Archiwa tagu: paradokument

Przypadek Judith Winstead

The Atticus Institute/ Instytut Atticus (2015)

instytut

W Ameryce w latach ’70 działał założony przez doktora Henry’ego Westa instytut badań nad zjawiskami parapsychologicznymi. Naukowiec wraz z ekipą współpracowników przez pewien czas badał zdolności różnych osób wykraczające poza podstawowe pojmowanie zdolności ludzkiego umysłu.

Na tym polu nie osiągnął zbyt wiele do momentu, gdy do jego ośrodka trafiła Judith Winstead, która posiadała pełen wachlarz możliwości parapsychicznych: pirokineza, telekineza, jasnowidzenie, czytanie w myślach.

Ten niezwykły przypadek w końcu zainteresował władze Stanów Zjednoczonych, który zobaczyły w jej zdolnościach szanse na niemożliwe do tej pory polityczne manewry. Rozochoceni możliwością zabijania na odległość, czy przejrzenia planów wrogich przywódców nie zdają sobie sprawy skąd pochodzą niezwykłe moce pacjentki doktora Westa. 

atticus institut

„Instytut Atticus” to nic innego jak kolejny paradokument o opętaniu.

Sposób prezentowania historii przypomina w zasadzie bardziej ‚para reportaż’, bo po za spreparowanymi przez filmowców materiałami zarejestrowanymi w instytucie, wykorzystuje także wywiady z osobami z otoczenia naukowca. Głos zabierają jego dzieci, żona, współpracownicy, którzy z własnej perspektywy opowiadają o tym, co wydarzyło się w sprawie Judith.

Trochę przypomina to pomysł z filmu „Lake Mungo” jednak efekt jest bez porównania gorszy.

atticus institut

Wiarygodność całej historii to pierwsza sprawa. Zawsze ciężej mi uwierzyć tak zwanym autorytetom niż zwykłym ludziom. Może to też kwestia tego, że gdy twórcy wykorzystują motyw naukowców, znawców etc. wraz z nimi pojawiają się niestworzone historie, naciągane dużo bardziej niż relacje zwykłych, przerażonych ludzi.

Druga rzecz, w „Lake Mungo” wywiady z zainteresowanymi nie były dodatkiem, były głównym punktem programu w stosownej chwili uzupełnianym o pokaz zdjęć, czy nagranie. Twórcy doskonale wiedzieli, kiedy czego użyć, by spotęgować napięcie. W „Inststucie…” jest wręcz odwrotnie.

Wywiadów jest mniej, natomiast głos zabiera więcej osób. Niestety pojawiają się one w najmniej stosownych momentach, przerywając fajne akcje z nagrań relacjonujące zjawiska nadprzyrodzone, jakie są udziałem Judith.

A takowych akcji jest całkiem sporo i niektóre nawet uznałabym za udane.

atticus institut

Cały ciężar filmu spoczywa jednak na odtwórczyni roli głównej bohaterki Rya Kihlstedt, którą nie bardzo kojarzę z innych produkcji. To jest zastanawiające jeśli wziąć pod uwagę jakość jej gry. Judith jest w zasadzie jedynym elementem tego filmu, dla którego trwałam przed ekranem. W roli opętanej wypada bardzo efektownie. Doskonale radzi sobie z gwałtownymi zmianami mimiki, ale nie tylko, gra bowiem całym ciałem.

atticus institut 

Reżyser filmu nie ma wielkiego doświadczenia, więc pewien brak wprawy w przedstawianiu historii mogę wybaczyć, gorzej darować mu kiepski, wtórny pomysł. W końcu wyobraźnia to największy skarb twórcy, tu jest trochę zubożona. Jeśli jeszcze nie zbrzydły Wam filmy w stylu „Uśpionych”, to spokojnie możecie się zapoznać, innym radzę odpuścić, bo nie uświadczycie tu nic godnego większej uwagi.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zaskoczenie:4

Zabawa:6

Aktorstwo:7

Walory techniczne:6

Oryginalność:4

To coś:5

55/100 

W skali brutalności:2/10

Obcy na ranczu

Skinwalker Ranch/ Skórozmienni (2013)

skinwalker ranch

Na ranczu Hoyta od dawna dzieją się niewytłumaczalne rzeczy. Rozległe tereny posiadłości farmera stały się obiektem zainteresowania przybyszy z kosmosu, którzy to zaznaczają swoją obecność okaleczając bydło mężczyzny, emitując przerażające dźwięki, czy przelatując swoimi statkami tuż nad ziemią. Ale to nie wszytko, kilka lat wcześniej w niewyjaśnionych okolicznościach zaginął ośmioletni syn Hoyta, Cody. Nikt nie wierzy mężczyźnie, że to właśnie przybysze z przestworzy są odpowiedzialni za uprowadzenie chłopca, wtedy na arenę wkracza grupa badaczy zainteresowana tematyką UFO. To dzięki ich relacji zarejestrowanej na video widza ma szansę poznać tajemnicę rancza.

skinwalker ranch

Kolejny paradokument o obcych. W porównaniu z „Porwani przez obcych” nakręconym jeszcze w latach dziewięćdziesiątych wypada niestety bardzo biednie. Za to prezentuje poziom typowy dla większości współczesnych filmów kręconych z ręki.

Twórcy wykorzystali tu typowy schemat planu wydarzeń ubogacając go na siłę, jak tylko się dało.

Najpierw poznajemy naszych badaczy i nieszczęsnego ranczera, któremu uprowadzono synka. Dalej śledzimy stopniowo rosnącą aktywność obcych na tamtejszych ternach.

skinwalker ranch

I tu muszę się na moment zatrzymać, bo początek filmu nie był najgorszy. Sceny, w których widzimy przerażonych protagonistów zszokowanych nieoczekiwanymi rozbłyskami świateł nad domem, czy emisją nieznanego dźwięku są całkiem zacne. Później mamy najlepszą filmową scenę, w której widzimy ducha/ hologram, czy cóż to było, Cody’ego przebiegającego przez kuchnie domu rodzinnego i wprawiającego tym w szok, zarówno bohaterów jak i widzów.

skinwalker ranch

Im dalej postępuje fabuła tym więcej tego rodzaju zdarzeń aż w pewnym momencie następuje przegięcie. Pojawia się tu wszytko.

Indiański szaman z duchami swych przodków pod pachą, jaskinia, w której jacyś pierwotni ludzi rysowali statki kosmiczne, i wreszcie niedbale porzucony na terenie farmy film prezentujący przypadek zaginionej dziewczynki, która nieoczekiwanie powraca- prawdopodobnie z kosmosu- by wybić bezlitośnie tych, którzy chcieli jej pomóc. Stara taśma  robi dobre wrażenie, ale całe zamieszanie dokoła jest już nie do zaakceptowania.

W pewnym momencie przechodzimy do klasycznego biegania bez sensu z kamerą w dłoni, której precyzyjne ujęcia ukazują nam wszytko tylko nie to, co trzeba.

Nie mogę powiedzieć by film mnie rozczarował, bo spodziewałam się czegoś dokładnie na takim poziomie. Kilka lepszych momentów daje szansę na szepniecie dobrego słowa o twórcach, ale generalnie jest to film na wskroś przeciętny i nawet desperacka plakietka ‚true story’ nie ratuje sytuacji, bo to nadużywany chwyt.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:5

Klimat:5

Napięcie:5

Zaskoczenie:5

Zabawa:5

Walory techniczne:4

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

50/100

W skali brutalności:1/10

I’m in hell

As Above, So Below/ Jako w piekle tak i na Ziemi (2014)

jako w piekle tak i naziemi

Młoda naukowiec, Scarlet, córka znanego historyka i pasjonata alchemii, postanawia kontynuować pracę zmarłego ojca nad poszukiwaniem kamienia filozoficznego. W tym celu przybywa do Paryża, gdzie mieszkał i został pochowany Nicolas Flamel jeden z najsłynniejszych alchemików. Z symboli umieszczonych na jego płycie nagrobnej bystra pani naukowiec odczytuje wskazówki prowadzące do miejsca, gdzie, jak sądzi, Flamel ukrył dzieło swojego życia. Tak trafia do paryskich katakumb, gdzie wśród niekończących się tuneli odkrywa bramy piekła.

jako w piekle tak i naziemi

Mimo dość nachalnej promocji, jakoś umknęło mojej uwadze zamieszanie wokół tego obrazu. I dobrze, bom jeszcze gotowa narobić sobie nadziei na świetny seans:)

John Erick Dowdle to reżyser znanych filmów utrzymanych w konwencji verite, choć zdarza mu się także kręcić klasycznie, jak chociażby w przypadku „Diabła„. Moim zdaniem jedynym na prawdę udanym tworem tego pana są „Taśmy z Poughkeepsie„, zaś „Kwarantanna”, czyli remake sławetnego „Rec’a” jest jego największą porażką.

„Jako w piekle tak i na ziemi”- świetny tytuł, swoją drogą – to kolejny horror kręcony z rączki. Mocno średni jeśli idzie o pomysł i bardzo słaby jeśli idzie o wykonanie.

W czasie oglądania filmu znowu uruchomiła się u mnie alergia na paradokumenty. Nie wszystkie są wkurwiające, nie we wszystkich kamera lata po ścianach, ale niestety „Jako w piekle…” przoduje w tych wadach.

Cały film to w zasadzie przechadzki grupki protagonistów po podziemnym cmentarzysku. Lokalizacja z naprawdę z dużym potencjałem, ale jak dotąd żaden z filmowców nie potrafił jej wykorzystać.

jako w piekle tak i naziemi

Mroczny nastrój skutecznie uśmiercany jest przez zbyt ostre oświetlenie, które owszem, ułatwiłoby widoczność w mrocznym labiryncie, gdyby współgrało z dobrym, czyli statycznym prowadzeniem kamery. A tak, dają nam tym światłem po oczach, a tak naprawdę nie widzimy nic, bo pod takim chujowym kątem, który w dodatku co chwilę się zmienia( i to na gorsze),  jest to po prostu nie możliwe. Umyka nam więc przyjemność z obserwowania scenerii, czyli w zasadzie podstawowy budulec nastroju grozy. Naprawdę da się stworzyć fajny, klaustrofobiczny klimat w takich miejscach, ale trzeba umieć. Pojawia się sporo jump scenek, cała wycieczka co i rusz natrafia na kolejne dziwne przygody więc – dzieje się. Ale do czego to wszytko zmierza?

jako w piekle tak i naziemi

„Jako piekle…” jest horrorem religijnym. Czepia się piekielnych wątków i robi to dość dobrze. Spodobał mi się pomysł pt. ‚piekło jest tuż tuż’, niestety twórcy ukazują go w dość banalnej odsłonie, która najbardziej przeszkadza w finale, który powinien być mocny, zakręcony, dający do myślenia, niestety jest moralizatorski i płaski.

Myślę, że byłoby dużo lepiej gdyby film został nakręcony klasycznie. Tak mamy kolejny półprodukt, niby horror, ale cała jego groza jest oparta na tym, że nie widzimy co się dzieje, bo operatora kamery jest pijany:)

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:6

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:6

Aktorstwo:5

Walory techniczne:2

Oryginalność:5

To coś:5

50/100

W skali brutalności:2/10

Cuda i dziwy 3

V/H/S- Viral (2014)

vhs viral

Powstanie kolejnej części chodliwej noweli filmowej nawiązującej swym tytułem do niesławnych często nagrań VHS, był tylko kwestią czasu. Jak pisałam w starszych recenzjach nie jestem wielką fanką tego pomysłu. Pierwsza część zawiodła mnie dość mocno, natomiast druga wydała mi się już nieco lepsza. Co do trzeciej, jest chyba najgorsza z dotąd powstałych.

Cały obraz liczący sobie osiemdziesiąt minut składa się z czterech segmentów. Historia scalającą jest nagranie młodego chłopaka, obsesyjnego filmowca amatora, któremu marzy się wielka sława w sieci, bycie częścią czegoś większego. Pewnego wieczoru w jego mieście rozpocznie się pościg za szaleńcem w furgonetce. Chłopak koniecznie chce nagrać całe zajście i w tym celu wyłania się na ulicę miasta. W momencie, gdy jest skupiony na łapaniu idealnego kadru pędzącego wozu jego dziewczyna zostaje uprowadzona, przez rzeczonego kierowcę furgonetki.

vhs viral

Ten główny segment będzie starał się łączyć wszystkie pozostałe opowieści grozy, których tu uświadczymy. Oceniam go na 4/10

Pierwszą z nich jest historia magicznego płaszcza, tak, magicznego płaszcza, który daje swojemu posiadaczowi czarodziejska moc. Tym szczęśliwcem jest iluzjonista Dante, który za sprawą tegoż magicznego rekwizytu robi zawrotną karierę.

vhs viral

Niestety płaszcz nie daje nic za darmo, właściciel musi składać mu ofiary z ludzi. Historia raczej słaba, już z samego pomysłu, dziecinnego i naiwnego, nacechowanego wtórnością i skupiająca się na wrażeniach wizualnych, czyli po prostu efekciarstwie.Oceniam go na 4/10

Kolejny filmowy segment to dzieło Hiszpana. W zasadzie jedyny z filmików który się  wyróżnia. Rzecz jest o mężczyźnie, który próbuje skontaktować się ze światem równoległym. Konstruuje drzwi między światami i spotyka alternatywnego siebie. Bohaterzy zamieniają się miejscami na krótkie piętnaście minut, ale to wystarczy, by nasz protagonista dowiedział się zbyt wiele o mieszkańca świata równoległego.

vhs viral

Ten segment oglądałam bez tłumaczenia, w języku oryginalnym, tj. hiszpańskim, więc mam nadzieję, że dobrze zrozumiałam fabułę. Jestem skłonna dać mu 6/10

Trzecia z historii jest totalnie, tragicznie wręcz, niedorzeczna… Grupa skejterów z Kalifornii udaje się do Tijuany by tam nakręcić filmik ze swoimi popisami. Spotykają tam… coś. Kilku ‚cośów’, którzy wyglądają jak lekko przegnili szamani voodoo.

vhs viral

Owi dziwni ‚cośiowie’ atakują protagonistów i w zasadzie na tym koniec. Oczywiście do pojawienia się tych antybohaterów doprowadza seria niefortunnych zdarzeń będących udziałem skejterów.Oceniam na 2/10

W między czasie pojawiają się jeszcze dwa króciutkie filmiki, ale nie bardzo wiem, czy uznać je jako osobne segmenty, czy jako część głównej historii dotyczącej naszego chłopaczka, któremu uprowadzono dziewczynę.

Jeden dotyczy masakry na grilku, drugi to historia dziewczyny, której seks nagranie trafiło do sieci za sprawą ex chłopaka i faceta, który zajmuje się wrzucaniem do sieci takich amatorskich nagrań o seksualnym charakterze.

Wszystko w „VHS Viral” w zasadzie kręci się wokół internetowej sławy, jaką może dać zaistnienie na Youtube. Nasz główny bohater marzy o nagraniu czegoś co przyciągnie widzów, pościg policyjny? Czemu by nie.

Bohater segmentu o płaszczu Dante, również głodny jest sławy, nagrywa wszystkie swoje popisy włącznie z tymi, gdzie dokonuje zbrodni.

Nie wiem jakie zamiary miał koleś od ‚alternatywnej rzeczywistości’, ale również i on kręcił swoją wycieczkę do innego świata.

Co do chłopców skejterów to ich zamiar popisania się na filmiku wrzuconym do sieci jest czytelny od samego początku.

Finał z udziałem naszego ‚przewodnika’ po segmentach ostatecznie potwierdza, że wszystkim chodziło o to samo. O nakręcenie filmu, na punkcie którego oszaleją widzowie Youtube’a.

Czy w związku z tym, widzowie horrorów oszaleją na punkcie nowej części „V/H/S”? Nie sądzę, nie przypuszczam, by przy tak miernym poziomie poszczególnych nowel i pomimo ambicjonalnej próby sklecenia przesłania, mówiącego o negatywnych skutkach internetowej sławy możliwe było wzbudzenie większego zainteresowania. Niestety nic z tego nie będzie.

Moja ocena: (Jako całość) 4/10

Michael szuka demona

The Possession of Michael King/ Opętanie Michaela Kinga (2014)

opętanie michaela kinga

Tytułowy bohater debiutanckiego horroru Davida Junga właśnie stracił- w tragicznych okolicznościach- ukochaną żonę, Sam. Wini za to jej prywatne medium/wróżkę, która poniekąd przyczyniła się do tego, że Samantha znalazła się w złym miejscu o złym czasie. Jest wściekły na tą całą szopkę ze zjawiskami nadprzyrodzonymi, więc postanawia nakręcić dokument udowadniający, że siły nadprzyrodzone nie istnieją. W tym celu na sto sposobów próbuje wywołać demona, co jak wskazuje tytuł filmu- udaje mu się.

opętanie michaela kinga

Cóż, kolejny paradokument właśnie trafił na ladę. Brać, czy nie brać? Ano, wziąć można. Niestrawności po nim nie będzie, ale uczta kinomana to to też nie jest.

Jak zauważyliście tło historii jest dość dramatyczne, śmierć i żałoba, którą nasz bohater próbuje odreagować wyżywając się na wszystkich tych, którzy wierzą w życie pozagrobowe, opętania, boga i jasnowidzów.

opętanie michaela kinga

Nie wiem czemu obrał sobie na cel właśnie demony, w końcu co one były mu winne? Mniejsza z tym.

Nasz bohater przez pierwszą połowę filmu bawi nas przygodami jakie napotyka na ścieżce tropiciela demonów. Trafia do szalonego nekromanty, którzy wstrzykuje mu jad żaby i przyszywa do brzucha zęby nieboszczyka lojalnie uprzedzając, że teraz zamieszka w nim dusza zmarłego. Oczywiście Michael używa też bardziej dostępnych środków wabienia demonów, jak ‚zestaw internetowy do wywoływania demonów’. Najbardziej pojechaną akcją jest jednak spotkanie z demonologiem i jego żoną, które zmienia się w satanistyczną orgie doprawioną LSD. Nie należy też pomijać pierwszego spotkania jakie odbywa Michael, wprowadza ono w dość określony stan ducha.

opętanie michaela kinga

Balansujemy tak między grozą, a groteską słuchając szyderczego śmiechu Michaela, do którego póki co, żaden demon przyjść nie chce, aż… zacznie się. Co się zacznie? Ano, opętanie.

Zaczyna się niewinnie, bo od omamów słuchowych, Michael słyszy nieustanny szum, który stara się coś zagłuszyć. Co? Głos diabła. Okazuje się, że jedno z spotkań było bardziej owocne niż podejrzewał bohater, bo w końcu przyplątał się do niego demon. Nie jakiś Legion, Baal czy Lucyfer. To raczej typ z dalszego szeregu, więc doceniam inwencje twórcy filmu, że chciało mu się znaleźć coś oryginalniejszego, przy czym włożył on stosowne wysiłki by objawy opętania pasowały do specyfiki działania tego akurat demona.

opętanie michaela kinga

W czasie jednego z Michaelowych spotkań usłyszymy o nim więc wiemy do czego zmierza demon. To bardzo mi się spodobało. W paradokumentach najbardziej, po za latającą kamerą ,wkurwia mnie brak konsekwencji w prowadzeniu fabuły. W pewnym momencie twórca zaczyna płynąć i widzimy tylko rozmazany, rozhuśtany obraz, a o co tak naprawdę chodzi nikt nie wie i nawet nie ma czasu się zastanowić, bo próbuje nadążyć za latającym obrazem, albo wytropić w ciemnym kącie to coś, na co filmowy bohater reaguje krzykiem. Tu jest nieco inaczej. Efekty wizualne nie są tak nachalne, oczywiście pojawią się wygięcia i przegięcia ciała, rzut o ścianę czy tego typu kwiatki, ale głównie chodzi o wrażenia słuchowe- od nich wszytko się zaczyna.

Michael nieustannie chandryczy się z diabłem, jak duży to błąd ostrzegł go jeden z rozmówców. Opętanie wygląda tu więc trochę inaczej. Nie jakiś targ o dusze w stylu „Emilly Rose, rozstań cierpiętnicą”, demon Michaela jest bardziej zabawny. Można nawet powiedzieć, że trafił swój na swego:)

opętanie michaela kinga

Jeśli chodzi o to, czy film przeraża, to tu jest raczej średnio. Niby jest się czego bać, bo diablisko ostro sobie poczyna, ale nie brakuje tu wisienki na torcie.

Dużo się dzieje, więc nudy nie ma, montaż jest przyzwoity, kamery w miarę statyczne, jak na debiut jak najbardziej ok.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:7

Zaskoczenie:5

Zabawa:7

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

To coś:6

Oryginalność:6

65/100

W skali brutalności:3/10

Egzorcyzm, nie pierwszy i nie ostatni

Last exorcism/ Ostatni egzorcyzm (2010) &

Last exrcism 2/ Ostatni egzorcyzm 2 (2013)

ostatni egzorcyzm

ostatni egzorcyzm

Wielebny Cotton Marcus nie jest człowiekiem wiary. Mimo to od wielu lat z sukcesem zajmuje się sprawami kościoła, ściślej mówiąc jest egzorcystą. Sam przyznaje, że w XXI wieku opętania mają się całkiem dobrze i można na tym zarobić.

Swój ostatni egzorcyzm przed ’emeryturą’ zamierza odprawić przed kamerami bezlitośnie obnażając naiwność i ciemnotę ludzi, a także własne wyrachowanie w czerpaniu zysków z powyższych przymiotów.

Dostaje zlecenie od pewnego farmera z Luizjany – stanu słynącego z wszelakiego zabobonu – który domniema, że jego szesnastoletnia córka jest opętana przez demona. Źle się zachowuje, ‚dokucza’ zwierzętom, na koniec nic z tego nie pamiętając.

Wielebny wraz z ekipą dokumentalistów wyrusza do domu Louisa Sweetzera odstawić swoją szopkę.

ostatni egzorcyzm

Pamiętam, że kiedy cztery lata temu obejrzałam trailer „Ostatniego egzorcyzmu” byłam szalenie na niego napalona. Robił wrażenie. Jak się później okazało, praktycznie wszytko, co było godnego uwagi w tym filmie zostało zawarte w spocie reklamowym. Wiele więcej tam nie mamy.

Początek seansu to krótkie pourywane wywiady, wypowiedzi głównego bohatera, który klaruje widownio to, co większość i tak wie: że wspólnoty religijne oparte są na manipulacji, że mają za zadanie zmniejszyć lęk ludzi przed tym, co nie zbadane dając abstrakcyjne, ale pełne patosu odpowiedzi na pytania dręczące owieczki. Że opętania to pic itp.

Nasz cynik z całym majdanem przekory i ironii wyrusza na swoją ostatnią misje. Po rozmowie z ojcem opętanej odprawia szybkie ‚czary mary’, inkasuje okrągłą sumkę i myk do hotelu.

Jego zdziwienie jest przeogromne, gdy wyegzorcyzmowana dziewczyna robi mu nocą wizytę w pokoju. Od tego momentu zaczyna się właściwa akcja filmu. Facet zaczyna mieć wątpliwości. Może z tą młodą jest coś na rzeczy? Może nie chodzi tylko o zwrócenie na siebie uwagi? Może rygoryzm religijny na stałe poprzestawiał jej klepki?

Postać cynika, który będzie musiał zmierzyć się z czymś, co nigdy nie miało miejsca w jego życiu, w jego świadomości, to typowy bohater filmów o opętaniach, czy nawiedzeniach. Twórcy wystawiają takiego, a nie innego protagonistę licząc, że niedowiarkom będzie łatwiej się z nim utożsamić. Że w pewnym momencie seansu z filmem, zaczniemy przeżywać to co on, zaczniemy wierzyć w nadnaturalny charakter zjawiska, co automatycznie przełoży się na wiarygodność całego filmowego przedsięwzięcia. Być może czasem się to sprawdza.

Drugim chwytem jaki stosuje reżyser jest wykorzystanie formuły paradokumentu, ale na to już chyba nikt się nie nabiera:)

Tak, czy inaczej starania twórcy by wymusić w widzu ‚kryzys niewiary’ są tęgie.

Z pomocą przychodzi mu także inny bohater, a raczej bohaterka. Nel, świetnie wykreowana przez Ashley Bell. Mała dźwiga na swoich barkach ciężar całego filmu. Ta postać zdecydowanie się udała. Biedne dziewczę, które pierwszy raz widzi na oczy martensy i pała do nich pożądaniem. Wygląda jak zabiedzona pasterka owiec, a jej zachowanie i wypowiedzi świadczą o tym, że religijny tatuś wyprał jej mózg.

ostatni egzorcyzm

Nasz egzorcysta patrzy na nią z politowaniem, ale dopiero w drugiej połowie filmu autentycznie angażuje się w jej sprawę. Dokładnie wtedy, gdy okazuje się, że szesnastolatka żyjąca na bezludziu, odcięta od świata i rówieśników jest w ciąży. Tu mężczyźnie zapala się czerwona lampka. Czyżby religijny wdowiec praktykował w domu Fritzlowski model rodziny?

Sprawy nie ułatwiają kolejne psychiczne odjazdy Nel, którą doprawdy ciężko okiełznać. W tym momencie uświadczymy kilku zgrabnie nakręconych sekwencji ukazujących domniemaną demoniczność Nel. Mordowanie kota mogli sobie darować, ale po za tym wrażenie jest całkiem pozytywne.

ostatni egzorcyzm

No i mamy finał, wyprorokowany w radosnej twórczości małej Nel. Całkiem nieźle to wygląda.

Gdyby skupić się tylko na fabule i aktorstwie mogłabym uznać ten film za całkiem udany, ale… Wszytko pogrzebała realizacja. Jest to jeden z tych paradokumentów, które niemożliwie mnie wkurwiały sposobem kręcenia. Kamera jest totalnie niestabilna, obserwujesz obraz i nie wiesz o co chodzi. Ten film składa się w zasadzie ze zmontowanych migawek, nie ma tu praktycznie dłuższych ujęć.

Nie byłam w stanie czerpać przyjemność ze śledzenia akcji, bo dostawałam oczopląsu. Szkoda, że twórcy zawierzyli konwencji found footage, bo to automatycznie obrzydza ten obraz moich oczach.

Inaczej sprawa ma się z kontynuacją „Ostatnich egzorcyzmów”. Ha, zabawne. „Ostatni egzorcyzm 2”. Brzmi to nieporadnie. Ale kto by się tym przejmował, jeśli w grę wchodzi godziwa gratyfikacja finansowa i praktyczne półdarmowa promocja napędzona popularnym już tytułem?

W trzy lata po premierze „Ostatniego egzorcyzmu” inny reżyser doszedł do wniosku, że ostatni egzorcyzm jednak nie będzie ostatnim.

Jako że ekipa dokumentalistów i wielebny nie przeżyli pozostało skupić się na Nel. Tylko ona  i jej ojciec zostali ze starej obsady.

Nowy twórca odwraca się plecami do modnego paradokumentu i klei swój film w klasyczny sposób. Niewiele to daje, jeśli mam być szczera, bo tu z kolei mamy bardzo słaby pomysł na fabułę:

Nel udaje się wydostać z wiochy nawiedzonych sodomitów i trafia do ośrodka dla dziewcząt po przejściach. Tu zaczyna układać sobie życie, ale demon nie daje jej żyć. Bo się w niej zakochał. (hahaha). Rzęsiste brawa, zakochany demon, tego jeszcze nie było.

ostatni egzorcyzm

Litość i trwoga ogarnia mnie na myśl o tym, że ktoś był gotowy wyłożyć kasę na taki pomysł. Ton tej opowieści jest jak najbardziej poważny, choć treść wskazywała by raczej na pastisz. Nawet siła napędowa pierwszej produkcji, czyli odtwórczyni roli Nel porusza się po nowym planie filmowym w lekkim zagubieniu. Jakby zupełnie wypadła z roli, albo nie wiedziała, z której strony ugryźć ten potężny kawał kału, który służy tu za scenariusz.

Szczerze mówiąc, spodziewałam się, że ta kontynuacja będzie nieprzemyślanym skokiem na kasę.

Słowem podsumowania mogę powiedzieć tyle: Pierwszy z dwóch ostatnich egzorcyzmów jest do strawienia. Ma ode mnie plus za fabułę, bardzo typową, ale jest to schemat, który się sprawdza, nie zależnie o tego ile razy będzie się go wałkować. Niestety forma przekazu jest bardzo słabo przyswajalna dla kogoś kto nie ma cierpliwości do latającej kamery – to znacznie obniża ocenę. Druga część to pomyłka i nieporozumienie.

Moja ocena:

Ostatni egzorcyzm: 5+/10

Ostatni egzorcyzm 2:  3-/10

Rajski ogród

Sacrament (2013)

sacrament

Grupa dziennikarzy z Vice w Nowym Jorku wyrusza do innego kraju, gdzie mają zamiar nakręcić dokument o sekcie, do której należy siostra jednego z nich. Oczywiście nadrzędnym celem jest zbadanie warunków bytowych ludzi, którzy porzuciwszy wszystko podążyli za głosem ‚Ojca’ by budować sobie lepszy świat – Rajski ogród.

sacrament

sacrament

Ti West, bardzo ciekawy twórca scenariuszy i reżyser horrorów we współpracy producenckiej z Elim Rothem nakręcił ten oto horror, który moim skromnym zdaniem horrorem wcale nie jest.

Posiłkując się konwencją found footage opowiada nam historię trójki nieszczęśników, którzy w swej naiwności wierzą w dobre chęci przywódcy sekty.

Owszem początkowo są podejrzliwi, ale rozmowa z nieco aroganckim, ale dość sympatycznym i przede wszytkim charyzmatycznym kolesiem zwanym Ojcem wmanewrowuje ich w przekonanie, że siostra Patricka odnalazła tu raj na ziemi. Ona i wielu wielu innych.

Jak wielkie jest ich zdziwienie, gdy okazuje się, że większa część plemienia marzy o tym by nawiać z rajskiego ogrodu…

sacrament

Ogółem jest to całkiem niezła historia, dość dramatyczna, poruszająca ciekawy wątek we w miarę przyzwoity sposób, ale grozy tu nie ma.

W końcowych scenach pojawi się sporo trupów, ale przez większość czasu panuje spokój. Wokół sekty i jej poczynań utkana jest pajęczyna intrygi, pewne rzeczy budzą podejrzenia, ale czy to wystarczy choćby na thriller?

Myślę, że West chciał zrobić film w nieco poważniejszym tonie, a że zazwyczaj robił właśnie filmy grozy, to „Sacrament” trafił do tego samego worka.

A tak BTW to film można obejrzeć, podobnie jak „Haunt” w ramach ‚wideo na życzenie’.

Obraz dla osób zaciekawionych machiną prania mózgu w tego rodzaju zgrupowaniach. Oczywiście mogę polecić sporo innych, lepszych filmów o takiej tematyce chociażby „Red State”, „Martha, Marcy, May, Marlen”, czy „Sound of my voice„, ale myślę, że i ten zadowoli widza, który szuka tego rodzaju produkcji.

Moja ocena:

Straszność: 5

Fabuła:7

Klimat:5

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:6

64/100

W skali brutalności: 2/10

Paradokument o wampirze

Afflicted/ Dotknięcie mroku (2013)

afflicted

Derek i jego kumpel Clif postanawiają wyruszyć w trwającą rok podróż dookoła świata. Plan ambitny i odważny zważywszy na to, że pierwszy z mężczyzn ma poważne problemy zdrowotne i w każdej chwili może spotkać się ze stwórcą. To ich nie zraża, wręcz przeciwnie. Pełni determinacji ruszają z Kanady do Europy, gdzie zacznie się ich przygoda. Wkrótce trafiają do Paryża gdzie Derekowi udaje się, ku zdziwieniu kumpli, poderwać atrakcyjną Audrey i zwabić ją do swojego pokoju hotelowego. Gdy kumple znajdują go nieprzytomnego z pogryzionego w łóżku można by zacząć się zastanawiać, kto kogo zwabił i w jakim celu? Wnioski nasuną się same i to w bardzo krótkim czasie.

Oto moi drodzy pierwszy horror paradokument o wampirach. Ha, tego jeszcze nie było. Oświećcie mnie jeśli się mylę;)

Domyślałam się, że większość z Was po przeczytaniu ostatniego akapitu pokręciło głową ze zrezygnowaniem. Gdybym czytała opisy filmów przed ich obejrzeniem, to zapewne nie wzięłabym się za niego. Współczesne horrory o wampirach są zazwyczaj słabe, a przy dobrym wietrze najwyżej średnie. O konwencji found footage mam też zdanie takie, a nie inne. Ale…

afflicted

afflicted

afflicted

No, właśnie z połączenie dwóch motywów, za którymi nie przepadam wyszedł film, który całkiem przypadł mi do gustu. Nie wiem jak twórcom udało się to osiągnąć, ale jakimś cudem się udało.

Jako reżyserzy i scenarzyści obrazu figurują odtwórcy głównych ról. Zabieg znany z „Grave encounters„, mający za zadanie wmówienie widzowi, że ma do czynienia z autentycznym nagraniem, stworzonym przez amatorów. Kto tak naprawdę stoi za tą produkcją pewnie można się skądś dowiedzieć, ale nie będę psuła intrygi.

Od samego początku seansu z filmem wydarzenia śledzimy dzięki nagraniom Cliffa, który  jest głównym dokumentalistą wycieczki. Obserwujemy ich radosne wybryki aż do momentu, gdy Derek po spotkaniu z tajemniczą Francuzką zaczyna chorować. Zwraca wszystko, co zje, alergicznie reaguje na światło. Z czasem przybywa mu mocy. Staje się bardzo silny i szybki. Nie chce iść do szpitala z obawy, że już z niego nie wyjdzie.

Cliff i Derek zaczynają rozważać różne opcje, dzięki bogu chwila, w której odkrywają co spotkało Derek’a nie jest ukazana w jakimś dramatyczny tonie, który ma sugerować widzowi, że teraz powinien spaść z krzesła z wrażenia. Myślą logicznie i dochodzą do logicznych wniosków.

Kiedy już wiedzą, co dolega Derek’owi mają nowy problem, jak go nakarmić? Tu znowuż mamy metodę prób i błędów, której efekt jest dość tragiczny.

afflicted

afflicted

W głowie Dereka rodzi się pomysł żeby odszukać Audrey, ale zanim na to wpada zdąży narobić sporego zamieszania, toteż w drugiej połowie filmu widz będzie świadkiem nieprzerwanej gonitwy. Tempo zostaje solidnie podkręcone toteż obawiałam się, że teraz skończą się w miarę statyczne i przemyślane ujęcia. Wręcz przeciwnie. Dobrodziejstwo found footage zostaje wykorzystane w sposób zaskakująco prawidłowy. Kamera zawieszona na szyi bohatera łapie dobre ujęcia niekiedy robiąc autentycznie mocne wrażenie, szczególnie w momentach starć z przeciwnikami.

Sam finał, czyli spotkanie z Audrey jest zadowalające, jeśli chodzi o takie rozwiązanie fabularne. Motyw wampiryzmu nie jest tu ukazany w sposób pomysłowy, jest na wskroś współczesny, w pewnym momencie pojawiło się nawet skojarzenie ze „Zmierzchem„, ale akurat wykorzystany tu element jest sensowy i przedstawiony w sposób nie trącący gimnazjalnym tokiem myślenia.

Film mile mnie zaskoczył. Trzyma poziom jeśli chodzi o realizację: zdjęcia, montaż, no, nawet aktorstwo. Tempo akcji jest szybkie, napięcie się utrzymuje, więc obserwowanie dalszych wydarzeń nie nudzi. Jeśli mnie, jako antyfance found footage ten obraz się spodobał to jego zwolennicy powinni być zachwyceni.

Moja ocena:

Straszność: 6

Fabuła:7

Napięcie:8

Klimat:6

Zabawa:8

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Zaskoczenie:5

Oryginalność:6

To coś:7

66/100

W skali brutalności: 3/10

Rzeźby Pana Jonesa

Mr. Jones (2013)

mr jones

Penny jest fotografem, jej facet Scott marzy o nakręceniu filmu dokumentalnego. Swoje pasje zamierzają spełniać z dala od cywilizacji. Przeprowadzają się na odludzie, by tam pracować nad swoim związkiem i filmem.

mr jones

Po 51 dniach dokument stoi w martwym punkcie, a para zaczyna się kłócić. Niespodziewanie w okolicy ich posesji napotykają osobliwego człowieka. Koleś kradnie Scottowi plecak, gdzie znajdowały się kluczyki do ich auta. Para śledząc go tafia do jego chaty. Chata to nic. Trafiają do jego piwnicy.

mr jones

Okazuje się, że ów tajemniczy człowiek jest znanym na całym świece artystą słynącym z upiornych rzeźb przypominających strachy na wróble. Penny i Scott postanawiają rozwikłać tajemnicę twórczości i życia artysty nazywanego Panem Jones’em.

mr jones

Twórcę obrazu, Karla Mueller’a możecie znać z thrilleraDivide„, którego był scenarzystą. W „Mr. Jones” odpowiada za obydwa twórcze aspekty, pomysł i realizację.

Bardzo lubię horrory, w których dziełom sztuki przypisywane są właściwości nadprzyrodzone. Moim faworytem jest tu „Portret Doriana Graya„.

„Mr. Jones” również wykorzystuje ten motyw, bo nasi bohaterzy szybko orientują się, że rzeźby artysty mają potężną moc oddziaływania na osoby, do których trafią. Z nieznanych przyczyn Pan Jones rozsyła po świecie swoje rzeźby, a życie każdego z ludzi, którzy się z nimi stykają zmienia się bezpowrotnie.

mr jones

Penny i Scott widzą nie jedną a wiele rzeźb stworzonych przez artystę, jak wielki będzie miało to na nich wpływ możecie się domyślać.

Horror wpisuje się w konwencję found footage nad czym ubolewałam od pierwszych chwil seansu. Twórcy horrorów nadal naiwnie myślą, że kręcąc paradokument doskonale zamaskują niedoróbki realizacyjne i braki w budżecie, podczas, gdy ja, jako odbiorca coraz silniej przekonuję się o tym, że trudniej jet nakręcić dobre found footage niż klasyczny obraz.

mr jones

Nie wystarczy machać kamerą na wszystkie strony, ucinać sceny, majstrować zakłócenia, w chaosie found footage musi być jakaś metoda, jeśli jej zabraknie film będzie leżał.

Pomysł na „Mr Jones” bardzo mi się podobał. W fabule nie brak tajemniczości, niejasności, różnych ścieżek interpretacji przedstawianych wydarzeń.

Jedyne czego zabrakło to porządnej realizacji. Dość już tych zbliżeń na zapłakane twarze skryte w ciemności, dość tych przeskoków i niewyraźnych kadrów.

mr jones

Fabuła historii nie jest prosta do ogarnięcia, a gdy przedstawi się ją jeszcze w taki sposób wrażenie chaosu zdominuje wszytko. Szkoda mi tego scenariusza, mógłby być z tego kawał dobrego filmu.

Moja ocena:

Straszność:7

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zaskoczenie:6

Zabawa:6

Aktorstwo:6

Walory techniczne:5

Oryginalność:7

To coś:6

63/100

W skali brutalności:1/10

Śmerć online

The Den (2013)

Den

Studentka, Elizabeth otrzymuje od uczelni grant umożliwiający jej zbadanie ‚sekretnego życia’ użytkowników internetowych czatów. Jej praca ma polegać na przeprowadzeniu i udokumentowaniu jak największej ilości rozmów z użytkownikami video chatów z całego świata. Ma to dać obraz temu, z czym można zetknąć się w sieci.

Liz ostro bierze się do roboty i szybko nawiązuje kontakt z najróżniejszymi odszczepieńcami, żartownisiami, zbokami i nawet, czasami, zupełnie normalnymi ludźmi.

Problem z jednym z rozmówców pojawia się dość szybko. Liz jest światkiem zbrodni online. Widzi jak ktoś podrzyna gardło dziewczynie, z którą jak sądziła przed chwilą korespondowała. Człowiek, który załatwił dziewczynkę teraz zagina parol na Liz.

Den

Den

„The Den” to obraz mało znanego twórcy, który wykorzystuje formułę found footage. Zamiast amatorski nagrań z kamer przemysłowych, kręcenia z rączki, czy zlepku taśm super 8, reżyser posługuje się nagraniami z kamery internetowej.

Z tego typu rozwiązaniem mieliśmy już do czynienia w przypadku „Megan is missing„, zaś sam pomysł wirtualnego prześladowcy może kojarzyć się także  z obrazem „Nieuchwytny”, „Smile„, czy „Cyber stalker”. Dorzuciłabym jeszcze jeden tytuł, ale byłby to zbyt duży spoiler.

Formuła paradokumentu w przypadku „The Den”- tytuł od nazwy czatu-  sprawdza się idealnie. I nie dlatego, że jestem fankom tego typu rozwiązań, lecz dlatego, że daje widzowi szansę na większy wgląd w cybernetyczną przestrzeń, w której egzystuje Elizabeth. Po protu z tej perspektywy wszystko ‚lepiej widać’.

Sam widz ma przy tym wrażenie, że w jakiś sposób uczestniczy, lub też obserwuje ‚online’ poczynania bohaterki i prześladowcy.

A jest na co popatrzeć, bo stalker jest bardzo pomysłowy, posiada dużą wprawę i w porównaniu ze studentką, która wybierając temat badań, moim skromnym zdaniem, porwała się z motyką na słońce, jest królem internetu.

Liz jest bezradna wobec jego zdolności hakerskich, co gorsza, świat internetowych prześladowań zaczyna wkraczać do jej  życia z poza sieci. Zaczynają ginąć ludzi z jej otoczenia, a ona sama zaczyna wyczuwać fizyczną obecność prześladowcy w swoim życiu.

Den

Widz może znaleźć kilka możliwych tropów prowadzących do różnych podejrzanych. Wszytko jednak okazuje się daremnym trudem.

Film mówi o tym jak cienka jest granica między tym, co wirtualne a tym co realne, jak łatwo można się przejechać na przekonaniu, że sieć stanowi odrębną rzeczywistość i w żaden sposób nie zagraża nam fizycznie. Porusza tez kwestię tego, do czego mogą być wykorzystywane możliwości cyberprzestrzeni.

Moja ocena:

Straszność:7

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Oryginalność:7

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

To coś:7

67/100

W skali brutalności:3/10