęcia plenerów, scenografia ujęta pod odpowiednim kątem budują klimat. A jak to mało podkręcicie dźwięk. Bardzo lubię horrory na śniegu, takie piętno wychowania w Panoramie;) Twórcy doskonale wykorzystują okoliczności przyrody. Jest tak zimno jak tylko może być po śmierci. Obsada przełamuje kolejne lody prezentując zawikłane interakcje między bohaterami. Nie ma tu ludzi dobrych, nie ma też ludzi złych. Trudno o uczciwy osąd, można się tylko dziwić temu do czego zdolny jest ludzki umysł.

Horror sytuacji waha się między smutkiem, a strachem. Subtelne sygnały, stałe horrorowe rewizyty, jak klasyk grozy na ekranie telewizora, czy domek dla lalek, który chyba chce nam coś powiedzieć, przypomina o korzeniach tej produkcji. Swoją drogą obraz powstał  w  wytwórni Hammer Films, więc no… Helloł 😉

Nie popełnijcie wobec niego grzechu zaniechania. Oglądajcie.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat: 9

Napięcie: 8

Zaskoczenie:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Zabawa:9

Oryginalność:8

To coś:8

77/100

W skali brutalności:1/10