Archiwa tagu: horrory z 2019

Co jest Doktorku?

Doctor Sleep/ Doktor Sen (2019)

Mały Danny Torrance, nie jest już małym Dannym. Jest facetem w średnim wieku i wszystkie znaki na niebie i ziemi pokazują, że równia pochyła po której lata temu stoczył się jego ojciec, szalony Jack Torrance, będzie też jego udziałem.

Ze szponów alkoholowego nałogu dużego Danny’ego wyrywa pewne wydarzenie. Można powiedzieć, że doszedł do ściany, albo osiągnął dno. Zmierzając przed siebie spotyka człowieka, który wyciąga do niego pomocną dłoń. Danny się ogarnia, zaczyna pracę w hospicjum. Wtedy w jego życie wkracza lśniące dziecko. Dorastająca Abra wzywa na oślep pomocy. Do jej domu zbliżają się ludzie-nieludzie, chcący nakarmić się jej lśnieniem, tak jak zrobili to z innym dzieckiem i robili od wielu, wielu lat.

literacką wersją kontynuacji „Lśnienia” Stephena Kinga miałam do czynienia już ładnych parę lat temu. Ku mojemu zaskoczeniu dość mi się spodobała, choć może nie jestem miłośniczką sequeli, czy filmowych czy książkowych, tą uznałam za w jakiś sposób uzasadnioną. Widać, że King miał w tej materii coś jeszcze do powiedzenia i nie chodziło tylko zarobek.

Wkrótce po ukazaniu się powieści „Doktor sen” rozpoczęto pierwsze przymiarki do ekranizacji. Napisano scenariusz, wytypowano reżysera. Ostatecznie film powstał jednak na podstawie pomysłu i w reżyserskim wykonaniu bardzo solidnego Mike Flanagana. Tak, jest to jeden z niewielu współczesnych reżyserów, który trzyma się na topie i zachowuje poziom, jeśli chcecie znać moje zdanie.

Każdy kto wie, jak poważnie konfliktowa okazała się filmowa wersja „Lśnienia”, której dokonał Stanley Kubrick zdaje sobie pewnie sprawę z tego, że przełożenie na ekran kontynuacji tej historii będzie zadaniem karkołomnym. Stephen King jeszcze nad grobem Kubricka ciosał nad nim kołki za to, jak przedstawił w swoim filmie jego autorską historię.

Jeśli czytaliście „Doktora…” z pewnością zwróciliście uwagę nad przedmowę od autora, w której dobitnie podkreśla, że pisze kontynuację „Lśnienia” w swojej i tylko w swojej wersji. Mike Flanagan musiał jednak podejść do sprawy kompleksowo. I powiem Wam, że wybrnął z tej kałabanii po mistrzowsku. Ukłonił się ładnie mistrzowi grozy i wykorzystał sympatię widzów do ekranizacji Kubricka.

Jak więc nakręcić kontynuacje jednocześnie dwóch utworów, których zakończenia zasadniczo się różnią? SPOILER: Finał filmowego „Doktora…” rozgrywa się w hotelu Panorama- tak tym samym, który poszedł z dymem w książkowej wersji „Lśnienia”. Ocalał jednak w wizji Kubricka. Dlatego też filmowy Dan robi to co w książkowej wersji zrobił jego ojciec- puszcza Panoramę z dymem. Prawda, że sprytnie? KONIEC SPOILERA. Reżyser „Doktora…” uszanował wersję Kubricka dzięki czemu mógł z niej czerpać pełnymi garściami zarzucając widza retrospekcjami. Zrobił też to, czego Kubrick nie zrobił i może dzięki temu trochę obłaskawił Kinga?

Retrospekcje z udziałem starego Jacka Torrance’a- z nowym aktorem- nie do końca ukazują go w takim świetle w jakim widział go Kubrick. Jest bardziej złamanym życiem człowiekiem, który był łakomym kąskiem dla duchów Panoramy niż szalonym pijakiem- czyli Flangan ukazał go w tych fragmentach tak jak chciał King.

Czy mi jako, powiedzmy, zatwardziałej zwolenniczce team Kubrick to przeszkadzało? Zupełnie nie. Pamiętajmy, że dla małego przerażonego  Danny’ego jakim był w „Lśnieniu” ojciec faktycznie mógł jawić się w ten sposób – jako okrutnik, monstrum, po latach zaś gdy poniekąd podzielił jego los, przeszedł się w jego butach, wpadł w to samo gówno, mógł go widzieć zupełnie inaczej – tak jak chciał King. Koło się zamyka. Ten chwyt tylko dowodzi zmyślności reżysera „Doktora…”

Lecimy dalej. Pomijając kwestię finału scenariusz filmu dość mocno trzyma się książki, wiadomo, że na taśmie filmowej nie udało się upchnąć wszystkiego, ale w przypadku ekranizacji chyba nie ma co traktować skrótów jako rażących zmian. Jeśli komuś podobała się więc książka film też powinien skonsumować ze smakiem.

Aktorstwo jest dobre, choć jakbym miała być upierdliwa to wcielająca się w postać Abry młoda aktorka trochę raziła mnie sztywnością ruchów, natomiast bardzo dobre wrażenie zrobiła na mnie filmowa Rose. W książce wyobrażałam ją sobie całkiem inaczej, ale jest to zmiana na plus. No i Evan McGregor, który przyznam – gdy zobaczyłam go na trailerze zupełnie nie pasował mi na Danny’ego – zrobił dobrą robotę. W swojej kreacji skupił się na ukazaniu dramatyzmu sytuacji postaci. Widział ten ciężar na jego barkach i dzięki temu angażowałam się w jego rozterki.

Technicznie film też wypada bardzo dobrze, ale nie ma co się dziwić patrząc na budżet. Bardzo podobały mi się na nowo nakręcone sceny ze starego „Lśnienia” to jak silnie obraz starał się odtworzyć klimat. Efekty, choć nie był ich znowu tak wiele, uderzały w te same tony. Nie mogę jednak odżałować,  że nie pojawiły się znienawidzone przez Kinga rzeki krwi;)

Reasumując, film przyjemny, ale raczej dla wąskiej grupy odbiorców- fanów Kinga. Choć z drugiej strony, czy ta grupa jest wąska? Miłośnicy grozy w pełnej klasie mogą być nieco rozczarowani, bo nie ma tu zbyt wiele typowo horrorowych zagrań, narracja jest raczej nieśpieszna i mocno obyczajowa.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie;6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:6

62/100

W skali brutalności:1/10

Urodzeni włamywacze

The Villains (2019)

Mickey i Jules napadają na stację benzynową. Zgarnęli gotówkę, ale o paliwie do auta już nie pomyśleli. Nie mogąc się dostać na wymarzoną Florydę utknęli w środku leśnej drogi. Niczym oaza na pustyni przed ich oczyma ukazuje się … skrzynka pocztowa co oznacza, że gdzieś w najbliższej okolicy musi stać dom. Para zakochanych złodziei włamuje się do pustego domu. Przeszukując go w poszukiwaniu kluczyków do auta właścicieli, a w końcu benzyny trafiają do piwnicy, gdzie dokonują szczególnego odkrycia.

„Villains” to film duetu twórców, którzy sami stworzyli do niego scenariusz. Pomysł na film opiera się na archetypie obrazów pokroju „Boni i Clyde’a”. Ich bohaterami są młodzi, zakochani i zdemoralizowani. Tak też jawi nam się Jules i Mickey, choć napad w dziecięcych maskach nie jest może szczytem deprawacji i zgrozy.

Młodzi są więc antybohaterami do chwili gdy poznajemy właściwych antybohaterów. To przewrotny chwyt, który jednak był już stosowany, ukazuje nam on starą, złota zasadę, że na każdego cwaniaka znajdzie się większy cwaniak. Włamywacze okazują się bowiem całkiem niewinni w konfrontacji z właścicielami domu. Gdy ci nieoczekiwanie powracają nakrywając na miejscu Mickey’a i Jules, widzimy małżonków w średnim wieku. Uprzejmą panią domu i stanowczego acz spokojnego pana domu. Jednak pamiętajcie o piwnicy. Młodzi włamywacze znaleźli tam coś co zadaje kłam wizerunkowi uczciwych domowników.

Tak więc sytuacja się odwraca i Ci, których mogliśmy typować na wykolejonych i złych stają się ofiarami jeszcze bardziej wykolejonych i złych. Jules okazuje się nie tylko ładna i szalona, ale też troskliwa i współczująca. Micke’a też jakoś łatwiej rozgrzeszyć.A tak BTW rolę dziewczyny wciela się znana z „Coś za mną chodzi” Maika Monroe, za to Mickey to nikt inny jak Pennyvise:) Tak moi drodzy, to ten sam aktor.

Film utrzymany jest w klimacie czarnej komedii, bardziej aniżeli thrilleru jako takiego. Oczywiście cechy tego drugiego są tu jak najbardziej obecne, ale wszystkie wydarzenia, kreacje bohaterów mają jednak silnie komediowe zabarwienie, które rzuca się w oczy bardziej niż maleńki pierwiastek grozy całej sytuacji. Co więcej jest to humor udany, więc nawet jeśli główny szkielet fabularny nie zrobi na Was szczególnego wrażenia to i tak macie szansę zakończyć seans z zadowoloną miną.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:9

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

to coś:7

63/100

W skali brutalności:2/10

Nie umrzesz

Don’t Let go (2019)

Jack pracuje w policji i nie ma rodziny. Jego najbliższymi krewnymi są brat i bratanica. Z nastoletnią Ashley jest blisko związany i traktuje ją jak własną córkę. Kiedy w domu jego brata dochodzi do masakry w której giną wszyscy z Ashley włącznie Jack marzy tylko o tym by cofnąć czas i zapobiec tragedii. Wtedy jego komórka zaczyna dzwonić. Ni mniej ni więcej dzwoni do niego jego bratanica.

„Don’t let go” ma na FW dziwne kategorie gatunkowe. Sama mogę stwierdzić, że mnie osobiście przestaje do thrillera z elementami sc-fi i tego się będę trzymać. Jego twórca zasłynął całkiem dobrym „Mean Creek” i popłuczynami po „Ring”, czyli  „Rings”. Nie mogę więc powiedzieć, że miałam wyraźne  i konkretne oczekiwania względem jego nowej produkcji.

„Don’t let go” okazał się jednak klawym filmem. Jak na porządny thriller przystało mamy tu zagadkę i nie chodzi tylko o tę czysto kryminalną- kto zabił Ashley, ale i o to jakim cudem martwa dziewczynka wydzwania do swojego wujka?

Szczęśliwie  na głupka nie trafiło, Jack jest detektywem i nie spocznie do póki nie wyprostuje wszystkich supełków. Kreacja aktorska młodej Storm Reid w roli Ahsley przydaje sprawie nieco sentymentalnego dramatyzmu, który procentuje tym, że los bohaterki nie jest nam obojętny.

Sprawa nie jest ani prosta ani oczywista. Mamy tropy, błędne tropy, twisty i niespodzianki. Akcja jest wartka, ciśnienie może podskoczyć, kolejne wydarzenia trzymają widza w napięciu. Nie ma nudy, więc film punktuje w kategorii rozrywkowej, a że nie jest też głupi to tym bardziej warto na niego zerknąć.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:9

Zaskoczenie:8

Zabawa:8

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:7

70/100

W skali brutalności:1/10

Pokój życzeń

The Room/ Pokój (2019)

Matt i Kate kupują stary dom do remontu za miastem. Wprowadzają się do niego i wkrótce odkrywają niezwykłe właściwości jednego z pomieszczeń. Okazuje się, że mają w domu pokój, który spełnia życzenia. Bez limitu i bez konsekwencji – tak przynajmniej początkowo się wydaje. Kiedy małżonkowie opływają już w banknoty i kąpią się w strugach szampana Kate stwierdza, że zamówi sobie dziecko. I cyk, ma dziecko. Mniej więcej w tym samym czasie Matt odkrywa ulotność darów jakimi tak szczodrze obdarował ich los.

„The Room” to obraz, którym zainaugurowałam nowy filmowy rok. Zwykle staram się wybrać na pierwszy noworoczny rzut coś pewnego, ale tym razem stwierdziłam: A, co ma być to będzie.

Trafiłam całkiem dobrze, bo „Pokój” to dość przyjemny i sprawnie zrobiony straszak z pogranicza thrillera i filmu sci-fi. Twórcy nie mają wielkiego doświadczenia, ale wykorzystali sprawdzony motyw pod tytułem: Uważaj czego sobie życzysz, tym samym przenieśli środek ciężkości z warstwy nadprzyrodzonej na dramatyzm ludzkich wyborów i ich konsekwencji. Nie jest to produkcja szczególnie obfitująca w atrakcje, które trzeba konstruować przy pomocy komputera. Akcja nie jest szczególnie dynamiczna, ale toczy się bez nudy, swoim rytmem.

Kate i Matt opierając się na złotej zasadzie: Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby swobodnie korzystają z dobrodziejstwa jakim jest pokój życzeń i nie zastanawiają się nad pochodzeniem swojego szczęścia.

W końcu Kate dochodzi do wniosku, że rzeczy typowo materialne nie zaspokoją jej apetytu na szczęśliwość, a jako, że małżonkom nie szło zrobienie sobie dziecka tradycyjną pochwalaną przez kościół metodą;) Kate zamawia dziecko ze sprzedaży wysyłkowej ‚Pokój życzeń s-ka z o.o. ‚. Tak w ich domu pojawia się mały Shane, a mąż łapie wkurwa, bo mężczyźni jednak wolą mieć swój udział w poczęciu. Matt wychodzi. Bierze garść banknotów, które … tuż po przekroczeniu progu ich domu rozsypują się w pył. I tu jest pies pogrzebany.

Mężczyzna nie informuje żony o tym co grozi jej synkowi kiedy ta zabierze go np. na spacer. Kate przekonuje się o tym sama. Nie, Shane nie rozsypał się w pył. Stało się coś innego, ale nie powiem Wam co. Fakt faktem Matt zaczyna rozkminiać. Przypomina sobie o tym co usłyszał o poprzednim właścicielu domu…

Zagadka pokoju jest dość ciekawa. Sposób jej przedstawienia też nie budzi większych zastrzeżeń. W zasadzie wszystko jest okej, ale… ale to już było. Podobną historię mamy w „The box”, kojarzy mi się też film o dziurze w ścianie, która też miała niezwykłe zastosowanie. No i „Die Tur/ Drzwi” z Mikelsenem – to był sztos. Nie mówiąc już o całej masie produkcji mówiącej o spełnianiu nie przemyślanych życzeń jak nie szukając daleko „Wish upon”. Tak więc w tym z pozoru innowacyjnym pomyśle nie mamy wiele nowego. Ale, ale… oczywiście nie skreślam przez to „Pokoju”. To dobry film i przyjemnie się go ogląda.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:6

Zaskoczenie:6

Zabawa:7

Walory techniczne: 7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:6

60/100

W skali brutalności:1/10

Skrzypek z diabłem przystaje

The Sonata/ Sonata (2018)

Utalentowana skrzypaczka Rose Fisher dziedziczy po ojcu, muzycznym geniuszu, zabytkową posiadłość we Francji. Mimo, że Richard Marlowe zerwał z nią kontakt, gdy była jeszcze dzieckiem ochoczo dziewczyna  rzuca wszystko i wyrusza tam gdzie żył i umarł jej ojciec. Na miejscu udaje jej się dowiedzieć co nieco o stylu życia i makabrycznych okolicznościach śmierci genialnego kompozytora. Znajduje też jego ostatnie dzieło, które nie zdążyło ujrzeć światła dziennego. Pełna dziwnych symboli partytura staje się obiektem dociekań Rose.

„Sonata” jest reżyserskim debiutem. Mówię o tym od razu, bo fakt ten może Wam umknąć. To, że może umknąć zdecydowanie świadczy na korzyść produkcji. Andrew Desmont, będę Cię mieć na oku.

„Sonata” to nastrojowy mystery horror z gotyckim tłem. Obiecujący klimat opowieści wyczujecie już prologu. Scena samobójczej śmierci widziana oczami ofiary. Następnie przechodzimy do etapu zapoznania z główną bohaterką i wreszcie, akcja właściwa.

Rozpoczyna się ona z chwilą przekroczenia przez Rose progu rezydencji. Dla zainteresowanych: Posiadłość Marlowe’a we Francji to w rzeczywistości łotewski zamek Cesvaine z drugiej połowy XIX wieku. Mieszkałabym.

Wnętrza robią kolosalne wrażenie i w ogromnej mierze przyczyniają się do pozytywnego odbioru samej historii. Na ten film po prostu dobrze się patrzy. I dobrze się go słucha. Choć samym tytułowa sonata skrzypcowa, gdy ją w końcu usłyszymy w całości nie robi oczekiwanego wrażenia – no, ja nie miałam WOW – to muzyka, która pobrzmiewa przez cały film to już inna sprawa. Filmowy soundtrack jest świetny i zwraca uwagę.

Na fabułę składa się głównie dochodzenie głównej bohaterki dotyczące dziwnych symboli zawartych w sonacie pozostawionej przez ojca. Tu wchodzimy w sferę paranormalną, może satanistyczną. Skojarzenie z „Dziewiątymi wrotami„, czy „Dzieckiem Rosemary” będzie jak najbardziej trafne. Generalnie twórca nie odżegnuje się od inspiracji filmami mogącymi zaliczyć się już do klasyki horroru, co odnotowuję na plus.

Nie mogę powiedzieć by główna zagadka była szczególnie oryginalna, ale nie jestem pewna czy taka miała być. Podobała mi się warstwa techniczna filmu, choć nie powiem by debiutujący reżyser uniknął wszystkich błędów. Aktorstwo też na plus, choć początkowo źle odbierałam kreację głównej bohaterki. No i jest to ostatni film nieodżałowanego autostopowicza Rutgera Hauera. W każdym razie „Sonata” jest jak najbardziej warta obejrzenia.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:8

67/100

W skali brutalności: 1/10

Kto ma wisieć

The Gallows Act 2 /Szubienica: akt 2 (2019)

Auna Rue rozpoczyna naukę w nowym liceum, którego program nastawiony jest na rozwijanie talentów teatralnych uczniów. Dziewczyna wierzy, że tam zostanie odkryta przez łowców talentów i zrobi karierę na Broodway’u jak paru innych absolwentów szkoły.

Szukając popisowego numeru, który zaprezentuje natrafia na treść utworu „Szubienica”, sztuki noszącej miano przeklętej. Własną interpretację utworu publikuje na swoim kanale. Okazuje się, że jej aktorski popis zainteresował jedną z gwiazd słynnej sztuki, Charliego. Z tym, że Charlie jest jakby… martwy.

Nie sądziłam, że ktokolwiek wpadnie na pomysł kręcenia drugiej części „Szubienicy”, ale się myliłam. O dziwo „akt 2” nie jest franczyzą. Widać nie było chętnych by ogrzać się w wątpliwym blasku sławy pierwszej „Szubienicy„;)  (Ej, komuś w ogóle podobał się ten film?)

Tak więc część drugą zafundowali nam twórcy jedynki. Nie wiem, czy jest to kontynuacja, czy bardziej próba rehabilitacji, bo tym razem duet zgodnych filmowców obrał nieco innych kierunek. Tym razem nie uderzyli w konwencję verite. Mamy do czynienia z klasyczną formą operatorską. Stabilna kamera i te sprawy. Widać budżet tym razem większy. I aktorzy też jakby bardziej aktorscy, lepsza selekcja podczas łapanki widać;)

W każdym razie, bardziej da się to oglądać i mogę powiedzieć, ze nowa „Szubienica” mozolnie dobrnęła do poziomu średniaka. Główna bohaterka jest całkiem miła dla oka, choć gust filmowy ma raczej kiepski;)

Jej historia to uparte próby zaistnienia w czym niewątpliwie pomaga jej test tytułowej „Szubienicy”. Jako, że „Szubienica” jest przeklęta, a Auna Rue nieświadomie podejmuje tak zwaną „Próbę Charliego” odbija się to na jej zdrowiu psychicznym. Auna jest prześladowana. Szuka drogi ucieczki. Czy jej się uda? Na szczęście nie. Scenariusz nie został popsuty happy end’em  i nie mówię Wam o tym by spoilerować, tylko gwoli pochwały finału. A jeśli chcecie prawdziwy spoiler to zapraszam.

SPOILER: Końcowy twist fabularny to chyba najlepsza część filmu. Nie tylko dlatego, że zaskakuje, ale stanowi też pewne wyjaśnienie. Ta, Anua, nie jest tak głupiutka bez powodu. Anua trafiła na sieć intryg pracowicie usnutych przez uczniów prestiżowej szkoły celem zdjęcia klątwy. KONIEC SPOILERA.

Czy Anua powinna się złościć o takie zakończenie swojej historii? Bynajmniej, wszak została gwiazdą, tak jak chciała;) Tak, więc ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu okazało się, że w przypadku chujowego filmu, sequel nie musi być tylko gorszy.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:6

55/100

W skali brutalności:1/10

 

Światło

Lighthouse/ Latarnia (2019)

Koniec XIX wieku w Nowej Anglii. Młody Kanadyjczyk Ephraim Winslow porzuciwszy fach drwala przyjmuje posadę latarnika na małej skalistej wyspie. Jego szefem jest stary wilk morski Thomas Wake, który z surowością wprowadza młodzieńca w arkana pracy latarnika.

Przez długie cztery tygodnie obydwaj mężczyźni skazani są na swoje i tylko swoje towarzystwo. Stary nie oszczędza młodego przydzielając mu jak najbardziej niewdzięczne zajęcia, nie dopuszczając natomiast do właściwego stanowiska – strażnika światła latarni. Ephriam jest coraz bardziej sfrustrowany, a izolacja dodatkowo wzmaga nieprzyjemne odczucia.

Wyjaśniając Wam o czym traktuje najnowszy film twórczy „Czarownicy. Bajki ludowej z Nowej Anglii” posłużę się słowami samego reżysera: To film o tym, że nic dobrego nie wyjdzie z sytuacji, kiedy zamkniemy dwóch facetów w wielkim fallusie.

Trzeba przyznać, że Robert Eggers ma wyśmienite poczucie humoru, choć obcując z jego twórczością bierzcie ją jak najbardziej na serio.

Nie muszę Wam chyba przypominać jak wielkie wrażenie zrobił na mnie jego poprzedni obraz. Wieści o kolejnym przyjęłam z zapalczywym entuzjazmem. Nie rozczarował mnie, choć nie wiem czy Thomas wyparł z mojego serca Tomasine;)

Obydwa filmy, choć mogą wydawać się zupełnie inne mają wiele punktów wspólnych. Mają bardzo zbliżony klimat, choć las i morze to inna bajka, ale w obydwu przypadkach mamy do czynienia z miejscami odizolowanymi, gdzie nasi bohaterzy toczą nierówną walkę z siłami natury i samym sobą.

W „Czarownicy…” mamy pierwiastek kobiecy, a w „Latarni” męski. A dalej znowu podobieństwa. Konflikt: Młodość i starość. Tradycja i rutyna kontra łamanie zasad i bunt. Stłumiona cielesność domagająca się głosu.

Z uwagi na to, że mamy tu do czynienia z teatrem dwóch aktorów, ich kreacje muszą być silne i są.

Sama historia jest prosta, można ja sprowadzić do bardzo uniwersalnego archetypu, ale jej oprawa czyni ją niebanalną. Niebanalną mimo rozlicznych odniesień do innych znanych tworów.

Wrażenia wizualne są niezrównane. Jeśli ktoś z taką namiętnością traktuje czarno-białe filmy to popadnie w zachwyt. Ja popadłam.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:10

Napięcie:7

Zaskoczenie:6

Zabawa:8

Walory techniczne:10

Aktorstwo:10

Oryginalność:8

To coś:9

78/100

W skali brutalności:2/10

Wyniki głosowania na najlepszy film grozy 2019

Najlepsze filmy grozy roku 2019

Witajcie w Nowym Roku! Mam nadzieję, że bawiliście się wyśmienicie w tegorocznego sylwestra. Przybywam do Was  z wynikami ankiety dotyczącej najlepszych Waszym zdaniem tegorocznych straszaków. Od połowy grudnia mogliście oddawać głosy na swoje typy. Każdy mógł oddać głos na trzy tytuły. Bardzo cieszy mnie duże zainteresowanie ankietą – po raz pierwszy w formie klikanej. A wyniki? Cóż… Oceńcie sami:

1. „Midsomar: w biały dzień” ex aequo z   „To my” (27 głosów)

Wygląda na to, że na pierwszym miejscu mamy remis. Remis dla mnie dość zaskakujący, bo nie typowałam „To my” na tegorocznego faworyta. Jeśli chodzi o „Midsomar” zgadzam się w całej rozciągłości.

2. „To. Rozdział drugi” (18 głosów)

Popularnością drugiej części Kingowskiej adaptacji zaskoczona nie jestem, ale nie przyczyniłam się do tego wyróżnienia swoim głosem.

3. „Zabawa w pochowanego” (13 głosów)

Jako ostatni na podium załapał się horror komediowy. To również nie jest mój faworyt

Po za podium znalazły się kolejno:

4. „Pet Sematery / Smętarz dla zwierzaków” (12 głosów)

5. „In tall grass / W wysokiej trawie„(10 głosów)

6. „Lighthouse / Latarnia” (9 głosów)

7. Escape room & Doctor Sleep / Doktor Sen (8 głosów)

8. Perfection / Perfekcja & Crawl/ pełzająca śmierć& Prodigy / Prodigy: Opętany & Child’s Play / Laleczka (6 głosów)

9. Polaroid & Eli & Wind/ Wiatr (5 głosów)

10. Velvet Buzzsaw & Room for the rent / Pokój do wynajęcia & Silence / Cisza & Ma (4 głosy)

11. Wilkołak & Podły, okrutny, zły & Bloodline & La influencia & Anabelle wraca do domu (3 głosy)

12.Upiorne opowieści po zmroku & Haunt / Dom strachów & The Hole i the Ground / Imposter & The Shed / Złe miejsce & Śmierć nadejdzie dziś 2 &  (2 głosy)

13. The dead don’d die / Truposze nie umierają & Animas & Ciemno, prawie noc & St Agatha / Zakon świętej Agaty & I Trapped the Devil & Topielisko. Klątwa La Llorony & Brightburn: Syn ciemności & Countdown & 0.0MHz Częstotliwość opętania & Savaha: The Sixt Finger & You might be the killer & Monument & 3 From Hell / 3 z piekła: (1 głos)

Tak zdecydowaliście. Jeśli chcecie wiedzieć to moje podium wyglądałoby nieco inaczej:

  1. Midsomar: w biały dzień
  2. Latarnia
  3. Wiatr

Wszystkim którzy wzięli udział w głosowaniu bardzo dziękuję. Jeśli przeoczyliście filmy umieszczone w zestawieniu czas nadrabiać;) A z okazji nowego roku sobie i Wam życzę jak najwięcej genialnych filmów.

 

 

 

Gdy Ci źle zadzwoń do Jill i zabij się

Radio silence/ Cisza na antenie (2019)

Jill Peterman jest psychologiem zajmującym się udzielaniem konsultacji słuchaczom na antenie radia. Jej audycja cieszy się dużym powodzeniem, a sama Jill jest uważana za kompetentną mimo, że jej rady ograniczają się zwykle do krótkich i dość agresywnych komend w stylu: rzuć faceta i weź się w garść.

W czasie jednej z takich rozmów słuchaczka Alexis nader dosłownie odbiera radę doktor Jill i popełnia samobójstwo. Po usłyszeniu huku wystrzału pani psycholog na pewien czas zawiesza audycję, gdy jednak decyduje się powrócić wraz z nią powraca Alexis, a przynajmniej ktoś kto się za nią podaje. Jill jest prześladowana nie tylko na antenie ale i poza nią. Zaczynają ginąć osoby z jej otoczenia.

„Cisza na antenie” to jedna z wielu produkcji telewizyjnych nakręcona przez Phelippe’a Gagona.

Jak większość tego typu filmów nie wyróżnia się wysokim poziomem. Scenariusz to dość gładka papka, która jednak gatunkowo ociera się o thriller.

Główną zagadką jest to kto prześladuje radiową gwiazdę. Scenarzysta bardzo stara się o to byśmy dali wiarę teorii, że Alexis wcale się nie zabiła i przez dłuższy czas kurczowo trzyma się tej wersji. Dla mnie ta teoria była dupna od samego początku i ani przez moment nie dałam się nabrać. Myślę, że z Wami będzie podobnie, dlatego mówię o tym otwarcie.

To co w filmie może zaskoczyć to chyba tylko fakt, jak bardzo ta sprawa została naciągnięta, bo główna niespodzianka sprowadza się do stwierdzenia: jaki ten świat mały.

Jeśli nie macie nic ciekawszego do obejrzenia- ja akurat nie miałam – to możecie sobie zerknąć na ten oto film, ale nie liczcie na nic powyżej niższej średniej.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:4

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:5

Aktorstwo:5

Oryginalność:4

To coś:4

42/100

W skali brutalności:1/10

Kto bogatemu zabroni

Ready or not/ Zabawa w pochowanego (2019)

Grace wychodzi za mąż za Alexa tym samym wstępując do możnej rodziny Le Domas. W noc zaślubin rodzinna tradycja nakazuje młodym wziąć udział w rodzinnej grze. Grace jako nowa członkini rodu ma zaszczyt wylosować ją z pomocą tajemniczej skrzyni, która jest w rodzinie od pokoleń i stanowi dla nich swoiste sacrum. Los wskazuje, że familia ma się podjąć rozgrywki w chowanego.

Le Domas’i bardzo poważnie podchodzą do tradycji, a w tym momencie ni mniej ni więcej owa tradycja nakazuje im uzbroić się i… zabić Grace. Pod warunkiem, że uda im się ją znaleźć przed świtem. W przeciwnym razie cały ród przepadnie, zgodnie ze słowami niejakiego pana LeBaila, który ową skrzynką obdarował przodka rodu tym samym sprowadzając na niego bogactwo i powinność kultywowania tradycji.

Nie wiem jak wy, ale osobiście nie lubię weselnych gier. Nie mniej jednak to, co serwują La Domasi to szczyt groteski w tym zakresie. O ile arystokracja ma swoje dziwne zwyczaje o tyle polowania na pannę młodą w noc zaślubin to chyba jedna z oryginalniejszych rozrywek. Właśnie na kanwie tego stereotypu bogatych dziwaków zbudowany jest pomysł „Zabawy w pochowanego”. Muszę przyznać, że tym razem polska wersja tytułu całkiem się udała;)

Film kategoryzowany jest jako horror/ czarna komedia i myślę, że spełnia założenia obojga gatunków.

Elementów czarnego humoru zobaczymy tu co nie miara i myślę, że jest to humor raczej z tych zgrabnych. Zamysł trąci groteską, ale jest to groteska z rodzaju tych upiorniejszych.

Obsada doskonale wczuła się w swoje rolę – choć uważam, że Samara Weaving w kolejnym już filmie pokazuje to samo – i stanowią ciekawy pochód porąbańców.

Akcji nie brakuje dynamiki i to kolejny plus. Fabuła skupia się na pościgu za panną młodą, która z wdziękiem walczy o przetrwanie, szukając sprzymierzeńców wśród mieszkańców posiadłości. Los nikogo tu nie oszczędza więc będzie całkiem krwawo.

Najmocniejszą stroną filmu jest jego wartość rozrywkowa. Nie wiem, czy ktoś się na nim szczególnie przestraszy, ale scenariusz przynajmniej stara się trzymać w napięciu. Dla mnie całkiem niezły.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:6

60/100

W skali brutalności:2/10