Archiwa tagu: horrory z lat ’20 ’30 ’40

Oto morderca

M/M – Morderca (1931)

m- morderca

W niemieckim mieście grasuje seryjny morderca dzieci. Policja dokłada starań by wykryć sprawce zbrodni i ukrócić jego zbrodniczą działalność. 

W sprawę angażują się wszyscy mieszkańcy, szczególnie grupa z przestępczego półświatka, która urąga na  niemożność prowadzenia własnych interesów gdy policja wciąż węszy pod ich nogami.

W końcu w najmniej oczekiwany sposób udaje się złapać trop.

„M-morderca” to kamień milowy w historii kina, szczególnie jeśli chodzi o jego mroczną stronę. Może się mylę, ale jest to bodajże pierwszy film o seryjnym mordercy, nakręcony jeszcze nurcie niemieckiego ekspresjonizmu, ale już z udźwiękowieniem.

Oglądałam go w zachwycie typowym dla mojej słabości do starego kina. Obraz stanowi ucztę dla oczu, popis wybitnego aktorstwa i podwaliny pod współczesne kino z watkami detektywistycznymi i psychologicznymi. 

m- morderca

Jego reżyserem i scenarzystą jest nikt inny jak Fritz Lang, którego filmografie powinnam zgłębić z większym zaangażowaniem, bo jak do tej pory widziałam tylko świetną „Kobietę w oknie”. W pisaniu scenariusza jak w przypadku wielu innych jego filmów wspierała go nieoceniona małżonka.

Historia mordercy została luźno zainspirowana przypadkiem niejakiego Petera Kurtena z Dusseldorfu, który działał w okresie międzywojennym i dokonał kilku okrutnych morderstw na dzieciach.

peter kurten

„M-morderca”  gatunkowo najbliżej mam do thrillera z wątkami kryminalnymi. Śledzimy tu bowiem proces wytropienia i schwytania niebezpiecznego psychopaty.

Przeczucie mi podpowiada, że twórca filmu musiał solidnie zagłębić się w kryminalne kroniki , żeby stworzyć tak przewrotną historię. Żeby zwiększyć wiarygodność sprowadził na plan filmowy kilku prawdziwych ulicznych kryminalistów, jednak większość z nich nie ukończyła zdjęć.

Nie ma tu miejsca na banał czy luki fabularne. Dla mnie jest perfekcyjnie w każdym calu. Do dobrze przemyślanego scenariusza dochodzi forma najwyższej próby.  Ujęcia takie jak to, gdy cień mordercy pochylającego się nad małą dziewczynką pada na slup ogłoszeniowy z informacją  o nagrodzie za jego schwytanie stanowi przykład staromodnego sposobu przedstawiania nam antagonisty. Z resztą ujęć z udziałem naszego zbrodniarza mamy sporo. Jego oblicze zobaczymy dość prędko, co nie znaczy że od tej pory wszystko będzie jasne.

Nie dziwie się twórcy, że nie trzymał Pettera Lore po za zasięgiem wzroku widza, bo byłoby to marnotrawienie jego aktorskiego warsztatu. Facet jednym spojrzeniem  robił więcej niż cała zgraja wyposażonych w salę tortur psycholi.

m- morderca

Lang postarał się byśmy nieco poznali naszego antagonistę i pozwolił mu na dłuższy monolog w finale. To kolejny element , który będą naśladować filmowcy aż do czasów współczesnych.  

Podobnie jest z obrazem śledztwa. Poznamy tu szereg technik kryminalistycznych, tok rozumowania śledczych i problemy organizacyjne z jakimi przeszło im się mierzyć.

Wreszcie mamy  bohatera zbiorowego w postaci społeczności niemieckiego miasta, gdzie każdy od oficera, przez gospodynie domową do żebraka czuje moralny obowiązek schwytania mordercy dzieci.

Przewrotny punkt kulminacyjny jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych wątków kina detektywistycznego. To w jak gruncie rzeczy przypadkowy sposób został zdemaskowany morderca również znajdzie gro naśladowców.

m- morderca

Przy tym dodaje sprawie większego realizmu. Mimo, że film został nakręcony w latach 30 czyli jeszcze przed ‚wysypem’ prawdziwych seryjnych morderców, to twórca przewidział fakt, że najnieuchwytniejsi sprawcy wpadają w ręce władz przypadkiem. A pisanie listów do redakcji lokalnych gazet? Medialność antagonisty? Cóż, pomyślało mi się nawet, że filmowy morderca Langa zainspirował samego Zodiaka:)

Fabuła „M-Mordercy” to nie tylko nieśmiertelne filmowe wątki, ale też wciąż aktualne dylematy. Mamy tu motyw piętnowania przestępców – Tu symboliczna literka M na płaszczu zabójcy. Motyw zbiorowej histerii jaką budzi pojawienie się takiego ludzkiego drapieżnika w szeregach zwykłych obywateli i dążenie do społecznego samosądu. Zabójstwo dokonane na dziecku ukazane tu zostaje jako coś, co obrzydza wszystkich, nawet tych, którzy nie wiodą do końca uczciwego życia. Wciąż żywy jest dylemat, co z takim zrobić? Ubić na miejscu? Leczyć? Czy dożywotni wikt na państwowym garnuszku to adekwatna kara?

W tym momencie już powinniście wyzbyć się wątpliwości czy warto sięgnąć po „M-Morderce”. Warto, po stokroć.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:10

Klimat:10

Napięcie:8

Zabawa:9

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:10

Aktorstwo:10

Oryginalność:10

To coś:9

84/100

W skali brutalności:1/10

Opowiem Wam mój sen

Dead of Night/ U progu tajemnicy (1945)

u progu tajenicy

Architekt Walter Craig na zaproszenie Eliota Foley’a przybywa do domu na prowincji by opracować plan przebudowy budynku. Spotyka tam grupę jego znajomych, którzy akurat przybyli z wizytą. Co ciekawe wszyscy Ci ludzi byli bohaterami snu, który uporczywie dręczy architekta od dłuższego czasu. Gdy mężczyzna zwierza im się z tego faktu Ci jakby dla potwierdzenia jego nadnaturalnego doświadczenia opowiadają o swoich, podobnego rodzaju przeżyciach.

Dawno nie wrzucałam tu żadnego starocia. Urodzaj nowości jakoś na to nie pozwalał, ale szczerze mówiąc już zbrzydły mi te współczesne przeciętniaki i aby móc wreszcie ocenić jakiś film wyżej niż 50punktów nie miałam innego wyjścia jak tylko wrócić do tego, co lubię najbardziej, czyli, czarno-białych straszaków z pierwszej połowy XX wieku.

„U progu tajemnicy” jest utrzymany w popularnej konwencji antologii filmowej. Jest bodaj jednym z pierwszych filmów tego rodzaju. Składa się więc z kilku segmentów, stanowiących osobne historie i scalonych klamrą wątku głównego. W tym przypadku koszmaru sennego naszego architekta.

u progu tajenicy

Walter Craig wyśnił sobie spotkanie w domu Eliota Foley’a. Pamiętał ludzi, których nigdy wcześniej nie spotkał. Strapiony szukał wśród nich potwierdzenia autentyczności swoich dziwnych odczuć. To otworzyło kolejne filmowe wątki, czyli w gruncie rzeczy kolejne segmenty filmu.

Mamy tu sporą gromadę bohaterów z czego każdy, za wyjątkiem jednego, ma do opowiedzenia tajemniczą historię jakiej doświadczył. Napisałam, za wyjątkiem jednego – tym jednym, który nigdy nie odnotował niczego nadnaturalnego w swoim życiorysie jest poważny Pan psychoanalityk, który przez cały film będzie negował doświadczenia bohaterów, ‚sprowadzając ich na ziemię’.

Każda z filmowych nowelek zawartych w filmie ma swojego twórce. Pojawi się więc tu sporo znanych nazwisk, które nie da się ukryć stanowiły klucz do powodzenia tej misji.

Segmentów jest w sumie pięć, plus wątek scalający. Jeśli o mnie chodzi to najbardziej przypadła mi do gustu najprostsza z historii, traktująca o „Przyjęciu bożonarodzeniowym”, w którym uczestniczyła młoda dziewczyna, narratorka opowieści. Historia, jak wspomniałam, jest bardzo prosta i sprowadza się do spotkania z duchem małego chłopca zamordowanego przez krewną.

u progu tajenicy

Drugi równie udany co prosty fabularnie segment opowiada o „Nawiedzonym lustrze”. Pewna młoda małżonka sprezentowała swemu mężowi stare zwierciadło, które tak pechowo się złożyło, było kiedyś w posiadaniu człowiek ogarniętego obłędem. Temat znany i popularny w kinie grozy. I lubiany przeze mnie przeogromnie. Zbieram maniakalnie wszystkie stare lustra po targach starci, ale jak dotąd żadne nie spełniło moich nawiedzonych oczekiwań;)

u progu tajenicy

Ciekawie prezentuje się również „Kierowca karawanu” powstały w oparciu o opowiadanie E. F. Bensona, czy „Golfowa historia” w oparciu o opowiadanie H.G. Wellsa, któremu od dawna obiecuje, że przeczytam coś z jego twórczości.

Najdłuższym z segmentów był chyba ten dotyczący „Lalki brzuchomówcy”, poruszający popularny temat demonicznych lalek, które często mają zgubny wpływ na ich posiadaczy.

u progu tajenicy

Wszystkie historie uważam za jak najbardziej udane, są dość klasycznymi reprezentantami popularnych w dreszczowcach wątków. Wszystkie nakręcone sprawną ręką z dobrym aktorstwem i klimatem specyficznym dla kina tamtych czasów. Dla mnie pozycja jak najbardziej godna polecenia.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:6

Zaskoczenie:7

Zabawa:9

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:8

70/100

W skali brutalności: 0/10

Ciało bez duszy

I Walked with a Zombie/ Wędrowałem z zombie (1943)

wędrowałem z zombie

Młoda, urodziwa Betsy ma rozpocząć pracę w charakterze pielęgniarki nieuleczalnie chorej żony plantatora z Karaibów. Przybywa zatem do jego domu i ze zgrozą poznaje dziwną naturę schorzenia jakie przypadło jej podopiecznej, Jessice.

Chora przypomina kukłę bez duszy. Je jeśli się ją nakarmi, porusza się mechanicznie, albo wcale, milczy i patrzy w dal pustym wzrokiem.

Betsy poznaje też resztę rodziny, wszyscy pogrążają się marazmie i chyba nic nie jest w stanie im pomóc. Ostatecznie jedynym ratunkiem dla chorej i jej bliskich wydaje się udział w rytualne Voodoo, który miałby przywrócić Jessice dusze, a jej bliskim spokój i szczęście.

wędrowałem z zombie

Nie jestem fanką zombie movie, to już za pewne zauważyliście. Współczesne podejście do tej tematyki zupełnie mi nie leży, ale żeby zupełnie nie odwracać się od tego cennego dla kultury grozy wątku szukam wizji opartych na staromodnym postrzeganiu zagadnienia zombie.

Za cel postawiłam sobie zapoznać się z zombie movie z przed ery Romero i tak złowiłam pierwszy z filmów „Wędrowałem z zombie”.

Usłyszałam, że jest to obraz bardzo zdolnego reżysera, twórcy między innymi „Ludzi kotów”, który pod przewodnictwem bardzo interesującego producenta nakręcił właśnie „Wędrowałem z Zombie”.

Val Lewton producent i pomysłodawca projektu pracował w studiu Selznica – tak, tego typa o ciężkim charakterze – i to właśnie on powierzył Rosjaninowi wyprodukowanie kilku krótkich niskobudżetowych horrorów. Ten czym prędzej zlecił pracę zdolnemu francuzowi. Rzucił mu temat, a ten, nie skłonny oddawać się grotesce jaka kojarzy się z kinem klasy B postanowił nakręcić horror inny niż wszystkie, a jednak spełniający założenia producenta. Ma być zombie, będzie zombie, ale obleczone w ramy romantycznej, metafizycznej historii.

Szkoda, że współcześni twórcy zombie movie wolą iść na łatwiznę.

„Wędrowałem z zombie” nie jest więc horrorem w stylu Hammera i jemu podobnych. Nie wiem nawet jak określić ten styl, jest tak inny. Jakbym si uparła i koniecznie chciała do czegoś porównać to dzieło, postawiłabym na filmy Hichcocka, ale to z dużym dystansem.

Z drugiej strony scenariusz Curta Sidomaka („Wilkołak” ’41) przypomina fabułę powieści sióstr Bronte, czy „W kleszczach lęku” Jamesa.

Groza jest tu przemycana bardzo subtelnie i ma bardziej romantyczny, czy metafizyczny wymiar. Od pierwszych filmowych scen w dialogach przewijają się tematy związane ze sposobem pojmowania życia i śmierci.

Gdy Betsy, zachwycona światem i po kobiecemu delikatna styka się z mrocznym światem karaibskiej plantacji jej policzki bledną, a ona jest rozdarta między chęcią pomocy przystojnemu chlebodawcy, a podejrzeniami o jak najmroczniejsze poczynania członków rodziny Jessiki.

W filmie pojawiają się sceny, gdzie gości groza, ale znowu nie jest ona taka jak w typowym zombie movie.

wędrowałem z zombie

Trzeba zacząć od tego, że „Wędrowałem z zombie” postrzega motyw żywego trupa zupełnie inaczej. Nie mamy tu gnijących zwłok, do których trzeba wywalić ze strzelby prosto w łeb, a lunatyczną piękność, której umysł zatrzasnął się na zewnętrzne bodźce.

Jessika snuje się nocami po domu, jakby w transie i to właśnie te ujęcia możemy nazwać stricte horrorowym zgraniem.

Wreszcie pojawia się motyw magii Voodoo jako przyczyny stanu Jessiki i jednocześnie jedyny dla niej ratunek. Tu sprzedano  nam kolejną porcję scen mogących wprowadzić stosowny dla gatunku nastrój. Widzimy czarnoskórego mężczyznę, który w swoim szamańskim tańcu manipulując lalką wyciąga z domu żonę plantatora.

wędrowałem z zombie

I na koniec finał, podsumowujący wszytko, ale nie wyjaśniający tego co powinno zostać w sferze tajemnicy. Gdyby pokuszono się w tym miejscu o klarowne wyjaśnienie całego problemu to tak jakby Hollywood chciał nam objaśnić zagadkę życia i śmierci. Poprzestano więc na słowach pożegnania i scenie samobójstwa.

wędrowałem z zombie

„Wędrowałem z zombie” ma tak niesamowity klimat, jest tak pięknie zrobiony, że choćby ze względu na to wato go obejrzeć. Widać, jednak zombie może mieć inną twarz.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:10

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:7

Oryginalność:9

To coś:7

71/100

W skali brutalności:0/10

Krocząc krętymi schodami

The Spiral Staircase/ Kręte schody (1945)

kręte schody

W wyniku doznanego w dzieciństwie szoku, młodziutka Helen przestała mówić. Teraz pracuje jako opiekunka schorowanej starszej Pani o wyjątkowo trudnym charakterze. Helen jednak dogaduje się z nią świetnie – pewnie dlatego, że nie mówi. Mieszka wraz z nią, jej córką i zięciem.

Od jakiegoś czasu w miasteczku giną kobiety, a Helen wydaje się, że może stać się kolejna ofiarą. Z pomocą przychodzi jej adorator, miejscowy lekarz, ale zdemaskowanie obłąkanego sprawcy nie jest takie proste.

Bardzo chciałam obejrzeć te film. Szukałam go od dłuższego czasu, ale jak to bywa z produkcjami z przed wielu lat, namierzenie go nie było wcale proste. W końcu, nie małym kosztem, udało się. Czy było warto? z pewnością. Dla kogoś kto darzy filmy noir tak obłędną i bezkrytyczną miłością jak ja jest to nie lada gratka.

kręte schody

Film Siodmaka powstał w oparciu o powieść Ethel White, której inne dzieło swego czasu zekranizował sam Hitchcock („Starsza Pani znika„).

Siodmak wziął na warsztat „Some must watch”, która doczekała się readaptacji w latach ’70, a także przymierzano się do nakręcenia na jego bazie serialu.

„Kręte schody” to dość klasyczny kryminał, dość, aczkolwiek nie do końca. Policyjni detektywi odgrywają tu bardzo niewielką rolę, nikt tu praktycznie nie tropi zabójcy a działania skupiają się raczej na uniknięciu spotkania z nim.Klasyczny film noir to też nie jest, bo gdzie podziała się femme fatale? Zamiast takiej gwiazdy z papierosem mamy nieme jagniątko w głównej roli żeńskiej.

kręte schody

Morderca zbija młode kobiety, które z jakieś przyczyny, którą poznany w finale, wybrał jako niegodne by żyć. Tu muszę przyznać motywacja mordercy wygląda dość ciekawie. Można doszukać się tu związku między pochodzeniem reżysera, a taką właśnie kreacją antybohatera.Jeśli więc chodzi o samą zagadkę, wszyto jest na swoim miejscu. Jednak bardziej godnych pochwały zalet dopatruję się gdzie indziej.

Po pierwsze jest to obraz czarno biały, czyli taki jak lubię. Po drugie używa wszystkich miłych moim sercu zgrań, jak samotne przechadzki po domu gdzie z nagła gasną światła, mrok nocy i szalejąca na dworze burza, przerażona omdlewająca niewiasta i ostre zbliżenia na ciemne kałuż oczu zabójcy, który obserwuje z ukrycia swoją przyszłą ofiarę.

kręte schody

Z uwagi na rodowód reżysera w filmie bardzo żywe jest echo niemego kina ekspresjonistycznego. W pierwszych scenach widzimy jak Helen ogląda niemy obraz z 1914 roku („The Kiss”) i z zachwytem podziwia aktorów, którzy mimo iż pozbawieni głosu wyrażają swoje emocje. Helen jest taka jak oni. Jej twarz ukazuje wszytko, jednak cóż z tego jak w konfrontacji z mordercą nie może nawet krzyknąć o ratunek?

Oczywiście nawiązania do kina niemego są też żywe w filmowych zdjęciach. Bardzo duży nacisk kładziony jest na operowanie światłem, by dzięki temu prostemu zabiegowi uzyskać kontrasty, ukryć to co powinno być ukryte i lepiej uwidocznić to co ma być pokazane.

kręte schody

Jak dotąd „Kręte schody” są dopiero drugim filmem tego twórcy jaki miałam okazję obejrzeć.Wcześniej widziałam nakręcone rok później „Mroczne zwierciadło”. Oczywiście ogromnie liczę, że nie będzie on ostatnim.

Moja ocena:

Straszność:4

Klimat:9

Fabuła:8

Napięcie:6

Zaskoczenie:6

Zabawa:8

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:8

73/100

W skali brutalności:0/10

Potwory nie potworne

Freaks/ Dziwolągi (1932)

freaks

Objazdowy cyrk dziwów Madame Tetrallini zarabia na szokowaniu obywateli, spragnionych mocnych wrażeń.

Nie chodzi tu tylko o siłaczy i akrobatów, główną atrakcją cyrku dziwów są ludzie pokrzywdzeni przez naturę, cierpiący na wszelakie wrodzone przypadłości objawiające się anomaliami w budowie ciała.

Spotkamy tu kobietę z brodą, człowieka -kadłubka pozbawionego wszystkich kończyn poruszającego się ruchem wężowym, człowieka bez nóg chodzący na rękach,Hermafrodytę, kobiety dotknięte deformacjami czaszki,mężczyznę o zdeformowanych rękach, karły i co tylko dusza zapragnie.

Wszyscy oni zepchnięci na margines społeczny tworzą swoją własną społeczność. Mają swoje własne problemy, z którymi radzą sobie wg. swoistego kodeksu dziwolągów. Z jedną z takich historii, o zemście dziwolągów mamy do czynienia w legendarnym filmie Toda Browninga.

freaks

„Dziwolągi” to bardzo głośny film. Przez trzydzieści lat był zakazany w większości krajów, a jego premiera w Stanach położyła się cieniem na karierze reżysera „Draculi” z Bellą Lugossim.

Browning do swojego projektu zatrudnił bowiem prawdziwe dziwolągi. Nie posłużył się charakteryzacją. Większość ekipy filmowej stanowili wyłapani w słynnych cyrkach dziwów okaleczeni ludzie. Nakręcił więc horror do bólu prawdziwy.

Każdy kto zna biografie pierwszego odtwórcy roli Hrabiego Draculi wie, że ten reżyser oczekiwał od obsady autentyczności o poziomie dziś niespotykanym w kinie.

Stąd szok i oburzenie publiczności, która mimo iż ochoczo toleruje tanią groteskę chce mieć pewność, że fikcja pozostanie w świecie fikcji.

Fabuła filmu opiera się na retrospekcji. Przewodnik oprowadzający tłumek gapiów po muzeum potworów snuje opowieść o jednym z nich. Jest nim, a raczej była ‚królowa przestworzy’ akrobatka zwana Kleopatrą. Piękna i zepsuta kobieta, rezydentka cyrku dziwów, rozkochała w sobie karła Hansa by uśmiercić go i przejąć jego majątek.

freaks

Szczęśliwie przyjaciele Hansa w porę ratują rozkochanego mężczyznę i wymierzają Kleopatrze karę w sposób najdotkliwszy z możliwych- czyniąc ją jedną z nich – dziwolągiem.

Walorów czysto horrorowych we współczesnym ich rozumieniu nie uświadczymy tu zbyt wielu – Jeśli nie liczyć samego widoku upośledzonych genetycznie ludzi i jednej sceny finałowej, gdy widzimy jak nocą w strugach deszczu dziwolągi napadają na chciwą piękność.

Dziś „Freks” nikogo nie z szokuje do tego stopnia, co w początku ubiegłego wieku. Dziś znamy medyczne uzasadnienia schorzeń jakie powodowały taki a nie inny efekt wizualny, możemy więc szok przełożyć na racjonalizm.

We mnie ta historia wzbudziła raczej współczucie, choć nie da się ukryć ze pokrzywdzeni przez los mutanci potrafili działać brutalnie. Pojawia się jednak pytanie, czy to natura uczyniła ich potworami, czy bezwzględność otoczenia?

W filmie pojawia się masa scen jednoznacznie pokazująca położenie grupy dziwolągów. Ukazanie losu takich osób było chyba nadrzędnym celem twórcy filmu, mimo iż jego chęci zostały odebrane, tak a nie inaczej.

Jeśli jesteście fanami serialu „American Horror story”, szczególnie sezonu „Freakshow” z pewnością po seansie z „Dziwolągami” zauważycie jak mocno twórcy serialu czerpali z historii jaką opowiada film Toda Browininga. Postaci dziwadeł, które pojawiają się w serialu zostały skrojone na wzór i podobieństwo tych w starym dreszczowcu.

freaks

„Freaks” polecam całym sercem. Miłośnicy starego kina grozy dostaną tu to czego oczekują. Jest klimat, jest historia, są wrażenia wizualne i morał do przemyślenia. To dobry, a nawet bardzo dobry film.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:10

Aktorstwo:10

Oryginalność:9

To coś:9

76/100

W skali brutalności:1/10

Człowiek, którego nie ma

The Invisible Man/ Niewidzialny człowiek (1933)

niewidzialny człowiek

Skromy aptekarz, Jack Gryffin, ma ambicje zostania wielkim naukowcem. Jak przekonają się mieszkańcy małej turystycznej mieściny, w końcu udaje mu się dokonać odkrycia na miarę nagrody Nobla.

Wszystko zaczyna się w pewną wietrzną noc, gdy w czasie śnieżnej zawiei opatulony od stóp do głów Jack wpada z walizką do gospody państwa Hall. Tam stara, podejrzliwa karczmarka wynajmuje mu pokój. Wkrótce jej wścibstwo doprowadzają ją do nieprawdopodobnego odkrycia.

niewidzialny człowiek

Jack Gryffin nie jest zwykłym przyjezdnym, a naukowcem, który w wyniku eksperymentowania na samym sobie doprowadził do nieszczęścia. Bohater zaaplikował sobie mieszkankę składającej się z niepewnej substancji, która sprawiła, że jego powłoka materialna, znikła. Mężczyzna stał się niewidzialny i tylko warstwa ubrań i bandaży sprawia, że inni ludzie mogą dostrzec jego obecność.

niewidzialny człowiek

Jest coś jeszcze. Wspomniana substancja powoduje poważne skutki uboczne doprowadzając eksperymentatora do szaleństwa. Wkrótce pojawiają się pierwsze śmiertelne ofiary, a Jack pokaże światu, co jeszcze może zrobić, czego dokona, a nikt nie będzie w stanie go powstrzymać, bo… go nie widać.

Bardzo tęskniłam za tym filmem. Oglądałam go oczywiście jeszcze za dzieciaka i chyba nie muszę dodawać, że mocno mnie przeraził. Teraz efekt przerażenia był… no, nie było go, niemniej jednak klasyczna już historia o niewidzialnym człowieku jest nader interesująca a obraz w reżyserii Jamesa Whale świetnie przekłada ją na język filmu.

Postawę dla scenariusza stanowiła powieść H. G. Wellsa, autora bardzo znanych powieści z pogranicza grozy i Sci-fi, takich jak „Wojna światów”, czy „Wyspa doktora Moreau”. Jeszcze nie miałam okazji się z nią zapoznać, więc porównań na poziomie fabuły nie będzie.

Lata 30 przyniosły wiele dobrych ekranizacji klasycznych powieści grozy, „Niewidzialnego człowieka” spokojnie można do nich zaliczyć.

niewidzialny człowiek

Film oglądałam w wersji czarno-białej, może szczęśliwie nikt go nie pokolorował, a może miałam fart trafiając na wersję oryginalną. To automatycznie działa na korzyść klimatu, przynajmniej w moim odczuciu.

Jeśli chodzi o prezentację filmowych wydarzeń to nie mam zastrzeżeń ze względu na moją tolerancję dla niewielkich, w porównaniu z obecnymi możliwości technologicznych ówczesnych filmowców.

Sceny, które zawierają efekty specjalne, jak ta w której widzimy człowieka, którego twarz powoli znika, po powolnym zdejmowaniu bandaża, udały się całkiem dobrze.

Bardzo przypadło mi do gustu aktorstwo.Nieco przesadna maniera jaką operowała obsada pasowała do iście dramatycznych wydarzeń. Szczególnie obłęd wydzierający z głównego bohatera w czasie wygłaszanych monologów o potędze i sławie. Zabawną postacią jest stara karczmarka. Wiecznie krzycząca w przerażeniu, zagłuszająca wszystko i wszystkich. Jakby mieć taką obok siebie na co dzień można się dorobić chronicznej migreny:)

niewidzialny człowiek

Lubię opowieści o szalonych naukowcach, są nieśmiertelne i wciąż aktualne, na tyle długo na ile człowiek nadal będzie przekraczać kolejne bariery poznania.

Człowiek, którego nie widać, który może być wszędzie, może bez problemu wejść i wyjść niezauważony, podsłuchać wszystko, zdemaskować każdego, to iście szatańska wizja.

Oglądając film zastanawiałam się na ile obłęd głównego bohatera i jego mordercze zamiary były winą feralnej substancji, a na ile nagle zdobytej władzy, która, jak wiadomo, powoduje u niektórych rozpętanie najgorszych instynktów.

Ta historia opowiadana, kontynuowana była na wiele sposobów, sama miałam do czynienia tylko z „Człowiekiem widmo” i wrażenia po seansie raczej mierne. Natomiast bardzo chętnie zapoznam się z pierwowzorem filmu, czyli powieścią.

Do seansu z „Niewidzialnym człowiekiem” z 1933 roku oczywiście zachęcam, może nie miłośników współczesnego kina grozy, ale na pewno tych, którzy doceniają starsze produkcje.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:9

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:9

Zaskoczenie:6

76/100

W skali brutalności:1/10

Feralny zamek

Schloß Vogeloed/ Zamek Vogelod (1921)

zamek vogelod

Film znalazłam pod tytułem „Haunted Castle”,w wersji trwającej godzinę dwadzieścia minut, z angielskimi napisami i o tej właśnie wersji będę tu pisać.

Fredrich Wilhelm Murnau to wybitnie mroczny twórca. Jego obraz „Zamek Vogelod” powstał na rok przed słynnym „Nosferatu” i również stanowi filmową adaptację literackiego utworu.

Bez wątpienia, w porównaniu historią wampira jest nieporównywalnie mniej straszny, nie mniej jednak utrzymuje nastrój grozy.

zamek vogelod

Opowiada o pewnym feralnym spotkaniu, w którym uczestniczą: podejrzany o morderstwo brata hrabia Oetsch, wdowa po zmarłym baronowa Safferstätt obecnie poślubiona z baron Safferstätt, którego wyrwała jeszcze będąc zamężną z obecnie nieżyjącym.

Wkrótce pojawia się także zakonnik przybyły z Rzymu, przyjaciel zamordowanego i jego żony. W tle przewijają się też inni goście lorda Vogelöd bawiący na jego zamku.

zamek vogelod

Fabuła skupia się na zatargach pomiędzy zebranymi. Głównie między wdową a szwagrem.

zamek vogelod

zamek vogelod

W całym zestawieniu aktorów kina niemego uwagę zwraca Olga Tschechowa,w roli baronowej. Dumna Rosjanka, ulubienica Hitlera, gwiazda kina lat 20 i 30, oraz podobno- szpieg ZSRR.

Uwagę przykuwa nie tylko urodą, ale także nader interesującą ekspresją. Jej rola opiera się na graniczących z omdleniem scenach załamań nerwowych jakie przezywa niemal przez cały seans. Niekiedy zamiera w bezruchu jak posąg, innym razem oddycha ciężko- czego rzecz jasna nie słyszymy lecz możemy dostrzec na wyraźnie falującej bluzce kobiety – z łzami w oczach, lub bijącym z nich szaleństwem.

Jej postać jest najbardziej wielobarwna, choć drażniła mnie plącząca się wiecznie w jej okolicy i obściskująca ją małżonka gospodarza ‚imprezy’ – Zupełnie zbędny rekwizyt.

zamek vogelod

Inną ważną postacią jest graf Oetsch, który zamierza wprowadzić trochę zamieszania. Być może znowu przybył kogoś uśmiercić – w końcu ksiądz i kucharz gdzieś wyparowują- a może planuje coś z goła odwrotnego?

W obrazie Murnau widzimy tylko jedną autentyczną scenę grozy – w akcie zatytułowanym „Sny” obserwujemy wizje z koszmaru sennego jednego z wesołkowatych gości.

zamek vogelod

Widać reżyser już wtedy nosił się z zamiarem straszenie na serio Oczywiście miał już wtedy na koncie jeden horror, adaptację- znowuż- „Dr. Jeckyll and mr Hyde” w filmie „Głowa Janusa”, ale nie wiem, co tam zastosował, bo jeszcze na nią nie trafiłam.

W każdym bądź razie „Zamek…” nie jest  horrorem. Scenariusz może kojarzyć się z „Domem na przeklętym wzgórzu” (59) gdzie również chodzi o zagadkę morderstwa nie o nawiedzenia jako takie.

Idąc śladem reżysera trafiłam na całkiem interesujący obiekt dalszego tropienia starych filmów, mianowicie, producenta Erich’a Pommera, który maczał palce w wszystkich głośnych obrazach kina niemego.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zaskoczenie:7

Zabawa:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:8

To coś:8

73/100

W skali brutalności:0/10

Szaleniec numer jeden

Das Cabinet des Dr. Caligari/ Gabinet doktora Caligari (1920)

gabinet doktora caligarii

Doktor Caligarii to iluzjonista, czy też hipnotyzer, który wędruje od miasta do miasta ze swoim popisowym numerem, z udziałem przerażającego lunatyka, żyjącego na krawędzi jawy i snu, posłusznego tylko swemu Panu.

Dwóch gentelmanów udaje się na pokaz a jeden z nich za namową doktora zadaje lunatykowi Cesarowi pytanie dotyczące jego przyszłości: „Jak długo będę żył?”. „Do świtu następnego dnia.” – Pada odpowiedz, a proroctwo się spełnia. Co więcej w podejrzanych okolicznościach, w rzeczonym miasteczku giną kolejne ofiary. Przyjaciel pierwszej z nich zaczyna węszyć a jego podejrzenia padają na doktora Caligari.

gabinet doktora caligarii

„Gabinet…” to dobry reprezentant ekspresjonistycznego kina niemego. Różnice między nim, a np. Nosferatu” rzucają się w oczy od samego początku. „Gabinet…” nie był z założenia horrorem, z czasem przypięto mu tą łatkę i teraz funkcjonuje jako pierwszy horror pełnometrażowy.

Reżyserem obrazu jest Robert Wine. Cechą charakterystyczną jego filmów jest nastrój obłędu odzwierciedlony nie tylko w fabule, ale nawet w scenografii. W przeciwieństwie do „Nosferatu” twórca postawił na maksymalną sztuczność i odrealnienie. Zobaczymy więc wszechobecne makiety ,które nawet nie starają się przypominać rzeczywistych plenerów, czy pomieszczeń. Fantazyjne ‚esy floresy’, figury geometryczne, ostre linie proste, asymetria. Widziałam to już w jego wcześniejszym filmie „Genuine” i odrazu mi się to nie spodobało. Doceniam wizje, jest…hym… interesująca, ale ja zawsze stawiam na wysiłek włożony w naturalizm przedstawionych obrazów. Dlatego też wolę dobre ujęcie mgły sunącej po łące niż komputerowo zmajstrowanego demona.

gabinet doktora caligarii

„Gabinet…” ma dość pomysłowy scenariusz, zaskakujące zakończenie, czego raczej nie spodziewamy się w klasycznym, starym kinie. Postać Doktora jest demoniczna, upiorna, genialna, jest po prostu dobrym prekursorem szaleńców w kinie grozy.

gabinet doktora caligarii

Motyw choroby psychicznej w tymże filmie doskonale przetarł szlaki wszelkim thrillerom i horrorom operującym nim współcześnie. Myślę, że zobaczycie analogi przynajmniej do dwóch tytułów.

Z wyjątkiem scenografii wszystko w tym filmie mi pasowało, z tym, że ja zawsze bardzo zwracam uwagę na scenografię…

Moja ocena:

Straszność:7

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:7

Zaskoczenie:9

Zabawa:6

Walory techniczne:5

Aktorstwo:7

Oryginalność:10

To coś:6

72/100

W skali brutalności:0/10

Dziewczyny to nic więcej jak tylko kłopoty

The Woman in the window/ Kobieta w oknie (1944)

kobieta w oknie

Profesor psychologii Richard Wanley przebywa w Nowym Jorku z dala od ukochanej żony i dzieci. Dni upływają mu na wykładach wieczory zaś spędza w klubie z dwoma przyjaciółmi, lekarzem i prokuratorem. Wszyscy trzej Panowie w średnim wieku z zachwytem obserwują portret damy umieszczony na wystawie. Pewnego wieczora Richard spotyka ową damę ze snów na ulicy, idą razem na drinka, kobieta zaprasza go do siebie… od tego tylko krok do wspólnego morderstwa.

kobieta w oknie

Wspomniałam, że uwielbiam postaci kobiece w filmach noir, wspaniałe, eleganckie kobiety fatalne, które zawsze wciągają bogu ducha winnych mężczyzn w niebezpieczne sytuacje. Taką kobietą jest także Alice Reed zagrana przez Joan Bennett- możecie ją kojarzyć z „Suspirii”. Alice nie jest co prawda wyrachowaną wywłoką nie mniej jednak pakuje sztywniackiego profesorka w nie lada kłopoty.

Ona jest piękna, on zauroczony. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ten trzeci…

Obraz Fritza Lannga, który już o 1919 roku działał w świecie filmu kręcąc obrazy ekspresjonistyczne, mówi o lęku przed ‚przygodą’. Trzej mężczyźni rozmawiają o tym jak niebezpieczne są dla ich spokoju ducha niekontrolowane sytuacje, po czym jeden z nich z uśmiechem na ustach pcha się właśnie w taką przygodę. To jeszcze nie wszytko. Po ukryciu zwłok Richard jest przekonany o swoim bezpieczeństwie jednak kolega prokurator bezceremonialnie i zupełnie przypadkowo oświeca go na temat tego, jak faktycznie mają się sprawy.

kobieta w oknie

Ten stary obraz jest perełką dla fanów starych kryminałów. Świetnie jest tu pokazana cała historia ze strony sprawców, jak i śledczych. Wyróżnia się dużą dbałością o szczegóły i przekonującymi kreacjami głównych bohaterów. Samo zakończenie to taki ukłon w stronę Freuda, nie każdemu się podoba, nie mniej jednak zaskakuje i jest dobrze wykonane.

kobieta w oknie

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:9

Klimat:8

Napięcie:9

Aktorstwo:10

Walory techniczne:9

Zaskoczenie:10

Zabawa:8

Oryginalność:7

To coś:9

82/100

W skali brutalności:1/10

Ekspresja grozy

Nosferatu, eine Symphonie des Grauens/ Nosferatu, Symfonia grozy (1922)

nosferatu symfonia grozy

Nosferatu wiekopomne dzieło niemieckiego ekspresjonisty Fredricha Wilhelma Marnau jest filmową wariacją na temat powieści Brama Stockera, „Dracula”. Problem z prawami autorskimi sprawił, że wierna adaptacja nie mogła mieć miejsca toteż zamiast Hrabiego Draculi mamy Grafa Orloka w roli tytułowego Nosferatu. Imiona pozostałych bohaterów również zostały zmienione, pokombinowano także z fabułą, choć główne założenia, takie jak przybycie młodego handlarza nieruchomościami do zamku w Karpatach, pociąg Nosferatu do jego małżonki, obłęd starego sługi Nosferatu i wreszcie śmierć wampira pozostały nietknięte.

Pierwszym pełnometrażowym ‚strasznym filmem’ był oczywiście „Gabinet doktora Caligari” jednak nie został on oficjalnie przyporządkowany do gatunku grozy, prekursorem został więc w tej kwestii „Nosferatu”.

nosferatu symfonia grozy

Dlaczego?

Nosferatu posiada wszystkie cechy dobrego horroru. Fabułę, oparta na legendzie, w tym przypadku o krwiopijcy oraz antybohatera, który przeraża swoją charakterystyką. Odtwórca roli Orloka, Max Shreck (jego nazwisko oznacza grozę) był posądzany o wampiryzm, sam reżyser święcie w to wierzył i szybko wokół Maxa stworzono nastrój upiornej tajemnicy.

nosferatu symfonia grozy

Jego naturalny wygląd sprzyjał takim podejrzeniom, a dodatkowa charakteryzacja na potrzeby filmu rozwaliła widzów na łopatki. Tak, w horrorach z lat 20 wszyscy aktorzy wyglądają dość upiornie, zapewne to kwestia mody na bladość, mocne podkreślanie oczu no i używanego wówczas oświetlenia. Nasz łysy pan z dziwną budową czaszki, nienaturalnie długimi kończynami, lekko przygarbioną postawą wygląda wręcz arcygroźnie.

nosferatu symfonia grozy

Kolejną sprawą jest typowe dla starego kina europejskiego kręcenie w plenerze. Widzimy więc łąki, na których czai się potwór, osnute mgłą zamczysko otulone szczytami gór, upiorne powykręcane drzewa w świetle księżyca. Za oceanem tak się nie wysilali budowali makietę i gotowe. To typowo romantyczne odzwierciedlanie w siłach natury nastroju obrazu bardzo sprzyja klimatowi grozy. Z resztą z fabuły filmu wynika iż wampir jako istota jeszcze niezbadana przez naukę jest nieodłącznym elementem ekosystemu, jak np.mięsożerne rośliny. Przybycie wampira do Wisborgu jest utożsamiane z epidemią, śmiercią, czyli również rzeczą niestety naturalną.

Co do reszty symboli filmowych niektórzy doszukiwali się tu feministycznego manifestu, bo w końcu to nie kto inny jak niewinna niewiasta rozprawia się z potworem.

nosferatu symfonia grozy

Uzupełnieniem tego wszystkiego jest muzyka. Rewelacyjna, mocna, nastrojowa, taka jaka w pełni potrafi zrekompensować niedogodność niemego kina.

Nawet jeśli ktoś nie gustuje w starych filmach, powinien zobaczyć „Nosferatu”.

Moja ocena: 10/10