Archiwa tagu: nawiedzone domy

Co jest Doktorku?

Doctor Sleep/ Doktor Sen (2019)

Mały Danny Torrance, nie jest już małym Dannym. Jest facetem w średnim wieku i wszystkie znaki na niebie i ziemi pokazują, że równia pochyła po której lata temu stoczył się jego ojciec, szalony Jack Torrance, będzie też jego udziałem.

Ze szponów alkoholowego nałogu dużego Danny’ego wyrywa pewne wydarzenie. Można powiedzieć, że doszedł do ściany, albo osiągnął dno. Zmierzając przed siebie spotyka człowieka, który wyciąga do niego pomocną dłoń. Danny się ogarnia, zaczyna pracę w hospicjum. Wtedy w jego życie wkracza lśniące dziecko. Dorastająca Abra wzywa na oślep pomocy. Do jej domu zbliżają się ludzie-nieludzie, chcący nakarmić się jej lśnieniem, tak jak zrobili to z innym dzieckiem i robili od wielu, wielu lat.

literacką wersją kontynuacji „Lśnienia” Stephena Kinga miałam do czynienia już ładnych parę lat temu. Ku mojemu zaskoczeniu dość mi się spodobała, choć może nie jestem miłośniczką sequeli, czy filmowych czy książkowych, tą uznałam za w jakiś sposób uzasadnioną. Widać, że King miał w tej materii coś jeszcze do powiedzenia i nie chodziło tylko zarobek.

Wkrótce po ukazaniu się powieści „Doktor sen” rozpoczęto pierwsze przymiarki do ekranizacji. Napisano scenariusz, wytypowano reżysera. Ostatecznie film powstał jednak na podstawie pomysłu i w reżyserskim wykonaniu bardzo solidnego Mike Flanagana. Tak, jest to jeden z niewielu współczesnych reżyserów, który trzyma się na topie i zachowuje poziom, jeśli chcecie znać moje zdanie.

Każdy kto wie, jak poważnie konfliktowa okazała się filmowa wersja „Lśnienia”, której dokonał Stanley Kubrick zdaje sobie pewnie sprawę z tego, że przełożenie na ekran kontynuacji tej historii będzie zadaniem karkołomnym. Stephen King jeszcze nad grobem Kubricka ciosał nad nim kołki za to, jak przedstawił w swoim filmie jego autorską historię.

Jeśli czytaliście „Doktora…” z pewnością zwróciliście uwagę nad przedmowę od autora, w której dobitnie podkreśla, że pisze kontynuację „Lśnienia” w swojej i tylko w swojej wersji. Mike Flanagan musiał jednak podejść do sprawy kompleksowo. I powiem Wam, że wybrnął z tej kałabanii po mistrzowsku. Ukłonił się ładnie mistrzowi grozy i wykorzystał sympatię widzów do ekranizacji Kubricka.

Jak więc nakręcić kontynuacje jednocześnie dwóch utworów, których zakończenia zasadniczo się różnią? SPOILER: Finał filmowego „Doktora…” rozgrywa się w hotelu Panorama- tak tym samym, który poszedł z dymem w książkowej wersji „Lśnienia”. Ocalał jednak w wizji Kubricka. Dlatego też filmowy Dan robi to co w książkowej wersji zrobił jego ojciec- puszcza Panoramę z dymem. Prawda, że sprytnie? KONIEC SPOILERA. Reżyser „Doktora…” uszanował wersję Kubricka dzięki czemu mógł z niej czerpać pełnymi garściami zarzucając widza retrospekcjami. Zrobił też to, czego Kubrick nie zrobił i może dzięki temu trochę obłaskawił Kinga?

Retrospekcje z udziałem starego Jacka Torrance’a- z nowym aktorem- nie do końca ukazują go w takim świetle w jakim widział go Kubrick. Jest bardziej złamanym życiem człowiekiem, który był łakomym kąskiem dla duchów Panoramy niż szalonym pijakiem- czyli Flangan ukazał go w tych fragmentach tak jak chciał King.

Czy mi jako, powiedzmy, zatwardziałej zwolenniczce team Kubrick to przeszkadzało? Zupełnie nie. Pamiętajmy, że dla małego przerażonego  Danny’ego jakim był w „Lśnieniu” ojciec faktycznie mógł jawić się w ten sposób – jako okrutnik, monstrum, po latach zaś gdy poniekąd podzielił jego los, przeszedł się w jego butach, wpadł w to samo gówno, mógł go widzieć zupełnie inaczej – tak jak chciał King. Koło się zamyka. Ten chwyt tylko dowodzi zmyślności reżysera „Doktora…”

Lecimy dalej. Pomijając kwestię finału scenariusz filmu dość mocno trzyma się książki, wiadomo, że na taśmie filmowej nie udało się upchnąć wszystkiego, ale w przypadku ekranizacji chyba nie ma co traktować skrótów jako rażących zmian. Jeśli komuś podobała się więc książka film też powinien skonsumować ze smakiem.

Aktorstwo jest dobre, choć jakbym miała być upierdliwa to wcielająca się w postać Abry młoda aktorka trochę raziła mnie sztywnością ruchów, natomiast bardzo dobre wrażenie zrobiła na mnie filmowa Rose. W książce wyobrażałam ją sobie całkiem inaczej, ale jest to zmiana na plus. No i Evan McGregor, który przyznam – gdy zobaczyłam go na trailerze zupełnie nie pasował mi na Danny’ego – zrobił dobrą robotę. W swojej kreacji skupił się na ukazaniu dramatyzmu sytuacji postaci. Widział ten ciężar na jego barkach i dzięki temu angażowałam się w jego rozterki.

Technicznie film też wypada bardzo dobrze, ale nie ma co się dziwić patrząc na budżet. Bardzo podobały mi się na nowo nakręcone sceny ze starego „Lśnienia” to jak silnie obraz starał się odtworzyć klimat. Efekty, choć nie był ich znowu tak wiele, uderzały w te same tony. Nie mogę jednak odżałować,  że nie pojawiły się znienawidzone przez Kinga rzeki krwi;)

Reasumując, film przyjemny, ale raczej dla wąskiej grupy odbiorców- fanów Kinga. Choć z drugiej strony, czy ta grupa jest wąska? Miłośnicy grozy w pełnej klasie mogą być nieco rozczarowani, bo nie ma tu zbyt wiele typowo horrorowych zagrań, narracja jest raczej nieśpieszna i mocno obyczajowa.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie;6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:6

62/100

W skali brutalności:1/10

Skrzypek z diabłem przystaje

The Sonata/ Sonata (2018)

Utalentowana skrzypaczka Rose Fisher dziedziczy po ojcu, muzycznym geniuszu, zabytkową posiadłość we Francji. Mimo, że Richard Marlowe zerwał z nią kontakt, gdy była jeszcze dzieckiem ochoczo dziewczyna  rzuca wszystko i wyrusza tam gdzie żył i umarł jej ojciec. Na miejscu udaje jej się dowiedzieć co nieco o stylu życia i makabrycznych okolicznościach śmierci genialnego kompozytora. Znajduje też jego ostatnie dzieło, które nie zdążyło ujrzeć światła dziennego. Pełna dziwnych symboli partytura staje się obiektem dociekań Rose.

„Sonata” jest reżyserskim debiutem. Mówię o tym od razu, bo fakt ten może Wam umknąć. To, że może umknąć zdecydowanie świadczy na korzyść produkcji. Andrew Desmont, będę Cię mieć na oku.

„Sonata” to nastrojowy mystery horror z gotyckim tłem. Obiecujący klimat opowieści wyczujecie już prologu. Scena samobójczej śmierci widziana oczami ofiary. Następnie przechodzimy do etapu zapoznania z główną bohaterką i wreszcie, akcja właściwa.

Rozpoczyna się ona z chwilą przekroczenia przez Rose progu rezydencji. Dla zainteresowanych: Posiadłość Marlowe’a we Francji to w rzeczywistości łotewski zamek Cesvaine z drugiej połowy XIX wieku. Mieszkałabym.

Wnętrza robią kolosalne wrażenie i w ogromnej mierze przyczyniają się do pozytywnego odbioru samej historii. Na ten film po prostu dobrze się patrzy. I dobrze się go słucha. Choć samym tytułowa sonata skrzypcowa, gdy ją w końcu usłyszymy w całości nie robi oczekiwanego wrażenia – no, ja nie miałam WOW – to muzyka, która pobrzmiewa przez cały film to już inna sprawa. Filmowy soundtrack jest świetny i zwraca uwagę.

Na fabułę składa się głównie dochodzenie głównej bohaterki dotyczące dziwnych symboli zawartych w sonacie pozostawionej przez ojca. Tu wchodzimy w sferę paranormalną, może satanistyczną. Skojarzenie z „Dziewiątymi wrotami„, czy „Dzieckiem Rosemary” będzie jak najbardziej trafne. Generalnie twórca nie odżegnuje się od inspiracji filmami mogącymi zaliczyć się już do klasyki horroru, co odnotowuję na plus.

Nie mogę powiedzieć by główna zagadka była szczególnie oryginalna, ale nie jestem pewna czy taka miała być. Podobała mi się warstwa techniczna filmu, choć nie powiem by debiutujący reżyser uniknął wszystkich błędów. Aktorstwo też na plus, choć początkowo źle odbierałam kreację głównej bohaterki. No i jest to ostatni film nieodżałowanego autostopowicza Rutgera Hauera. W każdym razie „Sonata” jest jak najbardziej warta obejrzenia.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:8

67/100

W skali brutalności: 1/10

Nie ma tu nic dobrego

Empty rooms/ Puste pokoje (2010)

Maddie po odejściu od partnera kupuje dom za kusząco niską cenę. Wprowadza się do niego wraz ze swoim adopcyjnym synem i pragnie rozpocząć nowe życie. Nowy dom robi pierwsze złe wrażenie na chłopcu jednak Maddie zrzuca jego reakcje na karb autyzmu, na który cierpi chłopiec. Wkrótce sama zaczyna doświadczać dziwnych doznań, aż w końcu zła atmosfera domu przeradza się we frontalny atak.

Nie wiem co mnie podkusiło, żeby sięgnąć po ten film. Tytuł „Empty rooms” swoją prostotą robił dużo lepsze wrażenie niż kolejne ‚egzorcyzmy’, ‚opętania’, ‚nawiedzenia’… ‚takiego a takiego’ w domu ‚takim a takim’. Niestety wszelkie dobro związane z tą produkcją kończy się na tytule. Dodatkowo film jest tak zły, że najwyraźniej zakończył dalsze próby debiutującego reżysera, działania w tejże roli, bo po „Empty rooms” nie wypuścił już nic więcej.

Oczywiście jest to kolejny film o nawiedzonym domu z lekką nutką paranoi, co też jest częstym wątkiem. W tym wszystkim scenariusz nie jest może najgorszy, bo nie można mu zarzuć braku konsekwencji, jakiejś rażącej głupoty czy tego typu spraw. Jest do bólu prosto, ale to jest do przeżycia. Niestety mankamenty realizacyjne to już inna para kaloszy. Aktorstwo lekko powyżej dna, zaś technologia kręcenia – od obrazu po dźwięk – puka o dno od spodu…

Wprost ciężko na to patrzeć i tego słuchać. Zupełna amatorka, brak polotu, brak podstawowych umiejętności i możliwości technicznych. „Empty rooms” nie ma w sobie nawet najmniejszego pierwiastka, który mogłabym pochwalić, więc nie pozostaje mi nic innego jak odwieźć Was od pomysłu seansu z nim. Ratuj się kto może.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:4

Klimat:4

Napięcie:3

Zabawa:4

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:1

Aktorstwo:3

Oryginalność:2

To coś:1

24/100

W skali brutalności: 1/10

Najbardziej nawiedzony dom w Ameryce

Amityville Horror – Jay Anson

Jest grudzień 1975 roku. Rodzina Lutz, Katie, jej dzieci z pierwszego małżeństwa i mąż George wprowadzają się do nowego domu w Amityville przy Ocean Avenue 112. Dobili świetnego interesuje nie zrażeni krwawą historią posiadłości. Niestety ich amerykański sen zmienia się w koszmar, gdy dom okazuje się nawiedzony.

Tak, Moi Drodzy, przed Wami pierwsze polskie wydanie książki o nawiedzonym domu Amityville znanym na całym świecie głównie za sprawą serii filmowych horrorów.

Nie wiem jak to się stało, że do tej pory żaden polski wydawca nie zdecydował się na przetłumaczenie książki i przedstawienie jej polskim czytelnikom. Na szczęście jest Vesper, na Vesper zawsze można liczyć. Wydana w twardej oprawie książka, przyciąga okładką i tradycyjnie uzupełniona jest o ilustracje, mroczne ilustracje autorstwa Macieja Kamudy. Prezentuje się świetnie i myślę, że nawet bez stosownej rekomendacji każdy fan horrorów będzie chciał mieć ją na swojej półce.

Osobiście byłam szalenie ciekawa zawartości. Moim głównym pytaniem było na ile książkowy oryginał  różni się od ekranizacji i jej remake’u? I tu szok pierwszy: Jody jest chłopcem. Tak więc – różnice są.

Książka powstała na podstawi relacji rodziny Lutz, spisanej przez pisarza Jay’a Andsona, który jak szybko zorientujecie się czytając wstęp wydawał się gorąco wierzyć słowom bohaterów. Myślę też, że sporo dodał tam od siebie, żeby uatrakcyjnić historię i tak w dwa lata po krótkim, bo zaledwie 28 dniowym, pobycie Lutzów na Long Island po raz pierwszy wydano „The Amityville Horror”.

Gdy już przebrnęłam przez wstęp, który bardziej mnie zniechęcił niż uwiarygodnił sprawę, miałam obawę, że książka przyjmie postać czegoś w rodzaju literatury faktu ze skrzętnie wyliczonymi emanacjami zjawisk nadprzyrodzonych i bez jakiejkolwiek fabuły. Okazało się, że jest inaczej co jest niewątpliwym plusem książki. Czyta się ją ot, jak powieść, gdzie mamy wstęp, rozwinięcie, punkt kulminacyjny i zakończenie. Znajdzie się przestrzeń na stworzenie portretów psychologicznych bohaterów, na zbudowanie napięcia i klimatu. Język jest przystępny.

Oczywiście dla większości czytelników, którzy jak mniemam znają już tą historię za sprawą filmów nie będzie aż takiego wow, jak u zupełnych neofitów, nie mniej jednak nadal uważam, że dla fanów grozy jest to pozycja obowiązkowa.

Moja ocena: 8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Vesper

Czerwony

La influencia/ Zła siła (2019)

Alicia  zmuszona jest wrócić do swojego rodzinnego domu by pomóc w opiece nad pogrążoną w śpiączce matką. Z uwagi na traumatyzujące dzieciństwo nie jest to łatwy powrót. Im dłużej Alicia przebywa w tym otoczeniu tym żywsze stają się wspomnienia, zaś złowroga aura domu zdaje się oddziaływać także na jej męża i córkę.

Przypuszczam, że na koniec października posypie się sporo horrorowych propozycji – halloween, no wiecie –  i nawet bym się z tego powodu cieszyła gdyby nie fakt, że ilość zazwyczaj nie idzie w parze z jakością.

„Zła siła” to jedna z propozycji od Netflixa. Produkcja rodem z Hiszpanii więc nauczona doświadczeniem spodziewałam się czegoś fajnego i klimatycznego, zapomniałam tylko, że era świetnych horrorów z tego rejonu chyba już powoli przemija i coraz częściej natykam się na zupełnie średnie hiszpańskie horrory.

„Zła siła” jest właśnie zupełnie średni, a jeśli chciałabym być uszczypliwa to stwierdziłabym wręcz, że marny. Marność odnoszę głównie do fabuły, która wydaje się dość dziurawa na poziomie scenariusza i niekoniecznie oryginalna.

Ale film ma też zalety, że tak powiem ‚smaczki’. Kilka scen zwróciło moją szczególną uwagę w sposób, który zdarza mi się rzadko. Doceniam też scenografię, rekwizyty, czy zdjęcia. A, i aktorstwo.

Ogólnie od strony technicznej jest klawo, tylko ta historia, a może raczej sposób jej opowiedzenia mocno zgrzyta. Ma ciekawe drobne elementy, ale patrząc całościowo, nie sprawdza się. Tak więc wrzucam do ‚da się obejrzeć’, ale bez polecania.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:5

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:5

55/100

W skali brutalności:2/10

Kolejna guwernantka w kleszczach lęku

The Turn the Scerw/ Tajemnica guwernantki (1992)

Nieśmiała i lękliwa Jenny zostaje zatrudniona jako guwernantka dwójki dzieci mieszkających pod opieką wuja w okazałej posiadłości. Na miejscu szybko ocenia, że zdrowie i życie dzieci jest zagrożone. Owym zagrożeniem mają być duchy zamieszkujące dom.

„W kleszczach lęku” Henry’ego Jamesa jest jedną z popularniejszych książek z gatunku grozy. Powieść parokrotnie była przekładana na język filmu, bądź służyła scenarzystom jako przedmiot fabularnych wariacji i źródło inspiracji.

W przypadku filmu Rusty’ego Lemorade mamy do czynienia z dość wierną adaptacją. Polski dystrybutor pozwolił sobie na zmianę tytułu, dlatego mimo wcześniejszych poszukiwań wszelkich możliwych filmowych wersji tej historii jakoś na tą akurat nie trafiłam. Czy straciłam wiele? Raczej nie. W porównaniu z pierwszą ekranizacją z roku 1961 wypada bardzo bladziutko. Natomiast co do tej 2009… Nie bardzo ją pamiętam:) Ale za to mogę rzecz, że jest lepsza od ‚wariacji’ pt. „Głosy w ciemności”.

Wierzę, że sama historia jest Wam znana, wszystkie niuanse z nią związane, i te z pod znaku horroru i te z pod znaku thrillera psychologicznego. W tej akurat wersji ich potencjał nie został w pełni wykorzystany. To ogólnie produkcja raczej niższych lotów jeśli chodzi o realizację.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

50/100

W skali brutalności:1/10

To zła energia

The House of Pine Street (2015)

Jennifer i jej małżonek Luke za radą apodyktycznej matki kobiety, opuszczają Chicago i wracają do jej rodzinnego miasteczka w Kansas. Wprowadzają się do nowego domu i tam oczekują narodzin pierwszego dziecka.

Jennifer traktuje przeprowadzkę jako stan przejściowy i wyczekuje powrotu do miasta. Jej mąż i matka gorąco wierzą, że zmiana miejsca dobrze zrobi Jennifer, której stan psychiczny drastycznie pogorszył się gdy zaszła w ciążę.

Wszyscy szybko przekonują się, że jest wręcz odwrotnie, bo Jen uważa, że w domu gnieździ się zła energia.

„House of Pine Street” to horror braci Keeling, dosyć anonimowych w filmowym świecie. Wspomniana produkcja nie przysporzyła im popularności, bo  choć krytycy chwalili obraz to ma rażąco niskie oceny jeśli chodzi o zwykłych widzów. Właściwie szczerze się temu dziwię. Widziałam nie jedno i z całą pewnością mogę powiedzieć, że widziałam dużo gorsze straszaki. Mogę wręcz stwierdzić, że film mi się podobał.

Nie mam żadnych zarzutów względem wykonania filmu. Technicznie stoi na całkiem przyzwoitym poziomie, aktorstwo jest okej a sam pomysł… Cóż. Jest to dość typowy film o nawiedzonym domu.

Zgodnie z mainstreamowym przykazem mamy tu młode małżeństwo z problemami, które pchnęły ich do zmiany miejsca zamieszkania. Owe problemy wiążą się ze stanem psychicznym ciężarnej kobiety coby sceptyczny widz mógł przypisać wszelkie nadprzyrodzone wydarzenia błędnej interpretacji splątanego umysłu kobiety.

Co więc przypadło mi do gustu? Po pierwsze scenariusz nie jest tak boleśnie schematyczny jak otaczającego go ramy. W wielu miejscach obraz ma odwagę wykroczyć poza nie.

Nasz bohaterka nie jest typowa. Nie wiem czy zauważyliście, ale większość ciężarnych kobiet w horrorach to radosne pingwiny, nawet jeśli dopada je huśtawka nastroju to żadna z nich o ile dobrze pamiętam nie traktowała ciąży jako niewygodnej wpadki (przecież wszystkie kobiety o tym marzą), a przeprowadzka do nowego domu to dla niej kara za to, że nie ma ochoty wejść w nową rolę.

Jej mąż siedzi pod pantoflem teściowej, co tez nie jest popularnym motywem.

W sąsiedztwie mamy tajemniczą kobietę, która jednak wcale nie gada jak nawiedzona, ale przykuwa uwagę ze smutkiem opowiadając o przypadłości swoich córek. No, córki też robią wrażenie. Nagle okazało się, że można straszyć innym zaburzeniem rozwojowym u dzieci niż autyzm;)

Pojawia się też wątek medium/jasnowidza, jak zwał tak zwał i tu też mamy odstępstwo. Żadnych egzorcyzmów, okadzania szałwią, mówienia językami etc. Pan medium urzekł mnie swoją pokorą w podejściu do tematu, a także świeżą jego interpretacją. No, dobra, Ameryki nie odkrył, ale obeszło się bez wyciągania z czeliści piekieł błyszczącego nowością demona;)

Brak słodko pierdzącego finału, jak i uniknięcie pokazowego dramatu też zasługuje na pewne wyróżnienie.

Podejrzewam, że w za sprawą imponującej fali bardziej rozreklamowanych filmów i Wam mógł umknąć ten tytuł. Z tego miejsca, mogę go polecić.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Aktorstwo:7

Walory techniczne:7

Oryginalność:6

To coś:7

63/100

W skali brutalności:1/10

Kiedy byłem tam po raz pierwszy

Little Stranger/ Ktoś we mnie (2019)

Latem ’47 roku wiejski lekarz doktor Faraday zostaje wezwany do posiadłości Hundrets Hall by zaradzić dolegliwością młodej pokojówki. Po tej wizycie oferuje lekarską pomoc panu domu, młodemu dziedzicowi majątku Ayersów okaleczonemu Roderickowi, na co ten przystaje. Wkrótce Farady zostaje przyjacielem rodziny. Siostra Rodericka pozwala lekarzowi na zaloty, tymczasem jej ogarnięty traumą brat zwierza mu się, że rodowa posiadłość jest nawidzona.

„Little Stranger” to utrzymany w gotyckim klimacie ‚niby horror’. Dlaczego niby wyjaśnię później.

Scenariusz filmu powstał w oparciu o powieść Sary Waters, znanej filmożercom chociażby ze „Służącej”. Reżyserem obrazu jest Lenny Abraham, któremu sławę przyniósł oskarowy „Pokój”. Zapowiada się nieźle, co?

Muszę jednak trochę przygasić entuzjazm potencjalnych widzów, bo mimo ogromnego potencjału jaki dostrzegam w tej historii wydaje mi się, że nie został on do końca wykorzystany.

I w sumie nie wiem gdzie leży tego przyczyna, być może niektóre opowieści rozkwitają jedynie w wersji papierowej?

Odniosłam wrażenie, że jako widz zostałam pominięta w łańcuchu informacyjnym i wiele ledwie dostrzegalnych elementów tej historii nie zostało należycie przełożonych na język filmu.

Co do ‚niby horroru’: Pojawia się sygnał jakoby dom miał być nawiedzony, ale zdaje się nikt nie drąży tego tematu i nikogo to szczególnie nie interesuje. Gotycki klimat, wręcz stworzone dla ghost story miejsce akcji, ale na tym koniec.

Nie zgniewam się, dramaty też lubię. Ale co z dramatem? Tu też mamy rzucony temat: Postać głównego bohatera, wiejskiego lekarza, zamkniętego w sobie starego kawalera. Facet wyraźnie ma obsesje na punkcie Hunters Hall, która zaczęła się jeszcze w jego dzieciństwie, w latach świetności domostwa i rodu, kiedy to jego matka pracowała tam jako pokojówka.

Teraz, dorosły już Faraday dostępuje zaszczytu obcowania z obiektem swojego pożądania. Jeszcze chwila i być może zostanie panem posiadłości żeniąc się z córką właścicielki. Na zgłębienie przypadku bohatera, nie macie jednak co liczyć, bo jest nieprzenikniony. Wiele rzeczy trzeba sobie dopowiedzieć. Pytanie czy nie zbyt wiele? SPOILER: Moim zdaniem Faraday skrycie nienawidził Ayersów. Odpowiadał za śmierć Susan, za zabicie Caroline i jej matki i za zamkniecie Rodericka w szpitalu. KONIEC SPOILERA.

Martwi mnie fakt, że niewielu widzów będzie chciało na tyle zagłębić się w tą historię by dostrzec jej tragizm. Użyte tu środki wyrazu są zbyt niepozorne by przykuwać uwagę od pierwszej chwili,  a w dodatku nie jest to kino zbyt rozrywkowe.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:6

60/100

W skali brutalności: 0/10

Wind of psycho change

Wind/ Wiatr (2018)

Ameryka, koniec XIX wieku. Lizzy i jej mąż Isaak zamieszkują odludne, nieustannie smagane przez wiatr tereny Stanów. Ich jedynymi towarzyszami jest para młodych małżonków, Emma i Gideon. Długotrwała izolacja i problemy małżeńskie to nie jedyne zmartwienia Lizzy, nabiera ona bowiem przekonania, że ziemia, na której żyje jest nawidzona przez preriowe demony. Gdy Isaak opuszcza ich dom Lizzy musi stoczyć z owymi demonami samotną walkę. Pytanie, z czym tak naprawdę ma do czynienia?

„Wiatr” jest debiutem dwóch filmowców w spódnicach, Teresy Sutherland- scenarzystki i Emmy Tammi – reżyserki. Dwie kobiety stworzyły horror opowiadany z punktu widzenia kobiety, ale jeśli spodziewacie się ckliwości i na siłę upychanych wątków romantycznych to zapomnijcie o tym.

Krążą pogłoski, że „Wiatr” nie jest zupełnie oryginalnym pomysłem i w dużej mierze opiera się na „Wichrze” z 1928 roku nakręconym przez Szweda, reżysera między innymi „Furmana śmierci„. Jak jest faktycznie nie wypowiem się ponieważ z przykrością muszę stwierdzić, że „Wichru” nie widziałam. Oczywiście mam zamiar nadrobić.

Wracając do tego co wiem: „Wiatr” jest mroczny, miejscami surowy i posiada silny ładunek emocjonalny. Dla mnie bomba. Podobał mi się szalenie.

Klimat w zasadzie buduje się sam, za sprawą samego doboru miejsca akcji i czasów, w których akcja się toczy. Połączenie grozy ze światem zarezerwowanym dla westernu coraz bardziej mi się podoba. Fabuła rozwija się bardzo powoli, pewnie niektórzy będą narzekać, ale ja tak właśnie lubię.

Rozpoczynając seans znajdziemy się mniej więcej w środku tej historii. Lizzy i Isaak grzebią martwą Emmę. Isaak opuszcza farmę obiecując żnie szybki powrót.Co doprowadziło do  śmierci młodej kobiety? Kim jest? Dowiemy się z czasem, za sprawą przywoływanych przez Lizzy retrospekcji przeplatających bieżące wydarzenia.

Jedne i drugie są nie mniej angażujące, choć nie powiem, miłośnicy prostych liniowych narracji mogą odnieść wrażenie chaosu. Co najważniejsze i muszę to podkreślić w filmie pojawiła się scena, która autentycznie mnie zmroziła. SPOILER: Rozmowa Lizzy z demonem pod postacią księdza KONIEC SPOILERA. Nie często się to zdarza, a więc szacun dla miłych pań twórczyń.

Ogólnie sceny nacechowane grozą- są, są – istnieją tu bez wymuszenia, dobrze zmontowane, z rozważnym użyciem efektów.

„Wiatr” ma też w sobie sporo z thrillera, czy horroru psychologicznego, bo interpretacja wydarzeń wcale nie jest oczywista. Charakter zdarzeń, ich kontekst, sposób w jaki przedstawiono nam główną bohaterkę – bardzo ciekawie skrojona postać – daje przestrzeń na domysły. Kreacje aktorskie, szczególnie mam tu na myśli odtwórczynie głównej bohaterki zapadają w pamięć.

Muszę więc z ogromną radością przyznać, że od czasu „Czarownicy” żaden film nie spodobał mi się tak bardzo. Jestem bardzo ciekawa Waszych wrażeń, bo oglądała go w w stanie poczytalności ograniczonej gorączką;)

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność:8

To coś:9

77/100

W skali brutalności:1/10

 

 

Kto tu straszy?

The Bell Witch Haunting/ Wiedźma Bell’ów (2013)

the bell witch haunting

Mieszkająca w Tennesse rodzina Sawyer zaczyna doświadczać w swoim domu nadprzyrodzonych zjawisk. Jeśli wierzyć prawdziwości lokalnej legendy to zdarzenia te mogą mieć związek z klątwą wiedzmy Kate Bates, która ciąży na ziemi, którą teraz zamieszkali Sawyerowie.

Jako fanka horroru Demon. Historia prawdziwa” nie mogłam przejść obojętnie wobec produkcji w jakikolwiek sposób związanej z tym filmem.

Nakręcony w 2013 paradokument do tej pory mi umykał. Nie trafił do szerokiej dystrybucji, a niskie oceny widzów sprawiły, że nawet piraci nie interesowali się rozpowszechnianiem filmu.

Mając tego świadomość  tak postanowiłam zapoznać się z tą pozycją w duchu licząc, że dowiem się czegoś nowego na temat zjawiska, któremu świadkować miał sam przyszły prezydent Johnson.

Niestety nie dowiedziałam się nic na temat zdarzeń z początku XIX wieku. „Wiedźma Bellów” całkowicie odżegnuje się od doświadczeń z przeszłości skupiając się na zagrywkach bliższych estetyce „Paranormal Activity” niż ludowym wierzeniom purytan.

To co oferuje film Glena Millera to nic innego jak bardzo niskiej klasy paradokument, na wskroś współczesny i przy tym mało odkrywczy. Nie znalazłam w nim niczego co mogłabym z czystym sumieniem pochwalić.

the bell witch haunting

the bell witch haunting

Kilka komputerowych efektów przedstawiających jakąś szybująca w powietrzu siłę to trochę za mało. Wszytko co tu zobaczycie pojawiało się już w dużo lepszych wydaniach i jeśli jest coś czym może porazić widza ta historia to jest to jej naiwność.

Braków technicznych jest sporo i na ich czele wymieniłbym aktorstwo. Jednak to co najbardziej odrzuca od tej produkcji to brak pomysłu na wykorzystanie potencjału tkwiącego w legendzie o Kate Bates. Ale cóż, obejrzałam, przekonałam się, mogę wykreślić z listy. W tej kwestii został mi jeszcze do obadania „Nawiedzony dom państwa Bell” z 2004 roku.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:5

Klimat:5

Napięcie:4

Zabawa:4

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:5

Aktorstwo:4

Oryginalność:4

To coś:3

39/100

W skali brutalności:1/10