Archiwa tagu: horrory z 2019

Powrót czerwonego balonika

It: Chapter two/ To: Rozdział 2

Minęło 27 lat odkąd siedmioro dzieciaków z Derry zmierzyło się upiornym klaunem z kanałów pod miastem. Billy, Beverly, Ben, Stan, Richie, Eddie i Mike wyszli z potyczki z Pennyvise’m cało i doczekali dorosłości. Niestety zła nie da się zabić tak do końca, ono zawsze znajdzie drogę powrotną. Można tylko uciec i zapomnieć, jak uczynili to członkowie ‘klubu frajerów’.

Mike, który jako jedyny pozostał w Derry , w 27 lat od momentu starcia telefonuje do swoich przyjaciół informując ich, że To wróciło. Przyjaciele zobowiązani solenną przysięgą przybywają do Derry by jeszcze raz podjąć rękawice.

O ile bohaterzy filmu “To” (2017)  na wielki come back ‘Tego’ musieli czekać 27 lat, o tyle filmowcy uwinęli się z tematem w dwa lata i widzowie mogą już cieszyć się z kontynuacji historii. Czy faktycznie mamy powody do radości, to już kwestia indywidualna;)

Tak, jak przewidziałam pisząc o ‘rozdziale pierwszym‘, segment drugi traktuje o dorosłych wersjach małych bohaterów i ich powrocie do krainy dzieciństwa.

Mike jako jedyny pozostał na miejscu, niby strażnik gotowy zaalarmować oddział gdy tylko parszywiec Pennywise wychyli się z kanału. Jedyny czarnoskóry członek klubu frajerów nie zdołał ułożyć sobie życia, wciąż ślęczy nad książkami łącząc etat bibliotekarza z prywatną paranoją na punkcie Pennywise’a. Włosy Beverly nadal płoną, ale niestety jej serce zapłonęło do mężczyzny będącego swoistym klonem jej psycho tatusia. Beverly z ochotą wraca do przyjaciół z dzieciństwa, wciąż nie łapiąc czyje serce spaliła w zimowym ogniu. Hipochondryczny Eddie pochował nadopiekuńczą matkę dzięki czemu wyfrunął z gniazda wprost do sektora finansowego. Richie został mało zabawnym, ale bogatym komikiem i do Derry wrócił wypasioną bryką. Bill, który zapoczątkował krucjatę w ’89 został poczytnym pisarzem, któremu sam Stephen King wytknie skłonność do kiepskich zakończeń. Dorosły Ben został architektem i … ciachem. Spektakularna metamorfoza jego powierzchowności z tłustego cielaka i zgrabnego byczka robi na jego przyjaciołach większe wrażenie, niż CGI na widzach “TO: Rozdział 2”. Zabrakło tylko Stana, ale o nieobecnych nie mówimy;)

Wbrew moim założeniach kontynuacja filmu nie trzyma się tak mocno czasów współczesnych. Widz co i ruch przenoszony jest do lat ’80, za sprawą maniakalnie stosowanych retrospekcji. Może gdyby nie to, film nie byłby takim molochem. Szczęśliwie owe retrospekcje nie są kadrami wyciętymi z jedynki i odtworzonymi raz jeszcze, a fragmentami do tej pory nie prezentowanymi widowni. Pojawiają się ilekroć luki w pamięci dorosłych egzemplarzy frajerów uzupełniają się o nowe informacje z przeszłości. Dla twórców filmu stanowią też doskonały pretekst do rzucenia widzowi w twarz kolejnej porcji efektów.

Tak, efekty. Efekty są tym czym żyje “To: Rozdział 2”, czym oddycha. O komputerowo wygenerowanych maszkar i wszelkich potworności jest aż duszno, aż gęsto. Nie podobało mi się to. Obraz jest przeładowany  jump scenami, a to zawsze daje efekt odwrotny od zamierzonego.

Gwiazdorska obsada radzi sobie całkiem nieźle, choć jak dla mnie trochę ich skrzywdzono dialogami. Masa patosu, infantylność, inteligencja zdecydowanie poniżej przeciętnej. Ponownie najbardziej podobał mi się Pennywise, dopóki nie władowali mu w dupę rażącej porcji CGI. Po tym gwałcie nie jest już taki sam, a szkoda.

Reasumując, film sobie obejrzałam i o tyle. W porównaniu z pierwszym wypada zdecydowanie słabiej, a co to będzie jak zrobią “To: Rozdział 1/2”? Tak, Moi Drodzy, sukces finansowy obydwu produkcji pobudził apetyt twórców. Ci rozpływając się w zachwycie nad własnym geniuszem the best’u, który to podsunął im patent ukrytych wspomnieć, już zaczęli mędrkować, że z samych wspomnień ‘pomiędzy’ można by zmajstrować scenariusz. Tak więc być może niebawem dowiemy się jaką kieckę Beverly założyła na ślub ze swoim mężem-dupkiem, czemu Bill pisze kiepskie zakończenia i ile szczurów Mike ubił na strychu biblioteki.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:5

51/100

W skali brutalności:2/10

Czerwony

La influencia/ Zła siła (2019)

Alicia  zmuszona jest wrócić do swojego rodzinnego domu by pomóc w opiece nad pogrążoną w śpiączce matką. Z uwagi na traumatyzujące dzieciństwo nie jest to łatwy powrót. Im dłużej Alicia przebywa w tym otoczeniu tym żywsze stają się wspomnienia, zaś złowroga aura domu zdaje się oddziaływać także na jej męża i córkę.

Przypuszczam, że na koniec października posypie się sporo horrorowych propozycji – halloween, no wiecie –  i nawet bym się z tego powodu cieszyła gdyby nie fakt, że ilość zazwyczaj nie idzie w parze z jakością.

“Zła siła” to jedna z propozycji od Netflixa. Produkcja rodem z Hiszpanii więc nauczona doświadczeniem spodziewałam się czegoś fajnego i klimatycznego, zapomniałam tylko, że era świetnych horrorów z tego rejonu chyba już powoli przemija i coraz częściej natykam się na zupełnie średnie hiszpańskie horrory.

“Zła siła” jest właśnie zupełnie średni, a jeśli chciałabym być uszczypliwa to stwierdziłabym wręcz, że marny. Marność odnoszę głównie do fabuły, która wydaje się dość dziurawa na poziomie scenariusza i niekoniecznie oryginalna.

Ale film ma też zalety, że tak powiem ‘smaczki’. Kilka scen zwróciło moją szczególną uwagę w sposób, który zdarza mi się rzadko. Doceniam też scenografię, rekwizyty, czy zdjęcia. A, i aktorstwo.

Ogólnie od strony technicznej jest klawo, tylko ta historia, a może raczej sposób jej opowiedzenia mocno zgrzyta. Ma ciekawe drobne elementy, ale patrząc całościowo, nie sprawdza się. Tak więc wrzucam do ‘da się obejrzeć’, ale bez polecania.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:5

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:5

55/100

W skali brutalności:2/10

Powrót łowców zabójczych umysłów

Mindhunter – Sezon 2

Jest rok 1979. Podczas gdy agent Ford i jego partner Tench starają się kontynuować swoją pracę dotyczącą profilowania seryjnych zabójców, pod czujnym okiem nowego szefa wydziału w Quantico w Atlancie giną dzieci. Nikt nie interesuje się losem czarnoskórych obywateli z dzielnic nędzy i zamiast na prowadzeniu szeroko zakrojonego śledztwa władze skupiają się na własnym wizerunku.

Jedna z kobiet związanych z rodzinami martwych dzieci używa podstępu by dotrzeć do agenta Forda. Tak sprawą mordercy z Atlanty zaczyna interesować się wydział behawiorystyki FBI.

Tak! Wreszcie! Doczekałam się nowego sezonu “Mindhuntera“. Naprawdę gorąco się z niego ucieszyłam i od razu zasiadłam do seansu zawieszając na ten czas letni maraton z “Teorią wielkiego podrywu”;) Możecie w to wątpić skoro tak długo zwlekałam z wpisem dotyczącym nowego sezonu, ale fakty są faktami.

Nowy sezon “Mindhuntera” to przede wszystkim głośna i przez wielu oceniana jako nierozwiązaną sprawa mordercy z Atlanty, który u schyłku lat ’70 polował na czarnoskóre dzieci tuż pod nosem policji. Ale nie tylko.

To też kontynuacja rozpoczętych wątków, także tych dotyczących spraw osobistych naszych bohaterów. O ile Holden nadal wydaje mi się być dość anonimowy w tym wszystkim o tyle bliżej poznajemy naszą panią naukowiec Wendy Carr.  Ta tajemnicza i dość posągowa postać ma za sobą ciekawe doświadczenia, które w końcu ujrzały światło dzienne. Ale to jeszcze nic! To nic w porównaniu z armagedonem jaki dokonał się w życiu rodzinnym agenta Tench’a. Sprawa dotyczy jego adopcyjnego syna i jest cokolwiek dobrze rokująca. Ci, którzy już widzieli nowy sezon doskonale wiedzą o jakie rokowania mi chodzi;)

Jedną z gwiazd drugiego sezonu jest też nie kto inny jak zasłużony ojciec Rodziny Charles Manson. Tak, doczeka się on swojego wywiadu w ramach badań prowadzonych przez Tencha i Holdena. Podobnie słynny  morderca z Houston, czy William Pierce jr.. Nadal jestem pod ogromnym wrażeniem doboru obsady. Skąd oni biorą tych sobowtórów? W dodatku tak piekielnie zdolnych?

Co tu dużo mówić, są emocje, są niespodzianki i ten sam znany z pierwszego sezonu bardzo wysoki poziom. Oglądać i jeszcze raz oglądać. I wypatrywać kolejnego sezonu, oby szybciej niż za dwa lata.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:10

Klimat:9

Napięcie:8

Zaskoczenie:7

Zabawa:10

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność:8

To coś:9

81/100

W skali brutalności: 2/10

Bękarty diabła – zmartwychwstanie

3 From Hell/ 3 z piekła (2019)

Baby, Otis i Kapitan Spaulding ‘bękarty diabła’ masowi mordercy i właściciele ‘domu tysiąca trupów’ wbrew prawom natury wychodzą cało z policyjnej obławy. Gdy tylko dochodzą do zdrowia trafią za kratki, bez specjalnych widoków na wyjście na wolność. Morderczy klaun żegna się z życiem zgodnie z wyrokiem sądu, ale Otis i Baby nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Gdy udaje im się wydostać z więzienia wracają do tego, w czym nie mają sobie równych.

Dom tysiąca trupów” do tej pory jest jednym z moich ulubionych horrorów. Skrajnie pojebana wizja Rob’a Zombiego, muzyka i filmowca była nie tylko czymś absolutnie oderwanym od mainstreamu, ale i swego rodzaju hołdem dla gatunku. Uwielbiam, no uwielbiam. Podobnie ciepłe uczucia wzbudził we mnie sequel pt. Bękarty diabła“. Kręcony już w nieco innej estetyce, ale z pomysłem i smakiem- smakiem krwi oczywiście. Nie ukrywam, że na tyle polubiłam jego bohaterów/antybohaterów, że w chwili ich śmierci w moim oku zakręciła się łezka.

Po ponad dziesięciu latach, wypełnionych średnio udanym projektami Zombie postanowił wrócić do pomysłu, który go rozsławił. Można powiedzieć, że swoich bohaterów wygrzebał z grobu i ponownie postawił na nogi. Jakkolwiek absurdalne jest to rozwiązanie ucieszyłam się na ich widok. I cieszyłam się nimi przez cały seans, ale muszę być uczciwa wobec faktów. Film jest odtwórczy i marny. Mamy tu do czynienia z powtórką z “Bękartów diabła”.

Sid Haig pojawia się na ekranie na krótko, ale fajnie daje sobie radę mimo złego stanu zdrowia – aktor zmarł w tym miesiącu. Mimo że odtwórca roli Otisa’ zachował się’ najlepiej jego warsztat aktorski stracił cały czar. Jego teksty wydawały mi się wymuszone. Rozumiem, że grał pod dużą presją, ale nie przekonał mnie.

Natomiast Sheri, ona nadal jest świetna. Zupełnie jakby nigdy nie opuściła skóry Baby. Bardzo przyjemnie śledziło mi się jej poczynania z tym, że … cóż, nie przeskoczyła samej siebie i nie zaprezentowała niczego nowego. Tak jak niczego nowego nie mamy w tej historii. Styl i oprawa jest daleka zarówno od poziomu i estety z “Domu…” jak i z “Bękartów…”. Muzyka? Jedna z najmocniejszych stron filmów Zombiego, zupełnie jakby jej nie było. Praktycznie brak szlagierowych kawałków w stylu Terryego Reida i ostrych wstawek samego Zombie’go. Coś tam brzęczy, ale nie zwraca uwagi. Gdyby nie mój sentyment do ‘tego co było’ prychnęłabym pogardliwie. Wg. mnie ta filmowa seria kończy się w czasie policyjnej obławy w ostatnich minutach “Bękartów diabła”

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:4

To coś:5

53/100

W skali brutalności:3/10

Zagubieni w trawie

In the Tall Grass/ W wysokiej trawie (2019)

Rodzeństwo Becky i Cal podróżują międzystanową do Kalifornii. Becky jest w zaawansowanej ciąży i kiepsko znosi podróż toteż zmuszeni są przystanąć na odludziu. Z pobocza dobiega ich głos chłopca wołającego o pomoc z wysokiej trawy zarastającej rozległy teren przy drodze.

Najpierw Cal, a później jego siostra ruszają w ślad za głosem dziecka. Odnalezienie go okazuje się niemożliwe, co więcej sami gubią się w wysokiej trawie. Błądząc pośród gęstwiny w palącym słońcu zdają sobie sprawę, że pole posiada niezwykłe właściwości, które rychło doprowadzą do ich śmierci.

Czy wspominałam już, że “W wysokiej trawie” jest moim ulubionym opowiadaniem Kinga? Oczywiście zaraz za “Ciałem”. A więc jeśli nie wspominałam to wspominam teraz. Już podczas lektury marzył mi się seans z filmem na jego podstawie i choć z ekranizacjami bywa różnie to cieszę się, że ta powstała. Jej twórcą, zarówno na poziomie scenariusza jak i reżyserii jest Vincenzo Natali (Cube”, serial “Hannibal“), solidny człowiek, który solidnie podszedł do tematu.

Próbując przywołać w pamięci szczegóły opowiadania nie przypominam sobie elementów, które jakość szczególnie zostały przekształcone, choć moja pamięć może być zawodna. Z pewnością historię rozbudowano, dodano do niej, ale nie jest to raczej kwestia zapędów twórcy filmu ile wymóg samego opowiadania, które jest zwyczajnie za krótkie na długi metraż.

W ogromnym stopniu to właśnie minimalizm historii tak mnie urzekł w opowiadaniu, ale nie mogę powiedzieć, by to co zaproponował Natali nie było warte uwagi. Ktoś może uznać, że niekończący się pościg wśród zieleni wieje nudą, ale w moim przypadku odnotowuje to na plus. Autentycznie umordowałam się wraz z bohaterami i lepiej wczułam się w ich sytuację: zmęczenie, panikę.

Najmocniejszym punktem programu jest trawa. Wysoka gęsta trawa. Ktoś by powiedział, takie nic. Ale każdy kto ceni wyobraźnię Kinga wie, że ten autor potrafi wycisnąć grozę ze wszystkiego. Pole trawy okazuje się idealnym miejsce na horror. Nie trudno zginąć w miejscu, w którym nie widać horyzontu. Nie trudno zabłądzić, gdy dokoła wszystko jest takie samo. Agorafobia i klaustrofobia w jednym. Jest i pierwiastek nadprzyrodzony. To nie jest zwykłe pole. Zdaje się ono przemieszczać bohaterów, ale i w nich samych czynić zmiany. A może to nie magia tylko czysta psychologia? Nic tak skutecznie jak zagrożenie życia nie wyciąga z ludzi najgorszych instynktów – i to tak się składa też jest jeden z ulubionych punktów bazowych dla Kinga.

Prezentowana tu historia jest naprawdę niezła, a i sposób jej ukazania przy pomocy dość prostych środków wyrazu działa. Atmosfera grozy jest odczuwalna, a to przecie główny wymóg filmowego horroru.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:7

65/100

W skali brutalności:2/10

Piwnica pod aligatorami

Crawl/ Pełzająca śmierć (2019)

Młoda kobieta, Hailey, martwi się brakiem kontaktu z ojcem. Ignorując alarm pogodowy zapowiadający nadejście huraganu i zablokowane w związku z tym drogi wyrusza do swojego rodzinnego domu, gdzie spodziewa się zastać tatę. Zastaje psa. Nieprzytomnego ojca znajduje dopiero w piwnicy domu gdzie zdążyła się wedrzeć woda. I nie tylko woda. Hailey i jej ranny ojciec zostają uwięzieni pod budynkiem wraz z aligatorami, które przyniósł tam nurt powodzi.

Chwilę mi zajęło zaakceptowanie polskiego tytułu i pogodzenie się z faktem, że będę musiała go umieścić w recenzji. “Pełzająca śmierć”? Serio? Kto tu pełza? Rozumiem, że idzie o aligatory, ale one mają całkiem sprawne kończyny. A może to ludzcy bohaterowie pełzają tu tuż przed śmiercią? Ale to też się nie zgadza, bo radzą sobie równie dobrze, nawet po spotkaniu z ostrymi zębami zwierzęcych antagonistów i to jest temat na osobne śmieszkowanie.

Tak czy siak, co ma pełzać nie utonie, a przed Wami nowy film Alexandra Aji, francuskiego reżysera, który zwrócił uwagę widzów swoim filmem “Blady strach“.

Jego nowy obraz to horror należący do podgatunku animal attack. Produkcje gdzie straszą zwierzęta to grząski grunt. Sam Aja nadział się na niego i zaliczył moim zdaniem niefortunną wpadkę, kręcąc “Piranię 3D”. Odgryzione penisy i te sprawy, pamiętacie. Obawa, że aligatory podzielą los ryb i staną się bardziej obiektem kpin niż przedmiotem przerażenia była więc jak najbardziej uzasadniona.

 

Jeśli chodzi o groźne zwierzęta w filmach to są to chyba najwdzięczniejsze postaci do negowania przez widzów. Każdy zwierzolub wie, że większość naszych braci mniejszych nie jest wcale tak skłonna do ataków na ludzi jak jest to przedstawiane w filmach. Obraz ich zachowań jest nagminnie przejaskrawiany na potrzeby scenariusza, przez co zwierzęcy antagoniści nabierają niezdrowo ludzkich cech.

Starcie z groźnym zwierzęciem to nie najlepszy temat na dłuższą opowieść też ze względu na to, że w naturze zazwyczaj kończy się szybko i mało atrakcyjnie. Piszę o tym nie bez powodu, bo są to wtopy, których nie uniknął Aja, myślę, że z pełną świadomością.

Mimo, że tak ciężko jest trafić na dobry produkt filmowy z tegoż podgatunku lubię je oglądać. Często bardziej kibicuje zwierzęcym drapieżnikom niż ludzkim, ale to szczegół. W przypadku “Pełzającej śmierci” najbardziej kibicowałam suczce o imieniu Sugar i tego się trzymajmy.

Film Aji ogólnie rzecz biorąc jest dobry. Jest napięcie, jest wartka akcja, jest poczucie zagrożenia, dobre – w większości -efekty. Lubię takie elementy survivalu, mocno trzymają przed ekranem. Sympatyczna bohaterka i jej wygłaszający motywacyjne gadki tata to postaci z którymi można się polubić. Aligatory, złe i rozjuszone już mojego serca nie skradły.

Scenariusz przeprowadza naszych bohaterów przez tą historię co i rusz narażając ich na kolejne krańcowo niebezpieczne sytuacje. Kiedy już wydaje się, że ratunek jest o krok musi wydarzyć się coś co pogrzebie nadzieje. I tak w kółko aż do finału.

Czy jest przekoloryzowany? Ależ oczywiście. tak jak powiedziałam, spotkania z tego typu antybohaterami kończą się szybko i tragicznie, tymczasem w filmie Aji, jak zaobserwował bystro inny widz, ugryzienie aligatora można ‘rozchodzić’ i chuj, że  w normalnej sytuacji laska już nie miałaby nogi.

“Pełzająca śmierć” dobrą rozrywką jest, ale istnieje duże prawdopodobieństwo, że widzowie animal planet zgłoszą brutalny sprzeciw, ale w końcu to horror a nie program dokumentalny.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:9

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:6

63/100

W skali brutalności:2/10

Annabelle w domu Warrenów

Annabelle comes home/ Annabelle wraca do domu (2019)

Ed i Lorriane Warrenowie, małżeństwo demonologów i ekspertów od zjawisk nadprzyrodzonych wyrusza na kolejny wyjazd służbowy. Swoją córkę Judy pozostawiają pod opieką zaufanej babysitterki Mary Ellen, która ma opiekować się dziewczynką w ich domu.

Tak też się dzieje, jednak do Judy i Mary Ellen dołącza przyjaciółka tej drugiej Daniela, nastolatka, która w tragicznych okolicznościach straciła ojca. Daniela bardzo interesuje się pracą Warrenów i wierzy, że w zamkniętym pomieszczeniu w ich domu znajdzie coś co pomoże jej nawiązać kontakt ze zmarłym. I znajduje, lalkę będącą katalizatorem zjawisk nadprzyrodzonych – Annabelle.

Wszystko zaczęło się od Jamesa Wana i jego “Obecności“. To tu po raz pierwszy pojawiają się postaci demonologów, Eda i Loriane, bohaterów autentycznych, których prace mogą zainspirować nie jednego twórcę horrorów. I inspirują. Hollywood wyciąga ile może z historii zapoczątkowanej przez Wan’a, tworząc swoiste universum, w którym każdy duch, czy demon może doczekać się własnej historii z swoim imieniem na plakacie filmowym.

Demoniczna lalka “Annabelle pojawiła się zaraz po pierwszej odsłonie “Obecności”. Wyszedł z tego marny film, który jednak kontynuowano.

I dalej kręci się ta karuzela. Kolejne nazwiska reżyserów, kolejne historie, które łączą się ze sobą, ale w niekoniecznie klarowny sposób.

“Annabelle wraca do domu” wg. chronologii wydarzeń rozgrywa się przed wydarzeniami z “Obecności”  i jej sequelu a po wydarzeniach z “Annabelle” i “Annabelle 2“. Właśnie wszytko sobie porządkowałam w głowie gdy dostrzegłam, że w piwnicy Warrenów poza nieszczęsną Annabelle znajdziemy też przedmioty wyniesione z domów bohaterów “Obecności” i Obecności 2″, tak więc zbaraniałam i postanowiłam odpuścić zagłębianie się w chronologie. Wam radzę to samo.

Zastanawiałam się też co oznacza tytuł “Wraca do domu”. To znaczy, że jej pierwotnym miejscem zamieszkania był dom Warrenów? A może “comes” powinniśmy traktować jako “przybyć”? Miałoby to więcej logiki: Annabelle wreszcie dociera tam gdzie jej miejsce.

Ale dobra, zostawmy te czcze rozważania i do rzeczy: Czy “Annabelle wraca do domu” jest dobrym horrorem? To zależy. Jeśli porównać ją z innymi franczyznami, typu Zakonnica“, czy nawet pierwsza część “Annabelle” nie jest najgorzej. Nie ma tu za dużo efektów – jak na standardy universum – a te, które są nie są najgorsze, historia też jest znośna choć nazwanie ją intrygującą byłoby znacznym przegięciem.

Co jest pewnym novum, scenariusz dużą uwagę poświęca rodzinnie Warrenów. Może nie tyle Ed’owi i Lorianne bezpośrednio, ale wchodzimy w ich świat, do ich domu do ich rodziny, a główną bohaterką jest ich córka. To osobiście odnotowuję na plus.

Ale czy to wystarczy by film w szczególny sposób wyróżnić? Nie. Osobiście jestem już zmęczona wątkami z “Obecności” i kolejnymi produkcjami robionymi trochę na siłę. Zaczyna to przypominać wietnamski bazar, nikt nic nie rozumie, połowa się zgubiła, ale wszyscy kupują.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:5

52/100

W skali brutalności:1/10

Kto ma sześć palców

Savaha: The Sixt Finger aka  Sa-ba-ha (2019)

Pastor Park zajmuje się demaskowaniem podejrzanych grup religijnych i ich ciemnych spraw. Jego uwagę przykuwa zgromadzenie o nazwie “Jelenie wzgórze”, z guru nazywanym generałem na jego czele.

Kiedy Park wraz ze swoim współpracownikiem postanawia przyjrzeć się sprawie okazuje się, że nie on jeden zainteresował się ową sektą. Kapitan policji Hwang obsadził w roli głównego podejrzanego w sprawie o morderstwo właśnie jednego z członków “Deer Mount”

“Svaha: The sixt finger” to kolejny koreański horror, który ku mej uciesze wylądował na Netflixie.

Jego twórca dał mi się poznać jako wielbiciel motywów religijnych w kinie grozy toteż nie dziwi mnie, że jego kolejny film obraca się znowuż wokół wątków wierzeń. Jego “Priests” na tyle zaskarbiło sobie moją sympatię, że do seansu z “Svaha…” podeszłam z dużym entuzjazmem. Oczywiście jeśli jeszcze nie widzieliście wspomnianej produkcji gorąco Was do tego zachęcam.

Film zaczynamy od… poznania głównego antagonisty. Gdzieś w Korei przyszły na świat bliźnięta. Jedno z nich nie jest jednak człowiekiem. Następnie zapoznajemy się z sylwetką naszego zakręconego Pastora i jego współpracownika, pełniącego rolę kogoś w rodzaju detektywa.

Pastor Park zaczyna się interesować Jelenim Wzgórzem”, zaś Jelenie Wzgórze interesuje się demonem, który ukrywa się w ciele człowieka w nieznanym miejscu. Z kolei sposób w jaki się nim… hym… interesuje, skłania policję do interwencji. Tak to mniej więcej wygląda.

Jednakże jako, że jest to horror koreański nie hollywoodzki próżno tu o proste ścieżki i łatwe rozwiązania. Obserwowanie zarówno policyjnego śledztwo jak i działań podejmowane przez Park’a stanowią dla widza rozrywkę, w której nie obejdzie się bez myślenia;) Intryga prezentuje się ciekawie, jej założenia są solidne i nawet jak na horror z wątkami paranormalnymi nie brakuje tu logicznego zamysłu. I chyba za to tak lubię koreańskie kino grozy.

Oczywiście polecam, bo nie mogę zrobić inaczej:)

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:7

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:7

70/100

W skali brutalności:1/10

Miałam złe przeczucia

The Haunting of Sharon Tate (2019)

Młodziutka żona znanego Hollywoodzkiego reżysera wraca z Europy, gdzie odwiedzała zapracowanego  małżonka by oczekiwać na narodziny ich pierwszego dziecka w ich wspólnym domu w Los Angeles. Towarzyszy jej były partner, a obecnie dobry przyjaciel Jay, przyjaciółka Abigail i jej chłopak Wojtek.

Otoczoną troskliwą opieką Sharon nawiedzają jednak niepokojące przeczucia, szczególnie związane z niejakim Charlie’im który uporczywie nachodzi jej włości by skontaktować się z producentem muzycznym, od którego Sharon i jej mąż najmują dom. Złe przeczucia coraz bardziej nasilają się przyjmując obraz strasznych wizji, aż pewnego wieczoru urzeczywistniają się.

W tym roku kina na całym świecie szturmuje nowy film Tarantino. Traktuje on o morderstwie popełnionym w ’69 na żonie Romana Polańskiego i jej przyjaciołach w domu przy Cielo Drive w Los Angeles. Nie jego jedynego zafrapował ten temat. Miałam już okazję oglądać jeden wyjątkowo mierny filmowy twór nakręcony na podstawie tych wydarzeń, “Wataha u drzwi“.

Jak widać jeszcze ktoś postanowił zmierzyć się z tą historią. Daniel Farrands lubi bawić się historiami prawdziwymi (“Dziewczyna z sąsiedztwa“), jednak wydaje mi się, że wypuszczenie filmu o najsłynniejszym morderstwie w Hollywood, w dodatku w tym samym roku co Tarantino to skok na głęboką i wyjątkowo mętną wodę.

Większość widzów przekreśliła ten projekt już po seansie z jego trailerem. Ja osobiście nie mogłam uwierzyć własnym oczom widząc tytuł “The Haunting of Sharon Tate”. To ona była opętana? – Moja pierwsza myśl. Musiałam to zobaczyć na własne oczy i mimo, że większość z was czeka pewnie na moje wrażenia po “Annabelle wraca do domu”, który to właśnie wyłonił się z czeluści internetu, to postanowiłam zostawić lalkę na deser i przyjrzeć się temu cokolwiek dziwnemu przedsięwzięciu Farrandsa.

Jak wspomniałam film nie cieszy się dobrą opinią, choć domyślam się że część ocen została wystawiona przedwcześnie. Nie, nie bronię tego filmu, ale chciałabym Wam powiedzieć, że jest w nim coś dobrego.

Aktualnie mozolnie brnę przez lekturę “Helter Skelter…” więc zasiadając do seansu z ‘nawiedzoną sharon’ sądziłam, że nie uświadczę niczego nowego. Tak, nadal uważałam, że słówko “Haunting” pojawiło się tak jakby przypadkiem -wypadkiem, albo gwoli zasiania zamętu. Co się okazało, wcale nie.

Fabuła filmu skupia się na przeżyciach wrażliwej młodej kobiety, która instynktownie wyczuwa zagrożenie. Jej przeczucia są tak silne, że przestaje odróżniać senne koszmary od rzeczywistości. Nie mam pojęcia czy prawdziwa Sharon Tate miała takowe przeczucia, ale chyba nie powiecie mi, że nie jest to pewna …. innowacja jeśli idzie o tą historie. Słysząc o niej wszyscy z automatu myślą o samym akcie morderstwa.  A co jeśli Wam powiem, że nie zobaczycie morderstwa Sharon na ekranie? Zaintrygowani?

Jeszcze nie widziałam nowego filmu Tarantino, ale on podobno nie skupia się na samym akcie zabójstwa, ale to nadal nie jest to co odwalił – to chyba właściwe słowo – Daniel Farrands. SPOILER:  Jego produkcji bliżej do horroru paranormalnego niż home invasion, którego można by się spodziewać. Widzimy tu wersję wydarzeń, wersję złudną, wersję życzeniową, w której Sharon Tate i jej przyjaciele zaciekle walczą o życie i wygrywają. Pozornie, bo finalnie okazuje się, że jednak nie. Sharon myśli, że przetrwała zamach na swoje życie, do chwili gdy dostrzega swoje własne zwłoki. KONIEC SPOILERA. Wiem, brzmi to jak bredzenie wariata, ale w tym wariactwie coś było. Coś co mnie, no nie wiem, poruszyło?

Technicznie film wypada blado. Głównie za sprawą obsady. Czy była gwiazdka Disney’a nie jest wymarzoną słodką buzią, którą można obsadzić w roli niezbyt utalentowanej ale ładnej aktorski? No, widać nie, bo Hilary Duff – tak, nie żartuję, Lizzie McGuire –  jest aktorskim drewnem i nigdy nie opuściła klubu myszki Miki. Czytając wypowiedzi Romana Polańskiego na temat jego żony szczególnie często trafiałam na określenie “Słodka”, ale która młoda żona nie jest słodka w oczach męża? Hilary Duff chyba szczególnie wzięła to sobie do serca, bo przesłodziła kreacje roli Sharon, bardzo mnie to drażniło nim przywykłam. Reszta obsady nie wypada wcale lepiej, bo każda wypowiadana przez nich kwestia wydaje się siłą wepchnięta w ust. Nie wiem więc, czy typując najgorszego aktora z całej obsady filmu postawiłabym na Duff.

Osoby bardzo mocno zaangażowane w analizowanie prawdziwych wydarzeń w domu Polańskiego mogą być mocno zniesmaczone, bo ja sama, choć do takowych nie należę zauważyłam dużo naciągnięć, przegięć i pomyłek. I słowo ‘pig’ napisane na szybie zamiast na ścianie wcale nie jest największym z nich.

Wszystko zostało dostosowane do wizji twórcy. Równie dobrze mógłby być to film o innej kobiecie, która ma złe przeczucia, ale nikt jej nie słucha bo ‘winne są hormony ciężarnej’ i zostaje zamordowana. Mógłby, i z pewnością wyszło by mu to na zdrowie. Wtedy każdy uznałby go po prostu za mocno średni film, a nie potwarz rzuconą w stronę tragicznej historii, która wydarzyła się na prawdę.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:4

Aktorstwo:4

Oryginalność:6

To coś:6

49/100

W skali brutalności:1/10

Przecież znacie te balety, wszak w nich złego nie ma nic

Ma (2019)

Nastoletnia Maggie przeprowadza się wraz z matką, Ericą do miasteczka, gdzie jej rodzicielka miała okazję dorastać. Tu Erica podejmuje pracę kelnerki, a jej córka zaczyna naukę w liceum. Maggie szybko nawiązuje znajomość z grupą młodych wyluzowanych i zostaje zaproszona na pierwszą imprezę w nowym miejscu. Gdy prywatka zostaje odwołana niezmordowani nastolatkowie postanawiają uderzyć w plener. O ile uda im się zakupić stosowny prowiant. Tu z pomocą pojawia się Sue Ann. Pracująca w gabinecie weterynaryjnym kobieta w średnim wieku nie tylko zapewnia młodzieży napoje wyskokowe, ale i gościnę.

Młodzi zamelinowani w jej piwnicy doskonale się bawią i wkrótce poszerzają grono lokatorów swojej dobrodziejki o kolejne osoby. Sue Ann zostaje nazwana “Ma”, jako że stanowi dla nich rodzaj ultra wyluzowanej mamuśki. Jednak jaki cel może mieć dorosła kobieta zabawiająca się z bandą wyrostków?

“Ma” jest jednym z głośniejszych tegorocznych projektów filmowych jeśli idzie o tematykę grozy. Stosownie zareklamowany, wysoko budżetowy obraz wzbudził nie małe oczekiwania. Został nakręcony przez twórcę hitu “Służące”, który na podstawie wygrzebanego scenariusza postanowił zrobić swój pierwszy horror.

W obsadzie zobaczymy, nie inaczej, a właśnie gwiazdę “Służących”, charyzmatyczną Olivię Spencer.  Resztę obsady mogłabym w zasadzie pominąć, bo wszyscy jak jeden mąż giną przygnieceni ciężarem talentu Olivii. To ona robi ten film. Jej postać z pewnością już na poziomie pomysły odznacza się potencjałem, ale babka przeszła przez plan jak torpeda i nie wzięła jeńców.

Czym jest “Ma”? O czym jest “Ma”? Ten z pozoru oryginalny pomysł, jest w gruncie rzeczy usnuty na starym jak świat schemacie emocjonalnych konsekwencji licealnych porażek towarzyskich. Bo co też nasza Ma urządza w swojej piwnicy? Mekkę nastolatków, dla których jest niekwestionowaną królową ubawu. Początkowo tylko kupuje im alko, początkowo tylko udostępnia kanciapę. W końcu zaczyna uczestniczyć w imprezach, ba nawet je organizuje i im przewodzi.

Jej zachowanie od początku powinno zaalarmować widza, ale nie naszych rozbawionych bohaterów – urąganie na naiwność nastolatków mija się z celem – jaki jest koń każdy widzi;). Drobnych sygnałów świadczących o niepoczytalności Ma jest coraz więcej, a scenariusz nie jest ukierunkowany na kamuflowanie tego faktu. Tu właśnie mamy do czynienia z pełną klasą aktorstwa Olivii. Kocham jej mimikę.

Bardzo ciekawy wydał mi się wątek córki głównej antybohaterki, ale nie skupiano się na nim szczególnie. Główna rozgrywka dotyczyła Maggie i jej znajomych. Muszę przyznać, że jakoś szczególnie im nie kibicowałam. Niby bogu ducha winne dzieciaki, ale to postać Sue Ann miała w sobie więcej tragizmu. To chyba największy sukces tego filmu: stworzył antybohaterkę, do której ciężko nastawić się ‘anty’. Ma budzi zgrozę, ale nie budzi nienawiści, raczej politowanie.

Warstwa dramatyczna jest więc okej, ale co z horrorem? Mówiąc szczerze nie wygląda mi to na horror, choć tak kategoryzują go internety. Jest to thriller z domieszką horroru i to tylko w końcowej partii epickiego rozbłysku obłędu głównej bohaterki. Można go podciągnąć po teen slasher, ale nie wiem czy to właściwa droga.Ogląda się go przyjemnie, ale tak jak wspomniałam, głównie za sprawą tytułowej postaci i jej aktorskiej kreacji, cała reszta jest cokolwiek przeciętna.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

to coś:6

61/ 100

W skali brutalności:2/10