Archiwa tagu: horrory z 2018

Skrzypek z diabłem przystaje

The Sonata/ Sonata (2018)

Utalentowana skrzypaczka Rose Fisher dziedziczy po ojcu, muzycznym geniuszu, zabytkową posiadłość we Francji. Mimo, że Richard Marlowe zerwał z nią kontakt, gdy była jeszcze dzieckiem ochoczo dziewczyna  rzuca wszystko i wyrusza tam gdzie żył i umarł jej ojciec. Na miejscu udaje jej się dowiedzieć co nieco o stylu życia i makabrycznych okolicznościach śmierci genialnego kompozytora. Znajduje też jego ostatnie dzieło, które nie zdążyło ujrzeć światła dziennego. Pełna dziwnych symboli partytura staje się obiektem dociekań Rose.

„Sonata” jest reżyserskim debiutem. Mówię o tym od razu, bo fakt ten może Wam umknąć. To, że może umknąć zdecydowanie świadczy na korzyść produkcji. Andrew Desmont, będę Cię mieć na oku.

„Sonata” to nastrojowy mystery horror z gotyckim tłem. Obiecujący klimat opowieści wyczujecie już prologu. Scena samobójczej śmierci widziana oczami ofiary. Następnie przechodzimy do etapu zapoznania z główną bohaterką i wreszcie, akcja właściwa.

Rozpoczyna się ona z chwilą przekroczenia przez Rose progu rezydencji. Dla zainteresowanych: Posiadłość Marlowe’a we Francji to w rzeczywistości łotewski zamek Cesvaine z drugiej połowy XIX wieku. Mieszkałabym.

Wnętrza robią kolosalne wrażenie i w ogromnej mierze przyczyniają się do pozytywnego odbioru samej historii. Na ten film po prostu dobrze się patrzy. I dobrze się go słucha. Choć samym tytułowa sonata skrzypcowa, gdy ją w końcu usłyszymy w całości nie robi oczekiwanego wrażenia – no, ja nie miałam WOW – to muzyka, która pobrzmiewa przez cały film to już inna sprawa. Filmowy soundtrack jest świetny i zwraca uwagę.

Na fabułę składa się głównie dochodzenie głównej bohaterki dotyczące dziwnych symboli zawartych w sonacie pozostawionej przez ojca. Tu wchodzimy w sferę paranormalną, może satanistyczną. Skojarzenie z „Dziewiątymi wrotami„, czy „Dzieckiem Rosemary” będzie jak najbardziej trafne. Generalnie twórca nie odżegnuje się od inspiracji filmami mogącymi zaliczyć się już do klasyki horroru, co odnotowuję na plus.

Nie mogę powiedzieć by główna zagadka była szczególnie oryginalna, ale nie jestem pewna czy taka miała być. Podobała mi się warstwa techniczna filmu, choć nie powiem by debiutujący reżyser uniknął wszystkich błędów. Aktorstwo też na plus, choć początkowo źle odbierałam kreację głównej bohaterki. No i jest to ostatni film nieodżałowanego autostopowicza Rutgera Hauera. W każdym razie „Sonata” jest jak najbardziej warta obejrzenia.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:8

67/100

W skali brutalności: 1/10

Zabij pasterza

Charlie mówi/ Charlie Says/ Charlie mówi (2018)

Od trzech lat, które zdążyły upłynąć od najsłynniejszych zbrodni w Hollywood, Leslie Van Hounten (Lulu), Patricia Krenwinkel (Katie) i Susan Atkins (Sadie) przebywają w celi śmierci. Mają tam zostać jeszcze długo, bo karę śmierci ostatecznie zmieniono na dożywocie.

Naczelnik więzienia widząc, że konieczna izolacja dziewcząt nie wpływa dobrze na ich resocjalizację, postanawia dopuścić do nich więzienną edukatorkę Karlene Faith. Kobieta regularnie spotyka się z osadzonymi dziewczynami Mansona próbując wykorzenić z ich głów nauki, za sprawą których dokonały zbrodni i trafiły za kratki.

Zastanawiałam się, czy w ogóle pisać Wam o tym filmie, bo nie szczególnie wpisuje się gatunkowo w tematykę bloga, ale pomyślało mi się, że jakby nie patrzeć ten rok należy do publikacji, i filmowych i książkowych poświęconych sprawie Mansona. Nie chciałam więc go pomijać, zwłaszcza, że nie skupia się on ani na osoba bezpośrednich ofiar, ani na mózgu operacji, czyli Mansonie, a na jego wyznawczyniach – oprawczyniach i ofiarach jednocześnie.

Nie wiem na ile scenariusz filmu odpowiada faktycznym wydarzeniom, bo wiem jedynie, że inspiracją do niego była literatura faktu, między innymi głośnią książką „Rodzina”. Dlatego też nie mogą Wam powiedzieć, że oto w tej chwili zasiadając do seansu z „Charlie mówi” poznacie tajniki prania mózgu jakiemu zostały poddane trzy młode morderczynie, albo, że poznacie kulisy ich odsiadki. Nie mniej jednak z pewnością poznacie interesującą historię.

Film w bardzo zgrabnym ujęciu prezentuje nam charakterystyki trzech bohaterek i nierówną walkę jaką toczy ich nauczycielka by w och głowach wreszcie zaświtała logiczna myśl. Postać Karlene bardzo mi zaimponowała. Raz, że zgodziła się zająć osadzonymi budzącymi tak ogromne kontrowersje, dwa, że zrobiła to z taką empatią. Nie, nie wparowała do ich celi, nie rozsadziła po kątach, nie okładała książkami po głowach. Nawet ani razu nie powiedziała im, że są pojebane, choć takie słowa cisnęłyby się na usta każdemu kto posłuchałby odtwarzanych przez nie banialuk.

Spotkania z nauczycielką przypominają bardziej terapię, niż edukację. Zadanie Karlene jest bardzo trudne, bo jak skonfrontować kogoś z myślą, że w mgnieniu oka przesrał sobie życie w imię czegoś, co jest wytworem fantazji? Widzimy jak szala przechyla się na stronę bolesnej prawdy, choć wdrukowane przez Mansona prawidła działają jak szwajcarski zegarek mimo swojej absurdalności.

Bardzo dobre kreacje aktorskie odtwórczyń ról Lulu, Sadie i Katie sprawiają, że nie da się ich ocenić kategorycznie i jednoznacznie. Z jednej strony są to jednostki, które nie mają żadnych wyrzutów sumienia w związku z zimnokrwistą zbrodnią, z drugiej strony prezentują się jak zagubione dzieci, żyjące w świecie bajek i cały czas powtarzające: Charlie mówi.

Retrospekcje skupiające się głównie na wspomnieniach Lulu – tej, która łamie się jako pierwsza – ukazują historie początku końca. Widzimy Mansona głosiciela, widzimy Mansona niespełnionego artystę, widzimy Mansona sadystę, widzimy Mansona pasterza.

Widzimy też trzy dziewczyny, które całkowicie straciły dla niego głowę. Nie, nie będę analizować dlaczego i nie będę Wam przedstawiać własnych wniosków, bo chcę żebyście zobaczyli to sami i ułożyli w głowach po swojemu.

Film jest smutny, bo jak inaczej może być, jeśli mamy do czniania z historią bezsensownych zbrodni i zmarnowanych żyć. Zachęcam do obejrzenia Moi Drodzy.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:7

63/100

W skali brutalności:1/10

Ostatnia impreza

Die letzte Party deines Lebens aka Party Hard die young (2018)

Grupa absolwentów liceum bawi się wspólnie na kilkudniowej imprezie muzycznej w Chorwacji. Wśród nich są Julia i Jessika przyjaciółki planujące wspólne studia. Niestety jedna z nich postanawia się wyłamać i bez uprzedzenia drugiej zmienia założenia. Pomiędzy dziewczynami dochodzi do kłótni w wyniku, której rozdzielają się podczas popijawy. Nazajutrz ani Julia ani jej przyjaciele nie mogą znaleźć Jessiki. Nikt z nich nie rezygnuje jednak z dalszej zabawy, tymczasem zaczynają ginąć kolejne osoby z klasy Julii.

To dopiero głośny film. I nie mam tu na myśli sławy i popularności, tylko wrażenia czysto sensoryczne. Nieustannie hucząca muzyka taneczna to znak sygnalny tej historii. Młodzi bohaterzy austriackiego horroru bawią się i giną w rytm Gigi d’agostino.

Już chyba jesteście w stanie stwierdzić, że nie jest to produkcja skierowana do fanów nastrojówek. Zdecydowanie mamy tu do czynienia z teen slasherem, który jednak ma niewiele wspólnego z estetyką klasyki tego podgatunku. To horror na wskroś współczesny mimo, że jego szkielet fabularny trąci myszką, bo żadne novum tu nie następuje.

Bohaterzy to grupa rozbawionych, kipiących młodością ludzi. Przez większość akcji są pijani albo skacowani. Jak w każdym podręcznikowym slasherze pojawia się jakiś Zły Pan, który psuje im zabawę.

Tożsamość owego niegodziwca jest skrzętnie ukrywana przed widzem. Scenarzysta jest na tyle ostrożny, że nie daje nam choćby małej wskazówki, coby nie zepsuć w sumie dość oczywistego finału. Pisząc oczywisty nie mam tu na myśli łatwy do odgadnięcia, bo jak wspomniałam tropów brak- chyba, że tych mylnych – chodzi mi raczej o typowość rozwiązania tej zagadki. Tak, jest sztampowo slasherowa. Jest umoralniająca pointa i wszytko zgodnie z podręcznikiem.

Dla fanów dynamicznych zgonów jest tu sporo dobrego, więc pod tym względem film się sprawdza. Myślę, też, że za sprawą tej zalety zjedna sobie jakąś tam rzesze fanów. Jak dla mnie może być.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne: 8

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

56/10

W skali brutalności:2/10

Tylko krew

Bloodline (2018)

Evan Cole jest szczęśliwym mężem, świeżo upieczonym ojcem i szkolnym psychologiem na co dzień zajmującym się udzielaniem wsparcia nastolatkom mierzącym się z różnymi problemami. Każdy dzień pracy upływa mu na słuchaniu nie rzadko zatrważających zwierzeń.

Evan czuje się coraz mocniej sfrustrowany tym, że w wielu sytuacjach nie jest w stanie pomóc podopiecznym, nie bez podjęcia radykalnych kroków. Pewnego dnia po wysłuchaniu kolejnego wyznania nie wytrzymuje i postanawia osobiście rozliczyć się z winowajcą krzywdzącym dziecko.

Tytuł „Bloodline” z pewnością wzbudził przyjemne skojarzenia u fanów twórczości zespołu „Slayer”;) Wbrew temu, na co może wskazywać ów tytuł jest to film raczej umiarkowanie krwawy. Oczywiście sceny śmierci są tu obecne i stanowią główny wątek fabuły, ale nie spodziewajcie się rzek krwi.

Gatunkowo obraz przystaje bardziej do psycho thrillera z seryjnym zabójcą w roli głównej aniżeli slashera, czy filmu gore, lub torture porn. Głównie za sprawą naszego bohatera-antybohatera.

Nie małym zaskoczeniem była dla mnie twarz odtwórcy roli głównej. Co Stifler robi w horrorze?;) Ano gra i gra bardzo dobrze, Moi Drodzy. Widząc go z poważną, posępną miną, całą swoją postawą okazujący profesjonalizm była pod dużym wrażeniem. Debiutujący reżyser najwyraźniej pozwolił mu wyjść po za pudełko i dobrze zrobił.

Początek filmu w żaden sposób nie zapowiada jakie licho siedzi w Evanie. Jest przybity, trochę wyzuty z emocji, ale bardziej odbierałam to jako objaw zawodowego wypalenia niż rys socjopatyczny. Z drugiej strony, czy Evan jest socjopatą?

Śledząc drogę jaka doprowadziła Evana do vendetty, którą ostatecznie odprawia, wcale mu się nie dziwiłam. To kwestia osobistych doświadczeń zawodowych, ale miałam ochotę poklepać go po ramieniu i powiedzieć: Stary, wiem co czujesz.

Evan nie zabijał dla przyjemności, choć z drugiej strony udział w spełnieniu czyjejś karmy, dopełnienie sprawiedliwości, musiało mu sprawiać frajdę, a może tylko ulgę?

W każdym razie bohater „Bloodline” nie jest typowym mordercą. Nie bez udziału w całej sytuacji był jego żona, niezbyt szczęśliwa młoda mama i jej teściowa, tak, nazwijmy ją ‚mamą Stiflera’. Mama Stiflera wymiata.

Sceny śmierci ofiar też wypadają dobrze, może dlatego, że Evan nie ogranicza się do samego zabijania;). Tak więc, film jak najbardziej nice i spokojnie możecie obaczyć.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne: 8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:7

64/100

W skali brutalności:/2/10

Karma, czyli sumienie

Karma/ Karma (2018)

Manny i Alicia są młodym małżeństwem z problemami finansowymi. Owe problemy zmuszają ich do zamieszkania z teściami. Manny nie może znaleźć pracy, więc ojciec jego małżonki daje mu etat w swojej agencji nieruchomości. Praca Manny’ego nie ma jednak polegać na uszczęśliwianiu kolejnych rodzin nowymi domami, a odbieraniu ich zadłużonym lokatorom.

W czasie jednej z eksmisji Manny jest zmuszony wyrzucić na bruk dawnego kolegę i jego chorą matkę. Walcząc z własnym sumieniem w końcu decyduje się udowodnić teściowi, że nadaje się do wykonywanej pracy. Wkrótce po tym zdarzeniu na Manny’ego i jego bliskich zaczynają spadać kolejne nieszczęścia.

„Karma” to termin obecny w wierzeniach hinduizmu i buddyzmu, ale nie tylko osoby z tych kręgów religijnych wierzą w jej istnienie. Karmiczne podejście jest dość uniwersalne, wszystko sprowadza się do życia w myśl zasady: co zasiejesz to zbierzesz, to co czynisz innym wraca do Ciebie.

Teraz już chyba wiecie o czym jest film Nicka Simona i co robi słowo ‚karma’ w tytule. Z uwagi na gatunek możecie się spodziewać, że ‚suka karma’ uderzy tu z dużym impetem.

Bóg Iswara, czyli Hinduistyczny dostarczyciel karmy, objawia się tu jako siła iście demoniczna i nie tylko sprowadza nieszczęścia na tych, którzy ‚zasłużyli’, ale  i targa ludźmi po podłodze, uderza o ściany – jak na amerykańskiego demona przystało.

Nasz sympatyczny bohater Manny gdy orientuje się, z czym ma do czynienia stara się przebłagać zły los, oszukać przeznaczenie.

Założenia fabularne filmu nie są złe. Wykorzystanie motywu karmy jest dość ciekawym posunięciem, ale wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

Nie jest to obraz wysokich lotów. Warsztat aktorski i wszystkie aspekty techniczne są na bardzo przeciętnym poziomie, a i scenariusz można by trochę podrasować. Zabrakło jakiegokolwiek elementu zaskoczenia, czegoś co wyróżniłoby film spośród innych horrorów z demonicznymi siłami.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:6

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:5

Aktorstwo:5

Oryginalność:6

To coś:5

48/100

W skali brutalności: 1/10

Diabeł interesuje się słabymi

Gwen (2018)

XIX wieczna Walia. Na nieprzyjaznych terenach Snowdonii leży farma należąca do rodziny nastoletniej Gwen. Od chwili wyruszenia ojca na wojnę Gwen wraz z matką i młodszą siostrą muszą borykać się same z trudami codziennego życia. Owy trud bynajmniej nie procentuje, a problemów z jakimi muszą mierzyć się kobiety jest coraz więcej. W sąsiedztwie umierają ludzie i zwierzęta gospodarcze, w końcu i matka Gwen zaczyna chorować. Otoczona górami farma zaczyna się jawić jako miejsce przeklęte i opuszczone przez boga.

„Gwen” to kolejny miły memu sercu horror kostiumowy wykorzystujący elementy folkloru. Jego akcja rozgrywa się w XIX wieku na terenach obecnego parku narodowego Snowdonii na północy wysp Brytyjskich. Nie zabraknie tu pięknych krajobrazów, które mogą sprawiać agorafobiczne wrażenie. Nieustannie świszczący wiatr, rozległe przestrzenie pokryte głównie kamieniami, trawą i błotem. Niewielka zaniedbana farma i niewielu bohaterów.

Na ich czele stoi Gwen, która może Wam się kojarzyć z Tomasine z „Czarownicy”. Jest to kolejna dorastająca dziewczyna, która dźwiga brzemię opieki nad bliskimi przy jednoczesnym wykluczeniu z gromady. Gdy matka dziewczyny zaczyna chorować ta nie może liczyć na pomoc. Atak, którego doświadcza w czasie nabożeństwa w lokalnym kościele staje się przyczyną ostracyzmu ze strony ludzi, widzących w tym dzieło diabelskie.

Kto jest tu antybohaterem musicie ocenić sami. Bez wątpienia na farmie dzieje się coś niepokojącego, ale co to jest? Czy przyczyną jest załamanie nerwowe matki, czy coś nadnaturalnego? A może to wszytko dzieło ludzi i ich okrucieństwa i pazerności? Mam na ten temat swoje zdanie, ale nie chcę Wam nic narzucać.

Obraz ma wspaniały klimat, w którym groza może w pełni rozkwitać. Ma też dobrze zbudowaną warstwę dramatyczną, historycznie uzasadnione tło społeczne, które stanowi doskonałą przestrzeń do budowania historii wcale nie paranormalnej tylko zwyczajnie po ludzku tragicznej. Ta gatunkowa uniwersalność jeśli chodzi o mój odbiór działa zdecydowanie na plus, choć dla miłośników czystości gatunkowej i bardziej ewidentnie horrowych rozwiązań może stanowić problem.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:8

70/100

W skali brutalności:2/10

Idealna nuta

The Perfection/ Perfekcja (2018)

Charlotte jest utalentowaną wiolonczelistką, niestety opieka nad chorą matką zmusiła ją do zrezygnowania z nauki i uniemożliwiła karierę.

Teraz, gdy matka zmarła, Charlotte postanawia wrócić do muzyki. W tym celu odnawia znajomość ze swoim nauczycielem Antonem w czasie prestiżowego konkursu muzycznego w Azji. Tam poznaje inną uczennice mistrza, Lizzie, która w przeciwieństwie do niej znajduje się na szczycie.

Mimo dzielących je różnić kobiety nawiązują dość intensywną znajomość i wkrótce wyruszają we wspólną podróż, której celem jednak nie jest zacieśnianie więzi, a coś zupełnie innego.

Cóż za dziwny twór! Netflix zdążył mnie przyzwyczaić do różnych treści serwowanych na platformie i nie rzadko trafiam tam na produkcje… wyróżniające się. Czy pozytywnie, czy negatywnie, to już inna kwestia, w każdym razie dalekie od tego co proponuje repertuar kin.  Nie inaczej jest z „Perfekcją”.

Richard Shepard odpowiadający zarówno za scenariusz jak i za reżyserie znany jest głównie z produkcji seriali. Ma na swoim koncie „Salem„, „Criminal minds”, ale i lżejsze historie. Mogę przypuszczać, że właśnie  serialowe doświadczenia miały znaczny wpływ na wielowątkowość „Perfekcji”, która przez cały tok akcji wykonuje dwa na tyle wielkie przeskoki, jakbyśmy mieli do czynienia z dwoma osobnymi historiami. Jednakże wątki splecione są na tyle sprawnie, że tworzą cokolwiek dziwną, a jednak integralną całość.

Wszytko zaczyna się od przedstawienia sylwetki Charlotte. Utalentowana dziewczyna, która jednak nie mogła rozwijać talentu spotyka kogoś kto, można rzecz wykorzystał szansę, którą jej odebrano. No, tu mili państwo szykuje się intryga. Osobiście podejrzewałam Charlotte o najgorsze intencje, ba, był w filmie taki etap, że prawie jej potwierdzono, ale tu znowu zwrot.

Wycieczka dziewcząt po Szanghaju, jej przebieg, sprawił, że całkowicie zarzuciłam swoje podejrzenia. No, kurczę, ja tu rozkminiam toxic relationship, a szykuje się historia o epidemii jakiejś dżumy, czy innego zombizmu. To jak rozwiązano tę kwestie wprawiło mnie w niemałe osłupienie, ale to jeszcze nie koniec. Osłupień. Moich.

Tak, im dalej w las tym więcej grzybów, robi się z tego dobrze porąbana opowieść. Może trochę nazbyt porąbana? No, to musicie ocenić sami. Mnie trochę męczyło wrażenie, że twórca chciał przekazać w tym filmie więcej niż mógł. No, taśmy nie stykło. Przez co pojawia się tu sporo momentów niejasności, przykrej konsternacji. Narracja jest mocno poszarpana, co może utrudniać odbiór.

Technicznie film jest bardzo dobry. Zdjęcia szczególnie w końcowym hymmm…. akcie zwracają dużą uwagę. Położono nacisk na artyzm i nastrój, a i obsada wypada bardzo dobrze. Z pewnością „Perfekcja” jest warta sprawdzenia, a czy się spodoba, to już kwestia bardzo indywidualna.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:6

Zaskoczenie:9

Zabawa:7

Walory techniczne: 8

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:7

68/100

W skali brutalności:2/10

 

Złodziej dusz, porywacz ciał

Lifechanger/ Złodziej dusz (2018)

Drew nie wie kim tak naprawdę jest. Od lata wciela się w kolejnych ludzi, bo tylko regularna wymiana ciała może mu zapewnić przetrwanie. Jego jedynym celem wydaje się zbliżenie się do pewnej kobiety, która każdego wieczoru przesiaduje samotnie nad kieliszkiem.

Dziwny film. Niby można go zaliczyć do kategorii vampire movies, ale jego bohater klasycznym wampirem nie jest. Posiada nadnaturalny talent, który pozwala mu na ‚przejmowanie żyć’. Sam proces owego przejęcia kojarzyć się może z czymś z kategorii sci-fi, ale to też nie jest do końca to. Utrudnia to nieco odbiór filmu, bo ciężko powiedzieć o czym tak naprawdę mówi, a jego finał ani myśli nam to wyjaśnić.

Fabuła ogranicza się do metafizycznych rozważań naszego dość anonimowego bohatera towarzyszącym kolejnym morderstwom.

Można powiedzieć, że nasz Drew ma coś z Hrabiego Draculi, który nie bacząc na nic dąży do połączenia z ukochaną. Jedynym co spędza mu sen z powiek to pytanie, czy gdy wyjawi jej swoje prawdziwe oblicze, ta zdoła go zaakceptować?

Swoją egzystencję ogranicza do walki o przetrwanie i tak też o nim mówi. To właśnie chęć przetrwania, właściwa wszystkim żywym organizmom stanowi usprawiedliwienie dla jego czynów.

Czy taka historia może się podobać? Jest w stanie zainteresować? Jeśli lubicie opowieści oparte na monologu głównego bohatera, to ten tym narracji może Wam przypaść do gustu, jednak nie wiem, czy sam pomysł wyjściowy jest wystarczająco atrakcyjny, żeby do siebie przekonać.

Zdecydowanie odradzam film wielbicielom wartkiej i efektownej akcji, komu zaś mogę polecić? Być może tym, którzy chcą spojrzeć na problematykę wampiryzmu od bardziej analitycznej strony aniżeli zażyć rozrywki.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa: 6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:5

52/100

W skali brutalności:1/10

Gdzie jest wilk

Wilkołak (2018)

Polska, rok 1945. Grupa dzieci pod opieką najstarszej z nich, Hani, przybywa do prowizorycznego sierocińca zorganizowanego w zrujnowanej posiadłości pośrodku lasu, gdzieś w górach. Tam po wyzwoleniu z obozu Gross -Rosen mogą cieszyć się namiastką wolności. Jednak ta wolność naznaczona jest obozową traumą i głodem, który doskwiera dzieciom w zasadzie pozostawionym samym sobie. Czekając na pomoc ze strony Rosjan zostają otoczeni przez błąkające się w okolicy esesmańskie psy, szkolone do zabijania uciekających więźniów.

Nie uronię żadnej okazji by poobcować z polskim kinem grozy, choćby miało to być najchujowsze kinowe doświadczenie sezonu ;D Oczywiście liczyłam się z tym zasiadając do seansu z „Wilkołakiem”, ale miałam też nadzieję na coś… bo ja wiem? Super?

Nie mogę powiedzieć by film zawiódł nadzieje, ale obeszło się też bez fajerwerków.

Czy ma szanse spodobać się szerszej publiczności? Myślę, że tak. Wojenne klimaty jeśli chodzi o polskie kino nadal są na topie, jednak nie jest to dzieło spod znaku opowieści o bohaterskich powstańcach przepełnionych ideałami, czy dzieło bardzo polityczne. Dzieciakom z filmu Panka bliżej do bohaterów z „Władcy much” niż z „Kamieni na szaniec”.

Mimo, że nie jest to typowy horror w mainstreamowym rozumieniu, może przysporzyć przykrych skojarzeń. Jeśli chodzi o mnie, największe wrażenie zrobił na mnie niezwykle naturalistyczny obraz dziecięcej natury wypaczonej i naznaczonej obozowym piekłem.

Te dzieci, z których znaczna część całe swoje dzieciństwo spędziła w pasiastych pidżamach bardziej przypomina zdziczałe zwierzątka niż istoty ludzkie. Jedna z dziewczynek nie nauczyła się nawet mówić, czy to z powodu braku możliwości rozwoju czy z problemów natury psychologicznej. Ich jedynym celem jest przetrwanie, zaspokojenie najniższych potrzeb. Ich rzedkie zabawy są odzwierciedleniem  tego czym przesiąkły: przemoc, destrukcja, tresura. Na dziecięcych aktorach spoczywa cały ciężar filmu i one ten ciężar podźwignęły za co im chwała.

Punktem kulminacyjnym jest pojawienie się psów, niemieckich owczarków, jawiących się niczym wilki, które wyszły z lasu na polowanie. Jednak czy to one są rzeczywistymi antybohaterami? Chyba dość szybko zmienicie zdanie:)

Tytułowy wilkołak, to nie postać z legend, obrośnięty sierścią człowiek wyjący do księżyca, a raczej metafora pewnej transformacji, transformacji w swojego własnego wroga. Z resztą takich metafor jest tu więcej, przemycane są nawet w … ubraniach, co przydaje całej historii pewnej baśniowości, podobnie jak obsadzenie na pierwszym planie dzieci.

Klimat filmu jest dość klaustrofobiczny z racji ograniczonej przestrzeni na jakiej się rozgrywa, a dodajmy jeszcze do tego późniejsze uwięzienie z powodu wroga czającego się u drzwi. Świetne wrażenie robi też sama posiadłość wybrana na miejsce akcji. Stary pałacyk, który mimo że lata świetności ma już dawno za sobą nadal jest wielkopańskim pałacem, do którego grupa zdziczałych dzieci pasuje jak Karolak do roli amanta.

Podsumowując, wrażenia bardzo pozytywne, jednakże nadal czekam na pełny rozkwit polskiego kina grozy i może, może się kiedyś doczekam;)

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:7

65/100

W skali brutalności:1/10

Zostaniemy w domu

We Have always lived in the castle/ Zawsze mieszkałyśmy na zamku (2018)

Siostry Blackwood, Constance i Merricat mieszkają w rodzinnej posiadłości sprawując opiekę nad kalekim wujem jako jedynym krewnym. Żyją odcięte od świata zewnętrznego naznaczone piętnem rodziny, która zwykłą wymordowywać swoich członków. Ich względny spokój zostaje zakłócony intruzem, dalszym krewnym, który postanawia z nimi zamieszkać.

I w tym miejscu jestem wygrana, bo mam już za sobą lekturę książki na podstawie, której powstał film. I cieszę się bardzo, bo nie jestem przekonana by ta ekranizacja mnie do niej zachęciła. Nie wiem nawet czy to wina sposobu realizacji filmu, czy raczej kwestia tego, że książka jest dość trudna do przełożenia na język filmu. W fabule nie ma większej dynamiki, nie buduje napięcia, a jej sens ukryty jest pod powierzchnią.

Książkę czytałam dość dawno, a i tak odczułam bolesny brak głębi, a to co w książce wydawało się oczywiste tu wydało się wręcz łopatologicznie wyłożone.

Tak więc film zdecydowanie nie jest najbardziej pożądanym sposobem na zapoznanie się z tą historią, którą, no przecież, byłam zachwycona, czytając. Nie mogę przyczepić się do aktorstwa, bo obsada została dobrana całkiem zgrabnie.  Nie bardzo pasował mi natomiast wystrój tytułowego zamku. Nie zgodny z moim wyobrażeniem, jakiś taki… mało mroczny, mało zapuszczony.

Cóż więcej mogę powiedzieć? Ciężko mi szczerze zachęcać do seansu z filmem, choć nie jest znowu ‚taki ostatni’, za to mogę potwierdzić raz jeszcze: przeczytajcie książkę Shirley Jackson.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

to coś:5

53/100

W skali brutalności:1/10