Archiwa tagu: horrory z 2019

Groza jest różowa

Color Out of Space/ Kolor z przestworzy (2019)

Rodzina Gardnerów niedawno osiadła na farmie w Arkham odziedziczonej przez ojca rodziny. W ten sposób Nathan, jego żona Theresa i trójka dzieci wymienili wielkomiejską rzeczywistość na wiejską sielankę z hodowlą alpak w tle.

Pewnej nocy na ich ziemiach rozbija się meteoryt, Jak szybko się pojawił tak też zniknął, a Gardnerowie nie wiedzą, że zdarzenie to przekreśli ich szansę na spokojną egzystencję. Czy też na jakąkolwiek egzystencje w ogóle…

„Kolor z przestworzy” (1929) H. P. Lovecrafta jest jednym z najchętniej przenoszonych na ekran opowiadań autora. Każda kolejna jest swego rodzaju wariacją na temat treści oryginału i tak naprawdę trudno mi skazać taką, która trzymałaby się go w stu procentach.

Nie inaczej jest w przypadku filmu Richarda Stanleya. Jak dotąd moją ulubioną filmową wersją jest „Colour from the dark” z 2008 roku, który tylko o krótki łeb wyprzedza chyba najbardziej znaną ekranizację pt. „Klątwa” z 1987 roku. „Kolor z przestworzy” (2019) ma spore szanse dołączyć do tej top dwójki.

Jak na standardy współczesnego kina akacja jest wartka i nie w  niej mowy o rozciągnięciu na lata sytuacji z którą przyszło się mierzyć rodzinie bohatera tak jak powinno być zgodnie z wersją oryginalną. Nieszczęście spada na Nathana i jego bliskich nagle i z impetem. Potrzeba zaledwie paru dni by ludzie i zwierzęta zaczęły chorować.

Wszystko zaczyna się w nocy i tu mamy już pierwszą mocno zeschizowaną scenę. Nathan usiłuje po długim celibacie posunąć swoją żonę nie widząc, że za oknem rozbłysły światła, coś łupnęło, wprawiając w popłoch jego dzieci.

Tego typu psychodelicznie nacechowane sekwencje będą sztandarową cechą tej produkcji zaraz obok cierpkiego humoru. Głównym komikiem jest wcielający się w postać ojca rodzi Nicolas Cage ze swadą opowiadający dziennikarzom o niecodziennym znalezisku na swojej posesji. Jest on też osobą, której najbardziej odbije, choć jakimś sposobem udało mu się uniknąć typowo fizycznych dolegliwości, przynajmniej w tak zaawansowanej formie jak dopadły one jego żonę i najmłodszego syna.

A jeśli o fizycznych dolegliwościach mowa. Ci, którzy znają treść opowiadania wiedzą, że główną konsekwencją pojawienia się meteorytu było zakażenie gleby i wód gruntowych. Kosmiczna substancja zmienia strukturę organizmów, zmieniając smak pokarmów i robiąc biologiczne zamieszanie w fizjologi zwierząt i ludzi.

To doskonała okazja by przodownicy CGI mogli nam zafundować wszystkie walory body horroru. Tak mamy tu na co popatrzeć w tym zakresie. Im dalej brniemy w tę historię tym więcej takich smaczków.

I tu moi drodzy, miłośnicy Cronenberga poczują się jak ryba w wodzie. Mamy tu rozwiązania anatomiczne kojarzące się z „Towarzystwem” czy „Coś”. Myślę, że Wielcy Przedwieczni kiwają w tym momencie z aprobatą. Mnie się to podobało.

Czy Wam się spodoba, tego nie zagwarantuję. Jest w tym filmie coś mocno porytego, a zaproponowany tu sposób narracji jest nieco narowisty i poszarpany. Ale cóż, zaryzykuję i polecę.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Aktorstwo:7

Walory techniczne:8

Oryginalność: 6

To coś: 7

62/100

W skali brutalności: 2/10

Coś w szopie

Złe miejsce/ The Shed (2019)

Nastoletni Stan odkrywa, że w szopie na podwórku zagnieździło się coś niebezpiecznego. Stwór, kryjący się w mroku załatwia każdego kto wejdzie do jego kryjówki. Najpierw jest to pies, później dziadek Stana, pijak i awanturnik. Liczba ofiar zwiększa w miarę jak kolejne osoby wbrew ostrzeżeniom Stana wchodzą do starej szopy. Jego kolega Dommer idzie o krok dalej i sugeruje Stanowi, że powinien wykorzystać stwora jako maszynkę do likwidowania tych, którzy ich zdaniem powinni zostać zlikwidowani.

„The Shed” było jednym z tytułów jaki mogliście zobaczyć na ubiegłorocznym Halloweenowym maratonie w kinach Helios. Za scenariusz i reżyserie odpowiada jeden człowiek, którego nazwisko nic mi nie mówi. Seans ze „Złym miejscem” raczej nie wpłynie pozytywnie na ten stan rzeczy.

Mamy tu do czynienia z prostą historią. Nie wiadomo jak, nie wiadomo skąd, w szopie należącej do dziadka Stana zagnieżdża się krwiożerczy potwór. Kryje się w mroku i nie wychodzi na słońce, więc jego rodowód wskazuje na jeden dość popularny gatunek.

Stan, młody zbuntowany nastolatek patrzy jak stwór najpierw rozszarpuje psa, którym chciał go poszczuć, a później jego dziadka. Psa szkoda, dziadka trochę mniej. Stan jest przerażony i jedyne co mu przychodzi do głowy to zabicie szopy dechami by nikt więcej do niej nie wszedł. Na niewiele się to zda, bo ciekawskich nie brakuje, a dziwne zachowanie chłopaka sprowadza do niebezpiecznego miejsca tylko więcej osób.

Efekt końcowy każe mi podejrzewać, że scenariusz to ostatnia rzecz o jakiej myślał twórca pracując nad tym filmem. Dialogi są tak bzdurne, że nawet najlepsza obsada nie zdołałaby nic z nich wykrzesać. A obecna obsada zła nie jest. Szczególnie Jay Warren wypada nieźle w roli Stana, ale co z tego, jak wkłada mu się w usta teksty rodem z pseudo dokumentalnych dram?

Nie przeszkadzał mi mało wymyślny motyw przewodni filmu, myślę wręcz, że ta prostota niejako ratuje tą produkcję. Ze zgrozą myślę o tym co by z tego wyszło gdyby twórca musiał spisać scenariusz do bardziej złożonej historii. Tę i tak upraszcza jak się da, na każdym kroku stosując skróty i pominięcia. Aż dziwi mnie fakt, że nie kazał Stanowi spalić szopy zamykając fabułę po kwadransie;)

Niejaki powiew nadziei wprowadza na plan Dommer, który chce wykorzystać potencjał potwora, ale po załatwieniu w ten sposób jednego koleżki fabuła skręca w kolejną ślepą uliczkę. Do samego końca nie uświadczymy już nic wartego uwagi.

Filmidło liche z tego wyszło.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:4

45/100

W skali brutalności:1/10

Be my guest

I see you (2019)

Małomiasteczkowy glina, detektyw Greg Harper prowadzi dochodzenie w sprawie zaginięcia  dwunastoletniego chłopca. Tymczasem w jego domu dzieją się coraz bardziej niepokojące rzeczy i bynajmniej nie chodzi o ostatnio zdemaskowaną zdradę, której dopuściła się jego żona, ani nie o fochy nastoletniego syna. Znikające przedmioty, latające doniczki i wrogo nastawione drzwi od szafy to dopiero początek.

Thriller „I see You” nakręcono na podstawie pierwszego scenariusza jaki wyszedł z pod ręki aktora Devona Graye’a. Jak na debiut przystało mamy tu pewien powiew świeżości. Otóż nie malkontenci, to nie jest kolejne ghost story o nawiedzonym domu.

W filmie idzie o coś zupełnie innego. Przekonacie się o tym gdzieś mniej więcej w połowie seansu. Wtedy też pojawia się główny fabularny twist, na którym w dużej mierze spoczywa ciężar całego przedsięwzięcia. Nie powiem żebym nie była nim zaskoczona.

To jednak nie wszystko co może Was tu zaskoczyć. W finale rozwiązana zostanie jeszcze jedna zagadka, ale tu nie byłam już tak entuzjastyczna. Lubię nieoczekiwane zwroty akcji, ale tylko te logicznie uzasadnione. Tu uzasadnienia nie był wcale. Ot jest jak jest, a po za tym psycholodzy to idioci. Be my guest 😀 Musicie mi darować tą lakoniczność. Trudno napisać o głównych walorach filmu jeśli są nimi rzeczy, których absolutnie nie powinno się wiedzieć przed seansem;)

Film jest sprawnie zrealizowany, co w dużej mierze jest zasługą dobrego rozplanowania filmowych wydarzeń. Technicznie bez zarzutów, ale też nie ma tu szczególnie o co się potknąć, ani z efektami nie poszaleli, ani nie tryskali krwią na aktorów.

A skoro o aktorach mowa to muszę to powiedzieć. Helen Hunt chyba pomyliła plany filmowe. Jej twarz to jakiś koszmar i od czasu gdy pod nóż poszła Meg Ryan nie widziałam tak skopanego zabiegu przeciwzmarszczkowego. Jej twarz wygląda jak zagipsowana. Aktorka z trudem wydobywała z niej ruchy mimiczne. Jeśli więc chcecie w tym thrillerze znaleźć element horroru to jest on wymalowany na twarzy Helen Hunt 🙁

Słowem podsumowania: Całkiem dobra produkcja, może nie rewelacyjna i nie pozbawiona wad, ale jak najbardziej do obejrzenia.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:7

to coś:6

60/100

W skali brutalności:1/10

Przyjaciel na śmierć

Daniel isn’t real (2019)

Luke jest samotnym dzieckiem. Nie ma przyjaciół nie licząc Daniela. Jego matka przechodzi poważne załamanie po odejściu jego ojca, a chłopiec kiepsko to znosi. Jego przyjaciel bardzo chce mu pomóc. Kiedy Luke w asyście Daniela prawie uśmierca mamę, kobieta postawia zakończyć znajomość między synem a Danielem. Trudno jest jednak zerwać znajomość… z samym sobą.

„Daniel isn’t real” to filmowy thriller powstały na podstawie książki „In this way I was saved”, która jeszcze nie dotarła na polski rynek wydawniczy. Wieszczę, że szybko może się to zmienić o ile film odniesie w naszym kraju sukces. Czy na ten sukces ma szansę?

Dla mnie film delikatnie powyżej średniej. Motywem przewodnim jest tu znany i lubiany motyw wymyślonego przyjaciela. Ta częsta przypadłość samotnych dzieci jest tu przedstawiona w dwójnasób.

Z jednej strony widząc tendencję matki bohatera do zaburzeń natury psychicznej myślimy o stanie chorobowym. Luke jest szalony, cierpi na najatrakcyjniejszą popkulturową chorobę – osobowość mnogą. Z drugiej strony demoniczna postać Daniela każe nam szukać nadprzyrodzonego rodowodu tej postaci. Tak, scenariusz w końcu rozstrzyga tę kwestię dość jednoznacznie skręcając  w jedną z uliczek i  musiałabym bardzo się uprzeć by pozostać po drugiej stronie barykady. To chyba główna słabość filmu.  chyba wolałabym dostać większą swobodę interpretacji.

Technicznie film wypada dobrze, efekty wcale nie są źle wykonane, a jest ich sporo i choć można nie lubić tego rodzaju przepychu to chyba lepiej żeby prezentowały pewien poziom jeśli już twórca uznał je za niezbędne. Kilka scen naprawdę się udało.

Aktorsko też bez zarzutu. Syn Schwarzeneggera, ładny chłopiec dobrze wchodzi w skórę mrocznego bohatera. Miles Robbins który miał chyba trudniejsze zadanie, bo gama emocji jaką musiał zaprezentować była znacznie szersza nie rozczarowuje nawet przez moment.

„Daniel isn’t real oglądało mi się całkiem dobrze i choć nie zaskarbił sobie u mnie szczególnego wyróżnienia to jest to produkcja, którą jestem skłonna polecić. Pod warunkiem, że nie szukacie szczególnych innowacji;)

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła: 7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:4

To coś:6

59/100

W skali brutalności:1/10

Wściekłość jest kobietą

Rabid/ Wściekłość (2019)

Rose pracownica domu mody i aspirująca projektantka doznaje upokorzenia na firmowej imprezie. Wybiega z niej i ulega wypadkowi na motorze. Uszkodzenia ciała są duże, szczególnie ucierpiała na tym twarz kobiety. Jej przyjaciółka zabiega jednak o to by Rose odzyskała dawne życie. Wkrótce okaleczona kobieta udaje się na zabieg do kliniki gdzie zostaje poddana eksperymentalnemu przeszczepowi tkanki skóry.Efekt jest fenomenalny. Rose czuje się i wygląda jeszcze lepiej niż przed wypadkiem. Sęk w tym, że zmiana, która w niej zaszła ma też swój minus. Jest nim głód krwi.

Zasiadając do seansu z filmem kanadyjskich siostrzyczek Soska w ogóle nie załapałam, że będę mieć do czynienia z remake filmu Cronenberga. Sam pomysł poprawiania Cronenberga wydaje mi się na tyle absurdalny, że nie przeszło mi przez myśl, że ktoś się na to poważy. Może to zemsta za „Muchę”;)

Gdybym nie znała oryginalnej „Wściekłości” z 1977 roku pewnie przeszłabym przez ten seans z zadowoleniem, ale ślad pamięciowy był za silny i nie potrafię ocenić tego filmu nie porównując go z wersją Cronenberga. Siostry Soska, którym przypadła w udziale realizacja projektu zadeklarowały, że ukażą w nim kobiecą perspektywę. No cóż, bohaterką obydwu wersji wściekłości jest kobieta. Z tym, że w pierwszym filmie jest oprawcą, swego rodzaju modliszką, która wykorzystuje własną atrakcyjność do siania zniszczenia u płci przeciwnej. Kieruje się instynktem. W wersji reżyserek „American Mary” Rose jest bardziej wielowymiarowa. Jej ewolucja od szarej myszy do wampa ma wymiar bardziej psychologiczny, niż… epidemiologiczny;) Zdecydowanie nowa Rose ma więcej do powiedzenia, ale czy podobało mi się to co mówi? 

Z pewnością znacznej części publiki się to spodoba. Horror feministyczny ma się bowiem coraz lepiej, ale ja w tym przypadku stawiam jednak na walory czysto horrorwe, a o te moim zdaniem Cronenberg zadbał lepiej. Już sama scena wypadku, od którego wszystko się zaczyna: u Cronenberga miazga, tu… migawka. Zabrakło mi też klimatu miasta, z którego bił brud i niewysłowione niebezpieczeństwo. Scena w metrze nie znalazła moim zdaniem godnego zastępstwa.

Nie można powiedzieć, by charakteryzacja w remake była kiepska- twarz Rose wygląda makabrycznie, ale centrum grozy zogniskowane w pachwinie już nie robi takiego wrażenia. Tam było żądło, nader często eksponowane, tu stawiamy na ugryzienia i w końcu peniso-macki, że tak to nazwę. Nie wiem, wszytko co do joty w oryginale trafiło do mnie bardziej. Wolałam nawet milczącą Rose niż nowo wygenerowanego wampa. Kobieca perspektywa? Dopiero po odjechanej operacji plastycznej można zyskać pewność siebie i swoiste girl power? Nie jest to moja perspektywa;)

Obejrzałam, obadałam. Nie będę Wam seansu odradzać, bo nie jest to film kiepski. techniczne, aktorsko, nawet scenariuszowo ma coś do zaoferowania. Sęk w tym, że przesłanie mnie nie urzekło, a miało być ono główną zaletą i tak naprawdę przyczyną powstania remake.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zaskoczenie:6

Zabawa:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:6

57/100

W skali brutalności:3/10

Śmierć z aplikacji

Coundtown (2019)

Quinn Hariss  kończy staż i zaczyna pracę jako pielęgniarka. Jednym z jej pacjentów jest młody chłopak przekonany o tym, że nie przeżyje zbliżającej się operacji. Jako niepodważalne źródło tej informacji wskazuje telefoniczną aplikację, Coundtown, po której zainstalowaniu każdy może dowiedzieć się ile życia mu zostało.

Quinn postanawia przetestować apkę na sobie i wkrótce  dowiaduje się, że zostały jej trzy dni życia. Nie byłoby w tym nic strasznego gdyby nie fakt, że kolejne osoby giną zgodnie z wyliczeniami Coundtown. Quinn jednoczy siły z Mattem by oszukać swoje przeznaczenie.

Przyznam szczerze, że wcale nie miałam ochoty na ten film. Już od czasu „Dead of summer” mam jakąś alergię Elizabeth Lail, a jej kreacja Beck w kolejnym serialu, „Ty” tylko ten wstręt pogłębiła. Tak, jej aktorstwo to wciąż te same nuty, a rumiane policzki pensjonarki w moim przypadku działają jak płachta na byka. No, dobra, nie tylko o nią mi chodziło.

Wszelkie zapowiedzi „Coundtown” jednoznacznie wskazywały, że będę się nudzić w czasie seansu, że będę obcować z ogranymi motywami i nie ma tu cienia nadziei na atrakcje niż te serwowane w standardowym teen horrorze. Tak, wiem, Słodka Quinni nastolatką nie jest, ale jej zachowanie jakoś szczególnie nie odbiega od tego co zwykły wyczyniać nastoletnie bohaterki horrorów. Nowa aplikacja? Must have! Do tego dochodzi wydumane poczucie winy po tragicznej śmierci matki rodzicielki i masochistyczne zapędy mające dać ukojenie sumieniu.

Horrorowi protagoniści bardzo często są niczym więcej jak mięsem armatnim i można by sobie darować wyśrubowane wymagania dotyczące warstwy dramatycznej, ale coś za coś. Wątek przewodni, czyli potyczka z przeznaczeniem manifestującym się przy pomocy apki nie wypełniła ‘czasu antenowego’. Iluż to już bohaterów bezskutecznie uciekało przed wizją własnej śmierci? O czasu sukcesu pierwszej części „Oszukać przeznaczenie” ktoś wciąż próbuje wymiksować się z walca dance macabre i tak naprawdę widzieliśmy w tym temacie już wszystko.

Okej, może być wtórnie, ale nadal atrakcyjnie. Ale nie w przypadku „Coundtown”. Twórca, scenarzysta i reżyser w jednej osobie nie podjął wysiłku by choć spróbować wystraszyć. Pod tym względem jest lajtowo nawet jak na teen horror, choć urodzaj scen w założeniu strasznych jest spory. No, ale z czym tu do ludzi? Niewidzialne moce, plastikowe kadry, komputerowa maszkara, która tak na dobrą sprawę nie wiadomo czym jest?

Demaskując tajemnice aplikacji postawiono na wstawkę komediową, raz w osobie speca od komputerów, dwa w postaci księdza demonologa. Tak, jakby na wypadek, że ktoś mógłby poczuć grozę sytuacji, dowiadując się jak podstępna aplikacja działa.Akcentem humorystycznym i nie powiem dość udanym jest też wątek umowy, którą należało przeczytać przed zainstalowoaniem aplikacji. Ale kto czyta umowy?;)

Dalej mamy rytuały odprawiane na gwieździe Dawida o_O i melodramatyczny finał, w którym nasza bohaterka wreszcie doczekuje się upragnionego katharsis. Tyle.

W ramach ciekawostki powiem Wam, że tytułowa aplikacja faktycznie istnieje. Czy komuś przepowiedziała śmierć, nie wiem;) Pamiętacie może stronę internetową zegar śmierci? Ta… odliczało się zgon za dzieciaka. Zegar śmierci był o tyle lepszy, że podawał jeszcze możliwe przyczyny zgonu.

Podsumowując, jak dla mnie film, zbędny. Kto chce zerknąć jego wola, ale jak na mój gust strata baterii.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa:4

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:3

To coś:4

43/100

W skali brutalności:1/10

Podwodny berek

47 Meters Down: Uncaged/ Podwodna pułapka: Labirynt śmierci (2019)

Nastoletnia Mia, jej przyszywana siostra Sasha i dwie koleżanki odkrywają zatoczkę, z której mogą dostać się do zatopionego starożytnego miasta. Wystarczy trochę zanurkować… Dziewczyny zgarniają sprzęt przeznaczony dla zawodowców mających zbadać zbadać znalezisko i schodzą pod wodę gdzie rozciąga się podwodny labirynt. Niestety zatopione miasto ma swoich lokatorów i nie chodzi wcale o starożytne duchy, ale o kilka rekinów.

Jak to bywa z sequelami niezłych filmów, większość widzów się na to łapie. Ja dałam się złowić, zwłaszcza, że za kolejną odsłonę  „47 meters down” odpowiadają ci sami twórcy. W takich przypadkach istnieje nadzieja na podtrzymanie poziomu oryginału bardziej niż wówczas, gdy dochodzi do sytuacji, że twórcy wcale nie mają chęci na kontynuowanie wątku, a pomysł chwyta ktoś kto chce po prostu zarobić.

Wątek dwóch uwięzionych pod wodą dziewcząt, które poznaliśmy w 2016 roku w przypadku sequelu został podkręcony. Tam mieliśmy dwie bohaterki, tu mamy cztery.  Tam mieliśmy jednego żarłacza białego, tu kilka rekinów. Tam dziewczyny były uwięzione na bardzo niewielkiej, zamkniętej  przestrzeni, tu mają do dyspozycji cały tytułowy labirynt, po którym mogą się ganiać z rekinami. Czeka też na nie więcej niebezpieczeństw, więc kwestia ograniczonych zapasów tlenu, które była największym zmartwieniem w oryginalne, schodzi na dalszy plan. Może tlenu też mają pod dostatkiem?

Z tego wynika, że wszystkiego jest więcej i wszystko jest bardziej. Emocje towarzyszące obserwacji podwodnego survivalu też powinny być większe, bo i nastoletnie bohaterki są bardziej skłonne do paniki.

Niestety. O ile w pierwszej „Podwodnej pułapce”, coś jednak zobaczyłam, o tyle w przypadku kontynuacji kompletnie nic. Chyba zostałam sensorycznie zbombardowana przez ten cały nadmiar, bo innego wytłumaczenia nie widzę.

Mogłabym powiedzieć, że druga część jest mniej prawdopodobna od jedynki, ale kto się dopatruje w tego typu filmach realizmu? No, nie ja. W każdym razie jedyną rozrywką dla mnie w czasie seansu było odgadywanie dalszych kroków scenarzysty. „No, a teraz ojciec ginie”, „Azjatka nie żyje, to teraz musi odnaleźć się siostra”. Dobrze, że chociaż miałam do kogo pokomentować, bo tak to fiasko całkowite. Mamy wartką akcję, nie powiem, że nie, ale całkowicie przewidywalną przez co nie można mówić o napięciu jakie powinna przecież wzbudzać obserwacja czyjejś walki o przetrwanie. Technicznie jest nieźle, jest ładnie, ale to wszytko co jestem skłonna pochwalić.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:4

46/100

W skali brutalności: 2/10

Co jest, Doktorku?

Doctor Sleep/ Doktor Sen (2019)

Mały Danny Torrance, nie jest już małym Dannym. Jest facetem w średnim wieku i wszystkie znaki na niebie i ziemi pokazują, że równia pochyła po której lata temu stoczył się jego ojciec, szalony Jack Torrance, będzie też jego udziałem.

Ze szponów alkoholowego nałogu dużego Danny’ego wyrywa pewne wydarzenie. Można powiedzieć, że doszedł do ściany, albo osiągnął dno. Zmierzając przed siebie spotyka człowieka, który wyciąga do niego pomocną dłoń. Danny się ogarnia, zaczyna pracę w hospicjum. Wtedy w jego życie wkracza lśniące dziecko. Dorastająca Abra wzywa na oślep pomocy. Do jej domu zbliżają się ludzie-nieludzie, chcący nakarmić się jej lśnieniem, tak jak zrobili to z innym dzieckiem i robili od wielu, wielu lat.

literacką wersją kontynuacji „Lśnienia” Stephena Kinga miałam do czynienia już ładnych parę lat temu. Ku mojemu zaskoczeniu dość mi się spodobała, choć może nie jestem miłośniczką sequeli, czy filmowych czy książkowych, tą uznałam za w jakiś sposób uzasadnioną. Widać, że King miał w tej materii coś jeszcze do powiedzenia i nie chodziło tylko zarobek.

Wkrótce po ukazaniu się powieści „Doktor sen” rozpoczęto pierwsze przymiarki do ekranizacji. Napisano scenariusz, wytypowano reżysera. Ostatecznie film powstał jednak na podstawie pomysłu i w reżyserskim wykonaniu bardzo solidnego Mike Flanagana. Tak, jest to jeden z niewielu współczesnych reżyserów, który trzyma się na topie i zachowuje poziom, jeśli chcecie znać moje zdanie.

Każdy kto wie, jak poważnie konfliktowa okazała się filmowa wersja „Lśnienia”, której dokonał Stanley Kubrick zdaje sobie pewnie sprawę z tego, że przełożenie na ekran kontynuacji tej historii będzie zadaniem karkołomnym. Stephen King jeszcze nad grobem Kubricka ciosał nad nim kołki za to, jak przedstawił w swoim filmie jego autorską historię.

Jeśli czytaliście „Doktora…” z pewnością zwróciliście uwagę nad przedmowę od autora, w której dobitnie podkreśla, że pisze kontynuację „Lśnienia” w swojej i tylko w swojej wersji. Mike Flanagan musiał jednak podejść do sprawy kompleksowo. I powiem Wam, że wybrnął z tej kałabanii po mistrzowsku. Ukłonił się ładnie mistrzowi grozy i wykorzystał sympatię widzów do ekranizacji Kubricka.

Jak więc nakręcić kontynuacje jednocześnie dwóch utworów, których zakończenia zasadniczo się różnią? SPOILER: Finał filmowego „Doktora…” rozgrywa się w hotelu Panorama- tak tym samym, który poszedł z dymem w książkowej wersji „Lśnienia”. Ocalał jednak w wizji Kubricka. Dlatego też filmowy Dan robi to co w książkowej wersji zrobił jego ojciec- puszcza Panoramę z dymem. Prawda, że sprytnie? KONIEC SPOILERA. Reżyser „Doktora…” uszanował wersję Kubricka dzięki czemu mógł z niej czerpać pełnymi garściami zarzucając widza retrospekcjami. Zrobił też to, czego Kubrick nie zrobił i może dzięki temu trochę obłaskawił Kinga?

Retrospekcje z udziałem starego Jacka Torrance’a- z nowym aktorem- nie do końca ukazują go w takim świetle w jakim widział go Kubrick. Jest bardziej złamanym życiem człowiekiem, który był łakomym kąskiem dla duchów Panoramy niż szalonym pijakiem- czyli Flangan ukazał go w tych fragmentach tak jak chciał King.

Czy mi jako, powiedzmy, zatwardziałej zwolenniczce team Kubrick to przeszkadzało? Zupełnie nie. Pamiętajmy, że dla małego przerażonego  Danny’ego jakim był w „Lśnieniu” ojciec faktycznie mógł jawić się w ten sposób – jako okrutnik, monstrum, po latach zaś gdy poniekąd podzielił jego los, przeszedł się w jego butach, wpadł w to samo gówno, mógł go widzieć zupełnie inaczej – tak jak chciał King. Koło się zamyka. Ten chwyt tylko dowodzi zmyślności reżysera „Doktora…”

Lecimy dalej. Pomijając kwestię finału scenariusz filmu dość mocno trzyma się książki, wiadomo, że na taśmie filmowej nie udało się upchnąć wszystkiego, ale w przypadku ekranizacji chyba nie ma co traktować skrótów jako rażących zmian. Jeśli komuś podobała się więc książka film też powinien skonsumować ze smakiem.

Aktorstwo jest dobre, choć jakbym miała być upierdliwa to wcielająca się w postać Abry młoda aktorka trochę raziła mnie sztywnością ruchów, natomiast bardzo dobre wrażenie zrobiła na mnie filmowa Rose. W książce wyobrażałam ją sobie całkiem inaczej, ale jest to zmiana na plus. No i Evan McGregor, który przyznam – gdy zobaczyłam go na trailerze zupełnie nie pasował mi na Danny’ego – zrobił dobrą robotę. W swojej kreacji skupił się na ukazaniu dramatyzmu sytuacji postaci. Widział ten ciężar na jego barkach i dzięki temu angażowałam się w jego rozterki.

Technicznie film też wypada bardzo dobrze, ale nie ma co się dziwić patrząc na budżet. Bardzo podobały mi się na nowo nakręcone sceny ze starego „Lśnienia” to jak silnie obraz starał się odtworzyć klimat. Efekty, choć nie był ich znowu tak wiele, uderzały w te same tony. Nie mogę jednak odżałować,  że nie pojawiły się znienawidzone przez Kinga rzeki krwi;)

Reasumując, film przyjemny, ale raczej dla wąskiej grupy odbiorców- fanów Kinga. Choć z drugiej strony, czy ta grupa jest wąska? Miłośnicy grozy w pełnej klasie mogą być nieco rozczarowani, bo nie ma tu zbyt wiele typowo horrorowych zagrań, narracja jest raczej nieśpieszna i mocno obyczajowa.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie;6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:6

62/100

W skali brutalności:1/10

Urodzeni włamywacze

The Villains (2019)

Mickey i Jules napadają na stację benzynową. Zgarnęli gotówkę, ale o paliwie do auta już nie pomyśleli. Nie mogąc się dostać na wymarzoną Florydę utknęli w środku leśnej drogi. Niczym oaza na pustyni przed ich oczyma ukazuje się … skrzynka pocztowa co oznacza, że gdzieś w najbliższej okolicy musi stać dom. Para zakochanych złodziei włamuje się do pustego domu. Przeszukując go w poszukiwaniu kluczyków do auta właścicieli, a w końcu benzyny trafiają do piwnicy, gdzie dokonują szczególnego odkrycia.

„Villains” to film duetu twórców, którzy sami stworzyli do niego scenariusz. Pomysł na film opiera się na archetypie obrazów pokroju „Boni i Clyde’a”. Ich bohaterami są młodzi, zakochani i zdemoralizowani. Tak też jawi nam się Jules i Mickey, choć napad w dziecięcych maskach nie jest może szczytem deprawacji i zgrozy.

Młodzi są więc antybohaterami do chwili gdy poznajemy właściwych antybohaterów. To przewrotny chwyt, który jednak był już stosowany, ukazuje nam on starą, złota zasadę, że na każdego cwaniaka znajdzie się większy cwaniak. Włamywacze okazują się bowiem całkiem niewinni w konfrontacji z właścicielami domu. Gdy ci nieoczekiwanie powracają nakrywając na miejscu Mickey’a i Jules, widzimy małżonków w średnim wieku. Uprzejmą panią domu i stanowczego acz spokojnego pana domu. Jednak pamiętajcie o piwnicy. Młodzi włamywacze znaleźli tam coś co zadaje kłam wizerunkowi uczciwych domowników.

Tak więc sytuacja się odwraca i Ci, których mogliśmy typować na wykolejonych i złych stają się ofiarami jeszcze bardziej wykolejonych i złych. Jules okazuje się nie tylko ładna i szalona, ale też troskliwa i współczująca. Micke’a też jakoś łatwiej rozgrzeszyć.A tak BTW rolę dziewczyny wciela się znana z „Coś za mną chodzi” Maika Monroe, za to Mickey to nikt inny jak Pennyvise:) Tak moi drodzy, to ten sam aktor.

Film utrzymany jest w klimacie czarnej komedii, bardziej aniżeli thrilleru jako takiego. Oczywiście cechy tego drugiego są tu jak najbardziej obecne, ale wszystkie wydarzenia, kreacje bohaterów mają jednak silnie komediowe zabarwienie, które rzuca się w oczy bardziej niż maleńki pierwiastek grozy całej sytuacji. Co więcej jest to humor udany, więc nawet jeśli główny szkielet fabularny nie zrobi na Was szczególnego wrażenia to i tak macie szansę zakończyć seans z zadowoloną miną.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:9

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

to coś:7

63/100

W skali brutalności:2/10

Nie umrzesz

Don’t Let go (2019)

Jack pracuje w policji i nie ma rodziny. Jego najbliższymi krewnymi są brat i bratanica. Z nastoletnią Ashley jest blisko związany i traktuje ją jak własną córkę. Kiedy w domu jego brata dochodzi do masakry w której giną wszyscy z Ashley włącznie Jack marzy tylko o tym by cofnąć czas i zapobiec tragedii. Wtedy jego komórka zaczyna dzwonić. Ni mniej ni więcej dzwoni do niego jego bratanica.

„Don’t let go” ma na FW dziwne kategorie gatunkowe. Sama mogę stwierdzić, że mnie osobiście przestaje do thrillera z elementami sc-fi i tego się będę trzymać. Jego twórca zasłynął całkiem dobrym „Mean Creek” i popłuczynami po „Ring”, czyli  „Rings”. Nie mogę więc powiedzieć, że miałam wyraźne  i konkretne oczekiwania względem jego nowej produkcji.

„Don’t let go” okazał się jednak klawym filmem. Jak na porządny thriller przystało mamy tu zagadkę i nie chodzi tylko o tę czysto kryminalną- kto zabił Ashley, ale i o to jakim cudem martwa dziewczynka wydzwania do swojego wujka?

Szczęśliwie  na głupka nie trafiło, Jack jest detektywem i nie spocznie do póki nie wyprostuje wszystkich supełków. Kreacja aktorska młodej Storm Reid w roli Ahsley przydaje sprawie nieco sentymentalnego dramatyzmu, który procentuje tym, że los bohaterki nie jest nam obojętny.

Sprawa nie jest ani prosta ani oczywista. Mamy tropy, błędne tropy, twisty i niespodzianki. Akcja jest wartka, ciśnienie może podskoczyć, kolejne wydarzenia trzymają widza w napięciu. Nie ma nudy, więc film punktuje w kategorii rozrywkowej, a że nie jest też głupi to tym bardziej warto na niego zerknąć.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:9

Zaskoczenie:8

Zabawa:8

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:7

70/100

W skali brutalności:1/10