Archiwa tagu: horror religijny

Diabeł na uwięzi

I Trapped the Devil/ Uwięziłem diabła (2019)

Małżonkowie Matt i Karen przyjeżdżają z nieoczekiwaną wizytą do swojego krewnego, który mieszka samotnie. Brat Matta nie wita ich jednak z otwartymi ramionami i nalega by opuścili jego dom, gdy ci nie ustępują zdradza im powód dla którego nie mogą u niego zostać. Otóż więzi w domu diabła.

Nie ukrywam, że do seansu zachęcił mnie tytuł filmu. Taki, prosty a konkretny. Plakat promujący też niczego sobie, kazał mi podejrzewać, że będę tu mieć do czynienia z produkcją posługującą się estetyką horrorów starego typu. Mogę powiedzieć, że się nie pomyliłam, bo „Uwięziłem diabła” w żaden sposób nie trafia we współczesny mainstream. Opieram ten wniosek głównie na wrażeniach wizualnych. Chodzi głównie o scenografię, sposób w jaki urządzony jest dom  Steve’a – jakby czas się w nim zatrzymał. Rodzaj oświetlenia wnętrz, a także różne drobne rekwizyty. Sam Steve też wydaje się … retro. Tak więc klimat fajny.

A historia? Cóż… Wszystko skupia się na Stevie i jego więźniu. Kiedy ten decyduje się zdradzić bratu i szwagierce swoją tajemnice możecie się spodziewać, że w niedługim czasie nastąpi też obszerne przedstawienie argumentacji dowodzącej słuszności jego zachowania. Cóż, tu nie pada nic odkrywczego, ale w mojej ocenie źle nie jest.

Głównym przedmiotem rozważać potencjalnego widza będzie to, czy Steve cierpi na paranoję, czy też faktycznie więzi w swoim domu ucieleśnienie zła. Jeśli zdołacie się zaangażować w ten spór może się on wydać dość zajmujący, jednak jeśli film nie przykuje Waszej uwagi, a na to są szanse to sprawa jest przegrana.

Nie jest to na pewno film dla każdego, a jego odbiór w dużej mierze może zależeć od Waszego aktualnego nastroju czy nastawienia. Pewne jest, że miłośnicy bardziej rozrywkowego kina powinni go sobie darować.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:5

52/100

W skali brutalności:1/10

Lepiej spłonąć

The Convent/ Herezja (2019)

Europa XVII wiek. Persefona, młoda kobieta, zostaje oskarżona o czary i skazana na śmierć. Przed wykonaniem wyroku ratuje ją tajemnicza zakonnica deklarująca zdolność ratowania upadłych dusz w swoim klasztorze. By uniknąć śmierci dziewczyna godzi się na dożywotnią izolację nie zdając sobie sprawy, że unikając stosu trafi do przedpiekla.

Tak, mamy kolejny horror o klasztorze i zakonnicach… Jako, że jest to dzieło twórcy Ponurego domu” i „Howl„, dwóch całkiem dobrych obrazów, mogliście żywić nadzieję, że wyróżni się poziomem zacierając złe wrażenia jakie pozostawiła po sobie „Zakonnica„, „The Devils Doroovay” czy „Zakon św. Agaty„. Płonne to jednak nadzieje, jeśli takowe faktycznie mogliście żywić. Film niczym się nie różni od bardzo słabych poprzedników, a jedyne dobre momenty możecie obejrzeć w dobrze nagranym trailerze. Trailerów, nie oglądam, ale akurat puścili w kinie, przed „Smętarzem dla zwierzaków„.

Odniosłam wrażenie, że nikt, ale to nikt nie przyłożył się do tej produkcji. Jakby twórcy przyjęli zlecenie, ma być horror o nawiedzonym klasztorze i sklecili coś na szybko, aby było.

Już sama postać głównej bohaterki, jej historia, dziurawa i mocno naciągana- temat rodziców- wzbudziła u mnie uniesienie brwi. Z resztą co by nie mówić, scenariusz jest pełen niekonsekwencji i tak naprawdę nie bardzo wiadomo co chcieli nam twórcy przekazać. A w ogóle, chcieli coś?

Tak jak wspomniałam, kilka niezłych, straszniejszych scen, możecie zobaczyć w trailerze, nie ma potrzeby mierzyć się z całym filmem, bo ta historia nie ma do zaoferowania nić ciekawego.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:3

To coś:4

45/100

W skali brutalności:1/10

Płoń, czarownico

Kladivo na čarodějnice/ Młot na czarownice (1969)

młot na czarownice

Inkwizytor Boblig, słynący z niezwykłej skuteczności w swoim fachu, przybywa do miasta Šumperk na wezwanie miejscowej hrabiny i dziekana Luthnera, by przeprowadzić proces kobiety oskarżonej o czary.

Przybywszy na miejsce szybko ocenia, że skala problemu jest o wiele większa i nie ogranicza się do jednej czarownicy. Rozpoczyna się seria przesłuchań zgodnych z Malleus Maleficarum, ale na pewno nie z chrześcijańskim miłosierdziem.

Tytuł „Młot na czarownice” powinien skojarzyć się Wam z książką. I słusznie. To właśnie słynny traktat dominikańskiego inkwizytora nazwiskiem Heinrich, a może raczej skutki jego przedawkowania przez gorliwych inkwizytorów, zainspirowały Czechosłowackiego reżysera do nakręcenia owego filmu.

Dzięki zgromadzonym przez Inkwizycje aktom procesowym, które udało się zachować oraz powieści historyka Václava Kaplický’ego widzowie mają okazje z bliska przyjrzeć się słynnym procesom czarownic na Europejskich ziemiach.

młot na czarownice

Te źródła nie kłamią. Stosy płonęły, a na nich kobiety posądzone o czary, czy inną herezje. Generalnie temat działań inkwizycji tylko liznęłam, głównie za sprawą filmu „Diabły” (1971) oraz „Duchy Goi” (2006) – obydwa szerze polecam, szczególnie drugi z nich – ale czarownice, czy te prawdziwe, czy te urojone nigdy nie leżały w kręgu moich szczególnych zainteresowań.

Myślę jednak, że „Młot na czarownice” to film, który warto znać. Jako horror sprawdzi się średnio, chyba, że widz skupi się na samym kontekście filmowych wydarzeń, nie tyle na ich aspekcie… hym wizualnym.

Film ma raczej uświadamiać niż straszyć. Wielu filmoznawców głośno mówi o jego politycznej wymowie i nawiązaniu do komunizmu, ale pozwolę to sobie przemilczeć i skupić się na przekazie dosłownym. Ten jest wystarczająco oburzający, bez konieczności doszukiwania się w nim drugiego dna.

młot na czarownice

Historia dzieje się w niewielkim mieście, gdzie stara kobieta dopuszcza się świętokradztwa. W czasie mszy przyjmuje komunie, jednak opłatek wypluwa, by dać go do zjedzenia zwierzęciu hodowlanemu. Podobno hostia dobrze wpływa na wydajność krów mlecznych;) Incydent ten zostaje dostrzeżony, a kobieta zostaje doprowadzona przed oblicze osób mających ją osądzić. Tu zaczyna się jazda. Ciemna kobiecina wskazuje, że dopuściła się czynu na zlecenie innej kobiety, ta próbuje się bronić, potrzebni są inni świadkowie…

Wszystkim dowodzi specjalnie na tę okazję sprowadzony inkwizytor. Miejscowy dziekan przygląda się sprawie z rosnącą trwogą, ale na interwencje jest już za późno. Czarownice muszą spłonąć.

młot na czarownice

Tak to wygląda w telegraficznym skrócie. Ale moi drodzy, w tym czarno-białym obrazie tkwi bardzo duża siła przekazu. Dialogi pomiędzy sądzonymi a sędziami, monologi opętanego „złotym, ale skromnym” krzyżem Inkwizytora, przyprawiają o dreszcze. Zupełnie jakby spotkać uciekiniera z zakładu psychiatrycznego w ciemnej ulicy. Może odczujecie tu diable macki, ale na bank nie ze strony oskarżonych chłopek.

Film gorąco polecam, bo znać warto, a nie znać wstyd.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:8

70/100

W skali brutalności:1/10

Dziecko Agaty

St. Agatha/ Zakon świętej Agaty (2018)

st agata

Ameryka, lata ’50. Młoda kobieta imieniem Mary spodziewa się dziecka. Nie mając w nikim wsparcia udaje się do klasztoru Świętej Agaty, gdzie siostry zakonnej służą pomocą przyszłym, samotnym matkom.

Gdy Mary dociera na miejsce szybko orientuje się, że zasady panujące w zakonie niewiele mają wspólnego z chrześcijańskim miłosierdziem. Co więcej, następujące po sobie wydarzenia wskazują na to, że ciężarna Mary powinna czuć się poważnie zagrożona.

Biegnijcie co sił w kierunku znanym Wam Multipleksom, póki jeszcze macie szansę obejrzeć ten film na dużym ekranie!

Dobra, żartuję. Co prawda film Bousmana w pewien sposób mnie zaskoczył, nie znaczy to jednak, że było to zaskoczenie z rodzaju „Wow, to jest film”. Mam na myśli raczej: spodziewałam się kolejnej opętanej zakonnicy, a dostałam historię w stylu „Sióstr Magdalenek”.

st agata

Jak wiedzą mali i duzi, najciemniej jest pod latarnią, dlatego zło bardzo lubi osiedlać się w miejscach przeznaczonych do świętości. Tytułowy zakon św. Agaty nie jest tu wyjątkiem. Mimo, że byłam nastawiona na historię opętania (kolejną), a twórcy scenariusza w pewien sposób starali się przedstawić miejsce akcji jako swojego rodzaju przedpiekle i być może lokacje sił nieczystych, to nie włożyli w tą sprawę należytego wysiłku. Dlatego też elementów mogących uchodzić za nadnaturalne jest w filmie jak na lekarstwo. I pewnie wcale bym na to nie urągała, gdyby warstwa dramatyczna filmu oferowała coś ciekawego w zamian. A w zamian jest banał. Banał i schemat.

st agata

Nawet mało lotny umysłowo widz szybko połapie się o co siostrzyczkom chodzi i jaki los czeka naszą Marysie jeśli szybko nie da nogi z przybytku. Nieco pokraczne próby naśladowania klimatu „Dziecka Rosemary„, czy „Odgłosów” (zakonnice niczym czarownice) wypadają naprawdę blado.

Mam wrażenie, że ilu scenarzystów tyle pomysłów. Żaden ze swojego rezygnować nie chciał, stąd mamy miszmasz i wahanie: jaki film chcemy zrobić? Każdy inny, więc wychodzi taki pokraczne coś.  Oczywiście w łączeniu motywów nie ma nic złego, ale w sprawnym łączeniu. Tu tej sprawności zabrakło.

st agata

Być może historia Mary kogoś za serce chwyci, ale zaraz pojawia się pytanie: jak mam do ciężkiej cholery rozumieć scenę duszenia człowieka pępowiną? Dla mnie to było jak średnio przemyślany żart.

Debiutująca odtwórczyni roli głównej stara się, oj stara, ale pogubiona jest nie mniej niż scenarzyści. Technicznie film nie wygląda źle, ale po co to oglądać jak historia nie wciąga. Bo nie wciąga, mnie nie wciągnęła. Plusa daję za scenę z językiem. Niezgorsza.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:5

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:4

46/100

W skali brutalności:2/10

Diabeł tkwi w Hannie

The Possession of Hannah Grace/ Diabeł: Inkarnacja (2018)

diabeł inkarnacja

Policjantka Megan Reed pełni nocny dyżur w prosektorium. To praca zastępcza, do czasu gdy kobieta zdoła uporządkować swoje życie po niedawnym incydencie w trakcie służby, w wyniku którego zginął jej partner.

Tej nocy do kostnicy przywiezione zostają zwłoki młodziutkiej dziewczyny, którą ktoś okaleczył i podpalił. Ofiara zostaje zidentyfikowana jako Hannah Grace. Badając jej zwłoki Megan zauważa kilka co najmniej dziwnych faktów, niestety nie jest w stanie uwiecznić swoich odkryć gdyż sprzęt komputerowy odmawia posłuszeństwa. Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej gdy na jaw wychodzi, że Hannah była ofiarą nieudanego rytuału egzorcyzmów.

„Diabeł: Inkarnacja” to kolejny horror z serii: Opętanie takiej to a takiej, w tym przypadku, Hanny Grace. Polscy dystrybutorzy posilili się jednak o drobną wariację w tłumaczeniu tytułu i oto mamy złowrogo brzmiącą inkarnacje, która znaczy tyle co ‚wcielenie’. Zbierając to do kupy mamy  ‚Wcielenie diabła’. Nie może być chyba bardziej upiornie.

diabeł inkarnacja

Za projekt odpowiada holenderski reżyser mało znanych filmów sensacyjnych i scenarzysta sequeli „Boogeymana”. Film był dość solidnie reklamowany i prezentowany na dużym ekranie, choć nie wydaje mi się by zasłużył na taką pompę. Moja osobista opinia o nim waha się pomiędzy średni, a słaby.

Mało oryginalny pomysł opętania, ukazany jednak od nieco innej strony- po fakcie – mógłby się sprzedać. Udało się to chociażby w przypadku „Egzorcyzmów Emilly Rose„.

Miejscem akcji jest mroczne i zimne prosektorium, czyli wręcz wymarzona lokalizacja dla horroru, która sprawdziła się już nie raz. Na stole leżą tajemnicze zwłoki, niczym w „Autopsji Jane Doe„. Myślę, że „Diabeł: Inkarnacja” chciał podążać tropem tego ostatniego filmu, ale nie wyszło.

diabeł inkarnacja

Nie wiem czemu tak się dzieje, że niektóre produkcje, choć mają wszystkie potrzebne części składowe mogące je uczynić dobrym kinem grozy, zupełnie się w tym nie sprawdzają. Doskonałym przykładem jest tu właśnie nieszczęsny „Diabeł…”.

Nie czułam tego filmu. Nie był w stanie mnie kupić. Może to przez wszechobecną sztampę, a może przez brak wyczucia gatunku. Nie wzbudził we mnie strachu, ani w ogóle żadnych emocji. Ani historia Megan, ani martwej Hanny nie zaciekawiła mnie.

Sposób prowadzenia fabuły nie miał w sobie nic spontanicznego, jakby każda kolejna zrywka napięcia była wyliczona. Coś na zasadzie: nic się nie dzieje, trzeba coś odjebać. Żadnego stopniowania napięcia, ani budowania atmosfery. Kompletnie bezpłciowa rzecz.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:5

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:4

45/100

W skali brutalności: 2/10

Nie ma miłosierdzia dla grzeszników

Welcome tu Mercy aka  Beatus (2018)

welcome to mercy

Madeline samotnie wychowująca córeczkę Willow na wieść o ciężkiej chorobie ojca przybywa do rodzinnego domu na Łotwie. Odeszła stamtąd jako dziecko. Jak sama mówi, została porzucona przez matkę Yelene i ojca Franka.

Zgodnie z przewidywaniami nie czeka ją tam ciepłe powitanie. Matka wyraźnie nie cieszy się z obecności córki i namawia ją do przeniesienia się do pensjonatu na czas pobytu w rodzinnej wsi. Nie jest to jednak możliwe, dlatego Yelena niechętnie pozwala by córka i wnuczka spędziły z nią noc pod jednym dachem.

Pierwszy dziwny incydent zdarza się jeszcze tej samej nocy. Madeline lunatykuje, zaś nazajutrz dochodzi do jeszcze dziwniejszego zdarzenia. Madeline atakuje własną córkę, a na jej ciele pojawiają się rany, które opiekujący się Frankiem ksiądz identyfikuje jako stygmaty.

Za namową księdza i matki, kobieta udaje się po pomoc do pobliskiego ,gdzie przyjdzie jej się zmierzyć z prawdą o swoich rodzicach.

welcome to mercy

„Wlecome to Mercy” to produkcja, która zdecydowanie zwróci uwagę miłośników horrorów o zabarwieniu psychologicznym i jednocześnie religijnym. Oba te czynniki kształtują fabułę filmu i w dużej mierze decydują o użytych tu środkach wyrazu.

Jak na dzieło hollywoodzkie jest to obraz bardzo niehollywoodzki;).

Wcielająca się w główną rolę Kristen Ruhlin jest jednocześnie autorką scenariusza. Wyszykowała dla widzów historię, która porusza temat opętania i religii ogólnie, w bardziej psychologicznym ujęciu. Do tego dodajmy jeszcze bardzo naturalistyczny, nie plastikowy, nie komputerowo wygenerowany świat przedstawiony i mamy do czynienia z filmem, który spokojnie mógłby powstać przed rokiem 2000.

welcome to mercy

Wątek główny, tajemnica związana z rodziną Madeline i jej przypadłością rzucona na surowo, oprawiona w mainstreeam nie zrobiłaby pewnie takiego wrażenia. Pewnie uznałabym ją za banał, tak coś czuje, jednak ujęta w niemal poetycką ramę to zupełnie inna perspektywa. Zdarzenia niesamowite są tu naprawdę niesamowite, a brak dosłowności w serwowaniu kolejnych porcji retrospekcji nasuwa więcej przeraźliwych skojarzeń niż szwedzki stół w domu kanibala.

Technicznie film jest perełką, narracyjnie doskonale gra na emocjach i choć wiem, że nie każdemu się spodoba, bo taki inszy niż inne, to wierzę, że fanów będzie jakiś miał.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:7

67/100

W skali brutalności:1/10

Mam to po babci

Hereditary/ Dziedzictwo. Hereditary (2018)

dziedzictwo

Annie właśnie pochowała swoją matkę. Nie łączyły ją z nią ciepłe uczucia co nie znaczy, że sędziwa kobieta nie wywarła silnego wpływu na jej życie. Podobny stosunek do zmarłej miał nastoletni syn Annie Peter, a także jej mąż Steve. Jednak trzynastoletnia Charlie, najbardziej osobliwa istota w rodzinie, była bardzo związana z babcią.

Śmierć seniorki okazuje się jednak tylko wstępem do prawdziwej rodzinnej tragedii, której następstwa przerodzą się w horror pełen zjawisk nie do opisania.

dziedzictwo

Zacznę może od tego, i będzie to chyba najlepsza rekomendacja, że żałuje iż nie pognałam na ten film do kina, bo zobaczenie TEGO na dużym ekranie byłoby doprawdy mocnym przeżyciem.

Ku mojemu zaskoczeniu, jak ogromnemu wiem tylko ja sama, „Dziedzictwo” na ten moment jest bardzo mocnym kandydatem na najlepszy tegoroczny straszak.

W tej opinii zresztą nie jest odosobniona, bo zarówno krytycy jak i znaczna część szarych widzów rozpływa się nad walorami filmowego debiutu Ari’ego Aster’a.

Facet, który do tej pory parał się kręceniem krótkometrażówek bez wątpienia opanował zdolność skonsolidowania jak największej ilości grozy na krótkim metrze taśmy. Jednak to nie krótkie ujęcia, niebywale mocne nawet dla starego zjadacza horrorów, są największą zaletą tej produkcji. W zasadzie będę tu chyba mówić o samych zaletach:)

dziedzictwo

Mimo ogromnego zmęczenia jak towarzyszyło mi tego wieczoru, gdy zasiadłam do seansu z „Dziedzictwem” film bardzo szybko zdołał mnie zaangażować. Zrobił to bez większego wysiłku, bo odniosłam wrażenie, że jest to historia, która miała być właśnie taka.

Pomysłodawca, scenarzysta i reżyser w jednej osobie z niebagatelna pewnością siebie zrobił film, który owszem wykorzystuje zgrane tematy, ale robi to z takim impetem, że nawet nie zdołałam ponarzekać „ale to już był”.

Spodziewałam się kolejnego filmu w stylu Wana, opowieści o duchach zwieńczonej egzorcyzmami. Zamiast tego dostałam opowieść o rodzinnej tragedii- jakiej skali zobaczycie sami. Ta jedna scena Was zabije, bez dwóch zdań. Później będzie już tylko lepiej.

dziedzictwo

Do prawdy miło ogląda się film, który nie stara się dorównać jakimś wydumanym standardom, który nie pokazuje tego co zdaniem loży filmowców chcielibyśmy zobaczyć. Mam wrażenie, że twórca zrobił taki horror jaki sam z chęcią by obejrzał. 

Grozy tu nie zabraknie, o to możecie być spokojni. Nie tylko za sprawą serii naprawdę mocnych scen, ale też dzięki bezbłędnie zbudowanemu klimatowi.

Fabuła nie zawiedzie, bo mimo, że poniekąd korzysta z tego co dobrze znamy i chyba lubimy, to wymyka się schematycznemu podejściu.

dziedzictwo

Aktorsko króluje Toni Collette, ‚mama’ słynnego Cole’a „Widzę martwych ludzi”. Cały jej potencjał jakby odżył na ekranie. Babka tak daje czadu, że wszystkie psychiczne, opętane i nieszczęśliwe bohaterki mogłyby się od niej uczyć . Debiutująca na ekranie Milley Shapiro w roli Charlie nie ustępuje najlepszym dziecięcym kreacjom jakie możemy znać z kina grozy. Młoda jest przerażająca. Trochę gorzej prezentuje się męska część obsady. O ile Gabriel Byrne w roli ojca rodziny nie miał zbyt ogromnego pola manewru, to ważna postać nastoletniego Petera znacznie obniża poziom. Czyli jednak znalazłam jakiś słaby punkt. Nie jest to jednak wada, która kładzie film, bo jego ogólna kondycja jest i tak bardzo wysoka.

Tych, którzy jeszcze nie mieli okazji obejrzeć „Dziedzictwa” gorąco zachęcam. No, wreszcie obejrzałam dobry horror.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:8

Zaskoczenie:8

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Zabawa:9

Oryginalność:7

to coś:9

80/100

W skali brutalności:2/10

Dziewczyna antychrysta

L’Anticristo/ Antychryst (1974)

antichristo

Dorosła córka znanego arystokraty Ippolita w wyniku doznanego w dzieciństwie wypadku jest sparaliżowana. Brak władzy w  noga wpędził ją w gorycz samotności i całkowitej zależności od ojca. Nie pomaga wizyta w uzdrowiskowym sanktuarium. Dopiero seanse hipnotyczne przeprowadzone w myśl teorii o psychicznym podłożu niepełnosprawności kobiety sprawiają, że staje ona na nogach. Niestety regresywny seans wpędza Ippolitę w znacznie większe kłopoty.

„Antychryst” stanowi doskonały przykład horroru religijnego. Piekielne moce biorą tu we władanie wrażliwą duszę skrzywdzonej bohaterki. Początkiem opętania jest hipnoza w czasie, której kobieta przeżywa regresję do swojego poprzedniego wcielenia. Zaczyna się jazda.

antichristo

Choć jeśli mam być szczera tego, że mamy tu do czynienia z  kinem grozy możecie być pewni już od pierwszych scen, wcale nie trzeba czekać na szczególny rozwój wydarzeń. Początkowe partie filmu to przede wszystkim przejaskrawiona ekspresja odtwórczyni głównej roli, pokaz iście teatralnej gotycko kiczowatej scenografii i BAM… muzyka Morricone, która robi do prawdy upiorne wrażenie w połączeniu z natarczywie nadużywanymi strunami głosowymi kolejnych aktorów.

Film jest bardzo krzykliwy. Stworzono go na fali sukcesu „Egzorcysty„, ale włosi przegięli w tych materiach, które i tak szokowały w filmie Friedkina. Często ocierają się wręcz o groteskę i kicz, ale nie da się ukryć, że włosi pewne elementy horroru wykorzystują inaczej niż robi to Hollywood. Niestety bezmiar aspiracji twórców zapędził ich w kozi róg w momencie gdy zaczęli na poważanie serwować nam efekty specjalne.A te są.. no, przemilczę.

antichristo

Ważnym elementem fabuły są wątki seksualne i te znajdują odzwierciedlenie w namiętnych westchnieniach naszej Ippolity, równie częstych co nieludzkie krzyki a także w konkretnych scenach jak nieliche nawiązanie do „Dziecka Rosemary” w scenie bluźnierczego seksu z diabłem. Niezaspokojone potrzeby natury seksualnej pretendują też do roli przyczyny całego zamieszania, bo nasza bohaterka podobnie jak jej poprzednie wcielenie roi sobie namiętne wizje i wyraźnie nie radzi sobie z brakiem spełnienia. Ot jakiś frywolny penis na wyciągnięcie reki zażegnał by kryzys dużo szybciej niż hipnoza i wszelkie odprawiane w dalszej partii filmu gusła.

antichristo

Minusem produkcji jest fakt, że całe to pobojowisko wlecze się trochę przy długo i w pewnym momencie nawet lizanie rzygowin przestaje robić wrażenie. Nie postarano się tu o stopniowanie napięcia,a fabuła lecie sobie samobieżnie od jednej sceny do drugiej, jakby scenarzysta pogubił się w notatkach i co poniektórym może się odechcieć ogarniać ten chaos. Nie miej jednak na swój sposób to ciekawa oferta.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:5

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

to coś:6

56/100

W skali brutalności:2/10

Ukrzyżowanie

The Crucifixion/ Krucyfiks (2017)

krucifiks

Młoda reporterka wyrusza do dalekiej Rumunii by zbadać sprawę księdza egzorcysty, który trafił do aresztu oskarżony o spowodowanie śmierci zakonnicy w trakcie rytuału egzorcyzmów. Nicole jest sceptyczna i niechętna wszelkim gusłom i powierzania swojego życia wierze. Planuje skroić materiał oskarżycielski jednoznacznie wymierzony w osobę księdza egzorcysty, ale po drodze zgłębiając sprawę śmierci zakonnicy dopadają ją wątpliwości.

Słyszałam wiele złego o tej produkcji. Szumna reklama podkręciła oczekiwania widzów, którzy najczęściej byli rozczarowani. Jeśli o mnie chodzi, nie pofatygowałam się nawet by obejrzeć trailer i podeszłam do filmu stosownie ostrożnie i bez skonkretyzowanych oczekiwań.

Nazwiska twórców są mi znane. Scenarzyści z racji pracy przy serii „Obecność” i paru innych znanych tytułach, zaś reżyser ma na koncie takie obrazy jak „Frontieres„, czy „Divide„. Nie powinno być zatem źle. I wcale źle nie jest. Tym stwierdzeniem pewnie już Was zaskoczyłam, ale bez obaw, nie zapadłam na przytępienie zmysłów i nie przygotowałam tu hymnu pochwalnego na cześć „Krucyfiksu”. Uważam jedynie, że ‚nie taki diabeł straszny jak go malują’.

„Krucyfiks” jest filmem na wskroś typowym. Typowe są jego zalety i typowe są jego wady. Zaletą jest z pewnością jakość techniczna, tu nie mam zastrzeżeń względem aktorstwa, a zdjęcia, szczególnie plenery jestem gotowa mocno pochwalić. Nieźle prezentuje się też aktorstwo – inną sprawą jest sam pomysł na postacie – ale o tym później.

Fabuła jest bardzo prosta i schematyczna. Są próby zaskoczenia widza, ale raczej przejdą bez echa.

Historia w dużej mierze bazuje na retrospekcji. Historię opętania i śmierci młodej zakonnicy poznajemy wraz z reporterką Nicole. Oczywiście poznajemy też samą Nicole, której postać stworzono na bazie tradycyjnego schematu sceptyka. Złe doświadczenia związane z religią, nieprzepracowane problemy, które odżywają w konfrontacji z badaną przez nią sprawą.Wrażliwe dziewczę kontra demon.

krucifiks

Myślę, że twórcy chcieli by konstrukcja fabularna produkcji przypominała „Egzorcyzmy Emilly Rose„, stąd główna bohaterka jest bohaterką poboczną, która wraz z widzem ma wahać się, wątpić, wierzyć etc. To sprawia, że łatwiej można zaangażować się w tą historię, bo przynajmniej do pewnego punktu uwzględnia różne drogi interpretacji.

To co Was najbardziej interesuje czyli walory horrorowe, te walory nie wybiegają po za standard, aczkolwiek jedna ze scen zasługuje na uwagę. Chodzi o ujęcie w łóżku gdy siostra zakonnicy odsłania nakrycie i… uh – dobre to było, bez dwóch zdań. Reszta tego rodzaju ‚kwiatków’ też całkiem zgrabna, ale już bez szału.

krucifiks

Kwestia miejsca akcji… Tu mam dysonans, bo z jednej strony piękna Rumunia, fajnie, kraina Draculi, idealna miejscówka dla horroru, ale moim zdaniem twórcy za bardzo tą Rumunię podkoloryzowali. Z jednej strony mamy zapadłą wieś, z wozami konnymi, budowlami jak ze średniowiecznego skansenu i mieszkańcami, którzy żyją zgodnie z dawnymi tradycjami. Z drugiej, mamy XXI wiek. Nie byłam w Rumunii, może faktycznie tak to wygląda, ale powątpiewam, czy prości mieszkańcy taki dziur posługiwali się biegle angielskim. Z tą kwestia językową zauważyłam ciekawą omyłkę. Gdy Biskup Gornik nakrywa obcą dziewczynę w kaplic,y gdzie odprawiono egzorcyzmy od razu woła do niej po angielsku. Skąd wiedział, że jest obcokrajowcem? W małym Rumuńskim miasteczku wszyscy nawołują się po angielsku?

Produkcja nie uniknęła więc klasycznego błędu, wypuściła się na manowce, ale nie do koca zbadała grunt.

Kwestii autentyczności historii się nie czepiam. Tak, napisy początkowe głoszą, że true events, ale nawet te filmy które starają się bazować na wziętych z życia historiach wciąż są tylko filmami i tak też je traktuje.

krucifiks

Reasumując, stwierdzam, że „Krucyfiks”, a w zasadzie „Ukrzyżowanie” jest typowym średnim współczesnym filmem grozy. Ma swoje wady i zalety, zarówno jedne jak i drugie są typowe.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne: 7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś: 5

58/100

W skali brutalności:1/10

Pa, pa

The Secrets of Emily Blair (2016)

secrets of emily blair

pielęgniarka Emily w czasie pracy zostaje zaatakowana przez jednego z pacjentów. Bełkoczący bezdomny rzuca się na nią i aplikuje jej doustnie jakiś czarny wyziew, co skutkuje radykalną zmianą zachowania u kobiety. Emily ma wkrótce wyjść za mąż. Jej narzeczonego bardzo niepokoi jej zachowanie. Sprawą interesują się też znajomy duchowny. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują n to, że Emily została opętana.

Napisałabym, że dawno nie widziałam tak durnego filmu, ale nie byłaby to prawda. Produkcji w tym stylu widuje nader dużo, a urodzaj filmów z motywem egzorcyzmu dodatkowo zwiększa prawdopodobieństwo trafienia na gniota.

„The Secret of Emily Blair” gniotem jest niewątpliwie. Zabrakło tu i dobrego pomysłu i dobrej realizacji. Film miał niewielki budżet, ale to nie tłumaczy jego jakości, ostatecznie pomysł nic nie kosztuje, a tu już na etapie powstawania scenariusza dano ciała.

Pierwszą rzeczą jaka na pewno rzuci Wam się w oczy to drewniane aktorstwo i toporne dialogi. Później zobaczycie efekty, które zapewne ostatecznie utwierdzą Was w przekonaniu, że nie będzie to dobra produkcja.

secrets of emily blair

secrets of emily blair

W natłoku produkcji o tej tematyce wcale nie jest łatwo o zrobienie czegoś co wyróżni film. Twórcy historii Emily chyba nawet nie mieli takowych aspiracji. Zmajstrowali obraz schematyczny i nieprzemyślany.

Pierwszą partię filmu, gdy nasza Emily zaczyna wariować da się jeszcze jakoś przeżyć, ale gdy przejdziemy do rytuału egzorcyzmów już nie da rady przymknąć oka na tak dużą ilość niedociągnięć. Dialogi są jeszcze durniejsze, aktorstwo jeszcze gorsze, a efekty jeszcze żałośniejsze. W żaden sposób nie jestem w stanie znaleźć w tej produkcji czegoś co zdołałabym pochwalić… a może? Mogę pochwalić operatora, że nie zepsuł zdjęć i tyle.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:4

Klimat:4

Napięcie:3

Zabawa:4

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:4

Aktorstwo:4

Oryginalność:3

To coś:3

33/100

W skali brutalności: 1/10