Archiwa tagu: horror sci-fi

Nie umrzesz

Don’t Let go (2019)

Jack pracuje w policji i nie ma rodziny. Jego najbliższymi krewnymi są brat i bratanica. Z nastoletnią Ashley jest blisko związany i traktuje ją jak własną córkę. Kiedy w domu jego brata dochodzi do masakry w której giną wszyscy z Ashley włącznie Jack marzy tylko o tym by cofnąć czas i zapobiec tragedii. Wtedy jego komórka zaczyna dzwonić. Ni mniej ni więcej dzwoni do niego jego bratanica.

„Don’t let go” ma na FW dziwne kategorie gatunkowe. Sama mogę stwierdzić, że mnie osobiście przestaje do thrillera z elementami sc-fi i tego się będę trzymać. Jego twórca zasłynął całkiem dobrym „Mean Creek” i popłuczynami po „Ring”, czyli  „Rings”. Nie mogę więc powiedzieć, że miałam wyraźne  i konkretne oczekiwania względem jego nowej produkcji.

„Don’t let go” okazał się jednak klawym filmem. Jak na porządny thriller przystało mamy tu zagadkę i nie chodzi tylko o tę czysto kryminalną- kto zabił Ashley, ale i o to jakim cudem martwa dziewczynka wydzwania do swojego wujka?

Szczęśliwie  na głupka nie trafiło, Jack jest detektywem i nie spocznie do póki nie wyprostuje wszystkich supełków. Kreacja aktorska młodej Storm Reid w roli Ahsley przydaje sprawie nieco sentymentalnego dramatyzmu, który procentuje tym, że los bohaterki nie jest nam obojętny.

Sprawa nie jest ani prosta ani oczywista. Mamy tropy, błędne tropy, twisty i niespodzianki. Akcja jest wartka, ciśnienie może podskoczyć, kolejne wydarzenia trzymają widza w napięciu. Nie ma nudy, więc film punktuje w kategorii rozrywkowej, a że nie jest też głupi to tym bardziej warto na niego zerknąć.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:9

Zaskoczenie:8

Zabawa:8

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:7

70/100

W skali brutalności:1/10

Pokój życzeń

The Room/ Pokój (2019)

Matt i Kate kupują stary dom do remontu za miastem. Wprowadzają się do niego i wkrótce odkrywają niezwykłe właściwości jednego z pomieszczeń. Okazuje się, że mają w domu pokój, który spełnia życzenia. Bez limitu i bez konsekwencji – tak przynajmniej początkowo się wydaje. Kiedy małżonkowie opływają już w banknoty i kąpią się w strugach szampana Kate stwierdza, że zamówi sobie dziecko. I cyk, ma dziecko. Mniej więcej w tym samym czasie Matt odkrywa ulotność darów jakimi tak szczodrze obdarował ich los.

„The Room” to obraz, którym zainaugurowałam nowy filmowy rok. Zwykle staram się wybrać na pierwszy noworoczny rzut coś pewnego, ale tym razem stwierdziłam: A, co ma być to będzie.

Trafiłam całkiem dobrze, bo „Pokój” to dość przyjemny i sprawnie zrobiony straszak z pogranicza thrillera i filmu sci-fi. Twórcy nie mają wielkiego doświadczenia, ale wykorzystali sprawdzony motyw pod tytułem: Uważaj czego sobie życzysz, tym samym przenieśli środek ciężkości z warstwy nadprzyrodzonej na dramatyzm ludzkich wyborów i ich konsekwencji. Nie jest to produkcja szczególnie obfitująca w atrakcje, które trzeba konstruować przy pomocy komputera. Akcja nie jest szczególnie dynamiczna, ale toczy się bez nudy, swoim rytmem.

Kate i Matt opierając się na złotej zasadzie: Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby swobodnie korzystają z dobrodziejstwa jakim jest pokój życzeń i nie zastanawiają się nad pochodzeniem swojego szczęścia.

W końcu Kate dochodzi do wniosku, że rzeczy typowo materialne nie zaspokoją jej apetytu na szczęśliwość, a jako, że małżonkom nie szło zrobienie sobie dziecka tradycyjną pochwalaną przez kościół metodą;) Kate zamawia dziecko ze sprzedaży wysyłkowej ‚Pokój życzeń s-ka z o.o. ‚. Tak w ich domu pojawia się mały Shane, a mąż łapie wkurwa, bo mężczyźni jednak wolą mieć swój udział w poczęciu. Matt wychodzi. Bierze garść banknotów, które … tuż po przekroczeniu progu ich domu rozsypują się w pył. I tu jest pies pogrzebany.

Mężczyzna nie informuje żony o tym co grozi jej synkowi kiedy ta zabierze go np. na spacer. Kate przekonuje się o tym sama. Nie, Shane nie rozsypał się w pył. Stało się coś innego, ale nie powiem Wam co. Fakt faktem Matt zaczyna rozkminiać. Przypomina sobie o tym co usłyszał o poprzednim właścicielu domu…

Zagadka pokoju jest dość ciekawa. Sposób jej przedstawienia też nie budzi większych zastrzeżeń. W zasadzie wszystko jest okej, ale… ale to już było. Podobną historię mamy w „The box”, kojarzy mi się też film o dziurze w ścianie, która też miała niezwykłe zastosowanie. No i „Die Tur/ Drzwi” z Mikelsenem – to był sztos. Nie mówiąc już o całej masie produkcji mówiącej o spełnianiu nie przemyślanych życzeń jak nie szukając daleko „Wish upon”. Tak więc w tym z pozoru innowacyjnym pomyśle nie mamy wiele nowego. Ale, ale… oczywiście nie skreślam przez to „Pokoju”. To dobry film i przyjemnie się go ogląda.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:6

Zaskoczenie:6

Zabawa:7

Walory techniczne: 7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:6

60/100

W skali brutalności:1/10

Druga wersja

Us/ To my (2019)

Kalifornia, lata ’80 XX wieku: Pewna rodzina spędza wieczór w lunaparku w Santa Cruz. Ich najmłodsza pociecha oddala się od rodziców i w czasie samotnego spaceru trafia do tajemniczego gabinetu luster. Wraca stamtąd całkowicie odmieniona, jakby przeżyła traumę.

Czasy współczesne: Czteroosobowa rodzina Wilsonów udaje się na wypoczynek do swojego domu letniskowego w Santa Cruz. Już pierwszego wieczora ich pobytu matka, Adelaide zauważa na podjeździe domu cztery osoby, a raczej ich cienie. Mąż, Gabe, postanawia przegonić intruzów z kijem baseballowym, ale jego wysiłki nie robią na nich wrażenia i intruzi wkrótce wdzierają się do domu Wilsonów.

Nowa produkcja Jordana Peele „To my” jest naturalną konsekwencją sukcesu jego pierwszego obrazu, nagrodzonego Oscarem za scenariusz, „Uciekaj.

Już po seansie z pierwszym filmem twórcy mogliśmy zyskać świadomość, że nie będzie on robił filmów typowych. Nie tylko całkowicie odżegnuje się od stawiania na pierwszym planie ‚białych’, ale i wyraźnie skupia się na kwestiach socjologicznych, uderzając jednocześnie w społeczną satyrę jak i w grozę.

Obecnie „To my” święci wszelkie triumfy, choć jeśli o mnie chodzi, bardziej przemówił do mnie minimalistyczny „Uciekaj”. W obydwu scenariuszach możemy doszukać się – of course– wątków społecznych – ale i nawiązań do klasycznych filmów grozy.

„Uciekaj” cholernie kojarzyło mi się z „Żonami ze Stepford„, w przypadku „To my” nasunęła mi się myśl o „Inwazji porywaczy ciał”. Oczywiście widzowie podrzucili jeszcze kilka innych tytułów, ale w ich przypadku chodzi bardziej o skojarzenia na poziomie realizacji- scenografia, rekwizyty etc. niż sam scenariusz.

„To my” podąża tropem konwencji home invasion, ale nie takiej typowej, jak w przypadku chociażby „Nieznajomych”. Motyw antagonistów każe nam myśleć raczej o sci-fi niż o thrillerze, czy zwykłym horrorze.

Właśnie w postaciach intruzów przypuszczających atak na dom Wilsonów tkwi cały filmowy trick.  W tym też tkwi finałowa niespodzianka. Nie da się ich przypadku omówić bez spoilera, a więc… SPOILER: Mamy tu do czynienia, nie inaczej, jak z sobowtórami. Mniej szczęśliwymi kopiami oryginalnych Wilsonów, którzy postanawiają wyjść z cienia, zabić swoje odpowiedniki i nie wiem, przejąć ich życie? A może tylko zemścić się na swój los, za to, że są tymi gorszymi, tymi w cieniu. KONIEC SPOILERA.

Tak czy inaczej, mamy tu do czynienia z bardzo wyraźnym wątkiem społecznych nierówności, których doświadczają mieszkańcy Stanów. (ba, i nie tylko) To ich metafora ujęta w scenariusz jest przyczyną krwawej łaźni, która staje się udziałem czteroosobowej rodziny (i sąsiadów).

A skoro już padło hasło: krwawa, mogę Was zapewnić, że jest … krwawo. Nasi intruzi uzbrojeni w złote nożyczki dźgają ofiary bez opamiętania, a i te bronią się jak mogą nie pozostając dłużnymi napastnikom. Pojawia się tu też sporo czarnego humoru, który nieco rozładuje napięcie kłębiące się wokół dokonywanej zbrodni.

Co do walorów technicznych to nikt absolutnie nie powinien mieć zarzutów. Film jest bardzo dopracowany w szczegółach, dynamicznie zmontowany, a i aktorstwu nie da się nic złego zarzucić.

Mimo wszystko, nie pieję z zachwytu nad filmem. Wolę bardziej nastrojowe opowieści grozy, ale jeśli miałabym melodię na coś z większym przytupem to poleciłabym samej sobie, właśnie „To my”.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:8

Zabawa:8

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:7

70/100

W skali brutalności: 3/10

 

Przetrwać w ciszy

Silence/ Cisza (2019)

Kiedy Ally w wieku trzynastu lat straciła słuch nie wiedziała, że cisza do której przywykła ona i jej bliscy, oraz zdolność porozumiewania się bez użycia dźwięków będzie tym, co pomoże jej przetrwać.

Nieznany gatunek dziwnego latającego stworzenia, które wyewoluowało w zupełnej izolacji, nieoczekiwanie przypuszcza atak na miasta zmuszając ludzi do ucieczki.

Ojciec Ally szybko spostrzega, że stworzenia są całkowicie ślepe, co daje im pewna szansę na przetrwanie o ile zachowają absolutną ciszę.

„Cisza” Leonettiego („Annabelle„) jest kolejnym po cichym miejscu straszakiem zalecającym absolutne milczenie tym, którzy pragną przetrwać w nowej rzeczywistości i uchronić się przed nowym wrogiem. Nie mogę więc powiedzieć, by film wnosił wiele nowości do świata filmowego horroru, zaskoczył rozwiązaniami fabularnymi, czy skłonił do nowych refleksji.

Nie znaczy to jednak, że będę Wam odradzać seans z nową propozycją od Netflixa. „Cisza” jest produktem całkiem udanym i jeśli tylko nie wymagacie od niej oryginalności, czy odkrywczości ma spore szanse się spodobać.

Na ekranie zobaczymy twarze znanych i lubianych jak Stanley Tucci, Miranda Otto, czy wreszcie nasza główna bohaterka, w którą wciela się bardzo dobrze rokująca Kiernan Shipka.

Dość dynamiczna akcja nie powinna nudzić, a sporo iście dramatycznych momentów (pies!) zaangażuje widza emocjonalnie. Pewne rozczarowanie może wywołać wygląd antybohaterów- nader mocno przypominają stworzenia z „Mgły” na podstawie opowiadania Kinaga, zaś ich pochodzenie mocno kalkuje „Zejście„. Nic to jednak jeśli skupimy się pozytywach. Tych jest sporo, przede wszystkim jak wspomniałam duża dawka dramatycznych sytuacji. Jeśli zaś chodzi o walory stricte horrorowe… no cóż. Nie maiłam wiele okazji żeby się przestraszyć, ale straszność nadrobiona jest napięciem, więc generalnie nie jest źle.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:7

Zaskoczenie:5

Zabawa:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:6

60/100

W skali brutalności: 2/10

 

Vera w krainie burzy

Fatamorgana (2018)

Vera Roy mieszka z mężem Davidem i córeczką Glorią. W wynajmowanym przez jej rodzinę domu kobieta  znajduje stary telewizor, odtwarzacz i stertę kaset video, pozostawionych przez poprzednich właścicieli.

Oglądając stare taśmy Vera dowiaduje się, że owymi lokatorami była pani Lasarte i jej dwunastoletni syn Nico. Wkrótce dowiaduje się, że sympatyczny chłopiec z nagrań zginął w tragicznym wypadku, wkrótce po nagraniu ostatniego filmu.

Vera widząc o tym jeszcze raz ogląda nagranie. Na dworze szaleje burza i w jakiś sposób to zjawisko przyczynia się do nawiązania kontaktu między kobietą, a chłopcem za pośrednictwem telewizora. Vera znając okoliczności śmierci Nico ostrzega go przed niebezpieczeństwem. Nazajutrz okazuje się, że w ten sposób zmieniła nie tylko koleje losu chłopca, ale też swoje. Nic nie jest tak jak było, ale Vera za wszelką cenę chce odzyskać to co straciła.

Fatamorgana, inaczej zwana mirażem to zjawisko, w wyniku którego w odpowiednich warunkach – temperatura, światło, gęstość powietrza – możemy uzyskać złudne wrażenie widzenia bardzo odległego obiektu w postaci obrazu pozornego.

Motyw fatamorgany głównie kojarzonej z pustyniami i doświadczanymi tam przez ludzi złudnymi wizjami bliskiej oazy został wykorzystany w hiszpańskojęzycznym filmie Oriol’a Paolo. Bohaterka filmu znajdująca się w roku 2014 w burzową obserwuje w czasie rzeczywistym wydarzenia z 1989 roku za pomocą telewizora. Poruszona tragiczną historią chłopca spontanicznie ingeruje w zdarzenia i tym samym zmienia ich bieg. Kto oglądał „Efekt motyla”, czy inne filmy do owego efektu nawiązujące wie jak może to wpłynąć na pozornie nie związane z danym zdarzeniem czy historią osoby.

Następnego dnia Vera budzi się w ‚chaosie deterministycznym’, jej działanie wywołało ‚burze piaskową’ i całkowicie zmieniło bieg zdarzeń. Problem w  tym że pamięcią Vera wciąż tkwi w tym, co… nie zdarzyło się, natomiast nie ma dostępu do zaktualizowanych wspomnień.

Powiem Wam, że historia jest zdrowo zakręcona. Nie znaczy to jednak, że nie mamy szansy na uzyskanie klarowności w ocenie sytuacji.

Ze swojej strony mogę Was zapewnić, że dość szybko wyczułam pismo nosem i poniekąd odgadłam jedną z głównych fabularnych zagadek: Kim jest Nico? Gdzie jest ocalony chłopiec?

Mogło mi to zepsuć zabawę, ale tak się nie stało. Z niecierpliwością czekałam na potwierdzenie moich przypuszczeń.

„Fatamorganie” nie można zarzucić nudy, czy braku pomysłowości. Zwolennicy teorii chaosu deterministycznego, pewnie dopatrzą się tu nieścisłości, ale można na to przymknąć oko.

W zasadzie jedyne co można zarzucić tej produkcji to niewielka dawka grozy, nawet jak na thriller. Bliżej mu do dramatu z wątkami sc-fi, nawet dość romantycznego ;), ale nie spotkamy tu nawet domieszki horroru. Nie mniej jednak polecam Wam ten film ze względu na wciągającą i dobrze zagraną historię

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:7

Zaskoczenie:7

Zabawa:9

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:8

69/100

W skali brutalności:1/10

 

Nie odejdę

Wrogi/ Hostile (2017)

hostille

W postapokaliptycznej rzeczywistości młoda kobieta imieniem Juliette walczy o przetrwanie wraz grupą ocalałych. W czasie jednej z samotnych wypraw o prowiant jej samochód ulega wypadkowi a ona sama tkwi uwięziona w jego wnętrzu z paskudnie złamaną nogą. Na zewnątrz pośród nocy czai się człekokształtne stworzenie, które nie odstępuje swojej ofiary na krok.

„Hostile” to francuski horroru utrzymany w klimacie postapo. Przynajmniej takie wrażenie możemy odnieść na pierwszy rzut oka. W rzeczywistości jest to film anglojęzyczny w dodatku nie prezentuje tego do czego przyzwyczaili nas francuscy twórcy kina grozy. Nie jest makabrycznie brutalny i szczerze mówiąc sztandarowe wątki typowe dla kina grozy, czy kina sci-fi szybko nikną w motywach rodem z dramatu, czy nawet melodramatu. Takie to dziwo, o.

Stąd widzowie nastawieni na jazdę w stylu trzeciej części „Resident evil”, czy innych podobnych tytułów gdzie dominuje obraz survivalu na pustyni mogą być z deka rozczarowani. Ja, i mówię to całkiem serio, chyba bardziej byłabym rozczarowana, gdyby owe wątki dramatyczne zastąpiono sztampową historią samotnej wojowniczki.

Ale zaraz skąd takie nieprzystające do tematu przewodniego motywy wzięły się w fabule filmu? Zostały tu umieszczone z zastosowaniem retrospekcji.

Po tym jak opowieść osadzona w teraźniejszości doprowadza naszą bohaterkę do punktu krytycznego przechodzimy do jej wspomnień z przed czasu apokalipsy, która doprowadziła ją tu gdzie jest.

hostille

hostille

Tu przed Państwem, dusze wrażliwe, historia miłosna. Przechodzimy przez kolejne jej etapy, poznajmy Juliette i Jacka. Może to chwyt mający związać widza z bohaterką, a może coś więcej. Jeśli przebrniecie przez te fragmenty- dla niektórych mogą być one nieszczególnie zajmujące – dotrzecie do punktu w którym poznacie początek. Kim są stwory.

Tu, nie powiem, nawet mi się wzruszyło i chyba to największy plus jaki mogę odnotować na korzyść tego filmu. Nie ładną i niezłą aktorkę na pierwszym planie, nie dobrze zrobione efekty prezentujące potworne istoty, tylko ta ‚romantyczna sraka’ mnie tu urzekła. Starość nie radość, czas się przebranżowić na „Dumę i uprzedzenie”;)

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

to coś:6

60/100

W skali brutalności:1/10

Tylko po cichu

A Quiet Place/ Ciche miejsce (2018)

ciche miejsce

Evelyn i Lee to małżeństwo z dwojgiem dzieci. Przyszło im żyć w nieprzyjaznych czasach, w których każdy głośniejszy dźwięk może skończyć się śmiercią. W świecie praktycznie całkowicie pozbawionym ludzkich istot żyją stwory o niezwykle czułym aparacie słuchu.Potrafią bezbłędnie zlokalizować ofiarę i błyskawicznie ją zabić. Ci, którzy chcą przetrwać muszą pogodzić się z egzystencją w całkowitej ciszy.

Ten cichy, milczący wręcz horror stał się jak dotąd najgłośniejszym filmem roku. Mimo, że jest reżyserskim debiutem zostawił w tyle konkurencję. Może to znak, że coś zmienia się w mentalności grona odbiorców horrorów?

ciche miejsce

Byłam bardzo ciekawa tego obrazu nie tylko z powodu pozytywnych opinii krytyków i widzów.

Finalnie produkcja okazała się… dobra. Może nawet bardzo dobra, może najlepsza jaką będę mieć okazję widzieć w tym roku. Dlatego, że jest dobrze zrealizowana, utrzymana w klimacie, który lubię z dobrym aktorstwem i składnym scenariuszem. Nie mniej jednak muszę przyznać, że nie zrobiła na mnie takiego wrażenia bym mogła uznać ją za przełomową i wybitnie wyjątkową.

Generalnie cały zamysł jest dość prosty. Oto mamy jakąś apokalipsę, która zmiotła z powierzchni ziemi większość istnień ludzkich i została zasiedlona przez potwory. Potwory te używają echolokacji, a ich zmysł słuchu jest wyczulony na tyle, że usłyszą najmniejsze pierdnięcie.

ciche miejsce

Rodzina Abbottów porozumiewa się ze sobą w języku migowym zachowując wszelkie środki ostrożności. Zdarzają się jednak sytuacje nieprzewidziane, więc ich egzystencja naznaczona została dramatem utraty jednego potomka. Teraz Evelyn spodziewa się kolejnego dziecka.

Fabułę śledziłam z zainteresowaniem, jest to film przyjemny dla oka. Dla fanów skocznych scen znajdzie się kilka ujęć frontalnych ataków. Elementem stricte horrorowych są też wizualizacje samych potworów. Wyglądają dość poprawnie, mieszcząc się w standardach kina sci -fi, ale bez większego polotu mówiąc szczerze.

ciche miejsce

To co najlepiej udało się w filmie Krasinskiego to stworzenie atmosfery permanentnego zagrożenia, to, że w sytuacji strachu bohaterom odmówiono najbardziej ludzkiej reakcji, czyli krzyku. To właśnie sceny w których protagoniści muszą milczeć choć instynkt podpowiada im coś zupełnie innego doceniłam najbardziej.

Cóż więcej mogę rzec, śmiało oglądajcie, bez oporów.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:8

70/100

W skali brutalności:2/10

Zła energia

The Cloverfield Paradox/ Paradoks Cloverfield (2018)

cloverfield paradox

Kryzys energetyczny na Ziemi zmusza międzynarodową grupę astronautów do wyruszenia w przestrzeń kosmiczną celem pozyskania nowych zasobów energii. Muszą trafić na stację kosmiczną Cloverfield, gdzie ich zadaniem będzie uruchomienie urządzenia, które zgromadzi niewyczerpaną energię. Przed dłuższy czas próby uruchomienia akceleratora cząstek nie przynosi żadnych efektów jednakże tuż przed całkowitym upadkiem morali załogi udaje się. Sęk w tym, że wytworzenie wiązki energii poskutkowało przeciążeniem systemu na stacji, a jak wskazywali naukowcy ostrzegający przed tą misją może to przynieść nieoczekiwane rezultaty. Pierwszym z niecodziennych odkryć grupy, jest brak ich rodzimej planety na horyzoncie.

Utrzymany w konwencji found footage „Cloverfield”/”Projekt:Monster” wyprodukowany przed dziesięcioma laty należał raczej do zapomnianych produkcji. Sama nie byłam nim szczególnie zachwycona, ale tytuł zwrócił uwagę kogo trzeba i tak powstał nie sequel, nie prequel a „duchowy następca” „Cloverfield” czyli „Cloverfield Lane 10 tratujący o dwójce ludzi ukrywających się w podziemnym schronie po globalnej katastrofie.

W rok później platforma Netflix ogłosiła, że pociżgnie temat i tak powstał, można rzec „Duchowy poprzednik” pierwszego „Cloverfield”, „Cloverfield Paradox”

Wielu widzów nie dostrzega żadnych związków pomiędzy tymi trzema produkcjami, a i twórcy wypowiadają się na ten temat dość ostrożnie. Ja jednak jestem wstanie dostrzec pewien związek przyczynowo skutkowy. Mamy tu bowiem kosmiczną przygodę w „Cloverfield Paradox”, która skutkuje pojawieniem się nadnaturalnych zjawisk, które obserwujemy w „Cloverfield”/”Projekt Monser”, by później śledzić losy ocalałych w „Cloverfield lane 10”. Jest to chyba najprostsze wyjaśnienie.

Sęk w tym, że cała ta seria, czy antologia, jak zwał tak zwał, powstała z ‚pozbieranych resztek” po projektach filmowych, które miały być samodzielnymi dziełami, a zostały wcielone do projektu z pod szyldu „Cloverfield”.

Stąd też mamy tak duży rozrzut form i styli pozwalający na traktowanie wszystkich trzech produkcji jako oddzielnych historii.

Dziś jednak powinnam skupić się na samym „Cloverfield Paradox”, który w przeciwieństwie do poprzednika, czyli ubiegłorocznego „Cloverfield Lane 10” nie zebrał zbyt entuzjastycznych recenzji. Czemu?

Nie mogę mówić za innych, ale z mojej strony zabrakło tu dobrze zbudowanego napięcia, nastroju tajemnicy i dobrego wykorzystania wątków obyczajowych, bez których nie obejdzie się żadna fabuła niezależnie od przynależności gatunkowej. Podobał mi się natomiast epilog, w zasadzie jedna scena epilogowa, która wiele nam mówi na temat przynależności tego obrazu do serii „Cloverfield”.

cloverfield paradox

cloverfield paradox

W międzyczasie troszkę się znudziłam. Znudzili mnie przede wszystkim bohaterowie, tak sztampowi  płascy jak tylko było to możliwe. Nie wzbudzili we mnie żadnych emocji swoimi małymi i dużymi historiami.

Pochwalić mogę natomiast dobre wykorzystanie nowinek technicznych, co skutkuje całkiem zgrabnymi efektami.

Nie mniej jednak jak na film traktujący o zagrożeniu globalną katastrofą i heroicznej walce o jej zapobiegnięcie jest bardzo mało dramatyczny. W zasadzie wzbudził we mnie główni obojętność, co początkowo chciałam zrzuć na swoje zmęczenie, ale po dłuższym przemyśleniu sprawy doszłam jednak do wniosku, że gotowa byłam wykrzesać z siebie trochę entuzjazmu, gdybym tylko dostała ku temu dobry powód. Nie dostałam go jednak i muszę zgodzić się z większością widzów.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:5

Oryginalność:5

To coś:4

46/100

W skali brutalności:1/10

Po drugiej stronie

Flatliners/ Linia życia (2017)

linia zycia

Zdolna studentka medycyny Courtney prowadzi nieoficjalne badania dotyczące życia po śmierci. Wkrótce w sprawę angażują się jej koledzy z roku. Wszyscy skuszeni możliwością zobaczenia co jest po drugiej stronie godzą się na ryzykowne eksperymenty na sobie samych. Recz polega na tym by umrzeć i powrócić, jednak jak się okazuje taka przejażdżka ma swoje konsekwencje.

Seans z „Linią życia” przyniósł mi mały dysonans poznawczy. Już początek filmu, w którym zaznajamiamy się z zamiarami bohaterów przywołał mały flash back- ale to już było. Było i owszem i to całkiem nie tak dawno, bo w początku lat ’90.

Z uwagi na to, że nie szczególnie zajmuję się pozyskiwaniem informacji o danym filmie przed jego obejrzeniem, fakt, że mamy tu do czynienia z remake zaskoczył mnie. Szczęśliwie oryginał oglądałam dość dawno,a twórcy poczynili pewne fabularne zmiany – czy korzystne powiedzą prędzej Ci którzy lepiej pamiętają pierwszą wersje – więc seans nie był dla mnie nudą i czasem straconym.

Nowa „Linia życia” zapunktowała u obsadą. Bardzo lubię Elen Page i jej mniej zdolna ale bardziej urodziwą koleżankę Ninę Dobrev. Obydwie odgrywają tu bardziej znaczące role.

Fabuła filmu jak wspomniała, traktuje o kontrolowanym przekraczaniu granicy śmierci i życia. Ambitna studentka pragnie zgłębić temat, a znajomi przychodzą jej z pomocą. Wszystkich trapią jakieś kłopoty, głównie związane  z błędami przeszłości, co jednak nie czyni ich szczególnie interesującymi. Scenariusz rozprawia się z nimi typowo po Hollywoodzku, więc można tu odczuć pewien banał. I pewno odczulibyśmy go bardziej gdyby nie wartka, pełna paranormalnych zdarzeń akcja. Znalazło się tu miejsce na elementy horroru ale nie powiem by one dominowały.

linia zycia

linia zycia

Technicznie film jest bardzo dopieszczony, więc oglądanie go powinno przynieść sporo przyjemnych wrażeń wizualnych. Warstwa dramatyczna jest poprawnie poprowadzona, ale jest tu sporo niekonsekwencji i pewna widoczna dawka naiwności. Tak, historia jest naciągana i osoby bardziej zgłębiające temat śmierci klinicznej pewno nie zostawią na tym fakcie suchej nitki. Ja jednak do nich nie należę i w pełni doceniam walory rozrywkowe tego obrazu.

Na ten moment czuję się w obowiązku by odświeżyć sobie oryginał i pewnie w niedługim czasie to uczynię. Tym czasem osobom, które nie maja szczególnie wygórowanych oczekiwań mogę zachęć do seansu z nową „Linią życia”.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:3

To coś:6

60/100

W skali brutalności:1/10

Wszytko w swoim czasie

Dark -Sezon 1 (2017)

dark

Jest rok 2019. W małym niemieckim miasteczku położonym w cieniu elektrowni atomowej, Vinden bez śladu znika nastolatek. Grupa jego znajomych udaje się więc do jego niegdysiejszej kryjówki by przechwycić towar, którym chłopak handlował. Kiedy kręcą się tam dochodzi do czegoś na kształt wstrząsu. Małolaty rozbiegają się, nie zauważając, że młodszy brat jednego z nich znika.

W Vinden jest więc już doje zaginionych dzieci. Ale to nie koniec. Takie zdarzenia miały tu miejsce niejednokrotnie na przestrzeni ostatnich 66 lat. Ludzie znikali i pojawiali się ze zdziwieniem odkrywając, że są w zupełni innej rzeczywistości.

dark

„Dark” to niemiecki serial wyprodukowany dla Netflixa. Ktoś bardzo chciał by widzowie zobaczyli w nim podobieństwo do „Strager things„, bo w sieci aż roi się od pokątnych informacji głoszących jakoby „Dark” stanowiło odpowiedź na amerykański serial. Muszę tą pogłoskę oprotestować.

„Dark” to serial z zupełnie innej beczki, oryginalny, dużo bardziej złożony fabularnie. Że pojawiają się tu wątki typu ‚małe miasteczko’ i ‚sekretne przejścia’ zbieżne z wątkami „Stranger Things” nie znaczy, że twórca serialu bazował na amerykańskim pomyśle i zaproponował wtórny produkt.

dark

Powiem to, „Dark” podobał mi się bardziej niż „Stranger thins”.”Dark” stanowi  Swoistą kompilacje, kina sci fi, kina obyczajowego, thrillera i horroru. Przyniósł mi nie mały zawrót głowy jeśli chodzi o fabularne zawirowania i przeplatanie wątków. Mamy tu bowiem trzy rzeczywistości istniejące na przestrzeni 66 lat. Całe gro bohaterów których losy splatają się, przenikają. Wszytko inteligentnie złożone do kupy, może stanowić wyzwanie dla widza, który przedwcześnie chciałby wszytko widzieć.

dark

Nie mam wielkiego rozeznania w kinie niemieckim, ale „Dark” zaskoczył mnie poziomem wykonania. Jego tytuł spokojnie możne znaleźć odzwierciedlenie w klimacie osiągniętym dzięki misternemu i precyzyjnemu dobraniu kolorystyki, scenografii, plenerów i oczywiście muzyki. Ścieżka dźwiękowa zasługuje na osobne wyróżnienie. Wychodzi z tego rasowy dreszczowiec, który ma wiele do zaoferowania.

Przed nami jeszcze sezon drugi. Czekam na niego niecierpliwie.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:9

Klimat:10

Napięcie:8

Zaskoczenie9

Zabawa:10

Walory techniczne:10

Aktorstwo:9

Oryginalność:9

To coś:10

87/100

W skali brutalności:2/10