Archiwa tagu: horror religijny

Skrzypek z diabłem przystaje

The Sonata/ Sonata (2018)

Utalentowana skrzypaczka Rose Fisher dziedziczy po ojcu, muzycznym geniuszu, zabytkową posiadłość we Francji. Mimo, że Richard Marlowe zerwał z nią kontakt, gdy była jeszcze dzieckiem ochoczo dziewczyna  rzuca wszystko i wyrusza tam gdzie żył i umarł jej ojciec. Na miejscu udaje jej się dowiedzieć co nieco o stylu życia i makabrycznych okolicznościach śmierci genialnego kompozytora. Znajduje też jego ostatnie dzieło, które nie zdążyło ujrzeć światła dziennego. Pełna dziwnych symboli partytura staje się obiektem dociekań Rose.

“Sonata” jest reżyserskim debiutem. Mówię o tym od razu, bo fakt ten może Wam umknąć. To, że może umknąć zdecydowanie świadczy na korzyść produkcji. Andrew Desmont, będę Cię mieć na oku.

“Sonata” to nastrojowy mystery horror z gotyckim tłem. Obiecujący klimat opowieści wyczujecie już prologu. Scena samobójczej śmierci widziana oczami ofiary. Następnie przechodzimy do etapu zapoznania z główną bohaterką i wreszcie, akcja właściwa.

Rozpoczyna się ona z chwilą przekroczenia przez Rose progu rezydencji. Dla zainteresowanych: Posiadłość Marlowe’a we Francji to w rzeczywistości łotewski zamek Cesvaine z drugiej połowy XIX wieku. Mieszkałabym.

Wnętrza robią kolosalne wrażenie i w ogromnej mierze przyczyniają się do pozytywnego odbioru samej historii. Na ten film po prostu dobrze się patrzy. I dobrze się go słucha. Choć samym tytułowa sonata skrzypcowa, gdy ją w końcu usłyszymy w całości nie robi oczekiwanego wrażenia – no, ja nie miałam WOW – to muzyka, która pobrzmiewa przez cały film to już inna sprawa. Filmowy soundtrack jest świetny i zwraca uwagę.

Na fabułę składa się głównie dochodzenie głównej bohaterki dotyczące dziwnych symboli zawartych w sonacie pozostawionej przez ojca. Tu wchodzimy w sferę paranormalną, może satanistyczną. Skojarzenie z “Dziewiątymi wrotami“, czy “Dzieckiem Rosemary” będzie jak najbardziej trafne. Generalnie twórca nie odżegnuje się od inspiracji filmami mogącymi zaliczyć się już do klasyki horroru, co odnotowuję na plus.

Nie mogę powiedzieć by główna zagadka była szczególnie oryginalna, ale nie jestem pewna czy taka miała być. Podobała mi się warstwa techniczna filmu, choć nie powiem by debiutujący reżyser uniknął wszystkich błędów. Aktorstwo też na plus, choć początkowo źle odbierałam kreację głównej bohaterki. No i jest to ostatni film nieodżałowanego autostopowicza Rutgera Hauera. W każdym razie “Sonata” jest jak najbardziej warta obejrzenia.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:8

67/100

W skali brutalności: 1/10

Zła June

June (2015)

Dziewięcioletnia June trafia do rodziny zastępczej w osobach pary średnio zaangażowanej w wychowanie własnych, a co dopiero cudzych dzieci. Opiekun socjalny dziewczynki obiecuje jej, że wkrótce znajdzie dla niej lepszy dom, jednak w przypadku dziewczynki żadne miejsce nie jest bezpieczne. Największym zagrożeniem dla June jest bowiem ona sama, a raczej drzemiące w niej mroczne alter ego.

Oto kolejny już w ostatnim czasie film z cyklu: nie wiem po co to oglądałam. Serio, mam ostatnio jakiegoś pecha i każdy odpalony horror okazuje się rozczarowaniem – dodam, że jest to raczej delikatnie ujęte 😉 A później dziw, że na blogu coraz więcej recenzji książek, a coraz mniej filmów, ale co ja Wam mogę o tego typu produkcji napisać?

Obraz stworzony przez debiutanta, który – nie zanosi się by kontynuował pracę twórczą. Może to i lepiej.

W “June” zabrakło wszystkiego, włącznie z dobrym pomysłem na fabułę. Bo co tu mamy? Ano mamy kolejną historię ocierającą się o paranormal horror, w którym głównym zjawiskiem paranormalnym jest osoba dziecka. Wątki religijne, dziwny kult, którego oblicze widzimy w migawkach i ich dążenia do… no, do tego do czego zwykle dążą tego typu wykolejeńcy.

Nasza mała bohaterka, June, to trochę takie Damien Thorn w sukience, albo Kingowska Carrie w miniaturze. W dziewczynce drzemie siła, nad którą nikt nie jest w stanie zapanować, włącznie z nią samą.

Takie dziecko z pewnością przyciągnęłoby uwagę i na to z pewnością liczył pomysłodawca ino problem w tym, że ktoś jeszcze wpadł na taki pomysł… około kilkunastu ktosiów… Tak więc, nie mamy tu nic nowatorskiego, a propozycja podania tego wyjałowionego już do gruntu zamysłu nie nadrabia wykonaniem.

W zasadzie jedynym światełkiem w tunelu jest tu mała odtwórczyni tytułowej roli. Dziecko serio gra nieźle, a swoją aparycją przypomina Elle Fanning i chyba to mnie zmyliło, żem po ten film sięgnęła. Mojego czasu spędzonego z tym filmem nikt mi nie odda, ale Wy jeszcze możecie go wykorzystać i zróbcie to darując sobie ten tytuł.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:4

Klimat:5

Napięcie:4

Zabawa:4

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:5

Aktorstwo:6

Oryginalność:3

To coś:3

39/100

W skali brutalności:1/10

Diabeł na uwięzi

I Trapped the Devil/ Uwięziłem diabła (2019)

Małżonkowie Matt i Karen przyjeżdżają z nieoczekiwaną wizytą do swojego krewnego, który mieszka samotnie. Brat Matta nie wita ich jednak z otwartymi ramionami i nalega by opuścili jego dom, gdy ci nie ustępują zdradza im powód dla którego nie mogą u niego zostać. Otóż więzi w domu diabła.

Nie ukrywam, że do seansu zachęcił mnie tytuł filmu. Taki, prosty a konkretny. Plakat promujący też niczego sobie, kazał mi podejrzewać, że będę tu mieć do czynienia z produkcją posługującą się estetyką horrorów starego typu. Mogę powiedzieć, że się nie pomyliłam, bo “Uwięziłem diabła” w żaden sposób nie trafia we współczesny mainstream. Opieram ten wniosek głównie na wrażeniach wizualnych. Chodzi głównie o scenografię, sposób w jaki urządzony jest dom  Steve’a – jakby czas się w nim zatrzymał. Rodzaj oświetlenia wnętrz, a także różne drobne rekwizyty. Sam Steve też wydaje się … retro. Tak więc klimat fajny.

A historia? Cóż… Wszystko skupia się na Stevie i jego więźniu. Kiedy ten decyduje się zdradzić bratu i szwagierce swoją tajemnice możecie się spodziewać, że w niedługim czasie nastąpi też obszerne przedstawienie argumentacji dowodzącej słuszności jego zachowania. Cóż, tu nie pada nic odkrywczego, ale w mojej ocenie źle nie jest.

Głównym przedmiotem rozważać potencjalnego widza będzie to, czy Steve cierpi na paranoję, czy też faktycznie więzi w swoim domu ucieleśnienie zła. Jeśli zdołacie się zaangażować w ten spór może się on wydać dość zajmujący, jednak jeśli film nie przykuje Waszej uwagi, a na to są szanse to sprawa jest przegrana.

Nie jest to na pewno film dla każdego, a jego odbiór w dużej mierze może zależeć od Waszego aktualnego nastroju czy nastawienia. Pewne jest, że miłośnicy bardziej rozrywkowego kina powinni go sobie darować.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:5

52/100

W skali brutalności:1/10

Lepiej spłonąć

The Convent/ Herezja (2019)

Europa XVII wiek. Persefona, młoda kobieta, zostaje oskarżona o czary i skazana na śmierć. Przed wykonaniem wyroku ratuje ją tajemnicza zakonnica deklarująca zdolność ratowania upadłych dusz w swoim klasztorze. By uniknąć śmierci dziewczyna godzi się na dożywotnią izolację nie zdając sobie sprawy, że unikając stosu trafi do przedpiekla.

Tak, mamy kolejny horror o klasztorze i zakonnicach… Jako, że jest to dzieło twórcy Ponurego domu” i “Howl“, dwóch całkiem dobrych obrazów, mogliście żywić nadzieję, że wyróżni się poziomem zacierając złe wrażenia jakie pozostawiła po sobie “Zakonnica“, “The Devils Doroovay” czy “Zakon św. Agaty“. Płonne to jednak nadzieje, jeśli takowe faktycznie mogliście żywić. Film niczym się nie różni od bardzo słabych poprzedników, a jedyne dobre momenty możecie obejrzeć w dobrze nagranym trailerze. Trailerów, nie oglądam, ale akurat puścili w kinie, przed “Smętarzem dla zwierzaków“.

Odniosłam wrażenie, że nikt, ale to nikt nie przyłożył się do tej produkcji. Jakby twórcy przyjęli zlecenie, ma być horror o nawiedzonym klasztorze i sklecili coś na szybko, aby było.

Już sama postać głównej bohaterki, jej historia, dziurawa i mocno naciągana- temat rodziców- wzbudziła u mnie uniesienie brwi. Z resztą co by nie mówić, scenariusz jest pełen niekonsekwencji i tak naprawdę nie bardzo wiadomo co chcieli nam twórcy przekazać. A w ogóle, chcieli coś?

Tak jak wspomniałam, kilka niezłych, straszniejszych scen, możecie zobaczyć w trailerze, nie ma potrzeby mierzyć się z całym filmem, bo ta historia nie ma do zaoferowania nić ciekawego.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:3

To coś:4

45/100

W skali brutalności:1/10

Płoń, czarownico

Kladivo na čarodějnice/ Młot na czarownice (1969)

młot na czarownice

Inkwizytor Boblig, słynący z niezwykłej skuteczności w swoim fachu, przybywa do miasta Šumperk na wezwanie miejscowej hrabiny i dziekana Luthnera, by przeprowadzić proces kobiety oskarżonej o czary.

Przybywszy na miejsce szybko ocenia, że skala problemu jest o wiele większa i nie ogranicza się do jednej czarownicy. Rozpoczyna się seria przesłuchań zgodnych z Malleus Maleficarum, ale na pewno nie z chrześcijańskim miłosierdziem.

Tytuł “Młot na czarownice” powinien skojarzyć się Wam z książką. I słusznie. To właśnie słynny traktat dominikańskiego inkwizytora nazwiskiem Heinrich, a może raczej skutki jego przedawkowania przez gorliwych inkwizytorów, zainspirowały Czechosłowackiego reżysera do nakręcenia owego filmu.

Dzięki zgromadzonym przez Inkwizycje aktom procesowym, które udało się zachować oraz powieści historyka Václava Kaplický’ego widzowie mają okazje z bliska przyjrzeć się słynnym procesom czarownic na Europejskich ziemiach.

młot na czarownice

Te źródła nie kłamią. Stosy płonęły, a na nich kobiety posądzone o czary, czy inną herezje. Generalnie temat działań inkwizycji tylko liznęłam, głównie za sprawą filmu “Diabły” (1971) oraz “Duchy Goi” (2006) – obydwa szerze polecam, szczególnie drugi z nich – ale czarownice, czy te prawdziwe, czy te urojone nigdy nie leżały w kręgu moich szczególnych zainteresowań.

Myślę jednak, że “Młot na czarownice” to film, który warto znać. Jako horror sprawdzi się średnio, chyba, że widz skupi się na samym kontekście filmowych wydarzeń, nie tyle na ich aspekcie… hym wizualnym.

Film ma raczej uświadamiać niż straszyć. Wielu filmoznawców głośno mówi o jego politycznej wymowie i nawiązaniu do komunizmu, ale pozwolę to sobie przemilczeć i skupić się na przekazie dosłownym. Ten jest wystarczająco oburzający, bez konieczności doszukiwania się w nim drugiego dna.

młot na czarownice

Historia dzieje się w niewielkim mieście, gdzie stara kobieta dopuszcza się świętokradztwa. W czasie mszy przyjmuje komunie, jednak opłatek wypluwa, by dać go do zjedzenia zwierzęciu hodowlanemu. Podobno hostia dobrze wpływa na wydajność krów mlecznych;) Incydent ten zostaje dostrzeżony, a kobieta zostaje doprowadzona przed oblicze osób mających ją osądzić. Tu zaczyna się jazda. Ciemna kobiecina wskazuje, że dopuściła się czynu na zlecenie innej kobiety, ta próbuje się bronić, potrzebni są inni świadkowie…

Wszystkim dowodzi specjalnie na tę okazję sprowadzony inkwizytor. Miejscowy dziekan przygląda się sprawie z rosnącą trwogą, ale na interwencje jest już za późno. Czarownice muszą spłonąć.

młot na czarownice

Tak to wygląda w telegraficznym skrócie. Ale moi drodzy, w tym czarno-białym obrazie tkwi bardzo duża siła przekazu. Dialogi pomiędzy sądzonymi a sędziami, monologi opętanego “złotym, ale skromnym” krzyżem Inkwizytora, przyprawiają o dreszcze. Zupełnie jakby spotkać uciekiniera z zakładu psychiatrycznego w ciemnej ulicy. Może odczujecie tu diable macki, ale na bank nie ze strony oskarżonych chłopek.

Film gorąco polecam, bo znać warto, a nie znać wstyd.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:8

70/100

W skali brutalności:1/10