Archiwa tagu: horrory z 2014

Benito i jego ulubiona książeczka

The Grotto/ Księga demonów (2014)

księga demonów

Młoda Amerykanka Melissa przyjeżdża do Włoch w ślad za ukochanym, Carlo. Para zatrzymuje się w domu rodzinnym mężczyzny, gdzie przyjmuje ich dziadek Carla. Już pierwszego dnia kobieta jest uczestnikiem makabrycznego znaleziska – ktoś rozpruł psa nieopodal podziemnej jamy zwanej przez rodzinę Bove grotą. Senior rodu ostrzega Melissę przed zwiedzaniem tego miejsca jednak ta zabijając nudę w końcu trafia do groty.

Nie często trafiam na współczesne włoskie horrory, w sumie nie pamiętam kiedy ostatnio oglądałam takowy. Stąd moje zainteresowanie “Księgą demonów” mimo delikatnie rzecz ujmując mało zachęcającego opisu.

“Księga demonów” okazała się raczej średnim wyborem, choć bardzo chciałbym powiedzieć, że jest inaczej. Myślę nawet, że określenie ‘średni’ jest nad wyrost, bo film jest po prostu słaby, zarówno na poziomie scenariusza jak i realizacji. Dużego, łaskawego plusa mogę dać za scenografię i wybór plenerów. Nadmorska willa i otaczające ją krajobrazy wypada naprawdę fajnie.

księga demonów

Fabula w dużej mierze bazuje na retrospekcji sięgającej czterdziestu lat wstecz. Wszystko za sprawą pamiętnika babci Carlo niedbale porzuconego w pokoju nieżyjącej już od dawna lokatorki. Kobieta opisuje w nim okoliczności śmierci jednego z dzieci, syna Benito. Ten punkt historii jest zaskakująco dobry. Później pojawiają się cuda i dziwy, których świadkiem jest Melissa. Tu pierwszy z nich udał się całkiem, całkiem – kobieta widzi bowiem swoją postać, samą siebie w jakiejś okaleczonej, zmaltretowanej i obłąkanej wersji – zdarzenie ma miejsce w tytułowej grocie. Niestety im dalej tym gorzej. Pojawia się rzeczona księga demonów a stąd już tylko rzut beretem do opętania. Nic ciekawego się już tu nie wydarzy.

księga demonów

Ktoś spyta, o co się czepiam, przecież co drugi film z gatunku można opowiedzieć tymi samymi słowami i nie zawsze wiąże się to z porażką twórcy. A jednak  w tym przypadku do porażki przyczyniło się więcej czynników. Przede wszystkim bardzo toporne prowadzenie fabuły. Nie ma w tym płynności, co i rusz natrafiamy na coś co staje kantem na filmowej taśmie i nijak nie wchodzi w  symbiozę z całością. Dużo tu zwyczajnej niechlujności i działań po łepkach. Aktorstwo pozostawia wiele do życzenia i nie przyczynia się do zainteresowania losem postaci. Wszystko jest takie byle jakie, aby aby.

Jasno z tego wynika, że polecić Wam tego tytułu nie mogę, chyba, że macie ochotę na skonfrontowanie własnych wrażeń z moimi – w takim wypadku, Wasza wola.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie:4

Zabawa:4

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:4

Aktorstwo:5

Oryginalność:5

To coś:4

43/100

W skali brutalności:1/10

Portret wampira

Manhattan Undying (2014)

manhattan undying

Młody malarz, Max Garman dowiaduje się, że jest śmiertelnie chory. Nie zamierza poddać się leczeniu więc, ma perspektywie parę tygodni życia. Postanawia wykorzystać ten czas na namalowanie nowego obrazu, który zwali wszystkich z nóg. Gdy szuka odpowiedniej modelki w jego mieszkaniu zjawia się tajemnicza piękność.

“Manhattan Undying” jest nietypowym vampire movie. Podobnie jak Tylko kochankowie przeżyją” skupia się na warstwie dramatycznej, uderza w bardziej filozoficzny aspekt problemu nieśmiertelności, niż w jego horrorowy wymiar.

Jego bohaterami jest para: umierający artysta i wampirzyca, która wysysa krew z mężczyzn w czasie miłosnych aktów.

Vivian przychodzi do Maxa by ten namalował jej portret. Nie zdradza mu swojej tożsamości, przyznaje jednak enigmatycznie, że nigdy nie widziała swojej twarzy. Portret rozwiązałby ten problem. Jak wiecie, te legendarne stworzenia nie mają lustrzanego odbicia, nie można ich sfotografować ani sfilmować.

Wstępny pomysł – bardzo ciekawy, ale co dalej? No właśnie, dalej mamy wielki znak zapytania.

Max przygotowuje się na śmierć, starając się naprawić swoje błędy. W między czasie wymienia poglądy z tajemniczą modelką.

Nie wiem, może po prostu poezja słowa tym razem do mnie nie trafiła, ale relacja tej dwójki nie wzbudziła mojej ciekawości, a z ich rozmów nie wiele dla mnie wynikało. Czekałam aż wreszcie zacznie ją malować i coś ruszy do przodu.

Tak się w końcu stało, ale finał historii nie przyniósł zachwytu. Liczyłam, że w chwili gdy zobaczę śmiertelne dzieło Maxa, zrozumiem o co w tym wszystkim szło. Obrazu nie zobaczyłam.

manhattan undying

Scenariusz filmu tak silnie skupia się na zbudowaniu atmosfery tajemnicy, że fabuła nie ma o co zahaczyć. Masa niedomówień nakazuje obrać najprostszą drogę interpretacji.

SPOILER: Wampirzyca zakochała się w malarzu. Dzięki uczuciu obydwoje poczuli, że żyją i w spokoju sobie zmarli. KONIEC SPOILERA.

Jeśli oto tyle hałasu, to mamy to do czynienia z przerostem ambicji twórcy, który zbudował pewną formę, dla w gruncie rzeczy lichej treści.

Być może film zainteresuje poszukiwaczy vampire movie, ale dla siebie wiele tu nie znalazłam.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:8

Napięcie:4

Zaskoczenie:4

Zabawa:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:4

50/100

W skali brutalności: 1/10

W jaskini będzie fajnie

La Cueva (2014)

la cueva

Pięcioro znajomych, Ivan, Jaco, Carlos, Begona i Celia wybierają się na kemping na odludnej wyspie. Rozbiwszy obóz blisko plaży spędzają czas popijając i popalając trawkę. Nazajutrz natrafiają na interesujące znalezisko w postaci jaskini. Męska część ekipy postanawia spenetrować to miejsce ciągnąc ze sobą niechętne dziewczyny. Ich plan nie zakładał jednak dłuższej wyprawy jednak szybko okazuje się, że weszli głębiej niż zakładali i ni mniej ni więcej zgubili się.

“La Cueva” z hiszpańskiego znaczy tyle co jaskinia. To właśnie jaskinia będzie tu głównym antybohaterem, jeśli tak to można ująć.

W przeciwieństwie do chociażby bardziej popularnego “Zejścia” i jego sequelu młodzi bohaterzy nie odkryją w niej nic ponad klaustrofobiczne skalne labirynty. Fabuła koncentruje się więc wokół wątków czysto survivalowych: Jak grupa kompletnie nieprzygotowanych osób ma przetrwać w nieznanym miejscu?

Można rzec, że protagoniści są sami sobie winni, bo co to za pomysł by schodzić do jaskini z jedną butelczyną wody, paroma latareczkami i kamerą? Ja jednak w pełni rozumiem ich zapędy, bo sama zwykłam się pchać gdzie nie powinnam i cóż, w świecie horroru zawsze zdarzają się mniej logiczne sposoby na zawiązanie akcji.

Film stanowi reżyserski debiut Alfredo Montero wspieranego przez współtwórce scenariusza w osobie Javiera Gullón’a. Tego drugiego Pana już powinniście znać i skojarzenia z jego pracą powinny być raczej pozytywne, bo ma na koncie prace przy takich filmach jak “Wyspa zaginionych“. Ostatnimi czasy kręci za oceanem i tu przyczynił się do “Enemy”, czy dramatu “Aftermath”. Ciężko mi ocenić potencjał debiutującego reżysera po jednym filmie, ale instynkt mi podpowiada, że doświadczenie Gullón’a bardzo tu pomogło.

Mamy tu całkiem ciekawy przekrój postaci. Może nie nazwałabym ich charakterystycznymi, ale mimo, że wpisują się w pewien schemat to mogę rzec, że śledząc ich poczynania byłam w stanie wyrobić sobie o każdym z nich jakieś zdanie.

Jak często bywa w przypadku debiutów w świecie horroru reżyser postawił na konwencję paradokumentu, pozornie mniej wymagającego Zamiast klasycznego sposobu kręcenia mamy bohaterów i operatorów w jednym.

Powiem szczerze, że początek seansu nie nastroił mnie optymistycznie, ale moja opinia ewoluowała z minuty na minutę. Od punktu kulminacyjnego kiedy sytuacja naszych bohaterów stała się bardziej dramatyczna, a zagrożenie śmiercią coraz bardziej realne, wzrosło napięcie i moje zaangażowanie w tą historię.

la cueva

la cueva

Jak wspomniałam wrogiem grypy młodych ludzi jest tu sama jaskinia. Z czasem, gdy mijają kolejne godziny, a w końcu dni, protagoniście zwracają się przeciwko sobie, a ludzkie odruchy zastępuje zwierzęcy instynkt przetrwania. Tu nie zdradzę szczegółów, ale możecie sobie wyobrazić co też mogło przyjść co niektórym do głowy.

Bardzo przypadł mi do gustu klaustrofobiczny klimat uzyskany za sprawą ciasnej przestrzeni, lichego oświetlenia i tej jednej kamery, która ma oko na wszytko. Wiadomo, że można ponarzekać na stabilność obrazu, ale moim zdaniem nie było wcale najgorzej.

Film odnotowuje jak najbardziej na plus, zarówno pod kątem treści jak i formy. Nie mam zarzutów.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:8

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

to coś:7

70/100

W skali brutalności:2/10

Będę z Tobą

Don’t Look Back/ Pogrzebać przeszłość (2014)

pogrzebać przeszłość

Młoda pisarka Nora specjalizująca się w literaturze dziecięcej po latach wraca do dom gdzie dorastała. Tu próbuje skupić się na pisaniu kolejnego tomu przygód Veronicy, ale jej spokój zakłócają powracające wspomnienia z dzieciństwa spędzonego pod opieką babci. Wkrótce wprowadza się do niej sublokatorka, Pyton. Serdeczne zachowanie nowej przyjaciółki szybko zmienia się w obsesyjną chęć zawładnięcia Norą.

Dobrze, że nie zobaczyłam oceny tego filmu w sieci nim wzięłam się za seans z nim, bo pewnikiem bym zrezygnowała. Niska ocena, plus kiepski plakat promujący, plus banalny tytuł, plus średnio zachęcający opis. To wszytko przymioty całkiem niezłego, jak się okazało, filmu.

Żeby Was do niego zachęcić, jak trzeba, musiałam bym polecieć tęgim spoilerem, bo to co ujęło mnie w jego fabule to właśnie to czego nie widać na pierwszy rzut oka.

Może to kwestia mimo wszytko niewielkich oczekiwań, a może moje dobrego nastroju, ale dałam się tej historii podejść i zaskoczyć. No, dobrze, w pewnym momencie już domyślałam się co jest grane nie mniej jednak nie odnotowuje tego na niekorzyść scenariusza.

pogrzebać przeszłość

pogrzebać przeszłość

Bohaterką filmu jet młodziutka pisarka, która ma na koncie kilka wydawniczych sukcesów. Pisze powieści dla dzieciaków, historyjki o niejakiej Veronice. Tu znajduje się pierwszy haczyk- skąd wzięła się Veronica – to jeden z lepszych fabularnych zgrywów. Nie jest ona ot tak wytworem wyobrazi autorki. Klucz do tajemnicy Veronicy tkwi w przeszłości Nory. A przeszłość tą poznamy dzięki retrospekcjom. Początkowo niejasnym. Z czasem zyskującym na intensywności przekazu.

Jest jeszcze lokatorka, Pyton, która też ma tu rolę do odegrania – ważną jeśli nie najważniejszą.

Nie jest to kino wysokim lotów, ani wielkiego budżetu, ale nadrabia pewnym sprytem w sprawnym wykorzystaniu w gruncie rzeczy ogranych motywów.Spokojnie można zerknąć.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klima:5

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:6

59/100

W skali brutalności:1/10

Góra szaleństwa i Coś

Black Mountain Side/ Pod mroczną górą (2014)

pod mroczna gora

Grupa archeologów prowadzących wykopaliska w kanadyjskich górach natrafia na pogrzebaną u podnóża gór budowle, która jak wskazują przeprowadzone badania mogła powstać przed epoką lodowcową. Równocześnie natrafiają na kolejne dziwne znaleziska, kamienne kopce i niezwykłe malunki.

W czasie prac wykopaliskowych miejscowi robotnicy znikaj,ą a ekipa archeologów kolejno podupada na zdrowiu. Coś zagnieżdża się pod ich skórą, ale to zmiany psychiczne okazują się najgroźniejsze.

“Pod mroczną górą” funkcjonuje w świadomości widzów jako tańszy i mniej udany odpowiednik Coś” Carpentera.

Spojrzawszy na budżet kanadyjskiego twórcy nie mamy wątpliwości, że zdecydowanie jest to film tańszy, w dodatku nakręcony przez człowieka o praktycznie żadnym doświadczeniu.

Nigdy nie wychodziłam z założenia, że kino niskobudżetowe  jest z gruntu gorsze od filmów kręconych za miliony monet. Wręcz przeciwnie, niski budżet to problem wymagający nie lada pomysłowości ze strony twórców. Muszą oni nie tylko skompletować ekipę, która nie pogrąży finansów, ale też wybrać tańsze rozwiązania technologiczne. To swoisty chrzest bojowy dla twórców, którzy mają pod górkę. Tak rodzą się prawdziwe talenty, odławiane przez wielkie wytwórnie i często zaprzepaszczane, bo ich kreatywność zastępuje góra forsy i film robi się sam.

Reżyser i scenarzysta “Pod mroczna górą” niewątpliwie mierzył się z tym problemem i o ile nie zabrakło mu pewnej pomysłowości, to jednak pewnych rzeczy nie przeskoczył.

Nie trafił na wybitną ekipę techniczną, tylko na ludzi, którzy nie zawsze wiedzieli co robią. Duża część filmowej akcji rozgrywa się w klaustrofobicznej przestrzeni drewnianych zabudowań i tu najbardziej widać niedbalstwo oświetleniowców i operatorów, że o montażystach już nie wspomnę. Proste ujęcia plenerowe wypadają dużo lepiej, ale jest ich nieporównywalnie mniej.

pod mroczna gora

pod mroczna gora

Pomysł na scenariusz, szczególnie jego psychologiczny kontekst, który nabiera klarowności im bliżej jesteśmy finału bardzo przypadł mi do gustu. Oczywiście zalatywało “Coś”, ale też “W górach szaleństwa” Lovecrafta, więc nie można tego uznać za kalkę filmu Carpentera.

Myślę, że od strony dramatycznej, “Pod mroczną górą” ma więcej głębi niż “Coś”, które w gruncie rzeczy jest prostym sci-fi.

Niestety warstwa narracyjna filmu kuleje. Fabule brak płynności i większej dynamiki. Praktycznie nie mamy tu do czynienia ze stopniowaniem napięcia, co sprawia, że historia może nas usypiać w najmniej odpowiednim momencie. Podobnie ma się sprawa z filmowymi bohaterami, których nie zdołałam poznać. Zabrakło mi charakteru w ich charakterystykach, choć nie można powiedzieć, by tworząc te postaci scenarzysta narobił większych głupot.

Tak się zastanawiam, czy w przypadku “Pod mroczną górą” większy budżet naprawdę by nie pomógł. Może tak, może nie. Z pewnością pomogłoby większe doświadczenie twórcy.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:5

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:6

53/100

W skali brutalności:2/10

Prawdziwe burgery z prawdziwych Amerykanów

American Burger/ Amerykański burger (2014)

amerykanski burger

Uczniowie amerykańskiej szkoły są na wycieczce kulturoznawczej w Europie. W planie wycieczki jest zwiedzanie przedsiębiorstwa produkującego amerykańskie burgery.

Jak się okazuje właściciel przybytku burgery robi nieco inaczej niż nakazywałaby amerykańska tradycja – robi je z ludzi, ściśle hołdując zasadzie: prawdziwe amerykańskie burgery robi się z prawdziwych amerykanów.

amerykanski burger

“Amerykański burger” o dziwo nie jest filmem amerykańskim. Jest to produkcja szwedów, którzy bardzo dosłownie potraktowali mit amerykańskiego konsumpcjonizmu.

Jest to horror komediowy, więc spokojnie. Ukazuje w przejaskrawiony sposób motywy zaczerpnięte za teen slasherów made in USA.

Jak na horror komediowy przystało mamy tu spora dawkę czarnego humoru, nabijkę ze stereotypów i nielogicznych schematów.

amerykanski burger

O dobry pastisz kina grozy wcale nie jest tak łatwo jak mogłoby się wydawać, to też i do “Amerykańskiego burgera” trzeba podejść z rezerwą.

Wasz odbiór filmu zależy w zasadzie od oczekiwań, dobrej woli i dobrego nastroju. Jeśli akurat macie ochotę na coś, na serio, co faktycznie ma szansę zmrozić krew w żyłach będziecie sobie pluć w brodę, że sięgnęliście po taki shit. Jeśli natomiast cechuje Was dystans do horrorowego świata przedstawionego, macie dzień na głupawkę, proszę bardzo, “Amerykański burger” nie będzie złą opcją.

Generalnie jestem zwolenniczką takiego prześmiewczego podejścia i uważam, że trochę czarnego humoru od czasu do czasu nie zaszkodzi.

amerykanski burger

“Amerykański burger” od początku do końca jest nastawiony na szydzenie z tego co zwykle ma budzić lęk. Wszytko do konstrukcji postaci, po zaprezentowany tu ciąg zdarzeń zostało ukazane w krzywym zwierciadle. Do tego dochodzi mocno ograniczony budżet filmowców. I cóż, albo to do Was trafi albo nie. Dla mnie było to całkiem niezłe.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:7

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:5

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:5

50/100

W skali brutalności:2/10

Najstrszniejsze domy grozy w USA

The Houses October Built (2014)

house of october bulit

Na kilka dni przed Halloween grupa filmowców amatorów wyrusza na wyprawę po najsłynniejszych amerykańskich Domach Grozy by zbadać krążące o nich upiorne legendy.

Tak zwane Domy Grozy to rozrywka ciesząca się coraz większą popularnością. Rzecz polega na tym, by dla amatorów strachu zbudować miejsce, gdzie Ci mogli by przeżywać emocje do tej pory będące udziałem jedynie bohaterów filmowych horrorów.

Chyba pamiętacie Domy Strachu w obwoźnych lunaparkach, gdzie za trzy zeta od osoby można było zafundować sobie dreszczyk emocji. Pamiętam je z dzieciństwa i jak patrzę na to z perspektywy czasu, szczytem grozy w takim miejscu było spotkanie w ciemnym korytarzu gościa z obsługi ubranego w świecącą maskę potwora.


Współczesne Domy Grozy mają jednak inną grupę odbiorców. Przede wszystkim są to osoby dorosłe, dlatego też właściciele przybytków muszą prześcigać się w coraz to bardziej porąbanych pomysłach na to jak zadowolić spragnionych strachu klientów. Sama miałam okazję odwiedzić coś takiego w ubiegłe wakacje i podzielić się z Wami swoimi wrażeniami.

“House of october bullut” to paradokument traktujący o legendach jakie rodzą się wokół takich właśnie miejsc. A legendy owe ne gorsze są niż te dotyczące najsłynniejszych nawiedzonych miejsc. W Domu Grozy na prawdę możesz zginąć. W domu grozy pracują prawdziwi psychopaci, mordercy, więźniowie na warunkowym etc.

Wszystko to na własnej skórze chce sprawdzić grupa młodzików z kamerą. Ich celem jest odwiedzenie “Niebieskiego szkieletu”, czyli najstraszniejszego z domów grozy, którego działalność ociera się o nielegalne praktyki, dlatego nie łatwo zaklepać do niego bilecik.

house of october bulit

Nasi bohaterzy będą odwiedzać kolejne upiorne miejscówki szukając tego jedynego, najstraszniejszego. Fabuła filmu sprowadza się do relacji z kolejnych odwiedzin i w miarę jej rozwoju możemy dostrzec prawidłowość wskazująca na to, że są coraz bliżej. Film obfituje w standardowe zagrania typowe dla paradokumentu. Kamera skacze, dokazuje, a my niewiele możemy z tego zarejestrować.

Na kogo to zadziała to zadziała, resztę pewnie tylko wkurwi. Powoli wyrabiam sobie większą tolerancje na taki sposób kręcenia, nie mniej jednak nadal urągam twórcom za zbytnią ufność w strach wygenerowany w ten sposób. Muszę przyznać, że sam rajd po domach grozy jaki był udziałem filmowych bohaterów to całkiem fajny pomysł. Tu amatorska kamera na serio dodaje realizmu całej historii. Nie mamy tu na siłę wciskanej nam teorii o opętaniu, wizycie pozaziemskich istot, czy innej mocno naciąganej wersji wydarzeń. Widzimy natomiast hordy amerykańskich głupoli zakochanych w ‘ciemnej stornie mocy’, w mordercach, straszydłach i wszystkim tym co każde im tłumnie przybywać do domów grozy.

Gdybym lubiła paradokumenty moja ocena była by wyższa a tak, średnio na jeża.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:5

54/100

W skali brutalności:2/10

Już bez żalu

Purgatorio/ Czyściec (2014)

czysciec

Małżeństwo, Marta i Luis wprowadzają się do nowego mieszkania. Tego samego dnia mężczyzna musi iść na nocna zmianę do pracy. Marta nie chce zostawać sama, trawią ją lęki, boi się zasnąć, ale nie ma innego wyjścia.

Gdy zostaje sama do jej drzwi puka sąsiadka. Małżonek sąsiadki właśnie trafił do szpitala i ta prosi Martę by zajęła się jej synkiem Danielem gdy ona uda się do męża. Marta niechętnie godzi się pomóc i szybko tego pożałuje.

“Czyściec” to bardzo oszczędny horror. Oszczędny w formie, ale już nie we wrażeniach. To dość krótka historia kobiety, pogrążonej w żalu po stracie. Żal ten odżywa w sytuacji kryzysowej, jaką okazało się spotkanie z małym sąsiadem. Gdy Daniel przekracza próg jej domu, szczeniacka bezczelność aż od niego bije. Marta zaś wygląda nam na osobę na granicy załamania. Bardzo łatwo wyprowadzić ją z równowagi, a chłopiec robi to bardzo skutecznie.

czysciec

Oszczędna, żeby nie rzec hermetyczna przestrzeń na jakiej rozgrywa się akcja filmu to strzał w dziesiątek jeśli chodzi o moje upodobania. Wszytko rozgrywa się w pustych jeszcze pokojach nowego mieszkania Marty i ciemnej klatce schodowej. Karty rozdano na dwoje, nasza bohaterka i dzieciak. Daniel to typowy mały skurczybyk, ale kto wie co siedzi mu w głowie? Martę jeszcze trudniej rozgryźć. Kto dla kogo jest większym zagrożeniem? Chłopiec, który igra z cierpieniem obcej kobiety, czy kobieta gotowa uwierzyć we wszytko co pomoże zmniejszyć uczucie żalu?

czysciec

To bardzo psychologiczne kino oparte na niejednoznacznych sygnałach. Tak naprawdę nie wiem czy może spodobać się komuś kto szuka rozrywki, bo wartkiej efektownej akcji tu nie znajdzie. Nie wiem na ile go polecać na ile odradzać.

Wg. mnie “Czyściec” się udał i to przynajmniej z kilku powodów. Pomysł był dosyć niebezpieczny, bo cała opowieść oparta została na znajomości Marty i Daniela. O Marcie dowiemy się niewiele, o Danielu jeszcze mnie. Film nazwano horrorem, ale akcji typowych dla horrorów tu nie znajdziemy. Pojawi się wątek ducha, ale przedstawiony bardzo… detalicznie. Więcej tu znaków zapytania niż odpowiedzi. Nawet finał nie rozwiał zrodzonych po drodze wątpliwości. Dla mnie to plus, ale równie dobrze ktoś może powiedzieć – film o niczym, zmierzający donikąd i ciężko mieć pretensje to taki właśnie odbiór. Pewnym plusem jest  na pewno aktorstwo. Marta i Daniel tworzą bardzo ciekawy duet, aż kipi tu od emocji.

Cóż mogę powiedzieć, hiszpańskie kino przyzwyczaiło nas raczej do innego rodzaju kina grozy.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:8

To coś:7

68/100

W skali brutalności:0/10

Hipnoza

Cui mian da shi/ Mistrz hipnozy (2014)

mistrz hipnozy

Chen Ting jest psychoterapeutą specjalizującym się w hipnozie. Pewnego dnia profesor, z którą pracuje na uczelni prosi go o pomoc w sprawie pewnej pacjentki. Kobieta ma poważne problemy psychiczne i wszytko wskazuje na to, że konwencjonalne metody nic tu nie pomogą. Chen niechętnie zgadza się przyjąć Ren i pomóc jej.

“Mistrz hipnozy” to nowy azjatycki thriller. Od czasu do czasu mam chęć na coś skośnego i muszę powiedzieć, że szczęście mi dopisuje, bo i tym razem udało mi się złowić interesujący film.

Oponentom kina azjatyckiego muszę zadeklarować iż różni się on od typowego, skośnego kina grozy. Owszem pojawia się tu wątek duchów, bo to właśnie z nimi ma problem Ren, jednak całość fabuły to jeden wielki dialog pomiędzy terapeutą a pacjentem.

Fani tematów w stylu “In treatment”, czy jego polskiej wersji czyli “Bez tajemnic”, osobiście uwielbiam – znajdą tu coś dla siebie. Podobnie jak fani pierwszego sezonu serialu “Hannibal” gdzie fabuła opiera się psychologicznych pułapkach.

mistrz hipnozy

mistrz hipnozy

W tym filmie istotny jest dialog. Ważone jest każde słowo. Mamy tu do czynienia z nie lada podstępem, ale niestety nie mogę Wam zbyt wiele zdradzić, bo to popsułoby seans.

Chiński reżyser postawił tu na psychologiczną grę gdzie każdy może być ofiara i każdy może być myśliwym. Watek hipnozy jest fascynujący sam w sobie, więc dobre go wykorzystanie jest praktycznie gwarantem sukcesu.

Historia jest bardzo wciągająca, wymaga odrobiny myślenia więc nie będzie tylko czczą rozrywką. Dla fanów kina azjatyckiego i nie tylko.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:7

64/100

W skali brutalności:0/10

Dużo uśmiechu

Happy Face killer/ Morderca z uśmiechniętą buźką (2014)

happy face killer

W 1995 policji udało się ująć kolejnego seryjnego zabójce kobiet. Sprawcą kilku mordów okazał się kierowca ciężarówki, Keith Jasperson. Jego znakiem rozpoznawczym był cyniczny uśmieszek który rysował krwią na ciałach ofiar. Jego historia zainspirowała twórców filmu telewizyjnego “Happy Face Killer”.

happy face killer

Jest to film ukazujący wręcz podręcznikową historię seryjnego mordercy. Niczym Was ona nie zaskoczy, a sam antagonista ginie w tłumie podobnych do siebie. Poznajemy go z chwilą, gdy zmęczona zdradami żona zabiera dwójkę ich wspólnych dzieci i wyprowadza się do matki. Keith bardzo źle to znosi, na tyle źle, że szuka rozładowania napięcia w napaściach seksualnych. Sam gwałt mu nie wystarcza musi jeszcze zabić, a gdy zabije musi się tym w pewien sposób pochwalić. Swoje zadowolenie z dokonanego czynu odzwierciedla z za pomocą rysunku uśmiechniętej buźki, którą rysuje na ciele pierwszej ofiary. A później kolejnej, i kolejnej… Rozentuzjazmowany Keith nagrywa swoje przemyślenia na temat swoich ‘dokonań’ na taśmie video, a gdy niefortunnie o jego pierwsza zbrodnie posadzony zostaje ktoś inny ten w poczuciu niedocenienia smaruje do policji list manifestując, że to on jest mordercą, on i tylko on.

happy face killer

Gdyby nie fakt, że ‘morderca z uśmiechniętą buźką’ istniał naprawdę i faktycznie robił to co robił posądziłabym twórców obrazu o brak pomysłu na postać seryjnego mordercy. Uśmiechnięta buźka, serio? Ależ trzeba być zdziecinniałym debilem.

Niestety, a może stety seryjni zabójcy często są skrajnie żałosnymi egzemplarzami i wcale nie mają żadnego przesłania dla świata a u podnóża ich dewiacji stoją takie cechy jak niedojrzałość, poczucie niespełnienia, chęć zwrócenia na siebie uwagi. Twórcy filmów robią z nich postaci często niezwykle fascynujące, ale proza życia pokazuje co innego.

Tak było w przypadku Keitha. Sfrustrowany facet w średnim wieku, który wyrastał w przemocowym domu, a jedynym promykiem rozświetlającym cienie parszywego dzieciństwa były chwile ekscytacji jakich doświadczył zabijając zwierzęta. Jego marzeniem było dostanie się do policji konnej, ale niestety marzenie pozostało w sferze marzeń. Jego niedojrzałe podejście do życia sprawiło, że żonka od niego odeszła zabierając dzieci co tylko pogłębiło jego niechęć do kobiet, których i tak nigdy nie darzył szczególnym szacunkiem. I tu zaczyna się zabawa.

happy face killer

Keith zabija pierwszą ofiarę i jest bardzo z tego zadowolony. Porzuca ją jak zużytą zabawkę nie angażując się szczególnie w ukrywanie zwłok przez co trafia do grona tych mniej interesujących ‘morderców niezorganizowanych’. Kiedy widzi w gazecie artykuł opisujący jego czyn ekscytacja wzrasta, wreszcie czuje się doceniony, a tu pach… jakaś desperatka kieruje podejrzenia na kogoś innego, przez co nasz niegrzeczny chłopczyk czuje się pominięty. Zabija ponownie dbając o to by podtrzymać zainteresowanie mediów. W końcu ktoś zaczyna się nim interesować, ale chyba nie takiego zainteresowania oczekiwał….

Nie polubiłam Keitha i jego historia mnie nie porwała. Może przez na wskroś prosty sposób jej opowiadania na jaki postawili twórcy filmu, a może po prostu w bydlaku nie było nic interesującego, nad czym warto by się zastanowić?

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność: 4

To coś:5

53/100

W skali brutalności:1/10