Archiwa tagu: horror sci-fi

Nastąpi zmiana

Rupture/ Pęknięcie (2016)

rupture

Renee, samotna matka, zostaje uprowadzona przez grupę ludzi, którzy zamierzają poddać ją eksperymentowi naukowemu. Przerażona kobieta odkrywa, że nie jest jedyną ofiarą dziwnych naukowców.

Wkróce okaże się, że najważniejszym z elementów eksperymentu jest strach. Renee będzie miała okazję przestraszyć się jak nigdy dotąd.

Przyznam, że sięgnęłam po ten film tylko ze względu na Noomi Rapace w obsadzie. Opis fabuły średnio mnie zainteresował, choć finalnie muszę przyznać, że wcale nie był to najgorszy wybór – wbrew gminnej wieści, że film shitowy.

„Pęknięcie” to thriller sci -fi, traktujący o graniczących z szaleństwem eksperymentach naukowych. O ich konkretnym celu wolę nie mówić, żeby nie psuć Wam seansu. Ostatecznie prawdę o tym do czego zmierza ta historia mamy odkryć razem z jej bohaterką.

rupture

Przez znaczną część filmu nie wiemy więc o co chodzi. Podrzucane są nam szczątkowe informacje, które wskazują na coraz bardziej zakręcony pomysł twórców. Trzeba przyznać, że rzecz jest dość oryginalna, choć jeśli by się uparł w szukaniu nawiązań, to wątki z „Inwazji porywaczy” ciał w pewnym stopniu znajdują tu odzwierciedlenie. Ale tak to już jest z klasyką gatunku – jest wszechobecna.

Nasza bohaterka desperacko pragnie uciec, więc będziemy tu śledzić jej próby wydostania się z opresji. Charyzmatyczna Noomi Rapace doskonale wywiązała się ze swojej roli. Kibicujemy jej dzielnie i mamy z tego pewien ubaw. Ale doskonale nie jest.

Jak na film sci- fi nie zabraknie tu absurdu i moim zdaniem tego absurdu jest trochę za dużo. Mało naukowe to wszytko, ot co.

Jeśli chodzi o walory grozy, to też nie ma szału. Mnie przeraził wąż, ale mnie przerażają nawet liche zaskrońce w lesie więc, nie wiem czy można to uznać za błysk. Widzowie cierpiący na arachnofobię, jak nasza bohaterka, też znajdą tu coś dla siebie, bo jak wspomniałam celem naukowców jest wystraszenie Renee.

rupture

Cały konspekt historii, jak wspomniałam jest dość pomysłowy, ale zdałoby się dać tu trochę szlifów by efekt końcowy miał ręce i nogi.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

to coś:5

51/100

W skali brutalności:1/10

Góra szaleństwa i Coś

Black Mountain Side/ Pod mroczną górą (2014)

pod mroczna gora

Grupa archeologów prowadzących wykopaliska w kanadyjskich górach natrafia na pogrzebaną u podnóża gór budowle, która jak wskazują przeprowadzone badania mogła powstać przed epoką lodowcową. Równocześnie natrafiają na kolejne dziwne znaleziska, kamienne kopce i niezwykłe malunki.

W czasie prac wykopaliskowych miejscowi robotnicy znikaj,ą a ekipa archeologów kolejno podupada na zdrowiu. Coś zagnieżdża się pod ich skórą, ale to zmiany psychiczne okazują się najgroźniejsze.

„Pod mroczną górą” funkcjonuje w świadomości widzów jako tańszy i mniej udany odpowiednik Coś” Carpentera.

Spojrzawszy na budżet kanadyjskiego twórcy nie mamy wątpliwości, że zdecydowanie jest to film tańszy, w dodatku nakręcony przez człowieka o praktycznie żadnym doświadczeniu.

Nigdy nie wychodziłam z założenia, że kino niskobudżetowe  jest z gruntu gorsze od filmów kręconych za miliony monet. Wręcz przeciwnie, niski budżet to problem wymagający nie lada pomysłowości ze strony twórców. Muszą oni nie tylko skompletować ekipę, która nie pogrąży finansów, ale też wybrać tańsze rozwiązania technologiczne. To swoisty chrzest bojowy dla twórców, którzy mają pod górkę. Tak rodzą się prawdziwe talenty, odławiane przez wielkie wytwórnie i często zaprzepaszczane, bo ich kreatywność zastępuje góra forsy i film robi się sam.

Reżyser i scenarzysta „Pod mroczna górą” niewątpliwie mierzył się z tym problemem i o ile nie zabrakło mu pewnej pomysłowości, to jednak pewnych rzeczy nie przeskoczył.

Nie trafił na wybitną ekipę techniczną, tylko na ludzi, którzy nie zawsze wiedzieli co robią. Duża część filmowej akcji rozgrywa się w klaustrofobicznej przestrzeni drewnianych zabudowań i tu najbardziej widać niedbalstwo oświetleniowców i operatorów, że o montażystach już nie wspomnę. Proste ujęcia plenerowe wypadają dużo lepiej, ale jest ich nieporównywalnie mniej.

pod mroczna gora

pod mroczna gora

Pomysł na scenariusz, szczególnie jego psychologiczny kontekst, który nabiera klarowności im bliżej jesteśmy finału bardzo przypadł mi do gustu. Oczywiście zalatywało „Coś”, ale też „W górach szaleństwa” Lovecrafta, więc nie można tego uznać za kalkę filmu Carpentera.

Myślę, że od strony dramatycznej, „Pod mroczną górą” ma więcej głębi niż „Coś”, które w gruncie rzeczy jest prostym sci-fi.

Niestety warstwa narracyjna filmu kuleje. Fabule brak płynności i większej dynamiki. Praktycznie nie mamy tu do czynienia ze stopniowaniem napięcia, co sprawia, że historia może nas usypiać w najmniej odpowiednim momencie. Podobnie ma się sprawa z filmowymi bohaterami, których nie zdołałam poznać. Zabrakło mi charakteru w ich charakterystykach, choć nie można powiedzieć, by tworząc te postaci scenarzysta narobił większych głupot.

Tak się zastanawiam, czy w przypadku „Pod mroczną górą” większy budżet naprawdę by nie pomógł. Może tak, może nie. Z pewnością pomogłoby większe doświadczenie twórcy.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:5

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:6

53/100

W skali brutalności:2/10

Leci UFO

UFO: It is here (2016)

ufo it is here

Grupa studentów szkoły filmowej kręci zaliczeniowy dokument w Zoo, gdy na niebie ukazuje się dziwny obiekt zmierzający ku ziemi. Pakują więc manatki i ruszają w ślad za tym, co początkowo biorą za meteoryt. Po paru godzinach, już o zmierzchu, udaje im się znaleźć miejsce gdzie rozbiło się podniebne dziwowisko. By nakręcić solidny dokument z tego miejsca muszą, jednak poczekać do rana. Spędzają więc noc w miejscu, gdzie jak wskazuj tytuł filmu rozbiło się UFO.

„UFO:It is here” to niemiecki paradokument. Aż dziw, że w ogóle po niego sięgnęłam, bo przecież nie bardzo mi leży ten gatunek a i niemieckie produkcje, wyłączając te z epoki kina niemego, nie koniecznie mnie do siebie przekonują.

Drugą dość szokującą sprawą jest fakt, że film całkiem mi się spodobał. Mocno zalatuje oryginalnym „Blair Witch project” z tym, że zamiast wiedzmy mamy kosmoludków. Oczywiście nie chcę tym porównaniem ubliżyć starszej produkcji, ale takie miałam skojarzenie, może z powodu amatorskiej kamery i mroków lasu.

ufo it is here

Kiedy nasi sympatyczni bohaterowie, tak, o dziwo są sympatyczni, rozbijają obóz pod chmurką zaczynają się dziać, rzeczy tyle dziwne co przerażające.

Podobnie jak w przypadku „Blair witch…” żadne środki zapobiegawcze nie pomagają w utrzymaniu grupy w nienaruszonym stanie. Co i rusz ktoś znika, a reszta ekipy znajduje coraz bardziej makabryczne pozostałości po kompanach przygody. Standardowo gubią się w lesie, a nienazwane zło szturmuje coraz mocniej.

ufo it is here

Sporo się tu dzieje, choć jak wspomniałam, w dużej mierze przypomina to zdarzenia z „Blair witch…” więc nie jest to zbyt odkrywcze.

Generalnie film oglądało mi się całkiem przyjemnie, choć wiadomo, że kręcenie z ręki ma swoje konsekwencje dla wizualnych wrażeń, ale wiadomo, co kto lubi. Dla kogoś kto lubi paradokumenty będzie to propozycja w sam raz.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne: 6

Aktorstwo: 7

Oryginalność:4

To coś:6

59/100

W skali brutalności:2/10

Dziewczynka, która czuła za dużo

Morgan (2016)

morgan

W mieszczącym się na uboczu cywilizacji korporacyjnym ośrodku badawczym od lat trwają eksperymenty nad hybrydowym organizmem, będącym czymś na kształt udoskonalonej wersji człowieka. Efektem tych prac jest pięcioletnia Morgan, w pełni już ukształtowany osobnik. Gdy hybryda zaczyna sprawiać poważne problemy ‚wychowawcze’ do ośrodka przybywa Lee Weathers, która to ma zadecydować, czy eksperyment może być kontynuowany, czy też Morgan należy zlikwidować.

Fani kina sci- fi niecierpliwie przebierali nogami gdy tylko rozeszła się wieść, że syn wielkiego ojca, Luke Scott, pod surowym okiem tatusia jako producenta ma nakręcić własny film. Przyznam, że nie znalazłam się w gronie entuzjastów pomysłu, bo po wstępnym zbadaniu sprawy projekt nie wydał mi się ani ciekawy, ani odkrywczy, ot kolejna futurystyczna wariacja na temat odczłowieczenia człowieka.

I niestety miałam racje, „Morgan” mnie znudził. Nie wyniosłam z seansu z nim nic czym mogłabym się z Wami podzielić. Chwalić film nie bardzo mam za co, rugać też nie koniecznie mogę.

„Morgan” to produkcja bardzo minimalistyczna biorąc pod uwagę budżet i zapędy producenta. Nie uświadczymy tu ani wielkich efektów ani porażającej charakteryzacji. Akcja filmu biegnie swoim powolnym rytmem, co nie sprzyja zbyt wielkim emocjom jeśli jeszcze dodać do tego brak konkretnego pomysłu na fabułę.

Mamy tu historie małej Hybrydki, która bardzo chce zobaczyć jezioro. Od tego wszytko się zaczyna. Opiekunowie nad jezioro zabrać ją nie chcą, toteż młoda buntuje się i robi krzywdę jednej z nich.

Wszyscy bohaterowie filmu, jak jeden mąż, są odarci z uczuć, ich twarze przypominają maski, a rzadkie pokazy jakiejkolwiek ekspresji wypadają bardzo sztucznie. To w tym prym wiedzie Kate Mara w roli Lee Weathers – nigdy nie lubiłam tej aktorki.

morgan

Jedyną osobą z obsady, która paradoksalnie w założeniu emocje miała ukrywać, a pokazała ich najwięcej jest Anya Taylor Joy, czyli Tomasine z „The Witch”. Miło się na nią patrzy i jej obecność w tym filmie była dla mnie w zasadzie jedyną rozrywką.

Dialogi jakoś mi się nie kleiły i nie wiem, czy to przez ostrożność twórcy scenariusza, który bał się, że jego dzieło będzie odebrane jako przeintelektualizowany bełkot jeśli spróbuje pokazać coś głębszego, czy po prostu scenariusz był źle napisany, niedopracowany i liczono, że film obroni się sam ze względu na topowy temat sztucznej inteligencji. Od strony technicznej wszytko wypada bardzo ładnie: ładne zdjęcia, muzyka, scenografia. Dużo wysiłku jak na takich film trochę o niczym.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:7

Napięcie:5

Zaskoczenie:6

Zabawa:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś: 4

50/100

W skali brutalności:1/10

Niech prawda Cię zaboli

Black Mirror/ Czarne lustro – Sezon 1-2 (2011-2013)

black mirror

Brytyjski serial „Czarne lustro” bazuje na nieprzyjemnej wizji egzystencji współczesnego człowieka. Można rzec, że wybiega w przyszłość, jednak nie wydaje się to przyszłość odległa. Rysuje obraz społeczeństwa obdartego z humanizmu, zawłaszczonego przez technologie.

Gatunkowo możemy mówić tu o sci-fi. Jak dotąd wyemitowano dwa sezony. W tym roku mieliśmy spodziewać się kolejnego, jednak, póki co nie pojawiła się konkretna data brytyjskiej premiery. Każdy sezon liczy zaledwie trzy około godzinne odcinki.Każdy odcinek opowiada inną historię.

Nie ukrywam, że pilot serialu zrobił na mnie największe wrażenie. Gwarantuję więc, że jeśli sięgniecie po ten serial obejrzycie go w całości.

Pierwszy odcinek pierwszego sezonu traktował o przykrym zajściu na wysokim szczeblu brytyjskiej polityki. Brytyjska księżniczka zostaje porwana przez szaleńca. Może się wydawać, że sprawa ma podłoże polityczne jednak żądanie jakie wysuwa sprawca w zamian za uwolnienie dziewczyny uderza w coś więcej niż polityczna stabilność kraju. Facet mierzy wprost w premiera kraju żądając od niego by na oczach narodu dopuścił się aktu zoofilii. Tak, premier wielkiej Brytanii ma uprawiać seks ze świnią, a relacja z tego wydarzenia ma być emitowana na żywo na każdym kanale w kraju w biały dzień. Jeśli tego nie zrobi księżniczka zginie. Znając wagę rodziny królewskiej dla narodu brytyjskiego można powiedzieć, że odmowa owego ‚aktu’ jest równoznaczna z personalną odpowiedzialnością premiera za jej śmierć.

black mirror

Kurczę, rozwalił mnie ten odcinek na łopatki. Już nie mówiąc o samym pomyśle, który jest w gruncie rzeczy prosty, ale o całym socjologicznym kontekście jaki do tego dobudowano.

Szok, przygnębienie, niedowierzanie.

W tym odcinku jak i w zasadzie każdym kolejnym największym czarnym charakterem jest społeczeństwo. Ta ludzka masa, która posiada ogromną siłę. Deprywatyzacja człowieka, tożsamość jednostki wygenerowana przez technologie, przez społeczny nacisk na spełnianie sztucznie napędzanych potrzeb. Wszytko to znajdziecie w tym i innych odcinkach dwóch serii.

Brytyjczyk, twórca serialu, nieuleczalny pesymista, który chyba nie widzi w ludziach już nic pozytywnego wymierza tym serialem policzek. Wszystkie historie posiadają nieco satyryczny wydźwięk. Jednak jeśli się temu przyjrzeć widać tylko politowanie i żałość. Żadnych bohaterów pozytywnych, żadnych szczęśliwych finałów. Każdy ostatecznie przegrywa i to na własne życzenie. Jest w tym tyle bolesnej prawdy.

Po za przebojowym odcinkiem o wyczekującej premiera świni zobaczymy też wizję społeczeństwa gdzie jedyną nadzieją na wybicie się po za szarą (dosłownie) masę ludzi jest udział w talent show. To nic że cie tam sponiewierają i zamiast piosenkarka zostaniesz dziwką, lepsze to niż grupowe pedałowanie.

black mirror

Odcinek o kontroli wspomnień o możliwości uzyskania całkowitego wglądu w każdy aspekt życia innych ludzi jest nie mniej dołujący.

Drugą serie rozpoczyna odcinek, w którym technologia próbuje pokonać barierę życia śmierci. Nie, nie ożywia zmarłych, ale oferuje żywym substytut osoby którą stracili. Jak bardzo jest to okrutne i pomylone dowiecie się dzięki historii Asha i jego dziewczyny.

Drugi odcinek tej serii odwołuje się do potrzeby wspólnego, społecznego wymierzania sprawiedliwości tym, którzy złamali prawo, dopuścili się czegoś okrutnego. Pomyślcie, jakby było klawo uczestniczyć w niekończące się nagonce na morderczynie niewinnego dziecka. To jak udział w reality show z przesłaniem.

black mirror

Ostatni jak dotąd wyemitowany odcinek mówi o tym dlaczego wolimy fikcję od prawdy. Mając do wyboru żywego człowieka, z całym bagażem człowieczych zalet i wad wolimy przysłuchiwać się fikcyjnie stworzonym idolom. Żadna nowość, jednak tu posłużono się nie wykreowaną przez tv gwiazdką jakby nie patrzeć jednak z krwi i kości, a prymitywna animacją niebieskiego niedźwiadka, który w przedstawionym tu świecie odgrywa większą wolę niż jakikolwiek człowiek. Ba większą niż człowiek, który go stworzył.

black mirror

Z niecierpliwością czekam na nowe pomysły Charliego Brookera. Zanim zabrałam się za ten serial nastawiłam się na coś w stylu ‚rzeczywistość w krzywym zwierciadle’, ale to zwierciadło wcale nie jest krzywe, dobitnie odzwierciedla to kim jesteśmy i dokąd zmierzamy. Jest czarne nie dlatego, że ktoś chciał tak zabarwić obraz, jest czarne bo taka właśnie jest przykra prawda.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:10

Klimat:8

Napięcie:8

Zabawa:10

Zaskoczenie: 9

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:9

To coś:10

83/100

W skali brutalności:2/10

Człowiek katastrofa

The Medusa Touch/ Dotknięcie Meduzy (1978)

medusa touch

Niepokorny pisarz John Morlar zostaje zaatakowany we własnym domu. Mężczyzna doznał tak silnych obrażeń, że tylko cudem udało mu się przeżyć.

To nie pierwszy cud w jego życiu. John doświadczał ich od wczesnego dzieciństwa. Cuda te jednak nie nosiły miana wspaniałych. Jego cuda zawsze były niszczycielskie.

Jako mały chłopiec był świadkiem tragedii i śmierci, co więcej we własnym przekonaniu to on był ich sprawcą.

To przekonanie utrzymywało się przez lata, a niszczycielska moc Johna rosła. Czynił zło bezwiednie, jakby był do tego stworzony. Robił to telepatycznie. telepatycznie uśmiercił swoją opiekunkę, rodziców, strącił z nieba samolot…

Teraz, gdy ledwo żywy leżał w szpitalu i tylko aktywność mózgu dawała szansę na to, że nie zostanie odpięty od aparatury, komisarz z Francji, Brunel prowadzi śledztwo mające na celu schwytanie sprawcy, który chciał uśmiercić cudotwórcę.

medusa touch

Horror „Dotknięcie meduzy” jest klasyfikowany jako horror sci-fi, ale nie spodziewajcie się w związku z tym zagrożenia z kosmosu.

Głównym antagonistą i głównym bohaterem jest tu człowiek z krwi i kości. Dzięki retrospekcjom poznajemy go jako szaleńca przekonanego o tym, że wszystkie nieszczęścia, katastrofy i kataklizmy dzieją się za jego sprawą.

W toku prowadzonego przez detektywa Brunela śledztwa poznajemy historię Johna, który tymczasem dogorywa w szpitalnej sali. Widzimy go oczami innych ludzi, w tym jego terapeutki. Kobieta podejrzewała Johna o jakiś rodzaj psychozy podszytej manią wielkości. Dopiero, gdy na jej oczach strącił z nieba samolot, zaczęła mu wierzyć i bać się.

medusa touch

W bardzo sugestywny sposób ukazane zostały też fragmenty jego dzieciństwa, w tym śmierć rodziców i pożar szkoły. Wszytko miało być dziełem jednego człowieka.

Doskonale skonstruowana fabula wsparta warsztatem aktorskim wcielającego się w postać antybohatera Richarda Burtona, czyni ten film bardziej uniwersalny gatunkowo niż można by się spodziewać po horrorze sci-fi.

Mamy tu dużo psychologicznego dramatu, paranoid thrillera, czy kryminału. Ma swój klimat, ma swoje przesłanie. Nie jest naiwny, nie jest groteskowy. Temat telekinezy jest tu rozpatrywany na kilku płaszczyznach i to sprawia, że ten z gruntu ograny motyw nabiera mocy.

medusa touch

Film podobał mi się szalenie i nie jestem w stanie przywołać w myślach innego podobnego mu obrazu. Bardzo dobra rzecz, a jeśli dodatkowo gustujecie w starszych produkcjach to jest to coś dla Was.

W ramach ciekawostki mogę dodać, że scenariusz powstał w oparciu o powieść Petera van Greenway’a.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:9

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:7

70/100

W skali brutalności:1/10

Substancja

The Banshee Chapter (2013)

banshee chapter

Młoda dziennikarka śledcza, Anne, próbuje odnaleźć zaginionego kumpla ze studiów. Dziewczyna wie, że James interesował się sprawą prowadzonych w latach ’50 i ’60 rządowych eksperymentach na obywatelach Stanów.

Ostatni pozostawiony przez zaginionego trop wiąże się z opracowaną przez CIA psychogenną substancją. Wygląda na to, że chłopak zażył ją nim przepadł bez wieści. W toku swojego śledztwa Anne udaje się zgłębić działanie substancji  i poznać konsekwencje jej zażycia.

banshee chapter

Debiutancki horror „Banshee Chapter” zupełnie mi umknął. Być może dlatego, że horrory sci-fi nie należą do moich faworytów. Być może odstraszyła mnie konwencja paradokumentu, a może po prostu film nie doczekał się nawet garstki fanów, którzy ponieśli by w eter wieść, że to dobra, warta uwagi produkcja. Przypuszczam, że nie ja jedna o nim nie słyszałam, tym bardziej cieszę się, że mogę go Wam polecić. Bo polecam i to z dużym przekonaniem.

Tematyka filmu oscyluje wokół ważkiego tematu haniebnych eksperymentów rządowych jakie były prowadzone w czasach zimnej wojny. Opinia publiczna dwoi i troi się w domysłach na temat konsekwencji tych działań dla obywateli. Debiutujący scenarzysta i reżyser w jednej osobie, Blair Erickson, wykorzystuje wątek teorii spiskowych by jeszcze podkręcić lęk.

Mówiąc szczerze, Ameryki tu nie odkrywa, jeśli chodzi o wątek tajnych badań nad kontrolą umysłu poznaliśmy już szereg najróżniejszych filmów o tej tematyce. Erickosn robi jednak coś świetnego. Zamiast nakręcać niestworzoną historię, starać się zbudować jak najbardziej wydumaną teorię on rzuca nam szczątki informacji i pozwala by wyobraźnia zrobiła resztę.

banshee chapter

Finał nie przynosi nam jasnych odpowiedzi, co moim zdaniem jest strzałem w dziesiątkę. Pojawiają się jacyś enigmatyczni ‚Oni’, przedstawienie jako cienie, coś ulotnego jak zanikający sygnał.

W sytuacji zagrożenia napięcie naprawdę kurewsko wzrasta, a wszytko to za sprawą bardzo prostych rozwiązań wizualnych i dźwiękowych. Przesuwający się cień na amatorskim nagraniu, monotonna melodyjka, dziecięcy głos odliczający od tyłu w różnych językach. Kurczę to działa. Myślę, sobie ten gość ma autentyczne wyczucie klimatu grozy. Ma też niski budżet i jak teraz o tym myślę, to mam obawy co się stanie z jego polotem jeśli jakieś urzeczone jego talentem studio filmowe zasypie go kasą.

Amatorskość kamery nie była do końca podyktowana przebiegiem fabuły. Owszem wstawi z nagraniami z siedziby CIA, czy domowe filmy Jamesa to konieczność jeśli idzie o t formułę, jednak cały przebieg śledztwa Anne, jej droga, to teoretycznie film kręcony klasycznie, a jednak kamera lata, a obraz momentami jest nieostry.

Całe szczęście w przypadku obsady nie szczypano się z budżetem. Aktorstwo jest profesjonale, a skrojone postaci ciekawe. Anne w toku śledztwa trafia na trop znanego amerykańskiego pisarza, który ma dostęp do ‚substancji’, jego sylwetka od razu skojarzyła mi się z Charlesem Bukowskim i z miejsca drania polubiłam.

banshee chapter

Mimo iż film jest dość długi ani przez moment się nie nudziłam. Fabuła raźno brnie do przodu. Dużo się dzieje, choć groza jest budowana subtelnie, nawet sceny jak to mówię ‚skoczne’ nie pojawiają się tu ni z gruchy ni z pietruchy.

Napięcie jest dobrze stopniowane, a dbałość o odpowiednią atmosferę wyczuwalna. Nie jest to głupi straszak, który można oglądać jednym okiem, scenariusz jest inteligentny i przemyślany. Szczegółów nie chcę Wam zdradzać ale pojawiają się nawiązania do prozy Lovecrafta, co jest ogromnym plusem.

Mogę powiedzieć, że jestem pod dużym wrażeniem. Mało kiedy zdarza się by jakiś paradokument tak zapadł mi w serce, podobnie jeśli idzie o współczesne sci-fi.

Polecam!

Moja ocena:

Straszność: 5

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:7

Zaskoczenie:5

Zabawa:9

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:8

70/100

W skali brutalności:0/10

Dziwne rzeczy

Stranger Things – Sezon 1 (2016)

stranger things

Lata ’80 XX wieku. W małym miasteczku w Stanach dochodzi do zaginięcia chłopca, Willa Byersa, który po sesyjce RPG w domu kolegi znika gdzieś bez śladu.

W poszukiwania dziecka szybko włącza się policja stanowa, ale prawdziwą wolę wali o odnalezienie Willa wykazują jego matka, miejscowy szeryf, brat chłopca i jego mali kumple.

Ci ostatni zresztą poszukując śladów kolegi znajdują inne dziecko. Dziewczynka wygląda na ich rówieśniczkę, ale jest cokolwiek dziwna. To dzięki niej zainteresowani poznają nadprzyrodzoną naturę zaginięcia Willa Byersa.

„Stranger Things” bije obecnie rekordy popularności. Szczególnie w Stanach ludzie, także ci znani, jak pisarz Stephen King rozpływają się w zachwycie nad nową produkcją Netflix.

Serial liczy zaledwie osiem niespełna godzinnych odcinków. Kwestia kontynuacji tej historii jest raczej pewna, zarówno z uwagi na kasowy sukces produkcji jak i z uwagi na mnogość wątków, które zostały otwarte w pierwszy sezonie i moim zdaniem aż proszą się o rozwinięcie.

Chyba spokojnie mogę powiedzieć, że jestem sercem z fanami „Stranger Things”.

Fabuła pierwszego sezonu wyraźnie daje nam do zrozumienia, że nie będziemy tu mieli do czynienia z pełnokrwistym horrorem, raczej familijną przygodówką z wątkami sci fifantasy. Jest to obraz w stylu który może kojarzyć się z hitami Stevena Spielberga, jak chociażby „E.T”. Trochę mroku zaczerpnięto z dark fantasy, wprowadzono elementy Tolkien’owkiego świata, trochę zimnowojennej paranoi i typowo Kingowskiej przypowieści o przyjaźni.

stranger things

Całość obleczona jest w ramy dobrze kojarzącej się popkultury lat ’80. Oczywiście tej rodem zza Oceanu. Ogromny wysiłek włożono w odtworzenie tamtejszych realiów, scenografia, kostiumy, rekwizyty, muzyka. Wszytko to całkowicie tkwi w czasach gdy do kin wchodziło „Coś” Carpentera a małolaty słuchały Joy Division a nie Hanny Montany.

Ten świat tak przyjemnie stworzył dla nad duet Duffer, rodzeństwa młodych twórców filmowych, którzy choć dopiero raczkują w Hollywood mają jak widać bardzo precyzyjną wizję tego jak osiągnąć komercyjny sukces. Do tej pory widziałam ich jeden pełnometrażowy film „Hidden” i jeśli nie pamiętacie, to zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie.

Nie chciałabym Wam zbyt wiele zdradzać jeśli idzie o fabułę „Stranger Things”, ale nie będzie to chyba zbyt duży spoiler jeśli powiem, że serial wykorzystuje gro znanych, popularnych motywów. To z kolei przekłada się na dużą przewidywalność ciągu fabularnych zdarzeń, ale wcale nie przeszkadzało mi to tak bardzo jak mogłam podejrzewać. Chyba właśnie to jest w tej produkcji najlepsze. Nie jest może najoryginalniejsza, bo o taka chyba nie stara się być, a wręcz celuje w naśladowaniu tego o czym współcześni twórcy kina grozy starają się zapomnieć. Bo nowsze jest lepsze. Nie zawsze jak widać.

Mylę, że w dużej mierze ta sentymentalna podróż w przeszłość zapewniła serialowi taką rzeszę fanów. „Stranger things” wykorzystuje wątki znane i lubiane, robi to z ogromną precyzją co skutkuje dużym powodzeniem. Jest to po prostu tak przesympatyczny serial, że nie da się go nie polubić.

Technicznie produkcja stoi na bardzo wysokim poziomie. Wszytko od kolorystyki zdjęć po muzykę ma nam przywodzić na myśl złotą etę amerykańskich straszaków. O ile efekty specjalnie nie zwaliły mnie z nóg – tak już mam, że nie przepadam, o tle muzyka robi robotę wręcz fantastyczną.

Brawa należą się aktorom, zarówno tym znanym, jak obecnie nieco zapomniana  przez Hollywood Winona Ryder jak i debiutującym na ekranie małolatom.

stranger things

Kreacje dziecięcych aktorów przekonały mnie do siebie na tyle, że w głowie pojawiło mi się ciepłe skojarzenie z młodzikami ze „Stay by me”.

Reasumując jestem pod ogromnym wrażeniem tej produkcji. Nie dlatego, że jest czymś nowym i przełomowym, ale dlatego że sprytnie korzysta ze starych klisz, a nie zawsze się to udaje.

Oczywiście jeśli będę mieć taką możliwość chętnie sięgnę po kolejny sezon „Stranger Thins”.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:10

Napięcie:7

Zaskoczenie:6

Zabawa:9

Walory techniczne:10

Aktorstwo:9

Oryginalność:6

To coś:8

75/100

W skali brutalności:1/10

Jeszcze o cudownych dzieciach

Children of the Damned/ Dzieci przeklętych (1963)

childred of the damned

Naukowcy pracujący dla organizacji Unesco prowadzą szeroko zakrojone badania nad dziećmi, ich rozwojem i inteligencją. W toku eksperymentów przeprowadzanych na dzieciakach w wieku szkolnym udaje im się wyłonić pięcioro dzieci wyróżniających się niezwykle rozwiniętą inteligencją. Dzieci mieszkają w różnych zakątkach świata, wszystkie wychowywane są przez samotne matki i nieznane jest pochodzenie ich ojców.

Gdy na polecenie badaczy dzieci sprowadzone zostają do Londynu w celu dalszych badań okazuje się, że łączy znacznie więcej niż wysokie wskaźniki  IQ.

Nie wiem czym tak naprawdę są „Dzieci przeklętych”. Czy jest to sequelWioski przeklętych„, czy może readaptacja „Kukułczych jaj z Midvich”?

Film powstał w trzy lata po sukcesie obrazu Wolfa Rilla „Wioska przeklętych” traktującego o grupie dziwnych dzieci jakie przyszyły na świat w pewnym małym amerykańskim miasteczku. Okoliczności poczęcia dzieci są co najmniej niezwykłe, a zdolności jakie posiadają wskazując na ich pozaziemski rodowód. Dzieci budzą fascynacje i lęk, co ostatecznie doprowadza do ich eksterminacji. 

W przypadku „Dzieci przeklętych” mamy do czynienia z bliźniaczą historią opowiedzianą ‚na większą skalę’.

Niezwykłe dzieci nie rodzą się w jednym miasteczku, lecz są rozrzucone po świecie od Chin, przez Rosję, do Nigerii i dalej do Ameryki północnej.

childred of the damned

Grupa badaczy, w tym genetyk i psycholog są pod ogromnym wrażeniem wyników jakie owe dzieci osiągają w testach inteligencji. Co więcej okazuje się, że bystrość umysłu to nic w porównaniu z innymi zdolnościami jakie posiadają dziwne dzieci. Potrafią wpływać na innych ludzi, kierując ich działaniem siłą umysłu. Potrafią także porozumiewać się ze sobą telepatycznie, choć bliższym prawdy byłoby stwierdzenie, że mają ‚wspólną świadomość’.

Fabuła filmu rozważa przypadek dzieci pod podobnymi aspektami co ‚pierwowzór’. Czy te dzieci należy podziwiać czy się ich obawiać. Efekt tych rozważań w obydwu przypadkach jest taki sam. Ludzkość niezmiennie obawia się nieznanego.

childred of the damned

Zmiany następują na poziomie przyczyn całego zamieszania. W „Wiosce przeklętych” ewidentnie mieliśmy do czynienia z ingerencją z kosmosu. Kobiety zaszły w ciąże jednocześnie, w jakiś magiczny nienaturalny sposób i urodziły dzieci podobne do siebie także pod względem fizycznym: jasne fosforyzujące oczy i białe włosy. Dzieciaki są po prostu kosmitami.

W przypadku „Dzieci przeklętych”  nie mamy mowy o ingerencji przybyszy z kosmosu. Zdolności dzieci są tłumaczone jako wynik nagłej genetycznej mutacji, która sprawiła ze ich organizmy przeskoczyły kilka stopni ewolucji, która poszła w kierunku wykształcenia się takich właśnie umiejętności. Zastanawiający jest jednak watek ‚ojców’. Jest raczej mało prawdopodobne by wszystkie te dzieci miały takiego samego pecha względem tatusiów. Więc, może jednak ich poczęciu towarzyszyło coś nie z tej ziemi? Identyczne są też właściwości oczu dzieci w obydwu filmach. W chwili zagrożenia zapalają się jak lasery i dzięki temu dzieciaki mogą uczynić człowiekowi najróżniejsze krzywdy.

childred of the damned

Obydwa filmy traktujące o ‚przeklętych dzieciach’ poruszają te same wątki, w bardzo zbliżony sposób. Obydwa filmy dzieli zaledwie trzy letnia różnica więc poziom realizacji i użyte tu technologie są praktycznie identyczne. Obydwa filmy są czarno-białe.

Przedstawiona w „Dzieciach przeklętych” historia jest prosta, ale opowiedziane w interesujący sposób i nie chodzi mi tu jakieś szczególne uatrakcyjnienia akcji, raczej o sposób narracji, dialogi, charakterystykę postaci etc. Jeśli pozbawić film tych przymiotów byłoby kiepsko. W pewnym momencie oglądanie i  tak zaczyna się dłużyć.

Z pewnością osoby, które nie widziały „Wioski przeklętych” odnajdą większą satysfakcje w śledzeniu fabuły tego filmu, będzie to dla nich coś nowego. Niestety porównując film z jego poprzednikiem nie uświadczymy tu nic ciekawego.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła: 6

klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:3

To coś:5

50/100

W skali brutalności: 0/10

Sposób na apokalipse

10 Cloverfield lane (2016)

10 cloverfield lane

Młoda kobieta po kłótni z ukochanym wsiada w pośpiechu do auta i rusza w długą. Wtedy dochodzi do wypadku. Ktoś zepchnął Michelle z drogi i zostawił na pastwę losu. Kobieta budzi się po jakimś czasie i wcale nie znajduje się we wraku auta, a w podziemnym bunkrze. Ma złamaną nogę i jest przykuta do ściany.

To niejaki Howard, emerytowany wojskowy zaciągnął ją tam. Gdy mężczyzna próbuje wyjaśnić Michelle zaistniałą sytuację przekonuje ją że wcale nie jest jej oprawcą a wybawcą. Miejsce, w którym się znajdują to podziemny bunkier pod jego farmą na Cloverfield Lane. Schron na wypadek apokalipsy, która właśnie się zaczęła.

O „10 Cloverfield Lane” słyszałam tyle pochlebnych opinii, że aż wydało mi się to podejrzane.

Tytuł filmu nasuwa skojarzenie z obrazem z 2008 roku, paradokumentem „Cloverfield”, gdzie grupa ludzi jest świadkiem ataku na miasto w wykonaniu olbrzymiego potwora. Obiło mi się o uszy, że „10 Cloverfield Lane” ma być sequelem lub prequelem tamtego działa, co nie wzbudziło we mnie entuzjazmu. Okazuje się jednak, że oba obrazy nie mają ze sobą wiele wspólnego. Inna formuła, inne okoliczności, inne wydarzenia. Wspólny jest motyw ataku na amerykańską ludność. No i brzmienie tytułu.

Film kręcony jest klasycznie. Wszystko zaczyna się z chwilą, gdy Michelle budzi się w bunkrze Howarda. Ten z miejsca robi na widzu wrażenie jakiegoś nawiedzonego prepersa. Jego wycackany bunkier przypomina przytulną dziuple, w której czas zatrzymał się w latach ’60. Taki mały amerykański domek pogrzebany pod ziemią.

10 cloverfield lane

Zachowanie mężczyzny, jego argumenty, jego opowieść nie budzi zaufania zakutej w łańcuch dziewczyny. Czuje się uprowadzona wbrew woli, chce wyjść i na własne oczy przekonać się, czy doszło do apokalipsy. Niestety Howart utrzymuje, że powietrze na zewnątrz jest skażone i w żaden sposób nie może narazić jej na takie ryzyko.

Kobieta nie jest jedyną lokatorką bunkra. Wraz z Howardem schronienie znalazł tam także miejscowy robotnik, Emmet, który podobno był świadkiem wydarzeń na powierzchni. Czy to przekona Michelle, że Howart nie jest wariatem? Nie, dopiero gdy ta na własne oczy zobaczy jedną z ofiar, pozostałych na zewnątrz, pogodzi się z losem. Przynajmniej do czasu gdy inna sytuacja nie wzbudzi na powrót jej czujności.

Filmy ukazujące życie ludzi w post apokaliptycznym świecie bywają na prawdę mocne. Weźmy chociażby „Drogę”, nie jest nawet thrillerem, a miażdży psychicznie. „Miasto ślepców”, czy „Divide” w dosadny sposób ukazują życie grupy ludzi, którzy zostają uwięzieni. Izolacja jest jedyną szansą na przeżycie, a egzystencja przypomina partyzantkę i nie niesie nadziei na lepsze jutro. W obydwu tych obrazach dochodziło do tak rażących nadużyć, że można powiedzieć o zezwierzęceniu człowieka, całkowitej dehumanizacji. Przy nich „10 Cloverfield Lane”  wypada bardzo niewinnie.

10 cloverfield lane

W zasadzie jedynym niepokojącym elementem tej sytuacji jest postać Howarda. Myślałam, że facet mocno się rozkręci, ale nic z tego. Poszalał trochę w finale, ale nie było to nic co zaskarbiłby sobie większa uwagę z mojej strony. Zarówno forma jak i treść tego filmu jest bardzo lekkostrawna. Zaskakujący finał, który miał zwalić mnie z nóg, jak zapowiadali Ci, którzy film już widzieli wzbudził obojętność. Rozgrywające się do tego momentu wydarzenia nawały dwie możliwości interpretacji, albo była apokalipsa, albo nie i wybrano jedną z nich, okraszając finał spektakularnymi efektami. I tyle. Nie zaserwowano tu nic czego by do tej pory nie było. Czułam, że zachwyty nad tym filmem są nad wyrost…

10 cloverfield lane

Ogólnie ogląda się go dobrze. Mamy trochę przestoju w środkowej partii filmu, którą można by wypełnić czymś ciekawszym niż gadka szmatka o dupie Maryni, można by dać większe pol do popisu naszemu prepersowi Howardowi. A właśnie, Howard i odtwórca jego roli, nieoceniony John Goodman jest najlepszym co mogło się tej produkcji przydarzyć.

10 cloverfield lane

Mary Elisabeth Winstead wcielająca się w postać Michelle wypadła raczej niemrawo. Często widuję ją na ekranie i za każdym razem mam wrażenie, że nie potrafi się pozbyć kija z dupy.

Słowem podsumowania mogę powiedzieć tyle, że nie da się o tym obrazie  powiedzieć ani wiele złego ani wiele dobrego. Dla mnie był dobry, niezły, trochę lepszy średniak. I tyle.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

to coś:6

60/100

W skali brutalności:1/10