Archiwa tagu: horror sci-fi

Nie odejdę

Wrogi/ Hostile (2017)

hostille

W postapokaliptycznej rzeczywistości młoda kobieta imieniem Juliette walczy o przetrwanie wraz grupą ocalałych. W czasie jednej z samotnych wypraw o prowiant jej samochód ulega wypadkowi a ona sama tkwi uwięziona w jego wnętrzu z paskudnie złamaną nogą. Na zewnątrz pośród nocy czai się człekokształtne stworzenie, które nie odstępuje swojej ofiary na krok.

„Hostile” to francuski horroru utrzymany w klimacie postapo. Przynajmniej takie wrażenie możemy odnieść na pierwszy rzut oka. W rzeczywistości jest to film anglojęzyczny w dodatku nie prezentuje tego do czego przyzwyczaili nas francuscy twórcy kina grozy. Nie jest makabrycznie brutalny i szczerze mówiąc sztandarowe wątki typowe dla kina grozy, czy kina sci-fi szybko nikną w motywach rodem z dramatu, czy nawet melodramatu. Takie to dziwo, o.

Stąd widzowie nastawieni na jazdę w stylu trzeciej części „Resident evil”, czy innych podobnych tytułów gdzie dominuje obraz survivalu na pustyni mogą być z deka rozczarowani. Ja, i mówię to całkiem serio, chyba bardziej byłabym rozczarowana, gdyby owe wątki dramatyczne zastąpiono sztampową historią samotnej wojowniczki.

Ale zaraz skąd takie nieprzystające do tematu przewodniego motywy wzięły się w fabule filmu? Zostały tu umieszczone z zastosowaniem retrospekcji.

Po tym jak opowieść osadzona w teraźniejszości doprowadza naszą bohaterkę do punktu krytycznego przechodzimy do jej wspomnień z przed czasu apokalipsy, która doprowadziła ją tu gdzie jest.

hostille

hostille

Tu przed Państwem, dusze wrażliwe, historia miłosna. Przechodzimy przez kolejne jej etapy, poznajmy Juliette i Jacka. Może to chwyt mający związać widza z bohaterką, a może coś więcej. Jeśli przebrniecie przez te fragmenty- dla niektórych mogą być one nieszczególnie zajmujące – dotrzecie do punktu w którym poznacie początek. Kim są stwory.

Tu, nie powiem, nawet mi się wzruszyło i chyba to największy plus jaki mogę odnotować na korzyść tego filmu. Nie ładną i niezłą aktorkę na pierwszym planie, nie dobrze zrobione efekty prezentujące potworne istoty, tylko ta ‚romantyczna sraka’ mnie tu urzekła. Starość nie radość, czas się przebranżowić na „Dumę i uprzedzenie”;)

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

to coś:6

60/100

W skali brutalności:1/10

Tylko po cichu

A Quiet Place/ Ciche miejsce (2018)

ciche miejsce

Evelyn i Lee to małżeństwo z dwojgiem dzieci. Przyszło im żyć w nieprzyjaznych czasach, w których każdy głośniejszy dźwięk może skończyć się śmiercią. W świecie praktycznie całkowicie pozbawionym ludzkich istot żyją stwory o niezwykle czułym aparacie słuchu.Potrafią bezbłędnie zlokalizować ofiarę i błyskawicznie ją zabić. Ci, którzy chcą przetrwać muszą pogodzić się z egzystencją w całkowitej ciszy.

Ten cichy, milczący wręcz horror stał się jak dotąd najgłośniejszym filmem roku. Mimo, że jest reżyserskim debiutem zostawił w tyle konkurencję. Może to znak, że coś zmienia się w mentalności grona odbiorców horrorów?

ciche miejsce

Byłam bardzo ciekawa tego obrazu nie tylko z powodu pozytywnych opinii krytyków i widzów.

Finalnie produkcja okazała się… dobra. Może nawet bardzo dobra, może najlepsza jaką będę mieć okazję widzieć w tym roku. Dlatego, że jest dobrze zrealizowana, utrzymana w klimacie, który lubię z dobrym aktorstwem i składnym scenariuszem. Nie mniej jednak muszę przyznać, że nie zrobiła na mnie takiego wrażenia bym mogła uznać ją za przełomową i wybitnie wyjątkową.

Generalnie cały zamysł jest dość prosty. Oto mamy jakąś apokalipsę, która zmiotła z powierzchni ziemi większość istnień ludzkich i została zasiedlona przez potwory. Potwory te używają echolokacji, a ich zmysł słuchu jest wyczulony na tyle, że usłyszą najmniejsze pierdnięcie.

ciche miejsce

Rodzina Abbottów porozumiewa się ze sobą w języku migowym zachowując wszelkie środki ostrożności. Zdarzają się jednak sytuacje nieprzewidziane, więc ich egzystencja naznaczona została dramatem utraty jednego potomka. Teraz Evelyn spodziewa się kolejnego dziecka.

Fabułę śledziłam z zainteresowaniem, jest to film przyjemny dla oka. Dla fanów skocznych scen znajdzie się kilka ujęć frontalnych ataków. Elementem stricte horrorowych są też wizualizacje samych potworów. Wyglądają dość poprawnie, mieszcząc się w standardach kina sci -fi, ale bez większego polotu mówiąc szczerze.

ciche miejsce

To co najlepiej udało się w filmie Krasinskiego to stworzenie atmosfery permanentnego zagrożenia, to, że w sytuacji strachu bohaterom odmówiono najbardziej ludzkiej reakcji, czyli krzyku. To właśnie sceny w których protagoniści muszą milczeć choć instynkt podpowiada im coś zupełnie innego doceniłam najbardziej.

Cóż więcej mogę rzec, śmiało oglądajcie, bez oporów.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:8

70/100

W skali brutalności:2/10

Zła energia

The Cloverfield Paradox/ Paradoks Cloverfield (2018)

cloverfield paradox

Kryzys energetyczny na Ziemi zmusza międzynarodową grupę astronautów do wyruszenia w przestrzeń kosmiczną celem pozyskania nowych zasobów energii. Muszą trafić na stację kosmiczną Cloverfield, gdzie ich zadaniem będzie uruchomienie urządzenia, które zgromadzi niewyczerpaną energię. Przed dłuższy czas próby uruchomienia akceleratora cząstek nie przynosi żadnych efektów jednakże tuż przed całkowitym upadkiem morali załogi udaje się. Sęk w tym, że wytworzenie wiązki energii poskutkowało przeciążeniem systemu na stacji, a jak wskazywali naukowcy ostrzegający przed tą misją może to przynieść nieoczekiwane rezultaty. Pierwszym z niecodziennych odkryć grupy, jest brak ich rodzimej planety na horyzoncie.

Utrzymany w konwencji found footage „Cloverfield”/”Projekt:Monster” wyprodukowany przed dziesięcioma laty należał raczej do zapomnianych produkcji. Sama nie byłam nim szczególnie zachwycona, ale tytuł zwrócił uwagę kogo trzeba i tak powstał nie sequel, nie prequel a „duchowy następca” „Cloverfield” czyli „Cloverfield Lane 10 tratujący o dwójce ludzi ukrywających się w podziemnym schronie po globalnej katastrofie.

W rok później platforma Netflix ogłosiła, że pociżgnie temat i tak powstał, można rzec „Duchowy poprzednik” pierwszego „Cloverfield”, „Cloverfield Paradox”

Wielu widzów nie dostrzega żadnych związków pomiędzy tymi trzema produkcjami, a i twórcy wypowiadają się na ten temat dość ostrożnie. Ja jednak jestem wstanie dostrzec pewien związek przyczynowo skutkowy. Mamy tu bowiem kosmiczną przygodę w „Cloverfield Paradox”, która skutkuje pojawieniem się nadnaturalnych zjawisk, które obserwujemy w „Cloverfield”/”Projekt Monser”, by później śledzić losy ocalałych w „Cloverfield lane 10”. Jest to chyba najprostsze wyjaśnienie.

Sęk w tym, że cała ta seria, czy antologia, jak zwał tak zwał, powstała z ‚pozbieranych resztek” po projektach filmowych, które miały być samodzielnymi dziełami, a zostały wcielone do projektu z pod szyldu „Cloverfield”.

Stąd też mamy tak duży rozrzut form i styli pozwalający na traktowanie wszystkich trzech produkcji jako oddzielnych historii.

Dziś jednak powinnam skupić się na samym „Cloverfield Paradox”, który w przeciwieństwie do poprzednika, czyli ubiegłorocznego „Cloverfield Lane 10” nie zebrał zbyt entuzjastycznych recenzji. Czemu?

Nie mogę mówić za innych, ale z mojej strony zabrakło tu dobrze zbudowanego napięcia, nastroju tajemnicy i dobrego wykorzystania wątków obyczajowych, bez których nie obejdzie się żadna fabuła niezależnie od przynależności gatunkowej. Podobał mi się natomiast epilog, w zasadzie jedna scena epilogowa, która wiele nam mówi na temat przynależności tego obrazu do serii „Cloverfield”.

cloverfield paradox

cloverfield paradox

W międzyczasie troszkę się znudziłam. Znudzili mnie przede wszystkim bohaterowie, tak sztampowi  płascy jak tylko było to możliwe. Nie wzbudzili we mnie żadnych emocji swoimi małymi i dużymi historiami.

Pochwalić mogę natomiast dobre wykorzystanie nowinek technicznych, co skutkuje całkiem zgrabnymi efektami.

Nie mniej jednak jak na film traktujący o zagrożeniu globalną katastrofą i heroicznej walce o jej zapobiegnięcie jest bardzo mało dramatyczny. W zasadzie wzbudził we mnie główni obojętność, co początkowo chciałam zrzuć na swoje zmęczenie, ale po dłuższym przemyśleniu sprawy doszłam jednak do wniosku, że gotowa byłam wykrzesać z siebie trochę entuzjazmu, gdybym tylko dostała ku temu dobry powód. Nie dostałam go jednak i muszę zgodzić się z większością widzów.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:5

Oryginalność:5

To coś:4

46/100

W skali brutalności:1/10

Po drugiej stronie

Flatliners/ Linia życia (2017)

linia zycia

Zdolna studentka medycyny Courtney prowadzi nieoficjalne badania dotyczące życia po śmierci. Wkrótce w sprawę angażują się jej koledzy z roku. Wszyscy skuszeni możliwością zobaczenia co jest po drugiej stronie godzą się na ryzykowne eksperymenty na sobie samych. Recz polega na tym by umrzeć i powrócić, jednak jak się okazuje taka przejażdżka ma swoje konsekwencje.

Seans z „Linią życia” przyniósł mi mały dysonans poznawczy. Już początek filmu, w którym zaznajamiamy się z zamiarami bohaterów przywołał mały flash back- ale to już było. Było i owszem i to całkiem nie tak dawno, bo w początku lat ’90.

Z uwagi na to, że nie szczególnie zajmuję się pozyskiwaniem informacji o danym filmie przed jego obejrzeniem, fakt, że mamy tu do czynienia z remake zaskoczył mnie. Szczęśliwie oryginał oglądałam dość dawno,a twórcy poczynili pewne fabularne zmiany – czy korzystne powiedzą prędzej Ci którzy lepiej pamiętają pierwszą wersje – więc seans nie był dla mnie nudą i czasem straconym.

Nowa „Linia życia” zapunktowała u obsadą. Bardzo lubię Elen Page i jej mniej zdolna ale bardziej urodziwą koleżankę Ninę Dobrev. Obydwie odgrywają tu bardziej znaczące role.

Fabuła filmu jak wspomniała, traktuje o kontrolowanym przekraczaniu granicy śmierci i życia. Ambitna studentka pragnie zgłębić temat, a znajomi przychodzą jej z pomocą. Wszystkich trapią jakieś kłopoty, głównie związane  z błędami przeszłości, co jednak nie czyni ich szczególnie interesującymi. Scenariusz rozprawia się z nimi typowo po Hollywoodzku, więc można tu odczuć pewien banał. I pewno odczulibyśmy go bardziej gdyby nie wartka, pełna paranormalnych zdarzeń akcja. Znalazło się tu miejsce na elementy horroru ale nie powiem by one dominowały.

linia zycia

linia zycia

Technicznie film jest bardzo dopieszczony, więc oglądanie go powinno przynieść sporo przyjemnych wrażeń wizualnych. Warstwa dramatyczna jest poprawnie poprowadzona, ale jest tu sporo niekonsekwencji i pewna widoczna dawka naiwności. Tak, historia jest naciągana i osoby bardziej zgłębiające temat śmierci klinicznej pewno nie zostawią na tym fakcie suchej nitki. Ja jednak do nich nie należę i w pełni doceniam walory rozrywkowe tego obrazu.

Na ten moment czuję się w obowiązku by odświeżyć sobie oryginał i pewnie w niedługim czasie to uczynię. Tym czasem osobom, które nie maja szczególnie wygórowanych oczekiwań mogę zachęć do seansu z nową „Linią życia”.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:3

To coś:6

60/100

W skali brutalności:1/10

Wszytko w swoim czasie

Dark -Sezon 1 (2017)

dark

Jest rok 2019. W małym niemieckim miasteczku położonym w cieniu elektrowni atomowej, Vinden bez śladu znika nastolatek. Grupa jego znajomych udaje się więc do jego niegdysiejszej kryjówki by przechwycić towar, którym chłopak handlował. Kiedy kręcą się tam dochodzi do czegoś na kształt wstrząsu. Małolaty rozbiegają się, nie zauważając, że młodszy brat jednego z nich znika.

W Vinden jest więc już doje zaginionych dzieci. Ale to nie koniec. Takie zdarzenia miały tu miejsce niejednokrotnie na przestrzeni ostatnich 66 lat. Ludzie znikali i pojawiali się ze zdziwieniem odkrywając, że są w zupełni innej rzeczywistości.

dark

„Dark” to niemiecki serial wyprodukowany dla Netflixa. Ktoś bardzo chciał by widzowie zobaczyli w nim podobieństwo do „Strager things„, bo w sieci aż roi się od pokątnych informacji głoszących jakoby „Dark” stanowiło odpowiedź na amerykański serial. Muszę tą pogłoskę oprotestować.

„Dark” to serial z zupełnie innej beczki, oryginalny, dużo bardziej złożony fabularnie. Że pojawiają się tu wątki typu ‚małe miasteczko’ i ‚sekretne przejścia’ zbieżne z wątkami „Stranger Things” nie znaczy, że twórca serialu bazował na amerykańskim pomyśle i zaproponował wtórny produkt.

dark

Powiem to, „Dark” podobał mi się bardziej niż „Stranger thins”.”Dark” stanowi  Swoistą kompilacje, kina sci fi, kina obyczajowego, thrillera i horroru. Przyniósł mi nie mały zawrót głowy jeśli chodzi o fabularne zawirowania i przeplatanie wątków. Mamy tu bowiem trzy rzeczywistości istniejące na przestrzeni 66 lat. Całe gro bohaterów których losy splatają się, przenikają. Wszytko inteligentnie złożone do kupy, może stanowić wyzwanie dla widza, który przedwcześnie chciałby wszytko widzieć.

dark

Nie mam wielkiego rozeznania w kinie niemieckim, ale „Dark” zaskoczył mnie poziomem wykonania. Jego tytuł spokojnie możne znaleźć odzwierciedlenie w klimacie osiągniętym dzięki misternemu i precyzyjnemu dobraniu kolorystyki, scenografii, plenerów i oczywiście muzyki. Ścieżka dźwiękowa zasługuje na osobne wyróżnienie. Wychodzi z tego rasowy dreszczowiec, który ma wiele do zaoferowania.

Przed nami jeszcze sezon drugi. Czekam na niego niecierpliwie.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:9

Klimat:10

Napięcie:8

Zaskoczenie9

Zabawa:10

Walory techniczne:10

Aktorstwo:9

Oryginalność:9

To coś:10

87/100

W skali brutalności:2/10

Doktor Strach

The Island of Dr. Moreau/ Wyspa Doktora Moreau (1996)

doktor moreau

Edward Douglas ocalał z tonącego statku. Jego tratwa zostaje zauważona i rozbitek trafia na pokład statku zmierzającego na wyspę należącą do doktora Moreau. Moreau nie jest jednak zwykłym lekarzem, lecz pasjonatem ryzykownych i nieetycznych eksperymentów medycznych, o czym ku swemu przerażeniu przekona się Edward.

doktor moreau

Obiektywna ocena trzeciej i chyba najbardziej znanej ekranizacji powieści Wellsa „Wyspa Doktora Moreau”, w moim wykonaniu będzie raczej trudna. Jak pisałam przy okazji recenzji powieści „Wyspa doktora Moreau” to trauma mojego dzieciństwa. Widziałam ją gdy byłam dzieckiem w kinie i już napisy początkowe rzucone na tle migotliwych obrazów przedstawiających szczegóły chirurgiczne przyprawiły mnie o szok, który pamiętam do dziś. O tym jak takie szczenię trafiło na projekcję dla dorosłych pisałam już przy okazji wpisu o książce.

Z horrorami z dzieciństwa już tak jest. Mimo, że oglądane po latach nie mają szans zrobić wrażenia, dawne style kręcenia przestają być przekonujące, a rozwinięty intelekt pozwala już skutecznie racjonalizować przedstawione wydarzenia to i tak gdzieś z tyłu głowy tkwi pamięciowy ślad. Ślad przerażenia i szoku.

Od tamtego feralnego dnia, gdy obejrzałam sobie w małym kinie mało przyjemny film, omijałam go szerokim łukiem. Leciał w TV nie jednokrotnie. W sieci też można znaleźć go bez problemu. Dopiero teraz gdy skonfrontowałam się z literackim pierwowzorem i przeżyłam to jakoś, postanowiłam podjąć wyzwanie mojego filmowego nemezis.

Oczywiście zgodnie z moimi oczekiwaniami okazało się, że nie taki diabeł straszny jak się ubiera, a nawet powiem więcej, że zrodziła się we mnie wątpliwość, czy w przypadku trzeciej ekranizacji „Wyspy…” mamy w ogóle do czynienia z kinem grozy? Moje nowe spojrzenie na tą produkcje podpowiada mi raczej kino akcji, pełne właściwej jemu gwałtowności.

doktor moreau

Elementy, które tak mnie przeraziły w dzieciństwie teraz były tylko dobrze zrobioną charakteryzacją i efektami. Zaś stosunkowo świeże wrażenie po literackim pierwowzorze kazały mi zwrócić uwagę na fabularną marność tej produkcji.

Książka mimo swej przynależności do gatunku literackiego, którego nikt raczej nie bierze na serio miała w sobie bardzo mądre i uniwersalne przesłanie. W filmie, pośród wszechobecnego kiczu i brawury zabrakło na to miejsca. O zmianach fabularnych, kluczowych moim zdaniem jak wprowadzenie postaci Alissy też nie mam najlepszego zdania, bo to kolejne uproszczenie.

Po latach mogę stwierdzić, że tylko Marlon Brando w scenie z muzycznym wieczorkiem nadal robi kolosalne wrażenie.

doktor moreau

Myślę, że dla kogoś kto nie zna książki Wellsa wrażenia z seansu z tym obrazem będą chyba jeszcze gorsze. Ja znając tą historię w takiej wersji w  jakiej stworzył ja jej pomysłodawca mogłam sobie pewne rzeczy dopowiedzieć, a bez tych dopowiedzeń zostaje tylko podręcznikowy przykład niezbyt udanego kina lat 90.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:5

54/100

W skali brutalności:2/10

Złe plony

The Curse/ Klątwa (1987)

klątwa

Pewnej nocy na farmie bogobojnego Nathana Hayesa rozbija się meteoryt. Lokalny deweloper zapobiega dokładnemu zbadaniu składu chemicznego znaleziska by nie wzbudzić sensacji mogącej zaszkodzić jego interesom.

Meteoryt znajduje się na famie Hayesa tylko przez jedną noc, po czym znika. Farmer nie wie, że kosmiczny odpad wniknął w jego ziemie niekorzystnie wpływając na wody gruntowe, z których korzysta. Wkrótce okazuje się, że bujne plony jakimi zaowocowały jego uprawy są tak samo szkodliwe dla zwierząt jak i dla ludzi.

Wybierając ten film nie miałam świadomości, że będę mieć do czynienia z kolejną filmową wersją historii spisanej przez Lovecrafta w „Kolorze z przestworzy”.

Widziała ich już parę, jedne lepsze inne gorsze. W przypadku „Klątwy” skojarzenie z twórczością pisarza przyszło dość szybko, bo szkielet fabuły został zachowany na tyle by nie odbiegać dalece od oryginału.

Jak widzicie, jest to jednak obraz z końcówki lat osiemdziesiątych, co ma swoje konsekwencje. Jest to jednocześnie kino niskobudżetowe, co także szybko staje się odczuwalne.

klątwa

Głównym bohaterem filmu, jest nastoletni Zachary, w tej roli szybko rozpoznacie uroczego Gordona z „Stań przy mnie”, który jest synem wspomnianego farmera i jedynym członkiem rodziny, który przyjmuje do wiadomości, że od rozbicia się meteorytu sprawy przybrały zły obrót. Wyczuwa, że woda z ich studni zmieniła smak, dostrzega w zachowaniu zwierząt hodowlanych niepokojące zmiany, wreszcie widzi co dzieje się z ludźmi, którzy spożywają plony ze skażonej ziemi.

Tak jak w opowiadaniu Lovecrafta, pierwsze oznaki choroby pojawiają się u matki rodziny. Ojciec uznaje że to kara z złe prowadzenie się i unika tematu. Brat Zacharego jest wszystko żerny i poważnie przygłupi, chłopiec skupia się więc na wyratowaniu z opresji młodszej siostry. Jedynym dorosłym mogącym pomóc chłopcu jest miejscowy lekarz.

klątwa

Całość historii stanowi kompilację kina sci-fi i kina grozy.

Fabularne wygibasy wokół oryginału, nadały filmowi klimat kina klasy B lat 80, gdzie nie wszytko musi być logiczne, grunt żeby dużo się działo. Miejscami efekty godzą w realizm i to w znacznym stopniu, jednak charakteryzacja zachorzałej familii, główny element horroru, jest jak najbardziej zadowalająca.

klątwa

Film ogląda się całkiem przyjemnie i w zasadzie jest to argument ostateczny, bo czego jeszcze można w tym przypadku oczekiwać.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:7

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:6

63/100

W skali brutalności:2/10

Incydent z kosmitami

Gracefield incydent (2017)

gracefield

Małżonkowie Matt i Jessica udają się wraz z czwórką przyjaciół na weekendowy wyjazd do Gracefield by wypocząć i poimprezować w domu nad jeziorem. Po dotarciu na miejsce rozkręcają party, ale tuż po zmroku imprezowy nastrój przerwa niespodziewany incydent. Bohaterzy zauważają błysk na niebie i postawiają sprawdzić co też rozbiło się w okolicznym lesie. Znajdują coś co przypomina kawałek skały i postanawiają zabrać to ze sobą. Wkrótce zorientują się, że w okolicy grasuje stwór o nieprzyjaznych zamiarach.

„Gracefield incydent” to horror sci- fi traktujący o spotkaniu z kosmoludami. Nakręcony został w formule found footage za niewielkie pieniądze. Ostatnio miałam okazję oglądać coś w bardzo podobnym stylu i nie było źle. Niestety nie mogę tego powiedzieć o „Gracefield incydent”. Film jest po prostu mierny i nie dajcie się zwieść zachętom co poniektórych internautów.

Wszystko od A do Z jest tu złe.

Zacznę od podstaw: W konwencji paradokumentu liczy się naturalność i zbudowanie jak największego realizmu. Tu nie ma na to szansy i nie tylko ze względu na temat filmu, czyli spotkanie z ufo.

gracefield

Scenariusz aż kipi od nonsensów i pomyłek, a dialogi są tak durne i nierzeczywiste, że trudne do zaakceptowania nawet w kinie sci-fi. Aktorstwo po prostu leży, zaś wkładane w usta tych miernych aktorów wypowiedzi to już kopanie leżącego.

Najgorszy jest jednak odtwórca głównej roli, naszego final boy’a Matta. Facet jest żałosny i bredzi jakby się denaturatu opił. Jak się stało, że został tu obsadzony? A no tak, jest też reżyserem i scenarzystą. To ci fart. Jednym słowem wszystkie największe ‚atuty’ produkcji zawdzięczamy jednej osobie;)

gracefield

Jest to film kręcony z ręki, można rzec ‚kręcony z oka’, bo nasz bohater zafundował sobie kamerę w sztucznej gałce. Oko parę razy mu wypada, zostaje wylizane przez psa, ale Matta to nie zraża.

Jeśli miałaby wymieniać wszystkie pomyłki logiczne w scneriuszu zabrakło by mi dnia, więc powiem tylko, że takiego szeregu durnych rozwiązań dawno nie widziałam w jednym filmie. Upchano tu motywy ze Znaków„, „Dnia niepodległości” i paru innych produkcji, zmiksowano i wylano na bogu ducha winnego widza.

Przesłanie tego całego zamieszania jest równie wartościowe co wczorajsze piernięcia,a obleczone w taki patos, że apel smoleński jest przy tym chowa.

Drodzy Państwo, odradzam seans z „Gracefield incydent”…

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:3

Napięcie:4

Klimat:4

Zaskoczenie:4

Zabawa:3

Walory techniczne:3

Aktorstwo:2

Oryginalność:3

To coś:3

30/100

W skali brutalności:1/10

Życie na Marsie

Life (2017)

life

Grupa naukowców pozyskawszy okaz żywego organizmu z powierzchni Marsa podejmuje próbę zbadania go w w laboratorium na pokładzie statku. Dowód obecności życia na Marsie okazuje się niezwykle żywotny i co więcej stanowi zagrożenie dla załogi statku, a może i całej Ziemi.

„Life” to kolejny thriller sci-fi (Coś dużo ich u mnie ostatnio), który do seansu skusił mnie obsadą. Tak, Jake Gyllenhaal, ale nie tylko. Mamy tu całkiem solidny zestaw aktorski, co przekłada się na udane kreacje bohaterów. Do tego dochodzi kosmiczne tło, automatycznie tworzące klaustrofobiczny klimat i zagrożenie obcą formą życia. Wszytko opiera się więc na starym schemacie powielanym wielokrotnie przez kino sci-fi, ale jakoś nikomu się to nie przejadło.  Obstawiam, że póki nauka nie namierzy prawdziwego aliena i nie zaprezentuje go światu filmowcy będą mieli używanie tworząc coraz to fantastyczniejsze wizje tego, co możemy znaleźć w kosmosie i jakim to będzie zagrożeniem.

Forma życia z „Life”, nazwana Calvinem przypomina… bo ja wiem pantofelka albo innego pierwotniaka. Takie małe, galaretowate, przezroczyste i zmiennokształtne coś, rozmiarów kciuka. W początkowej partii filmu ciężko jest dopatrzeć się w tym antybohaterze zagrożenia, ale uwaga, fortuna się odwróci.

life

Calvin dorasta, a działania załogi sprawiają, że zaczyna ich postrzegać jako zagrożenie. Twórcy silnie zaznaczają ten aspekt- Calvin nie jest złą istotą nastawioną na niszczenie, lecz organizmem chcącym przetrwać. Ciekawe, że można to samo odnieść do większości kosmicznych stworów jakie poznaliśmy w kinie sc-fi. Czy Alien z „Aliena” nie chciał tego samego? Czy nie było to dążeniem ‚Cosia’?

W tamtych filmach jednoznacznie powiedziane było- ludzie to dobre bezbronne istoty, a kosmiczni przybysze chcą nas zgładzić. „Life” punktuje u mnie tym, że bardziej ambiwalentnie stawia sprawę. Okazuje się, że tak samo jak obcy stanowią zagrożenie dla nas tak my zagrażamy innym gatunkom – prawidło oczywiste, dowody mamy przed oczami, w kosmos wcale lecieć nie musimy by zobaczyć nasz gatunek w akcji, a jednak dopiero od niedawna możemy zauważyć tendencje w kinie sci- fi zmieniającą front- weźmy chociażby „Antrival”. Od czasów, gdy w ubiegłym stuleciu nakręcono „Dzień, w którym zatrzymała się ziemia”, motyw obcego zyskał negatywny obraz i dopiero ostatnio filmowcy biorą pod uwagę fakt, że wcale nie musimy być najprzyjaźniejszymi mieszkańcami kosmosu. Ale dość pieprzenia

Mamy więc pierwszą partie filmu porażającą optymizmem, gdzie kaleki naukowiec przybija piątkę z Calvinem, młody lekarz szuka ukojenia w kosmosie, bo ma dość życia na ziemi, innemu wykluwa się dzieciątko i wszystko idzie ku lepszemu. Nic z tego. Gdy przez bzdurny zabieg Calvina zaczyna dostrzegać w ludziach niszczącą siłę odpowiada tym samym. Każdy kolejny atak umacnia go, rośnie do rozmiarów ośmiornicy, a jego systemy obronne pacyfikują ludzką załogę. Zaczyna się walka o przetrwanie zbliżona do tego co działo się na pokładzie Nostromo, parę galaktyk dalej. Nie ma tylko rudego kota i szkoda.

life

Efekty są stosowne do budżet więc wszytko wypada pięknie. Na Jake’a miło popatrzeć. Akcja jest wartka i brutalna. Nie zabraknie dramatycznych momentów. Wszystko bardzo udane. Film, więc spokojnie mogę polecić, choć nie nastawiajcie się na coś oryginalnego.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:7

63/ 100

W skali brutalności:2/10

Obcy: Przygnębienie

Alien: Covenant/ Obcy: Przymierze (2017)

alien

Grupa naukowców i inżynierów ma za zadanie dostać się na zbadaną i przygotowaną do kolonizacji przez ziemian planetę. Niestety nigdy tam nie docierają. Awaria w czasie lotu sprawia, że ponoszą straty w załodze i postanawiają nie wracać do komor hibernacyjnych na kolejne 7 lat. Zamiast tego namierzają w niedalekiej odległości planetę, która wpada im w oko na tyle, że zmienią plany kolonizacyjne. W ten sposób lądują na planecie, gdzie niegdyś żyła inna cywilizacja. Cywilizacja, która pewnego dnia wymarła.

Oto jeden z najbardziej oczekiwanych filmów na przestrzeni ostatnich dwóch czy nawet trzech dekad. Wyczekiwany „Obcy 5” będący podobnie jak „Prometeusz” prequelem serii „Alien” i sequelem wydarzeń z „Prometeusza”. Miała być to produkcja, która zbierze uniwersum stworzone przez Ridley’a Scotta do kupy – stąd pewnie tytuł „Przymierze”.

Scott i inni zaangażowani już lata temu zgodnie uznali, że nie ma co kontynuować wydarzeń z ‚czwórki’, która raczej nie inaczej miałaby zakończyć się lądowaniem Ripley – a raczej jej ulepszonej wersji na ziemi. „Obcy” musi pozostać w kosmosie.

Kiedy wszyscy wypatrywali kolejnej części „Aliena”, jego pomysłodawca postanowił uderzyć ‚do źródła’ i nakręcił „Prometeusza”. A się zagotowało… Fani „Aliena” pluli jadem aż dziw, że nie przeżarło im podłóg w domach. „Prometeusz” został okrzyknięty „Obcym – nie obcym”, który zamiast emocji porównywalnych do poprzednich starć z kosmicznym potworem dostarczał pseudofilozoficznych refleksji. Byli jednak tacy, jak ja na przykład, którzy docenili zainteresowanie Scotta genezą „Obcego”.

Z „Prometeusza” dowiedzieliśmy się, że ludzi pochodzą od kosmicznych olbrzymów, którzy to dali początek życiu na naszej planecie. Ich wena twórcza była niepohamowana więc stworzyli coś jeszcze – broń biologiczną, którą zamierzali zrzucić na ziemię. Broń ową tworzyli na planecie, gdzie trafia misja Prometeusz. Tak ekipa firmy- która wreszcie zyskała nazwę Weyland corporation – po raz pierwszy w 2093 zetknęła się z obcym organizmem. Spotkanie było na tyle burzliwe, że cało wyszła z niego jedynie doktorka idealistka i poturbowany android David. To oni postanowili, że odwiedzą macierzystą planetę Konstruktorów i zapobiegną planowanym przez nich zniszczeniu Ziemi przez użycie ‚zalążków aliena’. Jasne? Jasne. Co dalej?

alien 5

Dalej mamy wydarzenia z „Obcy: Przymierze”. Chyba już po opisie spostrzegliście, że założenia fabularne do logicznych nie należą. Bo cóż to za pomysł, by ryzykować życie swoje i tysięcy kolonistów i lądować na planecie, o której nic się nie wie? Zmieniać spontanicznie budowany przez lata, albo setki lat plan, bo załoga statku nie chce poczekać jeszcze siedmiu lat w hibernacji? Argument prosto z dupy, ale jakoś trzeba akcje zawiązać. Zauważcie, że w antologii „Alien” zawsze znajdywano sensowniejsze uzasadnienie takich szarży.

alien 5

To lądujemy. Planeta Konstruktorów wygląda imponująco. Wszyto duże, wszytko piękne. Ani śladu fauny, ale flora dorodna. Szybko okazuje się, że na planecie zagnieździło się coś przykrego, coś co zabija w tempie ekspresowym – widzimy jak wyewoluowało owe coś z ‚beczek’, które spotkaliśmy w „Prometeuszu”. Ale jak to coś się tu znalazło? Tu na arenę powraca David. Dla mnie David z „Prometeusza”, był bardzo interesującą postacią. Bardzo ambiwalentną. Od tego czasu bardzo się zmienił i jakoś interesować mnie przestał.

W tym miejscy moi drodzy poznamy pełną wersję opowieści o powstaniu obcego- takiego jakim znacie go z serii „Alien”. Tak, hura, wreszcie wiemy skąd dziad się wziął. Ale wiecie, co… jest to właśnie największe rozczarowanie.

Po seansie z „Obcym 5” odnoszę wrażenie, że chęć połączenia, stworzenia owego przymierza była tak duża, że zgubiła twórcę. Widać, że ta część miała łączyć filozoficzną stronę z „Prometeusza” z wartką akcją z „Obcego”. Mamy tu wiele dynamicznych i krwawych scen, brawurowe pojedynki i akrobacje ktrzych nie powstydziłaby się Lara Craft i podaną na tacy odpowiedz na pytania o twórczym i destrukcyjnym popędzie ludzkiej natury.

Lubię serię „Alien” za jej gwałtowność, za rozrywkę i grozę, której dostarcza. Lubię „Prometeusza” za jego minimalizm, za pytania bez odpowiedzi i prezentacje zgubnej ludzkiej naiwności. Ale za co mam polubić to nieszczęsne „Przymierze”, które niby dało na wszytko?

Wcale nie podobały mi się jej odpowiedzi na pytania postawione w „Prometeuszu” i tak rozbuchana do granic nonsensu akcja mająca naśladować podejście „Aliena”. W zasadzie nie podobało mi ie tu nic, nie licząc ładnych zdjęć – nie wliczam pojedynku na lądowniku. To doprawdy nie wiele na tyle oczekiwań.

I co będzie dalej? Czy seria zostanie poprowadzona dalej? Kiedy pojawi się motyw planety LV426? Kto wyśle tam „Obcego”? Jak Scott wybrnie z tych metrów mułu, w które niniejszym wpadł? I wreszcie, czy po „Przymierzu” kogokolwiek to jeszcze interesuje?

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:5

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:4

51/100

W skali brutalności:2/10