Archiwa tagu: horrory z lat ’50 i ’60

Trudno znaleźć dobrą nianie a jeszcze trudniej dobre dziecko

Nanny/ Niania (1965)

Dziewięcioletni Joey po dwóch latach wraca z ośrodka dla trudnych dzieci do swojego rodzinnego domu. Tu wita go pogrążona w depresji po śmierci córki i siostry Joey’a matka, surowy ojciec i uprzedzająco miła niania. Młody panicz jest krnąbrny i zagniewany, za wszystkie domowe nieszczęścia wini starą nianię. Chłopiec marzy o pozbyciu się jej z domu.

Film z Bette Davis z ’65 roku wpadł mi w oko lata temu. Zwróciłam na niego uwagę krótko po seansie z Co się zdarzyło Baby Jane” i polowałam na jakąkolwiek wersje nadającą się do obejrzenia. Każdy miłośnik starych filmów, wie, że takie polowania bywają karkołomne i mało efektywne, ale w końcu się udało. “Niania” nieoczekiwanie wyłoniła się z czeluści internetu.

Film stanowi ekranizację powieści Marryam Modell, której niestety nie znam i pewnie prędko nie poznam.Podobnie jak w przypadku wspomnianej “Baby Jane…” jest to historia trzymająca się w gatunku psychologicznego thrillera.

Tytułowa bohaterka, w którą wciela się niezawodna jak zawsze Bette Davis to stara niania, która od pokoleń zajmuje się dziećmi z rodziny pani domu. Jak nie trudno się domyślić pracy z dziećmi poświeciła całe życie, ale na koniec zdarzyła jej się wpadka. Tą wpadką wydaje się być mały panicz Joey, który według niani i wszystkich domowników odpowiada na śmierć swojej małej siostry.

Po tym zdarzeniu chłopiec został odesłany do specjalnej placówki, co dokładnie było bezpośrednią przyczyną zesłania wolę nie zdradzać, by nie odsłaniać zbyt wielu kart w tym rozdaniu.

Zagadka, choć jej finał mógł niektórych rozczarować jest jednak bardzo zmyślna. O powodzeniu całego szwindla w dużym stopniu zadecydowała jakość aktorstwa obsady i sposób w jaki wykreowano poszczególne postaci. Bette Davis, choć nie mówię tego z przyjemnością, nie jest czarnym koniem tego wyścigu. Jest nim mały Wiliam Dix, w roli paniątka. Młody aktor zagrał w zaledwie dwóch produkcjach, a szkoda, bo uważam, że to niespotykany, samorodny talent.

Warstwa dramatyczna i psychologiczna zdominowała ten film, choć nie można powiedzieć by nie było w nim grozy. Groza obecna jest tu pod postacią pewnego rodzaju szaleństwa. Scena śmierci małej siostry Joey’a zdecydowanie działa tak jak powinna.

Nie mamy tu żadnych efektownych akcji, większej brutalności, czy choćby kropli krwi. Film z klasą, można rzec i przy tym bardzo intrygujący.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:8

Aktorstwo:9

Oryginalność:8

To coś:8

73/100

W skali brutalności:1/10

Czego boją się dzieci?

Bunny Lake is missing/ Bunny Lake zaginęła (1965)

Anglia, lata ’60 XX wieku. Anne Lake, młoda, samotna matka czteroletniej córki przeprowadza się wraz ze swoim bratem Stevenem do Londynu. Tu posyła swoją córkę Felicje do miejscowego przedszkola.

Pierwszego dnia w związku z ferworem  przeprowadzki pozostawia swoją córkę pod opieką przedszkolnej kucharki, zbyt spiesząc się by czekać na nauczycielkę. Po południu odkrywa, że Bunny, bo tak matka zwykła nazywać małą Felicję, przepadła bez wieści. Co więcej okazało się, że nikt w placówce nie odnotował jej obecności.

Miałam już poważne obawy, że zdążyłam już wygrzebać wszystkie dobre, stare filmy grozy i już nic ciekawego mi się w tej materii nie trafi. Zupełnie przypadkiem trafiłam jednak na “Bunny Lake zaginęła” i nawet zanikające łącze internetu nie było w stanie oderwać mnie od seansu;)

Historie osób zaginionych, szczególnie dzieci zwykle przebiegają wg. pewnego schematu, jednak są to opowieści nacechowane taką dawką dramatyzmu, że nikt nie śmie oczekiwać od nich jeszcze większych sensacji. Myślałam, że podobnie będzie w przypadku opowieści o zniknięciu małej Bunny.

Owszem, początek nie zwiastuje większej złożoności sprawy, ale już sam klimat- czarno białe kadry, muzyka, obsada ze złotej ery Hollywood, wystarczają by zachęcić do obcowania z filmem. Dalej jest tylko lepiej.

Fabułą rozgałęzia się na kolejne tropy, kolejne podejrzenia. Co się stało z Bunny?

Pierwszy większy skok pojawia się w momencie wprowadzenia na arenę postaci sędziwej matki założycielki przedszkola. Kobiecie bez wątpienia brak piątej klepki, a lubość z jaką przysłuchuje się taśmom, na których dziecięce głosiki opowiadają o swoich lękach może zbudzić co najmniej niepokój.

Idziemy dalej i spotykamy policjanta – świetna kreacja Laurence’a Oliviera – który podchodzi do sprawy od… innej strony. Pojawia się kolejne pytanie, czy Bunny w ogóle istnieje? W końcu nikt, włącznie z widzem nie widział małej…  Tu na arenę wkraczają psychoanalityczne dywagacje, które z każdym krokiem nabierają mocny. Jednak na tym wcale się nie kończy. Dwóch potencjalnych szaleńców to stanowczo za mało.

W takich chwilach można tylko bić pokłony. W czasach, w których nie można było wyłgać się spektakularnymi efektami, a i świecenie golizną przed rewolucją seksualną nie było mile widziane filmowcy wypełniali przestrzeń dobrymi rozwiązaniami fabularnymi, przemyślanymi scenariuszami, inteligentnymi dialogami.

“Bunny Lake zaginęła” to film rangi Hitchcockowskiej, z suspensem, obłędem i tajemnicą. Bierzcie i oglądajcie wszyscy, ja zapuszczam się w czeluście internetu szukać innych filmowych dokonań Otto Premingera.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:9

Klimat:9

Napięcie:8

Zabawa:9

Zaskoczenie:8

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność:8

To coś:9

80/100

W skali brutalności:1/10

Płoń, czarownico

Kladivo na čarodějnice/ Młot na czarownice (1969)

młot na czarownice

Inkwizytor Boblig, słynący z niezwykłej skuteczności w swoim fachu, przybywa do miasta Šumperk na wezwanie miejscowej hrabiny i dziekana Luthnera, by przeprowadzić proces kobiety oskarżonej o czary.

Przybywszy na miejsce szybko ocenia, że skala problemu jest o wiele większa i nie ogranicza się do jednej czarownicy. Rozpoczyna się seria przesłuchań zgodnych z Malleus Maleficarum, ale na pewno nie z chrześcijańskim miłosierdziem.

Tytuł “Młot na czarownice” powinien skojarzyć się Wam z książką. I słusznie. To właśnie słynny traktat dominikańskiego inkwizytora nazwiskiem Heinrich, a może raczej skutki jego przedawkowania przez gorliwych inkwizytorów, zainspirowały Czechosłowackiego reżysera do nakręcenia owego filmu.

Dzięki zgromadzonym przez Inkwizycje aktom procesowym, które udało się zachować oraz powieści historyka Václava Kaplický’ego widzowie mają okazje z bliska przyjrzeć się słynnym procesom czarownic na Europejskich ziemiach.

młot na czarownice

Te źródła nie kłamią. Stosy płonęły, a na nich kobiety posądzone o czary, czy inną herezje. Generalnie temat działań inkwizycji tylko liznęłam, głównie za sprawą filmu “Diabły” (1971) oraz “Duchy Goi” (2006) – obydwa szerze polecam, szczególnie drugi z nich – ale czarownice, czy te prawdziwe, czy te urojone nigdy nie leżały w kręgu moich szczególnych zainteresowań.

Myślę jednak, że “Młot na czarownice” to film, który warto znać. Jako horror sprawdzi się średnio, chyba, że widz skupi się na samym kontekście filmowych wydarzeń, nie tyle na ich aspekcie… hym wizualnym.

Film ma raczej uświadamiać niż straszyć. Wielu filmoznawców głośno mówi o jego politycznej wymowie i nawiązaniu do komunizmu, ale pozwolę to sobie przemilczeć i skupić się na przekazie dosłownym. Ten jest wystarczająco oburzający, bez konieczności doszukiwania się w nim drugiego dna.

młot na czarownice

Historia dzieje się w niewielkim mieście, gdzie stara kobieta dopuszcza się świętokradztwa. W czasie mszy przyjmuje komunie, jednak opłatek wypluwa, by dać go do zjedzenia zwierzęciu hodowlanemu. Podobno hostia dobrze wpływa na wydajność krów mlecznych;) Incydent ten zostaje dostrzeżony, a kobieta zostaje doprowadzona przed oblicze osób mających ją osądzić. Tu zaczyna się jazda. Ciemna kobiecina wskazuje, że dopuściła się czynu na zlecenie innej kobiety, ta próbuje się bronić, potrzebni są inni świadkowie…

Wszystkim dowodzi specjalnie na tę okazję sprowadzony inkwizytor. Miejscowy dziekan przygląda się sprawie z rosnącą trwogą, ale na interwencje jest już za późno. Czarownice muszą spłonąć.

młot na czarownice

Tak to wygląda w telegraficznym skrócie. Ale moi drodzy, w tym czarno-białym obrazie tkwi bardzo duża siła przekazu. Dialogi pomiędzy sądzonymi a sędziami, monologi opętanego “złotym, ale skromnym” krzyżem Inkwizytora, przyprawiają o dreszcze. Zupełnie jakby spotkać uciekiniera z zakładu psychiatrycznego w ciemnej ulicy. Może odczujecie tu diable macki, ale na bank nie ze strony oskarżonych chłopek.

Film gorąco polecam, bo znać warto, a nie znać wstyd.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:8

70/100

W skali brutalności:1/10

O trzech takich co obudzili mumię

The Mummy/ Mumia (1959)

mumia

Trzech archeologów John Banning, jego ojciec i jego wuj natrafiają na niezwykłe znalezisko, grobowiec egipskiej księżniczki, kapłanki mało popularnego bóstwa. Banning senior oraz wuj Johna, czym prędzej wkraczają do grobowca zakłócając spokój strażnika księżniczki, rozeźlonego świętokradczymi badaniami. Na mężczyzn spada klątwa, która dosięgnie ich nawet w dalekiej Anglii.

mumia

Hammerowska “Mumia” stanowi remake dwóch filmów, “Ręki mumii” i  jego kontynuacji “Grobowca mumii” wytwórni Universal. Osobiście nastawiałam się raczej na remake innego tytułu Universala mianowicie “Mumii” z 1939 roku. Ale może to i lepiej, bo będę mogła na świeżo zapoznać się z oryginałem.

“Mumia” obok “horroru Draculi” i “Przekleństwa Frankensteina” uważana jest za jeden z najlepszych Hammerowskich tworów. Mimo, że dwóch pozostałych obrazów jeszcze nie miałam okazji poznać (shame on me), to “Mumia” bardzo przypadła mi do gustu.

Chyba nikomu nie muszę mówić, że horrory brytyjskiej wytwórni Hammer są dość specyficzne i część widzów woli oddać sprawiedliwość Uiversalowi, jednak nie da się ukryć, że te ‘małe potworki’ mają swój urok i nie da się ich pomylić z niczym innym.

mumia

Nazwisko reżysera “Mumii”, Terence Fishera jest Wam z pewnością znane, bo to naczelny twórca Hammera, podobnie jak odtwórcy ról głównych: Christopher Lee, którego możecie mieć problem rozpoznać, za sprawą kostiumu tytułowego bohatera i Robert Cushing występujący jako ostatnia ofiara klątwy mumii, czyli John Banning.

Najwięcej punktów jeśli chodzi o ocenę tegoż filmu, mimo całego uwielbienia dla obsady muszę oddać scenografii. To ona w zasadzie robi ten film. Wiem, że dla współczesnego widza może trącić tandetą, ale ja kocham tą teatralność, tą pieczołowitość w każdym dodatku.

Walory horrorowe nie bardzo przeszły próbę czasu, bo potężny Christopher Lee pakujący się do wnętrza budynku przez mały świetlik pod sufitem wypada trochę śmiesznie, nie mniej jednak nie po to oglądam stare produkcje by porównywać je z nowymi pod względem efektów.

Mimo tych dyskusyjnych dla współczesnego widza atrakcji wizualnych warstwa narracyjna trzyma się dobrze. Angielski humor, trochę przekory i całkiem zgrabne dialogi – pomijając tendencję do łopatologicznego przedstawiania faktów – przyczyniają się do płynnego prowadzenia opowieści.

Wracając do obsady, jako najlepszą rolę typuję Christophera Lee, mimo że nie powiedział w tym filmie ani słowa,a  jego mimika skryta była pod bandażami kostiumu mumii. Grał gestami i oczami, a te oczy, smutne oczy pogrążonego w rozpaczy kochanka pałającego morderczymi zapędami kupuję całkowicie.

mumia

Najtrudniej ocenić mi sam scenariusz, bo nie oglądałam ani “Grobowca…” ani “Ręki…”, więc nie wiem co Amerykanie zaproponowali w zamian, ale chyba i bez tego mogę stwierdzić, że historia jest bardzo prosta, klasyczna i oczywista. Chyba nie było aspiracji na więcej.

Dla fanów Hammera pozycja obowiązkowa, choć podejrzewam, że Ci dawno mają ją za sobą.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:8

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:5

to coś:8

63/100

W skal brutalności:1/10

Martwe motyle

 The Collector/ Kolekcjoner (1965)

kolekcjoner

Fryderyk Clegg cichy urzędnik bankowy wygrywa okrągłą sumkę, która umożliwia mu spełnienie największych marzeń. Powiększa więc swoją kolekcję egzotycznych motyli i kupuje zabytkowy dom na wsi. Teraz potrzeba mu tylko żony. Skąd wziąć żonę, gdy jest się nieśmiałym dziwakiem i odludkiem?

W oko wpada mu rudowłosa piękność imieniem Miranda, która studiuje malarstwo. Postanawia sprawić by go pokochała. Tu z pomocą przychodzi mi znany afrodyzjak – chloroform, którym załatwia swoją wybrankę i zabiera do domu. Tu w piwnicznej komnacie rozpoczyna zaloty.

kolekcjoner

Jak to się stało, że umknął mi ten obraz? Do prawdy nie wiem. Jeśli umknął i Wam możemy się teraz razem bić w pierś, bo mamy tutaj klasyk, którego nie powstydziłby się Hitchcock. Nakręcił go jednak twórca “Wichrowych wzgórz”, może stad taka ‘romantyczna aura’, nie mniej jednak nie można mu odmówić doskonałego poprowadzenia wątku rodem z psychologicznego thrillera.

Jest to jeden z pierwszych filmów poruszających tematykę seryjnych morderców kobiet. Pamiętajmy, że mamy lata ’60, więc jesteśmy daleko przed erą slasherów, jeszcze dalej nam do ery Milczenia owiec”, czy “Siedem”.

Nasz antybohater jest więc ‘inny’ inny pod każdym względem od współczesnych zabójców i tych filmowych i tych znanych z kronik kryminalnych. Fryderyk jest bowiem gentlemanem. Nie poryw swojej ofiary po to by znęcać się nad nią i zaspokajać sadystyczne zapędy. On takowych nie posiada. Dla niego seksualność jest sprawą drugorzędną, liczy się związek dusz, który pragnie nawiązać z Mirandą.

kolekcjoner

Przekonany o swoich niedostatkach wybiera kontrowersyjną drogę znajomości. Porywa kobietę i zmusza ją do swojego towarzystwa. Zaleca się do niej, podczas gdy ona marzy tylko o tym by zwiać. Zawiera z nią dziwny układ. Obiecuje, że wypuści ją po czterech tygodniach jeśli ta poświęci ów czas na bliższe poznanie go. Miranda zgadza się, nawet stara się być miłą dla Fryderyka, ale wykorzystuje każda okazje by dać nogę jak najdalej od wielbiciela, co ten znosi z coraz mniejszą cierpliwością.

Wydaje się, że ta relacja zmierza albo do narodzin syndromu sztokholmskiego u ofiary, albo do ślepej furii u oprawcy, który w końcu rozżalony zabije swoją wybrankę. Jak to się mówi, raz na wozie raz pod wozem.

Obserwując rozgrywającą się między tą dwójką sytuację nie wiedziałam jakiego finału oczekuje. Samotny chłopiec mimo swojego szaleństwa nie budził oczywistej niechęci jaką zwykli budzić sprawcy porwań i szaleńcy w ogóle. Wiedziałam że jest niebezpieczny, ale gdzieś z tyłu głowy kołatała mi się myśl: A może go pokocha?

kolekcjoner

Doskonałe aktorstwo obydwu stron sprawiło, że ich relacja była bardzo żywa, a każda wypowiadana kwestia przekonująca. Dwoje i piwnica tworzą bardzo intymną atmosferę, przestrzeń dla bardzo intensywnych emocji, których odbiorcom będzie każdy szczęśliwy widz, który obejrzy film.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:9

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:9

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność:9

To coś:9

70/100

W skali brutalności:1/10

Zamek krwi i makbry

Danza macabra aka Castle of blood (1964)

danza macabra

W karczmie w Londynie spotykają się trzej jegomoście. Jednym z nich jest Allan Foster dziennikarz pragnący zrobić wywiad z Edgarem Allanem Poe, który akurat bawi w Anglii, drugim jest sam powieściopisarz, zaś trzecim lord Blackwood posiadacz okazałego i owianego złą sławą zamku.

Tocząca się przy drinkach rozmowa dotyczy teorii życia po śmierci, w które zdają się wierzyć wszyscy mężczyźni po za dziennikarzem. Lord Blackwood proponuje Fosterowi zakład, którego przedmiotem miało być spędzenie przez niego nocy w we wspomnianym nawiedzonym pałacu. Foster przyjmuje zakład i przed północą w wigilię Wszystkich Świętych melduje się w nawiedzonym zamku.

danza macabra

“Danza Macabra” to włoski horror utrzymany w klimacie gotyku. Ma prostą ale nie głupią fabułę, szczególnie dla fanów bardzo klasycznego podejścia.

Wspomniani fani powinni być filmem zachwyceni, bo posiada wszystkie przymioty dobrego, starego kina z gatunku. I uwaga, mimo, że jest to produkcja włoska nie zobaczymy tu typowej dla włoskich produkcji nad ekspresji. Pewna teatralność – owszem, ale wszytko w granicach normy.

Jej głównym twórcą jest Antonio Margheriti, którego postrzegam jako taki włoski odpowiednik Cormana. Styl pracy, jeśli wierzyć legendom w przypadku obydwu panów był bardzo podobny. Obydwaj doskonale pracowali na niskim budżecie i operowali klasycznymi wątkami.

Oczywiście Margheriti nie żył samym horrorem, ale wiele osób twierdzi, że to w tym gatunku spisywał się najlepiej. “Daza macabra” to jego pierwszy horror, do którego udało mu się zaprosić gwiazdę włoskiego kina grozy Barbarę Steel. Barbara to aktorka ponadczasowa. Do tej pory można ją spotkać w jakimś straszaku. Jej niegdysiejsza uroda nabrała z wiekiem jeszcze demoniczniejszego rysu więc cały czas doskonale wpisuje się w gatunek.

danza macabra

W “Danza macabra” wciela się w postać ducha Elizabeth Blackwood, pięknej i bardzo zmysłowej kobiety, której rozliczne namiętności doprowadziły do zgonu co najmniej kilka osób.

W noc, w której Allan Foster zjawia się w pałacu z miejsca staje się obiektem jej uczuć. Wedle teorii, która cały czas odbija się echem w filmowej fabule, silne emocje dają ludziom pewien rodzaj nieśmiertelności. Elizabeth, jak sama mówi, żyje tylko gdy kocha.

Jej relacje z otoczeniem są nieźle pogmatwane, jak dowiadujemy się dzięki retrospekcjom. Pojawia się nawet wątek lesbijski. Wszystko sprowadza się jednak do starego jak świat schematu: nawiedzony dom, nieszczęśliwe duchy i uwięziony żywy. 

Atmosfera jest bardzo gęsta, kipi i grozą i erotyzmem zarazem co można uznać za zaletę.

Od strony technicznej jest po Cormanowskiemu. Teatralnie odstrojona scenografia, wyrazista charakteryzacja, tylko światła jakby mniej. Ogląda się go bardzo przyjemnie.

danza macabra

Podobnie jak filmy Cormana nawiązuje do twórczości Poego, choć ciężko mi ocenić jakie konkretne dzieło wzięto tu na tapetę. Generalnie nie przypomina to niczego co bym znała choć ogólny duch twórczości Poego jest jak najbardziej wyczuwalny.

Dla fanów tego rodzaju estetyki oferta jak znalazł.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:8

Aktorstwo:9

Oryginalność:6

To coś:8

66/100

W skali brutalności:1/10

A kto umarł ten nie żyje

Pit and the Pendulum/ Studnia i wahadło (1961)

studnia i wahadło

Do pałacu bogatego szlachcica Nicolasa Mediny przybywa jego szwagier targany wątpliwościami co do okoliczności śmierci swojej młodej siostry.

Po dotarciu na miejsce zastaje Nicolasa pogrążonego w rozpaczy, ale dopiero po ujawnieniu faktów związanych ze śmiercią jego żony, szlachcic popada w szaleństwo. Wszystko wskazuje na to, że piękna Elizabeth została pochowana żywcem.

“Studnia i wahadło” to kolejna produkcja Rogera Cormana powstała w oparciu o prozę Edgara Allana Poego. Chyba żaden inny reżyser nie potrafił wyciągnąć z twórczości Poego, co Corman. Swoją drogą, sędziwy dziś reżyser obchodził ostatnio 91 urodziny.

Jak w wielu przypadkach Cormanowskich adaptacji scenariusz filmu bardzo różni się od pierwowzoru, czyli opowiadania Poego.

Jeśli je znacie to wiecie, że to króciutka historia skupiona na makabrycznych przeżyciach więźnia inkwizycji. Spokojnie można więc uznać, że opowiadanie stanowiło jedynie inspirację dla filmu.

Wątkiem wspólnym jest tytułowa studnia i wahadło, ‘narzędzia tortur’, jakimi posługiwał się ojciec bohatera, Sebastian Medina. Owe narzędzia nadal kurzą się w rodowym pałacu i jak wskaże nam rozwój wypadków miały swój udział w domniemanej śmierci żony Nicolasa Mediny.

studnia i wahadło

Domniemana śmierć, motyw pochówku za życia to jeden z ulubionych tematów Poego i ów wątek znajdziemy między innymi w “Przedwczesnym pogrzebie”. W filmie Cormana przejmuje on rolę motywu przewodniego, zaś tytułowa studnia i wahadło w pełnej klasie pojawi się dopiero w finale.

studnia i wahadło

Znalazła się tu też przestrzeń na wątek kryminalny, wcale nie oczywisty i dobrze poprowadzony. Fabuła jest więc jak najbardziej zadowalająca, ale nie za to kocham filmy Cormana. Ich teatralność, ich niepowtarzalny klimat i posępna wymowa to to, co Cromanowi wychodziło najlepiej. Uwielbiam jego kostiumy i scenografię.

To wszytko nie zawodzi i w przypadku tej produkcji. Niektórzy uważają nawet, że jest to najlepszy film z cyklu opowieści Poego. W obsadzie gwiazdy horroru, Barbara Steele i Vincent Price. Co chcieć więcej?

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:9

Oryginalność:6

To coś:8

70/100

W skali brutalności:1/10

Legendy japońskie

Kaidan/ Kwaidan, czyli opowieści niesamowite (1964)

kwaidan

Na fabułę “Kaidan” składają się cztery nieco baśniowe opowieści utrzymane w klimacie grozy. Wszystkie zaczerpnięto z klasycznego już XIX dzieła. Co ciekawe ich autorem wcale nie był rodowity Japończyk, lecz imigrant zza oceanu, który zakochał się w tym, co w owym czasie nie cieszyło się wielką popularnością – średniowieczne japońskie legendy. Lafcadio Hearna, który później zmienił nazwisko na Koizumi Yakumo zainspirował reżysera Masaki Kobayashi do nakręcenia jedynego w jego dorobku horroru, co ciekawe ten gatunkowy debiut został wyróżniony nominacją do Oscara.

Spośród szeregu opowiadań wybrano cztery i wystarczyły one na trzy godzinny film. Tak mili Państwo, jeśli zdecydujecie się na seans, musicie się z tym liczyć.

Pierwsza z opowieści “Czarne włosy” traktuje o Samuraju, który mając dość życia w biedzie porzuca Kioto i swoją oddaną żonę by w innym zakątku kraju zdobyć posadę i majętną żonę.

kwaidan

Bohaterowi nie udaje się zaznać szczęścia u bogu drugiej żony, wraca więc skruszony do swojej ‘opcji numer jeden’. Żona oczywiście czeka na niego z otwartymi ramionami, nadal piękna i wonna mimo iż minęło wiele lat…

Druga nowela “Kobieta Śniegu” to historia młodego drwala, który wraz ze swoim sędziwym nauczycielem gubi się w lesie w czasie śnieżnej zamieci. Co prawda mężczyźni znajdują schronienie, ale złowroga Pani Śniegu znajduje ich i tam. Przyjęła ona postać pięknej kobiety, która swoim mroźnym oddechem zdmuchnęła życie starszego z mężczyzn.

kwaidan

Pochyliła się zaś nad młodym. Znalazła w sobie litość nad nim i pozwoliła odejść, pod jednym tylko warunkiem: nigdy nie zdradzi historii spotkania z Panią Śniegu…

W trzeciej opowieści “Hoichi bez uszu” znowu obcujemy ze światem samurajskich wojowników. Rzecz odwołuje się do historii z przed blisko tysiąca lat kiedy to dwa wielkie Japońskie rody starły się w morskiej bitwie. Pokonani postanowili odejść z honorem toteż ocaleni włącznie z małym cesarzem popełnili samobójstwo. Od tamtej pory zatoka, gdzie rozegrała się bitwa cieszy się sławą nawiedzonej.

kwaidan

W zbudowanej w pobliżu świątyni posługę pełnią mnisi. W tym nasz tytułowy Hoichi, niewidomy młodzieniec obdarzony talentem do śpiewania ballad. To on staje się obiektem zainteresowania miejscowym duchów.

Ostatnia, najkrótsza opowieść nosi tytuł “W miseczce herbaty” i o owej miseczce opowiada. Pewnego dnia, pewien Samuraj dostrzega w miseczce herbaty obce odbicie. Mimo to wypija płyn i jeszcze tej samej nocy będzie miał okazję spotkać herbaciane widmo.

kwaidan

Jak sami widzicie film składa się z dość prostych i uniwersalnych opowieści. Jest tu ludowa moralność, sprawiedliwość dosięgająca zza grobu i pointa stawiają sprawę dość jasno: są na tym świecie rzeczy niesamowite.

Z tymi historiami doskonale współgra sposób ich opowiadania. Pomijając fakt, że stosownie po japońsku rozwijają się powoli i stosownie po japońsku mamy tu masę niedopowiedzeń, to ich baśniowość i niesamowitość odbija się we wszystkich elementach stricte technicznych.

Scenografia jest wspaniała. Trochę teatralna, miejscami przywodzi na myśl niemieckie kino ekspresjonistyczne, nawiązuje też do klasycznego teatru japońskiego, of course.

Barwy obrazu są żywe, choć szczerze mówiąc wolałabym dorwać wersje w czarno-bieli. Muzyka – hipnotyzująca. Aktorstwo, po japońsku bardziej milczące niż krzyczące, żadnej nadekspresji, niepotrzebnych manieryzmów. Kostiumy i charakteryzacja to już klasa sama w sobie, i chociażby dla nich wato na ten film zerknąć. Doskonale oddają ducha średniowiecznej Japonii, przynajmniej na tyle na ile po laicku mogę stwierdzić. Kiedyś czytałam że zamożne Japonki w średniowieczu specjalnie ‘malowały’ sobie zęby na czarno i faktycznie, można się tu tego dopatrzeć.

No, piękny film, co tu dużo mówić. Szczególnie fani współczesnego skośnego kina powinni poczuć się w obowiązku by zobaczyć ten film. Z pewnością dostrzeżecie tu całe gro elementów, które wykorzystywane są do dziś.

Moja ocena:

“Czarne włosy”:9/10

“Kobieta śniegu”:9/10

“Hoichi bez uszu”: 8/10

“W misce herbaty”:8/10

Złe wychowanie

La Residencja/ Rezydencja (1969)

la residencja

W tytułowej rezydencji gdzieś na terenie Hiszpanii początku XX wieku mieści się szkoła dla dziewcząt prowadzona przez surową dyrektorkę Madame Fourneau. Do placówki przybywa nowa uczennica, córka kabaretowej śpiewaczki, Teresa. Nastolatka szybko odkrywa, że dyscyplina panująca w szkole ma dużo z sadyzmu, a uczennice starające się dostosować do panujących tu warunków są gotowe na wiele.W końcu dziewczęta zaczynają znikać.

“Rezydencja” jest pierwszym ‘nietelewizyjnym’ dziełem Urugwajskiego reżysera Narciso Serrador’a, twórcy słynnego “Czy zabił byś dziecko?”.

Jak na końcówkę lat ’60 “Rezydencja” wyróżnia się na tle popularniejszych zachodnich produkcji. Nie ma w sobie nic z Hammer’owskiego kiczu, bliżej jej do zmyślnych Hitchcockowskich intryg, czy zbrodni królujących w świecie giallo.

Jest to wyjątkowo smakowity thriller psychologiczny, którego finał ma zaskoczyć i pewnie w wielu przypadkach tak właśnie będzie. Posiada klimat typowy dla opowieści gotyckich, a jednak króluje tu freudowska psychologia.

la residencja

Jeśli widzieliście “Dziewczęta w mundurkach” zapewne nasunie Wam się przyjemne skojarzenie z tym tytułem.

Fabuła filmu skupia się na prezentacji internatowego życia nastoletnich dziewcząt, które z różnych przyczyn zostały wysłane do tej placówki. Większość z nich posądzana jest o niemoralne prowadzenie się, czy inne nieprzystojne przewinienia. W przypadku Teresy chodziło o jej pochodzenie i reputację jej matki. Dziewczyna jawi się jako bardzo skromna i układna dlatego też szybko pada ofiarą ‘grupy trzymającej władzę’ w szkole.

la residencja

O ile psychiczne i fizyczne znęcanie się jest w tej szkole codziennością o tyle sporą nowość sanowi seria morderstw. Tak, dziewczęta zaczynają znikać, a nasze podejrzenia szybko kierują się w stronę największych szkolnych sadystek, dyrektorki i jej ‘faworyty’. Pod uwagę weźmiecie też zapewne inne opcje, ale tożsamość mordercy i przyczynę jego działań poznacie dopiero w finale. Ten finał jest jak najbardziej war uwagi, choć nie zaprzeczę, że trochę wcześniej zwęszyłam sprawę.

la residencja

Mamy tu wiec bardzo ciekawy miks kina nastrojowego z powolnymi przejazdami kamerą po ciemnych zakamarkach i bogatej scenografii z kinem psychologicznym mogącym być przykładem solidności w realizacji motywu szaleństwa i zbrodni.Co ciekawe nie zabraknie tu scen morderstw, które spokojnie można skojarzyć z włoskim giallo.

Dla mnie jest to połączenie wręcz wymarzone i mogę sobie tylko pluć w brodę, że nie obejrzałam tego filmu wcześniej.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne: 8

Aktorstwo:8

Oryginalność: 7

To coś:9

73/100

W skali brutalności:2/10

Jeszcze o cudownych dzieciach

Children of the Damned/ Dzieci przeklętych (1963)

childred of the damned

Naukowcy pracujący dla organizacji Unesco prowadzą szeroko zakrojone badania nad dziećmi, ich rozwojem i inteligencją. W toku eksperymentów przeprowadzanych na dzieciakach w wieku szkolnym udaje im się wyłonić pięcioro dzieci wyróżniających się niezwykle rozwiniętą inteligencją. Dzieci mieszkają w różnych zakątkach świata, wszystkie wychowywane są przez samotne matki i nieznane jest pochodzenie ich ojców.

Gdy na polecenie badaczy dzieci sprowadzone zostają do Londynu w celu dalszych badań okazuje się, że łączy znacznie więcej niż wysokie wskaźniki  IQ.

Nie wiem czym tak naprawdę są “Dzieci przeklętych”. Czy jest to sequelWioski przeklętych“, czy może readaptacja “Kukułczych jaj z Midvich”?

Film powstał w trzy lata po sukcesie obrazu Wolfa Rilla “Wioska przeklętych” traktującego o grupie dziwnych dzieci jakie przyszyły na świat w pewnym małym amerykańskim miasteczku. Okoliczności poczęcia dzieci są co najmniej niezwykłe, a zdolności jakie posiadają wskazując na ich pozaziemski rodowód. Dzieci budzą fascynacje i lęk, co ostatecznie doprowadza do ich eksterminacji. 

W przypadku “Dzieci przeklętych” mamy do czynienia z bliźniaczą historią opowiedzianą ‘na większą skalę’.

Niezwykłe dzieci nie rodzą się w jednym miasteczku, lecz są rozrzucone po świecie od Chin, przez Rosję, do Nigerii i dalej do Ameryki północnej.

childred of the damned

Grupa badaczy, w tym genetyk i psycholog są pod ogromnym wrażeniem wyników jakie owe dzieci osiągają w testach inteligencji. Co więcej okazuje się, że bystrość umysłu to nic w porównaniu z innymi zdolnościami jakie posiadają dziwne dzieci. Potrafią wpływać na innych ludzi, kierując ich działaniem siłą umysłu. Potrafią także porozumiewać się ze sobą telepatycznie, choć bliższym prawdy byłoby stwierdzenie, że mają ‘wspólną świadomość’.

Fabuła filmu rozważa przypadek dzieci pod podobnymi aspektami co ‘pierwowzór’. Czy te dzieci należy podziwiać czy się ich obawiać. Efekt tych rozważań w obydwu przypadkach jest taki sam. Ludzkość niezmiennie obawia się nieznanego.

childred of the damned

Zmiany następują na poziomie przyczyn całego zamieszania. W “Wiosce przeklętych” ewidentnie mieliśmy do czynienia z ingerencją z kosmosu. Kobiety zaszły w ciąże jednocześnie, w jakiś magiczny nienaturalny sposób i urodziły dzieci podobne do siebie także pod względem fizycznym: jasne fosforyzujące oczy i białe włosy. Dzieciaki są po prostu kosmitami.

W przypadku “Dzieci przeklętych”  nie mamy mowy o ingerencji przybyszy z kosmosu. Zdolności dzieci są tłumaczone jako wynik nagłej genetycznej mutacji, która sprawiła ze ich organizmy przeskoczyły kilka stopni ewolucji, która poszła w kierunku wykształcenia się takich właśnie umiejętności. Zastanawiający jest jednak watek ‘ojców’. Jest raczej mało prawdopodobne by wszystkie te dzieci miały takiego samego pecha względem tatusiów. Więc, może jednak ich poczęciu towarzyszyło coś nie z tej ziemi? Identyczne są też właściwości oczu dzieci w obydwu filmach. W chwili zagrożenia zapalają się jak lasery i dzięki temu dzieciaki mogą uczynić człowiekowi najróżniejsze krzywdy.

childred of the damned

Obydwa filmy traktujące o ‘przeklętych dzieciach’ poruszają te same wątki, w bardzo zbliżony sposób. Obydwa filmy dzieli zaledwie trzy letnia różnica więc poziom realizacji i użyte tu technologie są praktycznie identyczne. Obydwa filmy są czarno-białe.

Przedstawiona w “Dzieciach przeklętych” historia jest prosta, ale opowiedziane w interesujący sposób i nie chodzi mi tu jakieś szczególne uatrakcyjnienia akcji, raczej o sposób narracji, dialogi, charakterystykę postaci etc. Jeśli pozbawić film tych przymiotów byłoby kiepsko. W pewnym momencie oglądanie i  tak zaczyna się dłużyć.

Z pewnością osoby, które nie widziały “Wioski przeklętych” odnajdą większą satysfakcje w śledzeniu fabuły tego filmu, będzie to dla nich coś nowego. Niestety porównując film z jego poprzednikiem nie uświadczymy tu nic ciekawego.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła: 6

klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:3

To coś:5

50/100

W skali brutalności: 0/10