Archiwa tagu: nawiedzone domy

Czerwony

La influencia/ Zła siła (2019)

Alicia  zmuszona jest wrócić do swojego rodzinnego domu by pomóc w opiece nad pogrążoną w śpiączce matką. Z uwagi na traumatyzujące dzieciństwo nie jest to łatwy powrót. Im dłużej Alicia przebywa w tym otoczeniu tym żywsze stają się wspomnienia, zaś złowroga aura domu zdaje się oddziaływać także na jej męża i córkę.

Przypuszczam, że na koniec października posypie się sporo horrorowych propozycji – halloween, no wiecie –  i nawet bym się z tego powodu cieszyła gdyby nie fakt, że ilość zazwyczaj nie idzie w parze z jakością.

“Zła siła” to jedna z propozycji od Netflixa. Produkcja rodem z Hiszpanii więc nauczona doświadczeniem spodziewałam się czegoś fajnego i klimatycznego, zapomniałam tylko, że era świetnych horrorów z tego rejonu chyba już powoli przemija i coraz częściej natykam się na zupełnie średnie hiszpańskie horrory.

“Zła siła” jest właśnie zupełnie średni, a jeśli chciałabym być uszczypliwa to stwierdziłabym wręcz, że marny. Marność odnoszę głównie do fabuły, która wydaje się dość dziurawa na poziomie scenariusza i niekoniecznie oryginalna.

Ale film ma też zalety, że tak powiem ‘smaczki’. Kilka scen zwróciło moją szczególną uwagę w sposób, który zdarza mi się rzadko. Doceniam też scenografię, rekwizyty, czy zdjęcia. A, i aktorstwo.

Ogólnie od strony technicznej jest klawo, tylko ta historia, a może raczej sposób jej opowiedzenia mocno zgrzyta. Ma ciekawe drobne elementy, ale patrząc całościowo, nie sprawdza się. Tak więc wrzucam do ‘da się obejrzeć’, ale bez polecania.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:5

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:5

55/100

W skali brutalności:2/10

Kolejna guwernantka w kleszczach lęku

The Turn the Scerw/ Tajemnica guwernantki (1992)

Nieśmiała i lękliwa Jenny zostaje zatrudniona jako guwernantka dwójki dzieci mieszkających pod opieką wuja w okazałej posiadłości. Na miejscu szybko ocenia, że zdrowie i życie dzieci jest zagrożone. Owym zagrożeniem mają być duchy zamieszkujące dom.

“W kleszczach lęku” Henry’ego Jamesa jest jedną z popularniejszych książek z gatunku grozy. Powieść parokrotnie była przekładana na język filmu, bądź służyła scenarzystom jako przedmiot fabularnych wariacji i źródło inspiracji.

W przypadku filmu Rusty’ego Lemorade mamy do czynienia z dość wierną adaptacją. Polski dystrybutor pozwolił sobie na zmianę tytułu, dlatego mimo wcześniejszych poszukiwań wszelkich możliwych filmowych wersji tej historii jakoś na tą akurat nie trafiłam. Czy straciłam wiele? Raczej nie. W porównaniu z pierwszą ekranizacją z roku 1961 wypada bardzo bladziutko. Natomiast co do tej 2009… Nie bardzo ją pamiętam:) Ale za to mogę rzecz, że jest lepsza od ‘wariacji’ pt. “Głosy w ciemności”.

Wierzę, że sama historia jest Wam znana, wszystkie niuanse z nią związane, i te z pod znaku horroru i te z pod znaku thrillera psychologicznego. W tej akurat wersji ich potencjał nie został w pełni wykorzystany. To ogólnie produkcja raczej niższych lotów jeśli chodzi o realizację.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

50/100

W skali brutalności:1/10

To zła energia

The House of Pine Street (2015)

Jennifer i jej małżonek Luke za radą apodyktycznej matki kobiety, opuszczają Chicago i wracają do jej rodzinnego miasteczka w Kansas. Wprowadzają się do nowego domu i tam oczekują narodzin pierwszego dziecka.

Jennifer traktuje przeprowadzkę jako stan przejściowy i wyczekuje powrotu do miasta. Jej mąż i matka gorąco wierzą, że zmiana miejsca dobrze zrobi Jennifer, której stan psychiczny drastycznie pogorszył się gdy zaszła w ciążę.

Wszyscy szybko przekonują się, że jest wręcz odwrotnie, bo Jen uważa, że w domu gnieździ się zła energia.

“House of Pine Street” to horror braci Keeling, dosyć anonimowych w filmowym świecie. Wspomniana produkcja nie przysporzyła im popularności, bo  choć krytycy chwalili obraz to ma rażąco niskie oceny jeśli chodzi o zwykłych widzów. Właściwie szczerze się temu dziwię. Widziałam nie jedno i z całą pewnością mogę powiedzieć, że widziałam dużo gorsze straszaki. Mogę wręcz stwierdzić, że film mi się podobał.

Nie mam żadnych zarzutów względem wykonania filmu. Technicznie stoi na całkiem przyzwoitym poziomie, aktorstwo jest okej a sam pomysł… Cóż. Jest to dość typowy film o nawiedzonym domu.

Zgodnie z mainstreamowym przykazem mamy tu młode małżeństwo z problemami, które pchnęły ich do zmiany miejsca zamieszkania. Owe problemy wiążą się ze stanem psychicznym ciężarnej kobiety coby sceptyczny widz mógł przypisać wszelkie nadprzyrodzone wydarzenia błędnej interpretacji splątanego umysłu kobiety.

Co więc przypadło mi do gustu? Po pierwsze scenariusz nie jest tak boleśnie schematyczny jak otaczającego go ramy. W wielu miejscach obraz ma odwagę wykroczyć poza nie.

Nasz bohaterka nie jest typowa. Nie wiem czy zauważyliście, ale większość ciężarnych kobiet w horrorach to radosne pingwiny, nawet jeśli dopada je huśtawka nastroju to żadna z nich o ile dobrze pamiętam nie traktowała ciąży jako niewygodnej wpadki (przecież wszystkie kobiety o tym marzą), a przeprowadzka do nowego domu to dla niej kara za to, że nie ma ochoty wejść w nową rolę.

Jej mąż siedzi pod pantoflem teściowej, co tez nie jest popularnym motywem.

W sąsiedztwie mamy tajemniczą kobietę, która jednak wcale nie gada jak nawiedzona, ale przykuwa uwagę ze smutkiem opowiadając o przypadłości swoich córek. No, córki też robią wrażenie. Nagle okazało się, że można straszyć innym zaburzeniem rozwojowym u dzieci niż autyzm;)

Pojawia się też wątek medium/jasnowidza, jak zwał tak zwał i tu też mamy odstępstwo. Żadnych egzorcyzmów, okadzania szałwią, mówienia językami etc. Pan medium urzekł mnie swoją pokorą w podejściu do tematu, a także świeżą jego interpretacją. No, dobra, Ameryki nie odkrył, ale obeszło się bez wyciągania z czeliści piekieł błyszczącego nowością demona;)

Brak słodko pierdzącego finału, jak i uniknięcie pokazowego dramatu też zasługuje na pewne wyróżnienie.

Podejrzewam, że w za sprawą imponującej fali bardziej rozreklamowanych filmów i Wam mógł umknąć ten tytuł. Z tego miejsca, mogę go polecić.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Aktorstwo:7

Walory techniczne:7

Oryginalność:6

To coś:7

63/100

W skali brutalności:1/10

Kiedy byłem tam po raz pierwszy

Little Stranger/ Ktoś we mnie (2019)

Latem ’47 roku wiejski lekarz doktor Faraday zostaje wezwany do posiadłości Hundrets Hall by zaradzić dolegliwością młodej pokojówki. Po tej wizycie oferuje lekarską pomoc panu domu, młodemu dziedzicowi majątku Ayersów okaleczonemu Roderickowi, na co ten przystaje. Wkrótce Farady zostaje przyjacielem rodziny. Siostra Rodericka pozwala lekarzowi na zaloty, tymczasem jej ogarnięty traumą brat zwierza mu się, że rodowa posiadłość jest nawidzona.

“Little Stranger” to utrzymany w gotyckim klimacie ‘niby horror’. Dlaczego niby wyjaśnię później.

Scenariusz filmu powstał w oparciu o powieść Sary Waters, znanej filmożercom chociażby ze “Służącej”. Reżyserem obrazu jest Lenny Abraham, któremu sławę przyniósł oskarowy “Pokój”. Zapowiada się nieźle, co?

Muszę jednak trochę przygasić entuzjazm potencjalnych widzów, bo mimo ogromnego potencjału jaki dostrzegam w tej historii wydaje mi się, że nie został on do końca wykorzystany.

I w sumie nie wiem gdzie leży tego przyczyna, być może niektóre opowieści rozkwitają jedynie w wersji papierowej?

Odniosłam wrażenie, że jako widz zostałam pominięta w łańcuchu informacyjnym i wiele ledwie dostrzegalnych elementów tej historii nie zostało należycie przełożonych na język filmu.

Co do ‘niby horroru’: Pojawia się sygnał jakoby dom miał być nawiedzony, ale zdaje się nikt nie drąży tego tematu i nikogo to szczególnie nie interesuje. Gotycki klimat, wręcz stworzone dla ghost story miejsce akcji, ale na tym koniec.

Nie zgniewam się, dramaty też lubię. Ale co z dramatem? Tu też mamy rzucony temat: Postać głównego bohatera, wiejskiego lekarza, zamkniętego w sobie starego kawalera. Facet wyraźnie ma obsesje na punkcie Hunters Hall, która zaczęła się jeszcze w jego dzieciństwie, w latach świetności domostwa i rodu, kiedy to jego matka pracowała tam jako pokojówka.

Teraz, dorosły już Faraday dostępuje zaszczytu obcowania z obiektem swojego pożądania. Jeszcze chwila i być może zostanie panem posiadłości żeniąc się z córką właścicielki. Na zgłębienie przypadku bohatera, nie macie jednak co liczyć, bo jest nieprzenikniony. Wiele rzeczy trzeba sobie dopowiedzieć. Pytanie czy nie zbyt wiele? SPOILER: Moim zdaniem Faraday skrycie nienawidził Ayersów. Odpowiadał za śmierć Susan, za zabicie Caroline i jej matki i za zamkniecie Rodericka w szpitalu. KONIEC SPOILERA.

Martwi mnie fakt, że niewielu widzów będzie chciało na tyle zagłębić się w tą historię by dostrzec jej tragizm. Użyte tu środki wyrazu są zbyt niepozorne by przykuwać uwagę od pierwszej chwili,  a w dodatku nie jest to kino zbyt rozrywkowe.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:6

60/100

W skali brutalności: 0/10

Wind of psycho change

Wind/ Wiatr (2018)

Ameryka, koniec XIX wieku. Lizzy i jej mąż Isaak zamieszkują odludne, nieustannie smagane przez wiatr tereny Stanów. Ich jedynymi towarzyszami jest para młodych małżonków, Emma i Gideon. Długotrwała izolacja i problemy małżeńskie to nie jedyne zmartwienia Lizzy, nabiera ona bowiem przekonania, że ziemia, na której żyje jest nawidzona przez preriowe demony. Gdy Isaak opuszcza ich dom Lizzy musi stoczyć z owymi demonami samotną walkę. Pytanie, z czym tak naprawdę ma do czynienia?

“Wiatr” jest debiutem dwóch filmowców w spódnicach, Teresy Sutherland- scenarzystki i Emmy Tammi – reżyserki. Dwie kobiety stworzyły horror opowiadany z punktu widzenia kobiety, ale jeśli spodziewacie się ckliwości i na siłę upychanych wątków romantycznych to zapomnijcie o tym.

Krążą pogłoski, że “Wiatr” nie jest zupełnie oryginalnym pomysłem i w dużej mierze opiera się na “Wichrze” z 1928 roku nakręconym przez Szweda, reżysera między innymi “Furmana śmierci“. Jak jest faktycznie nie wypowiem się ponieważ z przykrością muszę stwierdzić, że “Wichru” nie widziałam. Oczywiście mam zamiar nadrobić.

Wracając do tego co wiem: “Wiatr” jest mroczny, miejscami surowy i posiada silny ładunek emocjonalny. Dla mnie bomba. Podobał mi się szalenie.

Klimat w zasadzie buduje się sam, za sprawą samego doboru miejsca akcji i czasów, w których akcja się toczy. Połączenie grozy ze światem zarezerwowanym dla westernu coraz bardziej mi się podoba. Fabuła rozwija się bardzo powoli, pewnie niektórzy będą narzekać, ale ja tak właśnie lubię.

Rozpoczynając seans znajdziemy się mniej więcej w środku tej historii. Lizzy i Isaak grzebią martwą Emmę. Isaak opuszcza farmę obiecując żnie szybki powrót.Co doprowadziło do  śmierci młodej kobiety? Kim jest? Dowiemy się z czasem, za sprawą przywoływanych przez Lizzy retrospekcji przeplatających bieżące wydarzenia.

Jedne i drugie są nie mniej angażujące, choć nie powiem, miłośnicy prostych liniowych narracji mogą odnieść wrażenie chaosu. Co najważniejsze i muszę to podkreślić w filmie pojawiła się scena, która autentycznie mnie zmroziła. SPOILER: Rozmowa Lizzy z demonem pod postacią księdza KONIEC SPOILERA. Nie często się to zdarza, a więc szacun dla miłych pań twórczyń.

Ogólnie sceny nacechowane grozą- są, są – istnieją tu bez wymuszenia, dobrze zmontowane, z rozważnym użyciem efektów.

“Wiatr” ma też w sobie sporo z thrillera, czy horroru psychologicznego, bo interpretacja wydarzeń wcale nie jest oczywista. Charakter zdarzeń, ich kontekst, sposób w jaki przedstawiono nam główną bohaterkę – bardzo ciekawie skrojona postać – daje przestrzeń na domysły. Kreacje aktorskie, szczególnie mam tu na myśli odtwórczynie głównej bohaterki zapadają w pamięć.

Muszę więc z ogromną radością przyznać, że od czasu “Czarownicy” żaden film nie spodobał mi się tak bardzo. Jestem bardzo ciekawa Waszych wrażeń, bo oglądała go w w stanie poczytalności ograniczonej gorączką;)

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność:8

To coś:9

77/100

W skali brutalności:1/10

 

 

Kto tu straszy?

The Bell Witch Haunting/ Wiedźma Bell’ów (2013)

the bell witch haunting

Mieszkająca w Tennesse rodzina Sawyer zaczyna doświadczać w swoim domu nadprzyrodzonych zjawisk. Jeśli wierzyć prawdziwości lokalnej legendy to zdarzenia te mogą mieć związek z klątwą wiedzmy Kate Bates, która ciąży na ziemi, którą teraz zamieszkali Sawyerowie.

Jako fanka horroru Demon. Historia prawdziwa” nie mogłam przejść obojętnie wobec produkcji w jakikolwiek sposób związanej z tym filmem.

Nakręcony w 2013 paradokument do tej pory mi umykał. Nie trafił do szerokiej dystrybucji, a niskie oceny widzów sprawiły, że nawet piraci nie interesowali się rozpowszechnianiem filmu.

Mając tego świadomość  tak postanowiłam zapoznać się z tą pozycją w duchu licząc, że dowiem się czegoś nowego na temat zjawiska, któremu świadkować miał sam przyszły prezydent Johnson.

Niestety nie dowiedziałam się nic na temat zdarzeń z początku XIX wieku. “Wiedźma Bellów” całkowicie odżegnuje się od doświadczeń z przeszłości skupiając się na zagrywkach bliższych estetyce “Paranormal Activity” niż ludowym wierzeniom purytan.

To co oferuje film Glena Millera to nic innego jak bardzo niskiej klasy paradokument, na wskroś współczesny i przy tym mało odkrywczy. Nie znalazłam w nim niczego co mogłabym z czystym sumieniem pochwalić.

the bell witch haunting

the bell witch haunting

Kilka komputerowych efektów przedstawiających jakąś szybująca w powietrzu siłę to trochę za mało. Wszytko co tu zobaczycie pojawiało się już w dużo lepszych wydaniach i jeśli jest coś czym może porazić widza ta historia to jest to jej naiwność.

Braków technicznych jest sporo i na ich czele wymieniłbym aktorstwo. Jednak to co najbardziej odrzuca od tej produkcji to brak pomysłu na wykorzystanie potencjału tkwiącego w legendzie o Kate Bates. Ale cóż, obejrzałam, przekonałam się, mogę wykreślić z listy. W tej kwestii został mi jeszcze do obadania “Nawiedzony dom państwa Bell” z 2004 roku.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:5

Klimat:5

Napięcie:4

Zabawa:4

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:5

Aktorstwo:4

Oryginalność:4

To coś:3

39/100

W skali brutalności:1/10

Jackob wraca do domu

The Keeping Hours (2017)

the keeping hours

Elizabeth i Mark byli małżeństwem. Wspólnie wychowywali synka Jackoba. Gdy ten umiera w wyniku tragicznego wypadku małżeństwo rozpada się.

W dziesięć lat po tym zdarzeniu Elizabeth jest znaną pisarką, która zasłynęła książką o tym jak poradziła sobie po stracie dziecka. Ma nowego męża i wychowuje jego córki z pierwszego związku. Mark ma tylko pracę i ich dawny dom. Pewnego dnia postanawia go sprzedać. W tym celu musi skontaktować się z byłą żoną. Kiedy udaje im się dojść do porozumienia okazuje się, że jednak nie mogą sprzedać domu. Bo ich syn wciąż tam jest. Jackob wrócił.

Sięgnęłam po ten film jak po kolejny horror o duchach małych chłopców. I mimo, że jest to produkcja z bardzo wyraźnym wątkiem paranormalnym, wątkiem ghost story to daleko mu do klasycznej opowieści o duchach, czy nawet do współczesnych mainstreamowych horrorów. Nie jestem nawet przekonana, czy właściwym jest by oceniać go jako film grozy. Moim zdaniem zdecydowanie bliżej mu do dramatu. Duch nie pojawia się tu po to by straszyć.

the keeping hours

Efekt jest taki, że mamy tu do czynienia z kinem bardziej smutnym niż strasznym. Błędne przydzielenie go do gatunku grozy może rzutować na odbiór filmu przez widzów. Osobiście byłam bardziej zaskoczona niż rozczarowana. Mimo, że w kategorii straszaka film wypada bardzo blado, to jako dramat z wątkiem ghost story jest bardzo ciekawy.

Dominującym tematem jest tu próba poradzenia sobie ze stratą dziecka Elizabeth, która nawet napisała o tym książkę przyznaje, że tak naprawdę ‘poradzenie sobie’ jest niemożliwe. Ponowne pojawienie się zmarłego syna budzi w niej przerażenie i zaprzeczenie. Czy wracają do niej te same emocje, które wcześnie towarzyszyły jego odejściu.

the keeping hours

Jej życie znowu się zmienia. Jak mawiają mędrcy “Chujowo, ale stabilnie”. Mark traci stabilność. Traci ją jego była żona. Wspólnie wracają do swojego dawnego domu i zaczynają żyć życiem, które miało bezpowrotnie minąć. Niestety duch ich syna nie może opuścić czterech ścian domu. Nie wiadomo też, ja długo z nimi pozostanie. Co jeśli znowu odejdzie? I najważniejsze dlaczego wrócił?

Finał tej historii przyniesie odpowiedzi.

“The Keeping hours” to film nostalgiczny, melancholijny i smutny. Nie spodoba się każdemu, ale jest szansa, że znajdziecie się w tym gronie.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:8

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:7

65/100

W skali brutalności:0/10

Bardziej nawiedzony

The Haunting of Hill House/ Nawiedzony dom na wzgórzu (2018)

haunting of hill house

Rodzina Crain przeprowadza się do stuletniej posiadłości będącej dziedzictwem rodziny Hill’ów. Hugh Crain jest budowlańcem, jego żona Liv architektem. Nie po raz pierwszy kupują dom po to by odremontować go i wystawić za kwotę będącą czystym zyskiem. Wszytko po to by w końcu przeprowadzić się do “domu ostatecznego”, gdzie wychowają pięcioro swoich pociech: bliźniaków Nel i Luke’a, Theo, Shirley i najstarszego Stevena. Sprawy komplikują się gdy dom okazuje się być w gorszym stanie niż przypuszczali. W międzyczasie najmłodsze z dzieci doświadczają sennych koszmarów, a panią domu coraz dotkliwiej męczą migreny. Wszytko ma swój tragiczny finał w noc śmierci Live Crain.

haunting of hill house

Netflix przygotował nie lada niespodziankę dla fanów horrorów. Dziesięcioodcinkowy serial “Nawiedzony dom na wzgórzu” nie był szczególnie promowany w sieci. Sama zwróciłam na niego uwagę na parę dni przed premierą notując sobie w pamięci, że trzeba będzie obadać sprawę. Tak możliwość pojawiła się dość szybko i ostatecznie cały przygotowany repertuar łyknęłam w dwa dni.

Serial promowany jest jako adaptacja książki Shirley Jackson, muszę Wam jednak coś wyjaśnić. Produkcja Mike’a Flanagana (tak, tego od “Oculusa“) niewiele ma wspólnego z literackim pierwowzorem, ani z jego dotychczasowymi ekranizacjami.

Powiedziałabym, że serial luźno inspiruje się książką. Naprawdę luźno.. Nawet jeśli jej nie znacie wystarczy Wam znajomość filmów, “Nawiedzonego domu” z ’63, czy ’99, by stwierdzić jak daleko scenariusz serialu odchodzi od literackiego pierwowzoru i tego co do tej pory robili z nim filmowcy.

haunting of hill house

Serial to niemal klasyczne ghost story. Nie ma tu mowy o żadnym eksperymencie, choć imiona bohaterów z pewnością wydały Wam się znajome. W książce też mamy Nel, Theo, Luke’a, a nawet Hugh Crain’a z tym, że całkowicie martwego;) A Shirley? Cóż, imię autorki książki. Tak tu się więc z widzem pogrywa…

Sama spodziewałam się historii mocniej bazującej na tym co już znałam. Zastanwiałam się nawet jak mocno rozciągną fabułę książki do tej pory streszczanej w wersji filmowej na potrzeby serialu. Okazało się, że główkuje niepotrzebnie. Tak więc, Drodzy Państwo w żadnym stopniu nie mamy tu do czynienia z historią, którą znacie.

haunting of hill house

Serial rozgrywa się w kilku płaszczyznach czasowych. Sam wstęp to zapoznanie z dorosłym Stevenem, najstarszym z miotu. Tym, który przetrwał Hill House i zapamiętał, jak twierdzi najwięcej. Rodzinną historię spisał w książce, bo warto wiedzieć, że Steve wzorem Mike Enslina (“1408”) tworzy ‘prawdziwe’ historie o nawiedzonych miejscach.

Poznajemy też jego rodzeństwo. Pogrążonego w narkotykowym nałogu Luke’a, depresyjną Nel, twardą Shirley prowadząca obecnie dom pogrzebowy i puszczalską Theo, która swój niezwykły dar wykorzystuje w pracy psychologa. Widzicie pewne podobieństwa z charakterystykami bohaterów powieści Jackson? A powinniście.

Śledzimy ich dorosłe losy, świadkujemy kolejnej rodzinnej tragedii, a w międzyczasie wracamy do Hill House za sprawą retrospekcji.

Z owych retrospekcji dowiecie się natomiast jak to wszytko się zaczęło. Oczywiście zagrywki scenariusza nie pozwalają dojść do sedna sprawy zbyt prędko. Tragiczna noc śmierci pani Crain pozostanie zagadką niemal do końca serialu.

Za tak sprytną rozgrywkę twórcom należą się nie małe brawa. Trudno bowiem zaangażować, szczególnie współczesnego widza, w opowieść o duchach, stworzyć atmosferę grozy, zbudować napięcie i zaintrygować tajemnicą, a później utrzymać ten stan przez kolejne dziewięć odcinków. Im się udało. Czapki z głów.

haunting of hill house

Może pomyślicie, że rozczarowałam się tak dużymi odstępstwami od oryginału, ale nic bardziej mylnego. Uważam, że posłużył za inspirację i posłużył dobrze. Najważniejszy filmowy bohater, czyli dom na wzgórzu, pozostał nietknięty mimo tej filmowej restauracji. Jak najbardziej przeraża i uwodzi swoim mrocznym urokiem. Powiedzieć Wam więc mogę tylko tyle: bierzcie i oglądajcie.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:7

Zaskoczenie:7

Zabawa:10

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:8

75/100

W skali brutalności:1/10

Mam to po babci

Hereditary/ Dziedzictwo. Hereditary (2018)

dziedzictwo

Annie właśnie pochowała swoją matkę. Nie łączyły ją z nią ciepłe uczucia co nie znaczy, że sędziwa kobieta nie wywarła silnego wpływu na jej życie. Podobny stosunek do zmarłej miał nastoletni syn Annie Peter, a także jej mąż Steve. Jednak trzynastoletnia Charlie, najbardziej osobliwa istota w rodzinie, była bardzo związana z babcią.

Śmierć seniorki okazuje się jednak tylko wstępem do prawdziwej rodzinnej tragedii, której następstwa przerodzą się w horror pełen zjawisk nie do opisania.

dziedzictwo

Zacznę może od tego, i będzie to chyba najlepsza rekomendacja, że żałuje iż nie pognałam na ten film do kina, bo zobaczenie TEGO na dużym ekranie byłoby doprawdy mocnym przeżyciem.

Ku mojemu zaskoczeniu, jak ogromnemu wiem tylko ja sama, “Dziedzictwo” na ten moment jest bardzo mocnym kandydatem na najlepszy tegoroczny straszak.

W tej opinii zresztą nie jest odosobniona, bo zarówno krytycy jak i znaczna część szarych widzów rozpływa się nad walorami filmowego debiutu Ari’ego Aster’a.

Facet, który do tej pory parał się kręceniem krótkometrażówek bez wątpienia opanował zdolność skonsolidowania jak największej ilości grozy na krótkim metrze taśmy. Jednak to nie krótkie ujęcia, niebywale mocne nawet dla starego zjadacza horrorów, są największą zaletą tej produkcji. W zasadzie będę tu chyba mówić o samych zaletach:)

dziedzictwo

Mimo ogromnego zmęczenia jak towarzyszyło mi tego wieczoru, gdy zasiadłam do seansu z “Dziedzictwem” film bardzo szybko zdołał mnie zaangażować. Zrobił to bez większego wysiłku, bo odniosłam wrażenie, że jest to historia, która miała być właśnie taka.

Pomysłodawca, scenarzysta i reżyser w jednej osobie z niebagatelna pewnością siebie zrobił film, który owszem wykorzystuje zgrane tematy, ale robi to z takim impetem, że nawet nie zdołałam ponarzekać “ale to już był”.

Spodziewałam się kolejnego filmu w stylu Wana, opowieści o duchach zwieńczonej egzorcyzmami. Zamiast tego dostałam opowieść o rodzinnej tragedii- jakiej skali zobaczycie sami. Ta jedna scena Was zabije, bez dwóch zdań. Później będzie już tylko lepiej.

dziedzictwo

Do prawdy miło ogląda się film, który nie stara się dorównać jakimś wydumanym standardom, który nie pokazuje tego co zdaniem loży filmowców chcielibyśmy zobaczyć. Mam wrażenie, że twórca zrobił taki horror jaki sam z chęcią by obejrzał. 

Grozy tu nie zabraknie, o to możecie być spokojni. Nie tylko za sprawą serii naprawdę mocnych scen, ale też dzięki bezbłędnie zbudowanemu klimatowi.

Fabuła nie zawiedzie, bo mimo, że poniekąd korzysta z tego co dobrze znamy i chyba lubimy, to wymyka się schematycznemu podejściu.

dziedzictwo

Aktorsko króluje Toni Collette, ‘mama’ słynnego Cole’a “Widzę martwych ludzi”. Cały jej potencjał jakby odżył na ekranie. Babka tak daje czadu, że wszystkie psychiczne, opętane i nieszczęśliwe bohaterki mogłyby się od niej uczyć . Debiutująca na ekranie Milley Shapiro w roli Charlie nie ustępuje najlepszym dziecięcym kreacjom jakie możemy znać z kina grozy. Młoda jest przerażająca. Trochę gorzej prezentuje się męska część obsady. O ile Gabriel Byrne w roli ojca rodziny nie miał zbyt ogromnego pola manewru, to ważna postać nastoletniego Petera znacznie obniża poziom. Czyli jednak znalazłam jakiś słaby punkt. Nie jest to jednak wada, która kładzie film, bo jego ogólna kondycja jest i tak bardzo wysoka.

Tych, którzy jeszcze nie mieli okazji obejrzeć “Dziedzictwa” gorąco zachęcam. No, wreszcie obejrzałam dobry horror.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:8

Zaskoczenie:8

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Zabawa:9

Oryginalność:7

to coś:9

80/100

W skali brutalności:2/10

Zbudujmy dom duchów

Winchester/ Winchester. Dom duchów (2018)

winchester

Rok 1906. Zarząd firmy produkującej najpopularniejsze w stanach karabiny postanawia pozbawić dziedziczkę fortuny udziałów w biznesie ze względu na niepoczytalność. W tym celu Sarah Winchester, wdowa po Williamie Winchesterze, zostaje poddana obserwacji psychiatrycznej w swoim własnym domu. Do jej posiadłości przybywa doktor Eric Price, któremu przyjdzie na własne oczy przekonać się o źródle rzekomego szaleństwa dziedziczki.

Oliver Winchester zbił fortunę na zaprojektowanym przez siebie modelu broni. Miał jednego syna, Williama, który poślubił ekscentryczną Sarę. Niektóry mówią, że od zawsze miała nie po kolei. Inni jako początek jej szaleństwa wyznaczają moment śmierci jedynego dziecka i depresję, w którą wówczas popadła. Jeszcze inni uważają, że prawdziwa jazda zaczęła się po tym jak jej mąż zmarł na gruźlicę. Jednak najbardziej czytelnym początkiem legendy jaką wokół niej stworzono była chwila, w której samotna Sarah zaczęła zadawać się ze spirytystami.

winchester

winchester

Jeden z nich przekonał ją, że na rodzie Winchesterów ciąży klątwa. Klątwa tych, którzy zginęli z broni, której Winchesterowie zawdzięczają fortunę. Dusze tych osób nie mogą zaznać spokoju, a jedyny sposobem by je obłaskawić jet stworzenie swoistego sanktuarium. Tak więc w 1884 Sarah kupiła pokaźną działkę w Kalifornii i rozpoczęła budowę domu duchów. Tymczasem spirytysta utwierdził ją w przekonaniu, że tak długo jak dom będzie stał w budowie, tak długo nie dosięgnie jej śmierć.  Od tamtej pory, aż do chwili śmierci Sarah Winchester nieustannie budowała i burzyła sanktuarium dusz by odsunąć od siebie klątwę.

winchester

Ta całkiem zacna ghost story stała się inspiracją do powstania między innymi tegoż oto filmu. Horrory based on true events cieszą się ogromną popularnością toteż oczywistym było spore zainteresowanie projektem jeszcze nim trafił na duży ekran. Oczekiwania widowni były spore, moje wręcz przeciwnie. Wiem, że nawet najlepszą historię można spieprzyć jeśli usilnie chce się ją wtłoczyć w ramki kasowego hollywoodzkiego hitu. Takie chwyty nigdy nie służą kinu grozy w moim przekonaniu

Szczerze mówiąc jedynym światełkiem w tunelu wydawała mi się wizja tego, że scenariusz filmu skupi się na wątkach dramatycznych stopniowo ukazując rozwój obłędu wdowy, aż do finału w mocnym pierdolnięciem.

Niestety akcja filmu rozpoczyna się już wieku XX więc to co w biografii Sary wydawało mi się najbardziej interesujące zostało ledwie streszczone, a uwaga twórcy skupiła się na wyssanej z palca – o ile mi wiadomo – postaci Erica Price’a sceptycznego jajogłowego, który przybywa do domu dobrze już poturbowanej psychicznie wdowy by ją zdiagnozować.

winchester

Tu znajdzie się przestrzeń na pieczołowite zaprezentowanie scenografii – nie liczcie jednak, że ujrzycie wnętrze prawdziwego domu Winchesterów w San Jose – i kilku nie najlepszych efektach z udziałem duchów.

Puenta całego zamieszania jest łatwa do odgadnięcia i nic tu po widzu oczekującym mocniejszych wrażeń. Nawet aktorstwo Helen Mirren wcielającej się w postać Sary na niewiele się tu zdało. Film sztampowy i realizacyjnie też przeciętny.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:8

Oryginalność:4

To coś:5

52/100

W skali brutalności:1/10