Archiwa tagu: nawiedzone domy

Pobaw się z Brahmsem

Brahms: The Boy II (2020)

Pod nieobecność ojca rodziny Liz i jej syn Jude stają się ofiarami włamania. Traumatyczne przeżycie odbija się szczególnie na chłopcu, który od momentu tragedii przestał mówić. Celem zmiany otoczenia mającej przenieść rodzinie ukojenie decydują się na wynajęcie domu na prowincji, pośród lasów. Tuż po przeprowadzce Jude znajduje na terenie posiadłości lalkę, imitującą postać małego chłopca. Lalka staje się jego najlepszym przyjacielem i to z nią w końcu chłopiec zaczyna rozmawiać. Co więcej Jude utrzymuje, że lalka też do niego mówi. Przedstawiła mu się jako Brahms i oświadczyła, że mam dla rodziny Juda nowe zasady, według których ci muszą żyć.

Kto by pomyślał, że tak chłodno przyjęty przez publiczność w 2016 roku „The Boy” doczeka się sequelu? Żaden inny twórca nie rzucił się w pożądaniu na ten pomysł więc mamy do czynienia z raczej rzadkim przypadkiem, gdy sequel wychodzi z pod ręki twórcy oryginału. William Brent Bell samodzielnie zadbał także o scenariusz. Jak sobie poradził z pociągnięciem historii? Poradził sobie całkiem zgrabnie i mówię to biorąc pod uwagę, że nie wyszła z tego żadna rewelacja, ale jakby nie patrzeć oryginał też nią nie był.

Każdy kto zna pierwszego „The Boy’a” wie, że tam wszystko zaczęło się od schematycznego ghost story z nawiedzoną lalką w roli głównej, po czym nastąpił finałowy twist całkowicie przeczący wcześniejszym założeniom. O ile jestem zorientowana, to większość widzów już wolałaby zostać przy ogranym motywie opartym na ghost story, niż z tym, co w ostatecznym rozrachunku zaproponował twórca jako rozwiązanie całej zagadki Brahmsa.

Biorąc pod uwagę, w którą stronę uderza kontynuacja widzę, że twórca wyciągnął ze swojego finałowego potknięcia lekcje. Zmodyfikował historię lalki i jej imiennika na tyle, że mógł wrócić na bezpieczne pielesze historii o duchu tkwiącym w postaci lalki. Uważam to za rozsądny ruch, dlatego napisałam, poradził sobie zgrabnie.

Dał widzą to czego poniekąd chcieli, ale czy tym samym zrehabilitował się na tyle by druga część tej historii spotkała się z cieplejszym przyjęciem? Tu bym nie przesadzała z wróżeniem sukcesu. Ta historia nadal jest średnia, i choć widzę ogrom starań włożony w zbudowanie solidnej warstwy paranormalnej, to znowu mi czegoś brakuje.

Bardzo miło było mi spotkać na ekranie Katie Holmes wcielającą się postać matki Jude’a. Wykreowała ła naprawdę ciekawą postać z potencjałem, którego jednak nie wykorzystano. Cała uwaga skupiona jest na postaci jej synka o porcelanowych licach, u którego zdiagnozowano mutyzm wybiórczy (wtopa: mutyzm wybiórczy polega na niezdolności porozumiewania się werbalnego tylko w wybranych sytuacjach, np. gdy dziecko mówi w domu, a nie odzywa się szkole, lub porozumiewa się tylko z rówieśnikami, a nie z dorosłymi etc. Tymczasem u Jude’a, mamy mutyzm całkowity w następstwie urazu psychicznego. Ani be ani me, ani do mamy ani do taty, ani do pani terapeutki. Dopiero z czasem chłopiec zaczyna mówić, najpierw do lalki a za moment także do rodziców)

Co ja pisałam? A tak, że cała uwaga scenariusza skupia się na postaci Jude, olewając matkę z potencjałem do dobrego psychicznego odjazdu. Naprawdę gdyby trochę przy niej podłubać, wykorzystać traumę, której też jakby nie patrzeć doświadczyła i trochę skomplikować jej odbiór rzeczywistości byłoby dużo ciekawiej.

Tymczasem scenariusz uporczywie i bez cienia wątpliwości wskazuje palcem na jednoznacznie nadnaturalną przyczynę wszystkiego co dzieje się w domu. Cóż, jak widać twórca uczy się na błędach i jeśli lwia część widowni podzieli moje zdanie to przy następnym „The Boy’u” w końcu będzie jak trzeba. O ile takowy powstanie. Czy na to liczę? Mówiąc szczerze nie szczególnie mi na tym zależy.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo: 7

Oryginalność:3

To coś:5

49/100

W skali brutalności: 0/10

Klątwa wiecznie żywa

The Grudge/ The Grudge: Klątwa (2020)

Jest rok 2006. Owdowiała policjantka i samotna matka czterolatka, detektyw Muldoon przeprowadza się do małego amerykańskiego miasta i rozpoczyna pracę. Tajemnicza śmierć i przeklęty dom idą na pierwszy ogień. Śledztwo prowadzi ją w głąb przesądów i wierzeń rodem z Japonii.

Pamiętacie wielki boom na skośne kino grozy, który rozpoczął się wraz z wejściem w XXI wiek? Wszystko zaczęło się od japońskiego „The Ring” i od tamtej pory czarnowłose i bladolice zjawy szturmowały serca wielbicieli horrorów. Sama byłam jednym z takich widzów. Poszukiwałam coraz to nowszych, bardziej wykręconych filmowych tematów. Nawet jeśli japońska kultura nie była dla mnie do końca zrozumiała to uwielbiałam klimat tych obrazów. W swoich poszukiwaniach oddalałam się coraz bardziej na wschód od Japonii, aż w końcu trafiłam na kino południowo koreańskie i moje serce tam już zostało.

Kiedy w ubiegłym roku ktoś wpadł na pomysł by odgrzać franczyzę „The Ring” – I powstał „The Rings – kwestią czasu był następny ruch, czyli ruszenie franczyzy drugiego najpopularniejszego przywleczonego z Japonii straszaka, „Klątwa”.

„Klątwy” jakoś nigdy nie polubiłam. Szczególną animozją darzyłam jej amerykański remake. Chyba nawet nie pofatygowałam się z jego recenzją. Nie mniej jednak staram się oglądać nowości, chociażby po to żeby Wam o nich pisać. Dlatego też zmęczyłam nową „Klątwę”, a nowa „Klątwa” mi się odwzajemniła i zmęczyła mnie.

Fabułą stara się być skomplikowana. W jej centrum stoi para detektywów. Jeśli ktoś zechce przeanalizować ich losy dojdzie do wniosku, że mają przesrane. Nieprzepracowane traumy, żałoba. Ona straciła małżonka, on matkę i kumpla. Co więcej kumpla stracił na rzecz przeklętej chaty. Za chwilę pojawi się też agent nieruchomości, który też ma przesrane, bo też wszedł do niewłaściwego domu. Przesrane ma też pewna kontrowersyjna kobieta pomagająca ludziom umrzeć. Przesrane ma też ta, której ma w śmierci pomóc, a także jej mąż. Wszyscy mają przesrane, co tu dużo mówić.

Ale zaraz, skąd w amerykańskiej mieścinie japońska klątwa? Już na początku filmu dowiadujemy się, że wszystko zaczęło się od Pani Landers, która przywlokła japońskiego syfa z przeklętej chaty, którą widzieliście w remake „Klątwy” z 2004 roku. Wszystko jest jasne i pozostaje nam tylko śledzić to, jak bardzo wszyscy mają… co? Przesrane.

Film wyładowany jest tym, co wielbiciele mainstreamu lubią najbardziej, czyli jump sceare, potocznie zwanymi przeze mnie skocznymi scenkami. Wszystko odbywa się w bardzo standardowym stylu. Oglądałam to tak, jednym okiem, drugim układając puzzle z puchatymi kotkami.

Do większego zaangażowania w seans zmusiły mnie dopiero popisy pani Matheson. To jedyny wart wyróżnienia punkt programu. Pierwsza babcia horroru, czyli Lin Shaye jak zwykle po mistrzowsku pozamiatała temat. Poza tym film bardzo średni i zbędny jeśli idzie o moje zdanie.

A teraz najlepsze: Wiecie kto go zrobił? W życiu bym nie zgadła. Nicolas Pesce, który tak przepięknie wyszedł poza ramy Hollywood swoim „Oczy matki„.

Kurczę, gdyby facet pozwolił sobie na przedstawienie sprawy „Klątwy” od bardziej psychologicznej strony. Jako zjawisko dziedziczenia traumy, obłęd udzielony, masową histerię ludzi zepchniętych w ciemność. Ależ by to było smaczne. Nie mógł? Nie potrafił? Nie pozwolono mu?

Tak, zgromcie teraz gościa, zjedzcie go żywcem w podzięce za ten upadek. Kiedy rozważałam to, ilu zajebistych, nieszablonowych twórców przeszło na kasówki doszłam do wniosku, że wolę jednak trzymać się nadziei, że to nie zmiana stylu tylko jednorazowy skok na kasę. W końcu musi za coś kręcić swoje pomysły, a takie przedsięwzięcia jak sequele remake’ów upaćkane efektami i skrojone na miarę masowego gustu są jednak solidnie wynagradzane przez wytwórnie.

Tak więc, Panie Pesce, czekam co teraz zmajstrujesz za ten hajsik 🙂

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne: 7

Aktorstwo:6

Oryginalność: 3

To coś:4

49/100

W skali brutalności: 1/10

Co jest, Doktorku?

Doctor Sleep/ Doktor Sen (2019)

Mały Danny Torrance, nie jest już małym Dannym. Jest facetem w średnim wieku i wszystkie znaki na niebie i ziemi pokazują, że równia pochyła po której lata temu stoczył się jego ojciec, szalony Jack Torrance, będzie też jego udziałem.

Ze szponów alkoholowego nałogu dużego Danny’ego wyrywa pewne wydarzenie. Można powiedzieć, że doszedł do ściany, albo osiągnął dno. Zmierzając przed siebie spotyka człowieka, który wyciąga do niego pomocną dłoń. Danny się ogarnia, zaczyna pracę w hospicjum. Wtedy w jego życie wkracza lśniące dziecko. Dorastająca Abra wzywa na oślep pomocy. Do jej domu zbliżają się ludzie-nieludzie, chcący nakarmić się jej lśnieniem, tak jak zrobili to z innym dzieckiem i robili od wielu, wielu lat.

literacką wersją kontynuacji „Lśnienia” Stephena Kinga miałam do czynienia już ładnych parę lat temu. Ku mojemu zaskoczeniu dość mi się spodobała, choć może nie jestem miłośniczką sequeli, czy filmowych czy książkowych, tą uznałam za w jakiś sposób uzasadnioną. Widać, że King miał w tej materii coś jeszcze do powiedzenia i nie chodziło tylko zarobek.

Wkrótce po ukazaniu się powieści „Doktor sen” rozpoczęto pierwsze przymiarki do ekranizacji. Napisano scenariusz, wytypowano reżysera. Ostatecznie film powstał jednak na podstawie pomysłu i w reżyserskim wykonaniu bardzo solidnego Mike Flanagana. Tak, jest to jeden z niewielu współczesnych reżyserów, który trzyma się na topie i zachowuje poziom, jeśli chcecie znać moje zdanie.

Każdy kto wie, jak poważnie konfliktowa okazała się filmowa wersja „Lśnienia”, której dokonał Stanley Kubrick zdaje sobie pewnie sprawę z tego, że przełożenie na ekran kontynuacji tej historii będzie zadaniem karkołomnym. Stephen King jeszcze nad grobem Kubricka ciosał nad nim kołki za to, jak przedstawił w swoim filmie jego autorską historię.

Jeśli czytaliście „Doktora…” z pewnością zwróciliście uwagę nad przedmowę od autora, w której dobitnie podkreśla, że pisze kontynuację „Lśnienia” w swojej i tylko w swojej wersji. Mike Flanagan musiał jednak podejść do sprawy kompleksowo. I powiem Wam, że wybrnął z tej kałabanii po mistrzowsku. Ukłonił się ładnie mistrzowi grozy i wykorzystał sympatię widzów do ekranizacji Kubricka.

Jak więc nakręcić kontynuacje jednocześnie dwóch utworów, których zakończenia zasadniczo się różnią? SPOILER: Finał filmowego „Doktora…” rozgrywa się w hotelu Panorama- tak tym samym, który poszedł z dymem w książkowej wersji „Lśnienia”. Ocalał jednak w wizji Kubricka. Dlatego też filmowy Dan robi to co w książkowej wersji zrobił jego ojciec- puszcza Panoramę z dymem. Prawda, że sprytnie? KONIEC SPOILERA. Reżyser „Doktora…” uszanował wersję Kubricka dzięki czemu mógł z niej czerpać pełnymi garściami zarzucając widza retrospekcjami. Zrobił też to, czego Kubrick nie zrobił i może dzięki temu trochę obłaskawił Kinga?

Retrospekcje z udziałem starego Jacka Torrance’a- z nowym aktorem- nie do końca ukazują go w takim świetle w jakim widział go Kubrick. Jest bardziej złamanym życiem człowiekiem, który był łakomym kąskiem dla duchów Panoramy niż szalonym pijakiem- czyli Flangan ukazał go w tych fragmentach tak jak chciał King.

Czy mi jako, powiedzmy, zatwardziałej zwolenniczce team Kubrick to przeszkadzało? Zupełnie nie. Pamiętajmy, że dla małego przerażonego  Danny’ego jakim był w „Lśnieniu” ojciec faktycznie mógł jawić się w ten sposób – jako okrutnik, monstrum, po latach zaś gdy poniekąd podzielił jego los, przeszedł się w jego butach, wpadł w to samo gówno, mógł go widzieć zupełnie inaczej – tak jak chciał King. Koło się zamyka. Ten chwyt tylko dowodzi zmyślności reżysera „Doktora…”

Lecimy dalej. Pomijając kwestię finału scenariusz filmu dość mocno trzyma się książki, wiadomo, że na taśmie filmowej nie udało się upchnąć wszystkiego, ale w przypadku ekranizacji chyba nie ma co traktować skrótów jako rażących zmian. Jeśli komuś podobała się więc książka film też powinien skonsumować ze smakiem.

Aktorstwo jest dobre, choć jakbym miała być upierdliwa to wcielająca się w postać Abry młoda aktorka trochę raziła mnie sztywnością ruchów, natomiast bardzo dobre wrażenie zrobiła na mnie filmowa Rose. W książce wyobrażałam ją sobie całkiem inaczej, ale jest to zmiana na plus. No i Evan McGregor, który przyznam – gdy zobaczyłam go na trailerze zupełnie nie pasował mi na Danny’ego – zrobił dobrą robotę. W swojej kreacji skupił się na ukazaniu dramatyzmu sytuacji postaci. Widział ten ciężar na jego barkach i dzięki temu angażowałam się w jego rozterki.

Technicznie film też wypada bardzo dobrze, ale nie ma co się dziwić patrząc na budżet. Bardzo podobały mi się na nowo nakręcone sceny ze starego „Lśnienia” to jak silnie obraz starał się odtworzyć klimat. Efekty, choć nie był ich znowu tak wiele, uderzały w te same tony. Nie mogę jednak odżałować,  że nie pojawiły się znienawidzone przez Kinga rzeki krwi;)

Reasumując, film przyjemny, ale raczej dla wąskiej grupy odbiorców- fanów Kinga. Choć z drugiej strony, czy ta grupa jest wąska? Miłośnicy grozy w pełnej klasie mogą być nieco rozczarowani, bo nie ma tu zbyt wiele typowo horrorowych zagrań, narracja jest raczej nieśpieszna i mocno obyczajowa.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie;6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:6

62/100

W skali brutalności:1/10

Skrzypek z diabłem przystaje

The Sonata/ Sonata (2018)

Utalentowana skrzypaczka Rose Fisher dziedziczy po ojcu, muzycznym geniuszu, zabytkową posiadłość we Francji. Mimo, że Richard Marlowe zerwał z nią kontakt, gdy była jeszcze dzieckiem ochoczo dziewczyna  rzuca wszystko i wyrusza tam gdzie żył i umarł jej ojciec. Na miejscu udaje jej się dowiedzieć co nieco o stylu życia i makabrycznych okolicznościach śmierci genialnego kompozytora. Znajduje też jego ostatnie dzieło, które nie zdążyło ujrzeć światła dziennego. Pełna dziwnych symboli partytura staje się obiektem dociekań Rose.

„Sonata” jest reżyserskim debiutem. Mówię o tym od razu, bo fakt ten może Wam umknąć. To, że może umknąć zdecydowanie świadczy na korzyść produkcji. Andrew Desmont, będę Cię mieć na oku.

„Sonata” to nastrojowy mystery horror z gotyckim tłem. Obiecujący klimat opowieści wyczujecie już prologu. Scena samobójczej śmierci widziana oczami ofiary. Następnie przechodzimy do etapu zapoznania z główną bohaterką i wreszcie, akcja właściwa.

Rozpoczyna się ona z chwilą przekroczenia przez Rose progu rezydencji. Dla zainteresowanych: Posiadłość Marlowe’a we Francji to w rzeczywistości łotewski zamek Cesvaine z drugiej połowy XIX wieku. Mieszkałabym.

Wnętrza robią kolosalne wrażenie i w ogromnej mierze przyczyniają się do pozytywnego odbioru samej historii. Na ten film po prostu dobrze się patrzy. I dobrze się go słucha. Choć samym tytułowa sonata skrzypcowa, gdy ją w końcu usłyszymy w całości nie robi oczekiwanego wrażenia – no, ja nie miałam WOW – to muzyka, która pobrzmiewa przez cały film to już inna sprawa. Filmowy soundtrack jest świetny i zwraca uwagę.

Na fabułę składa się głównie dochodzenie głównej bohaterki dotyczące dziwnych symboli zawartych w sonacie pozostawionej przez ojca. Tu wchodzimy w sferę paranormalną, może satanistyczną. Skojarzenie z „Dziewiątymi wrotami„, czy „Dzieckiem Rosemary” będzie jak najbardziej trafne. Generalnie twórca nie odżegnuje się od inspiracji filmami mogącymi zaliczyć się już do klasyki horroru, co odnotowuję na plus.

Nie mogę powiedzieć by główna zagadka była szczególnie oryginalna, ale nie jestem pewna czy taka miała być. Podobała mi się warstwa techniczna filmu, choć nie powiem by debiutujący reżyser uniknął wszystkich błędów. Aktorstwo też na plus, choć początkowo źle odbierałam kreację głównej bohaterki. No i jest to ostatni film nieodżałowanego autostopowicza Rutgera Hauera. W każdym razie „Sonata” jest jak najbardziej warta obejrzenia.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:8

67/100

W skali brutalności: 1/10

Nie ma tu nic dobrego

Empty rooms/ Puste pokoje (2010)

Maddie po odejściu od partnera kupuje dom za kusząco niską cenę. Wprowadza się do niego wraz ze swoim adopcyjnym synem i pragnie rozpocząć nowe życie. Nowy dom robi pierwsze złe wrażenie na chłopcu jednak Maddie zrzuca jego reakcje na karb autyzmu, na który cierpi chłopiec. Wkrótce sama zaczyna doświadczać dziwnych doznań, aż w końcu zła atmosfera domu przeradza się we frontalny atak.

Nie wiem co mnie podkusiło, żeby sięgnąć po ten film. Tytuł „Empty rooms” swoją prostotą robił dużo lepsze wrażenie niż kolejne ‚egzorcyzmy’, ‚opętania’, ‚nawiedzenia’… ‚takiego a takiego’ w domu ‚takim a takim’. Niestety wszelkie dobro związane z tą produkcją kończy się na tytule. Dodatkowo film jest tak zły, że najwyraźniej zakończył dalsze próby debiutującego reżysera, działania w tejże roli, bo po „Empty rooms” nie wypuścił już nic więcej.

Oczywiście jest to kolejny film o nawiedzonym domu z lekką nutką paranoi, co też jest częstym wątkiem. W tym wszystkim scenariusz nie jest może najgorszy, bo nie można mu zarzuć braku konsekwencji, jakiejś rażącej głupoty czy tego typu spraw. Jest do bólu prosto, ale to jest do przeżycia. Niestety mankamenty realizacyjne to już inna para kaloszy. Aktorstwo lekko powyżej dna, zaś technologia kręcenia – od obrazu po dźwięk – puka o dno od spodu…

Wprost ciężko na to patrzeć i tego słuchać. Zupełna amatorka, brak polotu, brak podstawowych umiejętności i możliwości technicznych. „Empty rooms” nie ma w sobie nawet najmniejszego pierwiastka, który mogłabym pochwalić, więc nie pozostaje mi nic innego jak odwieźć Was od pomysłu seansu z nim. Ratuj się kto może.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:4

Klimat:4

Napięcie:3

Zabawa:4

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:1

Aktorstwo:3

Oryginalność:2

To coś:1

24/100

W skali brutalności: 1/10

Najbardziej nawiedzony dom w Ameryce

Amityville Horror – Jay Anson

Jest grudzień 1975 roku. Rodzina Lutz, Katie, jej dzieci z pierwszego małżeństwa i mąż George wprowadzają się do nowego domu w Amityville przy Ocean Avenue 112. Dobili świetnego interesuje nie zrażeni krwawą historią posiadłości. Niestety ich amerykański sen zmienia się w koszmar, gdy dom okazuje się nawiedzony.

Tak, Moi Drodzy, przed Wami pierwsze polskie wydanie książki o nawiedzonym domu Amityville znanym na całym świecie głównie za sprawą serii filmowych horrorów.

Nie wiem jak to się stało, że do tej pory żaden polski wydawca nie zdecydował się na przetłumaczenie książki i przedstawienie jej polskim czytelnikom. Na szczęście jest Vesper, na Vesper zawsze można liczyć. Wydana w twardej oprawie książka, przyciąga okładką i tradycyjnie uzupełniona jest o ilustracje, mroczne ilustracje autorstwa Macieja Kamudy. Prezentuje się świetnie i myślę, że nawet bez stosownej rekomendacji każdy fan horrorów będzie chciał mieć ją na swojej półce.

Osobiście byłam szalenie ciekawa zawartości. Moim głównym pytaniem było na ile książkowy oryginał  różni się od ekranizacji i jej remake’u? I tu szok pierwszy: Jody jest chłopcem. Tak więc – różnice są.

Książka powstała na podstawi relacji rodziny Lutz, spisanej przez pisarza Jay’a Andsona, który jak szybko zorientujecie się czytając wstęp wydawał się gorąco wierzyć słowom bohaterów. Myślę też, że sporo dodał tam od siebie, żeby uatrakcyjnić historię i tak w dwa lata po krótkim, bo zaledwie 28 dniowym, pobycie Lutzów na Long Island po raz pierwszy wydano „The Amityville Horror”.

Gdy już przebrnęłam przez wstęp, który bardziej mnie zniechęcił niż uwiarygodnił sprawę, miałam obawę, że książka przyjmie postać czegoś w rodzaju literatury faktu ze skrzętnie wyliczonymi emanacjami zjawisk nadprzyrodzonych i bez jakiejkolwiek fabuły. Okazało się, że jest inaczej co jest niewątpliwym plusem książki. Czyta się ją ot, jak powieść, gdzie mamy wstęp, rozwinięcie, punkt kulminacyjny i zakończenie. Znajdzie się przestrzeń na stworzenie portretów psychologicznych bohaterów, na zbudowanie napięcia i klimatu. Język jest przystępny.

Oczywiście dla większości czytelników, którzy jak mniemam znają już tą historię za sprawą filmów nie będzie aż takiego wow, jak u zupełnych neofitów, nie mniej jednak nadal uważam, że dla fanów grozy jest to pozycja obowiązkowa.

Moja ocena: 8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Vesper

Czerwony

La influencia/ Zła siła (2019)

Alicia  zmuszona jest wrócić do swojego rodzinnego domu by pomóc w opiece nad pogrążoną w śpiączce matką. Z uwagi na traumatyzujące dzieciństwo nie jest to łatwy powrót. Im dłużej Alicia przebywa w tym otoczeniu tym żywsze stają się wspomnienia, zaś złowroga aura domu zdaje się oddziaływać także na jej męża i córkę.

Przypuszczam, że na koniec października posypie się sporo horrorowych propozycji – halloween, no wiecie –  i nawet bym się z tego powodu cieszyła gdyby nie fakt, że ilość zazwyczaj nie idzie w parze z jakością.

„Zła siła” to jedna z propozycji od Netflixa. Produkcja rodem z Hiszpanii więc nauczona doświadczeniem spodziewałam się czegoś fajnego i klimatycznego, zapomniałam tylko, że era świetnych horrorów z tego rejonu chyba już powoli przemija i coraz częściej natykam się na zupełnie średnie hiszpańskie horrory.

„Zła siła” jest właśnie zupełnie średni, a jeśli chciałabym być uszczypliwa to stwierdziłabym wręcz, że marny. Marność odnoszę głównie do fabuły, która wydaje się dość dziurawa na poziomie scenariusza i niekoniecznie oryginalna.

Ale film ma też zalety, że tak powiem ‚smaczki’. Kilka scen zwróciło moją szczególną uwagę w sposób, który zdarza mi się rzadko. Doceniam też scenografię, rekwizyty, czy zdjęcia. A, i aktorstwo.

Ogólnie od strony technicznej jest klawo, tylko ta historia, a może raczej sposób jej opowiedzenia mocno zgrzyta. Ma ciekawe drobne elementy, ale patrząc całościowo, nie sprawdza się. Tak więc wrzucam do ‚da się obejrzeć’, ale bez polecania.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:5

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:5

55/100

W skali brutalności:2/10

Kolejna guwernantka w kleszczach lęku

The Turn the Scerw/ Tajemnica guwernantki (1992)

Nieśmiała i lękliwa Jenny zostaje zatrudniona jako guwernantka dwójki dzieci mieszkających pod opieką wuja w okazałej posiadłości. Na miejscu szybko ocenia, że zdrowie i życie dzieci jest zagrożone. Owym zagrożeniem mają być duchy zamieszkujące dom.

„W kleszczach lęku” Henry’ego Jamesa jest jedną z popularniejszych książek z gatunku grozy. Powieść parokrotnie była przekładana na język filmu, bądź służyła scenarzystom jako przedmiot fabularnych wariacji i źródło inspiracji.

W przypadku filmu Rusty’ego Lemorade mamy do czynienia z dość wierną adaptacją. Polski dystrybutor pozwolił sobie na zmianę tytułu, dlatego mimo wcześniejszych poszukiwań wszelkich możliwych filmowych wersji tej historii jakoś na tą akurat nie trafiłam. Czy straciłam wiele? Raczej nie. W porównaniu z pierwszą ekranizacją z roku 1961 wypada bardzo bladziutko. Natomiast co do tej 2009… Nie bardzo ją pamiętam:) Ale za to mogę rzecz, że jest lepsza od ‚wariacji’ pt. „Głosy w ciemności”.

Wierzę, że sama historia jest Wam znana, wszystkie niuanse z nią związane, i te z pod znaku horroru i te z pod znaku thrillera psychologicznego. W tej akurat wersji ich potencjał nie został w pełni wykorzystany. To ogólnie produkcja raczej niższych lotów jeśli chodzi o realizację.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

50/100

W skali brutalności:1/10

To zła energia

The House of Pine Street (2015)

Jennifer i jej małżonek Luke za radą apodyktycznej matki kobiety, opuszczają Chicago i wracają do jej rodzinnego miasteczka w Kansas. Wprowadzają się do nowego domu i tam oczekują narodzin pierwszego dziecka.

Jennifer traktuje przeprowadzkę jako stan przejściowy i wyczekuje powrotu do miasta. Jej mąż i matka gorąco wierzą, że zmiana miejsca dobrze zrobi Jennifer, której stan psychiczny drastycznie pogorszył się gdy zaszła w ciążę.

Wszyscy szybko przekonują się, że jest wręcz odwrotnie, bo Jen uważa, że w domu gnieździ się zła energia.

„House of Pine Street” to horror braci Keeling, dosyć anonimowych w filmowym świecie. Wspomniana produkcja nie przysporzyła im popularności, bo  choć krytycy chwalili obraz to ma rażąco niskie oceny jeśli chodzi o zwykłych widzów. Właściwie szczerze się temu dziwię. Widziałam nie jedno i z całą pewnością mogę powiedzieć, że widziałam dużo gorsze straszaki. Mogę wręcz stwierdzić, że film mi się podobał.

Nie mam żadnych zarzutów względem wykonania filmu. Technicznie stoi na całkiem przyzwoitym poziomie, aktorstwo jest okej a sam pomysł… Cóż. Jest to dość typowy film o nawiedzonym domu.

Zgodnie z mainstreamowym przykazem mamy tu młode małżeństwo z problemami, które pchnęły ich do zmiany miejsca zamieszkania. Owe problemy wiążą się ze stanem psychicznym ciężarnej kobiety coby sceptyczny widz mógł przypisać wszelkie nadprzyrodzone wydarzenia błędnej interpretacji splątanego umysłu kobiety.

Co więc przypadło mi do gustu? Po pierwsze scenariusz nie jest tak boleśnie schematyczny jak otaczającego go ramy. W wielu miejscach obraz ma odwagę wykroczyć poza nie.

Nasz bohaterka nie jest typowa. Nie wiem czy zauważyliście, ale większość ciężarnych kobiet w horrorach to radosne pingwiny, nawet jeśli dopada je huśtawka nastroju to żadna z nich o ile dobrze pamiętam nie traktowała ciąży jako niewygodnej wpadki (przecież wszystkie kobiety o tym marzą), a przeprowadzka do nowego domu to dla niej kara za to, że nie ma ochoty wejść w nową rolę.

Jej mąż siedzi pod pantoflem teściowej, co tez nie jest popularnym motywem.

W sąsiedztwie mamy tajemniczą kobietę, która jednak wcale nie gada jak nawiedzona, ale przykuwa uwagę ze smutkiem opowiadając o przypadłości swoich córek. No, córki też robią wrażenie. Nagle okazało się, że można straszyć innym zaburzeniem rozwojowym u dzieci niż autyzm;)

Pojawia się też wątek medium/jasnowidza, jak zwał tak zwał i tu też mamy odstępstwo. Żadnych egzorcyzmów, okadzania szałwią, mówienia językami etc. Pan medium urzekł mnie swoją pokorą w podejściu do tematu, a także świeżą jego interpretacją. No, dobra, Ameryki nie odkrył, ale obeszło się bez wyciągania z czeliści piekieł błyszczącego nowością demona;)

Brak słodko pierdzącego finału, jak i uniknięcie pokazowego dramatu też zasługuje na pewne wyróżnienie.

Podejrzewam, że w za sprawą imponującej fali bardziej rozreklamowanych filmów i Wam mógł umknąć ten tytuł. Z tego miejsca, mogę go polecić.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Aktorstwo:7

Walory techniczne:7

Oryginalność:6

To coś:7

63/100

W skali brutalności:1/10

Kiedy byłem tam po raz pierwszy

Little Stranger/ Ktoś we mnie (2019)

Latem ’47 roku wiejski lekarz doktor Faraday zostaje wezwany do posiadłości Hundrets Hall by zaradzić dolegliwością młodej pokojówki. Po tej wizycie oferuje lekarską pomoc panu domu, młodemu dziedzicowi majątku Ayersów okaleczonemu Roderickowi, na co ten przystaje. Wkrótce Farady zostaje przyjacielem rodziny. Siostra Rodericka pozwala lekarzowi na zaloty, tymczasem jej ogarnięty traumą brat zwierza mu się, że rodowa posiadłość jest nawidzona.

„Little Stranger” to utrzymany w gotyckim klimacie ‚niby horror’. Dlaczego niby wyjaśnię później.

Scenariusz filmu powstał w oparciu o powieść Sary Waters, znanej filmożercom chociażby ze „Służącej”. Reżyserem obrazu jest Lenny Abraham, któremu sławę przyniósł oskarowy „Pokój”. Zapowiada się nieźle, co?

Muszę jednak trochę przygasić entuzjazm potencjalnych widzów, bo mimo ogromnego potencjału jaki dostrzegam w tej historii wydaje mi się, że nie został on do końca wykorzystany.

I w sumie nie wiem gdzie leży tego przyczyna, być może niektóre opowieści rozkwitają jedynie w wersji papierowej?

Odniosłam wrażenie, że jako widz zostałam pominięta w łańcuchu informacyjnym i wiele ledwie dostrzegalnych elementów tej historii nie zostało należycie przełożonych na język filmu.

Co do ‚niby horroru’: Pojawia się sygnał jakoby dom miał być nawiedzony, ale zdaje się nikt nie drąży tego tematu i nikogo to szczególnie nie interesuje. Gotycki klimat, wręcz stworzone dla ghost story miejsce akcji, ale na tym koniec.

Nie zgniewam się, dramaty też lubię. Ale co z dramatem? Tu też mamy rzucony temat: Postać głównego bohatera, wiejskiego lekarza, zamkniętego w sobie starego kawalera. Facet wyraźnie ma obsesje na punkcie Hunters Hall, która zaczęła się jeszcze w jego dzieciństwie, w latach świetności domostwa i rodu, kiedy to jego matka pracowała tam jako pokojówka.

Teraz, dorosły już Faraday dostępuje zaszczytu obcowania z obiektem swojego pożądania. Jeszcze chwila i być może zostanie panem posiadłości żeniąc się z córką właścicielki. Na zgłębienie przypadku bohatera, nie macie jednak co liczyć, bo jest nieprzenikniony. Wiele rzeczy trzeba sobie dopowiedzieć. Pytanie czy nie zbyt wiele? SPOILER: Moim zdaniem Faraday skrycie nienawidził Ayersów. Odpowiadał za śmierć Susan, za zabicie Caroline i jej matki i za zamkniecie Rodericka w szpitalu. KONIEC SPOILERA.

Martwi mnie fakt, że niewielu widzów będzie chciało na tyle zagłębić się w tą historię by dostrzec jej tragizm. Użyte tu środki wyrazu są zbyt niepozorne by przykuwać uwagę od pierwszej chwili,  a w dodatku nie jest to kino zbyt rozrywkowe.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:6

60/100

W skali brutalności: 0/10