Archiwa tagu: niemiecki horror

Jestem czarownicą

Hagazussa (2017)

hagazussa

Akcja filmu toczy się w XV wieku w małej wiosce w Austriackich Alpach. Gdzieś na jej obrzeżach, wysoko w górach, głęboko w lesie, żyje mała Alburn ze swoją matką. W końcu kobieta zapada na dziwną chorobę i umiera. Alburn zostaje sama.

Nie wiemy jak wyglądało jej dzieciństwo bez matki. Ponownie widzimy ją jako dorosłą kobietę z maleńkim dzieckiem wiodącą ten sam żywot co jej zmarła matka. Pewnego dnia Alburn przynosi do swojej chaty czaszkę, czaszkę swojej matki. Od tej chwili zaczynają ją nachodzić niepokojące myśli i wizje. Alburn zaczyna wierzyć w to co mówią o niej okoliczni wieśniacy, jest wiedźmą.

hagazussa

„Hagazussa”, czyli „Klątwa czarownicy”, czy też „Pogańska klątwa” to koprodukcja Austrii i Niemiec reklamowana jako europejska odpowiedź na święcącą sukcesy „Czarownicę: Bajkę ludową z Nowej Anglii”.

Jeśli spojrzeć na fabułę obydwu filmów, przyjrzeć się sposobom prowadzenia filmowej narracji, umiłowaniu do symboli, metafor i oparcie całego pomysłu na ludowych wierzeniach związanych z czarownicami to porównanie wcale nie jest głupie, ani naciągane.

Wątpliwe jednak jest by to Europejczycy papugowali Amerykanów, a nie na odwrót. Już nie chodzi mi nawet o Hollywoodzką mentalność, która każe fabryce snów wpompowywać bajońskie sumy w ulepszanie cudzych pomysłów. O ile wiem, to prace nad „Hagazussa” rozpoczęły się przed produkcją „The Witch”. Bardziej więc prawdopodobne wydaje mi się, że do twórców tego drugiego dotarły słuchy o tym, że jakiś Austriak bez grosza przy duszy podłapał fajny temat i coś tam sobie próbuje klecić.

hagazussa

Najpewniej jednak obydwa filmy powstały zupełnie niezależnie i być może tylko obecnie panująca wśród filmowców moda na zainteresowanie gusłami, która mnie zresztą cieszy, sprawiła, że oto powstały dwa tak podobne i dobre filmy.

Ciężko mi jest opowiedzieć się po którejś ze stron. Powiedzieć, wolę ten, czy ten. Oba szalenie mi się podobały. Myślę, też że większość fanów „Czarownicy” równie dobrze odbierze „Hagazussa”. Co prawda ten drugi, jest jeszcze mniej mainstreamowy, jeszcze bardziej posępny w wymowie, jeszcze trudniejszy w jednoznacznej interpretacji. O ile w „Czarownicy” było mało kwestii mówiony, o tyle w „Hagazussie” nie ma ich prawie wcale. Tę historię opowiadają obrazy, ale jakie obrazy! Jak opowiadają!

hagazussa

Tych, których udało mi się kiedyś przekonać do seansu z „Sennenthutschi„, którego akcja również rozgrywała się w pięknych alpejskich okolicznościach przyrody i który również poruszał wątek wierzeń w czarownice, chyba już nie muszę szczególnie nakłaniać do zapoznania się z „Hagazussą” 😉

Filmowe zdjęcia powalają. Są mroczne, posępne, nastrojowe i piękne. Budują klimat filmu, budują całą historię, w której jak wspomniałam pada niewiele słów.

Fabuła skupia się na postaci naszej bohaterki, Alburn, która poznajemy jako małą dziewczynkę czule opiekującą się chorą mamą.Obie żyją w izolacji, skazane na nią przez lokalną społeczność, dla których samotna matka stanowi idealna kandydatkę na czarownicę.

hagazussa

Podobne piętno spada na Alburn kiedy dorasta. Kobieta bez wątpienia jest dziwna, szczególnie osobliwie prezentuje się jej zażyłość z wiejskim inwentarzem. Tu czytelne wydaje się nawiązanie do konszachtów czarownic z diabłem przychodzącym pod postacią kozła.

Jeśli chodzi o sceny nastawione na budowanie nastroju grozy, to jest ich tu cała masa, ale nie z rodzaju tych ‚skocznych’, chodzi raczej o powolne przejazdy kamerą po twarzach i miejscach, które same w sobie budzą niepokój. Oczywiście największą uwagę przykuwa rozgrywka finałowa, która jednak nie przyniesie odpowiedzi, na które mogliście liczyć, czy Alburn jest czarownicą czy odwaliło jej z samotności?

Film oczywiście polecam.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:7

Klimat:10

Napięcie:7

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:9

74/100

W skali brutalności:2/10

Nasi sąsiedzi

Homesick (2015)

homesick

Wiolonczelistka Jessie i jej chłopak Philip wspólnie wynajmują mieszkanie w kamienicy. Są nowymi lokatorami toteż zmuszeni są przywyknąć do nowych warunków, nowego otoczenia i nowych sąsiadów.

Jessie ma z tym wyraźny kłopot. Wyczuwa, że mieszkająca piętro wyżej para staruszków coś knuje przeciwko niej. Odchody na wycieraczce i uprowadzenie kota zdają się potwierdzać obawy wrażliwej dziewczyny.

„Homesick” to koprodukcja Austrii i Niemiec. Nieznane mi nazwisko twórcy nie wpędziło mnie w nadmierne oczekiwania względem tej produkcji, a film okazał się całkiem udany. Oczywiście pod warunkiem, że ktoś lubi schizolskie klimaty. Mnie osobiście „Homesick” przypomina nieco Babycall. Temat z goła inny, ale w nastrój obydwu opowieści, nieco paranoidalny, surowy i chłodny znajdziemy w obydwu tytułach.

Scenariusz kładzie duży nacisk na rozgrzebywanie psychologii postaci. Miałam wrażenie, że aktorzy pastwią się nad każdym wypowiedzianym słowem nadając mu jak najbardziej wielowymiarowy wydźwięk. Film jest zresztą bardzo stonowany toteż wzrost emocji widać tu jak na dłoni. A emocji jest tu sporo. Początkowo skrywanych, ale każdorazowy ich wybuch skłania nas do bliższego przyjrzenia się sprawie.

Sama historia jest dość prosta. Przynajmniej póki stoimy w jej progu. Mamy parę młodych ludzi, którzy rozpoczynają wspólne życie pod jednym dachem. Co od razu rzuca się w oczy to nadwrażliwość Jessi. Chłopak obchodzi się z nią jak z jajkiem, a ona i tak coraz mocniej pogrąża się w czarnych myślach.

Moim skromnym zdaniem przyczyną jej stanu było permanentne nieróbstwo. Chłopak wychodził z domu na całe dnie, pewnie do pracy a ona zostawała sama i snuła się po chałupie dresie. Jej muzyczne aspiracje były przyczyną sporego napięcia, dziewczyna miała przygotowywać się do międzynarodowego konkursu, więc gdy sąsiedzi zaczęli psuć jej krew niezbyt dobrze odbiło się to na jej pracy.

homesick

homesick

Jessie początkowo wydaje się bardzo bezbarwna, ale cienie stopniowo rzucane na jej oblicze wyciągają z niej coś interesującego.

Nasi potencjalni antagoniści, czyli sąsiedzi z góry, to para staruszków żyjących swoim staruszkowym życiem wypełnionym zmarszczkami i piciem letniej herbaty. Tak to wygląda na pierwszy rzut oka, jednak scenariusz znowu rzuca cień na tę prostotę. Wydaje się, że staruszkowie chcą ingerować w życie młodych lokatorów ich zachowanie można interpretować jako podejrzane.

Co zrobić z tym fantem? Co zrobi Jessi i jej chłopak? Wszystkiego się dowiecie, za wyjątkiem tego o co tu kurna chodzi 🙂

Żartuje sprawa się rozstrzygnie, ale nie w sposób, którego się spodziewałam. Zagranie nietypowe w swej typowości stanowi doskonałe podsumowanie całej zagadki.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa: 7

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:7

69/100

W skali brutalności: 1/10

Eksperyment więzienny

Das Experiment/ Eksperyment (2001) vs

The Experiment/ Eksperyment (2010)

eksperyment

eksperyment

Dwa filmy opowiadające praktycznie tę samą historię.

Pierwsi byli Niemcy. Oliver Hirschbiegel w dwutysięcznym pierwszym roku stworzył, podstawie głośnej książki, „Black box,” film inspirowany prawdziwymi wydarzeniami. Wydarzeniami mającymi miejsce za oceanem w latach 70. Amerykańscy twórcy zazdrośnie patrzyli na sukces filmu, który sprawił iż Hollywood zwróciło uwagę na twórce „Komisarza Rexa” i po kilku latach pracował on już przy kasowych produkcjach w USA.  Swoim zwykłym zwyczajem wykupili prawa do filmu i nakręcili swoja wersję.

Dziś porównam obydwie produkcje. 

Fabuła jest w zasadzie jedna i ta sama: Grupa śmiałków połakomiła się na udział w eksperymencie psychologicznym za godziwe wynagrodzenie. Miał on trwać 14 dni, a sprawa polegała na symulowaniu życia więziennego i obserwacji zachowań społecznych w dwóch sytuacjach: gdy badany jest więźniem pozbawionym praw obywatelskich, wtrąconym za kraty i zdanym na łaskę władz, oraz gdy badany jest strażnikiem więziennym z praktycznie nieograniczoną władza nad podopiecznymi. Po przeprowadzeniu wstępnych badań śmiałkowie zostali przydzieli do grup więźniów lub strażników.

eksperyment

W obydwu filmach skupiamy się na głównym bohaterze. W wersji niemieckiej jest on dziennikarzem, który bierze udział w eksperymencie by zdobyć materiał do reportażu.

Nie od dziś wiadomo, że eksperymenty na ludziach budzą dużą krytykę społeczeństwa.Dlatego też zazwyczaj wieści o badaniach nie ogłasza się wszem wobec, raczej werbuje się ochotników wśród studentów ‚za punty’ do egzaminu. Mało kto porywa się też na badania wychodzące po za obręb laboratorium gdzie najłatwiej manipulować zmiennymi i kontrolować metodologię. Jednak nie zawsze.

Niektórzy ryzykują dla nauki i to właśnie te eksperymenty przynoszą najciekawsze wyniki i oburzają społeczeństwo. Chyba każdy słyszał o słynnym eksperymencie Milgrama z ‚rażeniem prądem’ mającym badać wpływy autorytetów na jednostkę. To były lata ’60 ,a naukowca ‚zainspirowały zbrodnie wojenne’, a raczej zachowanie ludzi wobec autorytetów nakazującym im łamanie praw człowieka. Wyniki były ‚porażające’: Zawieście na moment koncepcje winy i kary, powiedzcie człowiekowi, że ‚może’, a w większości przypadków bezrefleksyjnie uczyni krzywdę drugiemu człowiekowi żeby się przypodobać, żeby wypełnić swoją role.

W przeszło dziesięć lat później inny psycholog, Philip Zimbardo, autor wielu interesujących publikacji z dziedziny psychologi społecznej, analizujących ciemną stronę ludzkiej natury podjął się eksperymentu bardzo podobnego. Tu też skupił się na pełnieniu ról społecznych. Wybrał  za cel sprawdzenie do czego zdolni są ludzie by wypełnić narzuconą rolę. Jak wtłoczenie w daną funkcję społeczna zmienia człowieka.

eksperyment

Wybrał badanych, którzy nie mieli kryminalnej przeszłości, nie wykazywali skłonności do agresji i przydzielił im zadania. W piwnicy uniwersytetu stworzono więzienie i wtrącono tam ludzi. Pieczę nad nimi sprawowali reprezentanci drugiej grupy badawczej, strażnicy. Eksperyment przerwano w połowie. Reszta to już historia.

W pierwszej wersji filmu, jak wspomniałam, skupiamy się na postaci reportera, który niemal od początku trwania eksperymentu, od chwili, gdy został utytułowany więźniem numer 77 dążył do buntu. Wydaje mi się, że początkowo robił to by uatrakcyjnić zebrany materiał, żeby więcej ‚się działo’, jednak z czasem przyjął on role obrońcy praw więźniów, przerażonego tym do czego zaczął zmierzać eksperyment.

remake, w którym główną postacią jest były opiekun DPS od początku mamy do czynienia z człowiekiem hołdującym zasadom humanizmu. W główna rolę, więźnia 77 wciela się tu mój ulubieniec, Adrien Brody. Moim zdaniem wypada on na ekranie lepiej niż jego niemiecki odpowiednik, ale warsztatowo obydwaj panowie są okej.

eksperyment

Charakterystyczni są też przedstawiciele straży więziennej. Niemiecka produkcja postawiła na sportretowanie ich tylko i wyłącznie w warunkach eksperymentu. Nie wiemy jak wyglądało codzienne życie najgorszego z klawiszy i jego przybocznych. Chyba amerykanie wyczuli w tym miejscu potencjał i postanowili poświęcić trochę taśmy tej kwestii:

W Eksperymencie z 2010 najgorszym klawiszem okazuje się człowiek najbardziej niepozorny. Facet w średnim wieku, lubiący oglądać czarno białe melodramaty, całkowicie podporządkowany mamusi, z którą mieszka. Jego przemiana z sympatycznego i nieśmiałego Murzynka w rozwścieczonego ‚Czarnucha’ któremu staje w momencie, gdy dopuszcza się przemocy jest imponująca i najlepiej ukazuje wyniki eksperymentu. Władza, która nagle na niego spada powoduje odbicie palmy, po prostu. Klawisz zostaje utytułowany Kapitanem przez innych strażników po tym jak zaimponował im metodykom postępowania z więźniami. A wszytko dzięki własnym doświadczeniom w byciu ofiarą. Nikt nie będzie lepszym oprawcą niż ktoś, kto wcześniej był ofiarą. Facet wykorzystał dokładnie to czego sam doświadczył w życiu: upokorzenie.

eksperyment

Ciekawym typkiem jest też rozrywkowy młodzian, którego początkowo wytypowałam na największego skurwiela. Jego głównym celem jest zamaskowanie własnych homoseksualnych skłonności, co nie znaczy, że nie próbuje się po cichu wyżyć angażując w to podległych.

W wersji oryginalnej nie pojawia się wątek seksualnej przemocy, a  miała ona miejsce w Stanford. Ciekawostka dla fanów „Wikingów”:  tle jako klawisz przemyka też ‚Ragnar Lodbrok’, jako postać z dalszego planu 😉

Każdy z filmów w znaczącym stopniu odbiega od prawdziwej historii, ale wcale nie mam o to pretensji. Jeśli miałbym powiedzieć, który z filmów bardziej sprawę przejaskrawia to postawiłabym na wersje niemiecką. To co dzieje się w finale jest już całkowitym apogeum, może trochę do przesady, ale nie mnie oceniać. Zarówno w jednym jak i w drugim filmie będą ofiary w ludziach. W eksperymencie Zimbardo nikt nie zginął.

Polecam obydwa filmy, bo jakoś znacząco nie odbiegają od siebie poziomem. Amerykanie starają się być bardziej klarowni natomiast Niemcy efektowni. Co kto lubi. Dla mnie obydwie wersje są interesujące.

Filmy poruszają bardzo ważny temat. Robią to w sposób dosadny i bezkompromisowy. Pokazują jak niewiele czasem potrzeba by z człowieka zrobić bydle. Mam tu na myśli zarówno więźniów, jak i strażników.

Ktoś komu przydzielono daną rolę potrafi w nią wejść bardzo szybko i nie zawsze chce z niej rezygnować. Okrzyk Klawisza z wersji amerykańskiej „To wszytko co mamy nie możecie nam tego zabrać” dosadnie pokazuje jak władza zmienia człowieka. Jak bardzo się w niej rozsmakowuje i nawet jeśli jest tylko iluzją to będzie się jej trzymał pazurami.

eksperyment

Co się tyczy więźniów niektórym bardzo łatwo jest odebrać godność. Szybko poddają się roli byleby przetrwać. Rezygnują z praw. Inni będą walczyć i gotowi będą się poświęcić w imię zasad. Sposób w jaki ukazuje to film, którykolwiek z nich,  mocno wali w głowę, więc musicie się przygotować na sporą dozę brutalności.

Moja ocena:

Eksperyment (2001):7/10

Eksperyment (2010):8/10

Szaleniec numer jeden

Das Cabinet des Dr. Caligari/ Gabinet doktora Caligari (1920)

gabinet doktora caligarii

Doktor Caligarii to iluzjonista, czy też hipnotyzer, który wędruje od miasta do miasta ze swoim popisowym numerem, z udziałem przerażającego lunatyka, żyjącego na krawędzi jawy i snu, posłusznego tylko swemu Panu.

Dwóch gentelmanów udaje się na pokaz a jeden z nich za namową doktora zadaje lunatykowi Cesarowi pytanie dotyczące jego przyszłości: „Jak długo będę żył?”. „Do świtu następnego dnia.” – Pada odpowiedz, a proroctwo się spełnia. Co więcej w podejrzanych okolicznościach, w rzeczonym miasteczku giną kolejne ofiary. Przyjaciel pierwszej z nich zaczyna węszyć a jego podejrzenia padają na doktora Caligari.

gabinet doktora caligarii

„Gabinet…” to dobry reprezentant ekspresjonistycznego kina niemego. Różnice między nim, a np. Nosferatu” rzucają się w oczy od samego początku. „Gabinet…” nie był z założenia horrorem, z czasem przypięto mu tą łatkę i teraz funkcjonuje jako pierwszy horror pełnometrażowy.

Reżyserem obrazu jest Robert Wine. Cechą charakterystyczną jego filmów jest nastrój obłędu odzwierciedlony nie tylko w fabule, ale nawet w scenografii. W przeciwieństwie do „Nosferatu” twórca postawił na maksymalną sztuczność i odrealnienie. Zobaczymy więc wszechobecne makiety ,które nawet nie starają się przypominać rzeczywistych plenerów, czy pomieszczeń. Fantazyjne ‚esy floresy’, figury geometryczne, ostre linie proste, asymetria. Widziałam to już w jego wcześniejszym filmie „Genuine” i odrazu mi się to nie spodobało. Doceniam wizje, jest…hym… interesująca, ale ja zawsze stawiam na wysiłek włożony w naturalizm przedstawionych obrazów. Dlatego też wolę dobre ujęcie mgły sunącej po łące niż komputerowo zmajstrowanego demona.

gabinet doktora caligarii

„Gabinet…” ma dość pomysłowy scenariusz, zaskakujące zakończenie, czego raczej nie spodziewamy się w klasycznym, starym kinie. Postać Doktora jest demoniczna, upiorna, genialna, jest po prostu dobrym prekursorem szaleńców w kinie grozy.

gabinet doktora caligarii

Motyw choroby psychicznej w tymże filmie doskonale przetarł szlaki wszelkim thrillerom i horrorom operującym nim współcześnie. Myślę, że zobaczycie analogi przynajmniej do dwóch tytułów.

Z wyjątkiem scenografii wszystko w tym filmie mi pasowało, z tym, że ja zawsze bardzo zwracam uwagę na scenografię…

Moja ocena:

Straszność:7

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:7

Zaskoczenie:9

Zabawa:6

Walory techniczne:5

Aktorstwo:7

Oryginalność:10

To coś:6

72/100

W skali brutalności:0/10

Zabawne gry

Funny Games (1997) vs Funny Games U.S. (2007)

funny games recenzja

funny games recenzja

Małżeństwo w średnim wieku wybiera się wraz z synkiem do domu letniskowego nad jeziorem. Mają grillować, żeglować, grać w golfa z sąsiadami. Planowana sielanka bierze w łeb, bo dwaj chłopcy podający się za przyjaciół rodzinny postanawia pobawić się w mordowanie ludzi. Ich ofiarami pada wcześniej wspomniana familia na wczasach.

Michael Hanke niemiecki reżyser pierwsze ‚zabawne gry’ zaprezentował swoim rodakom w 1997 roku. Przedstawił surowy, oszczędny obraz. Thriller z podgatunku home invasion, który ostatnimi czasy przeżywa drugą młodość. Obraz napaści na bohaterów w ich własnym domu ponownie staje się popularny za sprawą obrazów takich jak „Nieznajomi”, „Ils„, „Napaść„, „Noc oczyszczenia„, „Następny jesteś ty„. Jak widać wątek ten, prosty jak konstrukcja cepa nie starzeje się i nadal przeraża widzów.

A zaczęło się od „Funny Games”.

funny games recenzja

W obsadzie zobaczymy znanych i dobrych niemieckich aktorów, takich jak Susanne Lothar, która świetnie zagrała w „Pianistce”. W „Funny games” wciela się w postać pani domu, Anny. Kroku dotrzymuje jej małżonek, Urlich Muhe, który doskonale zagrał nieco pierdołowatego Georga.

Pierwszy z oprawców to Paul, zagrany rewelacyjnie przez ciemowłosego Niemca, któremu po tej roli weszło w krew granie sadystów i przestępców. Trzeba przyznać, że idealnie się do tego nadaje. Ciemne świdrujące oczy, uprzejmy uśmiech, który skrywa brutalną rządzę mordu.

funny games recenzja

Jego partner w zbrodni to jego przeciwieństwo. Nieco przygruby blondasek, odgrywający role mniej stabilnego emocjonalnie i zahartowanego w mordowaniu Petera.

Fabuła „Funny games” wydaje się absurdalna. Tak, absurdalna, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Dwóch młodych bandytów stara wkupić się w łaski rodzinki, po to by za chwilę ostro ich poturbować i upokorzyć.

Jako pretekstu do swoich działań używają pseudo szkolenia z zasad sąsiedzkiej uprzejmości. Rodzina letniaków zachowała się wobec nich niekulturalnie, toteż należy ich przekonać, że od tej pory muszą przestrzegać zasad ustalonych przez dwóch chłopców w bieli. Są uprzedzająco mili, nawet, gdy zmuszają Annę do rozebrania się przed nimi. To w końcu miała być rekompensata za przytyk grubaska na temat jej wyglądu. Anna ma szansę udowodnić idealność swojej sylwetki.

Z całego serca pragną pomóc Georgowi, którego najpierw oprawili kijem go golfa. Bez przerwy starają się uzasadniać swoje występki. W sposób stosownie pokrętny, niejasny i z deka paranoiczny. W między czasie dyskutują o studiach, snują wywody na temat materii, rzeczywistości i fikcji. Dają tym samym obraz siebie jako pary inteligentnych, bogatych i znudzonych brzdąców w ciałach mężczyzn.

Nie ma wyjścia z tej sytuacji dla Anny, Georga i ich synka. Oprawcy sprawują władzę absolutną nad rzeczywistością. Gdy coś pójdzie nie po ich myśli, przewijają rzeczywistość pilotem, jak film. W końcu jak mówią w ostatnich scenach: fikcja jest rzeczywista, bo film jest rzeczywisty– czy jakoś tak.

Środki przekazu filmowej treści są tak jak wspomniałam dość oszczędne, ale widać tu dbałość o szczegóły. Chociażby muzyka filmowa. Bardzo zwraca uwagę w pierwszych scenach płynne przejście z klasycznej muzyki instrumentalnej do ostrego hard core’u.

Białe wdzianka chłopców kontrastują z ich mrocznymi zamiarami. W zasadzie cała oprawa zbudowana jest na zasadzie kontrastów. Zapowiada, że oto za chwile zderzą się dwa przeciwstawne światy.

W dziesięć lat po wypuszczeniu na rynku niemieckojęzycznego „Funny Games” ten sam reżyser zapragnął wystawić tę samą sztukę w innym teatrze z innymi aktorami.

funny games recenzja

funny games recenzja

Zastanawia mnie celowość istnienia nowej wersji „Funny Games”. Nic do niej nie mam, jest równie dobra jak oryginał, lecz taka jakby… zbędna.

Nie zmieniono niemal żadnego ujęcia, zgadza się wystrój domu, ubrania aktorów, dialogi są niemal identyczne, scenariusz różni się tylko niuansami typu kierunek studiów jednego z oprawców, czy miejsce akcji przeniesione za ocean.

Aktorsko bardzo dobrze dali sobie radę zarówno odtwórcy ról ofiar jak i morderców.

W roli Anny mamy dobrą jak zazwyczaj Naomi Watts, jedna z najchętniej zatrudnianej w filmach grozy amerykańska aktorkę. Partneruje jej Tim Roth. Strzałem w dziesiątkę było zaangażowanie Michaela Pitta z jego wydelikaconą buźką i diabelską iskrą szaleństw w oku, do roli Paula.

funny games recenzja

Grubaska gra równie dobry choć chyba nie tak dobry jak oryginalny grubasek, Brady Corbet.

Po za obsadą i wcześniej wspomnianymi niuansami filmy absolutnie niczym się nie różnią. „Funny Games U.S.” stanowi bezpieczną kalkę bardzo dobrego „Funny Games”.


Moja ocena:

Funny Games: 8/10

Funny Games U.S.: 7+/10


W skali brutalności:5/10