Archiwa tagu: paradokument

Margot is offline

Searching (2018)

searching

Wdowiec David Kim samotnie wychowuje nastoletnią córkę Margot. Pewnego dnia dziewczyna znika, a prowadząca dochodzenie detektyw Vick sugeruje ojcu, że szesnastolatka mogła dać nogę z domu.

Przeszukując komputer dziewczyny ojciec dowiaduje się o niej rzeczy, które zaskakują go i załamują. Stwierdza, że wcale nie znał swojego dziecka, a fakt ten nie pomaga w odnalezieniu jej, bo jak trafić na trop kogoś, o kim nie wie się nic?

Przyznam, że miałam chęć wybrać się na ten film do kina, jakoś nie poszło, ale jego wyłonienie się z czeluści internetu wychwyciłam szybko i czym prędzej go obejrzałam.

„Searchnig” to thriller utrzymany w konwencji niekonwencjonalnego paradokumentu.

Pamiętacie „Megan is missing„, albo „Den„?

„Searching” podąża śladem tych produkcji prezentując wszystkie filmowe wydarzenia ograniczając cały świat przedstawiony do rzeczywistości wirtualnej. Widzimy jedynie to, co nasz bohater widzi w na monitorze komputera, wyświetlaczu telefonu i nagraniach kilku amatorskich kamer.

Rozmowy odbywają się za pośrednictwem aplikacji i komunikatorów. Wszyscy tkwią w wirtualnym świecie więc widzimy ludzi przetworzony nie przez jeden ekran, a przez dwa i więcej. Można powiedzieć, że jest to produkcja nakręcona przez internetową kamerę.

searching

Jeśli zdążyliście się zaznajomić z wcześniej przywołanymi przeze mnie tytułami nie muszę Wam tłumaczyć jaki daje to efekt, gdyby jednak „Searching” był dla Was całkowitą nowością w temacie, muszę Wam naświetlić sprawę.

Co jest ciekawego w obserwowaniu czyjegoś monitora, śledzeniu jego kliknięć, czytaniu postów, oglądaniu wraz z nim zdjęć i nagrań?

Ano chociażby to, że uzyskujemy wrażenie odbierania świata czyimiś oczami. Każdy krok naszego bohatera, zrozpaczonego ojca poszukującego córki, jest jednocześnie naszym krokiem.

Ale jak to wpływa na dynamikę akcji? O dziwo bardzo korzystnie. Mimo, że mamy tu do czynienia z pewnego rodzaju bezruchem, to oszczędzamy czas i filmową taśmę omijając elementy, które muszą pojawić się w klasycznej formule. Bohater musi przejść z punktu A do punktu B. David Kim nie musi i my również nie musimy. Akcja odnawia się automatycznie, skupiając się tylko na punktach decydujących. Gdy nie dzieje się nic ważnego dla wątku przewodniego, po prostu jesteśmy offline. Bardzo to sprytne.

searching

Możecie więc uznać to jako zapewnienie, że w trakcie seansu nie będziecie się nudzić.

Początek filmu to… założenie konta na komputerze, archaiczny Windows xp przedstawia nam rodzinę Kim’a ukazując nam zawartość jego konta. W telegraficznym skrócie poznajemy najważniejsze wydarzenia w życiu rodziny aż do feralnego dnia, gdy Margot znika.

Całe śledztwo, jego najważniejsze punkty, kolejne przełomy, poznajemy dzięki aktywności bohatera na urządzeniach typu telefon, czy komputer.

Każdy współcześnie żyjący człek wie, jak ważna dla każdego policyjnego dochodzenia jest aktywność jego przedmiotu w sieci. Zapoznając się z czyjaś historią przeglądanych stron możemy dowiedzieć, się o nim więcej gdyby przepytać pół miasta. W sieci możemy być anonimowi, a to daje przestrzeń do zaprezentowania tego co zwykliśmy ukrywać nawet przed najbliższymi. Tak jest w przypadku Margot.

Historia dziewczyny, jej zaginięcia i wreszcie rozwiązania całej tajemnicy poprowadzona jest na tyle sprytnie, że zmieści się tu kilka solidnych zwrotów akcji, kilka wersji wydarzeń, a i znajdzie się tęga przestrzeń na zaprezentowanie kontekstu społecznego, nakreślenie bardzo wyrazistego tła. Wirtualny świat jest bardzo żywy.

searching

Podsumowując jest to emocjonujący thriller w ciekawej formie i mimo, że nie jestem jakim zadeklarowanym technokratą i mam świadomości obecności w „Searching” kilku pułapek, w które wpada jak śliwka w kompot to jestem z seansu bardzo rada.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:8

Klimat:6

Napięcie:9

Zabawa:9

Zaskoczenie:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:8

to coś:8

72/100

W skali brutalności: 1/10

Kto tu straszy?

The Bell Witch Haunting/ Wiedźma Bell’ów (2013)

the bell witch haunting

Mieszkająca w Tennesse rodzina Sawyer zaczyna doświadczać w swoim domu nadprzyrodzonych zjawisk. Jeśli wierzyć prawdziwości lokalnej legendy to zdarzenia te mogą mieć związek z klątwą wiedzmy Kate Bates, która ciąży na ziemi, którą teraz zamieszkali Sawyerowie.

Jako fanka horroru Demon. Historia prawdziwa” nie mogłam przejść obojętnie wobec produkcji w jakikolwiek sposób związanej z tym filmem.

Nakręcony w 2013 paradokument do tej pory mi umykał. Nie trafił do szerokiej dystrybucji, a niskie oceny widzów sprawiły, że nawet piraci nie interesowali się rozpowszechnianiem filmu.

Mając tego świadomość  tak postanowiłam zapoznać się z tą pozycją w duchu licząc, że dowiem się czegoś nowego na temat zjawiska, któremu świadkować miał sam przyszły prezydent Johnson.

Niestety nie dowiedziałam się nic na temat zdarzeń z początku XIX wieku. „Wiedźma Bellów” całkowicie odżegnuje się od doświadczeń z przeszłości skupiając się na zagrywkach bliższych estetyce „Paranormal Activity” niż ludowym wierzeniom purytan.

To co oferuje film Glena Millera to nic innego jak bardzo niskiej klasy paradokument, na wskroś współczesny i przy tym mało odkrywczy. Nie znalazłam w nim niczego co mogłabym z czystym sumieniem pochwalić.

the bell witch haunting

the bell witch haunting

Kilka komputerowych efektów przedstawiających jakąś szybująca w powietrzu siłę to trochę za mało. Wszytko co tu zobaczycie pojawiało się już w dużo lepszych wydaniach i jeśli jest coś czym może porazić widza ta historia to jest to jej naiwność.

Braków technicznych jest sporo i na ich czele wymieniłbym aktorstwo. Jednak to co najbardziej odrzuca od tej produkcji to brak pomysłu na wykorzystanie potencjału tkwiącego w legendzie o Kate Bates. Ale cóż, obejrzałam, przekonałam się, mogę wykreślić z listy. W tej kwestii został mi jeszcze do obadania „Nawiedzony dom państwa Bell” z 2004 roku.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:5

Klimat:5

Napięcie:4

Zabawa:4

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:5

Aktorstwo:4

Oryginalność:4

To coś:3

39/100

W skali brutalności:1/10

Zaraza

[Rec] (2007)

rec

Reporterka Angela wraz ze swoim kamerzystą Pablem zamierzają nakręcić materiał o pracy strażaków. W tym celu zamierzają towarzyszyć im w trakcie pracy, nie unikając obecności przy niebezpiecznych zadaniach tej grupy zawodowej. Po krótkim obchodzie remizy wraz ze swoim bohaterami wyruszają na pierwszą akcję. Zgłoszenie przychodzi z jednej z madryckich kamienic, gdzie starsza kobieta swoim zachowaniem zaalarmowała sąsiadów. Angela i Pablo przybywając na miejsce nie zdają sobie sprawy, że trafili w miejsce rozpoczynającej się epidemii.

Stary, dobry „Rec”, w końcu przyszedł czas bym odświeżyła go po latach i być może spojrzała na niego łaskawszym okiem niż w czasie pierwszego i jedynego jak dotąd seansu. Muszę, przyznać, że nie chciałam iść do grobu głosząc jak mantrę że nie przepadam za „Rec’em”, z powodu konwencji w jakiej został nakręcony. Ostatecznie tylko krowa nie zmienia poglądów, a ja przez ostatnie lata dałam szansę wielu filmowym paradokumentom. Niektóre z nich paradoksalnie okazały się godne uwagi, a ja przywykłam nieco do oczopląsu jaki fundowali mi operatorzy.

Niesłabnąca popularność horrorów kręconych z ręki zmusiła mnie do przywyknięcia do tej niewygodnej dla oka formy, cóż poradzić, coś oglądać trzeba. Stwierdziłam więc, że po przejściu solidnej porcji ofert od ‚pijanych strachem kamerzystów’ wrócę do „Rec’a” i sprawdzę, czy tym razem zauważę w nim coś poza latająca kamerą.

rec

Muszę przyznać, że pozytywne nastawienie zrobiło robotę. Starałam się nie zwracać tak mocno uwagi na to co mnie wkurzało i skupić się na tym co pochwalić mogę. A co mogę pochwalić?

Przede wszystkim dynamizm akcji. Tak na prawdę nie mamy tu przestojów. W fragmentach, w których akcja mogła by ‚umrzeć’, kamera zostaje wyłączona z tego, czy innego powodu i powraca w pełni kolejnej akcji. Niekiedy tracimy wizję w momentach napięcia, by powrócić z jeszcze większym przytupem. Takie chwyty trzymają przed ekranem dość skutecznie.

Jak wspomniałam dzieje się dużo. W ofercie mamy ataki trawionych przez chorobę ludzi, zmieniających się w coś na kształt zombie, którzy nie patyczkują się z bardziej wrażliwym widzem. Ekspozycja okropności jest szeroka. Wszystko dzięki prostej, ale konkretnej charakteryzacji.

rec

Duży plus daje za lokalizację. Dość ponura kamienica z wąskimi korytarzami to miejsce w jakim nikt nie chce się znaleźć. Nasi bohaterzy są zmuszeni tu pozostać, a pozyskanie pomocy z zewnątrz okazuje się wysoce kłopotliwe. Cała obsada wygląda na naturszczyków, nikt nie stosuje wielkich popisów aktorskich.

rec

Przewodnikiem w tej historii jest młodziutka reporterka Angela, która pewnie co poniektórych wkurzy. Nie mniej jednak jestem w stanie zaakceptować taki a nie inny pomysł na postać.

Reasumując, mój powrót do „Rec’a” okazał się mniej bolesny niż zakładałam, a to już bardzo dużo.

Moja ocena:

Straszność: 4

Fabuła:7

klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:5

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:6

60/100

W skali brutalności:3/10

Nakręcimy horror

Found Footage 3D (2016)

found footage

Grupa filmowców przymierza się do nakręcenia pierwszego filmu grozy łączącego konwencję paradokumentu z technologią 3D. Swój arcy odkrywczy pomysł zamierzają zrealizować posługując się autorskim scenariuszem i obierając na miejsce akcji owianą złą sławą opuszczoną chatę. Na planie nie obejdzie się bez konfliktów, które zaogniają kolejne niewyjaśnione zjawiska będące udziałem bohaterów.

Nakręcenie oryginalnego i dobrego filmu found fotage to wyzwanie, które porywają się rozliczne rzesze szczególnie debiutujących filmowców. Do nakręcenia paradokumentu nie potrzeba profesjonalnego sprzętu, aktorów można wziąć z łapanki, a scenariusz stworzy się na spontanie. Takie przekonanie gubi większość twórców, a brak profesjonalnego podejścia nie zawsze daje efekt naturalizmu i prawdy przez duże P.

Mamy tu opowieść z cyklu film w filmie. Bohaterami są filmowcy i aktorzy pracujący nad ich zdaniem superprodukcją. Przewodzi im pyszałkowaty Derek, wielki wizjoner, jednocześnie odtwórca głównej roli męskiej w filmie. towarzyszy mu eks małżonka Amy, wcielająca się w pierwszoplanową postać kobiecą. Mamy jeszcze młodszego brata Dereka, Marka,młodziutka asystentkę produkcji Lily, dźwiękowca Carla i operatora Thomasa.

found footage

Historia składa się na ich próby nakręcenia filmu, kolejne potyczki obyczajowe i sekwencję paranormalnych wydarzeń. To co ma rozgrywać się jedynie w świecie kręconego przez nich filmu zaczyna znajdywać odzwierciedlenie w tym czego doświadczają filmowcy. Odgrywane przez aktorów konflikty bardzo szybko przestają być jedynie aktorskim popisem a nadnaturalne zdarzenia nie są wynikiem efektów specjalnych. tu możemy odnotować kilka bardziej udanych scen, jednak im bliżej finału tym więcej typowych dla paradokumentu potknięć.

found footage

Co myślę o tym pomyśle? Takie pomieszanie z poplątaniem, ale mogło by się udać. Odniosłam jednak wrażenie, że celem stworzenia takiego złożonego świata przedstawionego był brak solidnego pomysłu na to co najważniejsze, na horror. Jeśli przyjrzeć się motywowi złego, nawiedzonego domu i temu co z nim związane okazuje się bowiem, że mamy tu mieliznę. Myślę, że solidna dawka autoironii na jaką pozwalają sobie twórcy jest objawem świadomości, że coś tu jednak do końca nie wyszło. Może wcale nie chodziło o nakręcenie dobrego filmu tylko pokazanie jak trudna i nierzadko nieosiągalna jest to sztuka. „Found Fotage 3D” jest tego dowodem i stwierdzam to mając świadomość, że miał on dobre, choć nieliczne momenty.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:4

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:5

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:4

49/100

W skali brutalności:2/10

Zawsze tu byłam

I Know You’re in There (2016)

I know youre in there

Po śmierci biolgicznej matki Tom postanawia zaopiekować nieznaną mu dotąd młodszą siostrą, Chloe. Dziewczyna od lat pogrążona jest w stanie, który lekarze interpretują jako schizofrenie katatoniczną. Chłopak wykorzystuje tę sytuację by stworzyć wideo pamiętnik, w ramach pracy zaliczeniowej na studiach, w którym będzie opowiadał o opiece nad siostrą. Już po kilku dniach spędzonych sam na sam z katatoniczką stwierdza, że dziewczyna kryje w sobie tajemnicę, która to okazuje się wyjątkowo niebezpieczna.

„I know youre in there” zapowiadał się całkiem ciekawie, choć motyw przewodni, czyli zaburzenie w funkcjonowaniu mózgu, które finalnie okazuje się czymś zupełnie innym mieliśmy już w obrazie „The taking of Deborah Logan”. Tam też pojawiała się formuła paradokumentu, choć w dużo większej mierze niż „I know youre in there”.

Filmy różnią się też pod innymi względami i tu dość przykra wiadomość dla potencjalnych widzów. O ile historia Debory nie prezentowała się wybitnie dobrze, to w przypadku „I know…” jest jeszcze gorzej. Nie dlatego, że pomysł kiepski, bo kiepski nie był, ale przełożenie go na ekran… cóż. Widać duże braki w technice twórcy, widać braki w aktorstwie i to te drugie bolą chyba najbardziej. Bo jeśli nie przekona Cię aktor, to tym bardziej nie zrobią tego efekty.

I know youre in there

I know youre in there

Co się tyczy owych efektów, całej sfery wizualnej, skupionej na zbudowaniu odpowiedniego nastroju i w dalszej części wprowadzeniu elementów nadnaturalnych, jest całkiem przyzwoicie. Kuleje narracja, dialogi, aktorstwo, tego typu sprawy. Scenariusz też pozostawia sporo do życzenia, bo za dużo tu skrótów, które zabierają historii płynność.

Fabuła, jak wspomniałam, skupia się na Tomie i jego próbach nawiązania kontaktu z siostrą pogrążoną w katatonii. Jej stan, budzi w mężczyźnie poczucie misji, którą miałoby być wyleczenie Chloe. Kolejne wydarzenia sprawiają, że Tom zaczyna przyglądać się siostrze bardziej podejrzliwie. Z drugiej jednak strony przebywanie z nią coraz bardziej go pochłania. Mamy tu więc pewną niekonsekwencję, a twórca nie zadbał o to by dodać tu jakąś psychologiczną ramę. Przez to zachowanie Toma wydaje się bardziej bezsensowne niż zakładał scenariusz. Domyślam się do czego dążył twórca, ale nie wyszło mu to.

Mamy więc film raczej słaby, raczej nie udany, choć nie ma tragedii.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:5

Oryginalność:5

To coś:4

48/100

W skali brutalności: 1/10

Najstrszniejsze domy grozy w USA

The Houses October Built (2014)

house of october bulit

Na kilka dni przed Halloween grupa filmowców amatorów wyrusza na wyprawę po najsłynniejszych amerykańskich Domach Grozy by zbadać krążące o nich upiorne legendy.

Tak zwane Domy Grozy to rozrywka ciesząca się coraz większą popularnością. Rzecz polega na tym, by dla amatorów strachu zbudować miejsce, gdzie Ci mogli by przeżywać emocje do tej pory będące udziałem jedynie bohaterów filmowych horrorów.

Chyba pamiętacie Domy Strachu w obwoźnych lunaparkach, gdzie za trzy zeta od osoby można było zafundować sobie dreszczyk emocji. Pamiętam je z dzieciństwa i jak patrzę na to z perspektywy czasu, szczytem grozy w takim miejscu było spotkanie w ciemnym korytarzu gościa z obsługi ubranego w świecącą maskę potwora.


Współczesne Domy Grozy mają jednak inną grupę odbiorców. Przede wszystkim są to osoby dorosłe, dlatego też właściciele przybytków muszą prześcigać się w coraz to bardziej porąbanych pomysłach na to jak zadowolić spragnionych strachu klientów. Sama miałam okazję odwiedzić coś takiego w ubiegłe wakacje i podzielić się z Wami swoimi wrażeniami.

„House of october bullut” to paradokument traktujący o legendach jakie rodzą się wokół takich właśnie miejsc. A legendy owe ne gorsze są niż te dotyczące najsłynniejszych nawiedzonych miejsc. W Domu Grozy na prawdę możesz zginąć. W domu grozy pracują prawdziwi psychopaci, mordercy, więźniowie na warunkowym etc.

Wszystko to na własnej skórze chce sprawdzić grupa młodzików z kamerą. Ich celem jest odwiedzenie „Niebieskiego szkieletu”, czyli najstraszniejszego z domów grozy, którego działalność ociera się o nielegalne praktyki, dlatego nie łatwo zaklepać do niego bilecik.

house of october bulit

Nasi bohaterzy będą odwiedzać kolejne upiorne miejscówki szukając tego jedynego, najstraszniejszego. Fabuła filmu sprowadza się do relacji z kolejnych odwiedzin i w miarę jej rozwoju możemy dostrzec prawidłowość wskazująca na to, że są coraz bliżej. Film obfituje w standardowe zagrania typowe dla paradokumentu. Kamera skacze, dokazuje, a my niewiele możemy z tego zarejestrować.

Na kogo to zadziała to zadziała, resztę pewnie tylko wkurwi. Powoli wyrabiam sobie większą tolerancje na taki sposób kręcenia, nie mniej jednak nadal urągam twórcom za zbytnią ufność w strach wygenerowany w ten sposób. Muszę przyznać, że sam rajd po domach grozy jaki był udziałem filmowych bohaterów to całkiem fajny pomysł. Tu amatorska kamera na serio dodaje realizmu całej historii. Nie mamy tu na siłę wciskanej nam teorii o opętaniu, wizycie pozaziemskich istot, czy innej mocno naciąganej wersji wydarzeń. Widzimy natomiast hordy amerykańskich głupoli zakochanych w ‚ciemnej stornie mocy’, w mordercach, straszydłach i wszystkim tym co każde im tłumnie przybywać do domów grozy.

Gdybym lubiła paradokumenty moja ocena była by wyższa a tak, średnio na jeża.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:5

54/100

W skali brutalności:2/10

Leci UFO

UFO: It is here (2016)

ufo it is here

Grupa studentów szkoły filmowej kręci zaliczeniowy dokument w Zoo, gdy na niebie ukazuje się dziwny obiekt zmierzający ku ziemi. Pakują więc manatki i ruszają w ślad za tym, co początkowo biorą za meteoryt. Po paru godzinach, już o zmierzchu, udaje im się znaleźć miejsce gdzie rozbiło się podniebne dziwowisko. By nakręcić solidny dokument z tego miejsca muszą, jednak poczekać do rana. Spędzają więc noc w miejscu, gdzie jak wskazuj tytuł filmu rozbiło się UFO.

„UFO:It is here” to niemiecki paradokument. Aż dziw, że w ogóle po niego sięgnęłam, bo przecież nie bardzo mi leży ten gatunek a i niemieckie produkcje, wyłączając te z epoki kina niemego, nie koniecznie mnie do siebie przekonują.

Drugą dość szokującą sprawą jest fakt, że film całkiem mi się spodobał. Mocno zalatuje oryginalnym „Blair Witch project” z tym, że zamiast wiedzmy mamy kosmoludków. Oczywiście nie chcę tym porównaniem ubliżyć starszej produkcji, ale takie miałam skojarzenie, może z powodu amatorskiej kamery i mroków lasu.

ufo it is here

Kiedy nasi sympatyczni bohaterowie, tak, o dziwo są sympatyczni, rozbijają obóz pod chmurką zaczynają się dziać, rzeczy tyle dziwne co przerażające.

Podobnie jak w przypadku „Blair witch…” żadne środki zapobiegawcze nie pomagają w utrzymaniu grupy w nienaruszonym stanie. Co i rusz ktoś znika, a reszta ekipy znajduje coraz bardziej makabryczne pozostałości po kompanach przygody. Standardowo gubią się w lesie, a nienazwane zło szturmuje coraz mocniej.

ufo it is here

Sporo się tu dzieje, choć jak wspomniałam, w dużej mierze przypomina to zdarzenia z „Blair witch…” więc nie jest to zbyt odkrywcze.

Generalnie film oglądało mi się całkiem przyjemnie, choć wiadomo, że kręcenie z ręki ma swoje konsekwencje dla wizualnych wrażeń, ale wiadomo, co kto lubi. Dla kogoś kto lubi paradokumenty będzie to propozycja w sam raz.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne: 6

Aktorstwo: 7

Oryginalność:4

To coś:6

59/100

W skali brutalności:2/10

Przyjdź demonie

The Possession Experiment (2016)

possesion experiment

W ramach projektu na zajęcia z teologii studenci Brandon i Clay postanawiają nakręcić dokument o egzorcyzmach. Do współpracy zapraszają młodą studentkę medycyny i wspólnie wyruszają do domu, gdzie przed dwudziestoma laty odbył się nieudany rytuał wypędzania demona z niejakiej Tracy. Nie poprzestają jednak na badaniu terenu i walorów historycznych. By dogłębnie zbadać temat Brandon postanawia dobrowolnie przywołać demona by ten zagnieździł się w jego ciele.

„The Possesion experiment” był pierwszym z horrorów jakie wyświetlano na halloweenowym maratonie grozy z kinach Helios. Jako że nie udało mi się tam stawić osobiście, jedynie rozdałam kilka wejściówek dla Was, postanowiłam, że tak czy siak muszę sprawdzić co tam było grane. Ten horror niebawem trafi do polskich kin w regularnym repertuarze więc jak się okazuje pisana mu była szeroka dystrybucja, co mocno mnie dziwi zważywszy na jego poziom.

Wiadomo, że na srebrny ekran trafiają nie tyle najlepsze filmy, co te najlepiej wypromowane. Komercyjne nosy dystrybutorów potrafią jednak odróżnić totalną szmirę od filmu, który może nie przedstawia wybitnych walorów artystycznych, ale prezentuje się na tyle poprawnie by zadowolić mniej wymagających niedzielnych widzów horrorów. W związku z tym doprawdy nie wiem co kierowało osobami, które postanowiły wypuścić ten film w świat głównym wejściem.

„Possesion experiment” można zarzucić nie tylko banalne i schematyczne podejście do tematu opętania – to akurat norma – ale też wykonanie, które świadczy o kompletnym braku pojęcia o technice robienia filmu.

Podejrzewam, że scenarzyści „Trudnych spraw” i podobnych tworów lepiej rozpisali by tę historię. Walić to, nawet obsada z „Trudnych spraw” potrafi na spontanie wypluć z siebie lepsze dialogi. Scena, w której następuje najważniejszy zwrot akcji – twist tak wydumany, że olaboga – czyli rozmowa Brandona z ojcem, to chyba najgorzej zagrana scena jaką miałam okazję zobaczyć w filmie od wielu wielu lat. Nie wiem nawet jak mam to opisać. Odjęło mi mowę. W czasie seansu z ty filmem stwierdziłam, że do tej pory nadużywałam stwierdzenia ‚poziom poniżej wszelkiego poziomu’. W tym momencie ten film sięgnął dna.

possesion experiment

O ile do aktorów z pierwszego planu potrafiłam się przyzwyczaić, no grają jak grają, ale towarzystwo drugoplanowe i trzecioplanowe trafiło tam chyba z ulicznej łapanki. Zgroza.

Nie wiem jakim budżetem dysponowali twórcy, ale nie starczyło na dobrego operatora, miałam wrażenie, że zapożyczyli człowieka z ‚Podrywaczy’. Kąt kręcenia w sam raz do ‚takich’ produkcji. Ujęcia kręcone klasycznie przeplatają się z konwencją found footage, ale te pierwsze zdecydowanie dominują. Nie wiem czy to dobrze, w przypadku tego filmu.

Mamy więc niezbyt ciekawą historię spisaną przez scenarzystę bez znajomości podstaw scenopisarstwa, aktorów, którzy mogli by co najwyżej zagrać siano w jasełkach, i kamerzystę, który przejechał przez cały film nie potrafiąc zrobić jednego dobrego zbliżenia. Nie wspomniałam jeszcze o efektach. Tak, były. Opętanie nie obejść się bez stosownej charakteryzacji i drobnych bajerów z komputera. Są stosowne do poziomu całego filmu.

possesion experiment

Jestem bezlitosna, co? Dobrze, niech pomyślę, czy było tu coś dobrego? Hym… no może krótkie skrawki scen halucynacji Brandona. Były niezłe. Pewnie trafiły tam przypadkiem. Plus też za muzykę przy napisach końcowych – choć nie wiem, czy faktycznie była obiektywnie dobra, czy po prostu ciepło mi się kojarzyła z końcem męki.

Wiem, że są tacy, którym film się podobał na tyle by ocenić go powyżej średniej- bez kitu, chyba są niepoczytalni, ale nie sądzę by wśród większości z Was znaleźli się tacy osobnicy. Filmu nie polecam, polecić nie mogę, nie mam sumienia Was krzywdzić.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:3

Klimat:3

Napięcie:3

Zabawa:2

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:3

Aktorstwo:3

Oryginalność:3

To coś:2

26/100

W skali brutalności:1/10

Jedyny horror z Mołdawii to najlepszy horror z Mołdawii

They’re watching (2016)

theyre watching

Ekipa telewizyjnego show wyrusza wgłąb Mołdawskiej wsi by nakręcić materiał o znanej amerykańskiej artystce, która postanowiła porzucić życie w Los Angeles by oddawać się artystycznym podnietom z dala od cywilizacji. Dziennikarze po zapoznaniu się z Becky szybko orientują się, że ani ona, ani oni nie są mile widziani w tej okolicy. Wszytko ma związek z legendą o czarownicy, która sto lat temu spalono tu na stosie.

Kolejny paradokument made in USA, ale tym razem w połączeniu z Mołdawią. No, cóż amerykanie ludzie światowi toteż szerokie pojęcie o wszystkim mają.

Oglądając ten film myślałam, że w tym przypadku formuła found footage autentycznie została wymuszona przez niski budżet, ale wygląda na to, że twórcy mieli do dyspozycji trzy i pół bańki i na pewno nie przeznaczyli ich na dobre efekty specjalne – dotrwacie do końca filmu, będziecie wiedzieć, dlaczego o tym wspominam.

theyre watching

theyre watching

Może bilety lotnicze do Mołdawii takie drogie, nie wiem.

Film nie wypiera się humorystycznego zabarwienia, które moim zdaniem przewyższa tu walory horrorowe. Żebyście tylko nie pomyśleli, że to przewyższenie to jakieś wielkie osiągnięcie, co to to nie. Cała produkcja pod wieloma aspektami jest  słaba.

Sam pomysł, niezbyt oryginalny, ale nie najgorszy. Mamy motyw małej społeczności, obcego kraju, gdzie rządzi zabobon i uprzedzenie. Nasi bohaterzy doświadczą tego rzecz jasna na własnej skórze. Co żeby było ciekawiej uświadczymy tu nawet fabularnego twistu, ale wysiłek scenarzysty by zaskoczyć widza, przypuszczam poszedł na marne.

Tak jak wspomniałam film sprawdza się bardziej jako komedia i za to chociażby należy się plusik.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:2

Aktorstwo:5

Oryginalność:4

To coś:4

43/100

W skali brutalności: 2/10

Substancja

The Banshee Chapter (2013)

banshee chapter

Młoda dziennikarka śledcza, Anne, próbuje odnaleźć zaginionego kumpla ze studiów. Dziewczyna wie, że James interesował się sprawą prowadzonych w latach ’50 i ’60 rządowych eksperymentach na obywatelach Stanów.

Ostatni pozostawiony przez zaginionego trop wiąże się z opracowaną przez CIA psychogenną substancją. Wygląda na to, że chłopak zażył ją nim przepadł bez wieści. W toku swojego śledztwa Anne udaje się zgłębić działanie substancji  i poznać konsekwencje jej zażycia.

banshee chapter

Debiutancki horror „Banshee Chapter” zupełnie mi umknął. Być może dlatego, że horrory sci-fi nie należą do moich faworytów. Być może odstraszyła mnie konwencja paradokumentu, a może po prostu film nie doczekał się nawet garstki fanów, którzy ponieśli by w eter wieść, że to dobra, warta uwagi produkcja. Przypuszczam, że nie ja jedna o nim nie słyszałam, tym bardziej cieszę się, że mogę go Wam polecić. Bo polecam i to z dużym przekonaniem.

Tematyka filmu oscyluje wokół ważkiego tematu haniebnych eksperymentów rządowych jakie były prowadzone w czasach zimnej wojny. Opinia publiczna dwoi i troi się w domysłach na temat konsekwencji tych działań dla obywateli. Debiutujący scenarzysta i reżyser w jednej osobie, Blair Erickson, wykorzystuje wątek teorii spiskowych by jeszcze podkręcić lęk.

Mówiąc szczerze, Ameryki tu nie odkrywa, jeśli chodzi o wątek tajnych badań nad kontrolą umysłu poznaliśmy już szereg najróżniejszych filmów o tej tematyce. Erickosn robi jednak coś świetnego. Zamiast nakręcać niestworzoną historię, starać się zbudować jak najbardziej wydumaną teorię on rzuca nam szczątki informacji i pozwala by wyobraźnia zrobiła resztę.

banshee chapter

Finał nie przynosi nam jasnych odpowiedzi, co moim zdaniem jest strzałem w dziesiątkę. Pojawiają się jacyś enigmatyczni ‚Oni’, przedstawienie jako cienie, coś ulotnego jak zanikający sygnał.

W sytuacji zagrożenia napięcie naprawdę kurewsko wzrasta, a wszytko to za sprawą bardzo prostych rozwiązań wizualnych i dźwiękowych. Przesuwający się cień na amatorskim nagraniu, monotonna melodyjka, dziecięcy głos odliczający od tyłu w różnych językach. Kurczę to działa. Myślę, sobie ten gość ma autentyczne wyczucie klimatu grozy. Ma też niski budżet i jak teraz o tym myślę, to mam obawy co się stanie z jego polotem jeśli jakieś urzeczone jego talentem studio filmowe zasypie go kasą.

Amatorskość kamery nie była do końca podyktowana przebiegiem fabuły. Owszem wstawi z nagraniami z siedziby CIA, czy domowe filmy Jamesa to konieczność jeśli idzie o t formułę, jednak cały przebieg śledztwa Anne, jej droga, to teoretycznie film kręcony klasycznie, a jednak kamera lata, a obraz momentami jest nieostry.

Całe szczęście w przypadku obsady nie szczypano się z budżetem. Aktorstwo jest profesjonale, a skrojone postaci ciekawe. Anne w toku śledztwa trafia na trop znanego amerykańskiego pisarza, który ma dostęp do ‚substancji’, jego sylwetka od razu skojarzyła mi się z Charlesem Bukowskim i z miejsca drania polubiłam.

banshee chapter

Mimo iż film jest dość długi ani przez moment się nie nudziłam. Fabuła raźno brnie do przodu. Dużo się dzieje, choć groza jest budowana subtelnie, nawet sceny jak to mówię ‚skoczne’ nie pojawiają się tu ni z gruchy ni z pietruchy.

Napięcie jest dobrze stopniowane, a dbałość o odpowiednią atmosferę wyczuwalna. Nie jest to głupi straszak, który można oglądać jednym okiem, scenariusz jest inteligentny i przemyślany. Szczegółów nie chcę Wam zdradzać ale pojawiają się nawiązania do prozy Lovecrafta, co jest ogromnym plusem.

Mogę powiedzieć, że jestem pod dużym wrażeniem. Mało kiedy zdarza się by jakiś paradokument tak zapadł mi w serce, podobnie jeśli idzie o współczesne sci-fi.

Polecam!

Moja ocena:

Straszność: 5

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:7

Zaskoczenie:5

Zabawa:9

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:8

70/100

W skali brutalności:0/10