Archiwa tagu: horrory z 2018

Karma, czyli sumienie

Karma/ Karma (2018)

Manny i Alicia są młodym małżeństwem z problemami finansowymi. Owe problemy zmuszają ich do zamieszkania z teściami. Manny nie może znaleźć pracy, więc ojciec jego małżonki daje mu etat w swojej agencji nieruchomości. Praca Manny’ego nie ma jednak polegać na uszczęśliwianiu kolejnych rodzin nowymi domami, a odbieraniu ich zadłużonym lokatorom.

W czasie jednej z eksmisji Manny jest zmuszony wyrzucić na bruk dawnego kolegę i jego chorą matkę. Walcząc z własnym sumieniem w końcu decyduje się udowodnić teściowi, że nadaje się do wykonywanej pracy. Wkrótce po tym zdarzeniu na Manny’ego i jego bliskich zaczynają spadać kolejne nieszczęścia.

“Karma” to termin obecny w wierzeniach hinduizmu i buddyzmu, ale nie tylko osoby z tych kręgów religijnych wierzą w jej istnienie. Karmiczne podejście jest dość uniwersalne, wszystko sprowadza się do życia w myśl zasady: co zasiejesz to zbierzesz, to co czynisz innym wraca do Ciebie.

Teraz już chyba wiecie o czym jest film Nicka Simona i co robi słowo ‘karma’ w tytule. Z uwagi na gatunek możecie się spodziewać, że ‘suka karma’ uderzy tu z dużym impetem.

Bóg Iswara, czyli Hinduistyczny dostarczyciel karmy, objawia się tu jako siła iście demoniczna i nie tylko sprowadza nieszczęścia na tych, którzy ‘zasłużyli’, ale  i targa ludźmi po podłodze, uderza o ściany – jak na amerykańskiego demona przystało.

Nasz sympatyczny bohater Manny gdy orientuje się, z czym ma do czynienia stara się przebłagać zły los, oszukać przeznaczenie.

Założenia fabularne filmu nie są złe. Wykorzystanie motywu karmy jest dość ciekawym posunięciem, ale wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

Nie jest to obraz wysokich lotów. Warsztat aktorski i wszystkie aspekty techniczne są na bardzo przeciętnym poziomie, a i scenariusz można by trochę podrasować. Zabrakło jakiegokolwiek elementu zaskoczenia, czegoś co wyróżniłoby film spośród innych horrorów z demonicznymi siłami.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:6

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:5

Aktorstwo:5

Oryginalność:6

To coś:5

48/100

W skali brutalności: 1/10

Diabeł interesuje się słabymi

Gwen (2018)

XIX wieczna Walia. Na nieprzyjaznych terenach Snowdonii leży farma należąca do rodziny nastoletniej Gwen. Od chwili wyruszenia ojca na wojnę Gwen wraz z matką i młodszą siostrą muszą borykać się same z trudami codziennego życia. Owy trud bynajmniej nie procentuje, a problemów z jakimi muszą mierzyć się kobiety jest coraz więcej. W sąsiedztwie umierają ludzie i zwierzęta gospodarcze, w końcu i matka Gwen zaczyna chorować. Otoczona górami farma zaczyna się jawić jako miejsce przeklęte i opuszczone przez boga.

“Gwen” to kolejny miły memu sercu horror kostiumowy wykorzystujący elementy folkloru. Jego akcja rozgrywa się w XIX wieku na terenach obecnego parku narodowego Snowdonii na północy wysp Brytyjskich. Nie zabraknie tu pięknych krajobrazów, które mogą sprawiać agorafobiczne wrażenie. Nieustannie świszczący wiatr, rozległe przestrzenie pokryte głównie kamieniami, trawą i błotem. Niewielka zaniedbana farma i niewielu bohaterów.

Na ich czele stoi Gwen, która może Wam się kojarzyć z Tomasine z “Czarownicy”. Jest to kolejna dorastająca dziewczyna, która dźwiga brzemię opieki nad bliskimi przy jednoczesnym wykluczeniu z gromady. Gdy matka dziewczyny zaczyna chorować ta nie może liczyć na pomoc. Atak, którego doświadcza w czasie nabożeństwa w lokalnym kościele staje się przyczyną ostracyzmu ze strony ludzi, widzących w tym dzieło diabelskie.

Kto jest tu antybohaterem musicie ocenić sami. Bez wątpienia na farmie dzieje się coś niepokojącego, ale co to jest? Czy przyczyną jest załamanie nerwowe matki, czy coś nadnaturalnego? A może to wszytko dzieło ludzi i ich okrucieństwa i pazerności? Mam na ten temat swoje zdanie, ale nie chcę Wam nic narzucać.

Obraz ma wspaniały klimat, w którym groza może w pełni rozkwitać. Ma też dobrze zbudowaną warstwę dramatyczną, historycznie uzasadnione tło społeczne, które stanowi doskonałą przestrzeń do budowania historii wcale nie paranormalnej tylko zwyczajnie po ludzku tragicznej. Ta gatunkowa uniwersalność jeśli chodzi o mój odbiór działa zdecydowanie na plus, choć dla miłośników czystości gatunkowej i bardziej ewidentnie horrowych rozwiązań może stanowić problem.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:8

70/100

W skali brutalności:2/10

Idealna nuta

The Perfection/ Perfekcja (2018)

Charlotte jest utalentowaną wiolonczelistką, niestety opieka nad chorą matką zmusiła ją do zrezygnowania z nauki i uniemożliwiła karierę.

Teraz, gdy matka zmarła, Charlotte postanawia wrócić do muzyki. W tym celu odnawia znajomość ze swoim nauczycielem Antonem w czasie prestiżowego konkursu muzycznego w Azji. Tam poznaje inną uczennice mistrza, Lizzie, która w przeciwieństwie do niej znajduje się na szczycie.

Mimo dzielących je różnić kobiety nawiązują dość intensywną znajomość i wkrótce wyruszają we wspólną podróż, której celem jednak nie jest zacieśnianie więzi, a coś zupełnie innego.

Cóż za dziwny twór! Netflix zdążył mnie przyzwyczaić do różnych treści serwowanych na platformie i nie rzadko trafiam tam na produkcje… wyróżniające się. Czy pozytywnie, czy negatywnie, to już inna kwestia, w każdym razie dalekie od tego co proponuje repertuar kin.  Nie inaczej jest z “Perfekcją”.

Richard Shepard odpowiadający zarówno za scenariusz jak i za reżyserie znany jest głównie z produkcji seriali. Ma na swoim koncie “Salem“, “Criminal minds”, ale i lżejsze historie. Mogę przypuszczać, że właśnie  serialowe doświadczenia miały znaczny wpływ na wielowątkowość “Perfekcji”, która przez cały tok akcji wykonuje dwa na tyle wielkie przeskoki, jakbyśmy mieli do czynienia z dwoma osobnymi historiami. Jednakże wątki splecione są na tyle sprawnie, że tworzą cokolwiek dziwną, a jednak integralną całość.

Wszytko zaczyna się od przedstawienia sylwetki Charlotte. Utalentowana dziewczyna, która jednak nie mogła rozwijać talentu spotyka kogoś kto, można rzecz wykorzystał szansę, którą jej odebrano. No, tu mili państwo szykuje się intryga. Osobiście podejrzewałam Charlotte o najgorsze intencje, ba, był w filmie taki etap, że prawie jej potwierdzono, ale tu znowu zwrot.

Wycieczka dziewcząt po Szanghaju, jej przebieg, sprawił, że całkowicie zarzuciłam swoje podejrzenia. No, kurczę, ja tu rozkminiam toxic relationship, a szykuje się historia o epidemii jakiejś dżumy, czy innego zombizmu. To jak rozwiązano tę kwestie wprawiło mnie w niemałe osłupienie, ale to jeszcze nie koniec. Osłupień. Moich.

Tak, im dalej w las tym więcej grzybów, robi się z tego dobrze porąbana opowieść. Może trochę nazbyt porąbana? No, to musicie ocenić sami. Mnie trochę męczyło wrażenie, że twórca chciał przekazać w tym filmie więcej niż mógł. No, taśmy nie stykło. Przez co pojawia się tu sporo momentów niejasności, przykrej konsternacji. Narracja jest mocno poszarpana, co może utrudniać odbiór.

Technicznie film jest bardzo dobry. Zdjęcia szczególnie w końcowym hymmm…. akcie zwracają dużą uwagę. Położono nacisk na artyzm i nastrój, a i obsada wypada bardzo dobrze. Z pewnością “Perfekcja” jest warta sprawdzenia, a czy się spodoba, to już kwestia bardzo indywidualna.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:6

Zaskoczenie:9

Zabawa:7

Walory techniczne: 8

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:7

68/100

W skali brutalności:2/10

 

Złodziej dusz, porywacz ciał

Lifechanger/ Złodziej dusz (2018)

Drew nie wie kim tak naprawdę jest. Od lata wciela się w kolejnych ludzi, bo tylko regularna wymiana ciała może mu zapewnić przetrwanie. Jego jedynym celem wydaje się zbliżenie się do pewnej kobiety, która każdego wieczoru przesiaduje samotnie nad kieliszkiem.

Dziwny film. Niby można go zaliczyć do kategorii vampire movies, ale jego bohater klasycznym wampirem nie jest. Posiada nadnaturalny talent, który pozwala mu na ‘przejmowanie żyć’. Sam proces owego przejęcia kojarzyć się może z czymś z kategorii sci-fi, ale to też nie jest do końca to. Utrudnia to nieco odbiór filmu, bo ciężko powiedzieć o czym tak naprawdę mówi, a jego finał ani myśli nam to wyjaśnić.

Fabuła ogranicza się do metafizycznych rozważań naszego dość anonimowego bohatera towarzyszącym kolejnym morderstwom.

Można powiedzieć, że nasz Drew ma coś z Hrabiego Draculi, który nie bacząc na nic dąży do połączenia z ukochaną. Jedynym co spędza mu sen z powiek to pytanie, czy gdy wyjawi jej swoje prawdziwe oblicze, ta zdoła go zaakceptować?

Swoją egzystencję ogranicza do walki o przetrwanie i tak też o nim mówi. To właśnie chęć przetrwania, właściwa wszystkim żywym organizmom stanowi usprawiedliwienie dla jego czynów.

Czy taka historia może się podobać? Jest w stanie zainteresować? Jeśli lubicie opowieści oparte na monologu głównego bohatera, to ten tym narracji może Wam przypaść do gustu, jednak nie wiem, czy sam pomysł wyjściowy jest wystarczająco atrakcyjny, żeby do siebie przekonać.

Zdecydowanie odradzam film wielbicielom wartkiej i efektownej akcji, komu zaś mogę polecić? Być może tym, którzy chcą spojrzeć na problematykę wampiryzmu od bardziej analitycznej strony aniżeli zażyć rozrywki.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa: 6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:5

52/100

W skali brutalności:1/10

Gdzie jest wilk

Wilkołak (2018)

Polska, rok 1945. Grupa dzieci pod opieką najstarszej z nich, Hani, przybywa do prowizorycznego sierocińca zorganizowanego w zrujnowanej posiadłości pośrodku lasu, gdzieś w górach. Tam po wyzwoleniu z obozu Gross -Rosen mogą cieszyć się namiastką wolności. Jednak ta wolność naznaczona jest obozową traumą i głodem, który doskwiera dzieciom w zasadzie pozostawionym samym sobie. Czekając na pomoc ze strony Rosjan zostają otoczeni przez błąkające się w okolicy esesmańskie psy, szkolone do zabijania uciekających więźniów.

Nie uronię żadnej okazji by poobcować z polskim kinem grozy, choćby miało to być najchujowsze kinowe doświadczenie sezonu ;D Oczywiście liczyłam się z tym zasiadając do seansu z “Wilkołakiem”, ale miałam też nadzieję na coś… bo ja wiem? Super?

Nie mogę powiedzieć by film zawiódł nadzieje, ale obeszło się też bez fajerwerków.

Czy ma szanse spodobać się szerszej publiczności? Myślę, że tak. Wojenne klimaty jeśli chodzi o polskie kino nadal są na topie, jednak nie jest to dzieło spod znaku opowieści o bohaterskich powstańcach przepełnionych ideałami, czy dzieło bardzo polityczne. Dzieciakom z filmu Panka bliżej do bohaterów z “Władcy much” niż z “Kamieni na szaniec”.

Mimo, że nie jest to typowy horror w mainstreamowym rozumieniu, może przysporzyć przykrych skojarzeń. Jeśli chodzi o mnie, największe wrażenie zrobił na mnie niezwykle naturalistyczny obraz dziecięcej natury wypaczonej i naznaczonej obozowym piekłem.

Te dzieci, z których znaczna część całe swoje dzieciństwo spędziła w pasiastych pidżamach bardziej przypomina zdziczałe zwierzątka niż istoty ludzkie. Jedna z dziewczynek nie nauczyła się nawet mówić, czy to z powodu braku możliwości rozwoju czy z problemów natury psychologicznej. Ich jedynym celem jest przetrwanie, zaspokojenie najniższych potrzeb. Ich rzedkie zabawy są odzwierciedleniem  tego czym przesiąkły: przemoc, destrukcja, tresura. Na dziecięcych aktorach spoczywa cały ciężar filmu i one ten ciężar podźwignęły za co im chwała.

Punktem kulminacyjnym jest pojawienie się psów, niemieckich owczarków, jawiących się niczym wilki, które wyszły z lasu na polowanie. Jednak czy to one są rzeczywistymi antybohaterami? Chyba dość szybko zmienicie zdanie:)

Tytułowy wilkołak, to nie postać z legend, obrośnięty sierścią człowiek wyjący do księżyca, a raczej metafora pewnej transformacji, transformacji w swojego własnego wroga. Z resztą takich metafor jest tu więcej, przemycane są nawet w … ubraniach, co przydaje całej historii pewnej baśniowości, podobnie jak obsadzenie na pierwszym planie dzieci.

Klimat filmu jest dość klaustrofobiczny z racji ograniczonej przestrzeni na jakiej się rozgrywa, a dodajmy jeszcze do tego późniejsze uwięzienie z powodu wroga czającego się u drzwi. Świetne wrażenie robi też sama posiadłość wybrana na miejsce akcji. Stary pałacyk, który mimo że lata świetności ma już dawno za sobą nadal jest wielkopańskim pałacem, do którego grupa zdziczałych dzieci pasuje jak Karolak do roli amanta.

Podsumowując, wrażenia bardzo pozytywne, jednakże nadal czekam na pełny rozkwit polskiego kina grozy i może, może się kiedyś doczekam;)

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:7

65/100

W skali brutalności:1/10

Zostaniemy w domu

We Have always lived in the castle/ Zawsze mieszkałyśmy na zamku (2018)

Siostry Blackwood, Constance i Merricat mieszkają w rodzinnej posiadłości sprawując opiekę nad kalekim wujem jako jedynym krewnym. Żyją odcięte od świata zewnętrznego naznaczone piętnem rodziny, która zwykłą wymordowywać swoich członków. Ich względny spokój zostaje zakłócony intruzem, dalszym krewnym, który postanawia z nimi zamieszkać.

I w tym miejscu jestem wygrana, bo mam już za sobą lekturę książki na podstawie, której powstał film. I cieszę się bardzo, bo nie jestem przekonana by ta ekranizacja mnie do niej zachęciła. Nie wiem nawet czy to wina sposobu realizacji filmu, czy raczej kwestia tego, że książka jest dość trudna do przełożenia na język filmu. W fabule nie ma większej dynamiki, nie buduje napięcia, a jej sens ukryty jest pod powierzchnią.

Książkę czytałam dość dawno, a i tak odczułam bolesny brak głębi, a to co w książce wydawało się oczywiste tu wydało się wręcz łopatologicznie wyłożone.

Tak więc film zdecydowanie nie jest najbardziej pożądanym sposobem na zapoznanie się z tą historią, którą, no przecież, byłam zachwycona, czytając. Nie mogę przyczepić się do aktorstwa, bo obsada została dobrana całkiem zgrabnie.  Nie bardzo pasował mi natomiast wystrój tytułowego zamku. Nie zgodny z moim wyobrażeniem, jakiś taki… mało mroczny, mało zapuszczony.

Cóż więcej mogę powiedzieć? Ciężko mi szczerze zachęcać do seansu z filmem, choć nie jest znowu ‘taki ostatni’, za to mogę potwierdzić raz jeszcze: przeczytajcie książkę Shirley Jackson.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

to coś:5

53/100

W skali brutalności:1/10

Pani Jeziora

Rusalka: Ozero myortvykh/ Rusałka: Jezioro umarłych (2018)

Roma i Marina mają wkrótce wziąć ślub. W związku z tym zdarzeniem młody narzeczony uczestniczy w wieczorze kawalerskim, który zostaje zorganizowany w domu nad jeziorem. Ów dom jest w posiadaniu jego rodziny, jednak ta dawno go już opuściła. Roma i Marina mają otrzymać posiadłość w prezencie ślubnym. Narzeczona pragnie zobaczyć dom nim zgodnie z wolą ojca Romy zostanie on spieniężony. Właśnie tam Roma spotyka tajemniczą dziewczynę. Całuje ją i od tej chwili jego los jest już przesądzony.

Cieszyłam się na seans z tą całą “Rusałką”. Jeśli czytacie też recenzje książek, o których piszę, to zauważyliście pewną prawidłowość: poluje na te z wątkami słowiańskiego folkloru. I czekam, aż ktoś robi piękny horror w oparciu o słowiańską mitologię.

“Rusałka”, która dotarła do nas z Rosji rozbudziła moją nadzieję, że może, może… to właśnie to?

Widziałam trzy dobre rosyjskie horrory “Julenkę” , “III” i  “Martwe córki“. Nie dociera ich do nas wiele, więc jest to całkiem niezły wynik.

Niestety “Rusałka” została nakręcona całkowicie na modę amerykańską. Przypomina konwencjonalne teen horrory z motywem nadprzyrodzonego zagrożenia, które próbuje wyeliminować młodych bohaterów.

Motywacja tytułowej antybohaterki jest dość oczywista a i z jej historią się nie wysilono. Nie wydaje mi się żeby należycie wykorzystano tkwiący w niej potencjał.

Film niezbyt angażuje, niezbyt ciekawi, ale jest miły dla oka i może stanowić jakąś rozrywkę, szczególnie dla miłośników mainstreamu. Daję plusa za ładną buzię Mariny i za wybór pleneru do kręcenia filmu. I to chyba na tyle:)

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:5

51/100

w skali brutalności:1/10

Druga matka

Greta (2018)

 

Młoda amerykanka, Frances, pracuje jako kelnerka w jednej w Nowojorskich restauracji i mieszka z przyjaciółką Ericą. W drodze powrotnej z pracy Fraces znajduje w metrze damską torebkę. Sprawdziwszy jej zawartość postanawia odnaleźć jej właścicielkę i zwrócić jej zgubę. Tak dziewczyna poznaje Gretę Hideg, starszą kobietę, z którą szybko się zaprzyjaźnia. Współlokatorka, Erica, która jest sceptycznie nastawiona do tej znajomości ostrzega Frances, jednak dziewczyna musi przekonać się na własnej skórze kim właściwie jest Greta i jakie ma wobec niej zamiary.

“Greta” to nowy thriller twórcy wielu docenianych jak i kasowych produkcji Neil’a Jordana. Niestety nie mogę powiedzieć by jego najnowszy twór przystawał poziomem do chociażby “Wywiadu z wampirem“, który również nakręcił. Owszem, film może poszczycić się dobrą realizacją, czy gwiazdorską obsadą. Niestety zabrakło tu pierwiastka, który wyróżniłby produkcję spośród innych typowo mainstreamowych psycho thrillerów.

Z założenia scenariusz miał zaskoczyć widza proponując nam antybohatera będącego klasycznym wilkiem w owczej skórze. Niestety sprawa od początku jest przewidywalna, a widz dostaje tyle czytelnych sygnałów świadczących o typowości tej zrywki, że nie możemy sobie pozwolić na najmniejsze złudzenia w kwestii jej finału.

Portrety psychologiczne postaci są toporne, biją po oczach przewidywalnością i schematem. Kogo my tu mamy? Osieroconą przez matkę młodziutką dziewczynę, która w przypadkowej kobiecie odnajduje substytut matki. Mamy bystrą przyjaciółkę, która od początku wietrzy podstęp i w jednym zdaniu trafnie diagnozuje problem naszej głównej bohaterki. Wreszcie antagonistka, która wzbudza podejrzenia od pierwszych minut gdy pojawia się na ekranie, a bliższe jej poznanie – opowieści o córce- szybko zdradzają jej intencje wobec ofiary.

Nie jest to z pewnością produkcja, która zadowoli bardziej wymagającego widza. Owszem, ogląda się ją całkiem przyjemnie, ale nie budzi szczególnych emocji, ani nie zapada w pamięć.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś: 5

54/100

W skali brutalności/1/10

To nigdy nie jest ich wina

A Vigilante/ Strażniczka (2018)

Sadie uczęszcza na spotkania grupy wsparcia dla kobiet doświadczających przemocy domowej. To w czasie jednego z nich postanawia wykorzystać to, czego nauczyła się walcząc z mężem, by pomóc najsłabszym przedstawicielkom własnej płci. Jej metody w walce z mężczyznami tyranizującymi kobiety mogą wydać się kontrowersyjne, ale na pewno nie można im odmówić skuteczności. Z każdego kolejnego zadania Sadie wywiązuje się brawurowo, żaden męski odpad nie jest jej straszny. Żaden, po za jej własnym mężem…

“Strażniczka” to debiutancki thriller Sary Daggar- Nickson na podstawie jej własnego scenariusza, do udziału w którym zaangażowała charyzmatyczną Olivie Wilde.

Aktorka wciela się tu w postać kobiety mścicielki bezlitośnie wymierzającej sprawiedliwość damskim bokserom. Jej celem może nie tyle jest chęć odegrania się na tego rodzaju typach, co pomoc dla ich ofiar. Każdy z nich dostaje solidny wpierdol po czym ma opuścić dom, w którym do tej pory siał terror, stosownie zabezpieczając swoją niedawną ofiarę finansowo.

Na zmianę obserwujemy silną i niezłomną bohaterkę i jej załamaną nerwowo wersję, gdy zostaje sama w czterech ścianach motelu. Ładunek emocjonalny towarzyszący obserwacji obydwu wersji Sadie jest dość silny. Jeśli chodzi o mnie o to największe wrażenie, mające jednoznacznie negatywne konotacje, wywarła na mnie realizacja zlecenia u pewnej kobiety, matki dwóch chłopców – tak kobiety też mogą być sprawczyniami przemocy domowej. Aż się we mnie zagotowało. Chyba to po prostu kwestia stereotypu – facet sadysta jakoś nikogo już nie szokuje, ale żeby kobieta…matka. W każdym razie wydarzenia tu przedstawione mogą zrobić wrażenie, szczególnie na co bardziej wrażliwych widzach.

Przez dłuższy czas trwania filmu nie wiemy co doprowadziło Sadie to punktu, w którym obecnie się znalazła. Widzimy tylko jej blizny, te na ciele i te na duszy.

Kto był w stanie sponiewierać kobietę tak silną, tak waleczną? Albo inaczej: Co doprowadziło do tego, że taką właśnie się stała? Kim była wcześniej? Kim był jej oprawca?

W końcu poznamy Nemezis Sadie, jej męża. Jeśli tu spodziewacie się klasycznego dupka to Was powinien zaskoczyć. Z klasycznymi dupkami łączy go oczywiście powtarzane niczym mantra przerzucenie winy na kobietę: Widzisz do czego mnie zmusiłaś, suko ty? Całą reszta to wyższy poziom pojebania.

“Strażniczka” sprawdzi się jako dramat, szczególnie w pierwszej fazie rozwoju tej historii, ale i jako thriller gdy w końcu dojdzie do konfrontacji Sadie z wrogiem jej życia.

Przekonała mnie ta opowieść, jej formie też nie mam nic do zarzucenia. Film w sam raz żeby się podobać.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:6

60/100

W skali brutalności:2/10

Po ciemnej stronie internetu

Unfriended: Dark Web (2018)

Matias pracuje nad aplikacja mającą pomóc mu w komunikowaniu się ze swoją głuchoniemą dziewczyną, Amayą. Nowy laptop znaleziony w kawiarence internetowej, w której chłopak pracuje jest jakby darem niebios, mającym mu bardzo ułatwić sprawę. Niestety prawdziwy właściciel sprzętu szybko upomina się po swoją własność, co więcej okazuje się, że laptop służył mu do działań po ciemnej stronie sieci, tak zwanym dark necie.

Wiecie co? Chyba lubię te wszystkie cyber thrillery. “Dark Web” jest drugim po “Searching” ‘nakręconym kamerą internetową’ thrillerem jaki widziałam w ostatnim czasie. Podobnie jak było w przypadku wspomnianego filmu, tak też w przypadku “Dark Web” filmowe wydarzenia śledzimy obserwując ekran monitora głównego bohatera. Działania jego jak i działania innych bohaterów, to działania w sieci, bacznie obserwowane przez oko internetowych kamer.

Nadal nie mogę się nadziwić jakim sposobem udaje się uzyskać także dynamikę akcji, podczas gdy bohaterzy tkwią przed ekranem? A jednak prostymi środkami wyrazu udaje się nie tylko opowiedzieć ciekawą historię, ale i zbudować wokół niej napięcie. Coś mi mówi, że ta technika będzie coraz popularniejsza.

Wracając jednak do filmu: Opowieść o Matiasie, który wdepnął w gówno w momencie, gdy połaszczył się na cudzy sprzęt nie wciągnie Was od razu. Ciężko zawiązać wątek w tej właśnie nowatorskiej konwencji. Nie mniej jednak kończy się to powodzeniem.

Emocje, które obserwujemy, jakby nie patrzeć przez podwójny ekran nadal są żywe i myślę że mogą udzielić się widzowi.  W moim przypadku tak było. Z pewnością to zasługa całkiem przekonującego aktorstwa, ale i dobrze zbudowane scenariusza. Jak dla mnie film na plus, choć domyślam się, że będą i tacy, dla których taka forma będzie kompletnie nie trafiona.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:8

Zaskoczenie:7

Zabawa:9

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność: 7

To coś:7

69/100

W skali brutalności:1/10