Archiwa tagu: polskie horrory

Polski camp slasher

W lesie dziś nie zaśnie nikt (2020)

Grupa młodzieży uzależnionej od nowych technologii bierze udział w wędrownym obozie ‘Adrenalina’, gdzie pośród lasu mają odkryć zalety życia poza cyberprzestrzenią. Na miejscu zostają przydzieleni do mniejszych, pięcioosobowych podgrup i puszczeni w las. Do grupy opiekunki Izy należy Aniela, Zosia, Julek, Daniel i Bartek. To właśnie oni będą mieli szczęście dowiedzieć się, czym jest prawdziwa adrenalina, gdy na swoim szlaku spotkają Podlaskiego Jasona.

Wyznaczona na piątek trzynastego data premiery “pierwszego polskiego slashera” ewidentnie przyniosła mu pecha. Po pokazie prasowym zdecydowano o przesunięciu premiery na czas bliżej nie określony, po czym Netflix ogłosił: bierzcie i oglądajcie, przez co nie wiadomo, czy film dostąpi zaszczytu zagoszczenia na wielkim ekranie. Nastroje w kraju są takie, a nie inne i nikt chyba nie myśli już o wypadach do kina. Wystarczającej adrenaliny może dostarczyć przejazd PKS’em do najbliżej Biedronki. Ale do rzeczy.

Może na wstępie coś powinniśmy sobie wyjaśnić. “W lesie dziś nie zaśnie nikt” nie jest pierwszym polskim slasherem. Sama pisałam już o przynajmniej dwóch, a wrodzona skromność;) nie pozwala mi wnioskować, że obejrzałam wszystko w tym gatunku. Mieliśmy klawy “Piotrek 13ego” i “Gdzie diabeł mówi dobranoc. Obydwie offowe produkcje przypadły mi do gustu bardziej niż dzieło Bartka Kowalskiego. Owszem obydwie szły bardziej ewidentnie w stronę pastiszu aniżeli horrorów na serio, ale nie zmienia to faktu, że “W lesie…” też nie da się odebrać na poważnie.

Kowalski podkreślał niewielki budżet filmu, ale akurat te rzeczy, które bolały mnie w odbiorze produkcji najbardziej były od budżetu niezależne. Film może razić kiepską jakością zdjęć, czy efektów, może razić chałupniczą charakteryzacją, ale wszystko to zostanie rozgrzeszone jeśli pomysł będzie dobry, a scenariusz przemyślany i dostosowany do budżetu.

Początek filmu jest wcale nie głupi. Klasycznie camp slasherowy. Idziemy w las z archetypowymi bohaterami tego rodzaju produkcji. Widzimy pierwszą śmierć, pierwszego protagonisty. Aj, taki ukłon w stronę którejś z części “Piątku 13ego”. A później wszytko zaczyna się sypać. Scenarzystę przywiązali do drzewa i porzucili.

Co wyróżniało najlepsze slashery spośród całej masy hurtowo produkowanych filmów klasy B? Postać Final Girl, historia antagonisty i sceny mordów. Te ostatnie wcale nie musiały być szczególnie krwawe, liczyło się to by zabić w nowy, totalnie odjechany sposób. Tymczasem o ile pierwszy z listy zgonów, zgon można uznać za swego rodzaju hołd na otwarcie o tyle cała reszta jest już kalkowaniem, odhaczaniem kolejnych tytułów. Ty zginiesz jak w “Teksańskiej masakrze...”, a ty jak we “Wrong turn“. Żadnej własnej myśli twórczej.

Czas na Final Girl. Zgodnie z moimi przewidywaniami jest nią Zosia. Ta nieuczesana i źle ubrana. Rozpoznacie w niej Wieniawę z której zdarto cały glamour i kazano jej być aktorką. Pytanie za milion: Co Zosia robiła na obozie offline’owym? Jej naiwnie sentymentalna historia nijak nie prowadzi ja do miejsca przeznaczenia. SPOILER: Twoja rodzina zginęła straszną śmiercią? Jedz na obóz z dzieciakami uzależnionymi o youtube’a, to Ci dobrze zrobi.KONIEC SPOILERA. Czy ktoś zadał sobie choć odrobinę trudu by trzymało się to kupy? Wątpię.

Czas na antagonistę, a właściwie antagonistów, dwóch, żeby było na bogato. Charakteryzacja? Widzieliście “Topór”? No to wiecie jak wyglądają polscy Jason’owie. Znowu brak myśli twórczej.

Za to urąganie za brak inwencji pokarało mnie w momencie, gdy przedstawiona mi została biografia owych’ Toporników’. Tu pojechali po bandzie. Pojechali tak, że nie jestem w stanie wymyślić głupszej i bardziej absurdalnej historii ‘narodzin leśnego zła’. Była za to okazja do zużycia resztek budżetu, który został po wypłaceniu gaży Wieniawie i Gosiewskiej, na efekty komputerowe. Tak, mamy scenę otwierającą z “Prometeusza” w wersji Kowalski i s-ka.

Fabuła. Fabuła jak wspomniałam bazuje na schemacie camp slashera, jednak zamiast z tego nurtu czerpać co najlepsze, konsekwentnie zbiera wszystkie poprodukcyjne odpadki. Wytrwale przeczy logice i olewa związki przyczynowo skutkowe. Przypomina to gotowanie zupy z tego co akurat zostało w lodówce. Ten przepis raczej nie trafi do master chef’a.

Mam świadomość tego, że pomijając  kwestie telefonu, czy wątek spotkania Bartka z księdzem, większość fabularnych luk wynika z grubych montażowych cięć. Na zasadzie: To się wyjebie, nikt nie zauważy różnicy, a przyoszczędzimy trochę czasu. Błąd. Horrory to nie filmy dla idiotów.

Czy było tam coś dobrego? Na osłodę powiem, że: Tak, początek był obiecujący. Niektóre żarty się udały. Zosia do Julka: Julek, a ty umiesz biegać? 🙂 Uśmiechnęłam się. Wieniawa wcale nie zagrała najgorzej. Nagroda Złotego Drąga przypada Gośiewskiej. Jej występ uporczywie nasuwał mi skojarzenie z rolą Paris Hilton w “Domu woskowych ciał”. Nie nudziłam się, to też plus.

Tak czy owak, potwierdziło, się moja myśl: Polacy nie potrafią robić amerykańskich horrorów. Mimo tego seans z “W lesie dziś nie zaśnie nikt” uważam za pozycję obowiązkową. Może być ku przestrodze, albo z pobudek patriotycznych;)

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:4

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie: 5

Walory techniczne: 6

Aktorstwo: 6

Oryginalność:3

To coś:4

46/100

W skali brutalności:2/10

Raz, dwa, trzy, Baba Jaga patrzy

Monument (2018)

Grupa młodych ludzi ma odbywać praktyki studenckie w hotelu. Zaprawieni już w drodze, na miejsce przybywają w doskonałych humorach. Te jednak szybko psuje menadżerka hotelu, która od progu uświadamia ich jak ciężka harówka ich czeka. Studenci wykonują swoją pracę, w tym niedorzeczne obowiązki, których celu nie rozumieją. Wydaje się, że stopniowo tracą przy tym rozum i kontakt z rzeczywistością.

Tak, tak, Moi Drodzy, polski film. Mało tego “Monument” to film dyplomowy studentów łódzkiej filmówki. I horror. A przynajmniej coś w podobie;) Polecali mi go już czytelnicy bloga, co przywraca mi wiarę w to, że nie jestem ostatnią, która daje szansę polskiej grozie.

Gdy tylko … ‘wypłynął’ – you know what I meen😉 – od razu musiałam go obadać. Obadałam. Diagnoza? Zajebistostość.

Przez 99% czasu trwania mojego seansu z nim nie miałam bladego pojęcia o co w nim chodzi. Czułam się jak głup, co nie wie co poeta miał na myśli a przecież powinien, bo przecież wiersze czyta.

Oglądałam więc angażując wszystkie komórki mózgowe, ale moje starania nie poszły na marne, bo finał tej historii wyjaśnia już wszystko. Tym, którym nadal mają wątpliwości zaprezentuję moją interpretacje w spoilerze, ale teraz nie czas na to.

Groza w filmie “Monument” ma wymiar metafizyczny, choć fabularne kontury – niejasne póki nie zobaczycie finału – mogą na to nie wskazywać. Mnie ten obraz skojarzył się  “Karnawałem dusz”, choć tam jest zdecydowanie mniej przyziemności, z którą styka się “Monument”.

Z początku jest całkiem zwyczajnie. Grupa rozbawionych studentów wpada w łapska menadżerki esesmanki, która traktuje ich jak osadzonych  a nie praktykujących hotelarską sztukę. Młodzi są wyczerpani, wkurwieni i wykorzystują nieliczne okazję swobody by zrzucić więzienne uniformy.

Sceny z całkiem normalnych czynności i luźnych rozmów z czasem zaczynają przeplatać się z coraz większą porcją nonsensów, które każą podważyć rzeczywistość świata przedstawionego.

W końcu mamy jeden wielki odlot i siedem grzechów głównych. Nasi bohaterowie zachowują się jak spuszczeni ze smyczy, a każdy z nich praktykuje własnego zajoba. Anemiczna cukrzyczka karmi po piwnicach szczury, dwóch kumpli zmienia barwy narodowe na tęczę, a ostrzyżona na pazia kujonka… Ano właśnie… W tym całym szaleństwie największe wrażenie zrobiła na mnie właśnie scena rozmowy owej studentki z menadżerką.

Technicznie film wypada… no, nieźle. Nie czepiam się, podobała mi się kolorystyka zdjęć, a trochę niechlujne prowadzenie kamery odnotowałam na plus jako punkt na rzecz naturalizmu.

A teraz, o co w tym wszystkim chodziło? w przedmowie do filmu słyszymy, małe ostrzeżenie. Sprawiło ono, że nie spodziewałam się takie w gruncie rzeczy prostego wyjaśnienia.

SPOILER: Hotel jest czymś w rodzaju miejsca przejściowego ,gdzie wyemigrowała przedśmiertna świadomość naszych studentów. Zachowanie menadżerki to coś w rodzaju sądu nad duszami. Szczególnie w rozmowie z kujonką widoczne jest, że jej celem jest wyciągnięcie z bohaterów najgorszych cech i rozliczenie z nich. Tak, oni nie żyją. Zginęli w wypadku w drodze na miejsce. Przeżył jeden chłopak, którego nie ma w hotelu. Innych jest umierający, ale jeszcze nie martwy. Dlatego odczuwa fizyczne dolegliwości. Im są gorsze tym bliżej jest śmierci. Scena finałowa, te krzyki, podrygi, to coś w rodzaju rytuału śmierci, wokół niego, to moment jego śmierci. Sam tytułowy monument to po prostu… grób. KONIEC SPOILERA.

Tak to widzę. Bardzo chętnie posłucham o Waszych interpretacjach, bo nieomylna nie jestem i choć taka wersja wydarzeń wydaje mi się dość ewidentna to mogę się mylić.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:8

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:9

71/100

W skali brutalności:1/10

Żmija jest wśród Was

Żmijowisko – Sezon 1 (2019)

Arek, jego żona Kamila, nastoletnia córka Ada i synek Igor spędzają rodzinne wakacje nad jeziorem w agroturystyce zwanej Żmijowiskiem. Bawią się w towarzystwie znajomych z czasów studenckich.

Po jednej z nocy spędzonej na mocno zakrapianej imprezie Duszyńscy odkrywają, że ich córka, Ada zniknęła. Szeroko zakrojone poszukiwania nie zdają się na wiele. W rok po zaginięciu piętnastoletniej Ady Duszyńskiej jej ojciec, Arek wraca w miejsce, gdzie wszystko się zaczęło.

“Żmijowisko” to nowy serial Canal + w reżyserii Łukasza Palkowskiego. Tak więc, Ci, którzy zastanawiają się dlaczego jeszcze nie kręci się nowy sezon “Belfra“, mają odpowiedź;)

Scenariusz oparto na powieści Wojciecha Chmielarza, którego twórczością chyba muszę się zainteresować, bo historia, którą przedstawiają tu twórcy serialu, wskazuje, że możemy się z panem Chmielarzem polubić. Warto dodać, że książka “Żmijowisko” kategoryzowana jest jako thriller psychologiczny, zaś serial reklamowany jako kryminał. Moim zdaniem to co widziałam stanowi kompilację tych gatunków.

Bardzo przyjemne okoliczności przyrody- Mazury po raz kolejny w serialu Palkowskiego. Czyste jezioro i las. Z dala od cywilizacji i może się wydawać wielkiego świata i jego okropności.

Akcja toczy się dwutorowo, bo jednocześnie poznajemy teraźniejszość, w której od zaginięcia nastoletniej Ady upłynął rok, a jej ojciec powraca na Mazury z kolejną porcja plakatów o zaginionej i retrospekcji, w której przywoływane się wydarzenia z przed roku…

Do Żmijowiska zjeżdża grupa trzydziestoparolatków. Na czele Duszyńscy: Paweł “Weź nie pytaj” Domagała w roli Arka, nisko opłacanego agenta nieruchomości i jego ładna acz marudna żona Kamila. Między małżonkami mocno zgrzyta, bo Kamila jest sfrustrowana, a Arek chyba kapuje, że jest jego żoną tylko dlatego, że niefortunnie zaliczyli wpadkę.

Jeśli o wpadce mowa, to wpadka ma już naście lat i snuje się po agroturystyce ze zblazowaną miną, marząc o obozie żeglarskim w objęciach niejakiego Marcina. Jest poważnie strapiona faktem, że podczas gdy ona zmuszona jest obserwować tańce godowe seniorów- rodzice i spółka- ktoś inny stawia żagiel Marcinkowi. Jest jeszcze mały Igorek, który służy jako pretekst do odesłania Arka w czeluście klaustrofobicznej chatki by matka rodzicielka Igora mogła jeszcze trochę pożyć. Pożyć,  a jakże najlepiej w czułym uścisku z dawną miłością w osobie przystojnego Roberta.

Robert to samiec alfa w tym stadzie i choć przywozi ze sobą swoją samicę to i tak każda misia jego. A porpos Misi, Michalina rozwódka, przyjrzyjcie się jej dobrze, bo jej niewinne kurestwo odegra w głównej tragedii większą rolę niż moglibyście przypuszczać. Jest jeszcze jakaś para no name’ów, którzy robią bardziej za tło.

W bieżącej, teraźniejszej akcji mocno przyglądamy się poczynaniom rodziny właścicieli agroturystyki. Tu też jest ciekawie. Nastoletni syn potentatów turystyki, który przed rokiem smalił cholewki do Ady zaprzyjaźnia się z mocno wykręconą Sabinką. Sabinka to z kolei córka ‘człowieka z miasta’, który planuje wielkie biznesy w Żmijowisku. Typ podejrzany ukrywa się pod maską Czarka Pazury.

Główną zagadką serialu są oczywiście okoliczności zniknięcia nastolatki. Tropów jest sporo, ale chyba, nikt z widzów nie wpadnie na finalne jej rozwiązanie. Głupia ja nie wpadłam. Choć wiedziałam, że różowa bluza nie pojawia się tu bez powodu, coś i dzwoniło, ale nie wiedziałam w którym kościele;)

Serial pokonałam w dwa wieczory, bo liczy zaledwie siedem odcinków, i choć przypuszczam, że większość z Was podochodzi niechętnie do rodzimych produkcji, a polskie seriale kojarzą się głównie z gładkimi papkami to Palkowski zmienia trendy i myślę, że warto zainwestować swój czas i odwiedzić “Żmijowisko”.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:8

Zaskoczenie:8

Zabawa:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:7

69/100

W skali brutalności:1/10

Zmierzch człowieczeństwa

Ciemno, prawie noc (2019)

Alicja Tabor jest pochodzącą z Wałbrzycha dziennikarką.  Reportaż nad którym aktualnie pracuje poświęcony jest sprawie zaginięć dzieci do jakich doszło w jej rodzinnym mieście.

Alicja przyjeżdża więc do domu, z którym nie wiąże najcieplejszych wspomnień i rozpoczyna dziennikarskie śledztwo. Każdy kolejny wywiad unaocznia ogrom zepsucia jakie trawi mieszkańców niegdysiejszych ziem odzyskanych. Zaś sama Alicja zagłębiając się w śledztwo odkrywa coraz więcej powiązań z historią swojego dzieciństwa.

“Ciemno, prawie noc” to kolejny polski produkt filmowy oscylujący w okolicy gatunku grozy. Kryminał, może thriller, na pewno ciężkie kino psychologiczne. Za reżyserie odpowiada Borys Lankosz, który miał już okazję przekładać literaturę  na język filmu. Wówczas dokonał tego z prozą Miłoszewskiego, konkretnie z “Ziarnem prawdy”, które miałam okazję czytać. Film też widziałam i z całym szacunkiem, nie moje klimaty, niezbyt wysokie loty. Natomiast “Ciemno, prawie noc” to już skok na głęboką wodę.

Film jest przepełniony metaforyką, aż roi się tu od wątków onirycznych, baśniowych. Tu gdzie autor prozy może popuścić pasa, w dużej mierze zdać się na wyobraźnię czytelnika, półgębkiem przemycić pewne informacje filmowiec musi zmieścić się w ramach. Jak bezlitośnie ciasne potrafią być te ramy pokazuje cały szereg filmowych adaptacji literackich, które mimo ogromnego sukcesu pierwowzoru okazały się kompletnym fiaskiem.

Nie powiem, żeby “Ciemno, prawie noc” zdecydowanie należał do tego grona, ale po seansie z filmem poczułam paląca wręcz potrzebę zgłębienia tej historii. Tak, trzeba przeczytać książkę. Podobno Lnkoszowi odradzano branie się za prozę Joanny Bator i oglądając jego filmowe zmagania z tą historią jestem w stanie znaleźć temu uzasadnienie. To nie jest historia zbyt filmowa. Skróty bardzo jej nie służą, nie tylko dlatego, że nie pozwalają się rozpędzić, ale ze względu na wymuszone przez język filmu uproszczenia. Myślę, że wiem, co chciała przekazać autorka “Ciemno, prawie noc”, ale w filmowy skrót tej pointy przypomina przechadzkę po gabinecie strachu. Nie ma żadnej równowagi między dobrem, a złem. Jest tylko zło, i to jednej kategorii.

Ten film mnie zdołował. Jego klimat, któremu świetnie przysłużyły się zdjęcia Koszałki, jest dojmująco przygnębiający. Każdy kolejny kadr jest bardziej posępny od poprzedniego. Nigdy nie byłam w Wałbrzychu i kojarzę go głównie z lektury “Panny Nikt”, ale podejrzewam, że taki obraz miasta i jego mieszkańców nie zachwyci osób, które się z niego wywodzą.

To film poświęcony piętnowaniu krzywd wyrządzonym dzieciom, ale moi drodzy, nie jest to warsztat teoretyczny i grożenie palcem. Wszelkie odmiany okropności są tu rzucone widzowi w twarz, bez żadnego znieczulenia. Matka molestująca córkę, przymiarka do zbiorowego gwałtu na dziecku, bicie i wszelkie inne nadużycia. Kurwa, nawet skalpowanie. Aż chce się powiedzieć, co ta Bator miała w głowie?! Ale zaraz, czy ona to wymyśliła? Czy takie rzeczy się nie działy i nie dzieją?

A w tym wszystkim mamy jeszcze baśń. Baśń o potworach zwanych kotojadami i kociarach przybywających na ratunek, magiczne perły, jabłka i króliczą norę, w której leży martwa dziewczynka.

Główna oś fabularna nie jest wymyślna. Ot mamy dziennikarkę z traumą, którą życie zawodowe popycha w głąb wspomnień z dzieciństwa. Leci “Ostrymi przedmiotami“, czyż nie? Pod tym względem nie ma fajerwerków, ale myślę, że taki punkt wyjścia jest wystarczający – na dobry złego początek;)

Żałuję seansu z filmem i nie dlatego, że jest zły. Uważam, że jest dobry, może bardzo dobry, a przynajmniej niezły. Szkoda mi że nie poznałam tej historii w jej pierwotnej formie.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:9

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:7

70/100

W skali brutalności:3/10

Gdzie jest wilk

Wilkołak (2018)

Polska, rok 1945. Grupa dzieci pod opieką najstarszej z nich, Hani, przybywa do prowizorycznego sierocińca zorganizowanego w zrujnowanej posiadłości pośrodku lasu, gdzieś w górach. Tam po wyzwoleniu z obozu Gross -Rosen mogą cieszyć się namiastką wolności. Jednak ta wolność naznaczona jest obozową traumą i głodem, który doskwiera dzieciom w zasadzie pozostawionym samym sobie. Czekając na pomoc ze strony Rosjan zostają otoczeni przez błąkające się w okolicy esesmańskie psy, szkolone do zabijania uciekających więźniów.

Nie uronię żadnej okazji by poobcować z polskim kinem grozy, choćby miało to być najchujowsze kinowe doświadczenie sezonu ;D Oczywiście liczyłam się z tym zasiadając do seansu z “Wilkołakiem”, ale miałam też nadzieję na coś… bo ja wiem? Super?

Nie mogę powiedzieć by film zawiódł nadzieje, ale obeszło się też bez fajerwerków.

Czy ma szanse spodobać się szerszej publiczności? Myślę, że tak. Wojenne klimaty jeśli chodzi o polskie kino nadal są na topie, jednak nie jest to dzieło spod znaku opowieści o bohaterskich powstańcach przepełnionych ideałami, czy dzieło bardzo polityczne. Dzieciakom z filmu Panka bliżej do bohaterów z “Władcy much” niż z “Kamieni na szaniec”.

Mimo, że nie jest to typowy horror w mainstreamowym rozumieniu, może przysporzyć przykrych skojarzeń. Jeśli chodzi o mnie, największe wrażenie zrobił na mnie niezwykle naturalistyczny obraz dziecięcej natury wypaczonej i naznaczonej obozowym piekłem.

Te dzieci, z których znaczna część całe swoje dzieciństwo spędziła w pasiastych pidżamach bardziej przypomina zdziczałe zwierzątka niż istoty ludzkie. Jedna z dziewczynek nie nauczyła się nawet mówić, czy to z powodu braku możliwości rozwoju czy z problemów natury psychologicznej. Ich jedynym celem jest przetrwanie, zaspokojenie najniższych potrzeb. Ich rzedkie zabawy są odzwierciedleniem  tego czym przesiąkły: przemoc, destrukcja, tresura. Na dziecięcych aktorach spoczywa cały ciężar filmu i one ten ciężar podźwignęły za co im chwała.

Punktem kulminacyjnym jest pojawienie się psów, niemieckich owczarków, jawiących się niczym wilki, które wyszły z lasu na polowanie. Jednak czy to one są rzeczywistymi antybohaterami? Chyba dość szybko zmienicie zdanie:)

Tytułowy wilkołak, to nie postać z legend, obrośnięty sierścią człowiek wyjący do księżyca, a raczej metafora pewnej transformacji, transformacji w swojego własnego wroga. Z resztą takich metafor jest tu więcej, przemycane są nawet w … ubraniach, co przydaje całej historii pewnej baśniowości, podobnie jak obsadzenie na pierwszym planie dzieci.

Klimat filmu jest dość klaustrofobiczny z racji ograniczonej przestrzeni na jakiej się rozgrywa, a dodajmy jeszcze do tego późniejsze uwięzienie z powodu wroga czającego się u drzwi. Świetne wrażenie robi też sama posiadłość wybrana na miejsce akcji. Stary pałacyk, który mimo że lata świetności ma już dawno za sobą nadal jest wielkopańskim pałacem, do którego grupa zdziczałych dzieci pasuje jak Karolak do roli amanta.

Podsumowując, wrażenia bardzo pozytywne, jednakże nadal czekam na pełny rozkwit polskiego kina grozy i może, może się kiedyś doczekam;)

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:7

65/100

W skali brutalności:1/10