Archiwa tagu: książki

Wielkie wydarzenia poruszają się na małych zawiasach

Instytut – Stephen King

Tim Jamieson, który w nieprzyjemnych okolicznościach zakończył karierę policji dociera do małego miasteczka w Karolinie Północnej i obejmuje tam posadę nocnego stróża. Mimo, że początkowo swoją mglistą przyszłość wiązał z przeprowadzką do Nowego Jorku przeczucie każe mu zakotwiczyć w DuPray.

Wkrótce to właśnie tam jego ścieżki skrzyżują się z pewnym małoletnim geniuszem w wielkich tarapatach. Jedenastoletni Luke Ellis zostaje zabrany od kochających rodziców i wtrącony w tryby maszyny zwanej Instytutem. Bezlitosne przedsiębiorstwo zajmujące się porywaniem i wykorzystywaniem niezwykłych dzieci już postawiło na nim krzyżyk. Jedyną drogą ocalenia jest ucieczka

Przyznam, że do nowości regularnie serwowanych przez mistrza grozy, Stephena Kinga podchodzę z dość zmiennym zainteresowaniem. Niekiedy chwytam je zaraz po premierze, innym razem po długim czasie od nich, a jeszcze inne tytuły całkowicie pomijam. Tak się złożyło, że we wrześniu kiedy premierę miało polskie wydanie „Instytutu” ja czytałam „Dallas ’63” 😀 i ani w głowie było mi rzucać wszystko żeby na czas przedstawić Wam swoje wrażenia z wycieczki po „Instytucie”. King jest zresztą na tyle spopularyzowany, że jakoś nie wydaje mi się by konieczne było przypominanie o nim komukolwiek;)

Ale do meritum: Czy „Instytut” mi się podobał? Zaliczam go do Kingowskich średniawek. Przede wszystkim ten ‚horror roku 2019’ nie jest do końca horrorem. To bardziej młodzieżowa powieść sci-fi – jakkolwiek to brzmi. Oczywiście coś na postrach tam znajdziecie, ale generalnie nie wydaje mi się by budzenie grozy było jej kluczowym zadaniem.

Tytułowy „Instytut” jawi się jako ustrukturyzowany Hotel „Panorama”, bo jego wnętrze wysysa z dzieci ‚niezwykłość’. Główny bohater, genialny jedenastolatek zostaje porwany i zamknięty w tej placówce. „O tym miejscu można powiedzieć to samo, co mówią o mafii: kiedy już tam wejdziesz, nie ma wyjścia”.

Poznaje tam inne podobne sobie dzieci, posiadające podobne, niezwykłe właściwości. Rodzą się przyjaźnie, pojawiają się pierwsze zauroczenia, jak na letnim obozie, tylko, że to nie jest letni obóz.

Intryga wokół działalności instytutu opiera się na ulubionych teoriach spiskowych. No dobra, bez starożytnych kosmitów 😉 Dzieci posiadające pewne nadnaturalne zdolności są tu wykorzystywane do eksperymentu na światową skalę. Eksperyment kończy się uśmierceniem każdego z nich, nie ma innej drogi.

Wraz z naszym sympatycznym bohaterem poznajemy całą infrastrukturę placówki. Dzięki temu, że autor obdarza Ellisa ponadprzeciętnym intelektem, karty zostają odkryte dość szybko;) Chociaż z drugiej strony i przeciętnie bystry małolat były w stanie dodać dwa do dwóch. Dlatego też czasami śmieszyło mnie, że pewne oczywistości wkładane w usta Luke są tu ukazane jako przejaw niebagatelnej inteligencji. Jeśli już to cechą godną podziwu u Luka byłą raczej jego emocjonalna dojrzałość, a ta wcale nie musi iść w parze z potencjałem poznawczym.

No mniejsza. King postarał się byśmy dowiedzieli się czego trzeba o Instytucie. Poznamy tam każdy kąt. Zadbał też o przedstawienie dziecięcych bohaterów. Najwięcej napracował się nad Avery’m, jest to postać moim zdaniem najbardziej dopieszczona uwagą mistrza. Najmłodszy i jednocześnie obdarzony największymi zdolnościami mieszkaniec Instytutu wzbudza czułość jaką szalone nauczycielki przedszkolne mogą żywić do tzw. trudnych dzieci 😉

Czyta się to całkiem przyjemnie. W końcu to King, być inaczej nie może, ale ale… mam pewne ‚ale’. Pomijając główny w moim przypadku problem samej tematyki i przynależności gatunkowej z którymi nie do końca mi po drodze, na pewnym etapie lektury zaczęłam się nudzić. Kiedy tak jak wspomniałam wszystko stało się jasne dość szybko pozostało tylko czekanie na wielki finał. Tak, finał też jest łatwy do przewidzenia, więc w sumie zostało czekanie na koniec. Gdyby nie talent Kinga do snucia opowieści, czegokolwiek by ona nie dotyczyła, zwyczajnie rzuciłabym tą książkę w kąt.

Ciężko mi ocenić czy powinnam Was zachęcać do lektury, czy raczej podejść do sprawy ostrożnie? Wyznawcy Kinga i tak spałaszują, a reszcie zostawiam sprawę do rozwagi.

Moja ocena: 5+/10

Wódka, spluwa i martwa dziewczyna

Amnezja – Frederico Axat

„Martwa dziewczyna z dziurą w piersi leżała w moim salonie.” Od tych słów rozpoczyna się historia Johna Brenera, dwudziestosiedmioletniego alkoholika, składająca się na fabułę powieści „Amnezja”. Bohater staje przed niełatwym zadaniem odtworzenia ostatnich godzin życia poprzedzających przebudzenie w towarzystwie zwłok.

Niektórzy twierdzą, że najtrudniej opowiada im się o lekturach, które najbardziej im się podobały, bo trudno jest obrać w słowa bezbrzeżny zachwyt. Inni mają problem ze skrytykowaniem tych, które nie przypadły im do gustu, bo jak to zrobić biorąc pod uwagę fakt, że nasz odbiór książki jest kwestią subiektywną, a nie prawdą objawioną, choć w danym momencie może nam się wydawać, że właśnie przeczytana książka nie ma szansy spodobać się nikomu.

Ja natomiast mam problem ze średniakami. Książkami niezłymi, ale takimi, które nie bardzo jest za co wyróżnić. Tak jest w przypadku „Amnezji”. Teraz muszę zdecydować, czy mam Was do lektury zachęcić, czy zniechęcić?

Co trzeba przyznać autorowi, szybko wszedł w temat. Złota zasada suspensu mówi, że historia zaczyna się od wybuchu i od tej chwili napięcie ma tylko wzrastać. Wydaje się, że Axat pisząc swój thriller wziął to sobie do serca, ale … No, właśnie. Szybkie zawiązanie wątku narzuciło autorowi tempo, którego nie był w stanie utrzymać. Kiedy chmura kurzu towarzysząca wybuchowi opadła akcja wyhamowała.

Dzięki temu, mieliśmy szansę poznać bliżej naszego narratora, historię jego dzieciństwa, która naprawdę robi spore wrażenie, ale czkawką odbiło się to na rytmie opowieści. Długo musiałam czekać na następny skok napięcia. Praktycznie aż do finału. Temu z kolei nie można odmówić efektu zaskoczenia, ale czy to rozwiązanie mi się podobało? A tak, średnio na jeża. I taka też jest moja ocena. Dodaje punkt za język powieści, który wydał mi się prosty i niewymuszony.

Moja ocena: 6/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i s-ka

Była sobie terapeutka

Terapeutka – Bev Thomas

Ruth Harland jest terapeutką z dwudziestopięcioletnim stażem. Pracuje z pacjentami i przewodzi ośrodkowi leczenia traumy. Jest rozwódką i matką dorosłych już bliźniaków. Przed dwoma laty, jej syn Tom przepadł bez wieści. Teraz w pewnym sensie powrócił. Powrócił pod postacią pacjenta, Dana, któremu Ruth chce za wszelką cenę pomóc. Gdyby tylko wiedziała kim jest w rzeczywistości…

Rzadko kiedy trafiam na książki napisane jakby specjalnie z myślą o mnie. Spełniające moje wysokie oczekiwania w kwestii standardów wprowadzania wątków psychologicznych. Zdarza się to w dwóch przypadkach. Kiedy autor pisze o zaburzeniu, na które sam cierpi, lub gdy autor posiada specjalistyczną wiedzę w tej dziedzinie dzięki styczności z osobami chorującymi. I nie chodzi o styczność z rodzaju: dziś w markecie spotkałam wariatkę.

Tak się składa, że Bev Thomas autorka „Terapeutki”, sama terapeutką jest. I to się kurczę czuje. Czuje od pierwszych stron i czuje przez całą powieść.

W związku z tym słyszałam o książce wiele krytycznych opinii. Większość dotyczyła właśnie zarzutu o zbyt naukowe podeście do fabuły. Kurczę, a jakie ma być? Czy książkowy thriller musi porażać naiwnością?

Nie znoszę wodolejstwa, nie znoszę, gdy autor porywa się z motyką na słońce i prawi o czymś, o czym nie ma pojęcia. Jestem na to uczulona. Ile razy spotkałam się z książkami, które portretują np. dzieci z autyzmem (tak, miejsce trzecie w Top DSM zaraz obok schizofrenii i osobowości mnogiej),  jako posiadające nadprzyrodzone moce, które ni z gruchy ni z pietruchy zaczynają recytować Tybetańską Księgę Umarłych, z którą styczności nigdy nie miały, albo wyginają widelce siłą umysłu. Później przychodzi do gabinetu psychologa rodzić z diagnozą od psychiatry: autyzm dziecięcy. Wystraszony, przejęty i zażenowaniem przyznaje, że nie zauważył takich to, a takich, objawów u swojego dziecka. A skąd pomysł, że takie to, a takie, objawy dziecko powinno mieć? Możesz zapytać ze zdziwieniem, ale już wiesz, już kurczę wiesz, co usłyszysz w odpowiedzi. Bo w takim, a takim, filmie, lub takiej, a takiej, książce było takie dziecko i ono… 

Dlatego właśnie beletrystyka potrzebuje autorów świadomych tego, o czym piszą. Nawet jeśli dla kogoś będzie to zbyt trudne w odbiorze i mało rozrywkowe.

Dla mnie „Terapeutka” była rozrywką wciągającą, absorbującą i pouczającą. Narratorka i bohaterka w jednej osobie wpada kolejno we wszytki pułapki jakie może na nas zastawić nasz własny umysł i wygenerowane przez niego subiektywne odczucia.

Na początek obraz jej relacji z dziećmi. Rodzicielska rozpacz, gdy nie rozumiesz i nie potrafisz pomóc własnemu synowi. Wykręcony model macierzyństwa, matka kwoka, matka helikopter – jakby napisali na blogu pateringowym. Gdzieś w tym wszystkim bezradnie kołujący mąż, nie dość światły by brać jego zdanie pod uwagę. I drugie dziecko, dziecko bohater, wychowane w poczuciu winy za to, że ‚jest normalne’. Wreszcie praca, cholernie obciążająca praca. Rola gąbki wchłaniającej ludzkie łzy.

Seria zdarzeń sprawia, że gąbka traci chłonność i wszystko się wylewa. Ruth traci czujność wobec nowego pacjenta. Chce mu pomóc, bo widzi w nim swojego syna. Przeniesienie level hard. Zaczyna łamać procedury, naginać się, ustępować. Traci ostrość widzenia. Zostaje wywiedziona w pole. Cienka linia pomiędzy skrzywdzonym dzieckiem, a socjopatą zostaje zatarta. Ruth wpada. Mimo całego doświadczenia, całej wiedzy, instynktu i wszystkich przymiotów dobrego specjalisty, daje ciała. Wobec emocji jesteśmy bezbronni. A historia antybohatera, cała jego postać? Precyzyjnie zakreślona, wnikliwa. Terapeucie może się wydawać, że ze swojego miejsca widzi wszystko, widzi więcej, to on udostępnia pacjentowi wgląd w jego emocje. Ale co jeśli patrzy pod złym kątem? Jeśli nie zauważy zacienionego obszaru?

Kurczę, ale to było dobre.

Moja ocena: 9/10

Porozmawiajmy o zbrodni

Rozmowy z seryjnymi mordercami – Christopher Berry-Dee

Co sprawia, że ludzi tak interesują historie seryjnych morderców? Polski psycholog kryminalny doktor Daniel Boduszek stwierdził kiedyś, że chodzi o adrenalinę, dreszczyk emocji, któremu towarzyszy śledzenie losów osób wyjętych z pod prawa. Rozważając to na gruncie filozoficznym może chodzić o mroczny pierwiastek ludzkiej natury, który każde nam spoglądać w ciemność. (Nietzsche się kłania) Myślę, że jedno nie wyklucza drugiego, a krótka wycieczka po mrocznej otchłani może być frapującym doświadczeniem, pod warunkiem, że odbywa się w kontrolowanych warunkach;)

Ciężko mi oszacować jak wiele godzin spędziłam w ‚otchłani’, ale z pewnością zdarzało mi się zejść niżej niż w czasie przeprawy z książką Christoper’a Berry’ego Dee.

Facet jest kryminologiem śledczym, który postanowił przybliżyć zwykłym obywatelom zagadnienia z którymi spotykał się w pracy. Liczba jego publikacji o tematyce kryminalnej jest doprawdy imponująca. „Rozmowy z seryjnymi mordercami” są bodaj pierwszą z nich, która ukazała się w polskim przekładzie. Wydawnictwo Czarna Owca ma w planie cały cykl wydań, więc wypatrujcie zapowiedzi.

Sięgając po książkę, której tytuł ni mniej ni więcej wskazuje, że składać się będzie z zapisów rozmów z seryjnymi mordercami, spodziewałam szeregu wywiadów. Mieliście okazje obejrzeć dokument „Iceman- wyznania mordercy”? Jeśli nie prędziutko nadrabiajcie. Jego rozmowa z psychiatrą dr. Dietzem wstrząsnęła mną i liczyłam na podobne odczucia w czasie lektury z książką „Rozmowy…”. Tymczasem otrzymałam kolejne hym… biografie. Poczułam się zawiedziona, bo spodziewałam się zupełnie innej formuły. Tytułowe rozmowy pojawiają się w skrawkach i są zdominowane przez relacje z procesów, śledztwa, opowieści o dzieciństwie każdego kolejnego sprawcy.

Nie miałabym takiemu rozwiązaniu nic do zarzucenia, gdyby nie fakt, że moje oczekiwania były z goła inne. Każdy rozdział to inny znany morderca seryjny. No, może poza niesławnym mieszkańcem domu Amityville, który moim zdaniem jest raczej mordercą masowym niż seryjnym. Nie mniej jednak po raz pierwszy miałam okazję przyjrzeć się sprawie Ronniego Defeo bez paranormalnej otoczki jaką wokół niej zbudowano. No, horroru by raczej z tego nie było;)

Całą resztę bohaterów już miałam okazję spotkać na kartach innych książek. A więc kogo my tu mamy?

Harvey Louis Caringnan, Arthur Shawcross, John Scripps, Hanry Lee Lucas, Alieen Wuornos, Kanneth McDuff, Carol Bundy, Douglas Clark. Dość popularny zestaw, ale bez szlagierowych przebojów jak Edd Gain, czy Dahmmer 😉 co zwiększa szansę dla Was na zapoznanie spotkanie z kimś z kim jeszcze nie mieliście do czynienia.

Mimo, że historie były mi znane zaznaczyłam w sobie w książce kilka smaczków, jak ten dotyczących pewnych skłonności u populacji mężczyzn z chromosomem XYY, czy inne naukowe odniesienia na które wcześniej nie trafiłam.

W żaden sposób nie mogę więc uznać czasu poświęconego na lekturę za zmarnowany, ale obawiam, się, że tytuł publikacji może rozbudzać u czytelnika apetyt na coś co oferuje ona w zbyt małym stopniu. Myślę też, że dla kogoś mniej obeznanego z tematem z pewnością będzie o wiele bardziej trafiona. Sama autora w żaden sposób nie skreślam i czekam na polskie wydania reszty jego książek.

Moja ocena: 6+/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

PS. Jeśli miałabym Wam polecić książkę o tej tematyce, która najbardziej do mnie trafiła będę tu bardzo oryginalna. Kiedyś szperając w necie natrafiłam na plik  word, zatytułowany „Antologia seryjnych morderców”. Brak autora, brak numeru IBSN, opracowanie zupełnie amatorskie, brak podanych źródeł. Żadna następna książka tego typu nie zrobiła na mnie takiego wrażenia. Tak więc Gallu Anonimie, kimkolwiek jesteś, masz u mnie browar.

Druga twarz

Outsider – Stephen King

Jedenastoletni Frank Peterson zostaje znaleziony martwy. Jego brutalne morderstwo budzi oburzenie w społeczności Flint City dlatego, gdy pojawia się podejrzany, detektyw Raplh Anderson doprowadza do szybkiego zatrzymania osobnika. Okazuje się nim Terry Maitland miejscowy trener.

Wszyscy gorąco wierzą w jego winę, nawet gdy pojawia się dowód, że w czasie popełnienia zbrodni Terry był zupełnie gdzie indziej. Kolejne nieścisłości, wreszcie nowe niecodzienne tropy zmuszają zawziętych sceptyków do otwarcia się na zupełnie nową drogę interpretacji zdarzeń.

King w wersji kryminalnej to mój najmniej ulubiony King. Lubię Kinga w wersji psychothriller („Misery„), lubię Kinga w wersji obyczajowej („Dolores”) i oczywiście, w wersji pure horror. Z tym, że tego ostatniego jakość mało doświadczam w tym czasie.

Szumny horror roku 2019 „Instytut” okazał się bardziej powieścią sci-fi, a poprzednie nowości jakie czytałam to seria o detektywie Hodgesie. Nie twierdzę, że King zupełnie się w tej materii nie sprawdza, ale kurczę tęskni mi się za czymś na miarę „Ręki mistrza„. Tak, uważam że to najlepsza powieść grozy Kinga i niech mnie Jack Torrance gania za to z kijem do krykieta, albo siekierą, jak mu Kubrick da.

Po „Outsidera” sięgnęłam dlatego, że obiecywał klasyczną grozę. A tymczasem, czytam czytam. I nic. Jest morderstwo i morderca i kolejny detektyw, który w przeciwieństwie do Hodgesa nie był stanie we mnie wzbudzić sympatii. I choć King spycha paranormalną stronę tej historii na margines tak długo jak się da ona w końcu dochodzi do głosu i uwaga, właśnie dzięki postaci wyciągniętej z serii o Hodgesie. Ostateczne rozwiązanie zagadki zbrodni leży daleko poza śledczymi procedurami i bardzo się z tego cieszę, bo choć liznęłam horroru.

W tym momencie bardzo żałuję, że King nie jest jakimś początkującym pisarzem, który mógłby otrzymać uczciwego kopa w tyłek od czytelników ze słowami: Wróć jak napiszesz horror. Tymczasem facet pisze co chce i nadal jest królem grozy.

Gdyby nie to, żem tak głodna starej kingowskiej grozy to z pewnością przyjęłabym „Outsidera” z większą aprobatą. Bo jakby nie patrzeć wątek tytułowego „Outsidera”, ten byt będący przyczyną całego zamieszania, jest świetny i naprawdę daje do myślenia. Sądzę  nawet, że King osadził go w rzeczywistości kryminalnego śledztwa celowo, by z impetem wskazać konsekwencje istnienia takiego ‚dziwa’. Zrobił to dobrze i tylko moje nie warte uwagi roszczenia dzielą tę książkę od naprawdę pozytywnej oceny.

Moja ocena:6/10

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Prószyński i s-ka

Opowiem Ci straszną historię

Relacje o zdarzeniach prawdziwych, chociaż nieprawdopodobnych – Andrzej Sarwa

Polskiego autora utworów poetyckich, prozatorskich, a także rozpraw naukowych, Andrzeja Sarwę poznałam zupełnym przypadkiem. ‚Poznałam’ to może za dużo powiedziane, bo brzmi to jakbyśmy zbijali piątkę, gdy spotkamy się na wędlinach;)

Może tak: zupełnym przypadkiem trafiłam na jego twórczość. Szukając publikacji dotyczących polskiego folkloru i rodzimych wierzeń ludowych natknęłam się na zbiór opowieści „Strzyga. Pamiętam, że utwory w nim zawarte zrobiły na mnie duże wrażenie, głównie ze względu na prostotę i naturalizm.

Tym razem trafiłam na króciutkiego audiobooka, który umilił mi sobotnie rytuały domowe. „Relacje o zdarzeniach prawdziwych…” to zbiór przytoczonych przez autora historii dotyczących tytułowych nieprawdopodobnych zdarzeń. Nie wiem w jaki sposób były dobierane, bo dotyczą zarówno popularnych motywów jak krasnoludki, czy samospalenia, jak i zdarzeń zupełnie jednostkowych.

Większość z nich dotyczy zdarzeń na terenie polski, ale niektóre sięgają na drugi koniec kontynentu. Mnie oczywiście najbardziej zainteresowały te uderzające prostotą, jak „Co widziała mała Kasia?”, czy „Kuszenie Włodzimierza R”.

Pierwsza ze wspomnianych historii traktuje o małej dziewczynce, która pewnego wieczoru wprawiła w osłupienie swojego tatę utrzymując, że widzi ‚złego dużego pana ‚w kącie pokoju. Druga to relacja z próby samobójczej pewnego mężczyzny, który to miał być nakłaniany do powieszenia się przez samego diabła. Na pozór zwykli ludzie, zwykłe miejsca, a zdarzenia cokolwiek niecodzienne.

Styl autora sprawia, że czytając,a  w moim przypadku słuchając tych historii, możemy odnieść wrażenie, że to relacja zasłyszana gdzieś przypadkiem, podczas nie zobowiązującej rozmowy, bez zadęcia i nacisku na udowadnianie, że oto prawdy objawione ktoś podsuwa nam pod nos.

Moją uwagę zwróciła też opowieść „Wypalone ślady potępieńca”„Nawrócenie starego pijaka”, jednak jakby nie patrzeć, każda z ośmiu historii ma swój urok i pierwiastek grozy – prostej, naturalistycznej, niewymuszonej. Dokładnie tak jak lubię.

Moja ocena: 8/10

Biblia Horroru rozdaje

ROZDANIE KSIĄŻKOWE

Drodzy Parafianie, dawno nie było żadnego konkursu, więc chyba warto coś w tej materii zadziałać. Mam dla was dwie książki od wydawnictwa Czarna Owca. Same skarby. Pierwsza to powieść dobrze znanej Camilli Lackberg, która z przytupem rozpoczęła nową serię. Tak to pierwsza część „Złotej klatki”. Drugi tom ukaże się już wkrótce, więc jeśli ktoś chce jeszcze nadrobić zaległości z pierwszym to jest to doskonała okazja. O książce pisałam na blogu jakiś czas temu.

Druga nagroda to nowość prosto z drukarni, „Rozmowy z seryjnymi mordercami” Christophera Berry-Dee. Gratka dla każdego zainteresowanego tematyką  wielokrotnych zabójstw popełnianych niekoniecznie zrównoważonych osobników.

Fundatorem nagród jest wydawnictwo Czarna Owca. Organizatorem  jest Biblia Horroru. Koszt wysyłki nagród pokrywa organizator. Rozdanie dedykowane jest czytelnikom bloga, fanom na facebooku i obserwatorom na instagramie.

Aby zdobyć któryś z egzemplarzy książek trzeba:

1.Należeć do zaszczytnego grona fanów Biblii Horroru na facebooku, lub obserwatorów na instagramie (Albo jedno i drugie)

2. Wyrazić chęć otrzymania książki w komentarzu, decydując którą książkę chcecie otrzymać i dlaczego. Komentarz umieszczacie postem konkursowym na facebooku lub instagramie. Możecie potwierdzić zgłoszenie komentarzem na blogu.

3. Udostępniacie informacje o rozdaniu na swojej tablicy na facebooku, lub w relacji na instagramie oznaczając Biblię Horroru.

4. Zapraszacie kogoś ze znajomych do udziału oznaczając te osoby w komentarzu pod postem konkursowym na facebooku lub instagramie.

5. Będzie miło jeśli zlajkujecie/dodacie do obserwowanych także fundatora nagród, czyli Wydawnictwo Czarna Owca.

*Linki do fanpage i profilu na instagramie znajdziecie w panelu bocznym strony. W wersji mobilnej zjedzcie na sam dół strony.

Zabawa potrwa do niedzieli 8 marca. Zgłoszenia do północy. Wyniki ogłoszę w ciągu trzech dni od zakończenia rozdania.

Wszytko jasne? Zatem do dzieła.

Duchy wiktoriańskich świąt

Wigilia pełna duchów. Zbiór opowiadań

– M.R. James, Arthur Conan Doyle, F. Marion Crawford, Elizabeth Gaskell, Edith Warton, Mrs. J.H. Riddell, Adrew Haggard, G. B. Burgin, Emily Arnold, Isabella F. Romer

Wszystko zaczęło się od Charlesa Dickensa i jego „Opowieści wigilijnej”. Być może jej wartość edukacyjna obecnie przysłania jej czysto rozrywkowe walory jak dreszczyk grozy, ale można powiedzieć, że ta historia rozbudziła apetyt wiktoriańskiego społeczeństwa na krótkie ghost story i od tamtej pory podobne utwory były publikowane w czasopismach właśnie w okresie świąt.

Wydawnictwo Zysk i s-ka postanowiło wybrać dwanaście spośród najpopularniejszych około świątecznych ghost story tamtych czasów i wydać je na polski rynek. Nie wszystkie z nich to opowiadania napisane w XIX wieku, część z nich to utwory młodsze siegające pierwszej połowy XX wieku. Nazwiska niektórych twórców powinny być Wam zdecydowanie znane, jak chociażby Arthur Conan Doyle, ‚ojciec’ detektywa Holmes’a.

Wyobraźcie sobie ten klimacik. Świąteczny wieczór w gronie rodziny i dwudziestki najbliższych przyjaciół, dobre jedzenie i napitek, migotanie świec, wszyscy zbierają się w salonie, odpalają cygara i wyczekują tegorocznej opowieści o duchach. Tak było. Kiedy będziecie sięgać po tę książkę wyobraźcie sobie taka otoczkę.

Sama nie miałam okazji zafundować sobie świątecznej oprawy przy czytaniu. Patronat miał pierwszeństwo i „Wigilię pełną duchów” przeczytałam na długo po świętach, nie mniej jednak nie mogę powiedzieć, bym nie odczuła nastroju jaki z niej bije.

Klimat tych historii to najmocniejsza strona tej publikacji. Co do treści, to jak to bywa w zbiorach: są utwory słabsze, średnie i czarne konie tego wyścigu. A więc, po kolei:

Pierwsze opowiadanie „Dom pod włoskim Orzechem” z 1882 roku to historia, oczywiście, starego domostwa, w którym straszy. Już wspominałam, że w ghost story najbardziej lubię pierwiastek smutku. No bo czym są opowieści o duchach jak nie opowieściami o śmierci? Tęsknocie jaką pozostawia. W przypadku „Domu pod Orzechem” jest to tęsknota małego chłopca. Moja ocena: 7/10

Drugie opowiadanie, „Duch Panny Młodej” (1986) było natomiast… dziwne. Opisywało dziwną przypadłość na którą cierpiała wybranka serca narratora opowieści. Kobieta swoją powłokę cielesną dzieliła z duchem, czy też demonem, albo cierpiała na osobowość wieloraką. W każdym razie trzydziestostronicowe miłosne westchnienia nie szczególnie mnie wzruszyły, ale doceniam pomysł, ostatecznie doczekał się on wielu naśladowców w kulturze grozy. Moja ocena: 5/10

Niewątpliwie najsłabszym opowiadaniem, choć jednocześnie najbardziej oryginalnym była „Modlitwa Sir Hugona”. Jej bohaterami jest para duchów, tytułowy Sir Hugon i jego żona. Duchy obserwując zaloty dwóch młodzieńców skierowanych do jednej dziewczyny przekomarzają się coraz silniej angażując się w obserwowane widowisko. Obraz zalotów przyjmuje coraz bzdurniejszą postać – rowerowe wyścigi i te spray. To mogła być doprawdy ciekawa perspektywa, ale kompletnie nieudolnie przedstawiona. Czyta się to ciężko. Moja ocena: 3/10.

„Opowieść starej piastunki” z 1852 to już zdecydowanie moje klimaty. Narracja przedstawiona z punktu widzenia sędziwej niani, która opowiada swoim podopiecznym historię z życia ich matki, którą to miała okazje zajmować się jako młoda dziewczyna. Historia po kobiecemu sentymentalna, przepełniona uczuciem do opisywanego dziecka, ale posiadająca bardzo wymowny pierwiastek grozy. Groza zogniskowana jest w starej rezydencji do której trafia niania wraz ze swoją podopieczną po śmierci jej rodziców. Rezydencja jest cokolwiek dziwna i porządnie daje w kość każdemu kto przekroczy próg. Duchy jednak mają powody by interesować się jej mieszkańcami. Jest to może nie szczególnie wymyślna ghost story, ale ma kopa. Klimacik jak w Kobiecie w czerni„. Baardzo fajna rzecz. Moja ocena: 7+/10

Dalej mamy trzy opowiadania tego samego autora. Tak się złożyło, że ich kolejność zazębia się też z ich jakością w mojej ocenie. Zaczynamy od „Ducha  lalki” z 1896 roku. Jest to historia mężczyzny trudniącego się naprawianiem lalek, który bardzo osobiście angażuje się w wykonywaną pracę. Jak się okazuje na kartach opowiadania, lalki potrafią mu się odwdzięczyć, dzieje się tak bowiem gdy życie jego córki jest zagrożone a lalka imieniem Nina przychodzi z nieoczekiwaną pomocą. „Duch lalki”  jest sprawnie napisany, pomysł przyjemny, element grozy jest. Moja ocena:6/10

„Wrzeszcząca czaszka” z 1911 roku, najmłodsze z opowiadań zbioru, otwiera grono moich faworytów. Jego fabułą łączy w sobie cechy opowieści kryminalnej, nastrojowego horroru, psychoanalitycznej rozprawy i ghost story oczywiście. Opowiadanie przyjmuje formę dialogu, a raczej monologu. Jest swego rodzaju zapisem wypowiedzi jaką narrator kieruje do swojego rozmówcy w czasie wieczornego spotkania. Odpowiedzi towarzysza nie są tu umieszczone, ale możemy się domyślać jego reakcji na słowa przyjaciela, ba, w to miejsce możemy wstawić nasze własne odpowiedzi. O czym jest? A przeczytajcie tytuł raz jeszcze. No, właśnie, o wrzeszczącej czaszce. Moja ocena: 8/10

Im dalej tym lepiej. Właśnie dlatego, przez drugą połowę książki przeszłam jak burza. Ostatnie opowiadanie z pośród trzech przypisanych temu samemu autorowi. „Górna koja” przenosi nas na morze. Narrator i bohater opowieści opowiada o podróży liniowcem ‚Kamczatka’. Swojej ostatniej podróży nią. Nie, nie umarł, ale było blisko. Na pokładzie feralnego statku natrafił bowiem na nawiedzoną koję i jej wyjątkowo upierdliwego lokatora. Historia trzyma w napięciu, jest ciekawa i pomysłowa jednocześnie. Klimat super. Moja ocena: 8+/10

Zostajemy na morzu, ale liniowiec zmieniamy na statek wielorybniczy w „Gwieździe polarnej”. Klimat jak „Terroru”, więc fani tego dzieła Simmonsa są już pewnie żywo zainteresowani. Z opowiadania bije arktyczny chłód i agorafobiczny obłęd. Jest groza i jest smutek. Bardzo ciekawy bohater pierwszoplanowy. Mój faworyt? No prawie:) Moja ocena: 9/10

Moim faworytem jest „Później” sama nie wiem czemu. Na moją wyobraźnie jakoś szczególnie mocno podziałała wizja ducha przybywającego w biały dzień do domu bohaterów opowiadania. Podobała mi się też przewrotność tej historii. Skąd mamy wiedzieć, że duch jest duchem? Myślę, że to opowiadanie byłoby świetnym materiałem na scenariusz filmowego horroru. Moja ocena:9+/10

„Jesion” to gratka dla wielbicieli wątków czarnej magii i czarownic, może do tej grupy za koniecznie nie należę, ale spodobało mi się. Duży plus za finał z przytupem. Moja ocena:7/10

„Duch skarbca” jeśli mam być brutalnie szczera wypada nędznie. Może dlatego, że przypadło mi go czytać zaraz po czołówce zbioru. Historia ducha, która pomaga spłacić długi i tym samym dać szansę na połączenie się parze bohaterów. Narratorka mi nie podeszła, jej opowieść pozbawiona była charyzmy. Moja ocena: 5/10

„Nekromanta – duch a czarna magia” ostatnie i jednocześnie najstarsze opowiadanie, bo z roku 1842, to znowu wątek miłosny, nie tak jednak cacany jak u poprzednika. Mamy tu bowiem tajemnicze zginięcie, wizję śmierci i intrygę. Jest nieźle. Moja ocena: 6/10

Jako całość: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

 

Nasza apokalipsa

Ostatni – Hanna Jameson

U progu zimy do położonego w Szwajcarii hotelu zjeżdżają goście. Wśród nich jest amerykański historyk John Keller. Nikt z nich nie zdaje sobie sprawy, że w tej chwili znany im świat znika. Wojna nuklearna zabija miliardy ludzi, a grupa hotelowych gości i obsługi być może są ostatnimi ocalałymi.

Zebrani budują swój mały odizolowany świat od podstaw jednocześnie dbając o przeszłość skrzętnie spisywaną w kronikach historyka. Wtedy w zbiorniku wodnym na dachu budynku odkrywają zwłoki dziewczynki.

Przyznaje się bez bicia, że do lektury „Ostatniego” przyciągnęły mnie rozliczne zapewnienia o klimacie książki mającym być zbliżonym do „Lśnienia”. Nie czytałam poprzednich powieści autorki, ale też nie ma co się temu dziwić, bo dopiero za sprawą „Ostatniego” o Hannie Jameson usłyszał cały literacki świat.

Zupełnie nie pociągała mnie natomiast kwestia motywu przewodniego, nie inaczej jak kolejnej wizji post apokaliptycznego świata. Już od czasów zimnej wojny jest to motyw spopularyzowany na tyle, że ciężko jest w tym temacie o jakieś novum. Sama żywię gorącą nadzieję, że jeśli do owej apokalipsy dojdzie znajdę się w grupie szczęśliwców, którym nie przypadnie w udziale oglądanie świata już po niej;) Po lekturze książki „Ostatni” tylko się w tych życzeniach utwierdzam.

Hanna Jensen w swojej powieści zadbała o to by porządnie nastraszyć każdego oponenta teorii spiskowych. Może nie znajdziecie tu wielu elementów horroru sci-fi jako takiego, jednak nie powiem by nie było strasznie. Brak słońca, szarość, zmiana klimatu i wreszcie bardzo ludzkie, typowe dla naszego gatunku problemy. Tak, być może nie mamy tu nic nowego, a mimo to  autorce nie może odmówić entuzjazmu neofity.

Główną siłą napędową tej historii są emocje jakie wzbudza w czytelniku. U mnie dominowała złość, ale przygnębienie solidnie walczyło o palmę pierwszeństwa. Nie mogło też obyć się bez potknięcia o psychologie, a gdzie psychologia tam zwykle znamiona obłędu. Nasz bohater- narrator mocno fiksuje się wokół tematu śmierci dziewczynki. W pewnym momentach miałam wręcz wrażenie, że dąży on do udowodnienia, że za całe zło jakie spadło na świat odpowiada ta sama osoba, która bez skrupułów zabiła dziecko. Tak, to my wszyscy ją zabiliśmy. Mamy więc pełen rozstrzał dociekań od kwestii politycznych do filozoficznych – jest ciekawie. Z uwagi na brak jednego konkretnego gatunku, do którego zdecydowanie można by przypisać powieść ma ona szansę znaleźć szerokie grono zadowolonych czytelników.

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

Piękna czy bestia

Jej piękna twarz – Robyn Harding

Frances Metcalfe boi się, że ktoś dowie się kim jest i co zrobiła. Żyje cichutko, na paluszkach, trawiona przez poczucie winy. Nie wierzy, że mąż może ją kochać, bo nie jest dostatecznie atrakcyjna. Nie wierzy, że jest dobrą matką, bo ona i jej dziecko nie spotkało się z akceptacją w środowisku dzieci i rodziców z prestiżowej prywatnej szkoły. Nie utrzymuje kontaktów z rodziną, nie ma przyjaciół. Nie robi kariery.

Wtedy poznaje Kate. Kate, która ma wszystko czego brakuje Frances, a mimo to ten chodzący ideał uznał ją za wartą swojej przyjaźni. Frances uważa, że to zbyt piękne żeby mogło być prawdziwe. I ma rację. Kate nie jest prawdziwa, jest kimś zupełnie innym.

Nie miałam wcześniej do czynienia z twórczością Robyn Harding, ale po lekturze „Jej piękna twarz” przypuszczam, że się to zmieni. Książkę, która wpadła mi w ręce gatunkowo przypisałabym do thrillera psychologicznego z odrobią kryminału.

Mamy tu narrację na dwa głosy. Główna oś akcji to bieżące wydarzenia z życia Frances, jej męża i synka oraz Kate i jej rodziny, w tym nastoletniej córki Daisy. Z drugiej strony mamy tajemniczego narratora, Dj’a. Wiemy, że jest małym chłopcem, który w tragicznych okolicznościach stracił starszą siostrę. Dj, relacjonuje swoje życie po zabójstwie siostry. W miarę rozwoju wydarzeń zbliżamy się do odkrycia tego, co łączy historie Franses z opowieścią Dj’a.

„Jej piękna twarz” to opowieść o psychopacie, choć początkowo nic na to nie wskazuje. To chyba jeden z jej największych plusów. Kulisy życia z psychopatą wcale nie wyglądają tak jak moglibyście sobie wyobrażać. To historia życia naznaczonego chęcią zemsty, poczuciem winy, życia bez miłości, za to z ogromem tajemnic.

Nie chcę Wam zdradzać zbyt wiele jeśli idzie o szczegóły, bo zepsułabym niespodziankę. Mogę jedynie powiedzieć, że jest ciekawie. Ciekawe sylwetki bohaterów, interesujące twisty fabularne i bardzo wymowna pointa. Styl pisarki sprzyja angażowaniu się w śledzenie akcji.

Polecam? Polecam.

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i s-ka