Archiwa tagu: paradokument

Jak zostać mordercą?

Making a Murder – odc. 1-10 (2015)

making a murder

Steven Avery po raz pierwszy trafił przed sąd jeszcze jako 19letni chłopak. W ramach zabawy z kumplami podpalił kota. Kto by pomyślał, że ta zbrodnia doczeka się wyroku dożywocia?

Okrucieństwo wobec zwierząt to w zasadzie jedyny zarzut, który został mu w pełni udowodniony, to zarzut, do którego się przyznał.

Parę lat później gdy Steve założył rodzinę i wraz z nimi wiódł spokojny żywot ‘janusza cebulaka’ w małym mieście w Wisconsin, na pobliskiej plaży doszło do napaści seksualnej na szanowaną członkinie małej społeczności hrabstwa Manitowoc. Otoczenie od razu wskazali na Stevena. Okruszek do okruszka zbierali wysokiej wątpliwości dowody aż doprowadzili do skazania chłopaka na 60 lat.

making a murder

Po 18 latach Steven wychodzi na wolność,  bo drodzy Państwo okazało się, że dowody były zmanipulowane, a wyniki badan DNA wskazywały zupełnie innego sprawce. Swoją drogą był nim seryjny gwałciciel, którego władze hrabstwa spuściły z oka na jeden dzień. Co lepsze, wszyscy włącznie z prokuratorem zdawali sobie sprawę, że wina Averyego jest wielce wątpliwa. Chłopina wyszedł z paki i zażądał od zamieszanych w preparowanie dowodów śledczych, prokuratury i hrabstwa odszkodowania w wysokości 36 milionów dolarów.

Pewnie nie jednokrotnie słyszeliście o sprawach karnych, w których zapadały wyroki oparte na dowodach prosto z dupy. Po kilku latach, gdy dobrodziejstwo nauki pozwalało na zgłębienie fizycznych dowodów okazywało się, że naoczny świadek gówno widział, a facet, który odsiedział w pierdlu pół życia nigdy nie był na miejscu zbrodni. W Stanach istnieje nawet organizacja pozwalająca ubiegać się niesłusznie skazanym o powtórne procesy sądowe. Avery był jednym z nich. Niestety cieszył się wolnością tylko przez siedem miesięcy. Bo nim sprawa odszkodowania nabrała rozpędu, a odpowiedzialni za feralny wyrok potracili stołki Steven powtórnie został aresztowany. Tym razem za morderstwo.

Dziesięcioodcinkowy serial produkcji Netflix ukazuje historię człowieka skazanego za dwie zbrodnie, których nie popełnił. Przynajmniej taki jest zamysł twórców i tak wygląda perspektywa z jakiej ta opowieść jest przedstawiana.

making a murder

Jeśli chodzi o moją prywatną opinię, to niczego nie mogę być pewna, aczkolwiek muszę przyznać, że twórcy filmu pokazali sprawę Averyego w sposób tak sugestywny, że zagryzałam zęby z furii.Uwierzyłam im.

Serial pokazuje walkę jednostki z systemem. System każdorazowo kopie po dupie wybranego kozła ofiarnego, czyli faceta z biednej rodziny żyjącej na społecznym marginesie.

Po tym jak Steven dowiódł swojej niewinności w sprawie o gwałt system postawił veto. To wygląda jakby mówili: Mało ci było odsiadki? Teraz chcesz kasy? To cie wpierdolimy w takie łajno, że do końca życia będziesz zeskrobywał z siebie gówno. Stawiasz się? To jeszcze w kopiemy twojego upośledzonego siostrzeńca, niech też posiedzi.

Nie mogę Wam zrelacjonować tej historii ze wszystkimi bulwersującymi szczegółami, bo zabrakło by mi liter. A z reszta liczę, że ktoś z Was będzie na tyle szalony, że poświeci dziesięć godzin życia i obejrzy ten serial.

Chciałabym Wam powiedzieć, że scenariusz jest zajebisty, a twórcom należą się brawa. Ale scenarzystą jest samo życie i Steven Avery do dziś dnia siedzi w pierdlu. Again.

Powtórnie skazano go w roku 2007 i mimo iż cały proces był… uh… maksymalnie dziwny to chłopina ma marne szansę na wyście na wolność mimo iż nad jego losem ronią łzy ludzie z całego świata i sam Barac Obama.

making a murder

Oglądając pierwszy odcinek i słysząc o akcji z kotem, pomyślałam sobie: masz za swoje pogięty pojebie. Później zmieniałam zdanie. Osiemnaście lat za kota w pełni mnie usatysfakcjonowało. Niestety nie usatysfakcjonowało systemu.Po odparciu zarzutu za gwałt pojawiło się morderstwo. Miałam wrażenie, że trup tej dziewczyny spadł im z nieba…

Serial utrzymany jest w konwencji paradokumentu. Stanowi gratkę dla osób zainteresowanych kryminologią, a także miłośników potyczek sądowych. Mamy tu nagrania z rozmów telefonicznych, relacje z sali sądowej, nagrania przesłuchań, Relacje z mediów, rozmowy z rodziną ofiary i skazanego ( jak mi się serce krajało na widok rodziców Averyego, mam nadzieję że dożyją wyjścia syna na wolność) i oczywiście rozmowy z samym osadzonym.

making a murder

Historia opowiadana jest chronologicznie. Z odcinka na odcinek rośnie napięcie, ba, rośnie wkurwienie.

Co mnie osobiście zaintrygowało to nadnaturalny przerost polsko brzmiących nazwisk wśród osób z zamieszanych w sprawę;)

Przez dziesięć godzin będziecie trwać z opadem dolnej szczęki, mogę Wam to praktycznie zagwarantować. Wszyto jest pokazane tak szczegółowo, że zęby bolą.

Oczywiście pamiętajcie, że film narzuca pewną perspektywę. Być może prawdziwą, ja tak podejrzewam, ale jest to perspektywa z góry zakładająca niewinność skazanego. Czy jest to słuszna perspektywa? Oby nie, bo jeśli tak to znaczy, że ten świat powinien spłonąć, za podłość, za bezwzględność, za brak refleksji, za brak sumienia.

making a murder

Serial polecam gorąco! Jeśli kto już go widział niech podzieli się wrażeniami w komentarzu.

Moja ocena:9/10

Syndrom Jerozolimski

Jeruzalem (2015)

jeruzalem

Dwie młode i bogate żydówki mieszkające w Stanach, Sarah i Rachel, wyruszają w podróż do Izraela. Szukają tam całonocnych imprez i rozrywek wszelkich maści jednak w samolocie poznają młodego archeologa, Kevina i to on namawia dziewczyny na zmianę kierunku i wybranie się z nim do Jerozolimy. Laski ochoczo porzucają swoje plany, jedna z nich porzuca nawet ciuszki na rzecz zabaw oferowany przez Kevina. Lądują w hotelu w starej części miasta przed dzień święta Jom Kippur, które według niektórych mieszkańców miasta skończy się katastrofą miary apokalipsy. Oczywiście młode niewiasty i ich towarzysze zabaw w to nie wierzą i oczywiście się mylą.

No, cóż mamy kolejny mcdocumentary religią w roli głównej, czyli coś w tylu niedawnego “Jako w piekle tak i na ziemi. Piekło jest tu z resztą ważnym tematem, bo wedle wierzeń to właśnie w Jerozolimie znajduje się jedna z trzech bram do piekła. W filmie pojawiają się apokaliptyczne nawiązania, począwszy od zmartwychwstania zmarłych po zjazd demonów na ludzkiej ziemi.

jeruzalem

Całą historię śledzimy dzięki bajeranckim smart okularom jakie w prezencie od tatusia otrzymała Sarah. To one są nam kamerzystą, co jest chyba nieco lepszym rozwiązaniem niż kręcenie z ręki, bo jednak głowa bywa bardziej stabilnym statywem:)

Pierwsza połowa filmu stanowi wieczorek zapoznawczy z bohaterami i tłem opowieści. Bohaterowie jak na amerykańskich turystów przystało piją i pieprzą się co dla obserwatora jest elementem średnio atrakcyjnym.

Tło, czyli Jerozolima i jej kontekst kulturowo religijny jest już elementem dużo ciekawszym. Nigdy nie byłam w Izraelu i pewnie nie będę więc mogłam się napatrzeć, a jest na co. Obraz miasta wypada tu świetnie, na każdym kroku historia, tajemnicze przejścia, ślepe uliczki, mieszanka wybuchowa narodowości.

jeruzalem

Pojawia się też wątek psychicznego kryzysu zwanego syndromem jerozolimskim, który dotyka niektóre osoby pielgrzymujące do ziemi świętej. O taką przypadłość podejrzewany jest Kevin, którego już pierwszej nocy po przybyciu do miasta zaczynają trapić złe przeczucia.

Innym jerozolimskim szaleńcem jest mężczyzna zwany ‘królem Davidem’, który nieustannie kursuje po ulicach wieszcząc apokalipsę. Wszytko to, całe tło wydarzeń wypada całkiem fajnie, przynajmniej dla mnie. Jest to pewnikiem zasługa twórców, braci Paz, którzy ze względu na swoje urodzenie potrafili w interesujący sposób pokazać widzowi Jerozolimę. Nigdy nie oglądałam żarnego horroru z tej części świata więc było to dla mnie nowe doświadczenie.

jeruzalem

W drugiej partii filmu zaczynamy mocnym tąpnięciem. W noc wspomnianego święta zaczynają dziać się niesłychane rzeczy. Niewiele jednak można z tego zrozumieć;) Na ulicach totalny chaos. Mówi się o ataku terrorystycznym. Z głośników wydobywają się jakieś niezrozumiałe komunikaty. Władze zamykają bramy miasta, a nasi bohaterzy muszą poradzić sobie sami. Nie zabraknie tu przestrzeni na zaprezentowanie zachowań podręcznikowo głupich, ale tego akurat należy się spodziewać.

Sarah, Rachel, Kevin i kilku miejscowych postanawiają wydostać się z miasta podziemiami. Wizualnie podziemia Jerozolimy wypadają super. W tej części filmu zaczyna się też szarżowanie efektami komputerowymi w celu zmajstrowania dobrze wyglądających zwiastunów apokalipsy. Demoniczne, skrzydlate postaci kojarzące mi się z harpiami wyglądają całkiem znośnie. Owe stwory polują na ludzi w tym na naszych protagonistów.

jeruzalem

Im bliżej finału tym więcej zamieszania. Ogólnie jak na tak długi wstęp film ma całkiem żywe tempo. Jak na tak ograny motyw jak sąd ostateczny nie znudził mnie tak żebym klęła z niesmaku. Nawet jak na found footage nie wkurwiał tak bardzo oka. Ze zdziwieniem muszę stwierdzić, że wbrew moim oczekiwaniom, które były jak najgorsze, film nie jest taki kiepski.

Dużo dobrego robi miejsce akcji, w moim przypadku zrobiło chyba całą robotę, niestety obiektywnie patrząc mamy tu też bardzo asympatyczne bohaterki, tendencyjny motyw przewodni i obraz macdocumentary. Nie wiem, czy komuś tak bardzo jak mnie spodoba się klimat Jerozolimy by przymknąć na te rzeczy oko.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:5

Oryginalność:5

To coś:6

56/100

W skali brutalności:1/10

Paranormal Activity: uśmiercenie serii

Paranormal Activity: The Ghost Dimension/ Paranormal Activity: Inny wymiar (2015)

pa6

Rodzina Ryana i Emily wraz z małą córeczką wprowadza się do okazałego domu, tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Z tej świątecznej okazji z wizytą wpada także brat pana domu, Mike. Bracia szperając w rzeczach dawnych lokatorów znajdują stary sprzęt do nagrywania i sporo taśm z domowymi filmami.

Kiedy chłopcy bawią się kamerą odkrywając jej niezwykłe właściwości, najmłodsza lokatorka, mała Leila nawiązuje znajomość ze starym, dobrym Toby’m, demonem, który obecny jest we wszystkich odsłonach serii “Paranormal Activity“.

W domu zaczyna się źle dziać, a bracia ze zgrozą odkrywają, że taśmy w których posiadanie weszli są relacją z przed lat kiedy to dwie małe dziewczynki Kate i Kristy  były poddawane podejrzanym zabiegom sekty wyznającej diabła. Wszystko wskazuje na to, że ich rodzina będzie kolejną ofiarą nawiedzenia.

Dali by już spokój z tą serią, bo zaczynają być żałośni. Tak naprawdę cała formuła wypaliła się po dwóch pierwszych ‘odcinkach’, choć na plus odnotowuję również azjatycką odsłonę drugiej części.

To właśnie nieszczęsna trójka’, od której wszytko zaczęło się psuć jest punktem wyjściowym dla fabuły… ‘szóstki’, tak, “Inny wymiar” to już część szósta. I chyba ta liczba podkusiła twórców do zabawy w przywoływanie diabła. Wprowadzili nam tu jakąś porąbana sektę, której członkinią jest babcia znanych z trzeciej części małych Katie (opętanej numer 1) i jej siostry Kristy (P.A. 2). Z nagrań jakie znajdują nowi lokatorzy dawnej siedziby sekty, Mike i Ryan dowiadują się, że małe dziewczynki były wykorzystywane do rytuału przywołania diabła i co gorsza ów rytuał ma związek z córeczką Ryana i Emilly, Leilą.

pa6

Jak widać, demon to za mało, trzeba ściągnąć całą sektę, zorganizować przejście do innego wymiaru, zwykła kamerę zastąpić kamera widząca byty astralne, a cały obraz podać w 3D.

Fakt, że ten film nakręcono z myślą o efekcie 3D jest chyba w tym wszystkim zwieńczeniem desperacji twórców. Paradokument w 3D? Przecież oficjalnie atutem formuły found footage jest niedoskonałość obrazu, mamy się bać tego czego nie widać. Na tym też opierała się siła pierwszej części, to całe wpatrywanie się w każdy kadr, szukanie tego co nadnaturalne na wizji. Tu mamy mało, że kamerę, która pokazuje nam demona w całej okazałości, to jeszcze zostaje to podkreślone efektem 3D.

Mogę powiedzieć tylko tyle, że seria “Paranormal Activity” umarła.

Ale tak to właśnie jest. Nakręcić coś dobrego, a później rzucić to na pożarcie rządnym pieniędzy montażystom z reżyserskimi aspiracjami.

Nie udało mi się w tym filmie znaleźć praktycznie żadnych zalet jeśli chodzi o jego formę. Jeśli miałabym być łaskawa to przez pierwsze dwie sceny kontrastowanie ze sobą obrazu ze zwykłej kamery i z kamery widzącej demony daje niepokojący efekt. Tu jest, a tu nie ma. Jednak z czasem, gdy demon staje się coraz bardziej widoczny – rośnie w siłę – żaden efekt już nie pomoże.

pa6

Pomysł na fabułę jest już kompletna porażką i niejako pogrzebuje wszystkie dotychczasowe starania twórców serii.

W tej części dowiadujemy się skąd wzięły się nadprzyrodzone zjawiska we wszystkich poprzednich odsłonach. Jest to uzasadnione działaniem sekty. I to mi się bardzo nie podoba. Rozgrzebali całą działalność demona, rozkładają na czynniki pierwsze to co miało myć niewyjaśnione i paranormalne. Co więcej kazali widzą przyjąć najbardziej banalną i wyświechtaną wersję wydarzeń. Dzięki temu wszytko traci swój urok. Tak, to doprawdy wspaniałe zwieńczenie serii.

Aż strach co pokażą następnym razem, bo nie sądzę, żeby starczyło im przyzwoitości, żeby odpuścić ten temat.

Moja ocena:

Straszność: 2

Klimat:5

Napięcie:4

Fabuła:3

Zabawa:3

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:3

Aktorstwo:5

Oryginalność:2

To coś:1

32/100

W skali brutalności:1/10

Baciu, czemu masz obłęd w oczach?

The Visit/ Wizyta (2015)

wizyta

Dwoje nastolatków, starsza Becca i młodszy Tyler, wybierają się na tygodniową wizytę u dziadków. Dziadków, których nie znają, bo przed piętnastoma laty ich matka pokłóciła się z nimi i opuściła dom i rozpoczęła życie z dala od nich. Teraz jej dorastająca córka chce rozwiązać rodzinny konflikt a drogą ku temu mają być nagrania rozmów z dziadkami, mających przekonać matkę, że jej rodzice już dawno jej wybaczyli.

Dzieciaki przybywają do starszego małżeństwa, jednak okazuje się, że konflikt z matką to nie jedyny problem staruszków. Obydwoje wydają się psychicznie nie zdrowi. Becca i Tyler zamierzają dowiedzieć się jakie problemy trapią ich dziadków.

wizyta

Z filmami M. Night Shyamalana bywa bardzo różnie. Mogą budzić wielki entuzjazm jak “Szósty zmysł“, inne uważane są za średniaki, jak “Znaki“, a inne za kompletne gnioty jak “Ostatni władca wiatru”.

Niektórzy zarzucają reżyserowi, że tak naprawdę nie umie zrobić nic dobrego i jedzie na opinii jaką pozostawił po sobie “Szóstym zmysłem”.

Ja zawsze lubię jego filmy, przynajmniej te obracające się w gatunkach grozy. Uważam, że facet ma swój styl i jest jakiś, a to już dużo, bo byt dużo mamy naśladowców i kopiarzy bez talentu.

Jego najnowszy film to niejaki powrót do korzeni, bo już dłuższy czas facet nie kręcił horrorów, bo zajmował się wysokobudżetowymi hollywoodzkimi papkami, typu wspomniany “Ostatni władca wiatru”.

W “Wizycie” ten twórca po raz pierwszy sięga po konwencje paradokumentu, można by powiedzieć, że ślepo podąża za modą, ale w tej historii akurat taka formuła sprawdza się i jest uzasadniona. Nie odebrałam jej więc jako pójście na łatwiznę.

“Wizyta” to w zasadzie horror z elementami komediowymi. Twórca buduje napięcie, rzuca jakąś groźną wstawkę, a na koniec obraca to w żart.

To ciężki kawałek chleba zrobić coś takiego z umiarem i klasą, tak by nie przesadzić. Z racji tego, ze bohaterami tej opowieści jest para dzieciaków, takie bagatelizowanie zagrożenia, pewien brak rozeznania w sytuacji jest uzasadniony i wypada naturalnie.

Mnie taki chwyt się podobał, zwłaszcza, że to co miało być śmieszne, jak np. pierwsza z brzegu sytuacja z babcią, gdy popierdzielała na czworakach strasząc dzieciaki bawiące się w chowanego była tyle samo zabawna co upiorna. Takich sytuacji związanych z dziadkami jest ogrom.

wizyta

Szaleńcy mogą być przecież w jednej chwili przezabawni i przerażający. Podobał mi ie taki sposób na ukazanie problemów trapiących tę parę staruszków i sposób w jaki odbierały to dzieciaki. Z góry zakładam, że nie wszystkim przypadnie to do gustu, bo nie każdy toleruje takie mieszanki.

Sam pomysł na fabułę nie jest zły, choć twist fabularny jako zastosowano nie jest trudny do przewidzenia. Mogę o nim powiedzieć jedynie tyle, że pojawia się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie.

Na plus odnotowuje też fakt, że małym bohaterom poświecono sporo uwagi tworząc jakie psychologiczne tło wszystkich wydarzeń. To raczej rzadkość w paradokumentach, bo ich bohaterów odbierałam raczej jako stojaki na kamery, rekwizyty, nie jako element filmu, którym warto się interesować.

wizyta

Największym plusem obrazu jest jednak ten balans między szaleństwem, śmiechem a strachem, to sprawia, ze na tym filmie na prawdę można się dobrze bawić.

Całość oglądało mi się dobrze, mimo oczywistych wad jakie niesie za sobą sposób kręcenia z ręki. Film mi się spodobał, coś chwyciło.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:7

Zaskoczenie:6

Zabawa:9

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:8

70/100

W skali brutalności:1/10

Powiesić ich wysoko

The Gallows/ Szubienica (2015)

szubieniaca

“Szubienica” to tytuł sztuki teatralnej, która po dwudziestu latach wraca na deski szkolnego teatru jednego z amerykańskich liceów.

W feralnym roku ’93 gdy wystawiano ją po raz pierwszy teatralny rekwizyt zadziałał lepiej niż przewidziano i zamiast inscenizacji powieszenia doszło do śmiertelnego wypadku.

Teraz, dwadzieścia lat później gwiazda szkolnej drużyny, Rese ma wcielić się rolę, którą Charlie Grimille przepłacił życiem. Za namową kumpla, który twierdzi, że z jego zdolnościami dramatycznymi narobi sobie tylko obciachu, Rese postanawia dopuścić się małego sabotażu i w noc przed premierą wraz z kumplem i jego dziewczyną zamierza zniszczyć scenografię, zniszczyć szubienicę. Niestety klątwa ciążąca nas sztuką nie pozwoli im na to.

szubieniaca

Jak już wielokrotnie deklarowałam, przed seansem z danym filmem nigdy specjalnie nie zapoznaje się z okolicznościami powstania produkcji. Często nie zwracam nawet uwagi na nazwisko, twórcy, a tym bardziej nie oglądam trailerów. Zwracam uwagę na tytuł i w mniejszym stopniu na opis filmu, który często nijak ma się do jego treści. Interesuje mnie w zasadzie gatunek i tyle.

W przypadku “Szubienicy” było podobnie. Spodobał mi się tytuł, taki prosty i konkretny bez zbędnych przymiotników jakimi producenci lubią obsrywać tytuły w stylu ‘mroczny/zabójczy/ śmiertelny/diabelski’, po prostu “Szubienica”.

Plakat promujący też wpadł mi w oko, teraz po seansie spokojnie mogę powiedzieć, że prezentuje on jedno z nielicznych udanych filmowych ujęć.

szubieniaca

Nazwiska twórców nic mi nie mówiły, ale wytwórnia braci Warners to już klasa. Czyżby taki gigant dał szansę debiutantom? Jako że niskobudżetowe filmy świeżaków bywają bardzo pozytywnym zaskoczeniem rozochociłam się na tą całą “Szubienicę”.

Jak się szybko okazało zupełnie niepotrzebnie, bo już sam widok skaczącego obrazu kręconego z rączki znacznie przygasił mój entuzjazm.

Ale to nic. Początek filmu, czyli szeroki wstępniak prezentujący okoliczności mające doprowadzić do akcji sticte horrorowej prezentuje się nieźle. Takie głupkowate licealne zagrywki jako wprowadzenie do świata nielatów.

Po tym następuje rozwinięcie, czyli nocna wizyta naszych protagonistów w szkolnych murach. Tu widzimy ciemne korytarze i zakamarki, z których, jak podpowiada wyobraźnia, rychło wyłoni się jakiś rezydent zaświatów, działają dosyć sprawnie.

Nie dajcie się jednak zmylić, bo w jakiś osiemdziesięciu procentach filmów verite punkt kulminacyjny nie jest tym, na co warto czekać, bo ów punkt kulminacyjny zgodnie z moimi przewidywaniami sprowadza się do histeryczno chaotycznych sekwencji operatorskich, zwiedzania ścian i zbliżeń na zapłakane pyszczki coraz bardziej przerażonych małolatów.

szubieniaca

Nijak nie mogłam dzielić z nimi tego przerażenia, bo poczucie irytacji, jakie wywołuje u mnie taki rozpiździel dominuje w gamie aktualnych odczuć.

Pojawia się kilka lepszych ujęć, ale można je policzyć na palcach jednej ręki i w porównaniu z masą nieudanych chwytów te udane wydają się przypadkowe.

Młodzi twórcy nie pokazali tu niestety nic nowego, a z ogranych chwytów wybrnęli bardzo słabo, bo niestety wbrew temu, co myślą nakręcenie dobrego paradokumentu nie jest sprawą prostą i do prawdy nie wiem kiedy do twórców takowych dojdzie, że nie wystarczy poskakać kamerą żeby wpędzić widza w popłoch. Pewnie gdybym zdawała sobie sprawę z tego, że będzie to kolejny film z rąsi to osrałabym temat, mimo dobrze wyglądającego tytułu.

Z tego wszystkiego zapominałam wspomnieć o fabule, bo przecież jakaś fabuła tam była. Pokuszono się nawet o zastosowanie fabularnego twistu, niestety z rodzaju tych, które można skwitować lekkim  westchnieniem znudzenia niż okrzykiem zachwytu.

szubieniaca

O aktorstwie nie warto się wypowiadać, bo było nędzne. Miałam wrażenie, że bardziej dbano o utrzymanie w ładzie włosów naszych rozkrzyczanych małolatów niż o ich przygotowanie do odegrania tragedii życia. No, bieda.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:5

Klimat:5

Napięcie:4

Zabawa:4

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:2

Aktorstwo:4

Oryginalność:4

To coś:4

39/100

W skali brutalności:2/10